piątek, 27 kwietnia 2018

Moje przemyślenia po seansie Avengers: Infinity War (2018)

Nadeszły ciekawe czasy... Po dziesięciu latach skutecznego budowania spójnego uniwersum filmowego Marvela, wreszcie otrzymaliśmy produkcję, będącą nie tylko podsumowaniem dokonanych osiągnięć, ale przede wszystkim wychodzącą daleko w przyszłość. Avengers: Infinity War wkracza w nadchodzące czasy w sposób bardzo odważny, co być może za kilka lub kilkanaście lat wspominane będzie jako jedna z bardziej znaczących decyzji studia.


Po seansie filmu mocno zastanawiałem się, co napisać w recenzji. Czy wymieniać wszystkie za i przeciw, czy może skupić się na poszczególnych elementach historii...? Ostatecznie postanowiłem zaniechać tego pomysłu i napisać od serca wszystko to, co na chwilę obecną przychodzi mi do głowy. Mam nadzieję, że spodoba się Wam taka forma.

Pierwszą rzeczą jaką mam na myśli, jest stwierdzenie, że tego filmu nie dało się zrobić lepiej. Zważywszy na ilość elementów, jakie musiały w nim zagrać (mnogość postaci, główny wątek opowieści, rozwój fabuły, zgodność z poprzednimi produkcjami z cyklu), bracia Russo wywiązali się z powierzonego im zadania wręcz koncertowo. Infinity War to film nie tylko snujący konkretną, interesującą historię, ale również produkcja kumulująca wszystkie elementy zgromadzone w uniwersum przez ostatnią dekadę. Oczywiście, nie ustrzegła się małych błędów, które zapewne wskaże każde z Was, ale przy tak karkołomnym zadaniu wręcz nie wypada ich piętnować.

Co mi się nie spodobało? Na pierwszy ogień rzuciłbym właśnie Thanosa. To oczywiście antagonista odstający od klasycznego "bójcie się i drżyjcie, albowiem jestem strasznie zły!", ale w jego genezie zabrakło mi jakiegoś ważnego wydarzenia, które ukształtowałoby tok myślenia tej ważnej postaci. A tu, zgodnie z zasadą rodem z komiksów, pozostał Szalonym Tytanem. Jest jednak konsekwentny w działaniu i dość niewzruszony, a jego ideologia zakłada wszelkie możliwe poświęcenia. Część interpretacji wypada więc na plus.
Sam film został zbudowany według zasady: chwila akcji, chwila żartów, chwila głębi. Ów cykl powtarza się podczas całego seansu od samego początku do końca, aż do tego stopnia, że staje się absurdalnie przewidywalny. Rozumiem jednak, że w przypadku tej produkcji trudno było osiągnąć główny cel jakimś innym sposobem. Powyższy zabieg ma też na celu utrzymanie odpowiedniego tempa i charakteru narracji, bez których wszystkie pozostałe elementy rozsypałyby się jak domek z kart.

Czy najnowsza odsłona Avengers zmieni kino superbohaterskie? Jestem pewien że tak, i to zarówno na płaszczyźnie samego uniwersum Marvela, jak i ogółu tego gatunku filmowego. Na ile jednak będzie to zmiana znacząca, przekonamy się dopiero za jakiś czas, szczególnie po premierze przyszłorocznej odsłony Avengers 4, a także późniejszych filmów wytwórni. Powiew świeżości jest jednak niezbędny, wszak po tylu latach chyba znudziło się nam oglądanie w kółko tych samych historii. Na szczęście włodarze studia wiedzą o tym doskonale, a za przykład nowego podejścia służą filmy takie jak Deadpool, Logan czy nawet Thor: Ragnarok.

Tymczasem Infinity War atakuje widza niesamowitą odwagą w podejściu do prezentowanej historii. To film, który nie bierze jeńców, wreszcie twardo rozprawiając się ze skostniałymi zasadami budowania podobnych treści. Tu wreszcie przestają mieć znaczenie jakiekolwiek schematy, a nikt po wewnętrznej stronie ekranu nie jest tak naprawdę bezpieczny. Realizm, odwaga w kształtowaniu świata przedstawionego oraz dalekosiężne plany opowiadania kolejnych historii. Czuje się to w każdej minucie i chłonie niczym zimną wodę w upalny, bezchmurny dzień.

Najnowsza produkcja Marvela sprawiła, że jeszcze bardziej pokochałem te filmy. Za ich wielowątkowość, za postacie i historie, które nigdy nie zdarzą się w naszym szarym życiu. Emocje, które mi zaserwowała, były ogromne. Chwile, w jakich pojawiały się znaczące postacie (cień Steve'a Rogersa za przemykającym pociągiem i jego powolne wyjście z mroku, czy teleportacja Thora z Rocketem i Grootem do Wakandy, gdzie w ostatniej chwili zdołali wesprzeć towarzyszy), żal po starcie wielu z nich, a także samo sedno tej opowieści. Dobra robota, panowie Russo, naprawdę dobra robota!

Najbliższy rok w moim popkulturowym życiu geeka wypełniony będzie zapewne wieloma niezapomnianymi emocjami, ale jedną z największych z pewnością stanie się wyczekiwanie na ciąg dalszy Infinity War. Bo cóż innego może napędzać mnie bardziej, niż niepewność o losy ulubionych postaci? Mam tylko nadzieję, że za drugim razem stawka także będzie wysoka i jeśli w ogóle uda się choć częściowo odwrócić nieuniknione, nie wydarzy się to przy użyciu błahych uzasadnień. Ten świat stał się wreszcie realny, więc wymagania odnośnie jego kształtu także zdołały się umocnić.

Powyższy tekst powstał po jednym obejrzeniu filmu. Zapewne odwiedzę kino przynajmniej jeszcze raz, aby wyłapać i nacieszyć się w pełni wszystkimi wspaniałymi elementami, które złożyły się na to niecodzienne widowisko. Widowisko, które pokazało, że kino superbohaterskie stopniowo ewoluuje, a filmowe uniwersum Marvela już nigdy nie będzie takie samo.

Żyjemy w ciekawych czasach. Bohaterowie znani z komiksów trafiają na wielki ekran, gdzie dostają drugie życie w światach, które istnieją dzięki niezwykłej kreatywności twórców i ścisłym połączeniu wielu tematycznych produkcji. Ich losy interesują nas często prawie tak samo jak przeżycia naszej rodziny czy bliskich znajomych. To znak czasów dzisiejszej kultury. Gdy trzeba, chwyta za serce lub bawi, sprawiając, że na chwilę zapominamy co jest prawdziwe lub nie. I na tym polega czar tych filmów. Oby więc trwał jak najdłużej!

wtorek, 24 kwietnia 2018

RECENZJA: Batman - Detective Comics, tom 2: Syndykat Ofiar

Jak zwykł mawiać Joker z filmu o Batmanie z 1989 roku: "Nie da się zrobić omletu bez rozbijania jaj". Co ciekawe, ta zabawna kwestia ma idealne zastosowanie w fabule drugiego tomu Detective Comics. Bo Mroczny Rycerz, tocząc swą walkę z przestępczym światem (i działając tak humanitarnie jak tylko można), nie jest jednak w stanie uniknąć przypadkowych ofiar. Ofiar, które ucierpiały pośrednio na skutek jego własnych działań, a o których istnieniu często nie wie, tym bardziej nie mając możliwości udzielenia im pomocy. Co więc stałoby się, gdyby te skrzywdzone osoby, chowając urazę przez wiele lat, planowały potajemnie zemstę na tym, którego obwiniają za swe nieszczęścia...? 

Tak właśnie rozpoczyna się Syndykat Ofiar. Kilka tajemniczych postaci o niebezpiecznych zdolnościach atakuje siedzibę Wayne Enterprises, mordując kilku funkcjonariuszy prawa. Roszczą sobie one prawa do złożenia skargi na działalność Batmana, pozostawiając znak nietoperza z dopiskiem: "Nigdy więcej". Kiedy pojawiają się ponownie na gali zorganizowanej przez Luke'a Foxa, jasnym stają się ich żądania: Batman musi ujawnić swą tożsamość, trwale zawieszając działalność. Jeśli tego nie zrobi, Syndykat będzie atakować wszystkie osoby, które go popierają lub mu pomagają. Problematyka i zaskoczenie z tak postawionego ultimatum są tym większe, ponieważ drużyna pracująca z Nietoperzem przeżywa właśnie mały kryzys spowodowany śmiercią jednego ze swych członków. 

Fabuła w Syndykacie Ofiar rozbija się na dwa aspekty. Z jednej strony mamy tu do czynienia z historią opowiadającą o nieznanych następstwach działań Batmana, z drugiej scenarzyści (James Tynion IV, Marguerite Bennett) kontynuują wątki rozpoczęte w poprzednim tomie (Powstanie Batmanów), w których dominuje prawdziwie drużynowy duch. Choć komiks ten czyta się niezwykle przyjemnie, autorzy nie uniknęli kilku wpadek, które mogłyby uczynić lekturę naprawdę niezapomnianą.

Jak można się domyślić, oba wspomniane elementy scenariusza nieustannie wpływają na siebie, prowadząc czytelnika do z góry zaplanowanego finału. Jakkolwiek kwestia drużyny Mrocznego Rycerza (w której skład wchodzi Spoiler, Batwing, Batwoman, Clayface i Orphan) jest poprowadzona bardzo sprawnie, dużo większe zastrzeżenia mam do wątku głównego, jakim jest pojawienie się przypadkowo skrzywdzonych ofiar Batmana. Podczas gdy każdy z członków grupy broniącej Gotham otrzymuje swoje znaczące pięć minut, nowa zgraja łotrów została potraktowana zbyt pobieżnie i szablonowo.

Oczywiście, sam pomysł na dwutorowe rozwiązanie jest świetny i początkowo J. Tynion IV realizuje go bardzo wprawnie, jednak gdzieś po drodze jego uwaga zbyt mocno kieruje się na Spoiler i jej problemy z akceptacją świata po stracie Tima (co samo w sobie jest rozegrane po mistrzowsku). Tym samym wątek Syndykatu traci swój impet, ograniczając się do bycia kolejną przeszkodą, z którą musi zmierzyć się Batman. Jakkolwiek ich historia, moce i cele są przedstawione bardzo pomysłowo (szczególnie przewodzącej nimi Pierwszej Ofiary), wszystko to można było wykorzystać do szerszego poruszenia filozoficznej oraz etycznej kwestii działań samozwańczych stróżów prawa. Pytania, które padają w tym przypadku są niezmiernie ważne, ale autorzy nie wykorzystują ich należycie, wyraźnie spiesząc się, aby zamknąć historię i przygotować czytelników na kolejny fabularny zamysł.

Na plus wychodzi ewolucja drużyny Nietoperza, która ma tu często do powiedzenia więcej niż ich mentor. Oczywiście, rola młodzików ogranicza się do bycia przedłużeniem ramion Batmana, czuję jednak wyraźnie, że J. Tynion IV ma na nich wszystkich pomysł, starając się pokazać tak wiele z ich indywidualnych cech, jak to tylko możliwe. Najlepiej widać to na przykładzie decyzji Spoiler (która jest chyba najważniejszą postacią tego tomu), oraz dodatkowej historii z Batwoman, łączącej wątki poprzedzające pierwszy tom Detective Comics.

Ilustracje do albumu przygotowali Alvaro Martinez, Eddy Barrows oraz Ben Oliver. Ich prace tchną standardowym klimatem mrocznego stylu superhero, choć w niektórych momentach ciekawie zbliżają się do zamierzonego fotorealizmu. Jakkolwiek te dwa style niekoniecznie pasują do siebie, w tym tomie da się to przełknąć między innymi za sprawą zagłębienia się w psychikę postaci.  

Syndykat Ofiar jest albumem, który czyta się bardzo dobrze, lecz ciekawy pomysł można było wykorzystać znacznie lepiej. Gdyby przedłużyć fabułę na kolejny tom, można byłoby pokusić się o naprawdę głęboką treść, a jednocześnie wypełnić go nieustannie angażującą akcją. Tymczasem odnoszę wrażenie, że J. Tynion IV ma nieco inne plany wobec tej historii, a sama opowieść o Syndykacie miała być wyłącznie krótkim przystankiem na dłuższej drodze do celu. Tym bardziej szkoda, że nie zatrzymał się z tym tematem na dłużej. 
W ten sposób powstał komiks bardzo zadowalający, lecz nie wychodzący poza standardy zaplanowane dla tej serii. Przeczytajcie go sami i oceńcie, na ile zgadzacie się z moją opinią.


Komiksy z serii Batman oraz Detective Comics znajdziecie w ofercie Egmontu


sobota, 21 kwietnia 2018

RECENZJA: Monstressa, tom 2 - Krew (Marjorie Liu, Sana Takeda)

Wędrówki Maiki Półwilk w poszukiwaniu prawdy o sobie samej ciąg dalszy... Tak w jednym zdaniu można streścić zawartość drugiego tomu Monstressy. Tylko, że wówczas nie odda to w żadnym stopniu wartości tego niecodziennego i bardzo dobrze przemyślanego komiksu.

Marjorie Liu wraz z niezwykle utalentowaną rysowniczką Saną Takedą dzielnie kontynuują pracę rozpoczętą w tomie Przebudzenie. A jest to naprawdę zadanie niełatwe, bowiem świat jaki zdecydowały się stworzyć, ciężko ująć w jakiekolwiek znane komiksowe ramy. Krew to z jednej strony tajemnicza, przygodowa opowieść drogi, z drugiej natomiast wyraźnie widać, jak kompleksowo i szczegółowo zaplanowano uniwersum, w którym przychodzi nam poznawać losy naszych bohaterów.

W drugim tomie Maika, Ren i Kippa, podążając śladem zagadki potwora drzemiącego w dziewczynie udają się na niebezpieczną Wyspę Kości. To właśnie tu Maika ma nadzieję poznać ważne szczegóły dotyczące własnej matki. Nie przeczuwa jednak, że prawda będzie trudna do odnalezienia i nie wszystko na jej drodze potoczy się zgodnie z planem. Moc jaką dysponuje, jest zbyt ważna dla osób, którym przyświecają odmienne, nie zawsze oczywiste cele.

Choć po bardzo zaskakującej części pierwszej spodziewałem się równie dobrej kontynuacji, Krew zawiodła mnie nieco w kilku aspektach. Być może oba tomy czytane jeden po drugim nie stwarzałyby takiego wrażenia, ale wydaje mi się, że tempo akcji znacznie spadło. Pojawiło się również więcej rozmów, z których nie wszystkie są aż tak niezbędne, jak mogłoby się to wydawać. Być może ma na to wpływ objętość tego tomu, a może autorki stwierdziły, że zwolnienie tempa przysłuży się pogłębianiu obrazu postaci. I chyba niepotrzebnie, bo już w Przebudzeniu dynamika wydarzeń szła w parze z charakterystyką bohaterów.

Tak czy inaczej, tom drugi kontynuuje eksplorację świata przedstawionego. Poznajemy kilka nowych miejsc, parę ciekawych postaci czy ras. Warto też zwrócić uwagę, że ta część w znacznej części skupia się na morskiej podróży.
Oczywiście, żaden z nowych elementów nie pozostaje bez wpływu na strukturę fabularną komiksu. Pod tym względem nadal jest świetnie, a każda niezaplanowana przerwa w czytaniu wywołuje jeszcze większą ochotę na powrót do przygód bohaterów. Tym bardziej, że w Krwi skupiamy się na nich bardziej niż za pierwszym razem. Na nowy etap wchodzi przede wszystkim związek Maiki z monstrum zamieszkującym jej ciało. Nie ulega więc wątpliwości, że finałowa walka rozegra się przede wszystkim na płaszczyźnie psychologicznej tych dwóch postaci.

W roli uzupełniającej historię uniwersum znów wykorzystano pomysłowe wyjątki z wykładu szacownej profesor Tam Tam. Ci z Was, którzy czytali poprzedni tom, z pewnością wiedzą o co chodzi. To właśnie zabiegi takie jak ten czynią z Monstressy komiks nietypowy i niezwykły. Choć osobiście wolę przedstawianie świata za pomocą dialogów czy narracji rozłożonej równomiernie w trakcie fabuły, takie przerywniki mają swój niezaprzeczalny urok, czyniąc z całości coś niecodziennego.

Krew jest komiksem, który nie zawiedzie czytelników poprzedniej części, choć nie sprawia wrażenia aż tak świeżego i odkrywczego jak za pierwszym razem. Tym co nadal stanowi jego najjaśniejszy punkt, są rysunki Sany Takedy. Ilustracje po raz kolejny idealnie zespalają się z treścią opowieści, będąc tak inspirujące, jak tylko może być grafika w komiksie. Mangowy sznyt wraz z dynamiką wydarzeń z pewnością wynagrodzi Wam wszelkie możliwe mankamenty tej części. Bo między innymi dzięki rysunkom ten tytuł jest wciąż prawdziwie niepowtarzalny.


Drugi tom Monstressy został wydany przez Non Stop Comics.


środa, 18 kwietnia 2018

Ciche Miejsce (2018) - Co podobało mi się w tym filmie, a co nie?

Wreszcie w kinach zagościło Ciche miejsce, długo oczekiwany film grozy. Historia w reżyserii Johna Krasinskiego od pierwszych zwiastunów zapowiadała się na zrealizowaną ze smakiem i co najważniejsze, w miarę straszną opowieść. Czy faktycznie tak było? A może produkcja według scenariusza Bryana Woodsa i Scotta Becka narobiła mi niepotrzebnego apetytu, podczas gdy główne danie okazało się zimne i niezbyt smaczne?...
Tym razem postanowiłem nie pisać standardowej recenzji, a zamiast tego wymienić wszystkie plusy i minusy powyższego widowiska. Takie podejście zdradza już oczywiście, że moje zachwyty nad Cichym miejscem nie są aż tak wielkie. Nie zrażajcie się jednak tym wstępem. Na koniec mojego wywodu sami ocenicie, na ile udał się autorom omawiany film.

Zacznijmy od plusów.
Produkcja z rolami głównymi Emily Blunt i Johna Krasinskiego to film, który próbuje wpisać się w ramy zdobywającej coraz większą popularność nowej fali horrorów. W całym koncepcie chodzi głównie o to, że widzowi pokazuje się mało, straszy najczęściej przez niedopowiedzenia, a fabularna całość powinna być skąpana w specyficznym, gęstym klimacie grozy (patrz: Czarownica). Zabieg ten udał się twórcom w większej części. 2/3 filmu z powodzeniem realizuje wspomniany koncept, a atmosfera momentami robi się naprawdę przerażająca (szczególnie podczas sceny znanej z plakatu). W ostatnim akcie stylistyka wraz z dynamiką filmu obracają się jednak na niekorzyść produkcji. Do tego aspektu wrócę jeszcze poniżej.

Pomysł na ukazanie ataku nieznanych stworów, które wyczuwają ludzi za pomocą silnie rozwiniętego zmysłu słuchu był bardzo trafiony. W Cichym miejscu działa to idealnie, wykorzystując dodatkowo aspekt wszechobecnie wymuszonej ciszy. Trzeba więc zachowywać się bezszelestnie, w przeciwnym razie nasze życie zostanie brutalnie zakończone. Dotyczy to w równej mierze ludzi jak i wszelkich innych istot.

Wspaniale ukazano sposoby na przetrwanie przedstawionej rodziny. To jak żyją, w jaki sposób ułatwiają sobie codzienność w dość ekstremalnych warunkach i jakie metody wynajdują na ukrycie się przed stworami, bardzo przypadło mi do gustu. Warto też wspomnieć o przemyślanych mechanizmach odwracania uwagi wroga.

Sporo rzeczy dzieje się w filmie za sprawą domysłów widza. Świetnie działają sceny, nad których uzasadnieniem przyjdzie się nam chwilkę pogłowić. Od samej genezy armagedonu po wszelkie drobne wydarzenia zaprezentowane na ekranie lub poza nim - wszystko buduje tu właściwy klimat. Na niektóre z tych pytań odpowiemy sobie sami, na inne nigdy nie dostaniemy oczekiwanych odpowiedzi.

Ciche miejsce nie zawodzi też jako dramat rodzinny. To film, w którym obok klimatu grozy najważniejsi są bohaterowie. Dostajemy więc sporo dobrze zagranych, mocnych scen, które pokazują nam, jak naprawdę mogłaby wyglądać codzienność żyjących w postapokaliptycznej rzeczywistości ludzi. I to ludzi, z którymi łatwo możemy się identyfikować. Strach, miłość, opieka i troska - bez problemu odnajdziecie wszystkie te elementy.


Czas na minusy.
Najbardziej boli mnie zmiana tempa i klimatu filmu w ostatnim akcie, o czym wspomniałem na początku. Finałowe sceny, choć oczywiście mają na celu wywołanie określonej reakcji oraz podsumowania dotychczasowych wydarzeń, działają jednak na niekorzyść wcześniej zbudowanej konstrukcji. Po prostu dzieje się za dużo, za szybko i niestety (co w sumie najgorsze) za głupio.

Nie chcę zdradzać Wam nic ważnego z fabuły, ale w niektórych scenach twórcy niszczą kilka stworzonych przez siebie, elementarnych zasad. To kłuje w oczy, tym bardziej, że na owych warunkach oparto właściwy klimat produkcji. Nie obyło się również bez kilku sytuacji, w których prawa fizyki działają w zależności od potrzeb realizacyjnych. Przy ściśle skomponowanym początku filmu, takie rozwiązania drażnią i są o wiele bardziej zauważalne.

Nie podobało mi się również, jak wiele scen działa od jednego wypadku do drugiego. Choć z jednej strony to oczywiste, że w otoczeniu niebezpiecznych stworów reagujących na dźwięk, co rusz raczyć się nas będzie spadającymi przedmiotami, niezaplanowanymi hałasami i tym podobnymi atrakcjami. Sądzę jednak, że większa część filmu mogłaby nie bazować sztywno na oczekiwaniu na podobne wydarzenia.

Same potwory są oczywistą atrakcją filmu. Tymczasem szkoda, że nie pomyślano o lepszym ukazaniu ich biologii oraz kwintesencji natury. Seria Obcy cieszyła się m.in. tak wielkim powodzeniem głównie za sprawą świetnie ukazanego monstrum, które rozmnażało się, zachowywało i reagowało w genialnie pobudzający wyobraźnię sposób. Tu zdecydowanie tego zabrakło, choć przyznaję, że koncept rozwiniętych narządów słuchu u bezwzględnych, krwiożerczych istot bardzo mi się spodobał.

Ciche miejsce jest generalnie nieźle przemyślanym filmem, zaskakującym wieloma świetnymi pomysłami. Niestety zawiódł mnie on w kilku dość ważnych aspektach. To właśnie przez ich obecność nie doświadczyłem oczekiwanego wrażenia opadającej szczęki i z pewnością nie zaliczę tego filmu do klasyków tej dekady.
Pomimo wymienionych mankamentów, Ciche miejsce to wciąż dobre, rozrywkowe kino grozy, które sprawia, że myśli się o nim jeszcze jakiś czas po seansie. Kto wie, być może podczas kolejnego podejścia wspomniane niedociągnięcia nie będą razić mnie aż tak bardzo?

Tymczasem polecam Wam zobaczyć film i koniecznie podzielić się swoimi wrażeniami w komentarzach. Jestem jak zawsze ciekawy Waszych opinii.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Jabba the Hutt z tronem od Sideshow Collectibles

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakby to było znaleźć się w sali tronowej słynnego gangstera Jabby the Hutta? 
No cóż, teraz możecie mieć przynajmniej namiastkę takiej atrakcji, ponieważ Sideshow Collectibles przygotowało zapowiedź niesamowitej figurki tej kultowej postaci.

Jabba the Hutt pojawi się w znanej serii figurek przedstawianych w skali 1:6 (Deluxe Sixth Scale Figure) już tej jesieni. Wierzcie lub nie, lecz tym razem jakość i precyzja wykonania przechodzą najśmielsze marzenia fanów! 

Jak widzicie na jednej z poniższychj fotografii, figurce Jabby towarzyszy naprawdę imponująca ilość dodatkowych akcesoriów. Za ich pomocą będziecie mogli zmieniać mimikę gangstera oraz zadbać o odpowiednie zaprezentowanie wszystkich elementów wyposażenia tronu. Pełną listę gadżetów znajdziecie na stronie produktu firmy Sideshow.





Jabba the Hutt został zaprojektowany przez Joego Mennę, Alfreda Paredesa, Tima Nivera oraz Casey Love. Wszelkie detale oraz pieczołowitość gotowego produktu świadczą wyraźnie, że artyści odwalili kawał dobrej roboty!

Cena tej imponującej pamiątki wynosi 795 $ (około 2800 zł) i już można zamawiać ją w przedsprzedaży.

To jak będzie? Lecicie na Tatooine na prywatną audiencję u Jabby?... ;-)

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

RECENZJA: Wonder Woman, tom 2 - Rok Pierwszy

Greg Rucka kontynuuje swój powrót do serii Wonder Woman. Uznany scenarzysta opowiada tym razem o początkach historii księżniczki Diany z wyspy Temiskiry. Za sprawą struktury przyjętej przez autora przy pracach nad tym tytułem, naprzemiennie poznajemy teraźniejszość oraz przeszłość ciemnowłosej amazonki. Skutek celowo miesza się tu z przyczyną, stopniowo odsłaniając zakrojoną na szeroką skalę fabułę oraz ogólny koncept opowieści.
Recenzję pierwszego tomu Wonder Woman z Odrodzenia bez problemu znajdziecie w tym miejscu.

Jak zdradziły moje powyższe słowa oraz sam tytuł tej części, w opisywanym tomie mamy do czynienia ze swoistą genezą Wonder Woman. Po sukcesie zeszłorocznej produkcji filmowej chyba mało kto nie zna opowieści o Stevie Trevorze z sił zbrojnych USA, którego samolot rozbił się na ukrytej przed oczami świata, tajemniczej Temiskirze. Oczywiście, historia opowiedziana w Roku pierwszym jest nieco inna od tej filmowej. Nie ma to jednak aż takiego znaczenia, ponieważ jej najważniejsze elementy zostały tu oczywiście zachowane.
Zatem mamy ocalałego w rajskim świecie mężczyznę i wybrankę zamieszkujących ją amazonek, która wyrusza wraz z nim do naszego świata w roli orędowniczki słowa własnego ludu. Poznamy historię ich relacji, a także przekonamy się, jak zderzenie ze współczesną rzeczywistością będzie oddziaływać na Dianę, początkowo nie umiejącą odnaleźć w niej własnej drogi.

To jednak tylko początkowy zarys fabuły. Najnowszy komiks Rucki oferuje bowiem czytelnikowi o wiele więcej. Od mistycyzmu i wierzeń amazonek, poprzez aktualną problematykę terroryzmu, aż do pasjonującej opowieści o przyjaźni, oddaniu i odwadze - wszystkie te elementy przeplatają się ze sobą, tworząc naprawdę udaną treść, będącą w stanie zadowolić nawet tych, którzy niekoniecznie lubią klimaty superhero.

Rok pierwszy, podobnie jak Kłamstwa, jest zupełnie innym ujęciem typowych zachodnich historii o herosach. Choć znajdziemy tu wielkiego złoczyńcę naprzeciw któremu stanie nasza niezłomna bohaterka, wszelkie podobieństwa kończą się właściwie na tym schemacie. Wonder Woman pokazuje, że podobną problematykę można przedstawiać za pomocą skrupulatnie przemyślanego scenariusza, dodając do niego elementy nie do końca oczywiste przy styczności z tego typu lekturą. Wskazuje na to m.in. wątek tajemnicy drzewa na Temiskirze, którego symbol jest znacząco powiązany z przeznaczeniem zmanipulowanych członków grupy terrorystycznej. Jeśli dodamy do tego istotę spisku boga wojny Aresa, szybko zrozumiemy jak baśniowość i wierzenia przenikają się w obrazkowej treści z problematyką realnego świata.

W komiksie Rucki poszczególne elementy ściśle zazębiają się ze sobą, tworząc specyficzną, fabularną układankę. Dopiero po przeczytaniu całości widać kształt konstrukcji, na której oparto scenariusz.
Co ciekawe, podczas lektury raczej nie zwraca się na to aż takiej uwagi, ponieważ zawartość tomu wypełniona została dobrze skonstruowanymi postaciami. To one nieustannie ciągną akcję do przodu. Za sprawą osobowości Diany, Steve'a, Etty czy Barbary czytelnik jest zachęcany do sporego zaangażowania w historię. Każdy z bohaterów ma tu do odegrania istotną rolę, co zostało zaplanowane w bardzo organiczny sposób. Dzięki temu Rok pierwszy nosi w pewnych krótkich chwilach znamiona bardzo ludzkiej, wręcz obyczajowej opowieści.

Ilustracyjnie drugi tom stoi również na wysokim poziomie. Nicola Scott odciska na swych rysunkach kobiece piętno, przez co znacznie lepiej wybrzmiewa tu ludzki aspekt opowieści. Nieźle radzi sobie również z bardziej dynamicznymi scenami, choć akurat w nich nie znalazłem oczekiwanego przeze mnie pokładu żywiołowości. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że grafiki Scott przypominają mi trochę stylistykę religijnych obrazków, które kojarzę z podstawówki, oraz z pisma Strażnica, wciskanego mi czasem przez natrętnych wyznawców wiary. No cóż, nawet jeśli przychylicie się do tej opinii, będzie to świadczyć jedynie o bardzo uniwersalnym stylu artystki.

Słowem zakończenia pozostaje mi polecić Rok pierwszy tym z Was, którzy lubią przygodowe historie, naszpikowane elementami magii oraz odniesień do dzisiejszych czasów. To komiks, który porusza aktualne tematy, oplatając je zaskakującą nicią wydarzeń, łączącą ze sobą wszystkie ważne postacie. I choć jest to opowieść, która jeszcze przez jakiś czas będzie odkrywana przed Waszymi oczami, warto dać się ponieść nieograniczonej wyobraźni Grega Rucki. Bo on nie tylko rozumie postać Wonder Woman, ale potrafi też stworzyć ciekawą historię, która sprawi, że z niecierpliwością będziecie wypatrywać dalszego ciągu.



Ten i inne komiksy o Wonder Woman znajdziecie na stronie Egmontu


czwartek, 12 kwietnia 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tomy 7 i 8 - Klasyczne Opowieści 7, 8


Minął kolejny miesiąc, czas więc na nową porcję komiksów ze świata Star Wars. I znów zaglądamy do kolekcji wydawnictwa DeAgostini poświęconej historiom obrazkowym z odległej galaktyki (spóźnialskim przypominam, że moje wrażenia z poprzednich dwóch tomów możecie przeczytać w tym miejscu). Tych z Was, którzy po raz pierwszy zetknęli się z powyższą kolekcją informuję, że opisywane tutaj komiksy stanowią najstarszą serię spod szyldu Star Wars, zatytułowaną w oryginale A long time ago, która publikowana była w formie zeszytów na przełomie lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia.

Jak więc wypadają te powstałe przed ponad trzema dekadami opowieści? O dziwo, nieco lepiej niż w tomach prezentowanych do tej pory. Choć może się to wydawać niemożliwe, największy rozwój widać na przykładzie scenariusza. Za większość zaprezentowanej tu treści odpowiada David Michelinie, który przejął rolę głównego pomysłodawcy serii po Archiem Goodwinie.
To właśnie za jego sprawą kompletnie wydumane (choć w pewnym stopniu interesujące) historie zastąpione zostały bardziej przemyślaną fabułą. Już na pierwszy rzut oka widać, że Michelinie o wile bardziej rozumie klimat Gwiezdnych wojen (szczególnie Imperium kontratakuje) niż jego poprzednicy. Scenarzysta zrezygnował z wprowadzania coraz to dziwniejszych pomysłów do uniwersum, bardziej skupiając się na klimacie przygody i tajemnicy zaprezentowanej w filmach. Historie zawarte w tomie 7 i 8 są także dłuższe. Większość z nich zajmuje dwa, trzy, a nawet cztery części poszczególnych tomów. Wszystkie rozgrywają się oczywiście przed wypadkami opisanymi w Powrocie Jedi.

Najważniejszymi wydarzeniami z tych części jest bez wątpienia wątek Shiry Brie, o zabicie której został oskarżony Luke, oraz historia dalszych poszukiwań Hana Solo. To właśnie tam nasi bohaterowie próbują odszukać łowców nagród współpracujących wcześniej z Bobą Fettem. Niestety, wśród tych pozytywów autorom nie udało się uniknąć kilku wpadek.
Historia Oczy Serpów to dość żenująca powtórka z rozrywki, poziomem dorównująca najbardziej głupkowatym odcinkom cyklu z przeszłości, z kolei Złodzieje wody za sprawą obecności istoty zwanej Tirrithem, jakoś nie do końca wpasowują się do galaktycznego stylu.
Na osobną uwagę zasługuje opowieść Mrok, gdzie Chewbacca, R2-D2 i C-3PO stają twarzą w twarz z uosobieniem gniewu i strachu dawnych mieszkańców podziemnego miasta z planety Arbar. To chyba pierwsza próba wprowadzenia do Gwiezdnych wojen klimatu rodem z horroru.
Ciekawie prezentuje się również podwodna historia zapoczątkowana w Efekcie Iskalona. Niestety, na jej finał będziemy musieli poczekać do premiery dziewiątej części kolekcji.

Jak to w przypadku Klasycznych opowieści bywa, sporą frajdę sprawia mi wyszukiwanie błędów i nieścisłości, wynikających z odcięcia tych historii od obecnego kanonu uniwersum. Nie ma ich tu już tak wiele jak w poprzednich odsłonach kolekcji, ale na kilka niewątpliwie należy zwrócić uwagę.

Czy wiedzieliście, że księżniczka Leia była również w pełni przeszkolonym pilotem rebelii? W Golrath nie zapomina nasza bohaterka z powodzeniem pilotuje X-winga, a w Początku poszukiwań siada za sterami Y-winga! No i kto z Was posądzałby ją o takie zdolności?
Znaczna część Klasycznych opowieści 8 skupia się na poszukiwaniach łowcy nagród o imieniu Dengar. Choć obecnie wiemy, że był w 100% człowiekiem, w tych komiksach przedstawiono go jako najprawdziwszego cyborga (choć na szczęście nie ukazano żadnych mechanizmów z jego wnętrza).
W Początku poszukiwań znajdziemy nieścisłość dotyczącą Wojen Klonów. Jak twierdzi jeden z mandaloriańskich bohaterów, trwały one jeszcze po powstaniu Imperium. Tymczasem w Nowej nadziei i Zemście Sithów dowiedzieliśmy się czegoś zupełnie innego...
Inaczej przedstawiono również całą najnowszą historię Mandalory. Oczywiście, nie wszystko tu musi być nieprawdą. Choć seriale The Clone Wars i Rebelianci ustanowiły nowy kanon historii tej planety, wydarzenia opisywane w Początku poszukiwań oraz Śmierci w Mieście Kości rozgrywają się wiele lat po tamtych wydarzeniach. Część z nich mogła więc ulec zmianie.

Pomimo lepszego stylu prowadzenia fabuły, Klasyczne opowieści nadal pozostają atrakcją dla oddanych fanów Star Wars. Charakterystyczna dla lat 80-tych kreska, żywe i mało realistyczne kolory oraz dość specyficzny klimat tych komiksów z pewnością odstraszą bardziej wymagającego czytelnika.
Jeśli jesteście fanami Gwiezdnych wojen, polecam Wam skusić się na te publikacje. Nie wszystko utrzymane jest tu na dzisiejszym poziomie, ale lektura i tak powinna sprawić Wam nieco przyjemności. W końcu są to przygody Luke'a, Lei i Chewbaccy! Choćby dla nich warto przeczytać wspomniane historie.


Za udostępnienie tomów kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini. 


środa, 11 kwietnia 2018

wtorek, 10 kwietnia 2018

RECENZJA: Deadpool Classic - tom 4

Pamiętacie taki fajny film p.t. Deadpool z Ryanem Reynoldsem? Za niecałe dwa miesiące do kin wejdzie jego (miejmy nadzieję) udana kontynuacja. Natomiast ja miałem właśnie okazję zapoznać się z czwartym tomem klasycznej serii przygód tego najemnika z nawijką. I wiecie co? Ekranowa adaptacja wypada o niebo lepiej niż poniższy komiks!

Zanim oddani fani tego bohatera wyleją na mnie wiadra pomyj w komentarzach, wyjaśnię: Deadpool Classic nie jest komiksem bardzo złym. On po prostu jest dużo gorszy od filmu bazującego na tej znanej postaci Marvela. W zasadzie mogę stwierdzić, że obrazkowa opowieść zawodzi dokładnie tam, gdzie wersja aktorska sprawdzała się najlepiej. Świetny humor, dynamiczna akcja, ciekawie poprowadzona fabuła.
A tu? Humor niby jest, ale za sprawą długich, monotonnych wypowiedzi bohatera wydaje się mocno nijaki. Dzieje się jakby sporo (tom jest obszerny, więc tak w sumie być powinno), ale dynamiki to wszystko nie ma za grosz. Wiele zdarzeń zostało mocno przeciągniętych, zarówno na poziomie dialogów, jak i we wspomnianej fabule. Słowem: niestety, nie jest różowo.

No dobrze, zacząłem nie po kolei, bo zaraz po wstępie zwykłem opisywać treść recenzowanego albumu. Musiałem jednak szybko uzasadnić swą opinię, żeby ktokolwiek chciał to w ogóle czytać dalej.
Tak czy owak, wiedzcie, że pomysł na album był bardzo ciekawy. W treści mamy do czynienia z dwiema kwestiami. Pierwsza to swoiste origin story Deadpoola, czyli opowieść o tym, co stało się, że nasz bohater jest tym kim jest. Znamy to z filmu, czas przeczytać jak było naprawdę. I tu generalnie nie mam się do czego przyczepić. W treści najbardziej zwraca uwagę fajny wątek ze spersonifikowaną śmiercią i zemstą Deadpoola na swoim (i nie tylko) prześladowcy. Choć opisywany tom czwarty to moje pierwsze spotkanie z komiksowym Wadem Wilsonem, wszystko na tym etapie było zrozumiałe i klarowne.

Schody zaczęły się w drugiej połowie albumu. Dostałem tu mocno pokręconą opowieść o niezwykłym przeznaczeniu bohatera, konspiracji firmy Landau, Luckman i Lake oraz aferze na galaktyczną skalę, w którą zamieszane zostały siły od dawna zagrażające (nie tylko) naszej ukochanej Ziemi. Jakkolwiek należy pochwalić Joe Kelly'ego i Jemesa Feldera za odważne ukazanie Deadpoola w tak mocno epickiej historii, ja sam, jako nowy czytelnik z początku mocno gubiłem się w zawiłościach scenariusza. Na szczęście po kilkunastu stronach wskoczyłem na właściwe tory. Niestety, oczekiwaną przyjemność z lektury psuły mi skutecznie sprawy, o których wspominałem wcześniej. Zabrakło dynamiki, polotu scenariusza, a także wyrazistości głównych postaci. Czyli tego, co we wspomnianym powyżej filmie było dopracowane na błysk.

Sporo mówi się o specyficznym klimacie komiksów superbohaterskich z lat 90-tych ubiegłego wieku. Podobno jest strasznie górnolotny, nadęty, a całość dziwnie narysowana. I rzeczywiście, chyba coś jest tu na rzeczy. A może ja się jednak nie znam? W końcu tylko te Flashe, Aquamany i Harleye Quinny z DC czytam. Co ja tu do klasycznego Deadpoola?... Osądźcie więc sami.

Choć w istocie, rysunki są prawdziwą kwintesencją tego, co obowiązywało w historyjkach obrazkowych trzy dekady wstecz. Napompowane mięśnie, powykręcane ciała, karykaturalne miny. Dużo szczegółów, przesycenie kolorów. Nienaturalnie seksowne kobiety, zbyt monstrualni faceci. Tak jest i tutaj, ale akurat ten aspekt mi nie przeszkadza. To wyznacznik epoki i jako taki ma swój niepowtarzalny urok. Jest na co popatrzeć, jest czym cieszyć oko. Steve Harris, Walter McDaniel i Pete Woods bynajmniej nie dali plamy.

Deadpool Classic zawiódł mnie, ale mimo wszystko nie mogę skazać tego albumu na całkowite potępienie. Po prostu nie trafiło do mnie to mozolne, przesycone treścią ukazywanie historii. Nie polecam go także innym nowicjuszom w świecie pyskatego najemnika.
Myślę też, że jako dzieło pochodzące z dawniejszych lat, album znajdzie uznanie jedynie w oczach oddanych, długoletnich fanów Marvela. Reszta może się od niego odbić, nie doceniając w pełni dziedzictwa i pewnej dozy dziwactwa, które ze sobą niesie.


Klasyczne oraz najnowsze przygody Deadpoola poznacie w komiksach wydawnictwa Egmont


sobota, 7 kwietnia 2018

RECENZJA: Star Wars Rebels - sezon 4

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... był sobie serial The Clone Wars. Jego realizacyjny ciężar wziął na swoje barki niejaki Dave Filoni. Niestety, Dave był cały czas pilnowany przez pomysłodawcę uniwersum Gwiezdnych wojen - George'a Lucasa, przez co większość pomysłów zawartych w serialu była wypadkową ich wspólnych zamierzeń. Kontynuację serialu przerwało wykupienie marki Star Wars przez koncern Disney'a, który nie był zainteresowany tworzeniem finału serii. Miał jednak chrapkę na talent Filoniego do opowiadania animowanych historii. I to jemu w pierwszej kolejności powierzył przygotowanie serialu, który miał bazować na wydarzeniach rozgrywających się kilka lat przed IV Epizodem - Nową nadzieją.

Piszę o tym, ponieważ jest to pierwsza rzecz jaka przychodzi mi na myśl po obejrzeniu finałowego sezonu serialu Rebelianci (Star Wars Rebels). The Clone Wars, jakkolwiek nie było złe, stanowiło niepotrzebną kopię serialu Clone Wars z 2003 roku, który fenomenalnie wyreżyserował Genndy Tartakovsky. W Rebeliantach rzecz od początku miała się inaczej. To był w pełni autorski projekt (o ile faktycznie można tak mówić w przypadku produktu wielkiej wytwórni), co doskonale widać po emisji czterech sezonów tego serialu. Filoni mądrze wykorzystał wiedzę jaką dała mu współpraca z Lucasem i z niemal identycznym zespołem twórców stworzył serial będący rozwinięciem najbardziej znanego filmowego uniwersum. A co w tym wszystkim najważniejsze, stworzył go bardzo dobrze.


O ile pierwszy sezon wprowadzał nas w strukturę i klimat serialu, drugi i trzeci były już zdecydowanym pójściem na całość. To tu zaprezentowano najodważniejsze pomysły, które wykorzystywały zarówno stary jak i nowy kanon. Opowiedziano spójną historię o niewielkiej rebelianckiej komórce, a w szczególności o losach niegdysiejszego Jedi - Kanana Jarrusa oraz jego ucznia Ezry Bridgera. Tony przygód, niebezpieczeństw i emocji wypełniło trzy sezony serialu kilkudziesięcioma odcinkami, zapewniającymi wciągającą rozrywkę dla szerokiej widowni. Jak to jednak bywa, wszystko dobre co się dobrze kończy i czas finału przyszedł także dla Rebeliantów.

Dobrze, że stało się to teraz. Większość popularnych seriali jest ciągnięta przez 7-8 lat albo nawet i dłużej, ale (jak wykazują badania rynku) przeciętny widz stopniowo traci zainteresowanie już po piątym roku oglądania danego tytułu. Idealnie złożyło się więc dla tej serii, że dotarła do finiszu w czwartym roku emisji. Dzięki temu otrzymaliśmy dość zwartą, przejrzystą opowieść, w której nie starano się przedłużać poszczególnych wątków tylko dlatego, że pan prezes wytwórni nadal chce liczyć zielone. Przy takim układzie sił Filoni mógł przedstawić konkretnie i na temat to, co rozpisał sobie już na etapie planowania tej historii.


Jak już wspomniałem, twórca Rebeliantów skupił się w finałowym sezonie przede wszystkim na dokończeniu historii obu Jedi. Mimo sporej ilości postaci pierwszoplanowych, potrafił wyeksponować w należyty sposób wszystkie istotne wątki, nie gubiąc po drodze kwintesencji serialu. Historia Kanana i Ezry dobiegła więc końca, choć w przypadku jednego z nich nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.
Udało się również poszerzyć tematykę mistycyzmu Mocy. Już w trzecim sezonie mieliśmy do czynienia z tajemniczym Bendu, w tym do akcji wkroczyły zagadkowe wilki z Loth. Za sprawą fascynacji reżysera tymi dumnymi stworzeniami otrzymaliśmy całkiem niezły wątek, nad którym można debatować jeszcze nie raz przy okazji oglądania pozostałych produkcji z uniwersum.

Warto zwrócić uwagę na to, jak umiejętnie wykorzystano elementy rozsiane w wielu odcinkach poprzednich sezonów. Wątek Ahsoki, obecność niestrudzonego Thrawna, Maul i Kenobi, drużyna klonów Rexa, przeszłość i dziedzictwo Sabine, związek Hery i Kanana, odkupienie Kallusa, sojusze rebeliantów z Hondo i Vizago, niespotykane zdolności purrgili, dążenie Imperatora do odnalezienia młodzików czułych na Moc - to wszystko (i więcej!) idealnie zagrało w tych kilkunastu finałowych odcinkach.
Dzięki temu udało się zamknąć serial w prawdziwie epickim stylu. Parę osób oddało życie za słuszną sprawę, parę ruszyło nową ścieżką przeznaczenia. Wszystko po to, abyśmy otrzymali należytą porcję wzruszeń, zabawy i nauki. Choć próbowałem, nie znalazłem tu żadnych luźnych czy niedokończonych wątków.


Filoniemu udało się stworzyć serial będący zamkniętą całością, nie przerywając wydarzeń w pół zdania i licząc, że ktoś kiedyś zrobi to za niego. Warto też zauważyć, że w czwartym sezonie od piątego odcinka fabuła układała się w jedną, spójną całość. To dobrze wpłynęło na jakość historii, przedstawiającej finalne działania rebelianckiej komórki. W związku z tym wróciliśmy na Lothal, planetę niezwykle ważną w kontekście pochodzenia Ezry oraz większości wydarzeń z pierwszego sezonu.
Choć umieszczenie akcji serialu na kilka lat przed Nową nadzieją było zadaniem karkołomnym, Filoniemu udało się nie tylko nie zepsuć większości najważniejszych kwestii, ale również pogłębić całe uniwersum w kontekście IV Epizodu, a nawet filmu Rogue One.

Jakkolwiek nie wszystko w tym serialu oceniam równie pozytywnie (zajrzyjcie do mojej recenzji trzeciego sezonu), ostatecznie ta animowana produkcja z uniwersum Star Wars zajęła dość ważne miejsce w moim fanowskim sercu. Nie tylko poszerzyła horyzonty uwielbiającego Gwiezdne wojny widza, ale przede wszystkim podarowała mi całą gamę lubianych postaci oraz ekscytujących wydarzeń. Dlatego też do wielu z nich jeszcze nie raz powrócę.
Jeśli wszystko potoczyło się tak dobrze, to zadanie powierzone twórcom serialu przez wytwórnię Disney'a zostało wykonane należycie. Bo o to przecież chodzi w rozrywce - o emocje, wrażenia i niezapomniane historie. I czegóż tu chcieć więcej?


środa, 4 kwietnia 2018

RECENZJA: Pieśń Otchłani (Oblivion Song), tom 1 (Robert Kirkman, Lorenzo De Felici)

Moda na post-apokaliptyczne historie trwa w najlepsze. Robert Kirkman, twórca jednej z najbardziej popularnych z nich, zabiera nas w podróż, która pod względem pomysłu przywodzi na myśl filmową Anihilację. Oczywiście, mam tu na myśli jedynie sam koncept, autor i pomysłodawca słynnych Żywych trupów nie jest bowiem scenarzystą, który bez żadnego zastanowienia kopiowałby cudzy pomysł.

Pieśń Otchłani opowiada o sytuacji, w której znaczna część Filadelfii została wessana do innego wymiaru. Na jej miejscu pojawiła się część nieznanego, niebezpiecznego świata, wraz z całą swoją fascynującą zawartością. Na skutek tego wydarzenia zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób, a równie duża ilość mieszkańców została bezpowrotnie uwięziona w obcej rzeczywistości. Dziesięć lat po tych wydarzeniach, Nathan Cole - główny bohater tej opowieści, używa specjalnej technologii aby podróżować pomiędzy wymiarami i ratować uwięzionych w obcym świecie ludzi.

Po wnikliwszym wejrzeniu w treść Pieśni Otchłani wydawać by się mogło, że jest to kolejna komiksowa opowieść w stylu Żywych trupów. Po części być może tak jest, Kirkman zdecydowanie odciska na serii piętno swego talentu, lecz na szczęście tylko częściowo upodabnia to dzieło do swego znanego poprzednika.
Widać to najbardziej w scenach, które rozgrywają się w Otchłani, tam bowiem mamy do czynienia z grupą ludzi zmuszoną do egzystencji w bardzo skrajnych i niebezpiecznych warunkach. Natomiast drugą strona medalu pozostają ziemskie realia, gdzie ludzie nauczyli się żyć z brzemieniem dawnych wydarzeń, wiodąc na pozór normalne życie.

Tym co jak zawsze jest najlepsze u tego autora, są bohaterowie, na których buduje on swoją historię. I choć Nathan jest naszym przewodnikiem po obu rzeczywistościach, oprócz niego przy przedstawianiu treści pomagają pozostałe postacie. To właśnie przez nie poznajemy wydarzenia, które miały miejsce od chwili katastrofy aż do czasów obecnych. Wszystkiego dowiadujemy się poprzez dialogi, reakcje i wspomnienia, nie tracąc czasu na przydługą ekspozycję. Jeśli coś nie jest jasne w pierwszej chwili, z pewnością zrozumiemy to kilkanaście stron dalej.
Kirkman buduje swoją opowieść w skali mikro i makro. Sięga do osobistej motywacji Nathana, która pcha go do poszukiwania zaginionych ludzi, nie unikając też przedstawiania problemu Otchłani w skali globalnej. Każdy z tych elementów potrafi poprowadzić bez zbędnych zgrzytów, czyniąc swą opowieść niezwykle ciekawą. Jednakowo dużo czasu poświęca na ukazanie świata Otchłani, jak i naszego, realnego. To właśnie dzięki tym zabiegom już od pierwszych stron czujemy kompleksowość i wierność stworzonego w ten sposób uniwersum.

Oprócz czynnika ludzkiego, Pieśń Otchłani stoi też pomysłem oraz samą historią. Niebezpieczny świat, tajemnica jego pojawienia się w naszej rzeczywistości oraz wydarzenia, które rozgrywają się wokół głównej osi fabularnej, przyciągają czytelnika jak prawdziwy magnes. I choć autor zdradził w tym tomie więcej, niż początkowo się spodziewałem, furtka jaką sobie zostawił w finale, pozwala mieć nadzieję na wiele ciekawych zdarzeń w przyszłości.
Pieśń Otchłani łączy w sobie cechy post-apokaliptycznej historii, świetnie poprowadzonej science-fiction oraz dynamicznej przygody w nowym, niebezpiecznym świecie. Sceny, w których Nathan musi walczyć o życie w starciu ze stworami z Otchłani zadowolą chyba każdego fana typowo rozrywkowej fantastyki.

Oczywiście, świat przedstawiony nie byłby tak malowniczy gdyby nie talent ilustratora komiksu, Lorenzo De Felici. Pochodzący z Włoch rysownik potrafi stworzyć otoczenie, które jest nam dobrze znajome, a jednocześnie zaprezentować świat, który wywołuje uczucie niepewności tylko przez samo obcowanie z jego graficznym ujęciem.
Jego prace są przejrzyste, dynamika postaci została zachowana na odpowiednim poziomie i tylko w kadrach, gdzie mamy do czynienia ze stworami z Otchłani, trzeba nieraz wysilić oko aby dobrze rozpoznać wszystkie pożądane detale. Kolory w komiksie są dość naturalne, w większości dominuje tu jednak ciemniejsza tonacja barw. To wszystko po to, aby jak najbardziej naturalnie ukazać całą historię.

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że Robert Kirkman nie rozmienia się na drobne, nadal tworząc wciągające, pełne pomysłów i realizacji historie. Najważniejsze w Pieśni Otchłani jest to, że udaje jej się być dość nowatorską zarówno za sprawą scenariusza jak i rysunków.
Pozostaje mi teraz czekać z niecierpliwością na kontynuację tak dobrze rozpoczętej serii, mając nadzieję, że dalsze losy Nathana i reszty bohaterów będą równie wciągające jak ich początek.



Pieśń Otchłani ukazała się nakładem wydawnictwa Non Stop Comics.  


niedziela, 1 kwietnia 2018

Hełm Szturmowca ze świata Star Wars od Swarovskiego

Piękno i fantastyka często idą ze sobą w parze, tym bardziej, jeśli za stworzenie czegoś unikalnego bierze się firma Swarovski. Na ich stronie właśnie pojawił się taki niecodzienny produkt:


Hełm Szturmowca zdobi ponad 19 tysięcy kryształków, wysadzanych unikalną, nowatorską techniką. Wykonano tylko 300 sztuk tego wspaniałego dzieła, przy czym praca nad każdym z nich zajęła specjalistom z firmy około 117 godzin. Każdy egzemplarz został zaopatrzony w podstawkę z czarnego granitu oraz seryjny numer. Niezapomniana pamiątka z filmu ma wymiary 17 x 14 x 12,5 cm. 

Tymczasem to nie sam wygląd Hełmu Szturmowca najbardziej zapiera dech w piersi. Wyobraźcie sobie, że za jeden egzemplarz należy zapłacić aż 34.900 zł.
No to jak, komu zajączek przyniósł w te Święta pieniążki?... ;-)