czwartek, 31 maja 2018

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 2 - Światło w Butelce

Odrodzenie DC zapoczątkowało wiele interesujących historii, lecz chyba żadna z nich nie jest aż tak charakterystyczna jak Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Tak za sprawą niezwykle bogatych ilustracji, jak i pełnego rozmachu scenariusza, seria autorstwa Roberta Venditti mocno zapada w pamięć, a ci z czytelników, którzy postanowią dać jej szansę, na pewno nie spotka zawód.

Korpus Zielonych Latarni nie ma łatwego życia. Wymordowani niemal do cna, z trudem wracają na kosmiczną arenę. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że od teraz w szeregach obrońców kosmosu zapanuje błoga sielanka. Nowe niebezpieczeństwa okazują się czyhać z każdej strony, a kto jak kto, ale strażnicy wszechświata nie mogą pozwolić sobie na bezczynność. Nie dość, że zostają zmuszeni do konfrontacji z Żółtymi Latarnikami pod wodzą Soranik, to jeszcze Larfleeze, awatar pomarańczowego światła chciwości, zastawia zasadzkę na nowo odrodzony skład naszych bohaterów. Współpracując ze zniewoloną wersją Brainiaca 2.0 zawłaszcza miasto z planety Xudar wraz ze znajdującymi się na jego powierzchni obrońcami. Kłopoty nieufających sobie Zielonych i Żółtych Latarni będą wymagały wspólnego działania, tym niemniej potrzebnego, podczas gdy najpotężniejszy z nich - Hal Jordan zniknął po starciu ze złowrogim Sinestro.

Światło w butelce jest bezpośrednią kontynuacją Prawa Sinestro, który przedstawił okoliczności wykucia pierścienia woli przez Hala oraz zmagań Korpusu z Żółtymi Latarnikami. Jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, która charakteryzuje drugi tom tej serii, byłaby nim o wiele większa przystępność historii. Choć pozornie można byłoby odnieść odmienne wrażenie, ta część pomimo kilku rozgrywających się jednocześnie wątków, jest zdecydowanie prostsza w odbiorze. Oczywiście, bez znajomości poprzednich przygód Latarników ani rusz, jednak pewna hermetyczność poprzedniej opowieści ustępuje w tym tomie pod naporem większego luzu i znacznej plastyczności scenariusza. Choć bohaterowie komiksu nadal prowadzą grę o najwyższą stawkę, znikła z kart tomu mocno wyczuwalna zawiłość relacji pomiędzy postaciami, czy ogólnie cięższy wydźwięk całości. I choć Prawo Sinestro nie było jakimś przesadnie ciężkim komiksem, a wszelkie niejasności klarowały się w trakcie czytania, to jednak ta część ma w sobie coś, co znacznie ułatwia jej odbiór.

A tym czymś są przede wszystkim postacie. Cały bagaż fabularny dźwiga na swych barkach trójka bohaterów i to z ich punktu widzenia obserwujemy rozgrywające się w opowieści wydarzenia. Hal Jordan, który zaginął w tajemniczym świecie po starciu z Sinestro i próbujący odszukać drogę do rzeczywistości, John Stewart stojący na czele Latarników i borykający się z wszelkimi decyzjami, oraz Guy Gardner, pyskaty przedstawiciel obrońców, próbujący na swój sposób odnaleźć się w nowej rzeczywistości - właśnie za ich sprawą Światło w butelce jest tak interesującym doświadczeniem. Powyżsi bohaterowie nakreśleni zostali w bardzo ciekawy i przystępny sposób, co w kontraście do niezwykłej epickości całej historii czyni lekturę niezwykle łatwą i satysfakcjonującą w odbiorze.

Pomagają też ilustracje Ethana Van Scivera i Rafy Sandovala. Artyści wyraźnie zrezygnowali z przytłaczającego charakteru swym poprzednich prac, dzięki czemu większość kadrów jest mniej przepełniona, dając więcej luzu oczom przeciętnego czytelnika. Oczywiście, w dynamicznych, zbiorowych scenach akcji nadal jest tłoczno i duszno, lecz ową manierę należy chyba potraktować jako domenę nowych odsłon przygód Latarników. Postacie kreowane przez obu artystów mają bogatą mimikę, ze szczególnym uwzględnieniem nieprzejednania, jakie często maluje się na ich twarzach.

Światło w butelce zamyka krótka historia opowiedziana z perspektywy Somar, wiekowej mieszkanki Xudaru. To poprzez opowieść, jaką raczy swe wnuczki poznajemy zarys przyszłych wydarzeń, jednocześnie zbliżając się do swojskiego klimatu tej kosmicznej historii. Taki zabieg scenarzysty pozwolił mi na lepsze wczucie się w fabułę, a co najważniejsze, przybliżył rolę Zielonych Latarni mojemu sercu. Bo nic nie wpływa na odbiór epickich potyczek tak bardzo, jak pokazanie ich z perspektywy zwykłych istot, które często pozostają bezsilne w ich niszczycielskim obliczu. A jeśli to da im motywację do działania na większą skalę, to przecież tym lepiej.

Druga odsłona Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni jest godna polecenia tym z Was, którym tak jak mi, podobał się pierwszy tom, lecz z wymienionych wyżej powodów czuli po jego lekturze pewien niedosyt. Znajdziecie tu lepiej poprowadzoną historię, bohaterowie wydadzą się Wam znacznie bliżsi, a całość z pewnością uznacie za satysfakcjonującą na polu wszelkich zmagań, jak i ciekawej, pełnej przygód, kosmicznej opowieści. Z niecierpliwością wypatruję więc dalszych tomów Latarników, gdzie z pewnością dowiem się jak potoczą się ich nowe sojusze oraz wszelkie ekscytujące zagrożenia, jakie będą na nich czekały.


Przygody Hala Jordana i reszty Latarników znajdziecie na stronie Egmontu



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz