czwartek, 31 maja 2018

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 2 - Światło w Butelce

Odrodzenie DC zapoczątkowało wiele interesujących historii, lecz chyba żadna z nich nie jest aż tak charakterystyczna jak Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Tak za sprawą niezwykle bogatych ilustracji, jak i pełnego rozmachu scenariusza, seria autorstwa Roberta Venditti mocno zapada w pamięć, a ci z czytelników, którzy postanowią dać jej szansę, na pewno nie spotka zawód.

Korpus Zielonych Latarni nie ma łatwego życia. Wymordowani niemal do cna, z trudem wracają na kosmiczną arenę. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że od teraz w szeregach obrońców kosmosu zapanuje błoga sielanka. Nowe niebezpieczeństwa okazują się czyhać z każdej strony, a kto jak kto, ale strażnicy wszechświata nie mogą pozwolić sobie na bezczynność. Nie dość, że zostają zmuszeni do konfrontacji z Żółtymi Latarnikami pod wodzą Soranik, to jeszcze Larfleeze, awatar pomarańczowego światła chciwości, zastawia zasadzkę na nowo odrodzony skład naszych bohaterów. Współpracując ze zniewoloną wersją Brainiaca 2.0 zawłaszcza miasto z planety Xudar wraz ze znajdującymi się na jego powierzchni obrońcami. Kłopoty nieufających sobie Zielonych i Żółtych Latarni będą wymagały wspólnego działania, tym niemniej potrzebnego, podczas gdy najpotężniejszy z nich - Hal Jordan zniknął po starciu ze złowrogim Sinestro.

Światło w butelce jest bezpośrednią kontynuacją Prawa Sinestro, który przedstawił okoliczności wykucia pierścienia woli przez Hala oraz zmagań Korpusu z Żółtymi Latarnikami. Jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, która charakteryzuje drugi tom tej serii, byłaby nim o wiele większa przystępność historii. Choć pozornie można byłoby odnieść odmienne wrażenie, ta część pomimo kilku rozgrywających się jednocześnie wątków, jest zdecydowanie prostsza w odbiorze. Oczywiście, bez znajomości poprzednich przygód Latarników ani rusz, jednak pewna hermetyczność poprzedniej opowieści ustępuje w tym tomie pod naporem większego luzu i znacznej plastyczności scenariusza. Choć bohaterowie komiksu nadal prowadzą grę o najwyższą stawkę, znikła z kart tomu mocno wyczuwalna zawiłość relacji pomiędzy postaciami, czy ogólnie cięższy wydźwięk całości. I choć Prawo Sinestro nie było jakimś przesadnie ciężkim komiksem, a wszelkie niejasności klarowały się w trakcie czytania, to jednak ta część ma w sobie coś, co znacznie ułatwia jej odbiór.

A tym czymś są przede wszystkim postacie. Cały bagaż fabularny dźwiga na swych barkach trójka bohaterów i to z ich punktu widzenia obserwujemy rozgrywające się w opowieści wydarzenia. Hal Jordan, który zaginął w tajemniczym świecie po starciu z Sinestro i próbujący odszukać drogę do rzeczywistości, John Stewart stojący na czele Latarników i borykający się z wszelkimi decyzjami, oraz Guy Gardner, pyskaty przedstawiciel obrońców, próbujący na swój sposób odnaleźć się w nowej rzeczywistości - właśnie za ich sprawą Światło w butelce jest tak interesującym doświadczeniem. Powyżsi bohaterowie nakreśleni zostali w bardzo ciekawy i przystępny sposób, co w kontraście do niezwykłej epickości całej historii czyni lekturę niezwykle łatwą i satysfakcjonującą w odbiorze.

Pomagają też ilustracje Ethana Van Scivera i Rafy Sandovala. Artyści wyraźnie zrezygnowali z przytłaczającego charakteru swym poprzednich prac, dzięki czemu większość kadrów jest mniej przepełniona, dając więcej luzu oczom przeciętnego czytelnika. Oczywiście, w dynamicznych, zbiorowych scenach akcji nadal jest tłoczno i duszno, lecz ową manierę należy chyba potraktować jako domenę nowych odsłon przygód Latarników. Postacie kreowane przez obu artystów mają bogatą mimikę, ze szczególnym uwzględnieniem nieprzejednania, jakie często maluje się na ich twarzach.

Światło w butelce zamyka krótka historia opowiedziana z perspektywy Somar, wiekowej mieszkanki Xudaru. To poprzez opowieść, jaką raczy swe wnuczki poznajemy zarys przyszłych wydarzeń, jednocześnie zbliżając się do swojskiego klimatu tej kosmicznej historii. Taki zabieg scenarzysty pozwolił mi na lepsze wczucie się w fabułę, a co najważniejsze, przybliżył rolę Zielonych Latarni mojemu sercu. Bo nic nie wpływa na odbiór epickich potyczek tak bardzo, jak pokazanie ich z perspektywy zwykłych istot, które często pozostają bezsilne w ich niszczycielskim obliczu. A jeśli to da im motywację do działania na większą skalę, to przecież tym lepiej.

Druga odsłona Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni jest godna polecenia tym z Was, którym tak jak mi, podobał się pierwszy tom, lecz z wymienionych wyżej powodów czuli po jego lekturze pewien niedosyt. Znajdziecie tu lepiej poprowadzoną historię, bohaterowie wydadzą się Wam znacznie bliżsi, a całość z pewnością uznacie za satysfakcjonującą na polu wszelkich zmagań, jak i ciekawej, pełnej przygód, kosmicznej opowieści. Z niecierpliwością wypatruję więc dalszych tomów Latarników, gdzie z pewnością dowiem się jak potoczą się ich nowe sojusze oraz wszelkie ekscytujące zagrożenia, jakie będą na nich czekały.


Przygody Hala Jordana i reszty Latarników znajdziecie na stronie Egmontu



wtorek, 29 maja 2018

RECENZJA: Marvel Avengers - Kompletny Przewodnik (S. Beatty, A. Cowsill, A. Dougal i M. Scott)

Avengers. Mściciele. Obrońcy Ziemi i zamieszkującej ją ludzkości. Ponadprzeciętni bohaterowie, obdarzeni zdolnościami i możliwościami wykraczającymi poza granice dostępne dla zwykłych ludzi. Od połowy lat 60-tych rozpalają wyobraźnię sympatyków komiksów superbohaterskich, stawiając czoła najróżniejszym wyzwaniom oraz niebezpieczeństwom. Opowieści o zmaganiach supergrupy było tak dużo, że zapewne każdy fan marzył o czymś w rodzaju encyklopedii, zbierającej wszystko co jest godne odnotowania, w jednym, porządnie zredagowanym miejscu.
I takie życzenia spełniają się właśnie dziś, ponieważ przewodnik pod wspólną redakcją Scotta Beatty'ego, Alana Cowsilla, Alastaira Dougalla i Melanii Scott gromadzi niezbędną wiedzę dla nowych, jak i stałych fanów komiksów Marvela.

Avengers - kompletny przewodnik, to imponujące dzieło zbiorcze, ukazujące ogrom powstającej od prawie sześciu dekad serii obrazkowej. Znajduje się tu wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie dla historii Avengers - całej grupy, jak i poszczególnych jej członków. Bogato ilustrowany, a co najważniejsze, przygotowany w przejrzysty i sprzyjający szybkiemu wyszukiwaniu właściwych informacji sposób, jest swoistym niezbędnikiem dla współczesnego sympatyka światowej popkultury.

Całość przewodnika podzielono na kilka sekcji. Znajdziemy tu referencje do istotnych wydarzeń w poszczególnych dekadach, opisy postaci i członków drużyny, najważniejsze terminy i miejsca, znaczące eventy, a także opisy wrogów i przeciwników Mścicieli. Wszystko poukładano chronologicznie, także nawet bez spoglądania do spisu treści, z łatwością można odszukać każdą interesującą nas rzecz. Od najwcześniejszych, aż do współczesnych przygód bohaterów - jest tu chyba wszystko. Co ważne, publikacja zawiera nawet wydarzenia nie znane jeszcze polskiemu czytelnikowi. Pierwsze starcie z Lokim, które połączyło siły pierwszego składu Avengers (Thor, Iron Man, Hulk, Ant-Man i Wasp), prowadzi nas przez liczne zmiany składu grupy, wyniszczające wojny i niebezpieczne starcia z licznymi wrogami, aż do Tajnego Imperium, które na pewno nie będzie finałem przygód Mścicieli.


Nie jestem zaawansowanym znawcą historii Marvela, ale sądzę, że powyższy przewodnik nada się świetnie dla każdego, kto choć trochę pragnie poszerzyć swą wiedzę z zakresu amerykańskiej komiksologii. Jego przyciągająca wzrok forma sprawdzi się zarówno jako niezobowiązująca pozycja do przeglądania przy filiżance kawy, jak i bogate źródło wiedzy dla bardziej wymagających czytelników (umieszczony na końcu publikacji indeks, pozwoli każdemu jeszcze szybciej dotrzeć do oczekiwanych treści).


Nie mogę więc nie polecić Wam tego wydawnictwa. Jego forma i treść bezsprzecznie przykuwają uwagę, a za sprawą zawartości należy zaliczyć go do niezbędnego wyposażenia wszystkich sympatyków superbohaterszczyzny. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy komiksy coraz bardziej stają się ważną częścią rozrywkowego świata, a filmy pokroju Avengers: Wojna bez granic, czy Thor: Ragnarok przyciągają do kin miliony spragnionych dynamicznej rozrywki widzów. Jeśli więc klimaty tego typu fantastyki są Wam nieobce, zachęcam do włączenia przewodnika do swojej kolekcji. Będzie świetnie wyglądał obok przygód Spider-Mana, Daredevila i Kapitana Ameryki.


Recenzowany przewodnik oraz inne publikacje Marvela znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 28 maja 2018

RECENZJA: Banda Niematerialnych Szaleńców - Maria Krasowska

Wierzycie w duchy? Ja oczywiście nie, ale i tak bardzo się ich boję...
OK, to teraz na serio. Co powiedzielibyście na książkę, w której główny bohater, posiadający tajemniczą zdolność postrzegania duchów, wplątuje się w podszytą kryminałem historię rodem z najlepszego science-fiction? No właśnie! Jeśli Wasza odpowiedź jest twierdząca, to już teraz mogę napisać, że Banda niematerialnych szaleńców bez najmniejszego problemu spełni wszelkie pokładane w niej nadzieje.

Danny Moon ma bogatych rodziców. Jego edukacją zajmują się znienawidzone przez chłopaka guwernantki, a on sam nie ma czasu chodzić do normalnej szkoły, ponieważ jest synem małżeństwa paleontologów. W praktyce oznacza to, że on i jego rodzina bardzo często zmieniają miejsce zamieszkania. Któregoś dnia jednak Danny przesadza. Kolejna guwernantka, którą doprowadza do szału wymawia posadę, a on zostaje na kilka miesięcy odesłany do wujostwa w Polsce. Od teraz będzie chodził do zwykłej szkoły, dzieląc wspólny dom z siostrą matki, jej mężem oraz kilkoma rzadko widywanymi kuzynkami. Co zrobilibyście na jego miejscu? Pewnie pokornie podjęlibyście wyzwanie? Nasz bohater oczywiście nie ma wyjścia, przyjmuje więc gościnę u krewnych, zajmując obszerny pokój na strychu. To właśnie tam zdarzy się coś nadzwyczaj dziwnego.

Pewnego dnia Danny spostrzega ducha. I to nie jakiegoś zwykłego potępieńca, ale samego Czarnobrodego - legendarnego pirata, który ni z tego ni z owego objawia się w zajmowanym przez czternastolatka lokum. Skąd w ogóle się tu wziął i jakie są jego zamiary...? Jakby tego było mało, wkrótce do osób kontaktujących się z widmami dołącza Aneta, kuzynka Danny'ego. Wspólny czas spędzany z Czarnobrodym (na korzystaniu z możliwości, jakie daje bliska relacja z duchem) zostaje wkrótce zakłócony uwięzieniem pirata w domowym lustrze. Jak wykazuje krótkie śledztwo, przeprowadzone przez młodych bohaterów na warszawskim cmentarzu, za kłopotami Czarnobrodego może stać pewien biznesmen. Planuje on skrycie wykorzystanie duchów do operacji o przykrych konsekwencjach dla całego współczesnego świata. Nie ma rady, Danny i Aneta muszą przystąpić do działania! Wszystko jednak zależeć będzie od tego, czy uda im się uzyskać pomoc od innych potępionych dusz, skazanych na wałęsanie się po naszym materialnym świecie...

Wierzcie mi na słowo, powyższy opis w żaden sposób nie wyczerpuje pomysłowości, jaką wykazała się autorka, kreując przedstawiony w powieści świat. W Bandzie niematerialnych szaleńców (chwytliwy tytuł, prawda?), Maria Krasowska zaskakuje czytelnika nie tylko niepowtarzalnym pomysłem na historię, ale również sprawia, że na każdej stronie i w każdym rozdziale książki stale coś się dzieje. Fabularny rollercoaster zdaje się nie mieć końca do ostatnich kart opowieści, ale ani przez chwilę nie poczułem się przytłoczony tą fabularną różnorodnością.

Przygody Danny'ego Moona nie są klasyczną historią o duchach. Owszem, na początku powieści występuje wiele elementów charakterystycznych dla takiego ujęcia tematu, jednak szybko okazuje się, że pisarka użyła tej stylistyki do ukazania zupełnie innej, bardzo nieszablonowej treści. Mamy tu więc wyprawy na cmentarz, świetnie zbudowane realia potępionych dusz, wątek spisku i tajemnicy, lecz co najważniejsze, wszystkie te elementy prowadzą nas do jeszcze ciekawszych rozwiązań. Banda niematerialnych szaleńców szybko przechodzi w klimat czystej fantastyki z elementami thrillera, zaskakując czytelnika płynnością, z jaką autorka porusza się pomiędzy obiema stylistykami.

Powieść Marii Krasowskiej skierowana jest głównie do nastoletniego czytelnika, toteż z pewnością przypadnie do gustu młodym osobom. Nie stanowi to jednak o wadzie publikacji, bo sposób pisania autorki jest w stanie zainteresować również osoby starsze. Książka napisana została z punktu widzenia głównego bohatera, a wszystkie elementy przedstawiono w niej w przejrzysty i bardzo przystępny sposób. Wciągająca fabuła tylko pogłębia przyjemność obcowania z lekturą. Co równie ważne, prezentowane w powieści wydarzenia zostały zaprezentowane tak, że nie rażą przesadnym wymuszeniem czy sztucznością. Połączenie świata fantastycznego z typową codziennością nie zawsze wychodzi zgrabnie, tymczasem zagłębiając się w przygody dzieciaków i ich widmowych towarzyszy, byłem w stanie uwierzyć, że większa część z tych wydarzeń (pomijając jeden czy dwa elementy) mogłaby mieć miejsce naprawdę.

Banda niematerialnych szaleńców to powieść, którą docenią czytelnicy lubiący dobre, pomysłowe historie (czyli chyba każdy z nas!). Jej treść oferuje nieustający przypływ adrenaliny, a główni bohaterowie (tak ludzcy, jak i niematerialni) byli w stanie wzbudzić moją sympatię, sprawiając, że jeszcze bardziej pochłonęło mnie czytanie. Zaskakujące zwroty akcji, niebezpieczna zagadka, a także idealne odwzorowanie rzeczywistości duchów w połączeniu ze światem realnym, zapewni wiele emocji nawet najbardziej wymagającym molom książkowym.
Otwarte zakończenie, jak i brak wyjaśnień pewnych kwestii fabularnych sugeruje prawdopodobny ciąg dalszy. Mam nadzieję że taki powstanie, bo z przyjemnością poznałbym dalsze losy Danny'ego. W końcu dobrych powieści nigdy za wiele, prawda?

piątek, 25 maja 2018

O tym, jak Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie nie zawiódł moich oczekiwań

Kocham Gwiezdne wojny. Nieważne czy będą to oryginalne trylogie, prequele, sequele czy inne story-quele - odległa galaktyka od wielu lat przemawia do mnie na swój własny, specyficzny sposób. Oczywiście, jedne filmy z tej serii lubię bardziej, a inne mniej, jednak z pewnością można zaklasyfikować mnie jako fana, który kocha mocno i wiernie.

Co ciekawe, ogłoszenie filmu o wczesnych przygodach Hana Solo wzbudziło we mnie mniej obaw, niż zapowiedziany jako wcześniejszy Rogue One. Miałem znacznie więcej wątpliwości, czy fabuła filmu oparta na jednym zdaniu z napisów początkowych do Nowej nadziei da radę udźwignąć całą produkcję. Natomiast film będący awanturniczą historyjką o młodości Solo to już zupełnie coś innego. Tu od samego początku tkwił potencjał, potrzeba było tylko dobrego pomysłu na treść. Jak się ostatecznie okazało, wstęp do IV epizodu wypadł co najmniej świetnie, od tamtej chwili byłem więc jeszcze bardziej spokojny o przyszłość tej drugiej opowieści.

Niestety, wczesne doniesienia z planu nie nastawiały optymistycznie i w zasadzie przez cały zeszły rok dochodziły do mnie i reszty fanów niepokojące wieści o zmianie reżyserów, odmiennej wizji filmu, niedobranej obsadzie czy innych incydentach. Mając na uwadze bliźniaczą sytuację z powstawaniem Ligi Sprawiedliwości (2017), wszelkie obawy widzów o udaną wersję filmu stawały się więc w pełni uzasadnione. Na szczęście zatrudnienie Rona Howarda na stanowisku reżysera (po odsunięciu od projektu Phila Lorda i Christophera Millera), powstrzymało smutne wieści z planu i odtąd można było już bez przeszkód czekać na film. Zwiastun, który ujrzał światło dzienne na kilka miesięcy przed premierą, ostatecznie rozwiał moje wszystkie obawy.


Czy jednak na pewno? Z każdym dniem zbliżającym mnie do premiery Hana Solo, układałem sobie w głowie elementy, które powinny pojawić się w tym filmie. I nie chodziło mi o to, jak dokładnie powinna potoczyć się akcja (nie jestem przecież scenarzystą), ale o te drobne cząstki, które pokażą kim wcześniej był Han i w jaki sposób stał się tym, kim jest w klasycznych filmach z cyklu. Liczyłem też na wszelkie smaczki i nawiązania, lecz jednocześnie bałem się, że film może zostać nimi naszpikowany z ogromną przesadą. Chciałem też zobaczyć, co ukształtowało Hana do podjęcia tak ważnej decyzji, kiedy to zdecydował się w Nowej nadziei wrócić i pomóc rebeliantom przy ataku na Gwiazdę Śmierci (a wszyscy wiemy jak ważna była to decyzja w jego życiu).

Dziś, kiedy film trafia już na nasze ekrany, mogę wreszcie odetchnąć z ulgą. Wszystkie elementy, o które mogłem się obawiać, zostały w nim ułożone po mistrzowsku. Dostałem swojego bohatera granego przez innego aktora, ale co najważniejsze, przez większość czasu w jego interpretacji nie wyłapałem ani jednej fałszywej nuty. Bo trzeba mieć świadomość, że widzimy tu Solo, którego jeszcze nie znamy. Jest zdecydowanie bardziej ufny i beztroski niż kilka lat później. Tymczasem ruchy, mimika i zdolności Aldena Ehrenreicha z powodzeniem wpasowały się w późniejszą kreację Harrisona Forda. Nie zawiódł też scenariusz, ukazujący drogę, jaką nasz bohater przechodzi w filmie, aby stać się tym, kogo znamy od lat. Zaprezentowany na bogato fan-serwis jest oczywiście nieodłącznym elementem filmu, rozumiem jednak, że inaczej tu się nie dało. Parę rzeczy przedstawiono też niezbyt bezpośrednio, co tylko wyszło filmowi na dobre.


Han Solo nie jest typowym filmem z gwiezdnowojennej serii. Zresztą, chyba wszystkie filmy z cyklu Historie mają taki właśnie cel. Po raz pierwszy dostajemy świat bez mieczy świetlnych, Mocy, Jedi czy Sithów. To opowieść pełna (nie)oczekiwanych zwrotów akcji, dynamicznych pościgów, szwindli, niepewnych sojuszy i kolorowych postaci. Sporo w niej humoru wynikającego z nawiązań do klasycznych filmów, ale nie tylko. Choć film mocno bazuje na swym dziedzictwie, daje radę stanąć na własnych nogach. Scenariusz nie jest może nadmiernie odkrywczy, ale jest w stanie pokazać historię tytułowego bohatera bez większych zgrzytów. Przynajmniej ja mogłem uwierzyć, że tytułowa postać, którą widzę na ekranie, stanie się wkrótce znanym szmuglerem z Nowej nadziei.

Brak w Hanie Solo jakiegoś wielkiego zagrożenia, czy desperackiej walki o ostateczną stawkę. Te cechy dominowały do tej pory w każdej produkcji Star Wars. Brak gigantycznej bitwy może więc powodować u niektórych widzów wrażenie nudy na ekranie, ale trzeba zrozumieć, że jest to produkcja zupełnie innego kalibru. Bardziej kameralna, nastawiona na relacje pomiędzy bohaterami oraz drogę tytułowej postaci - kreuje świat o wiele bliższy zwykłemu widzowi.
Oprócz zgrabnego ujęcia tytułowego bohatera w wykonaniu Ehrenreicha, na szczególną uwagę zasługuje Donald Glover, portretujący młodego Lando Carlissiana. Jego rola jest swoistą wisienką na torcie tej dość mrocznej, choć niezwykle wciągającej przygody.


Nowa odsłona cyklu nie zawiodła więc moich oczekiwań, dając mi dwie godziny beztroskiej zabawy z dopowiadaniem historii Hana Solo. Historii, której może nie musiałem znać, ale na pewno nie zaszkodziło ją zobaczyć. W zasadzie tylko jeden element nie zagrał mi w tej produkcji, a było nim pojawienie się pewnej postaci przywróconej do życia w serialu animowanym sprzed kilku lat. Z pewnością powróci ona jeszcze nie raz, bo sposób w jaki ją ukazano, otwiera przez scenarzystami kolejnych filmów wiele możliwości.

Zatem nadal kibicuję historiom ze świata Gwiezdnych wojen, ponieważ stale potrafią rozpalić we mnie tą iskierkę nostalgii i przygody, która od lat skutecznie mnie do nich przyciąga. Wydaje mi się, że twórcy serii nadal wiedzą jak traktować powierzone im dziedzictwo, dostarczając nam coraz więcej ciekawych opowieści. I dopóki będą robić to tak dobrze, jak w przypadku tytułów spod szyldu Historie, to kilkuletni, drzemiący we mnie dzieciak może nadal spać spokojnie. Marka jest w dobrych rękach i na razie nic nie wskazuje na to, aby miała się wyczerpać. To cieszy mnie najbardziej, bo wszyscy wiemy, że nie w każdym przypadku bywało podobnie.


środa, 23 maja 2018

RECENZJA: Tank Girl, tomy 1-3 (J. Hewlett, A. Martin)

Jak byłem mały, zawsze chciałem mieć czołg. Nie, oczywiście żartuję. Co prawda, w latach 80-tych oglądałem Czterech Pancernych, ale bliżej było mi zawsze przygodowym klimatom Michała Wołodyjowskiego, niż do losów uzbrojonych bojowników o wolność narodu. Oczywiście, nigdy nawet nie sądziłem, że takim opancerzonym pojazdem mogłaby poruszać się jakaś dziewczyna. Wszystko zmieniło się w zasadzie niedawno, kiedy w moje ręce wpadł kultowy komiks Jamiego Hewletta i Alana C. Martina, zatytułowany Tank Girl (Czołgistka...?). A były to aż trzy tomy, zbierające opowieści o tytułowej bohaterce z przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku.

Tank Girl to dziewczyna, którą śmiało można nazwać prekursorką obecnego do dziś trendu zwanego girl power. Siła, zdecydowanie i bezkompromisowość tej postaci, to chyba najbardziej charakterystyczne cechy, przywoływane w pamięci na samą myśl o tym komiksie. Być może Hewlett i Martin stworzyli Tank Girl jako synonim tego, jacy sami chcieliby być, a może w ich najbliższym otoczeniu brakowało podobnych, dynamicznych i bezpośrednich niewiast. Faktem pozostaje jednak niezwykła charakterność Czołgistki, która tworzy niezapomnianą jakość komiksu samą w sobie.

Tank Girl powstało jako nieodłączny element brytyjskich studenckich zinów i do dziś pozostaje sztandarowym przedstawicielem swego nurtu. To komiks brudny, bezkompromisowy, narysowany w bardzo charakterystyczny sposób. Napakowany wulgarnymi żartami, bezczelnie nabijający się z rzeczy, które w tamtym czasie śmieszyły lub wkurzały jego autorów. Nie ma tu długiej, pokręconej fabuły, wszystkie tomy wypełniają kilkuplanszowe historyjki, często mocno niedorzeczne i w większości czarno-białe (choć w drugiej części zdarza się też sporo kolorowych plansz). Specyficzną cechą komiksu jest płynne przeskakiwanie z pomysłu na pomysł, toteż czytelnicy oczekujący z góry zaplanowanego finału (lub przebiegu akcji) nie znajdą tu wiele dla siebie.

Hewlett i Martin traktowali Tank Girl jako swoiste rozliczenie z otaczającą ich rzeczywistością. Piętnowali to, co ich wkurzało, nabijali się z niedorzeczności współczesnego świata, wychwalali elementy, które kształtowały ich pasje i osobowości. Pod tym właśnie względem komiks jest świetną kroniką, zawierającą wszystko, co ponad dwie dekady temu tworzyło tamten czas. Zapiski te sporządzono z oczekiwaną werwą, pomysłem, a co najważniejsze humorem (co pomaga przy szybkim i bezbolesnym odbiorze komiksu).

Nie lada wyzwanie czyhało w Tank Girl na tłumacza. Specyficzny język, piętnowanie treści czy osób, które dziś już raczej nic nie znaczą (lub nikogo nie obchodzą), wymagało głębokiego wejścia w tematy znane autorom, a także przeniknięcia do epoki i miejsc, w których to dzieło powstawało. Marceli Szpak wyszedł jednak ze swego obowiązku obronną ręką, oddając w ręce czytelnika dzieło zrozumiałe i dopracowane na tyle, na ile tylko się dało.

Czy jest w Tank Girl coś, co sprawia że można uznać go za komiks choć trochę zbliżony do tematyki fantastycznej? Na pierwszy rzut oka niekoniecznie, choć jeśli otworzymy nasze serce na gadające, rozumne kangury (czy Booga jest stworzeniem rozumnym, pozostaje kwestią otwartą...) oraz absurd niemożliwości, balansujący na granicy fizyki i ludzkich zdolności poznania, wtedy kupimy wyssane z palca rozwiązania autorów. A warto to zrobić, bo wówczas docenimy pełnię tych dość dziwnych i nierzadko chorych pomysłów.

Tank Girl przypomniało mi czasy szkoły, gdzie podobny klimat fantazji i obrazoburczości często wypełniał mój wolny czas (oraz moich rówieśników). Charakterystyczne cechy dzieła Hewletta i Martina trafiły do mnie za sprawą pewnej nuty nostalgii, jednak wiem, że nie jest to komiks, który można polecić każdemu. Nie obeznani z historią popkultury oraz głusi na rozwój gatunku, z pewnością odbiją się od tych treści. Reszta, młoda duchem i nie obciążona skostniałą psychiką, z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. I warto spróbować, bo obcowanie z klasyką gatunku już dawno nie było tak śmieszne, obrzydliwe i wkurzające.
Zaparzcie więc herbatę, zmieńcie brudne gacie i ruszajcie do akcji! Tylko nie zapomnijcie zatankować czołgu! To on będzie Waszym transportem po tych szalonych, nieskrępowanych wspomnieniach.


Wszystkie tomy Tank Girl znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics


poniedziałek, 21 maja 2018

Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2018 - fotorelacja z imprezy


Najważniejsza impreza literacko-czytelnicza w naszym kraju. I to nie jedna, ale aż dwie! Obie w jednym, łatwo dostępnym miejscu. PGE Narodowy (czyli Stadion Narodowy w centrum Warszawy), jak co roku w maju wypełnia się fanami i sympatykami dobrej literatury, albumu czy komiksu. Już po raz dziewiąty z rzędu, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Kryminał, fotografia, sensacja, reportaż, komedia czy moja najukochańsza fantastyka - mnogość tytułów oraz wszelkich atrakcji (prelekcje, wystawy i liczne punkty kreatywności) mogą skutecznie przytłoczyć nawet bardzo zorientowanego czytelnika.

Warszawskie Targi Książki oraz Komiksowa Warszawa to imprezy, które oprócz szerokiego wyboru tytułów (i bardzo korzystnych cen) przyciągają przede wszystkim obecnością najbardziej poczytnych i ukochanych autorów. Tylko tu, w jednym miejscu można spotkać się z większością artystycznej śmietanki, wymienić serdeczności, a co najważniejsze - zdobyć upragniony podpis, czy dedykację na ulubionej lekturze. Świadectwem popularności targów są długie kolejki ustawiające się nie tylko do większości znakomitych twórców, ale już do samego wejścia na imprezę.

środa, 16 maja 2018

RECENZJA: Smerfy - Smerfolimpiada

Smerfy zna chyba każdy. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że obok symboli McDonaldsa i Coca-Coli to najbardziej rozpoznawalna marka na świecie. Co jednak sprawia, że te wymyślone dekady temu, niebieskie stworki tak mocno wpisały się w nurt światowej popkultury? Obojętnie, czy postawimy na uniwersalny przekaz, czy założymy genialną prostotę wszystkich historyjek - za każdym razem będziemy mieli rację. Bo Smerfy są najprostszym, a zarazem najtrafniejszym odbiciem nas samych. Idealnie portretują ogół społecznych prawd jak i wszystkich nas z osobna. A przy tym wszystkim są nierzadko bardzo zabawne.

Niestety, z tą zabawnością Smerfom nie zawsze było po drodze... Po śmierci swego twórcy (Peyo, 1928-1992), zapadła decyzja o kontynuowaniu popularnej serii.  Cykl do dziś współtworzy syn artysty wraz z innymi ilustratorami, jednak w publikowanych przez nich historyjkach często brakuje tego świeżego spojrzenia na kreowany świat, oraz swoistej iskry dobrego humoru. I choć nie można tych przygód spisać całkiem na straty (w końcu to są Smerfy, do cholery!), to jednak często nie były już takie jak dawniej. Po recenzję przykładowego albumu zapraszam tu.

Na szczęście Egmont zaczął wreszcie wydawać klasyki Peyo, toteż fani specyficznego podejścia do smerfnych opowiastek mogą znów czuć się w pełni usatysfakcjonowani. Na pierwszy rzut poszła właśnie Smerfolimpiada, czyli jeden z ostatnich albumów narysowanych przez autora przed śmiercią. W tomiku znajdziemy aż trzy historyjki. Pierwsza z nich to oczywiście tytułowa Smerfolimpiada, natomiast dwie kolejne noszą tytuły Wielkanoc u Smerfów oraz Plac zabaw dla Smerfów.


Pozornie wszystkie te przygody skierowane są do najmłodszego czytelnika. Jednak Smerfy nie byłyby Smerfami, gdyby ich charakterystyczny klimat nie udzielał się także dorosłym. Bo prawda jest taka, że znajdziemy tu mocno uproszczone, ale też bardzo celnie podane odbicie naszej rzeczywistości, a uniwersalny humor sprawi, że nie raz i dwa parskniemy ze śmiechu. Smerfy to ten rodzaj opowieści, gdzie żarty bazują na bardzo prostych skojarzeniach, dzięki czemu są w stanie uderzyć w sam punkt. Bo czy nie bawi nas to, co wynika z konstrukcji oraz indywidualizmu charakterów, a także sytuacji wypływających z najróżniejszych nieporozumień?

Smerfolimpiada jest tak fajna również dlatego, że w całej swojej humorystycznej bajkowości zawiera pewien morał, czytelny dla odbiorcy w każdym wieku. I choć dorośli z łatwością wychwycą co, jak i dlaczego, to dodatkowo, podobnie jak dzieciaki, wyciągną z otrzymanej lekcji słuszne wnioski. A nie jest to byle co, bo wbrew pozorom, zdolność napisania podobnej fabuły nie jest wcale najprostszą rzeczą na świecie.

Zatem nie czekajcie dłużej, tylko zakładajcie sportowy strój i pędźcie na Smerfolimpiadę! Pod czujnym okiem Osiłka smefrujcie kondycję fizyczną, a za przykład wytrwałości niech Wam służy postawa Słabeuszka. Wierzcie mi na słowo, tak smerfnego współzawodnictwa nie dostaniecie w żadnym innym komiksie. Natomiast te dwa kwadranse z lekturą na pewno będą czymś lekkim i wesołym, co poprawi Wam humor na cały dzień. 
To co...? Gotowi, do biegu, Smerf! :-)


Wszystkie komiksy z przygodami Smerfów znajdziecie na stronie Egmontu


poniedziałek, 14 maja 2018

RECENZJA: Suicide Squad, tom 2 - Przy Zdrowych Zmysłach

Harley, Deadshot, Katana, Boomerang, Hack, Croc, Enchantress i Flag. Drużyna marzeń...? Raczej nie. Po bardzo przyjemnym starcie serii w ramach Odrodzenia DC, drugi tom przygód Suicide Squad pozostawił we mnie mocno mieszane uczucia. Dlaczego? O tym w poniższej recenzji.

Chyba nie ma sensu po raz setny wyjaśniać kim są, co robią i dlaczego w ogóle zgromadzono te wszystkie postacie. Po wszelkie wprowadzenia zapraszam do mojej opinii o pierwszym tomie. Jedyne co musicie wiedzieć przed lekturą Przy zdrowych zmysłach (do scenariusza Roba Williamsa), to, że niechciana drużyna antybohaterów znów będzie mieć ręce pełne roboty.
Tajemnicza czarna kula, sprowadzona przez Suicide Squad do ośrodka Belle Reve, kryje w sobie o wiele większe niebezpieczeństwo niż początkowo zakładano. Kiedy Amanda Waller nakazuje swym naukowcom wydostać z niej pokonanego Zoda, szybko okazuje się, że moc strefy widmo nie ogranicza się wyłącznie do utrzymywania w zamknięciu pochłoniętych przez siebie istnień. Zagrożenie, jakie wyłania się z wnętrza przedmiotu może zagrozić nie tylko osobom w jego najbliższym otoczeniu, ale również reszcie całego świata.

O ile pierwszy tom serii stawiał na niczym nie skrępowaną mieszankę akcji, dynamiki i humoru, ten dziwnie pomija niektóre atuty poprzednika. A co najważniejsze, wywołuje wrażenie nadmiernego chaosu. Przy zdrowych zmysłach kojarzy mi się z sałatką, do której dodano składniki w zbyt małej ilości, przez co  nie jestem w stanie nacieszyć się żadnym z nich. Czy wiecie, że zaprezentowano tu aż sześć różnych historii? Nawet jeśli tylko część z nich ostatecznie broni się jako samodzielna całość, wrażenie nadmiernego dobrobytu nie pozwala w pełni docenić tego, co zaplanowali dla mnie twórcy.

Drugi tom wypełnia w większości opowieść tytułowa. Choć jest to nadal bardzo intensywny komiks akcji, zabrakło w nim swoistego luzu Czarnego Więzienia. Czuje się tu pewien pośpiech, wynikający chyba z chęci jak najszybszego zakończenia tej części fabuły i przejścia do wydarzeń nadchodzących w albumie Justice League vs Suicide Squad (jego recenzja tutaj).
Ciekawie prezentują się zamknięte historyjki, opowiadające losy członków Suicide Squadu. Na tapetę wzięto tu Enchantress, Killer Croca i Hack. Są one ciekawie narysowane, lecz fabularnie wydają się nieco za krótkie, z dopasowanym na zbyt szybko finałem. Natomiast prolog do wymienionego wyżej JL vs SS wypada zupełnie nijako, a osobna opowiastka o Harley zupełnie do mnie nie trafiła.

Postacie również nie są najmocniejszą stroną publikacji. Oczywiście, w opowieści drużynowej trudno znaleźć równorzędny czas dla każdego z bohaterów, lecz rola Harley, Hack, Waller i Flaga to jednak za mało. Z samą Waller jest również problem, bo narracja cały czas mówi nam, jaka to ona nie jest zła i straszna, a scenariusz w ogóle tego nie pokazuje. Muszę więc wierzyć twórcom na słowo...

Ilustracyjnie Jim Lee (odpowiedzialny za większość rysunków w albumie) wypadł niestety tak sobie. Są plansze, które pokazują prawdziwy kunszt tego utalentowanego grafika, ale znajdziecie tu również takie, które wykonał naprędce, nie wkładając w nie ani odrobiny serca. Na szczególną uwagę zasługują za to prace Stephena Byrne'a, Carlosa D'Andy oraz Seana Gallowaya. Ich styl różni się od siebie praktycznie w każdym aspekcie, ale w ciekawy sposób udało im się dopasować do klimatu opowiadanych historii.

Przy zdrowych zmysłach nie jest może komiksem, który odrzuci Was od zaprezentowanej w nim treści, ale z pewnością pozostawi ze sporym uczuciem niedosytu. Za dużo tu rozgardiaszu, a za mało konkretów. Aż prosi się, aby dodano jeszcze kilkanaście stron głównej historii, rezygnując z tych dodatkowych. Takie rozwiązanie z pewnością wyszłoby całości na dobre, tymczasem musimy żyć z tym co mamy. Jeśli lubicie drużynę Waller, przeczytacie ten tom i tak, lecz nie radzę nikomu zaczynać od niego swej przygody z tą serią. W przeciwnym razie możecie zrazić się do niej na długo.



Komiksy z serii Suicide Squad znajdziecie na stronie Egmontu


czwartek, 10 maja 2018

RECENZJA: Komiksy Star Wars Kolekcja, tomy 9 i 10 - Klasyczne Opowieści 9, 10


Numer 9 i 10 Kolekcji Komiksów Star Wars kontynuuje prezentację historii z lat 80-tych, wydawanej pod wspólnym tytułem A long time ago... Są to najstarsze komiksy ze świata Gwiezdnych wojen, toteż współczesny czytelnik musi mieć świadomość, że ich zgodność z obecnym kanonem serii nie będzie w pełni kompatybilna, a sama stylistyka tychże opowieści mocno odstaje od tego, co tworzy się dzisiaj. Czy jednak ów tytuł jest wart uwagi współczesnego czytelnika? O tym poniżej!

Pozwolę sobie odpowiedzieć od razu na zadane pytanie: Tak, ale tylko w przypadku, jeśli jesteście zagorzałymi fanami cyklu (zbierającymi wszystko jak leci), albo interesuje Was historia komiksu jako medium, które zmieniało się intensywnie na przestrzeni dekad. W innym przypadku możecie odbić się od powyższych treści, uznając je za mało czytelne i dość dziwne nawet w kontekście filmów, na których bazują. Jasne, na pewno znajdzie się kilka osób, które się ze mną nie zgodzą. I mają do tego prawo, ponieważ powyższą opinię opieram na ogólnym odbiorze tych opowieści. Jeśli potraktujemy poszczególne rozdziały z osobna, na pewno znajdzie się tu kilka napisanych na całkiem przyzwoitym poziomie.

Za większość scenariuszy odpowiada Jo Duffy, wspierany od czasu do czasu przez Davida Michelinie, Lindę Grant i Roya Richardsona. O ile pierwsze historie z cyklu, powstające jeszcze pod koniec lat 70-tych, sprawiały wrażenie radosnego, twórczego chaosu, stylistyka i ład fabularny znacznie poprawił się w komiksach powstających po premierze filmu Imperium kontratakuje. Dzięki lepszemu zrozumieniu uniwersum Star Wars, udało się twórcom wprowadzić mniej rażących rozwiązań, prezentując czytelnikowi bardziej klarowny, wciągający świat.

Co ciekawe, prezentowane w kolekcji adaptacje Nowej nadziei i Imperium kontratakuje nie doczekały się towarzystwa finału, w postaci obrazkowej wersji Powrotu Jedi. Rozdział Jawowie zagłady rozgrywa się kolejnego poranka po obaleniu Imperium, podczas gdy Ellie śmiało kontynuował wątki z V epizodu oraz kwestie rozpoczęte niezależnie od treści filmów.

Z obu tomów najlepsze wrażenie robią historie rozgrywające się po Powrocie Jedi. Najwyraźniej brak obciążenia powstającą kontynuacją pozwolił twórcom znacznie rozwinąć skrzydła. Wykorzystując wcześniejsze fakty, udało im się stworzyć bardziej autonomiczną opowieść. To właśnie w tych rozdziałach dużo lepiej wybrzmiały wątki relacji pomiędzy bohaterami. Ciekawie było przyjrzeć się pierwszej rozmowie Luke'a i Lei po śmierci ich ojca (Wybór), a także odwiedzić planetę Chewbaccy (Świat Wookieech).

Wcześniejsze tomy obfitowały w wiele niezgodności z kanonem oraz rażących błędów. Tym razem nie mogę wymienić zbyt wielu z nich. Jedynym zgrzytem jaki odnotowałem, jest fakt pilotowania TIE fightera przez zwykłego szturmowca imperialnego (Czynnik Alderaana).

Tom 9 i 10 Kolekcji Komiksów Star Wars robi więc krok w lepszą stronę pod względem fabularnym, choć nadal jest to pozycja godna polecenia wyłącznie oddanym fanom Gwiezdnych wojen. Ilustracyjnie całość plasuje się w klimacie epoki, z której pochodzi, prezentując dynamiczny, barwny świat, wypełniony sporą ilością interesujących postaci.
Najważniejsze jednak jest tutaj to, że cykl Star Wars nieustannie ewoluuje, przynosząc mnóstwo frajdy kolejnym pokoleniom czytelników. I choćby dlatego należy docenić fakt istnienia serii A long time ago..., która była prekursorem komiksowego stylu odległej galaktyki.


Za udostępnienie tomów kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


poniedziałek, 7 maja 2018

RECENZJA: Legion Samobójców - Piekielna Misja (2018)

Co byście dali, aby po śmierci móc uniknąć piekła? Kasę, dom, dobra doczesne, zdrowie? Przed podobnym dylematem stają bohaterowie nowej animacji DC Universe, z tą tylko różnicą, że oni już wiedzą, jaka jest cena za dostąpienie niebios. Wystarczy wejść w posiadanie pewnej tajemniczej karty, która pomimo swej niepozornej powierzchowności jest biletem powrotnym z piekła. Tylko jak ją zdobyć, kiedy cały czas monitoruje Cię wszystkowidząca Amanda Waller, a w Twojej szyi znajduje się zdalnie sterowana bomba...?

W filmie Legion Samobójców: Piekielna misja (w/g scenariusza Alana Burnetta), reżyser Sam Liu przedstawia kolejną karkołomną misję grupy znanej też jako Task Force X. Tym razem w skład drużyny wchodzą Deadshot, Harley Quinn, Bronze Tiger, Killer Frost, Copperhead oraz Kapitan Boomerang. Oczywiście, jak zawsze nie działają oni z własnej, nieprzymuszonej woli. To Amanda Waller, szefowa organizacji ARGUS skompletowała całą ekipę, ponownie wyznaczając im typowo niewykonalne zadanie. A ponieważ nikt po tych zbójach nie będzie płakał, są idealnym środkiem do poświęcenia.

Owo niewykonalne zadanie to prawdziwie klasyczny MacGuffin, czyli wspomniana już przeze mnie magiczna karta. Każdy, kto będzie posiadał ją w chwili śmierci, z pewnością uniknie pójścia do piekła. Jak można się spodziewać, taki gadget będzie z pewnością łakomym kąskiem dla niejednego złoczyńcy, a przede wszystkim dla tytułowej grupy skazańców. Każdy z nich ma bowiem niejedno na sumieniu, więc okazja, aby przejąć mroczny przedmiot pożądania z pewnością okaże się pokusą nie do odparcia.

I tak zaczyna się wyścig szczurów za upragnionym celem, ponieważ okazuje się, że nie tylko Legion pragnie zdobyć diabelską kartę. Na czele stawki wkrótce staje sam Ra's al Ghul i jeden z najszybszych ludzi na ziemi. Aby jednak przybliżyć się do celu, wszyscy chętni muszą najpierw odnaleźć niejakiego Steela Maxuma. To przy nim ostatnio urwał się ślad karty.

Legion Samobójców: Piekielna misja to napakowana akcją i brutalnymi scenami przemocy animacja dla dorosłego widza. Fani DC Universe znajdą tu sporo dobra, które znają już z komiksów i poprzednich kreskówek studia. Siłą filmu są niewątpliwie postacie, a przynajmniej niektóre z nich. Na prowadzenie wysuwa się tu wątek osobisty Deadshota oraz (uwaga!) Bronze Tigera, którzy borykają się z demonami swej przeszłości. Harley pełni rolę oczywistego rozśmieszacza, choć akurat w jej przypadku nie wszystkie żarty wypaliły tak jak powinny. Amanda Waller ma tym razem osobisty cel w misji Legionu, więc możemy się spodziewać, że będzie jeszcze mniej pobłażliwa dla swych zleceniobiorców.

Najciekawszym wątkiem, który ujawnia się dopiero w drugiej połowie filmu, jest jego powiązanie z fabułą Flashpointu. Nie będę zdradzał dokładnie o co chodzi, bo choć animacji nie można uznać za bezpośrednią kontynuację tamtej produkcji, to jednak umiejętnie i bardzo pomysłowo wykorzystuje możliwości, które dało twórcom zakończenie rzeczonego filmu. To właśnie przez ten zabieg Piekielna misja znacznie zyskała w moich oczach. Gdyby nie to, traktowałbym ją jak kolejną niezłą animację studia, jednak sporo gorszą od pamiętnego Ataku na Arkham (2014).

Wizualnie film nie odstaje (to już chyba niezmienna tradycja) od tego, co widzieliśmy w poprzednich odsłonach przygód bohaterów DC na małym ekranie. Realizacyjnie wszystko zatrzymało się gdzieś przy końcu lat 90-tych i raczej nie zamierza się zmieniać. Wybitnie to nie wypada, ale źle też raczej nie jest. Zwolennicy takiej stylistyki powinni być zadowoleni.

Legion Samobójców: Piekielna misja sprawdza się nieźle jako niezobowiązująca rozrywka przed TV, lecz jest nieco gorsza od poprzedniej animacji o drużynie Task Force X. Zabrakło w niej drapieżności przy ukazywaniu głównych bohaterów (duża ilość krwi na ekranie nie rozwiązuje problemu), a cały pościg za kartą staje się chwilami zbyt nużący.
Tymczasem ogólny poziom filmu jest tym, z czego powinni brać przykład twórcy aktorskiej wersji Suicide Squadu (2016). Gdyby choć połowa z pomysłów zaprezentowanych tutaj znalazła się dwa lata temu na wielkim ekranie, otrzymalibyśmy całkiem znośny film.


niedziela, 6 maja 2018

Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2018

Podobnie jak rok temu, informuję Was o zbliżających się wielkimi krokami Warszawskich Targach Książki i Komiksowej Warszawie. Obie imprezy odbędą się w dniach 17-20 maja b. r. na terenie stołecznego Stadionu Narodowego (ul. Księcia Józefa Poniatowskiego 1).



Dla wszystkich uwielbiających czytać będzie to niesamowita okazja, aby spotkać się z cenionymi autorami książek, komiksów, przewodników czy albumów. A to jeszcze nie koniec, bo na terenie targów odbędą się liczne spotkania oraz prelekcje, poszerzające wiedzę i rozwijające naszą czytelniczą pasję!

Po pełny program Warszawskich Targów Książki zapraszam tutaj, listę autorów znajdziecie w tym miejscu, a po rozkład jazdy Komiksowej Warszawy klikajcie tu. :-)

Ja ze swej strony strasznie cieszę się na myśl o spotkaniu z Anną Kańtoch, Remigiuszem Mrozem (Czarna Madonna), Jeffem Smithem (Bone/Gnat),  Bedu czy Jeanem Dufaux.





WTK i KW 2018 to jedna z największych imprez tego typu w naszym kraju, gdzie oprócz licznych spotkań nabyć można będzie wiele nowości wydawniczych, dostępnych premierowo przy tej właśnie okazji.
Nie zapomnijcie więc zarezerwować sobie tego terminu i spotkać się ze mną na Narodowym. Razem zawsze weselej!


czwartek, 3 maja 2018

Paper Girls, tom 3 (B. K. Vaughn, C. Chiang)

Czy wiecie, że za niespełna czterdzieści lat będziemy mieli bezwodne toalety...? Jednak czy to lub inne innowacyjne rozwiązania ostatecznie wejdą w życie, pokaże czas. Tymczasem my, czytelnicy, musimy uzbroić się w cierpliwość, zabijając czas lekturami, które dadzą nam do myślenia na poziomie wyższym, niż rozmyślanie o kolejnych dziwnych wynalazkach.
I tu z pomocą przychodzi komiks Paper Girls. Trzeba przyznać, że nadal jest to opowieść w pełni wizjonerska, a jednocześnie bardzo intrygująca. I choć jej siła działa na kilku współgrających ze sobą płaszczyznach, najnowszy tom częściowo zawiódł moje pokładane w nim nadzieje. Za chwilę wyjaśnię o co dokładnie mi chodzi.

Z jednej strony obserwujemy rozwinięcie historii zaprezentowanej z powodzeniem w tomach pierwszym i drugim. Cztery nastolatki (Erin, Mac, Tiffany i KJ) trafiają w tej części do świata odległego naszym realiom o dobrych kilkanaście tysięcy lat. Jak się okazuje, nowa, nieznana rzeczywistość nie będzie dla nich bardziej pobłażliwa niż miejsca, które odwiedzały do tej pory. Zetkną się tu z kolejnymi tajemnicami, na czele których znajdzie się znajomość z tubylczą dziewczyną imieniem Wari oraz przybywającą do tej linii czasowej doktor Braunstein. Więcej nie zdradzę, nich odkrywanie kolejnych zawiłości treści sprawi Wam taką samą frajdę jak mi.

Podoba mi się to, jak Brian K. Vaughan kreuje swoją historię oraz tytułowe bohaterki. Choć diametralnie zmienia się miejsce i czas wydarzeń, czytelnik nawet przez chwilę nie ma przeczucia, że czyta jakąś inną historię. W Paper Girls 3 nadal dominuje tajemnica oraz charakterystyczny chaos, wynikający z obcowania z nieznanym.

Z powyższego wynika też mój największy zarzut wobec tego tomu. Być może to tylko moje wrażenie, ale nie do końca przekonują mnie historie pozbawione wyraźnego początku i końca. Oczywiście, Gazeciarki to komiks zaplanowany jako długa, tasiemcowa historia (i chwała mu za to), jednak mi lepiej czyta się treści z wyraźniejszym początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. W tym przypadku (bo to już trzeci tom) oczekiwałem kilku większych odpowiedzi, ale niestety musiałem obejść się smakiem. Metoda dwóch korków w przód i jednego w tył została tym samym zarzucona, a podanie choć jednego ważniejszego tropu na drodze do rozwikłania zagadki nie nastąpiło...

Braki wszelkich uzasadnień autorzy rekompensują nam bliższym spojrzeniem na bohaterki. W tej części znacznie lepiej poznamy każdą z dziewczyn, natomiast ich wzajemne relacje umiejscowione w kontekście do niecodziennych zdarzeń wypełniają znaczną część albumu. To właśnie dzięki temu cała struktura komiksu nadal potrafiła mnie wciągnąć, pomimo wspomnianych powyżej braków.

Ilustracyjnie i kolorystycznie to nadal klasa sama w sobie. Rysunki Cliffa Chianga są wciąż dość oszczędne, ale sposób w jaki buduje kadry oraz metoda ukazania mimiki twarzy nie ma sobie równych. Kolory Matta Wilsona jak zawsze podkreślają to, co w treści najważniejsze. To właśnie dzięki nim opowieść zyskuje oczekiwaną prostotę i realizm, tak potrzebne w tej nieprawdopodobnej historii.

Paper Girls 3 jest komiksem, który należy czytać i traktować jako nierozłączną kontynuację wcześniejszych (oraz zapowiedź przyszłych) wydarzeń. Jeśli oczekujecie ciągu dalszego tej opowieści, utrzymanego w stylu zamkniętej całości, oraz kilku ważnych odpowiedzi, możecie poczuć ten sam niedosyt co ja.
Dlatego też zaliczyłbym Gazeciarki do tych komiksów, które najlepiej czytać jednym tchem, już po wydaniu wszystkich tomów. Wtedy też nie będziecie musieli zastanawiać się, czy faktycznie w przyszłości będziemy mieli bezwodne toalety. Co oczywiście nie umniejsza w żadnym stopniu jego wartości jako pełnokrwistego, niezwykle angażującego science-fiction.


Seria Paper Girls została wydana przez Non Stop Comics


wtorek, 1 maja 2018

RECENZJA: Jonka, Jonek i Kleks - Szalony Wynalazca (Szarlota Pawel)

Kleks to mój ukochany bohater z dzieciństwa. Kiedy na początku lat 80-tych zostałem czytelnikiem Świata Młodych, Porwanie księżniczki było pierwszym komiksem jaki przeczytałem w całości. A później było jeszcze lepiej... Pióro contra flamaster, Smocze jajo, Złoto Alaski - niesamowite historie wychwalające potęgę wyobraźni, pomysłowości i przyjaźni. Jako dzieciak odgrywałem w pokoju większość scen z tych opowieści. Wierzcie lub nie, ale trwale zawładnęły moją wyobraźnią, kształtując wczesny gust i spojrzenie na obrazkowe historie.

Dziś, kiedy nowe komiksy z przygodami Kleksa już nie powstają, Egmont sięga po klasyki, które (w większości) nie miały wcześniej okazji pojawić się w albumowych wersjach. W ten sposób do naszych rąk trafia pierwszy z nich, p.t. Szalony wynalazca, skupiający opowieści drukowane w Świecie Młodych oraz innych okazjonalnych wydawnictwach.
Album dzieli się na pięć części. Każda stanowi fabularnie zamkniętą całość, wprowadzając nas w wątki przygody, fantastyki, harcerskich sprawności, sposobów oszczędzania czy bezpiecznych zachowań wśród dzieci.

Perypetie Kleksa to oczywiście historie skierowane do młodszych czytelników, ale niejeden dorosły (nawet nie posiadający takiego bagażu emocjonalnego jak ja) szczerze uśmiechnie się, czytając wiele z nich. W końcu urocze ilustracje i specyficzne, błyskotliwe podejście Szarloty Pawel jest w stanie udzielić się nawet największym ponurakom.
Dla dorosłych, pamiętających odległe realia lat 70-tych i 80-tych, szczególną atrakcją będzie fragment tytułowej historyjki, gdzie Kleks poddaje się mrocznej stronie swej osobowości. Kolejki, towar na kartki oraz ogólny wydźwięk tamtych czasów, to jedna z nielicznych prób ukazania ówczesnej rzeczywistości przez autorkę.

Inną sprawą jest Tajemnica VIIb, komiks zrealizowany w 1991 roku na życzenie Banku Spółdzielczego i Szkolnej Kasy Oszczędności. Opowiada on o młodzieżowych próbach zebrania funduszy na górski obóz letni. Choć dziś wydaje się jeszcze bardziej archaiczny od wspomnianego Szalonego wynalazcy, nie można zarzucić autorce, że tworząc typowo reklamową historię zatraciła swój unikalny styl.
Warto też zwrócić uwagę na ilustracje z kalendarza z 1980 roku, który prezentuje metody zdobywania ciekawych harcerskich sprawności oraz krótkie komisy z cyklu Przygody Kuby i Kleksa, gdzie obok atramentowego bohatera pojawia się Kubuś Piekielny, kolejna ikoniczna postać pani Pawel.

Niemiłym zaskoczeniem w albumie jest zły dobór filtrów występujących w tytułowej opowiastce (ma to miejsce m.in. w moim egzemplarzu). Posiadam wydanie Przygód Kleksa z 2002 roku, gdzie w tej części wszystkie barwy są bardziej naturalne, nie rażąc w oczy nadmiarem zieleni i szarości. Widać, ktoś zawiódł przy ostatecznej korekcie barw z odrestaurowanych plansz komiksu, albo drukarnia dała niezamierzoną plamę... 

Szalony wynalazca jest więc ciekawą wycieczką w historię polskiego komiksu oraz nostalgiczną próbą powrotu do tamtych czasów. Choć wiele z tych elementów może wydawać się nieco dziwnych dla dzisiejszych nastolatków, dorośli z pewnością wytłumaczą im co i jak. 
Pomimo pewnego archaizmu treści, najnowsze wydanie przygód Jonki, Jonka i Kleksa to nadal świetna wycieczka po naszej wyobraźni i kreatywności, która oprócz czasów, w których powstawała, nie zestarzała się ani trochę. Za taki obrót spraw należy dziękować iskrze pomysłowości autorki, która włożyła kawał serca w tworzone przez siebie historyjki.


Przygody Kleksa i jego przyjaciół znajdziecie na stronie Egmontu