piątek, 27 kwietnia 2018

Moje przemyślenia po seansie Avengers: Infinity War (2018)

Nadeszły ciekawe czasy... Po dziesięciu latach skutecznego budowania spójnego uniwersum filmowego Marvela, wreszcie otrzymaliśmy produkcję, będącą nie tylko podsumowaniem dokonanych osiągnięć, ale przede wszystkim wychodzącą daleko w przyszłość. Avengers: Infinity War wkracza w nadchodzące czasy w sposób bardzo odważny, co być może za kilka lub kilkanaście lat wspominane będzie jako jedna z bardziej znaczących decyzji studia.


Po seansie filmu mocno zastanawiałem się, co napisać w recenzji. Czy wymieniać wszystkie za i przeciw, czy może skupić się na poszczególnych elementach historii...? Ostatecznie postanowiłem zaniechać tego pomysłu i napisać od serca wszystko to, co na chwilę obecną przychodzi mi do głowy. Mam nadzieję, że spodoba się Wam taka forma.

Pierwszą rzeczą jaką mam na myśli, jest stwierdzenie, że tego filmu nie dało się zrobić lepiej. Zważywszy na ilość elementów, jakie musiały w nim zagrać (mnogość postaci, główny wątek opowieści, rozwój fabuły, zgodność z poprzednimi produkcjami z cyklu), bracia Russo wywiązali się z powierzonego im zadania wręcz koncertowo. Infinity War to film nie tylko snujący konkretną, interesującą historię, ale również produkcja kumulująca wszystkie elementy zgromadzone w uniwersum przez ostatnią dekadę. Oczywiście, nie ustrzegła się małych błędów, które zapewne wskaże każde z Was, ale przy tak karkołomnym zadaniu wręcz nie wypada ich piętnować.

Co mi się nie spodobało? Na pierwszy ogień rzuciłbym właśnie Thanosa. To oczywiście antagonista odstający od klasycznego "bójcie się i drżyjcie, albowiem jestem strasznie zły!", ale w jego genezie zabrakło mi jakiegoś ważnego wydarzenia, które ukształtowałoby tok myślenia tej ważnej postaci. A tu, zgodnie z zasadą rodem z komiksów, pozostał Szalonym Tytanem. Jest jednak konsekwentny w działaniu i dość niewzruszony, a jego ideologia zakłada wszelkie możliwe poświęcenia. Część interpretacji wypada więc na plus.
Sam film został zbudowany według zasady: chwila akcji, chwila żartów, chwila głębi. Ów cykl powtarza się podczas całego seansu od samego początku do końca, aż do tego stopnia, że staje się absurdalnie przewidywalny. Rozumiem jednak, że w przypadku tej produkcji trudno było osiągnąć główny cel jakimś innym sposobem. Powyższy zabieg ma też na celu utrzymanie odpowiedniego tempa i charakteru narracji, bez których wszystkie pozostałe elementy rozsypałyby się jak domek z kart.

Czy najnowsza odsłona Avengers zmieni kino superbohaterskie? Jestem pewien że tak, i to zarówno na płaszczyźnie samego uniwersum Marvela, jak i ogółu tego gatunku filmowego. Na ile jednak będzie to zmiana znacząca, przekonamy się dopiero za jakiś czas, szczególnie po premierze przyszłorocznej odsłony Avengers 4, a także późniejszych filmów wytwórni. Powiew świeżości jest jednak niezbędny, wszak po tylu latach chyba znudziło się nam oglądanie w kółko tych samych historii. Na szczęście włodarze studia wiedzą o tym doskonale, a za przykład nowego podejścia służą filmy takie jak Deadpool, Logan czy nawet Thor: Ragnarok.

Tymczasem Infinity War atakuje widza niesamowitą odwagą w podejściu do prezentowanej historii. To film, który nie bierze jeńców, wreszcie twardo rozprawiając się ze skostniałymi zasadami budowania podobnych treści. Tu wreszcie przestają mieć znaczenie jakiekolwiek schematy, a nikt po wewnętrznej stronie ekranu nie jest tak naprawdę bezpieczny. Realizm, odwaga w kształtowaniu świata przedstawionego oraz dalekosiężne plany opowiadania kolejnych historii. Czuje się to w każdej minucie i chłonie niczym zimną wodę w upalny, bezchmurny dzień.

Najnowsza produkcja Marvela sprawiła, że jeszcze bardziej pokochałem te filmy. Za ich wielowątkowość, za postacie i historie, które nigdy nie zdarzą się w naszym szarym życiu. Emocje, które mi zaserwowała, były ogromne. Chwile, w jakich pojawiały się znaczące postacie (cień Steve'a Rogersa za przemykającym pociągiem i jego powolne wyjście z mroku, czy teleportacja Thora z Rocketem i Grootem do Wakandy, gdzie w ostatniej chwili zdołali wesprzeć towarzyszy), żal po starcie wielu z nich, a także samo sedno tej opowieści. Dobra robota, panowie Russo, naprawdę dobra robota!

Najbliższy rok w moim popkulturowym życiu geeka wypełniony będzie zapewne wieloma niezapomnianymi emocjami, ale jedną z największych z pewnością stanie się wyczekiwanie na ciąg dalszy Infinity War. Bo cóż innego może napędzać mnie bardziej, niż niepewność o losy ulubionych postaci? Mam tylko nadzieję, że za drugim razem stawka także będzie wysoka i jeśli w ogóle uda się choć częściowo odwrócić nieuniknione, nie wydarzy się to przy użyciu błahych uzasadnień. Ten świat stał się wreszcie realny, więc wymagania odnośnie jego kształtu także zdołały się umocnić.

Powyższy tekst powstał po jednym obejrzeniu filmu. Zapewne odwiedzę kino przynajmniej jeszcze raz, aby wyłapać i nacieszyć się w pełni wszystkimi wspaniałymi elementami, które złożyły się na to niecodzienne widowisko. Widowisko, które pokazało, że kino superbohaterskie stopniowo ewoluuje, a filmowe uniwersum Marvela już nigdy nie będzie takie samo.

Żyjemy w ciekawych czasach. Bohaterowie znani z komiksów trafiają na wielki ekran, gdzie dostają drugie życie w światach, które istnieją dzięki niezwykłej kreatywności twórców i ścisłym połączeniu wielu tematycznych produkcji. Ich losy interesują nas często prawie tak samo jak przeżycia naszej rodziny czy bliskich znajomych. To znak czasów dzisiejszej kultury. Gdy trzeba, chwyta za serce lub bawi, sprawiając, że na chwilę zapominamy co jest prawdziwe lub nie. I na tym polega czar tych filmów. Oby więc trwał jak najdłużej!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz