wtorek, 6 marca 2018

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Epidemia

Komiksy o Lidze Sprawiedliwości były pierwszymi (obok Flasha) po które sięgnąłem jakiś czas temu zaczynając swoją przygodę z superbohaterszczyzną. Z miejsca zakochałem się w lekkości, polocie i niezwykłej różnorodności losów tej niesamowitej grupy. Większość tomów wydanych w ramach Nowego DC Comics (The New 52) uważam za udane (w szczególności 1-3 oraz 7-8), a zamknięte historie, takie jak Kryzys tożsamości tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto sięgać po te tytuły.

W ubiegłym roku, kilkanaście miesięcy po amerykańskim starcie inicjatywy DC Rebirth (Odrodzenie) w naszym kraju zaczęły ukazywać się komiksy z tej odświeżonej serii. Liga Sprawiedliwości dołączyła do grona bohaterów opisywanych na jej łamach, lecz jak pokazał pierwszy tom, scenarzysta Bryan Hitch zbyt górnolotnie potraktował przygody tej super-drużyny. Maszyny zagłady odstraszały czytelnika pompatycznym stylem, napuszonymi dialogami i brakiem zasadniczej więzi z postaciami. Do tego dziwne, nie do końca zrozumiałe zagrożenie, z którym walczyła Liga przyczyniło się do tego, że tom pierwszy czytało się ciężko i bez wyraźnej przyjemności. Czy w Epidemii coś zmieniło się na lepsze?

Najnowszy tom wypełniają dwie historie. Pierwsza opowiada o ataku dziwnego, wyzwalającego nieopanowany strach symbionta, druga traktuje o nieznanym systemie, który wdarł się do oprogramowania Cyborga, zagrażając reszcie Ligi. I choć już ten krótki opis może wywołać pewne obawy co do niechcianej powtórki z rozrywki, spieszę Was uspokoić. Tym razem nie jest aż tak źle. Oczywiście, obie historie nie ustrzegły się kilku rażących niedoróbek, lecz jako całość wypadają już dość poprawnie.

Sparaliżowani strachem to pierwsza opowieść i do niej mam największe zastrzeżenia. Obca materia, która atakuje Ligę miała w sobie niezwykły potencjał aby pokazać, co stanie się gdy członków drużyny opanuje niepohamowany lęk. Niestety, Bryan Hitch nie rozwinął należycie swego pomysłu, pozbawiając nas jakiegokolwiek wstępu oraz zakończenia samej historii. Owszem, bohaterowie pokonali nienazwanego przeciwnika, lecz czytelnik pozostał bez wyjaśnienia co i dlaczego się stało. Ot, po prostu, drużyna oswobodziła się z przemożnego wpływu, po czym bez dwóch zdań wszyscy poszli sobie do domu. Gdyby poświęcono kilkanaście dodatkowych stron na rozwinięcie samej idei obcej materii wpływającej na lęki bohaterów, wyszłaby z tego naprawdę imponująca opowieść.
Sparaliżowani strachem bronią się w zasadzie wyłącznie ukazaniem życia prywatnego Jessiki i Barry'ego. Scena, w której Flash decyduje się w czasie randki wręczyć Zielonej Latarni kwiaty, jest naprawdę rozbrajająca.

Tytułowa Epidemia to już trochę inna para kaloszy. Tu wszystko zdaje się być bardziej na miejscu i choć w historii zabrakło czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej, stawia ona jedno bardzo ważne pytanie. Oprócz wzajemnych potyczek bohaterów istotny jest tu problem rozwijających się, samouczących systemów komputerowych. Dziś tak bardzo opieramy się na zaufaniu w skuteczność przeróżnego rodzaju aplikacji, że nie podejrzewamy kiedy mogą one zacząć działać na naszą niekorzyść. Dlatego też wszystkie pojazdy z Bat-Jaskini buntują się przeciw Batmanowi, Obserwatorium Ligi spada wprost na San Francisco, Cyborg wyzwala potęgę pierścienia Baza przeciw reszcie drużyny, a na koniec wszyscy niegdyś pokonani przez nią złoczyńcy tłumnie pojawiają się aby zgładzić swych oponentów.
Poza tym, to znów standardowe bij-zabij z udziałem tłumu superbohaterów.

Rysunki wykonane przez Jesusa Merino, Matthew Clarka i Toma Derenicka są nad wyraz poprawne. Nie ma tu generalnie nic, co wybijałoby ten tom ponad komiksową przeciętność. Kadry są dynamiczne i czytelne, choć w niektórych miejscach twarze poszczególnych postaci bywają dziwnie płaskie i jakby niedopracowane. Rzuca się to szczególnie w oczy w drugiej połowie komiksu.

Epidemia została pozbawiona męczącego nadęcia dominującego w poprzednim tomie, dzięki czemu czyta się ją zdecydowanie lżej i przyjemniej. Ukazanie relacji pomiędzy bohaterami jest wreszcie widoczne, co powoduje chęć wczucia się w historię, a wspólne działanie opiera się w końcu na wzajemnych dialogach oraz zgraniu drużyny.
Niestety, braki o których napisałem powyżej nie pozwalają mi zaliczyć tego tomu do ulubionych. Przyznam jednak, że daleki jestem od stwierdzenia, że było to coś niewartego mojego czasu. Album zawdzięcza to głównie temu, że Liga została tu przedstawiona jako grupa indywidualnych postaci, które ramię w ramię stają naprzeciw niebezpieczeństwom.

Nie oczekujcie więc od Epidemii czegoś, co zdecydowanie wgniecie Was w fotel. To taka historia, o której zapomnicie szybko po odłożeniu komiksu na półkę. Najważniejsze, że nie została narzędziem służącym ukazaniu wyłącznie widowiskowych starć czy podsumowaniu kilku innych serii (patrz: Axis).


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz