sobota, 7 kwietnia 2018

RECENZJA: Star Wars Rebels - sezon 4

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... był sobie serial The Clone Wars. Jego realizacyjny ciężar wziął na swoje barki niejaki Dave Filoni. Niestety, Dave był cały czas pilnowany przez pomysłodawcę uniwersum Gwiezdnych wojen - George'a Lucasa, przez co większość pomysłów zawartych w serialu była wypadkową ich wspólnych zamierzeń. Kontynuację serialu przerwało wykupienie marki Star Wars przez koncern Disney'a, który nie był zainteresowany tworzeniem finału serii. Miał jednak chrapkę na talent Filoniego do opowiadania animowanych historii. I to jemu w pierwszej kolejności powierzył przygotowanie serialu, który miał bazować na wydarzeniach rozgrywających się kilka lat przed IV Epizodem - Nową nadzieją.

Piszę o tym, ponieważ jest to pierwsza rzecz jaka przychodzi mi na myśl po obejrzeniu finałowego sezonu serialu Rebelianci (Star Wars Rebels). The Clone Wars, jakkolwiek nie było złe, stanowiło niepotrzebną kopię serialu Clone Wars z 2003 roku, który fenomenalnie wyreżyserował Genndy Tartakovsky. W Rebeliantach rzecz od początku miała się inaczej. To był w pełni autorski projekt (o ile faktycznie można tak mówić w przypadku produktu wielkiej wytwórni), co doskonale widać po emisji czterech sezonów tego serialu. Filoni mądrze wykorzystał wiedzę jaką dała mu współpraca z Lucasem i z niemal identycznym zespołem twórców stworzył serial będący rozwinięciem najbardziej znanego filmowego uniwersum. A co w tym wszystkim najważniejsze, stworzył go bardzo dobrze.


O ile pierwszy sezon wprowadzał nas w strukturę i klimat serialu, drugi i trzeci były już zdecydowanym pójściem na całość. To tu zaprezentowano najodważniejsze pomysły, które wykorzystywały zarówno stary jak i nowy kanon. Opowiedziano spójną historię o niewielkiej rebelianckiej komórce, a w szczególności o losach niegdysiejszego Jedi - Kanana Jarrusa oraz jego ucznia Ezry Bridgera. Tony przygód, niebezpieczeństw i emocji wypełniło trzy sezony serialu kilkudziesięcioma odcinkami, zapewniającymi wciągającą rozrywkę dla szerokiej widowni. Jak to jednak bywa, wszystko dobre co się dobrze kończy i czas finału przyszedł także dla Rebeliantów.

Dobrze, że stało się to teraz. Większość popularnych seriali jest ciągnięta przez 7-8 lat albo nawet i dłużej, ale (jak wykazują badania rynku) przeciętny widz stopniowo traci zainteresowanie już po piątym roku oglądania danego tytułu. Idealnie złożyło się więc dla tej serii, że dotarła do finiszu w czwartym roku emisji. Dzięki temu otrzymaliśmy dość zwartą, przejrzystą opowieść, w której nie starano się przedłużać poszczególnych wątków tylko dlatego, że pan prezes wytwórni nadal chce liczyć zielone. Przy takim układzie sił Filoni mógł przedstawić konkretnie i na temat to, co rozpisał sobie już na etapie planowania tej historii.


Jak już wspomniałem, twórca Rebeliantów skupił się w finałowym sezonie przede wszystkim na dokończeniu historii obu Jedi. Mimo sporej ilości postaci pierwszoplanowych, potrafił wyeksponować w należyty sposób wszystkie istotne wątki, nie gubiąc po drodze kwintesencji serialu. Historia Kanana i Ezry dobiegła więc końca, choć w przypadku jednego z nich nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa.
Udało się również poszerzyć tematykę mistycyzmu Mocy. Już w trzecim sezonie mieliśmy do czynienia z tajemniczym Bendu, w tym do akcji wkroczyły zagadkowe wilki z Loth. Za sprawą fascynacji reżysera tymi dumnymi stworzeniami otrzymaliśmy całkiem niezły wątek, nad którym można debatować jeszcze nie raz przy okazji oglądania pozostałych produkcji z uniwersum.

Warto zwrócić uwagę na to, jak umiejętnie wykorzystano elementy rozsiane w wielu odcinkach poprzednich sezonów. Wątek Ahsoki, obecność niestrudzonego Thrawna, Maul i Kenobi, drużyna klonów Rexa, przeszłość i dziedzictwo Sabine, związek Hery i Kanana, odkupienie Kallusa, sojusze rebeliantów z Hondo i Vizago, niespotykane zdolności purrgili, dążenie Imperatora do odnalezienia młodzików czułych na Moc - to wszystko (i więcej!) idealnie zagrało w tych kilkunastu finałowych odcinkach.
Dzięki temu udało się zamknąć serial w prawdziwie epickim stylu. Parę osób oddało życie za słuszną sprawę, parę ruszyło nową ścieżką przeznaczenia. Wszystko po to, abyśmy otrzymali należytą porcję wzruszeń, zabawy i nauki. Choć próbowałem, nie znalazłem tu żadnych luźnych czy niedokończonych wątków.


Filoniemu udało się stworzyć serial będący zamkniętą całością, nie przerywając wydarzeń w pół zdania i licząc, że ktoś kiedyś zrobi to za niego. Warto też zauważyć, że w czwartym sezonie od piątego odcinka fabuła układała się w jedną, spójną całość. To dobrze wpłynęło na jakość historii, przedstawiającej finalne działania rebelianckiej komórki. W związku z tym wróciliśmy na Lothal, planetę niezwykle ważną w kontekście pochodzenia Ezry oraz większości wydarzeń z pierwszego sezonu.
Choć umieszczenie akcji serialu na kilka lat przed Nową nadzieją było zadaniem karkołomnym, Filoniemu udało się nie tylko nie zepsuć większości najważniejszych kwestii, ale również pogłębić całe uniwersum w kontekście IV Epizodu, a nawet filmu Rogue One.

Jakkolwiek nie wszystko w tym serialu oceniam równie pozytywnie (zajrzyjcie do mojej recenzji trzeciego sezonu), ostatecznie ta animowana produkcja z uniwersum Star Wars zajęła dość ważne miejsce w moim fanowskim sercu. Nie tylko poszerzyła horyzonty uwielbiającego Gwiezdne wojny widza, ale przede wszystkim podarowała mi całą gamę lubianych postaci oraz ekscytujących wydarzeń. Dlatego też do wielu z nich jeszcze nie raz powrócę.
Jeśli wszystko potoczyło się tak dobrze, to zadanie powierzone twórcom serialu przez wytwórnię Disney'a zostało wykonane należycie. Bo o to przecież chodzi w rozrywce - o emocje, wrażenia i niezapomniane historie. I czegóż tu chcieć więcej?


2 komentarze:

  1. Trochę szkoda, że to już koniec... Serial miał swoje wzloty i upadki, ale mam wrażenie, że można by było np. Dalsze losy Ezry, Sabine i Ashoki przedstawić w innej kreskówce:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że jest na to szansa. Być może jeszcze w tym roku dostaniemy kolejny animowany serial ze świata SW.

      Usuń