piątek, 25 maja 2018

O tym, jak Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie nie zawiódł moich oczekiwań

Kocham Gwiezdne wojny. Nieważne czy będą to oryginalne trylogie, prequele, sequele czy inne story-quele - odległa galaktyka od wielu lat przemawia do mnie na swój własny, specyficzny sposób. Oczywiście, jedne filmy z tej serii lubię bardziej, a inne mniej, jednak z pewnością można zaklasyfikować mnie jako fana, który kocha mocno i wiernie.

Co ciekawe, ogłoszenie filmu o wczesnych przygodach Hana Solo wzbudziło we mnie mniej obaw, niż zapowiedziany jako wcześniejszy Rogue One. Miałem znacznie więcej wątpliwości, czy fabuła filmu oparta na jednym zdaniu z napisów początkowych do Nowej nadziei da radę udźwignąć całą produkcję. Natomiast film będący awanturniczą historyjką o młodości Solo to już zupełnie coś innego. Tu od samego początku tkwił potencjał, potrzeba było tylko dobrego pomysłu na treść. Jak się ostatecznie okazało, wstęp do IV epizodu wypadł co najmniej świetnie, od tamtej chwili byłem więc jeszcze bardziej spokojny o przyszłość tej drugiej opowieści.

Niestety, wczesne doniesienia z planu nie nastawiały optymistycznie i w zasadzie przez cały zeszły rok dochodziły do mnie i reszty fanów niepokojące wieści o zmianie reżyserów, odmiennej wizji filmu, niedobranej obsadzie czy innych incydentach. Mając na uwadze bliźniaczą sytuację z powstawaniem Ligi Sprawiedliwości (2017), wszelkie obawy widzów o udaną wersję filmu stawały się więc w pełni uzasadnione. Na szczęście zatrudnienie Rona Howarda na stanowisku reżysera (po odsunięciu od projektu Phila Lorda i Christophera Millera), powstrzymało smutne wieści z planu i odtąd można było już bez przeszkód czekać na film. Zwiastun, który ujrzał światło dzienne na kilka miesięcy przed premierą, ostatecznie rozwiał moje wszystkie obawy.


Czy jednak na pewno? Z każdym dniem zbliżającym mnie do premiery Hana Solo, układałem sobie w głowie elementy, które powinny pojawić się w tym filmie. I nie chodziło mi o to, jak dokładnie powinna potoczyć się akcja (nie jestem przecież scenarzystą), ale o te drobne cząstki, które pokażą kim wcześniej był Han i w jaki sposób stał się tym, kim jest w klasycznych filmach z cyklu. Liczyłem też na wszelkie smaczki i nawiązania, lecz jednocześnie bałem się, że film może zostać nimi naszpikowany z ogromną przesadą. Chciałem też zobaczyć, co ukształtowało Hana do podjęcia tak ważnej decyzji, kiedy to zdecydował się w Nowej nadziei wrócić i pomóc rebeliantom przy ataku na Gwiazdę Śmierci (a wszyscy wiemy jak ważna była to decyzja w jego życiu).

Dziś, kiedy film trafia już na nasze ekrany, mogę wreszcie odetchnąć z ulgą. Wszystkie elementy, o które mogłem się obawiać, zostały w nim ułożone po mistrzowsku. Dostałem swojego bohatera granego przez innego aktora, ale co najważniejsze, przez większość czasu w jego interpretacji nie wyłapałem ani jednej fałszywej nuty. Bo trzeba mieć świadomość, że widzimy tu Solo, którego jeszcze nie znamy. Jest zdecydowanie bardziej ufny i beztroski niż kilka lat później. Tymczasem ruchy, mimika i zdolności Aldena Ehrenreicha z powodzeniem wpasowały się w późniejszą kreację Harrisona Forda. Nie zawiódł też scenariusz, ukazujący drogę, jaką nasz bohater przechodzi w filmie, aby stać się tym, kogo znamy od lat. Zaprezentowany na bogato fan-serwis jest oczywiście nieodłącznym elementem filmu, rozumiem jednak, że inaczej tu się nie dało. Parę rzeczy przedstawiono też niezbyt bezpośrednio, co tylko wyszło filmowi na dobre.


Han Solo nie jest typowym filmem z gwiezdnowojennej serii. Zresztą, chyba wszystkie filmy z cyklu Historie mają taki właśnie cel. Po raz pierwszy dostajemy świat bez mieczy świetlnych, Mocy, Jedi czy Sithów. To opowieść pełna (nie)oczekiwanych zwrotów akcji, dynamicznych pościgów, szwindli, niepewnych sojuszy i kolorowych postaci. Sporo w niej humoru wynikającego z nawiązań do klasycznych filmów, ale nie tylko. Choć film mocno bazuje na swym dziedzictwie, daje radę stanąć na własnych nogach. Scenariusz nie jest może nadmiernie odkrywczy, ale jest w stanie pokazać historię tytułowego bohatera bez większych zgrzytów. Przynajmniej ja mogłem uwierzyć, że tytułowa postać, którą widzę na ekranie, stanie się wkrótce znanym szmuglerem z Nowej nadziei.

Brak w Hanie Solo jakiegoś wielkiego zagrożenia, czy desperackiej walki o ostateczną stawkę. Te cechy dominowały do tej pory w każdej produkcji Star Wars. Brak gigantycznej bitwy może więc powodować u niektórych widzów wrażenie nudy na ekranie, ale trzeba zrozumieć, że jest to produkcja zupełnie innego kalibru. Bardziej kameralna, nastawiona na relacje pomiędzy bohaterami oraz drogę tytułowej postaci - kreuje świat o wiele bliższy zwykłemu widzowi.
Oprócz zgrabnego ujęcia tytułowego bohatera w wykonaniu Ehrenreicha, na szczególną uwagę zasługuje Donald Glover, portretujący młodego Lando Carlissiana. Jego rola jest swoistą wisienką na torcie tej dość mrocznej, choć niezwykle wciągającej przygody.


Nowa odsłona cyklu nie zawiodła więc moich oczekiwań, dając mi dwie godziny beztroskiej zabawy z dopowiadaniem historii Hana Solo. Historii, której może nie musiałem znać, ale na pewno nie zaszkodziło ją zobaczyć. W zasadzie tylko jeden element nie zagrał mi w tej produkcji, a było nim pojawienie się pewnej postaci przywróconej do życia w serialu animowanym sprzed kilku lat. Z pewnością powróci ona jeszcze nie raz, bo sposób w jaki ją ukazano, otwiera przez scenarzystami kolejnych filmów wiele możliwości.

Zatem nadal kibicuję historiom ze świata Gwiezdnych wojen, ponieważ stale potrafią rozpalić we mnie tą iskierkę nostalgii i przygody, która od lat skutecznie mnie do nich przyciąga. Wydaje mi się, że twórcy serii nadal wiedzą jak traktować powierzone im dziedzictwo, dostarczając nam coraz więcej ciekawych opowieści. I dopóki będą robić to tak dobrze, jak w przypadku tytułów spod szyldu Historie, to kilkuletni, drzemiący we mnie dzieciak może nadal spać spokojnie. Marka jest w dobrych rękach i na razie nic nie wskazuje na to, aby miała się wyczerpać. To cieszy mnie najbardziej, bo wszyscy wiemy, że nie w każdym przypadku bywało podobnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz