środa, 18 kwietnia 2018

Ciche Miejsce (2018) - Co podobało mi się w tym filmie, a co nie?

Wreszcie w kinach zagościło Ciche miejsce, długo oczekiwany film grozy. Historia w reżyserii Johna Krasinskiego od pierwszych zwiastunów zapowiadała się na zrealizowaną ze smakiem i co najważniejsze, w miarę straszną opowieść. Czy faktycznie tak było? A może produkcja według scenariusza Bryana Woodsa i Scotta Becka narobiła mi niepotrzebnego apetytu, podczas gdy główne danie okazało się zimne i niezbyt smaczne?...
Tym razem postanowiłem nie pisać standardowej recenzji, a zamiast tego wymienić wszystkie plusy i minusy powyższego widowiska. Takie podejście zdradza już oczywiście, że moje zachwyty nad Cichym miejscem nie są aż tak wielkie. Nie zrażajcie się jednak tym wstępem. Na koniec mojego wywodu sami ocenicie, na ile udał się autorom omawiany film.

Zacznijmy od plusów.
Produkcja z rolami głównymi Emily Blunt i Johna Krasinskiego to film, który próbuje wpisać się w ramy zdobywającej coraz większą popularność nowej fali horrorów. W całym koncepcie chodzi głównie o to, że widzowi pokazuje się mało, straszy najczęściej przez niedopowiedzenia, a fabularna całość powinna być skąpana w specyficznym, gęstym klimacie grozy (patrz: Czarownica). Zabieg ten udał się twórcom w większej części. 2/3 filmu z powodzeniem realizuje wspomniany koncept, a atmosfera momentami robi się naprawdę przerażająca (szczególnie podczas sceny znanej z plakatu). W ostatnim akcie stylistyka wraz z dynamiką filmu obracają się jednak na niekorzyść produkcji. Do tego aspektu wrócę jeszcze poniżej.

Pomysł na ukazanie ataku nieznanych stworów, które wyczuwają ludzi za pomocą silnie rozwiniętego zmysłu słuchu był bardzo trafiony. W Cichym miejscu działa to idealnie, wykorzystując dodatkowo aspekt wszechobecnie wymuszonej ciszy. Trzeba więc zachowywać się bezszelestnie, w przeciwnym razie nasze życie zostanie brutalnie zakończone. Dotyczy to w równej mierze ludzi jak i wszelkich innych istot.

Wspaniale ukazano sposoby na przetrwanie przedstawionej rodziny. To jak żyją, w jaki sposób ułatwiają sobie codzienność w dość ekstremalnych warunkach i jakie metody wynajdują na ukrycie się przed stworami, bardzo przypadło mi do gustu. Warto też wspomnieć o przemyślanych mechanizmach odwracania uwagi wroga.

Sporo rzeczy dzieje się w filmie za sprawą domysłów widza. Świetnie działają sceny, nad których uzasadnieniem przyjdzie się nam chwilkę pogłowić. Od samej genezy armagedonu po wszelkie drobne wydarzenia zaprezentowane na ekranie lub poza nim - wszystko buduje tu właściwy klimat. Na niektóre z tych pytań odpowiemy sobie sami, na inne nigdy nie dostaniemy oczekiwanych odpowiedzi.

Ciche miejsce nie zawodzi też jako dramat rodzinny. To film, w którym obok klimatu grozy najważniejsi są bohaterowie. Dostajemy więc sporo dobrze zagranych, mocnych scen, które pokazują nam, jak naprawdę mogłaby wyglądać codzienność żyjących w postapokaliptycznej rzeczywistości ludzi. I to ludzi, z którymi łatwo możemy się identyfikować. Strach, miłość, opieka i troska - bez problemu odnajdziecie wszystkie te elementy.


Czas na minusy.
Najbardziej boli mnie zmiana tempa i klimatu filmu w ostatnim akcie, o czym wspomniałem na początku. Finałowe sceny, choć oczywiście mają na celu wywołanie określonej reakcji oraz podsumowania dotychczasowych wydarzeń, działają jednak na niekorzyść wcześniej zbudowanej konstrukcji. Po prostu dzieje się za dużo, za szybko i niestety (co w sumie najgorsze) za głupio.

Nie chcę zdradzać Wam nic ważnego z fabuły, ale w niektórych scenach twórcy niszczą kilka stworzonych przez siebie, elementarnych zasad. To kłuje w oczy, tym bardziej, że na owych warunkach oparto właściwy klimat produkcji. Nie obyło się również bez kilku sytuacji, w których prawa fizyki działają w zależności od potrzeb realizacyjnych. Przy ściśle skomponowanym początku filmu, takie rozwiązania drażnią i są o wiele bardziej zauważalne.

Nie podobało mi się również, jak wiele scen działa od jednego wypadku do drugiego. Choć z jednej strony to oczywiste, że w otoczeniu niebezpiecznych stworów reagujących na dźwięk, co rusz raczyć się nas będzie spadającymi przedmiotami, niezaplanowanymi hałasami i tym podobnymi atrakcjami. Sądzę jednak, że większa część filmu mogłaby nie bazować sztywno na oczekiwaniu na podobne wydarzenia.

Same potwory są oczywistą atrakcją filmu. Tymczasem szkoda, że nie pomyślano o lepszym ukazaniu ich biologii oraz kwintesencji natury. Seria Obcy cieszyła się m.in. tak wielkim powodzeniem głównie za sprawą świetnie ukazanego monstrum, które rozmnażało się, zachowywało i reagowało w genialnie pobudzający wyobraźnię sposób. Tu zdecydowanie tego zabrakło, choć przyznaję, że koncept rozwiniętych narządów słuchu u bezwzględnych, krwiożerczych istot bardzo mi się spodobał.

Ciche miejsce jest generalnie nieźle przemyślanym filmem, zaskakującym wieloma świetnymi pomysłami. Niestety zawiódł mnie on w kilku dość ważnych aspektach. To właśnie przez ich obecność nie doświadczyłem oczekiwanego wrażenia opadającej szczęki i z pewnością nie zaliczę tego filmu do klasyków tej dekady.
Pomimo wymienionych mankamentów, Ciche miejsce to wciąż dobre, rozrywkowe kino grozy, które sprawia, że myśli się o nim jeszcze jakiś czas po seansie. Kto wie, być może podczas kolejnego podejścia wspomniane niedociągnięcia nie będą razić mnie aż tak bardzo?

Tymczasem polecam Wam zobaczyć film i koniecznie podzielić się swoimi wrażeniami w komentarzach. Jestem jak zawsze ciekawy Waszych opinii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz