wtorek, 12 czerwca 2018

RECENZJA: Gryfony, tom 1: Znak Gryfa - Michael Peinkofer

Są takie książki, które od samego początku zdają się prosić, aby je przeczytać. Kiedy na tegorocznych Warszawskich Targach Książki dostrzegłem piękną okładkę powieści Michaela Peinkofera, od razu założyłem, że jest to coś dla mnie. Gryfy pasjonują mnie nie od dziś. To wspaniałe, majestatyczne i dzikie istoty, które od lat niesłusznie pozostają w cieniu smoków. A przecież dorównują im pod każdym względem, pobudzając wyobraźnię swym wyglądem, charakterem i symboliką. To m.in. z przekory przeciw dominacji prastarych, pokrytych łuską istot, a także z czystej fascynacji gryfami, wymyśliłem nazwę dla tego bloga. I teraz wreszcie mam okazję napisać Wam coś o książce, która tytułem i treścią traktuje właśnie o nich.

Melody Campbell jest najzwyklejszą nastolatką. Mieszka na wyspie Arran, codziennie chodzi do szkoły, a w wolnym czasie pomaga babci przy utrzymaniu podupadającego pensjonatu Stone Inn. Niezrozumiana przez rówieśników (w szczególności przez jedną, dość wredną koleżankę), pocieszenie znajduje w towarzystwie oddanego kolegi Roddy'ego. To prozaiczne życie Melody zostaje wywrócone do góry nogami, gdy dziewczyna otrzymuje w prezencie tajemniczy pierścień. Pobłyskująca niepokojąco ozdoba prowadzi młodą bohaterkę do leśnego kręgu, gdzie wraz z Roddym odkrywa tajemniczą skamielinę. Jak się wkrótce okazuje, znalezisko jest najprawdziwszym jajem gryfa, z którego wkrótce wykluwa się mały pisklak. W połowie kot, w połowie orzeł, już od swych pierwszych chwil nadaje ton życiu dziewczyny. Sekrety znaleziska oraz samo istnienie mitycznego stworzenia absorbują Melody bez reszty. Niestety, postępujące kłopoty finansowe jej babci, grożą utratą pensjonatu, będącego w ich rodzinie od wielu pokoleń.

Znak gryfa to powieść przeznaczona głównie dla młodszych czytelników. Nie będę owijał w bawełnę, jest to jedna z tych książek, które raczej nie trafią do gustu bardziej wyrafinowanego odbiorcy. Napisana została prostym, wprawnym językiem, lecz podczas lektury czułem wyraźnie, że nie jestem jej docelowym odbiorcą. Nie mogę jednak uznać, że wszystko co w niej przeczytałem jest złe czy niedorzeczne. Autor bardzo ciekawie kreuje całą fabułę, spajając ze sobą współczesność z niczym nie skrępowaną fantastyką. I choć ogólnie fabuła jest raczej prosta i przewidywalna, przyznam, że specyficzny klimat przygody potrafił mi się udzielić więcej niż kilka razy.

rys. Helge Vogt 

Wydarzenia w Znaku gryfa rozgrywają się dwutorowo. Z jednej strony mamy Melody i jej niezwykłego, gryfiego towarzysza, z drugiej obserwujemy zmagania bohaterki z podłą koleżanką oraz kłopotami finansowymi babci. Połączenie tych elementów uznaję za spory plus. Co jest tu jednak najciekawsze, to wszelkie piętrzące się przed bohaterką tajemnice. Stanowią one chyba najbardziej emocjonującą część książki. Nie bez znaczenia jest też wątek przyjaźni dziewczyny z gryfem. Choć nie zawsze jest on centralnym punktem wydarzeń, daje sporo satysfakcji, sprawiając, że możemy identyfikować się z parą bohaterów.

Pierwszy tom serii Gryfony to świetny przykład lubianego wśród młodych ludzi urban fantasy. Znajdziemy tu wszystkie cechy charakterystyczne dla tego nurtu, lecz jak zaznaczyłem wcześniej, najwięcej frajdy będą z niej mieli raczej młodsi czytelnicy. Michael Peinkofer oddaje należną cześć gryfom, tworząc ciekawy, magiczny świat, który bez żadnej fałszywej nuty koegzystuje z naszym własnym. I choć na gruncie rozwiązania wszelkich tajemnic wiele zostało jeszcze do wyjaśnienia, z chęcią poznam dalsze losy Melody. Generalnie cieszę się, że sięgnąłem po tą książkę. Moja miłość do gryfów jest tu zapewne nie bez znaczenia.


Tytuł: Gryfony: Znak gryfa
Autor: Michael Peinkofer
Przekład: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 215
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,90 zł

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz