piątek, 29 czerwca 2018

RECENZJA: Dwie Karty - Agnieszka Hałas


Sięgając po pierwszy tom cyklu Teatr węży, autorstwa Agnieszki Hałas, nie spodziewałem się żadnej rewelacji. Tytuł zapowiadał się zwyczajnie jako kolejna powieść, osadzona w świecie szeroko pojętej fantastyki. Wszelkie "ochy" i "achy" pokrewnych autorów, umieszczone na wewnętrznej stronie okładki, także traktowałem więc z przymrużeniem oka. Tak było do czasu, kiedy zagłębiłem się w treść Dwóch kart. I niemal od razu zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Książka Hałas jest bowiem nie tylko dobrą, wciągającą historią, ale działa także na płaszczyźnie tworzenia historii, jakich na próżno szukać nawet wśród tych najbardziej popularnych na rynku.

W mrocznym świecie srebrnej i czarnej magii, gdzie potężni magowie zwalczają wszelkie przejawy skażonych czarów, a ponure istoty z innych światów walczą pomiędzy sobą o władzę, pojawia się pewna tajemnicza postać. To Brune Keare, znany też jako ka-ira, na wpół obłąkany, pozbawiony wspomnień mężczyzna. Odnaleziony przez wspólnotę zamieszkujących podziemia miasta Shan Vaola, próbuje odszukać utracony cel w życiu. Wśród najróżniejszych ras, a także napędzanych prymitywną wolą życia istot, Krzyczący w Ciemności będzie próbował odszukać swoje miejsce w tym nieprzyjaznym świecie, rozdarty pomiędzy nowym życiem, a niejasnymi wizjami z przeszłości. Niestety, siły znacznie potężniejsze od niego nie dadzą mu ani odrobiny wytchnienia. Brune spotka na swojej drodze nie tylko okrutne demony i pełne nieprzeniknionej tajemnicy służki nieznanego. Ale czy pośród wielu niebezpieczeństw dojrzy choć cień swego przeznaczenia?

Dwie karty są często traktowane jako klasyczne dark fantasy. I faktycznie, sporo w tej powieści elementów mrocznych, czy zapożyczonych rodem z horrorów. Jednak niemałą część książki stanowią kwestie duchowe czy międzyludzkie. Wszystko to dzieje się za sprawą głównego bohatera. Jest on oczywiście podstawową siłą napędową dzieła Agnieszki Hałas. Brune, rozdarty pomiędzy swą niejasną przeszłością, a dobrym sercem, które nakazuje mu postępować w określony sposób, pełni tu rolę w pełni świadomie wykreowanego bohatera. Wzbudza sympatię czytelnika przy jednoczesnym fascynowaniu swoją historią. To, czego o nim nie wiemy oraz to, co sobą reprezentuje, spaja się w jedną, fantastycznie nakreśloną całość.

Jednak to nie wyłącznie nasz Krzyczący w Ciemności stanowi o moim dobrym odbiorze Dwóch kart. Jest tu tak wiele postaci, tych dobrych lub absolutnie negatywnych, że aż nie sposób oderwać się od czytania. Kolorowy pochód wszelkiej maści i rasy bohaterów, zdaje się wręcz wirować wokół ka-ira, niosąc go na barkach swych przeżyć od jednej przygody do drugiej. Niebezpieczeństwa, podstępne spiski demonów, dramaty rodzinne, a nawet zwykłe trudy dnia powszedniego - wraz z naszym przewodnikiem skażonym czarną magią, będziemy mieli możliwość zanurzyć się w tym wszystkim. A całości dopełni obraz świata. Ciemnego, pełnego niesprawiedliwości oraz walki o godny byt. Hałas idealnie łączy realia stworzonych przez siebie krain z treścią powieści, nie wygrywając przy tym ani jednej fałszywej nuty. Wszystko jest tu na swoim miejscu.

Trzeba przyznać od razu, że wyobraźnia autorki pracuje w tej powieści na najwyższych obrotach. Pierwszy tom Teatru węży przynosi nie tylko świetnie skrojoną fabułę, ale też precyzyjnie przemyślaną intrygę, na której rozwiązanie trzeba niestety poczekać do lektury kolejnych tomów. Dwie karty nie są też przyrządzone według standardowego przepisu na historię fabularną. Niejednemu czytelnikowi z pewnością rzuci się podczas czytania brak wyraźnego punktu kulminacyjnego. Takich elementów oczekiwania jest tu kilka, a każdy z nich prowadzi do dalszego zarysu tajemnicy oraz rozwoju historii głównej postaci. To oczywista rzadkość, lecz niekoniecznie niepożądana. Mi takie podejście do tematu bardzo przypadło do gustu, ponieważ pozwoliło nakreślić całą opowieść w dość niespodziewany sposób, angażując uwagę przez cały czas śledzenia treści książki.

Pierwsza powieść o losach Brune Keare zaskoczyła mnie przede wszystkim nakreśleniem świata przedstawionego, samej zawartej w niej historii, a także pomysłową kreacją postaci. Dla wielbicieli dark fantasy, którzy w książkach poszukują iskry czegoś nowego, Dwie karty z pewnością okażą się strzałem w dziesiątkę. Poza tym, nie należy tracić z oczu faktu, że jest to po prostu bardzo wciągająca książka. Jedna z takich, które czyta się szybko, a później czeka na możliwość poznania ciągu dalszego. Dlatego ja też muszę przeczytać kolejne losy Krzyczącego w Ciemności.


Tytuł: Dwie karty
Autor: Agnieszka Hałas
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 372
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 34,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


środa, 27 czerwca 2018

RECENZJA: Wampiry (Filipe Melo, Juan Cavia)


Horror to gatunek często prezentowany w komiksach, lecz niewiele z tytułów w tej kategorii zasługuje na miano prawdziwych klasyków. Ja sam mógłbym na palcach jednej ręki wymienić te dzieła, które w jakikolwiek sposób wyryły mi się w pamięci. Filipe Melo wraz z ilustratorem Juanem Cavia, w swym komiksie Wampiry, najwyraźniej próbują złamać powyższy schemat. Dwaj autorzy przedstawiają godną odnotowania opowieść, przenosząc nas w czasie i przestrzeni do miejsca, które z najprawdziwszym horrorem ma bardzo wiele wspólnego.

Za sprawą scenariusza udajemy się do Gwinei w 1972 roku. To właśnie tutaj, podczas wojny kolonialnej, będziemy wraz z małym oddziałem portugalskich żołnierzy uczestniczyć w misji dotarcia do Senegalu. Prawdziwy cel operacji zostanie ujawniony znacznie później, tymczasem grupka mężczyzn, zdana wyłącznie na swoje siły, będzie zmuszona stawić czoła wszelkim przeciwnościom. Ich własna ułomność w obliczu trudów zadania oraz wszelkie lęki, które każdy z nich nosi w sercu, okażą się niczym w porównaniu do tego, co wkrótce dane im będzie przeżyć.


Wampiry Melo i Cavii to komiks niejednoznaczny i ciężki, choć przedstawiona historia jest poprowadzona w bardzo przystępny sposób. Cała opowieść od początku stoi głównie postaciami, które zaprezentowane zostały dość pobieżnie, lecz od samego początku wiemy o nich dokładnie tyle, ile musimy. Poznajemy fragmenty ich wspomnień oraz cele jakie obrali sobie w życiu. Wszystko to po to, aby lepiej ugruntować ich los w świetle tego, z czym przyjdzie im stanąć twarzą w twarz. Nikt w tej grupie nie wybija się ponad przeciętność. Od samego początku czytelnik odnosi wrażenie, że ta drużyna stanowi losowo dobrany komplet osobowości, wrzucony w wir wydarzeń dla lepszego ukazania historii.

A ta, oprócz bohaterów, wyróżnia się również klimatem. I to jakim! Opustoszała dżungla, bagniste, złowrogie tereny, a nawet opuszczona baza - to wszystko potęguje uczucie odosobnienia zarówno w scenach rozgrywających się za dnia oraz w nocy. Obecność nieznanego, która coraz bardziej dotyka grupę żołnierzy, sprawia, że gęstą atmosferę niepewności można w tym komiksie ciąć nożem. Nic nie zostało tu przedstawione wprost. W zasadzie w większej części to nasza wyobraźnia (tak jak i umysły bohaterów) podsuwa nam wszelkie możliwe interpretacje. Autorzy bawią się z nami scenariuszem i rysunkiem, strasząc samą możliwością istnienia czającego się zewsząd niebezpieczeństwa.


Wampiry funkcjonują świetnie jako opowieść o trudach wojny. Zło, jakiego doświadczają poszczególne postacie, dokumentuje horror wszelkich misji wojskowych, mających miejsce na świecie w ciągu ostatnich dziesięcioleci. I choć autorzy używają tu często mocno niesamowitych (czy też odrealnionych) środków przekazu, wiele scen w brutalny sposób pokazuje, jak straszliwa potrafi być wojenna rzeczywistość. Nie jest to również komiks, który zajmuje czytelnika długimi, pisanymi na siłę dialogami. Członkowie oddziału rozmawiają ze sobą mało, poszczególne zdania wypowiadają wyłącznie wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja. Dzięki temu możemy poczuć realny klimat zaprezentowanych sytuacji.

Doskonale wprowadzone zostały też mroczne zapożyczenia rodem z filmowej stylistyki horroru (ogromny ukłon w stronę lat 70-tych ubiegłego wieku). Przemożne obawy bohaterów, skontrastowane niejasnością sytuacji oraz wszechobecnym poczuciem odosobnienia, z pewnością byłyby niczym, bez minimalistycznego ukazywania najbardziej przerażających wizji. Tu nic nie jest wyłożone bezpośrednio, autorzy bawią się z nami w przysłowiowego kotka i myszkę, co rusz podrzucając jakiś obraz, aby za chwilę zabrać go nam sprzed oczu. To najlepszy sposób na zbudowanie wspomnianej już, gęstej atmosfery. 


Spisany przez Filipe Melo pomysł byłby zapewne niczym, bez rysunków stworzonych ręką Juana Cavii. Jego prace idealnie odwzorowują myśli, jakie w trakcie pracy nad komiksem musiały rozwijać się w umyśle scenarzysty. Styl artysty, w większości oszczędny, choć tam gdzie trzeba bardzo obrazowy, w płynny i naturalny sposób ukazuje przeżycia oddziału. Minimalistyczna forma ekspresji, niespiesznie rozplanowane kadry oraz dość karykaturalny obraz postaci, doskonale komponują się z historią, w mistrzowski sposób dopełniając mroku opowieści.

Wampiry to komiks, który z pewnością zapisze się jako klasyk gatunku. Nie daje jednoznacznych odpowiedzi, wciąga surową treścią, a straszy tak subtelnie, jak tylko potrafią to czynić najlepsze dzieła. Niczym teatr cieni, pobudza wyobraźnię czytelnika sprawiając, że każdy kształt, czy nieznany dźwięk, jawi się jako nieodgadnione zagrożenie. I takie historie cenię sobie najbardziej. Przekazujące punkt widzenia autorów, lecz zmuszające do wysilenia własnych komórek. To dzięki nim możemy rozwijać się jako czytelnicy, czerpiąc z pozornie nierealnych opowieści życiowe prawdy, które wzbogacają nasze serce i dusze. Oby więcej podobnych tytułów jak ten!


Tytuł: Wampiry
Scenariusz: Filipe Melo
Rysunki: Juan Cavia
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 240
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics


wtorek, 26 czerwca 2018

Lego 76112 App-Controlled Batmobile nadjeżdża!

Już w sierpniu swoją premierę będzie miał nowy, zdalnie sterowany Batmobil Lego!



Niewielki model będzie sterowany za pomocą aplikacji kompatybilnej z większością tabletów i smartfonów, co umożliwi jego poruszanie w przód i tył, wykonywanie szybkich obrotów, a nawet jazdy na tylnych kołach. Dodatkowo, Batmobil został wyposażony w otwierany kokpit, standardowe czerwone pociski, garść akcesoriów oraz minifigurkę Batmana.


Choć sam wygląd pojazdu pozostawia niestety wiele do życzenia, najbardziej kontrowersyjna wydaje się być jego cena. Za całość, składającą się zaledwie z 321 elementów trzeba będzie zapłacić aż 450 zł. Doceniam nowatorskie podejście Lego do urozmaicania swoich produktów, ale czy ktoś z Was skusi się na coś takiego...?

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Liga Sprawiedliwości, tom 3 - Ponadczasowi


Liga Sprawiedliwości jest chyba tą serią, która w DC Odrodzenie wyszła dość słabo. Takie przynajmniej jest zdanie większości czytelników. Ja bynajmniej pod powyższym się nie podpisuję (przynajmniej nie obiema rękami). Widzę oczywiście pewne mankamenty scenariuszy Bryana Hitcha, lecz nie skazuję od razu wszystkich dotychczasowych tomów cyklu na potępienie. Dlaczego? Wszystkie swoje dywagacje zamieszczam poniżej.

Ponadczasowi to kolejna monumentalna opowieść, koncentrująca się na ratowaniu świata przed zbliżającą się zagładą. Batman, Superman, Flash, Wonder Woman i reszta stają przed nieokiełznaną siłą niejakich Ponadczasowych, którzy będąc w posiadaniu niepokojących wieści odnośnie przyszłości Ziemi, postanawiają usunąć z niej wszystkich superbohaterów. Na szczęście dla Ligi, w ostatniej chwili z pomocą przychodzi jej niejaka Molly, strażniczka znająca sposób, aby przeszkodzić potężnym istotom z kosmosu w realizacji ich niedorzecznego planu. Aby zniszczyć potęgę najeźdźców, Molly, przenosi poszczególnych członków Ligi Sprawiedliwości w różne linie czasowe. To właśnie w tych miejscach będą oni musieli zniszczyć detonatory bomby temporalnej, rozmieszczone wcześniej przez Ponadczasowych.

Większość malkontentów zarzuca scenarzyście serii monotonne rozwiązania fabularne, prezentujące potyczki z potężnymi siłami, bez wprowadzenia jakiegokolwiek rozwoju postaci. Przyznaję, że Bryan Hitch faktycznie przejawia skłonności do takiego właśnie budowania treści swoich komiksów. Należy jednak zwrócić uwagę, że celowo przyjął on powyższy model kreowania powierzonego mu tytułu. Wydaje mi się, że autor wyszedł z prostego założenia, według którego Liga, spajająca najpotężniejszych bohaterów DC, powinna toczyć walki tylko z najbardziej wszechmocnymi złoczyńcami (w myśl zasady: równy przeciw równemu). W kwestii rozwoju zdał się prawdopodobnie na solowe tytuły, prezentujące losy poszczególnych postaci, choć trzeba mu przyznać, że w otwierającym ten tom Przegrupowaniu, poświęcił chwilę lub dwie na ukazanie przemyśleń członków Ligi.


Jakkolwiek, górnolotność zaprezentowanych sytuacji oraz miałkość osobowości członków grupy może być dla kogoś problemem, z pewnością nie da rady nie zauważyć pomysłowości scenarzysty w zastosowaniu przeskoków czasowych, zastosowanych w trakcie opowiadania historii. Hitch pokusił się o ciekawy zabieg, polegający na ukazaniu nielinearnej kolejności zdarzeń. Dzięki temu dopiero w połowie tomu wszystkie elementy wskakują na swoje miejsca, ukazując cały zamysł scenarzysty. I muszę w tym miejscu stwierdzić, że był to doskonały pomysł, bo dzięki niemu ta (jakby nie patrzeć) standardowa opowieść, nabrała całkiem interesujących barw. Frapująco prezentują się również motywy Ponadczasowych, wynikające z zapowiedzi jeszcze większego, nadciągającego nieuchronnie niebezpieczeństwa. Ciekaw jestem, jak Hitchowi uda się wykorzystać to w przyszłości i czy pomysł ten będzie miał wpływ na inne serie DC.

Mankamentem Ponadczasowych jest na pewno sposób finalizaci całej historii. Był z tym problem już w poprzednim tomie (Epidemia), gdzie zabrakło lepszego rozpisania wstępu oraz finału fabuły. Tu także wszystko urywa się dokładnie w chwili zażegnania niebezpieczeństwa. Przez to nie otrzymałem jakiejkolwiek konkluzji, zmuszającej mnie do wyciągnięcia oczekiwanych wniosków. Szkoda, bo wszystko można byłoby rozpisać inaczej, dając czytelnikowi czas na oddech i odpowiednie przemyślenia.

Rysunki Fernando Pasarina są całkiem niezłe, razi mnie w nich jednak nieumiejętność uchwycenia charakterystycznych cech postaci. Nieomal na każdym kadrze poszczególni bohaterowie wyglądają jakby byli ze sobą spokrewnieni. Wygląda to dość dziwnie, przydałoby się tu więc nieco zróżnicowania. Natomiast świetnie prezentują się większe kadry, dzięki którym artysta potrafił ukazać ogrom przestrzeni, budowli czy różnorakich wnętrz.

Ponadczasowi nie są może dziełem wybitnym, ale daleki jestem też od obrzucenia go błotem. Historia daje radę, a zmagania Ligi potrafią wywołać pewne zainteresowanie. Nie jest to oczywiście komiks, który polecałbym jako "must have" z DC Odrodzenie, ale czytanie go nie powinno w Was wywołać żadnych mdłości, co zdają się sygnalizować znajdowane w sieci recenzje. Jeśli więc chcecie zobaczyć jak Batman i spółka zbawiają świat, nie bójcie się sięgnąć po Ligę Sprawiedliwości. Może nawet się Wam spodoba? ;-)


Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 3 - Ponadczasowi
Scenariusz: Bryan Hitch
Rysunki: Fernando Pasarin, Bryan Hitch
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie komiksy z Ligą Sprawiedliwości znajdziecie na stronie Egmontu


piątek, 22 czerwca 2018

RECENZJA: Rat Queens, tom 3 - Demony

Komiksy, podobnie jak książki, są tak różnorodne, że każdy z czytelników bez problemu znajdzie wśród nich coś dla siebie. W tej kwestii seria Rat Queens idealnie sprawdzi się dla czytelników ceniących silne bohaterki, dobry humor oraz nietypową fabułę. To jednak historia, która nie przypadnie do gustu każdemu sympatykowi fantasy. Specyficzny język oraz samo potraktowanie fantastycznej stylistyki trafi do części odbiorców bez większych problemów, lecz reszta może mocno kręcić nosem. I właśnie dlatego nasz świat jest taki piękny. Każdy może znaleźć opowieść w stylu, który spodoba mu się najbardziej. Ja na szczęście należę do grona odbiorców, którzy coraz bardziej doceniają nietypowość powyższej serii.

Demony skupiają się na wyprawie naszych czterech bohaterek na Uniwersytet Magów, gdzie jakiś czas temu studiowała Hannah. Główną przyczyną wędrówki jest niepokojąca sytuacja ojca dziewczyny, który został wplątany w bunt przeciwko dostojnej Radzie Dziewięciu. Hannah przestała też otrzymywać wiadomości od swej zmarłej matki, co dodatkowo niepokoi czarodziejkę. Jak się jednak okaże, cała ta ekspedycja odsłoni wiele nieznanych i wzajemnie przemilczanych faktów. Koniec końców, na jaw wyjdzie, czy wzajemna przyjaźń dziewczyn oraz ich oddanie wystarczą, aby doprowadzić całą historię do szczęśliwego finału.

Jak dotąd, każdy tom przygód Rat Queens przynosił nieco inną stylistykę. Magią i maskarą prezentował humorystyczno-pastiszowe podejście do skostniałej tematyki fantasy, Dalekosiężne macki N'Rygotha czarowały rozwinięciem fabuły oraz pogłębieniem rysu postaci, natomiast Demony ukazują mroczniejszą stronę przyjaźni oraz przeznaczenia bohaterek. Przynajmniej ja tak odbieram te różnice. Pomimo zeszytowej formy wydawania tytułu, Kurtis J. Wiebe w bardzo przemyślany sposób potraktował docelowe umieszczanie ich w tomikach zbiorczych.

Na szczęście ci z Was, którzy pokochali Królowe za ich nieszablonowy humor i uszczypliwe podejście do rzeczywistości, nie będą mieli powodów do narzekań. Główny wątek jest tu przeplatany dobrze znaną stylistyką, która od początkowych stron pierwszego tomu stanowiła o sile Rat Queens. Wybierzemy się więc na sanki do jaskini lodowego smoka, zrobimy imprezę w opuszczonym, studenckim motelu, a także zmierzymy się z hordą wygłodniałych goblinów, które tylko czekają, żeby ugotować z nas zupę. A wszystko to przyprawione uwspółcześnionymi, siarczystymi dialogami.

Kiedy jednak do głosu dojdą tytułowe demony, sytuacja dziewczyn stanie się znacznie poważniejsza, a ich wzajemne relacje przejdą najważniejszą z dotychczasowych prób. I to jest właśnie największy atut tego komiksu. Oprócz iskrzącej, dynamicznej części rozrywkowej, potrafi on ukazać bohaterki od głębszej, napędzanej przez uczucia oraz wzajemne oddanie strony. Bardzo brakowało mi tego w części pierwszej, na szczęście im dalej, tym lepiej. Nie tylko cały świat z tomu na tom robi się coraz ciekawszy, ale też ukazanie występujących w nim postaci jest pełniejsze i bardziej przemyślane. Rat Queens to seria, która w bardzo świadomy sposób pokazuje odmienność seksualną, obyczajową czy fizyczną większości bohaterów. Widać to choćby na przykładzie Bragi, której dedykowano finałową, krótką historię z jej przeszłości.

W Demonach rysunki powierzono Tess Fowler. Artystka w uroczy sposób oddała charakterystyczny, kobiecy klimat komiksu. Jej prace są czytelne i w sumie dość proste, celowo unikając przeładowania kadrów niepotrzebnymi szczegółami. Nie wiem też, czy to tylko ja, ale na jednej z plansz, przedstawiającej Uniwersytet Magów, jej kreska jest (oczywiście niezamierzenie) idealną kopią stylu Tadeusza Baranowskiego.

Jeśli do Rat Queens nie przekonał Was poprzedni tom (co miało miejsce w moim przypadku), raczej nie staniecie się sympatykami Królowych po lekturze Demonów. Tak czy inaczej, warto się skusić, bo w dzisiejszej popkulturze tytuł fantasy łamiący konwencje obyczajowe oraz fabularne, jest prawdziwą rzadkością. Jeśli czytaliście i nadal jesteście przeciw, to trudno. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to na co do diabła czekacie?!



Tytuł: Rat Queens, tom 3 - Demony
Scenariusz: Kurtis J. Wiebe
Rysunki: Tess Fowler
Wydawnictwo: Image/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 160
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Wszystkie tomy Rat Queens znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


czwartek, 21 czerwca 2018

RECENZJA: Tajemnica Godziny Trzynastej - Anna Kańtoch

Kiedy kilka lat temu sięgnąłem po Tajemnicę diabelskiego kręgu, nawet nie spodziewałem się, jak dobrą historię będzie mi dane przeczytać. Zagadka, groza, a co najważniejsze niepowtarzalny klimat nieznanego - wszystkie te elementy złożyły się na powieść, którą przeczytałem nieomal jednym tchem. Na szczęście na tym się nie skończyło. Dwa lata później Anna Kańtoch uraczyła mnie i pozostałych, zakochanych w losach Niny czytelników, Tajemnicą nawiedzonego lasu, która kontynuowała wątki rozpoczęte w poprzedniej opowieści. I znów nie mogłem oderwać oczu od tekstu, dzięki któremu po raz kolejny poczułem się jak dziecko zagubione w niezbadanym, mrocznym świecie. Wyglądało na to, że wreszcie, także tu, nad Wisłą, doczekaliśmy się cyklu napisanego z głową i pomysłem, zasługującego na wszelkie możliwe zainteresowanie.

W tym roku po raz trzeci stajemy u boku głównej bohaterki, badając zagadkę czasu, a dokładnie pewnej pozornie zwyczajnej godziny. W Tajemnicy godziny trzynastej, Nina przeżywa nową przygodę w miejscowości Wilcze Doły, gdzie odzyskuje przytomność po pewnym niewyjaśnionym incydencie. Okazuje się, że dziewczyna jest w miasteczku całkiem sama, a co najgorsze, straciła pamięć. Zmuszona do radzenia sobie sama, próbuje odzyskać świadomość tego, co wydarzyło się wcześniej, walcząc z zimnem, głodem oraz obecnością dziwnego drapieżnika, który nocą próbuje dostać się do jej schronienia. Jedynym tropem prowadzącym do jakichkolwiek odpowiedzi jest napis na transparencie w jednym z budynków, głoszący: "26 lutego 13:00 pamiętajcie!".

Anna Kańtoch w swej nowej powieści zaskakuje czytelnika, budując dwutorowy styl opowiadania historii. Śledzimy losy Niny, co rozdział przeskakując pomiędzy teraźniejszością, a przeszłością. Myliłby się jednak ten, kto założyłby, że dzięki temu szybko domyślimy się rozwiązania całej zagadki. O nie, tak łatwo nie będzie. Wręcz przeciwnie, powyższy zabieg wprowadza jeszcze więcej niedopowiedzeń. Ponadto, autorka ciekawie łączy ze sobą części historii, zespalając poszczególne rozdziały za pomocą elementu, występującego w finale każdego z nich. Nieważne, czy jest to jakiś przedmiot, postać czy fakt, możecie być pewni, że odnajdziecie go w kolejnym fragmencie powieści. A to tylko wzmaga chęć szybkiego poznania historii!

Tajemnica godziny trzynastej (podobnie jak poprzednie książki cyklu) swą budową przypomina typową zagadkę kryminalną. I oczywiście, sama zagadka jest tu w centrum wszelkich wydarzeń, jednak droga głównej bohaterki, analizującej i tropiącej wszystkie poszlaki zapewnia podstawowy napęd fabularny książki. Krok po kroku, autorka odsłania przed nami swój przemyślany pomysł, nie liczcie jednak, że już w połowie stwierdzicie, że wiecie jak to wszystko się zakończy. Nawet przerzucenie kartek na finał opowieści nie podpowie Wam wszystkiego. Trzeci tom cyklu o losach Niny to powieść, którą trzeba przeczytać uważnie od początku do końca.

Oczywiście, Nina to nie jedyna bohaterka tej opowieści. Powracają w niej inne znane postacie, instytucje oraz istoty, odgrywające znaczącą rolę w poprzednich odsłonach serii. Anna Kańtoch stworzyła spójne uniwersum, ukazujące fantastyczny obraz naszego kraju w odległych latach 50-tych ubiegłego stulecia. Pomysłowość autorki nie ogranicza się więc do prezentowania nam wyłącznie kolejnej mrocznej zagadki, ale również ujawniania coraz większej ilości elementów, łączących się w jeszcze większą, na razie nie do końca odkrytą tajemnicę.

Samą przyjemność z poznawania treści historii zapewniają ciekawie wykreowane główne postacie, z jakimi możemy się utożsamiać. Tajemnica godziny trzynastej nie jest bynajmniej powieścią, w czasie której szybko stwierdzimy, że nie zachowalibyśmy się w opisywanej sytuacji w podobny sposób. Choć sam zauważałem, że czasem bohaterowie podejmują słuszne decyzje, to jednak nieraz łapałem się na stwierdzeniu, że ja postąpiłbym nieco inaczej. I wtedy odzywał się we mnie wewnętrzny głos, który stwierdzał, że myślę tak, ponieważ jestem po bezpiecznej stronie opowieści. Dlatego też, będąc postacią z książki, z pewnością robiłbym identycznie jak Nina i jej towarzysze.

Tajemnica godziny trzynastej to doskonały tytuł dla każdego sympatyka fantastyki. Znajdziemy tu niepowtarzalny klimat zagrożenia oraz obcowania z niebezpieczeństwem, które wręcz wsysa nas do serca historii. Anna Kańtoch umiejętnie dozuje frajdę z uzyskiwania odpowiedzi, sprawiając, że chłoniemy przygody Niny niczym nasze własne. Jeśli więc jeszcze nie znacie tego niesamowitego cyklu, szybko nadróbcie zaległości. Zapewniam też, że nie spędzicie nad książkami zbyt wiele czasu. Dynamika oraz sposób tropienia sekretów pozwalają przeczytać je w rekordowym czasie.


Tytuł: Tajemnica godziny trzynastej
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros (Grupa Wydawnicza Foksal)
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 364
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł

poniedziałek, 18 czerwca 2018

RECENZJA: Kajtek i Koko w Kosmosie, tom 1 - Zabłąkana Rakieta (J. Christa)

Zanim Kajko i Kokosz stali się jednym z najbardziej popularnych rodzimych komiksów lat 80-tych, a później swoistą ikoną polskich historii obrazkowych, Janusz Christa znany był z rysowania przygód Kajtka Majtka. Jakiś czas później do Kajtka dołączył niejaki Koko i tak narodził się bardzo popularny wśród czytelników Wieczoru Wybrzeża (dzienniku wydawanym w ubiegłym stuleciu wyłącznie na północy naszego kraju), duet charakterystycznych bohaterów. Jeden gruby i niefrasobliwy, drugi chudy i inteligentny. Obaj stanowili oczywisty miks znanych już z innych mediów osobowości, jednak Christa potrafił tchnąć w swoje postaci coś, co sprawiało, że obok ich przygód nie dało się przejść obojętnie. Kluczową historią przesądzającą o ich popularności, był cykl prezentowany w Wieczorze Wybrzeża przez prawie pięć lat (1968-1972), a noszący imponujący tytuł - Kajtek i Koko w kosmosie.

Tak narodził się najdłuższy polski komiks, liczący ponad tysiąc dwieście pasków, drukowanych pięć razy w tygodniu i będący swoistym opus magnum artysty. Długo nieopublikowany w pełnej formie albumowej, swego pierwszego okazałego wydania doczekał się w roku 2001, kiedy to Egmont zaprezentował nowym i starym czytelnikom wydaną w twardej oprawie, czarno-białą wersję tego komiksu. Niestety, nie była to wersja kompletna... Pozbawiona mniej istotnych fragmentów, nadal robiła niezłe wrażenie, jednak pewien niedosyt wciąż pozostawał. Tymczasem, dopiero teraz, prawie dwie dekady później (i znów za sprawą Egmontu) otrzymujemy serię, która oddaje w pełni wszystkie zasługi i uwielbienia, jakimi obdarzono Kajtka i Koka w kosmosie na przestrzeni mijających lat.

W zapowiedzianych na siedem albumów wydaniach (po prawie sto stron każdy), otrzymujemy pełną, kolorową wersję tego niezwykłego dzieła. To właśnie tu Kajtek i Koko za sprawą namowy profesora Kosmosika udadzą się na długą, niebezpieczną, ale też pełną przygód wyprawę w kosmos. Niezwykły eksperyment o nazwie Orion poprowadzi dwójkę naszych bohaterów do odległej galaktyki, gdzie napotkają najróżniejsze rasy, technologie i osobliwości. Specyficzny styl narracji Christy ani na chwilę nie przygasi dobrego humoru tej międzygwiezdnej ekspedycji, a sympatyczni bohaterowie zawsze pozostaną w centrum wszelkich ekscytujących wydarzeń.


Tym, co najbardziej rzuca się w oczy podczas lektury pierwszego tomu (Zabłąkana rakieta), to niezwykłe wyczucie autora w poruszaniu się wśród dość specyficznej stylistyki science-fiction. Christa naprawdę rozumiał ten gatunek, nadając mu własny kształt czy wręcz osobowość. Ci z Was, którzy kojarzą klasyki literackie i filmowe tego okresu w popkulturze, bez wątpienia potwierdzą, że Kajtek i Koko w kosmosie pod względem uchwycenia specyficznego klimatu, ani trochę nie odstaje od ówczesnych dzieł. A na dodatek, zawiera potężny pierwiastek własnej osobowości, głównie za sprawą pełnych humoru scen, czy nieszablonowych, wbijających się w pamięć postaci. Co równie ważne, komiks Christy nie zestarzał się ani trochę pod żadnym względem. Nadal zapewnia identyczny poziom rozrywki co kiedyś, a tematy, które porusza, nadal wybrzmiewają pewną umownością, równie przystępną i atrakcyjną, jak ponad 40 lat temu.

Zabłąkana rakieta jest zaledwie wprowadzeniem (choć dwukrotnie dłuższym, niż późniejsze historie z udziałem Kajka i Kokosza) do epickiej przygody, która przez wiele dekad pozostawała nieznana znacznej części społeczeństwa. Warto ją poznać, bo oprócz oczywistych walorów kolekcjonerskich (ważnych dla osób interesujących się rozwojem komiksu nad Wisłą), jest po prostu kawałkiem naprawdę przedniej historii. Historii, gdzie tylko wyobraźnia autora ogranicza losy dwójki uroczych bohaterów, a obcowanie z nią sprawi, że na te kilka kwadransów zapomnicie o szarym świecie wokół Was. Tak więc: do gwiazdozbioru Oriona!


Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 1 - Zabłąkana rakieta
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Seria Kajtek i Koko w kosmosie ukazuje się nakładem Egmontu


piątek, 15 czerwca 2018

RECENZJA: Saga Orków, tom 1 - Dwaj Bracia

Saga Orków to nowy cykl komiksowy, bazujący na serii książek Michaela Peinkofera (znanego u nas także dzięki powieści Znak gryfa). Ten popularny tytuł fantasy został zaadaptowany na potrzeby historii obrazkowej przez Jana Bratensteina. Rysunki wykonali Peter Snejbjerg i Lars Bjorstrup. Nie dane mi było jeszcze zapoznać się z literackim pierwowzorem Orków, lecz korzystając z możliwości spojrzenia na pierwszą część komiksu, nie zastanawiałem się długo. Od razu pomyślałem, że historia, w której tytułowymi bohaterami będą kreatury dotychczas pełniące rolę antagonistów, musi być coś warta. Tylko czy dobrze mi się zdawało...?

Dwaj bracia opowiadają historię Balboka i Rammara, orków biorących udział w zbrojnej wyprawie na ziemie gnomów. Nieudolne próby rozpoznania liczby wroga sprowadzają na oddział naszych bohaterów potężne żniwo śmierci, w którym oprócz wszystkich ich towarzyszy, życie traci także sam dowódca, Girgas. Stary obyczaj orków wymaga, aby zabrać głowę herszta w celu unieśmiertelnienia jej w tajemniczym obrzędzie zwanym shrouk-koum. Niestety, problem braci polega na tym, że czerep Girgasa gdzieś przepadł. Wracają więc do osady z pustymi rękami, co oczywiście nie przypada do gustu Wielkiemu Graishakowi. Jak możemy się domyślać, wódz orków nie da się łatwo zbyć, a nasi bohaterowie zostają zmuszeni do odnalezienia głowy dowódcy. I to będzie początkiem ich wielkiej przygody.

Komiks J. Bratensteina już na pierwszy rzut oka jawi się jako dobrze narysowana, przygodowa historia fantasy. Wraz z nią otrzymujemy parę ciekawie nakreślonych bohaterów, którzy stanowią swe oczywiste przeciwieństwa. Balbok jest szczupły, wysoki i trochę opóźniony, natomiast Rammar to typowy przykład spasionego cwaniaczka, zawsze myślącego wyłącznie o sobie. Oczywiście, to Balbok jest tym bardziej walecznym, często bowiem musi mierzyć się z niebezpieczeństwami, podczas gdy jego brat stara się unikać wszelkiej odpowiedzialności. Można więc założyć, że przy tak pomysłowo nakreślonych protagonistach, cała historia będzie co najmniej dobra. I słusznie, Dwaj bracia pod względem kreacji głównych postaci sprawdzają się praktycznie bez zarzutu. Problem leży w innej kwestii.

Komiksowych historii fantasy jest bardzo wiele i trzeba dziś nie lada pomysłu, aby sprzedać czytelnikom coś naprawdę ciekawego. Ważna jest sama fabuła, dobre dialogi i wyraźne postacie, ale również świat, w którym mają rozgrywać się wszystkie wydarzenia. A tu niestety, tego zabrakło. W moim odczuciu, Saga Orków jest bezmyślną kalką z Tolkiena. Mamy tu bliźniaczy Śródziemiu świat, zamieszkany przez elfy, krasnoludy, orków i czarowników. A wszystko to tak beznamiętnie nawiązujące do mistrza fantasy, że aż bolą oczy. Już sam wstęp zdradza nam te zapożyczenia, prezentując ekspozycję, która na dobrą sprawę mogłaby zostać opowiedziana przy jakiejś późniejszej okazji (bo w odniesieniu do wydarzeń z tego tomu, nie ma ona jakiegoś większego znaczenia).

Na szczęście, w Dwóch braciach sprawdza się też humor. Uśmiech wywołują wszelkie utarczki pomiędzy Rammarem i Balbokiem, sporo jest tu także sytuacji komicznych oraz barwnych nieporozumień. Choć autorzy nie odważyli się zaprezentować aż tak dosadnego humoru, jak w konkurencyjnym Świecie Troy, rozweselający aspekt Sagi Orków mogę uznać za nader udany.

Rysunki P. Snejbjerga i L. Bjorstrupa wypadają więcej niż dobrze. Idealnie oddają charakter opowiadanej historii, są brutalne tam gdzie trzeba oraz dynamiczne i szczegółowe, kiedy wymaga tego sytuacja. Kolory stanowią mieszankę ciemnych barw, co daje dodatkowe uczucie przeżywania przygody w mrocznym, zdominowanym wojną otoczeniu.

Pierwszy tom komiksu na podstawie książek Peinkofera to dzieło udane, choć nie mogę nazwać go idealnym. Być może w kolejnych częściach wszystko bardziej się rozkręci, na razie jednak nie wszystko działa tu tak jak powinno. Zbyt mała oryginalność uniwersum odbiera część przyjemności z poznawania świata, choć sam pomysł z uczynienia orków głównymi bohaterami serii wypadł bardzo przekonująco. Widać też większy zamysł na całość, mam więc nadzieję, że seria od kolejnej odsłony mocno złapie wiatr w żagle. Aż prosi się o powiększenie liczby bohaterów, którzy dodaliby większego poczucia epickości tej (jakby nie patrzeć) interesującej historii. Na chwilę obecną polecam komiks przede wszystkim czytelnikom nie obeznanym ze zbyt wieloma tytułami fantasy. Pozostała armia stałych wyjadaczy może przeczytać go przy jakiejś niezobowiązującej okazji.


Tytuł: Saga Orków: Dwaj bracia
Twórca serii: Michael Peinkofer
Scenariusz: Jan Bratenstein
Rysunki: Peter Snejbjerg, Lars Bjorstrup
Przekład: Robert Lipski
Wydawnictwo: Elemental
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 45 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Elemental.


czwartek, 14 czerwca 2018

Konkurs Skrzydeł Gryfa i wydawnictwa Adamada - Gryfony: Znak Gryfa

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Adamada mam przyjemność zaprosić Was na konkurs, w którym do wygrania są cztery egzemplarze książki Michaela Peinkofera - Gryfony: Znak gryfa! 

Wpadajcie więc szybciutko na fanpage Skrzydeł Gryfa na facebook'u. Tam dowiecie się, co trzeba zrobić, aby wygrać jedną z tych wspaniałych nagród. :-)



środa, 13 czerwca 2018

RECENZJA: Hulk: Szary (Jeph Loeb, Tim Sale)

Hulk jest często nazywany sałatą Marvela. To oczywiście dlatego, że jest cały zielony. Tymczasem, co pokazuje przykład komiksu Jepha Loeba i Tima Sale, nie zawsze tak było. Niektórzy czytelnicy pewnie już tego nie pamiętają, ale Hulk na samym początku swego istnienia był szary. I taki jest właśnie tytuł komiksu pary artystów, którzy odpowiadają też za kilka innych opowieści z kolorowej serii wydawnictwa (Daredevil: Żółty, Spider-Man: Niebieski).

Hulk: Szary rozgrywa się w domyśle pomiędzy pierwszym, a drugim zeszytem oryginalnego cyklu The Incredible Hulk. Stanowi też swoiste origin story, które można jednak czytać bez znajomości tych klasycznych komiksów. Ukazano w nim wydarzenia, które rozegrały się bezpośrednio po zdetonowaniu bomby gamma na pustyni. Wszechobecny chaos, generał Ross ścigający tajemnicze monstrum, zniknięcie Bruce'a Bannera - to wszystko tworzy tło dla ukazania prawdziwej natury Hulka oraz jego pierwszego spotkania z Betty Ross.

Choć może się wydawać, że komiks ma na celu zaprezentowanie wszelkich niedopowiedzianych wcześniej wydarzeń, jego treść wychodzi ponad te elementy. Hulk: Szary jest przede wszystkim próbą ukazania rysu psychologicznego postaci olbrzyma oraz dynamiki, jaka zawiązała się (w początkowym okresie) pomiędzy nim, Betty i generałem. Stąd też bierze się sam tytuł. Ross jest postacią widzącą wszystko wyłącznie w czerni i bieli, a Hulk, zgodnie z kolorem skóry przedstawiany jest w bardziej złożony sposób. Być może dlatego, że gdzieś wewnątrz, kryje w sobie inteligentnego Bannera.

Scenariusz Jepha Loeba w prosty, choć dynamiczny sposób ukazuje to, kim jest sam Hulk oraz jego niezdolność do egzystencji w dzielonym z innymi ludźmi świecie. Dostrzegamy tu konflikt jednostki ceniącej proste rzeczy, poznającej swe otoczenie i chcącej żyć w sposób, jaki uznaje dla siebie za odpowiedni. Niestety, mocno zarysowana niezdarność Hulka oraz jego częściowe zdziecinnienie napotykają opór sprzeciwu w postaci charakteru generała Rossa. Nieustępliwy wojskowy widzi przed sobą jedynie własny cel, a kierowany małostkowymi pobudkami, pragnie zrealizować go bez względu na wszelkie okoliczności.


Hulk: Szary to historia tragiczna. Znając dalsze losy tego bohatera, wiemy jak potoczy się prezentowana tu opowieść. Niemniej ważny jest sam wydźwięk stworzonej przez autorów treści. Bruce Banner, wspominający przeżyte wydarzenia swemu przyjacielowi, szuka jasnej analizy pamiętnych dni. Jak to często bywa, znajdzie rozwiązanie problemu w swoich własnych słowach. A da ono też do myślenia czytelnikowi. Bo tak naprawdę nie zawsze to, co widoczne gołym okiem, jest prawdą, która ukrywa się pod grubą warstwą wspomnień. Często my sami, obierając drogę zgodną z własnym sumieniem, zbaczamy na manowce, nie mając wpływu na rozgrywające się wokół nas wydarzenia.

Rysunki Tima Sale'a idealnie integrują się z mocno skondensowanym scenariuszem Loeba. Ich karykaturalny charakter soczyście uzupełnia całą opowieść. Połączenie mocno przerysowanej kreski ze specyficznym, kreskówkowym stylem, dało temu komiksowi coś nieuchwytnego. Te składniki potrafią silnie przyciągać do rozgrywających się w tomiku wydarzeń. Wszystko jest tu przerysowane, mimika Hulka i generała Rossa co chwilę rozsadza poszczególne kadry, nadając całości niezwykle ekspresyjnego wrażenia. Całość dostosowano stylistycznie do epoki, w której powstawały pierwsze zeszyty o nieposkromionym bohaterze. Nie bez znaczenia w odbiorze jest również kolorystyka. Szare odcienie skóry Hulka nałożone zostały akwarelą, dzięki czemu pomysłowo podkreślają i odróżniają tę postać od reszty otoczenia. Natomiast dominujące w komiksie ciemne barwy, uzupełniają historię o typowo przyziemne odczucia.



























Hulk: Szary jest komiksem, który czyta się dość szybko. Nie ma tu przydługich rozmów, a wiele kadrów prawie w ogóle pozbawionych jest narracji. Mimo wszystko potrafi chwycić za serce, ponieważ jest nie tylko początkowym rozdziałem z życia znanego bohatera, ale przede wszystkim dobrze wykreowaną opowieścią psychologiczną. Długo można by jeszcze rozwodzić się nad jego ukrytym przekazem, pozwólcie więc, że zachęcę Was do tego w komentarzach.
Ze swojej strony dodam jeszcze, że to naprawdę emocjonująca rzecz. Pod przykrywką niezłej rozpierduchy na pustyni, kryje się opowieść o bólu, dążeniu do spokoju i szukaniu ważnych odpowiedzi. Warto poznać tą historię, nawet jeśli niespecjalnie lubi się powierzchowność Hulka. Ten komiks pokazuje jak można ukazywać i odbierać tę postać, a robi to w naprawdę inspirujący sposób. Oby więcej historii obrazkowych służyło właśnie takim celom.

Poniższe wydanie zostało wzbogacone o przedmowę Marie Severin (artystkę, która od lat 60-tych ubiegłego wieku współpracuje z Marvelem) oraz Szkicownik, w którym znajdziecie ilustracje z kolejnych etapów powstawania komiksu, jak i ciekawe uwagi autorów odnośnie procesu kreatywnego.


Tytuł: Hulk: Szary
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Tim Sale
Wydawnictwo: Marvel/Mucha Comics
Rok wydania: 2015
Ilość stron: 160
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 65 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics



wtorek, 12 czerwca 2018

RECENZJA: Gryfony, tom 1: Znak Gryfa - Michael Peinkofer

Są takie książki, które od samego początku zdają się prosić, aby je przeczytać. Kiedy na tegorocznych Warszawskich Targach Książki dostrzegłem piękną okładkę powieści Michaela Peinkofera, od razu założyłem, że jest to coś dla mnie. Gryfy pasjonują mnie nie od dziś. To wspaniałe, majestatyczne i dzikie istoty, które od lat niesłusznie pozostają w cieniu smoków. A przecież dorównują im pod każdym względem, pobudzając wyobraźnię swym wyglądem, charakterem i symboliką. To m.in. z przekory przeciw dominacji prastarych, pokrytych łuską istot, a także z czystej fascynacji gryfami, wymyśliłem nazwę dla tego bloga. I teraz wreszcie mam okazję napisać Wam coś o książce, która tytułem i treścią traktuje właśnie o nich.

Melody Campbell jest najzwyklejszą nastolatką. Mieszka na wyspie Arran, codziennie chodzi do szkoły, a w wolnym czasie pomaga babci przy utrzymaniu podupadającego pensjonatu Stone Inn. Niezrozumiana przez rówieśników (w szczególności przez jedną, dość wredną koleżankę), pocieszenie znajduje w towarzystwie oddanego kolegi Roddy'ego. To prozaiczne życie Melody zostaje wywrócone do góry nogami, gdy dziewczyna otrzymuje w prezencie tajemniczy pierścień. Pobłyskująca niepokojąco ozdoba prowadzi młodą bohaterkę do leśnego kręgu, gdzie wraz z Roddym odkrywa tajemniczą skamielinę. Jak się wkrótce okazuje, znalezisko jest najprawdziwszym jajem gryfa, z którego wkrótce wykluwa się mały pisklak. W połowie kot, w połowie orzeł, już od swych pierwszych chwil nadaje ton życiu dziewczyny. Sekrety znaleziska oraz samo istnienie mitycznego stworzenia absorbują Melody bez reszty. Niestety, postępujące kłopoty finansowe jej babci, grożą utratą pensjonatu, będącego w ich rodzinie od wielu pokoleń.

Znak gryfa to powieść przeznaczona głównie dla młodszych czytelników. Nie będę owijał w bawełnę, jest to jedna z tych książek, które raczej nie trafią do gustu bardziej wyrafinowanego odbiorcy. Napisana została prostym, wprawnym językiem, lecz podczas lektury czułem wyraźnie, że nie jestem jej docelowym odbiorcą. Nie mogę jednak uznać, że wszystko co w niej przeczytałem jest złe czy niedorzeczne. Autor bardzo ciekawie kreuje całą fabułę, spajając ze sobą współczesność z niczym nie skrępowaną fantastyką. I choć ogólnie fabuła jest raczej prosta i przewidywalna, przyznam, że specyficzny klimat przygody potrafił mi się udzielić więcej niż kilka razy.

rys. Helge Vogt 

Wydarzenia w Znaku gryfa rozgrywają się dwutorowo. Z jednej strony mamy Melody i jej niezwykłego, gryfiego towarzysza, z drugiej obserwujemy zmagania bohaterki z podłą koleżanką oraz kłopotami finansowymi babci. Połączenie tych elementów uznaję za spory plus. Co jest tu jednak najciekawsze, to wszelkie piętrzące się przed bohaterką tajemnice. Stanowią one chyba najbardziej emocjonującą część książki. Nie bez znaczenia jest też wątek przyjaźni dziewczyny z gryfem. Choć nie zawsze jest on centralnym punktem wydarzeń, daje sporo satysfakcji, sprawiając, że możemy identyfikować się z parą bohaterów.

Pierwszy tom serii Gryfony to świetny przykład lubianego wśród młodych ludzi urban fantasy. Znajdziemy tu wszystkie cechy charakterystyczne dla tego nurtu, lecz jak zaznaczyłem wcześniej, najwięcej frajdy będą z niej mieli raczej młodsi czytelnicy. Michael Peinkofer oddaje należną cześć gryfom, tworząc ciekawy, magiczny świat, który bez żadnej fałszywej nuty koegzystuje z naszym własnym. I choć na gruncie rozwiązania wszelkich tajemnic wiele zostało jeszcze do wyjaśnienia, z chęcią poznam dalsze losy Melody. Generalnie cieszę się, że sięgnąłem po tą książkę. Moja miłość do gryfów jest tu zapewne nie bez znaczenia.


Tytuł: Gryfony: Znak gryfa
Autor: Michael Peinkofer
Przekład: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 215
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,90 zł

niedziela, 10 czerwca 2018

Jurassic World: Fallen Kingdom (2018) - czy warto było wracać do parku piąty raz?

Napiszę to od razu: byłem pełen obaw przed ponowną próbą wejścia do świata dinozaurów. I żeby nie było, uwielbiam pierwsze trzy odsłony filmowego cyklu. Po prostu po seansie Jurassic World, gdzie w trzecim akcie całkowita logika wzięła sobie wolne (u scenarzysty, reżysera oraz aktorów), nie spodziewałem się niczego dobrego. Plakaty i zwiastuny zasiały dodatkową panikę w moim sercu, oczekiwałem więc porażki porównywalnej do zeszłorocznego Obcego: Przymierze. A tu... niespodzianka!

foto: Entertainment Weekly








Powiedzmy sobie jedno. Jurassic World: Fallen Kingdom jest filmem familijnym ze wszystkimi plusami i minusami podobnych produkcji. Jest tu wiele uproszczeń (często śmiesznych i bezsensownych), postaci, które mają dotrzeć do widzów w każdym wieku, taniej efektywności i zapożyczeń z klasyki gatunku, które wywołują uśmiech politowania na twarzy bardziej wyrobionego widza. A jednak, to wszystko sprawdza się w formie, którą obrał J. A. Bayona, reżyser tego obrazu. Najwyraźniej udało mu się tak podejść do scenariusza autorstwa Colina Trevorrowa i Dereka Conolly'ego, że wszelkie nieścisłości tekstu zamienił na jedną, sprawnie opowiedzianą historię. 

Jak tego dokonał? Przede wszystkim dynamicznie poprowadził całą intrygę, starając się jak najmniej zanudzać widza. Postawił w dużej mierze na dinozaury. Jest ich tu pełno, a nawet w tych wolniejszych, pozornie nudnych momentach, cały czas widzimy je na ekranie. Bo przecież to dla nich chodzimy na te filmy, prawda? Nie muszą one nieustannie gonić i pożerać bohaterów, ale nawet te chwile, kiedy są zamknięte w klatkach, mogą posłużyć jako dodatkowy punkt zainteresowania. Nie zawiodła też dynamika opowiadanej historii, która sprawia, że szybko wchodzimy w cały przedstawiony świat i kupujemy go z całym dobrodziejstwem inwentarza. To m.in. dlatego w Jurassic World: Fallen Kingdom przestałem zwracać uwagę na głupotki i niedociągnięcia.

foto: Entertainment Weekly


Na plus wychodzi też ogólny klimat filmu. Jest dużo mroczniej i poważniej niż w poprzedniej odsłonie. Prehistoryczne potwory są w większości naprawdę straszne, a najgroźniejszy z nich, indoraptor, z pewnością stanie się najbardziej rozpoznawalną ikoną tej produkcji (na pewno bardziej niż indominus rex, którego potencjał poprzednio trochę zmarnowano). Jest tu wiele scen, których nie poleciłbym bardzo młodym widzom, a sam przyznam, że było kilka takich chwil, kiedy zacisnąłem mocniej dłonie na poręczy fotela (stary, a się boi, nie?). Nieletni widzowie z pewnością znajdą w Jurassic World: Fallen Kingdom swych gadzich faworytów, nieważne czy będzie to straszliwy indoraptor, pomocna Blue czy uparty Stygimoloch. Chris Pratt kontynuuje kreowanie wiecznie zaradnego Owena, a Bryce Dallas Howard wreszcie przestała biegać w szpilkach, więc ich wspólne zmagania od razu dostały ode mnie dodatkowy plusik.

foto: Entertainment Weekly

Minusem jest postać wiecznie wystraszonego i piszczącego Franklina (Justice Smith) oraz młodej Maisie (Isabella Sermon), na której obecność przez pierwszą połowę filmu twórcy nie potrafili znaleźć żadnego dobrego pomysłu. Na szczęście te niedociągnięcia przykrywa płaszczyk dynamicznie rozwijającej się akcji, która dominuje w produkcji.

Warto też zwrócić uwagę na efekty specjalne. Sporo dopieszczonego CGI oraz efektów praktycznych spaja cały obraz z jego wydumaną treścią. Dinozaury są więc dość realne, a wszelkie sceny z nimi warte pieniędzy wydanych na bilet.

Odetchnąłem więc z ulgą, bo jak widzicie, tym razem obyło się bez tak wielkiego zawodu, jak trzy lata temu. Być może poprzednia część cyklu obniżyła moje oczekiwania, ale muszę przyznać, że Jurassic World: Fallen Kingdom potrafi jednak bawić widza. Jeśli więc szukacie nieskomplikowanej rozrywki na weekend i możecie przymknąć oko na wiele uproszczeń i niedopowiedzeń, wybierzcie się szybko do kina. W końcu takie filmy też dają sporo frajdy, prawda? 

foto: Entertainment Weekly

sobota, 9 czerwca 2018

Wbrew Naturze, tom 2 - Polowanie (Mirka Andolfo)

Znacie bajkę o wilku i śwince? Założę się, że takiej na pewno nie znacie! Mirka Andolfo, uznana artystka pracująca m.in. dla Marvela i DC, przedstawia dalszy ciąg swego w pełni autorskiego dzieła. Miesza w nim różne stylistyki, opowiadając historię pozornie bajeczną, mocno wciągającą, ale co najważniejsze, świetnie napisaną.

Drugi tom serii Wbrew naturze przynosi kontynuację wątków z poprzedniej części. Wygląda na to, że kłopoty, jakie spotkały Leslie, dopiero się zaczynają. Po zamieszaniu związanym z ustawioną randką oraz wplątaniu naszej bohaterki w morderstwo swych najbliższych przyjaciół, nieświadoma jeszcze wszystkiego świnka, musi uciekać. Na szczęście towarzyszy jej niespodziewany wybawca, Khal oraz nowa twarz w tej opowieści, Saya. Wspólnie docierają do bezpiecznego schronienia, gdzie Leslie ma szansę na zrozumienie wszystkich dotychczasowych faktów. Jednak prawda o znaczeniu niepokojących wydarzeń prowadzi naszą bohaterkę ku jeszcze nowszym zagrożeniom. Szykujcie się więc na ostrą jazdę bez trzymanki, bo Polowanie jest w toku, a seria bierze ostry zakręt w rejony, których nawet nie spodziewaliście się odwiedzić. 

Tak, to prawda. Myliłby się ten, kto sądzi, że Andolfo będzie kontynuować tą wesołą, lekko podszytą kryminałem historyjkę o doborze naturalnym wśród mieszkańców Nowego Roarku. Coś, co zostało w pewien sposób zaznaczone w tomie pierwszym (pisałem o nim w Kiosku z Komiksami), tutaj niespodziewanie przybiera na sile. Zamiast słodkiej historii o zagubionej bohaterce, dostajemy prawdziwy thriller z domieszką mistycyzmu i fantastyki. Manifestacja tajemniczej, wilczej obecności nabiera wreszcie znaczenia, a nasza pulchniutka Leslie coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że jej sny są czymś więcej, niż mogłoby się wydawać. Do tego dochodzi sekret nieznanej organizacji, która już dawno upatrzyła sobie naszą bohaterkę jako cel swych podstępnych działań.

Polowanie to jednak nie tylko thriller i fantastyka. To również komiks z mocno rozbudowaną teorią spiskową, zaprezentowany w formie opowieści drogi. Nasi bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce, szukając bezpiecznego schronienia, a my, czytelnicy, śledzimy ich poczynania, łapczywie chwytając wszelkie wyjaśnienia, których nie szczędzi nam autorka. Jednego jednak można być pewnym - nie wszystkie karty zostaną wyłożone na stół, więc jeszcze wiele zagadek przed nami. Sugeruje to choćby samo zakończenie, które zostawia nas w pełnym napięcia oczekiwaniu. Przyznam, że pod względem dawkowania wyjaśnień, Wbrew naturze podchodzi mi nawet bardziej niż Paper Girls. O ile w komiksie Briana K. Vaughna z tomu na tom dowiadujemy się generalnie coraz mniej, w tej serii Andolfo serwuje nam wiele odpowiedzi, znacznie szybciej przechodząc do sedna.

Warto też wspomnieć o przemianie głównej bohaterki. Z zastraszonej, niezbyt asertywnej świnki, Leslie zmienia się na przestrzeni obu tomów wręcz nie do poznania. Jej finałowa decyzja, która wynika w prostej linii z zajść, których była świadkiem, prezentuje nam cały wachlarz jej dobrze rozpisanej, wewnętrznej drogi - poprzez rozpacz i zagubienie, aż do buntu i przejęcia władzy nad swoim życiem. A wszystko to poprowadzone jest logicznie i z należytym wyczuciem.

O ile wiemy już, że scenariusz pozostaje mocną stroną powyższego komiksu, czas wspomnieć coś o rysunkach (bo nie ma przecież komiksu bez rysunków, prawda?). I tu również czeka nas miłe zaskoczenie. Oczywiście, czytelnicy mający awersję do antropomorficznych zwierzaków rysowanych w stylu lekko nawiązującym do Disney'a (skojarzenia ze Zwierzogrodem są tu jak najbardziej na miejscu) raczej nie zapałają miłością do prac autorki. Reszta z pewnością da się ująć szczegółowym grafikom, apetycznie odtworzonym postaciom (patrz rysunek obok) i łagodnym klimatem tworzonych kadrów. Dla mnie ilustracje we Wbrew naturze to klasa sama w sobie.

Podsumowując swój wywód, śmiem twierdzić, że drugi tom przygód Leslie to nieoczekiwany skręt w nowym kierunku, niosący serię ku dość niespodziewanym rozwiązaniom. Mirka Andolfo stworzyła wielce zajmującą historię, z przemyślanym i wciągającym scenariuszem oraz angażującym rozwojem głównej postaci. Teraz pozostaje tylko czekać na kolejną odsłonę Wbrew naturze, mając nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej. A wtedy może zobaczymy jak w tej wersji bajki zakończy się starcie wilka ze świnką... ;-)


Wbrew naturze zostało wydane przez Non Stop Comics


czwartek, 7 czerwca 2018

RECENZJA: Harley Quinn, tom 2 - Joker Kocha Harley

Z recenzjami komiksów o Harley Quinn jest ten sam kłopot, co z seriami, które w każdym tomie prezentują zbliżony poziom. Jest łatwiej, kiedy w kwestii scenariusza potrafią wnieść coś interesującego, lecz jeśli z tomu na tom jakość nie ulega znaczącym zmianom, wówczas oceniający ma nie lada problem. No bo jak napisać wtedy coś nowego? Czym zainteresować potencjalnego czytelnika? Podobnych kłopotów spodziewałem się, sięgając po drugi komiks o Świruni z cyklu DC Odrodzenie. Na szczęście szybko okazało się, że moje obawy były co najmniej przedwczesne.

Joker kocha Harley to (jak i w poprzednich przypadkach) wspólne dzieło Jimmy'ego Palmiotti i Amandy Conner. Nad graficznym sznytem całości czuwał (nie po raz pierwszy) utalentowany John Timms. Ci z Was, którzy śledzą losy Harley w wydawanych od kilku lat seriach, z pewnością odnajdą się również w najnowszej historii. Znajdziemy tu opowieść o wakacyjnym wypadzie pani psycholog wraz z Poison Ivy na Bahamy, podstępną próbę powrotu Jokera do życia naszej bohaterki oraz (zupełnie niepasującą do obecnego, letniego klimatu) opowiastkę o próbie ratowania Świętego Mikołaja przed mroczną stroną jego osobowości.

Co więc jest w tym wszystkim nowego? Ano właśnie, oprócz parady wielu nieszablonowych i zwariowanych przygód tytułowej bohaterki, dostaniemy w Joker kocha Harley lepsze spojrzenie na psychikę i wewnętrzne zmagania naszej protagonistki. Wierzcie lub nie, ale ten tom obnaża wreszcie to, co najbardziej pokochałem w Harley od samego początku. Zawsze przedstawiana była jako osoba nieokiełznana, bezwzględna i niebezpieczna, jednak w całym galimatiasie uczuć, jakie ją wypełniały, zawsze znajdowała miejsce na lojalność, oddanie i poświęcenie. Tak, tak, moi drodzy, Świrunia jak nikt inny dba o swoich najbliższych i jest gotowa stanąć w ich obronie (lub zemście) przeciw całemu światu. Jeśli dostrzegliście to tak jak ja, na pewno spodoba się Wam podejście scenarzystów do jej aktualnych problemów.

Joker kocha Harley jak żaden z dotychczasowych tomów serii pokazuje, z czym musi zmagać się nasza bohaterka. Od niespełnionego romansu z Pioson Ivy, toksyczny związek z Jokerem, aż po wszelkie próby bycia gotową na poświęcenia dla wszystkich swych ziomków z kamienicy. To oddanie wyczerpuje ją psychicznie, a Harley, jak każda istota ludzka, potrzebuje wyłącznika, który pozwoli jej odciąć się od wszystkich problemów. Dobrze więc, że wreszcie dostaliśmy część historii o takim wydźwięku. Interesujące jest także to, że większość jej obaw widzimy w postaci mocno zakręconych snów. Wierzcie mi na słowo, ale miło widzieć w Harley nie tylko uosobienie cech postaci z Looney Tunes, lecz także realną osobę z krwi i kości. Zresztą sprawdźcie sami, scena z pizzą na przedostatniej stronie drugiego zeszytu mówi chyba sama za siebie (i jest moją ulubioną z tego tomiku).

Sympatycy zwariowanych perypetii Harley też znajdą tu coś dla siebie. Na pewno ucieszą Was sposoby zadawania bólu Jokerowi, krótki powrót do wrotkarskiego kręgu czy wyprawa z Red Toolem do podziemi. Istota, która je zamieszkuje, z pewnością sprawi, że zastanowicie się dwa razy zanim wejdziecie do ciemnej piwnicy.

Ilustracyjnie jest super, zresztą John Timms nie raz już pokazał, że potrafi nadać drapieżny, seksowny urok naszej nieprzewidywalnej klaunicy. Jego grafiki mają ten dynamiczny, szkicowy klimat, który świetnie sprawdza się także po nałożeniu kolorów. W ostatniej historii zastąpili go m. in. Brandon Peterson, Inaki Miranda i Andrew Robinson. Każdy z tych artystów wywiązał się ze swej pracy znakomicie.

Najnowszy tom przygód Harley to solidna porcja niezobowiązującej rozrywki, która wreszcie pozwala ujrzeć głębię głównej bohaterki. Pomysłowy scenariusz łączy tu wszystkie lubiane przeze mnie elementy, a ilustracje pozwalają utrzymać nieszablonowy styl całej serii. Jeśli dotychczas nudziła Was zwariowana stylistyka historii o Harley, sięgnijcie po ten tom. Może wreszcie znajdziecie tu coś, czego szukaliście od dawna?


Komiksy o Harley z Nowego DC Comics i Odrodzenia znajdziecie na stronie Egmontu