niedziela, 10 czerwca 2018

Jurassic World: Fallen Kingdom (2018) - czy warto było wracać do parku piąty raz?

Napiszę to od razu: byłem pełen obaw przed ponowną próbą wejścia do świata dinozaurów. I żeby nie było, uwielbiam pierwsze trzy odsłony filmowego cyklu. Po prostu po seansie Jurassic World, gdzie w trzecim akcie całkowita logika wzięła sobie wolne (u scenarzysty, reżysera oraz aktorów), nie spodziewałem się niczego dobrego. Plakaty i zwiastuny zasiały dodatkową panikę w moim sercu, oczekiwałem więc porażki porównywalnej do zeszłorocznego Obcego: Przymierze. A tu... niespodzianka!

foto: Entertainment Weekly








Powiedzmy sobie jedno. Jurassic World: Fallen Kingdom jest filmem familijnym ze wszystkimi plusami i minusami podobnych produkcji. Jest tu wiele uproszczeń (często śmiesznych i bezsensownych), postaci, które mają dotrzeć do widzów w każdym wieku, taniej efektywności i zapożyczeń z klasyki gatunku, które wywołują uśmiech politowania na twarzy bardziej wyrobionego widza. A jednak, to wszystko sprawdza się w formie, którą obrał J. A. Bayona, reżyser tego obrazu. Najwyraźniej udało mu się tak podejść do scenariusza autorstwa Colina Trevorrowa i Dereka Conolly'ego, że wszelkie nieścisłości tekstu zamienił na jedną, sprawnie opowiedzianą historię. 

Jak tego dokonał? Przede wszystkim dynamicznie poprowadził całą intrygę, starając się jak najmniej zanudzać widza. Postawił w dużej mierze na dinozaury. Jest ich tu pełno, a nawet w tych wolniejszych, pozornie nudnych momentach, cały czas widzimy je na ekranie. Bo przecież to dla nich chodzimy na te filmy, prawda? Nie muszą one nieustannie gonić i pożerać bohaterów, ale nawet te chwile, kiedy są zamknięte w klatkach, mogą posłużyć jako dodatkowy punkt zainteresowania. Nie zawiodła też dynamika opowiadanej historii, która sprawia, że szybko wchodzimy w cały przedstawiony świat i kupujemy go z całym dobrodziejstwem inwentarza. To m.in. dlatego w Jurassic World: Fallen Kingdom przestałem zwracać uwagę na głupotki i niedociągnięcia.

foto: Entertainment Weekly


Na plus wychodzi też ogólny klimat filmu. Jest dużo mroczniej i poważniej niż w poprzedniej odsłonie. Prehistoryczne potwory są w większości naprawdę straszne, a najgroźniejszy z nich, indoraptor, z pewnością stanie się najbardziej rozpoznawalną ikoną tej produkcji (na pewno bardziej niż indominus rex, którego potencjał poprzednio trochę zmarnowano). Jest tu wiele scen, których nie poleciłbym bardzo młodym widzom, a sam przyznam, że było kilka takich chwil, kiedy zacisnąłem mocniej dłonie na poręczy fotela (stary, a się boi, nie?). Nieletni widzowie z pewnością znajdą w Jurassic World: Fallen Kingdom swych gadzich faworytów, nieważne czy będzie to straszliwy indoraptor, pomocna Blue czy uparty Stygimoloch. Chris Pratt kontynuuje kreowanie wiecznie zaradnego Owena, a Bryce Dallas Howard wreszcie przestała biegać w szpilkach, więc ich wspólne zmagania od razu dostały ode mnie dodatkowy plusik.

foto: Entertainment Weekly

Minusem jest postać wiecznie wystraszonego i piszczącego Franklina (Justice Smith) oraz młodej Maisie (Isabella Sermon), na której obecność przez pierwszą połowę filmu twórcy nie potrafili znaleźć żadnego dobrego pomysłu. Na szczęście te niedociągnięcia przykrywa płaszczyk dynamicznie rozwijającej się akcji, która dominuje w produkcji.

Warto też zwrócić uwagę na efekty specjalne. Sporo dopieszczonego CGI oraz efektów praktycznych spaja cały obraz z jego wydumaną treścią. Dinozaury są więc dość realne, a wszelkie sceny z nimi warte pieniędzy wydanych na bilet.

Odetchnąłem więc z ulgą, bo jak widzicie, tym razem obyło się bez tak wielkiego zawodu, jak trzy lata temu. Być może poprzednia część cyklu obniżyła moje oczekiwania, ale muszę przyznać, że Jurassic World: Fallen Kingdom potrafi jednak bawić widza. Jeśli więc szukacie nieskomplikowanej rozrywki na weekend i możecie przymknąć oko na wiele uproszczeń i niedopowiedzeń, wybierzcie się szybko do kina. W końcu takie filmy też dają sporo frajdy, prawda? 

foto: Entertainment Weekly

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz