poniedziałek, 30 lipca 2018

RECENZJA: Batman, tom 3 - Jestem Bane (Tom King, David Finch)


Po wyprawie na wyspę Santa Prisca i udanej próbie odbicia Psychopirata, Batman musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Bane zmierza do Gotham i jest gotów zrobić wszystko, aby odebrać należną własność. Czy Bruce jest gotów na to spotkanie? Tym razem nie będzie taryfy ulgowej, a dla Nietoperza nadchodzące spotkanie okaże się ostateczną walką o wszystko. Tom King w trzeciej odsłonie swej opowieści kontynuuje wątki rozpoczęte w Jestem Gotham. Po całkiem niezłym otwarciu i nieznacznym spadku formy w Jestem samobójcą, Jestem Bane zamyka pewien etap w życiu Mrocznego Rycerza. Jak wypadło to ostateczne stracie zaciekłych wrogów?

Po pierwsze, King ma własną wizję Batmana i nie boi się jej przedstawiać. Wszystkie wydarzenia od startu tytułu w ramach DC Odrodzenie prowadziły do ponownego spotkania Nietoperza z Bane'm. Czytając komiks nie dostrzegłem zbyt wielu luźnych wątków, natomiast te, którym autor poświęcił najwięcej czasu, wreszcie znalazły swój oczekiwany finał. Po drugie, nie każdemu wizja Kinga musi przypaść do gustu. Scenarzysta ma też specyficzny sposób prowadzenia dialogów. Ponadto, w dość charakterystyczny sposób tworzy całą fabułę i narrację. Batman Kinga balansuje więc na granicy psychologicznego thrillera, przeplatanego mroczną historią akcji.


Najciekawszym elementem Jestem Bane jest oczywiście stracie dwóch bohaterów. Rozwiązano je w bardzo pomysłowy sposób. Choć Bane jest jednym z najsilniejszych i najbardziej zajadłych przeciwników Nietoperza, autorom udało się uniknąć bezsensownej nawalanki, pokazując psychologiczne podłoże ich zmagań. Aby wyjść zwycięsko z pojedynku, Bruce Wayne musi sięgnąć w głąb swej podświadomości i przypomnieć sobie dlaczego (i w jakich okolicznościach) stał się Batmanem. Czytelnikowi jest dane obserwować tą podróż na przemian z równie mroczną genezą Bane'a. Okazało się, że źródłem wybranej drogi obu postaci był głęboki związek uczuciowy z matkami. Fantastycznie rozrysowane sceny walk przeplatają się tu więc z głęboko ukrywanymi wspomnieniami zdeterminowanych bohaterów.

Tom King ciekawie przedstawił otoczenie Batmana. Najlepiej widać to podczas sceny w restauracji, gdzie Bruce spotyka swoich podopiecznych. Okazuje się, że Damian, Dick i Jason pomimo długiego czasu spędzonego pod opieką Nietoperza, nie przesiąkli mrokiem oraz strachem przed normalnym życiem, jak ich mentor. To nadal zwykli, oddani sprawie chłopcy, którzy we własnym towarzystwie zachowują się tak samo jak reszta młodych ludzi. Z kolei ostatnia rozmowa Batmana z Gotham Girl ujawnia jego ułomność w wielu typowo ludzkich aspektach. To przenosi nas do sceny finałowej, w której Bruce zadaje Selinie Kyle pytanie decydujące o ich wspólnej przyszłości. Emocje, pytania i niepewność, ale również nadzieja - w takim świecie żyje w tej chwili Batman. Dzięki sprawnej narracji klimat całości udziela się również bardziej wrażliwemu czytelnikowi.


Słabszym ogniwem albumu są niestety dwie, zamieszczone na końcowych stronach historie. O ile Dobry piesek broni się ostatecznie jako krótka, nieco lżejsza w odbiorze forma, to Odważni i spróchniali są chyba jakąś pomyłką. Niepotrzebna, mało ciekawa i nie prowadząca do niczego konkretnego opowieść o śledztwie, w którym Batmana wspomaga Potwór z Bagien, prezentuje mało ciekawy finał, a na dodatek zapomina się o niej równie szybko, jak się ją czyta.

Rysunki Davida Fincha są absolutnym mistrzostwem. Powaga historii, wspomagana dynamiką i precyzją jego kreski, nie mają sobie równych. Artysta idealnie współgra swymi pracami z narracją scenarzysty, uzupełniając ją o wyrazistą stronę wizualną, która nadaje się do tego celu najlepiej. Szczególnie w scenach pełnych mroku Finch błyszczy najbardziej, niestety gorzej wychodzi mu pokazywanie ludzkiego oblicza bohaterów w bardziej przyziemnych sytuacjach.

W moim odczuciu Jestem Bane to świetne zwieńczenie dotychczasowej historii Batmana. Tom King stworzył w tym komiksie bardzo specyficzną, choć nie do końca łatwą w odbiorze historię. Ponadto, jednym interesującym zabiegiem otworzył możliwość ciągu dalszego i jak można się spodziewać, będzie on jeszcze ciekawszy niż to, co autor pokazał nam dotychczas. Trzeci tom przygód Mrocznego Rycerza tworzy nowy sposób opowiadania historii o tym bohaterze, a jeśli podejdziecie do niego z otwartą głową, ma szansę spodobać się i Wam. Niestety, na dalszy rozwój wypadków przyjdzie nam czekać cierpliwie aż do piątego tomu, ponieważ w kolejnym udamy się na tajemniczą wojnę żartów z zagadkami.



Tytuł: Batman, tom 3 - Jestem Bane
Scenariusz: Tom King
Rysunki: David Finch
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie aktualne komiksy z Batmanem znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 29 lipca 2018

RECENZJA: Star Wars™: Propaganda - Pablo Hidalgo


Aż trudno uwierzyć, że Gwiezdne wojny są z nami już od ponad czterech dekad. Na przestrzeni tych dziesięcioleci doczekaliśmy się nie tylko wspaniałych filmów i seriali, ale również szeregu publikacji poszerzających to fantastyczne uniwersum. Na porządku dziennym są oczywiście książki i komiksy, ale od czasu do czasu twórcy związani z Lucasfilm oddają w nasze ręce o wiele bardziej specjalistyczne publikacje. Jedną z nich jest wydany niedawno album Star Wars™: Propaganda. I choć może się Wam wydać dziwne samo zastosowanie zawartego w tytule określenia, wiedzcie, że wydawnictwo to wyróżnia się znacznie na tle innych, związanych z tematem opracowań.

Z początku sam nie byłem bardzo przekonany do powyższego albumu. Dziwny, pozornie niezwiązany z uniwersum tytuł, a także liczne grafiki (opatrzone niezbyt długim tekstem), robiły dobre, choć niekoniecznie imponujące wrażenie. Dałem jednak owemu tworowi szansę i wkrótce przekonałem się, co mógłbym stracić. Star Wars™: Propaganda okazał się zapisem historii odległej galaktyki, ujętym w bardzo kreatywny oraz niespotykany dotychczas sposób.


Dzieło Pablo Hidalgo, wieloletniego znawcy i eksperta świata Gwiezdnych wojen, przybliża nam opowieści znane z dużego ekranu, tak pod kątem zmian polityczno-społecznych, jak i sposobu kreatywnego wyrażania pragnień i nastrojów obywateli, uczestniczących w życiu galaktyki. Zabrzmiało dziwnie? Może trochę, lecz zapewniam Was, że cała książka jest po prostu zapisem filmowych dziejów, przygotowanym w dość unikalny sposób. Podzielony na poszczególne epoki album, opowiada o wydarzeniach, decyzjach i wojnach, ilustrując każde wydarzenie pracą fikcyjnego, zaangażowanego w los świata artysty.

Nawoływania Separatystów do uwolnienia się spod przytłaczającego wpływu ograniczającej swobody Republiki, obrazoburcze lub bałwochwalne wizerunki galaktycznych przywódców i liderów, pełne oburzenia oraz zaciekłości nakazy Imperium, czy pacyfistyczne ideologie nowo powstających sojuszy - wszystko to zilustrowane i wyjaśnione w prosty, zrozumiały, a co najważniejsze, niezwykle wciągający sposób. Star Wars™: Propaganda jest w istocie niesamowitą gratką dla każdego oddanego, gwiezdnowojennego fana. To archiwum wielkich filmowych wydarzeń i swoisty zapis historii rozpoczętych Mrocznym widmem, a zakończonych Przebudzeniem mocy.


Książka Hidalgo jest również niezwykle plastycznym pamiętnikiem, wspominającym wydarzenia, którymi na przestrzeni dziesięcioleci żyła galaktyka George'a Lucasa. Mając na względzie, jak często opisywano historie ze świata Star Wars, godnym pochwały jest sposób, w jaki autor podszedł do tego, zdawałoby się, wyczerpanego tematu. Jego spojrzenie jest świeże, wciągające i niecodzienne. Warto również zaznaczyć, że dzięki tej książce niejedna osoba (niezadowolona z kształtu trylogii prequeli), będzie mogła docenić próbę Lucasa w ukazaniu wydarzeń, prowadzących do powstania Imperium. Album Star Wars™: Propaganda pokazuje jasno, jak trudne było opowiadanie historii znanych postaci, przy jednoczesnym ukazaniu rozpadu Republiki.

Dzieło Pablo Hidalgo jest zbiorem wspaniałych, kreatywnych ilustracji, rozwijających filmowy świat w sposób, jakiego jeszcze nie widziałem. Całość urzeka pomysłem, wielką znajomością tematu i formą realizacji, jakich w publikacjach ze świata Star Wars nie dane mi było doświadczyć. Należy jednak pamiętać, że jest to wydanie skierowane raczej do grupy oddanych fanów, którzy o swojej ulubionej serii wiedzą już niejedno. Tylko oni w pełni docenią mozolne starania autora w przedstawianiu losów galaktyki. Reszcie odbiorców z pewnością przypadną do gustu przepiękne grafiki, lecz treść merytoryczna raczej nie zdoła poruszyć ich serc. Natomiast dla wszystkich wielką atrakcją będzie 10 kolekcjonerskich plakatów, dołączonych do tego albumu.



Tytuł: Star Wars™: Propaganda
Autor: Pablo Hidalgo
Przekład: Anna Hikiert-Bereza
Wydawnictwo: AMEET
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 26 lipca 2018

Lego 71043 - Hogwarts Castle nadchodzi!

Fani Lego i Harry'ego Pottera mają w tym roku wiele powodów do radości. W listopadzie do kin trafi kolejna odsłona Fantastycznych zwierząt, a półki sklepowe zaczynają powoli zapełniać kolekcjonerskie minifigurki wraz z tematycznymi zestawami Lego. A to jeszcze nic, ponieważ już 1 września w ręce sympatyków czarodziejskiego świata J. K. Rowling, wpadnie niesamowity, ogromny zestaw Lego - 71043 Hogwarts Castle!


Hogwarts Castle (Zamek Hogwart) to imponująca budowla, składająca się z ponad 6.000 klocków Lego! Jak widać na zamieszczonych zdjęciach, projektanci duńskiej firmy nie zapomnieli o klasycznym wyglądzie budowli, a także charakterystycznych elementach wnętrza tego legendarnego zamku. Z pewnością odnajdziecie tu pomieszczenia, przejścia oraz sale, w których rozgrywała się większość kultowych scen z książek i filmów. Dodatkową atrakcją jest zestaw pięciu łodzi, bijąca wierzba (z miniaturką auta), chatka Hagrida oraz bardzo groźny smok. Do pełnego szczęścia należy jeszcze dodać 27 mikrofigurek przedstawiających wielu bohaterów.


Fanów, którzy mogą poczuć się zawiedzeni wykonaniem zamku w mniejszej od dotychczasowej skali, z pewnością pocieszy fakt obecności czterech klasycznych minifigurek w tym zestawie. Dzięki temu, do rąk sympatyków Lego trafią po raz pierwszy legendarni założyciele szkoły Hogwartu: Godric Gryffindor, Helga Hufflepuff, Salazar Slytherin oraz Rowena Ravenclaw.


Zestaw będziecie mogli wkrótce zamawiać w tym miejscu. Zwróćcie jednak uwagę na cenę, ponieważ możliwość stałego obcowania z tym klockowym dziełem wyceniono na 1850 zł...

środa, 25 lipca 2018

RECENZJA: Uncanny X-Force - Sposób na Apocalypse'a, tom 1 / Era Arachangela, tom 2 (Rick Remender)


Wśród fanów komiksów (i nie tylko) chyba na próżno szukać kogoś, kto nie słyszał o drużynie X-Men. Marvelowscy mutanci od wielu dekad władają wyobraźnią fanów fantastyki, zapewniając masę rozrywki (tak na papierze jak i w kinie), ale również poruszając ważne kwestie tolerancji, odmienności czy samoakceptacji. Z pewnością można stwierdzić, że lektura przygód wychowanków prof. Xaviera jest połączeniem przyjemnego z pożytecznym, a mnogość postaci pojawiających się w uniwersum daje możliwość obcowania z całą gamą niecodziennych charakterów. O ile jednak sami X-Meni są ogólnie dość dobrze znani, inaczej sprawa przedstawia się w przypadku drużyny X- Force.

Czym zatem jest ta mało znana grupa? Otóż X-Force to zespół mutantów, zdolnych do działania przy użyciu dość drastycznych metod, prowadzących swe operacje w sekrecie przed resztą świata. Zostali powołani do życia przez Wolverine'a, a w ich skład wchodzą Deadpool, Psylocke, Fantomex oraz Archangel. I to właśnie ten ostatni jest najważniejszym elementem serii Uncanny X-Force, pisanej przez Ricka Remendera. Jeśli czytacie regularnie X-Men, zapewne wiecie, że Angel został swojego czasu uprowadzony przez potężnego Apocalypse'a, któremu udało się zmienić jego strukturę genetyczną. Dzięki temu Warren (bo tak brzmi ludzkie imię Archangela) miał zostać jednym z jego mitycznych Jeźdźców. Na szczęście Angel zdołał wyzwolić się z mentalnej kontroli, jaką roztaczał nad nim złowrogi mutant. Najważniejsze pytanie brzmi: na jak długo?


W albumach Sposób na Apocalypse'a oraz Era Archangela, drużyna X-Force stawi czoła fanatykom kultu Akkaba, którzy dysponują młodym, odrodzonym wcieleniem Apocalypse'a. Zadanie Wolverine'a i reszty będzie o tyle trudniejsze, ponieważ w duszy Archangela wciąż tli się zaprogramowana struktura, jaką został obdarzony wbrew własnej woli. Nawet jeśli mutanci zwyciężą niebezpiecznych przeciwników, zdrada może nadejść z wnętrza ich niewielkiej drużyny. A to jeszcze nie koniec, bowiem X-Force staną także naprzeciw inwazji Deathloków. Co ciekawe, grupa, z którą przyjdzie im walczyć, łączyć będzie w sobie umiejętności i wygląd najbardziej rozpoznawalnych postaci Marvela. Najcięższą próbą okaże się jednak wyprawa po Ziarno Życia, jako jedyne będące w stanie zapobiec trwałej przemianie Warrena. We wszechświecie równoległym X-Force spotkają zarówno oddanych sprzymierzeńców, jak i najmniej oczekiwanych przeciwników.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko co napisałem powyżej, może wydać się nowemu czytelnikowi równie zachęcające, jak i odrzucające. Sam nie jestem wybitnym znawcą Marvela, lecz w najważniejszych kwestiach połapałem się dzięki dobrze przygotowanemu wprowadzeniu. Poznałem w nim najważniejsze informacje o wszystkich bohaterach, a także wydarzeniach poprzedzających powstanie drużyny. W kwestii wyjaśnień nic nie pozostawiono przypadkowemu działaniu, natomiast klarownie prowadzona fabuła pozwoliła mi stopniowo zagłębiać się w losy grupy X-Force. Sama struktura komiksów sprawiła, że z każdym kolejnym rozdziałem bawiłem się coraz lepiej, bardziej doceniając poszczególne postacie.


Jeśli chodzi o bohaterów, to są oni główną siłą napędową obu albumów. Muszę to napisać wprost, ale nie do końca przekonały mnie wszelkie potyczki, walki czy zmagania X-Force z ich licznymi antagonistami. Oczywiście rozumiem, że taka jest często struktura komiksów superhero, lecz widząc jak sprawnie autor rozpisał główne postacie, żałuję, że nie pokusił się o zmniejszenie akcji na rzecz dopieszczenia samej fabuły. Niestety, pomimo kilku dość ciekawie wykreowanych przeciwników, zbyt częste starcia znacznie obniżają moją ocenę tych tytułów. Na szczęście zapałałem głęboką sympatią do Psylocke i Archangela, często frapował mnie dziwny sposób bycia Fantomexa, a sam Deadpool nie był aż tak denerwujący, jak w dotychczas czytanych przeze mnie komiksach.

Co ciekawe, Rick Remender dość oszczędnie ukazał postać mojego ukochanego Wolverine'a. Śmiem twierdzić, że obok Deadpoola przeszedł on chyba najmniej dostrzegalną drogę (nawet w świetle spotkania kogoś, kto w jego własnym świecie znaczył dla niego bardzo wiele). Trochę szkoda, jednak pewnym pocieszeniem jest głęboki związek uczuciowy pomiędzy Elizabeth Braddock i Warrenem Worthingtonem. Ich miłość, wzajemne poświęcenie oraz głęboki szacunek, mocno wyryły mi się w pamięci. To chyba najlepsza komiksowa para, jaką dane mi było poznać w ostatnim czasie. Jedna z ich ostatnich scen w Erze Archangela naprawdę zaszkliła mi oczy. Jako dość świeżemu czytelnikowi opowieści z uniwersum Marvela, bardzo przypadł mi do gustu pojazd X-Force, tworzony przez układ nerwowy (tzw. EVA) Fantomexa. No powiedzcie sami, czy nie byłoby wspaniale, móc kreować coś podobnego wyłącznie za sprawą siły umysłu i woli?


Rysunki w obu albumach są naprawdę doskonałe. Choć pracowało nad nimi wielu artystów, każdy zdołał dorzucić coś znamiennego od siebie. Dynamika walk, zbliżenia twarzy, piękne tła i kolory skutecznie przyciągały moją uwagę. I choć czasami tych atrakcji było może nazbyt wiele, nie mogę nie docenić ogromu pracy, jaki rysownicy włożyli w powstanie poszczególnych kadrów. To także dzięki nim mocno udzieliła mi się dość pesymistyczna nuta wszystkich historii, a ciemniejsze tonacje barw podkreśliły powagę tych typowo rozrywkowych opowieści.

Sposób na Apocalypse'a i Era Archangela to dwa bardzo zajmujące komiksy, które zapewniają godziwą rozrywkę, ale też wydobywają pewne skrywane wewnątrz nas uczucia. Ten ostatni element, jest w moim pojęciu ich główną zaletą. Natłok licznych scen akcji przypadnie do gustu tym czytelnikom, którzy lubią mniej wysublimowane atrakcje, a głębsze interakcje pomiędzy bohaterami zadowolą tych z Was, którzy gustują w bardziej przemyślanej fabule. Wizualna strona dostarcza najwyższych wrażeń, dochodzę więc do wniosku, że każdy znajdzie w dziełach Remendera i spółki coś dla siebie. Oczywiście, pod warunkiem, że lubicie gatunek superhero. Bez tego przecież ani rusz!



Tytuł: Sposób na Apocalypse'a / Era Archangela
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Leonardo Manco, Jerome Opena, Rafael Albuquerque, Esad Ribic, Billy Tan, Rich Elson, Mark Brooks, Scott Eaton
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Marvel/Mucha Comics
Rok wydania: 2017/2018
Ilość stron: 224/288
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79 zł/89 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics.


niedziela, 22 lipca 2018

RECENZJA: Green Arrow, tom 3 - Szmaragdowy banita (Benjamin Percy, Otto Schmidt)


Green Arrow to taka seria, która przy całym bogactwie prezentowanej przez siebie treści, nie przekracza pewnego, z góry ustalonego pułapu. Nie sili się na bycie czymś więcej niż dobra, wielowątkowa historia awanturnicza, pamiętając też, aby nadmiernie nie obrażać inteligencji czytelnika. O ile poprzedni tom - Wyspa blizn, charakteryzował się dość uproszczoną, skierowaną głównie do nastolatków fabułą, Szmaragdowy banita wraca stylistycznie do klimatu znanego z otwarcia przygód Zielonej Strzały w cyklu DC Odrodzenie. Jest więc trochę poważniej, choć to nadal komiks nastawiony wyłącznie na szybką, oraz (co najważniejsze) dobrą rozrywkę.

Oliver Queen wraca do Seattle, a pozostając w leśnym ukryciu, zastanawia się wraz ze swymi przyjaciółmi, jak na nowo odbudować życie, czyniąc miasto bezpiecznym. Niestety, jego starania od początku są skazane na niepowodzenie, ponieważ ktoś bardzo wpływowy pragnie zdyskredytować pozycję Green Arrowa w społeczeństwie. W ten sposób nasz łucznik trafia w sam środek spisku uknutego przez swego aktualnego przeciwnika. Tym razem przyjdzie mu się zmierzyć nie tylko z narastającą złą sławą, ale również dawnym wrogiem oraz powrotem zaginionego członka rodziny. Czy szyty cienkimi nićmi sojusz z komendantem policji - Westbergiem, okaże się wystarczający, podczas gdy miasto zaczyna nękać grupa skorumpowanych gliniarzy o nazwie Vice Squad? Determinacja i pogoda ducha naszego bohatera mogą tym razem nie wystarczyć...


Podczas lektury Szmaragdowego banity w oczy bardzo rzuca się stylistyka, jaką podczas pracy nad tytułem opracował sobie Benjamin Percy. Z jednej strony otrzymałem dość mocno skoncentrowaną historię z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, natomiast z drugiej mocno wyczuwam tu dłuższą drogę, odgórnie zaplanowaną przez scenarzystę. Percy układa losy Arrowa, przeplatając je mniej lub bardziej ważnymi elementami, które przy ogólnym spojrzeniu na serię mogłyby wydawać się dość niepotrzebne. Żaden z nich nie pozostaje jednak niewykorzystany, wszystko jest tu istotne tak dla rozwijania głównej historii, jak i przemiany bohaterów.

Niebagatelna jest również sama akcja, bo pewne uproszczenia względem scenariusza twórcy wynagrodzili mi niesamowitą dynamiką wydarzeń. W Szmaragdowym banicie dzieję się więc sporo, a akcja (choć nie pozbawiona paru dość zauważalnych głupotek) naprawdę potrafi cieszyć, zmuszając do nieustannego kibicowania głównemu bohaterowi. Związek Arrowa z Black Canary także nie stoi w miejscu. Choć pozornie nie wysuwa się na pierwszy plan, to jednak widać jak ważny jest w kwestii decyzji podejmowanych przez naszego protagonistę. Canary jest często głosem sumienia Arrowa, ale także kompasem większości jego poczynań.


Ryaunki Otto Schmidta dodają komiksowi awanturniczego sznytu. Ich swoista szkicowość wraz z humorystycznym pazurem idealnie wpasowują się w sedno problemów, z jakimi boryka się Ollie. Wspomagający artystę Juan Ferreyra (tutaj obecny wyłącznie w jednej części) pokazuje zupełnie inny charakter opowieści. Jego prace są unikalne pod prawie każdym względem i zapewne nie będą w stanie zadowolić wszystkich. Jeśli jednak chodzi o większe, dwustronne plansze, nie ma on sobie równych. Zwróćcie uwagę na scenę w więzieniu, albo tą z Oliverem przed lustrem, gdzie ramki pomiędzy obrazkami zostały zastąpione kratami lub potłuczonym szkłem. Przyznacie, że autor wpadł na dość kreatywny pomysł?

Szmaragdowy banita dostarcza mocnej, przebojowej rozrywki, sprawiając, że te dwa, trzy kwadranse z komiksem mijają bardzo szybko. Na ile całość zapisze się w Waszej pamięci, zależy już wyłącznie od indywidualnych upodobań, jednak ja nie zaliczyłbym tego czasu do straconego. Wysoka stawka, pewna doza tajemnicy i niepewności, oraz świetnie oddająca całość grafika, czynią trzeci tom Green Arrowa godnym polecenia. Jeśli jesteście właśnie na wakacjach i nie wiecie co zrobić z wolnym, niezagospodarowanym czasem, brodaty łucznik z pewnością przyjdzie z pomocą. A przecież w komiksach właśnie o to chodzi - aby choć na chwilę znaleźć się w innym świecie. Nawet jeśli będzie to papierowy świat Szmaragdowego banity.


Tytuł: Green Arrow, tom 3 - Szmaragdowy banita
Scenariusz: Benjamin Percy
Rysunki: Otto Schmidt, Juan Ferreyra, Eleonora Carlini
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie przygody Green Arrowa z DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 21 lipca 2018

RECENZJA: Szczurołap - Jay Asher, Jessica Freeburg, Jeff Stokely


Chyba każdy z nas słyszał kiedyś legendę o zaczarowanym flecie, za którego dźwiękiem podążały hordy szczurów. Czy to za sprawą dzieła Mozarta, czy baśniowym podaniom braci Grimm, opowieść ta od lat cieszy się sporą popularnością i uznaniem. Tropem zagadki, która zainspirowała narodziny legendy, podążyli także autorzy komiksu Szczurołap. Zrobili to jednak, starając się oddać jak najdokładniej prawdziwe wydarzenia, które przyczyniły się do powstania przypowieści.

Bohaterką komiksu autorstwa Jaya Ashera i Jessici Freeburg jest Magda. Niesłysząca dziewczyna zamieszkuje osadę Hameln, żyjąc na skraju ubóstwa wraz ze swoją opiekunką, Agathą. Sytuacja w miasteczku nie jest wesoła, plaga szczurów zbiera wielkie żniwo strat i zgonów. Miejscowy szczurołap nie potrafi poradzić sobie z wykonywaniem obowiązków, a rada przywódców nie jest w stanie podjąć żadnych wiążących decyzji. Wszystko zmienia się, gdy do Hameln przybywa tajemniczy mężczyzna, twierdzący, że jest w stanie pozbyć się gryzoni. Jak się wkrótce okaże, jego rola w uwolnieniu osady od palącego problemu nie jest podyktowana zwyczajną litością, a poznanie Magdy doprowadzi parę bohaterów w miejsce, w jakim nigdy nie planowali się znaleźć. 

Szczurołap łączy w sobie mit baśni, klasyczną opowieść obyczajową z drugiej połowy XIII wieku oraz dość nieszablonową historię z dreszczykiem. Jest to też komiks o niespełnionej miłości i potrzebie bliskości, będącej niczym wobec siły przeznaczenia. Asher i Freeburg starają się odtworzyć wydarzenia, będące źródłem powstania klasycznej przypowieści o magicznym flecie. W swej pracy posługują się pozyskaną wiedzą źródłową, wypełniając wszelkie luki własną wyobraźnią. I wychodzi im to nader sprawnie. Dzięki inwencji twórców, otrzymałem komiks wypełniony wyrazistymi, dobrze wykreowanymi postaciami oraz fabułą, która wywołuje tyle samo emocji, co zainteresowania.

Na pierwszy plan wysuwa się Magda oraz wędrowny grajek (którego imię nie pada w komisie ani razu). Ich rodzące się uczucie wypełnia najważniejszą część komiksu, ale jest też stelażem, na którym osadzono resztę wydarzeń. Autorzy sprytnie wykorzystali wzajemne przyciąganie pary młodych ludzi, aby ukazać rolę zagubionych dusz w rozgrywającym się przedstawieniu. Każde z nich doświadczyło w swym życiu niesprawiedliwości i biedy, a rozwijające się wydarzenia potrafią jednocześnie zbliżać, jak i dzielić tych dwoje. Niestety, samozwańczy szczurołap nosi w sercu mroczną tajemnicę, a znajomość ludzkiej chciwości nie pozwala mu ufnie spoglądać w przyszłość. Wzajemne przyciąganie Magdy i grajka zostaje więc wystawione na ciężką próbę. I to taką, z której nie mogą wyjść zwycięsko.

Kolejnym świetnym elementem jest wprowadzona baśniowość oraz mrok rozgrywających się w Hameln wydarzeń. Przybysz wykorzystuje swoje zdolności, aby pomagać innym, a pozyskane moce są jednocześnie jego darem oraz przekleństwem. To ciągnie się za nim od dawna, nie pozwalając nigdzie zagrzać miejsca na stałe. Rozgoryczenie i poczucie niespełnienia stale rosną w jego sercu, prowadząc mężczyznę do ostatecznej zemsty. I ten właśnie element jest kluczowy w Szczurołapie. Decyzje bohatera są szokujące, ale ich podłoże ukazane zostało zrozumiale. Czytając komiks, nie miałem wątpliwości co do sedna decyzji postaci i choć rozumiałem jej okrucieństwo, nie dziwiłem się rozpaczy, która ją ogarnęła. Niestety, w życiu czasem nie mamy wyjścia. Wówczas nie pomoże ani miłość, ani próby postąpienia wbrew własnej woli.


Ilustracyjnie Szczurołap utrzymany jest w lekkiej, częściowo inspirowanej mangą stylistyce. Niestety, taka wizualizacja nie przypadła mi specjalnie do gustu. Uważam, że rysunki (które pod względem jednolitego ukazywania twarzy, także pozostawiają nieco do życzenia) zbyt mocno ugrzeczniły całą historię. Ciemne kolory nie były w stanie oddać całego mroku opowieści, przez co klimat grozy nie udzielił mi się tak jak powinien. Mimo wszystko, znalazłem wśród rysunków Jeffa Stokely'ego parę plansz, które mocniej chwyciły mnie za serce. Wszystko zależy więc od Waszej wrażliwości. Z pewnością znajdą się osoby, które docenią plastyczny kunszt rysownika.

Szczurołap to komiks godny polecenia, szczególnie jeśli lubicie nieco mroczne, inspirowane faktami przypowieści. To jednak nie jedyny jego atut. Wśród nienachalnej fantastyki na czoło opowieści wysuwa się jej umiejętność traktowania o sprawach międzyludzkich, która pokazuje, jak złożone i trudne do rozwikłania mogą być te kwestie. Komiks Asher, Freeburg i Stokely'ego zapewnia dobrą, w pełni emocjonującą rozrywkę, zadając liczne pytania o nasze człowieczeństwo. Tylko od nas zależy, ile z tego zostanie w nas samych. Warto jednak poświęcić temu tytułowi chwilę, bo prezentuje się bardzo interesująco.


Tytuł: Szczurołap
Scenariusz: Jay Asher, Jesica Freeburg
Rysunki: Jeff Stokely
Przekład: Agnieszka Jacewicz 
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 37,90 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


czwartek, 19 lipca 2018

Aquaman w wersji Lego nadchodzi!

Już w sierpniu na półki sklepowe trafi zestaw Lego z filmu Aquaman! Black Manta Strike (76095) składać się będzie z 235 elementów, a oprócz nich znajdziemy w nim aż trzy minifigurki: Aquamana, Merę oraz Czarną Mantę.

Jak Wam się podoba? Przyznam, że jako całość, nie jest to może nic aż nadto rewelacyjnego (efekt psuje ten mały, niedopracowany element podwodnej flory), ale ciężko uzbrojony statek Manty prezentuje się całkiem fajnie. :-)

środa, 18 lipca 2018

RECENZJA: Pan Higgins wraca do domu - Mike Mignola, Warwick Johnson-Cadwell


Wampiry to straszni krwiopijcy i każdy o tym wie. Nie inaczej sprawy mają się w przypadku Mike'a Mignoli oraz Warwicka Johnson-Cadwella, którzy przedstawiają dość nieszablonową (lecz też mocno inspirowaną klasyką) historię, opowiadającą o tych mrocznych istotach. Choć znam Mignolę wyłącznie z cyklu o Hellboy'u, to jednak w Pan Higgins wraca do domu nie odszedł on daleko od swego ulubionego nurtu. Powyższy komiks to nadal horror pełną gębą, ale nie pozbawiony pewnej nutki pastiszu.

Fabuła traktuje o przygodzie dwóch pogromców wampirów, którzy udają się na spotkanie z niejakim Albertem Higginsem, starszym jegomościem, od wielu lat przebywającym w klasztorze. Higgins, dręczony makabrycznymi wspomnieniami z przeszłości, zgadza się zaprowadzić ich do miejsca, w którym niegdyś rozpoczął się jego koszmar. Podczas pobytu w zamku Golgów, profesor Meinhardt oraz jego pomocnik Knox, mają nadzieję przynieść kres pladze krwiopijców w tej części Europy. Nie będzie to jednak miły spacer po parku, bowiem w tych właśnie dniach przypada słynna Noc Walpurgii, czyli coroczne święto nieumarłych.

Pan Higgins wraca do domu to dzieło krótkie, zwarte i nieźle przemyślane. Mignola podchodzi w nim do tematu wampirów z wielkim szacunkiem. Widać tu wyraźną inspirację klasycznymi filmami grozy sprzed ponad pół wieku, ale również nowszymi klasykami gatunku. Sam autor przyznaje się do tego otwarcie, składając odpowiednie podziękowania we wstępie do albumu. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że poniższy komiks jest zwyczajną kalką odległych dzieł. Scenarzysta nadaje całości bardzo lekki styl, momentami mocno przerysowany. Dzięki temu historia nabiera unikalnego charakteru i czyta się ją bardzo przyjemnie.


Na uwagę zasługuje też warstwa fabularna. W Pan Higgins wraca do domu, Mignola stworzył dość zwartą historię, lecz elementów, które się na nią składają, jest naprawdę bez liku. Na niespełna sześćdziesięciu stronach rozgrywa się tyle wydarzeń, że śmiało można by wykorzystać je w opowieści o podwójnej długości. Jednak w przypadku tego dzieła, wszystko przemawia na jego korzyść. Akcja toczy się wartko, co chwilę zaskakując czytelnika czymś intrygującym. Jeśli miałbym określić rzeczony tomik jednym zdaniem, napisałbym, że jest to specyficzny hołd dla klasyki, zaprezentowany w dość niekonwencjonalny sposób.

Rysunki Warwicka Johnson-Cadwella nie pozostawiają żadnych złudzeń w kwestii charakteru opowieści. Jego styl jest mocno pastiszowy, postacie celowo przerysowane, a tła zwracają uwagę częstym umieszczeniem pod różnymi kontami. Cała stylistyka idealnie współgra z nieszablonowym scenariuszem, już od pierwszych stron ukazując nietypowy, nieco zadziorny klimat komiksu.

Pan Higgins wraca do domu to przykład progresywnego hołdu dla klasyki, posiadającego wiele unikalnych cech. Znajdziemy tu elementy grozy oraz najczystszej parodii, tworzących niezapomnianą stylistykę tej sprawnie opowiedzianej historii. Myślę, że właśnie dzięki powyższym zabiegom, całość nie wylatuje z głowy w kilka chwil po lekturze. Oddani sympatycy gatunku z pewnością docenią kreatywne zabiegi twórców, natomiast przeciętny czytelnik nie powinien uznać chwili spędzonej z komiksem za straconą.


Tytuł: Pan Higgins wraca do domu
Scenariusz: Mike Mignola
Rysunki: Warwick Johnson-Cadwell
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Dark Horse Books/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 56
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł


Pana Higginsa i inne komiksy wydawnictwa znajdziecie na stronie Non Stop Comics.


poniedziałek, 16 lipca 2018

RECENZJA: Wieczna noc - Guillermo Del Toro, Chuck Hogan


Z wampirzym cyklem Guillermo Del Toro zetknąłem się po raz pierwszy kilka lat temu, przy okazji premiery serialu Wirus (2014). To co zaproponowano mi w tej produkcji, było co najmniej intrygujące. Potężny, pradawny wampir używa podstępu, aby znaleźć się w Ameryce i podczas zaćmienia słońca przedostaje się do uprzednio przygotowanego schronienia. Samolot, który przewoził skrzynię z jego ciałem zostaje unieruchomiony na lotnisku, podczas gdy na pokładzie oczekują pasażerowie, zarażeni tajemniczym wirusem. Wkrótce całe Stany Zjednoczone zalewa plaga wampirzych odmieńców, a prastary, łaknący zemsty Mistrz wreszcie może wprowadzić w życie planowane od dawna dzieło. Do walki z nim staje grupa pozornie niedopasowanych bohaterów, z uczonym starcem, lekarzem epidemiologiem, meksykańskim gangsterem i deratyzatorem na czele. Niestety, serial nie okazał się tak dobry jak przypuszczałem, mocno obniżając swe loty w połowie drugiego sezonu. Tendencja spadkowa była w przypadku tej serii tak duża, że nie dotrwałem do premiery finałowego, czwartego sezonu...

Na szczęście, Wirus był wyłącznie adaptacją, powstałą na kanwie trylogii książek, którą mistrz filmów grozy napisał wspólnie z uznanym autorem, Chuckiem Hoganem. Niezwłocznie sięgnąłem po pierwszy tom cyklu i... zakochałem się! Niesamowita narracja, świetnie wykreowana mitologia oraz interesująco dobrane postacie sprawiły, że pierwszy tom - Wirus, przeczytałem w kilka dni. Nieco później ukazał się Upadek, druga część historii o walce z groźnym, przebiegłym wampirem. Tu także nie było zaskoczenia. Ciąg dalszy przyniósł bardzo podobne emocje, a ja jeszcze bardziej wciągnąłem się w wizję upadającego świata, stworzoną umysłem i piórem autorów. Właśnie z tej przyczyny, tak bardzo dłużyło mi się czekanie na finałową część trylogii. Na szczęście, wreszcie się pojawiła, a ja mogę podzielić się z Wami moimi wrażeniami z lektury. I wierzcie mi na słowo, jest się czym dzielić i o czym opowiadać!

W Wiecznej nocy - finałowej odsłonie cyklu, Del Toro i Hogan przenoszą nas w czasie aż o dwa długie lata. Potęga Mistrza, który zrealizował swój złowieszczy plan, nie napotyka już prawie żadnego oporu. Wampiry opanowały większość cywilizowanego świata, a za sprawą zatrucia atmosfery, zdołały zasnuć niebo mroczną poświatą, która prawie wcale nie dopuszcza blasku słońca na powierzchnię. Ludzie poddali się przeszywającym mackom marazmu, wielu z nich walkę o wolność przypłaciło własnym życiem. Część społeczeństwa przetrzymywana jest w niedostępnych obozach, gdzie prowadzi się wstrząsające, mrożące krew w żyłach praktyki. Jedyną nadzieją wciąż pozostaje Occido Lumen, pradawne dzieło, zawierające podpowiedź, jak zniszczyć Mistrza. Grupka znanych z poprzednich książek bohaterów, prowadzi niebezpieczny byt, stale próbując znaleźć sposób na zwycięstwo. Sytuacja nie napawa optymizmem w szczególności doktora Ephraima Goodweathera, którego syn i żona znaleźli się w upiornych mackach Mistrza. Zgnębiony rozłąką z ukochanym dzieckiem Eph, robi wszystko co w jego mocy, aby uratować i odzyskać Zacka.

Finałowy rozdział cyklu przynosi rozwiązanie zagadki, nad którą głowili się bohaterowie, ale co niemniej ważne, kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzednich tomach. Wieczna noc zaskakuje wydarzeniami, ale nie zmianą jakości stylu, czy treści. To wciąż świetnie napisana powieść, jak samo jak jej poprzedniczki. Wciąga i fascynuje, stawia nowe pytania i stopniowo dozuje odpowiedzi. Nie ujawnia prawie nic, aż do samego zakończenia. Autorzy żonglują wszystkimi elementami z wielkim wyczuciem, prowadząc czytelnika do oczekiwanego z niecierpliwością finału. Język powieści jest zrozumiały, podział na rozdziały lokalizacyjne pomaga dobrze rozeznać się w czasie i miejscu akcji.

Dla mnie najważniejszymi elementami książki są jej mitologia oraz postacie. Pomyślcie tylko, jak wielkiej odwagi wymagało od autorów wyrzucenie wszystkiego, co wiemy o wampirach do kosza, a następnie stworzenie tego nieistniejącego gatunku od nowa. Dzięki temu, nie tylko udało im się odświeżyć ten mocno skostniały gatunek, ale też tchnąć w niego naprawdę spory powiew oryginalności. Nie zapomnieli przy tym o elementach, które decydują o wielkiej popularności krwiopijców. Strukturę genezy zaczerpnęli bezpośrednio z czasów biblijnych, wyposażyli przedstawicieli gatunku oraz ich zbuntowane ogniwo o niezwykłe cechy fizyczne, a całą resztę dopasowali do dzisiejszych czasów, zręcznie igrając ze współczesnymi obawami ludzkości. Dzięki temu, nawet jeśli nie zainteresuje Was treść powieści (co jest raczej niemożliwe), w pełni docenicie kreację świata i mitologii.

Bohaterowie książki, to drugi filar, na którym Del Toro i Hogan oparli Wieczną noc. Pozornie niedobrani, targani najróżniejszymi emocjami, Eph, Nora i Fet sprawiają, że chcemy im kibicować, ponieważ są w istocie odzwierciedleniem nas samych. Co zrobilibyśmy, będąc w ich sytuacji? Walczylibyśmy, czy byśmy się poddali obezwładniającemu marazmowi? Widząc ich mękę, a także nadzieję, głęboko wierzymy, że w tym spowitym ciemnością świecie tli się jeszcze jakaś iskra nadziei. A choć wybory postaci nie są zawsze zgodne z naszymi, to tym bardziej czyni ich realnymi i godnymi uwagi. W szczególności w przypadku Epha, którego dążenie do odzyskania Zacka powoli zaczyna zahaczać o najprawdziwszy obłęd. Decyzja, jaką podejmuje, aby uratować syna jest niezwykle kontrowersyjna, a jej realizacja staje się jednym z elementów, trzymających czytelnika na krawędzi fotela. To właśnie element bezinteresownej, ojcowskiej miłości najmocniej wypełnia treść powieści.

Książka ma dobre tempo. Sceny wolniejsze, gdzie zbliżamy się do poszczególnych postaci, nieźle przeplatają się tymi bardziej dynamicznymi. Sceny walki z wampirami i wszelkie pościgi zostały wyważone stopniowym objawianiem tajemnicy Mistrza. Choć Wiecznej nocy nie można nazwać książką krótką (ponad 560 stron), czyta się ją niezwykle szybko. Autorzy wiedzą, w jaką nutę uderzyć w danym momencie, nie przynudzają przesadzoną psychologią postaci czy nadmiernie rozszerzoną ekspozycją. Wszystkie elementy podają z aptekarską dokładnością. Podczas lektury znalazłem idealny balans pomiędzy akcją, emocjami i głębszymi przemyśleniami. Nie zauważyłem też w powieści żadnych niewykorzystanych pomysłów. Każdy element fabuły (nie użyty dotychczas) znalazł swój cel w finałowym tomie. Dzięki temu można ze spokojem i satysfakcją uznać całą serię za dzieło wyjątkowo przemyślane.

Na koniec pragnę podkreślić swoją fascynację trylogią Wirus. W życiu czytałem zaledwie kilka tak dobrych tytułów jak ten. Władca Pierścieni, Pieśń Lodu i Ognia, cykl Świata Wynurzonego czy Harry Potter - tylko one potrafiły skraść moje serce na tyle skutecznie, że oddałem im je w całości na czas lektury. Do tego zacnego, prywatnego grona dołączają teraz książki Guillermo Del Toro i Chucka Hogana. Za fascynujące uniwersum, ekscytującą treść i nieszablonowy pomysł - czyli wszystko to, co sprawia, że świat fantastyczny jest ciekawszy, niż szara rzeczywistość za oknem. A to przecież nie byle co! Sprawić, abym choć przez chwilę żył życiem innym niż własne, zasługuje bowiem na najwyższe uznanie. Co niniejszym czynię i zachęcam Was do sięgnięcia po powyższą powieść. Na pewno nie pożałujecie!


Tytuł: Wieczna noc
Autorzy: Guillermo Del Toro, Chuck Hogan
Przekład: Robert P. Lipski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 564
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 42,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka


niedziela, 15 lipca 2018

The Lego Movie 2 nadchodzi!

Z okazji rozpoczynającego się w przyszłym tygodniu konwentu San Diego Comic Con, Lego przedstawiło trzy fotografie zestawów z filmu The Lego Movie 2: The Second Part!
Niestety, na razie nie znamy ich specyfikacji, ani tym bardziej cen. Jedno trzeba im jednak przyznać - zapowiadają się co najmniej ciekawie. 



The Lego Movie 2: The Second Part zadebiutuje w kinach na całym świecie w lutym przyszłego roku. Natomiast w styczniu możemy spodziewać się prawdziwego wysypu tematycznych zestawów Lego w sklepach. :-)


sobota, 14 lipca 2018

Czy Iniemamocni 2 są godną filmową kontynuacją?


Grubo ponad dekadę Brad Bird kazał nam czekać na kontynuację Iniemamocnych (2004). W tym czasie niektóre dzieciaki, oglądające ten film po raz pierwszy w 2004 roku, zdążyły już dorosnąć i założyć własne rodziny... Ale nie o to chodzi. Najważniejsze, że najnowsza produkcja Disney'a i Pixara jest już w kinach, a my możemy cieszyć się kolejnymi przygodami rodziny Parrów. I tak jak zawsze, przy okazji wizyty w dużej, zaciemnionej sali, zadawałem sobie pytanie: "Czy druga część udała się tak dobrze jak pierwsza?". Dla mnie Iniemamocni są jedną z najlepszych produkcji Pixara. Pomysł, scenariusz oraz całokształt filmu nie mają sobie równych. To film z gatunku familijnego superhero, który... nie do końca jest filmem superhero. Czy podobnie sprawa ma się w przypadku Iniemamocnych 2?

Tworzenie filmowych kontynuacji jest zawsze ryzykowne. Często nie da się odtworzyć klimatu pierwowzoru, a nierzadko scenariusz nie potrafi dorównać pomysłom zawartym w pierwszej odsłonie. Czasem jednak pojawia się światełko w tunelu i twórcy, oprócz podstępnego żerowania na nostalgii widzów, potrafią wykrzesać z tematu coś nowego. Nie ma chyba konkretnej recepty na sukces drugiej części, pewne jest jednak to, że całość powinna być naprawdę porządnie przemyślana. Brzmi to może jak wytarty slogan, lecz tak naprawdę najważniejszym czynnikiem jest odpowiedź na pytanie: "Co takiego chcę powiedzieć widzom w nowej odsłonie?". Jeśli twórcy podejdą do tego tematu z całym sercem, istnieje szansa, że sztuka się im powiedzie. Dlatego już teraz oświadczam, że te wszystkie lata, jakie Brad Bird spędził na rozmyślaniu o ciągu dalszym swojego filmu, nie poszły na marne. Mało tego, im dłużej zastanawiam się nad strukturą Iniemamocnych 2 oraz samej fabule filmu, dochodzę do wniosku, że pod pewnymi względami był on lepszy od swego poprzednika.


Reżyser postawił wszystkie karty na dopowiedzenie tego, co rozpoczął swym dziełem kilkanaście lat temu. Iniemamocni 2 sprytnie kontynuują rozpoczęte wątki, jeszcze bardziej zagłębiając się w tym, co było w poprzedniej odsłonie najważniejsze. Tym głównym elementem jest tu rodzina. Cały pomysł nowego filmu bierze się z kwestii ukazania historii familijnej w sposób, jaki jeszcze nie był prezentowany. To jednak nie wszystko. Bird idzie w swojej opowieści jeszcze dalej, pokazując nam, jak złożone i trudne jest bycie rodzicem. To doprowadza do sytuacji, w której ganianie za przestępcami w maskach, w porównaniu do wypełniania rodzicielskich obowiązków, staje się zwykłą, dziecinną igraszką. Bo prawdziwe życie i odwaga wobec podejmowanych decyzji jest prawdziwym wyzwaniem i dopiero to czyni nas prawdziwymi bohaterami. Oczywiście, udało mu się także zatoczyć pełne koło i wychodząc z sytuacji zawieszenia działalności supersów we wstępie Iniemamocnych, w nowej części pokazał drogę do ich pełnego wyjścia z cienia.

I na tym etapie także osiągnął sukces, pokazując, jak dobrze rozumie historie superhero. Właśnie to zdecydowało, że odbiór Iniemamocnych 2 jest dla mnie taki dobry. Bird umiejętnie wykorzystał klasyczne wzorce, bawiąc się nimi na swój sposób. Dzięki temu film zyskał wymiar dobrze opowiedzianego blockbustera, z ciekawą zagadką (na swój sposób przewidywalną, ale jednak!), wyrazistymi bohaterami i niezwykle dynamiczną akcją. Nad filmem unosi się wciąż ten sam duch komiksu Strażnicy (autorstwa Alana Moore'a), który w mojej opinii był wielką inspiracją przy tworzeniu części pierwszej. Tyle, że Bird zrobił to wszystko po swojemu. Podczas seansu Iniemamocnych 2 miałem wrażenie, jakby twórca ograniczał się poprzednio, a dopiero teraz mógł rozwinąć swe skrzydła.


Strona wizualna produkcji także uległa poprawie. Przez te wszystkie lata Pixar dopracował technologię, dzięki czemu postacie prezentują się pełniej, tła są bardziej szczegółowe, a wszelkie efekty, wspomagające liczne sceny akcji, wyglądają po prostu znakomicie. Wszystkiego mamy tu więcej, ale ani przez chwilę nie czułem się przytłoczony zagęszczeniem poszczególnych elementów. Zgodnie z zasadą zasypania widza gradem ulubionych składników, reżyser stworzył dzieło, które daje pełną satysfakcję, przy pełnej odczuwalności bogactwa smaków. Ciekawym zabiegiem było też umiejscowienie akcji w bliżej nieokreślonym czasie (mieliśmy z tym do czynienia już przy poprzedniej odsłonie). Z jednej strony wiemy, że akcja filmu rozgrywa się współcześnie, lecz część zaprezentowanej technologii robi wrażenie wyjęcia z lat 60-tych ubiegłego wieku. Dzięki temu opowieść zyskała niezwykle sugestywny klimat retro.

Celowo nie opisuję zarysu fabuły. Idąc do kina, powinien wystarczyć Wam fakt, że akcja Iniemamocnych 2 bierze swój początek dokładnie w tym miejscu, w którym zakończyła się część pierwsza. Atak Człowieka-Szpadla będzie przyczyną nowych kłopotów rodzinki, co doprowadzi do ciekawego zawiązania akcji. Ten zabieg dodał niemało do poczucia kompletności obu historii, co należy mieć na względzie, wybierając się na seans. Po prostu lepiej przypomnieć sobie Iniemamocnych, zanim zobaczycie ich nowe przygody. Na ekranie dzieje się naprawdę sporo, a widz stale jest zaskakiwany czymś nowym. Chwil na oddech jest mało, seans przypomina jazdę szybką kolejką górską bez trzymanki.

Lata czekania opłaciły się z nawiązką. Dzieło Brada Birda broni się jako kontynuacja, lecz jest też w pełni autonomiczną produkcją, dającą masę rozrywki, nienachalny morał (albo nawet dwa) oraz sporo emocji. Sympatycy filmów o supersach, narzekający na powtarzalność pewnych wzorców w aktorskich produkcjach z gatunku, na pewno docenią innowacyjność twórcy w ukazywaniu rodzinnych koligacji zawartych w obrazie. Kłopot mogą mieć natomiast rodzice, zabierający na film swoje najmłodsze pociechy. Sądzę, że Iniemamocni 2 nie są odpowiednią rozrywką dla dzieciaków poniżej 7 roku życia. Cóż więcej dodawać? Pędźcie na przygody rodzinki Parrów do kina! Od czasów Zwierzogrodu (2016) nie bawiłem się tak dobrze na żadnym filmie Disney'a!



Tytuł: Iniemamocni 2 (Incredibles 2)
Scenariusz: Brad Bird
Reżyseria: Brad Bird
Aktorzy (dubbing): Craig T. Nelson, Holly Hunter, Sarah Vowell, Huck Milner (Piotr Fronczewski, Dorota Segda, Karolina Gruszka, Borys Wiciński)
Wytwórnia: Disney/Pixar
Data premiery: 15 czerwca 2018 (USA), 13 lipca 2018 (Polska)
Czas trwania: 118 min.

piątek, 13 lipca 2018

RECENZJA: Han Solo. Gwiezdne wojny - historie. Przewodnik ilustrowany - Pablo Hidalgo


Niestety, wszystko wskazuje na to, że Han Solo. Gwiezdne wojny - historie nie podszedł wszystkim, przez co film ostatecznie ogłoszono klapą. Przykre to, szczególnie w świetle sukcesów poprzednich produkcji z uniwersum, bo nawet znienawidzone przez większość fanów epizody I-III, zarobiły podczas wyświetlania w kinach krocie. Na szczęście, ja nigdy specjalnie nie przejmowałem się negatywnym odbiorem tworów popkultury przez innych, a samą opowieść o młodszych latach Hana oceniam bardzo pozytywnie (czytaj tutaj). Na szczęście, dla mnie i innych sympatyków filmu Rona Howarda, Egmont przygotował nie lada niespodziankę. Kilka tygodni temu do sprzedaży trafiło bowiem kolejne wydawnictwo, pochodzące z bogatej serii Przewodników ilustrowanych. Tym razem tematyczny album został w całości poświęcony najnowszej produkcji ze świata Star Wars.

Lucasfilm wraz z wydawnictwem DK od lat publikują przewodniki do wszystkich filmów cyklu. Począwszy od Mrocznego widma, poprzez klasyczną trylogię, aż do Przebudzenia MocyOstatnich Jedi, te kolorowe, przebogato ilustrowane albumy przybliżają świat, postacie, realia oraz technologię uniwersum Gwiezdnych wojen. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego wydania. Han Solo. Gwiezdne wojny - historie. Przewodnik ilustrowany, autorstwa Pablo Hidalgo, to zaawansowana podróż, która wyjaśnia skomplikowane zasady panujące w fantastycznej galaktyce. Lecz to nie wszystko! Ten album jest przede wszystkim zaawansowaną encyklopedią, dzięki której lepiej zrozumiemy całe uniwersum, ale też docenimy ciężką pracę twórców filmu.


Przewodnik podzielono na segmenty, odpowiadające poszczególnym etapom fabularnym filmu. Całą przygodę zaczynamy więc na Korelii, gdzie poznajemy prawidła działania półświatka przestępczego, dowiadujemy się o zasadach panujących wśród rządzących czarnym rynkiem Białych Robaków, a także poznajemy głównego protagonistę filmu, Hana. Od ucieczki do lepszego świata, poprzez wojnę pozycyjną, planowanie skoku i zdobywanie nowych sojuszy, aż do największego wyczynu naszego bohatera - wszystko, co chcieliście wiedzieć o szczegółach tego filmu, jest do Waszej dyspozycji. W swobodnym poruszaniu się po treści albumu pomocą służy indeks pojęć, znajdujący się na ostatnich stronach.

Każdy pojazd, broń czy rasa - w tym przewodniku nie pominięto chyba niczego. Krótkie, rzeczowe opisy są niezwykle przystępne, ułatwiając zrozumienie wielu elementów, które z oczywistych przyczyn nie mogły zostać zaprezentowane na wielkim ekranie. Niebagatelną rolę odgrywają tu także zdjęcia, specjalnie przygotowane na potrzeby przewodnika. Nie są to wyłącznie kadry z filmu, większość z nich ukazuje osoby, narzędzia czy pojazdy, przedstawione w bardzo szczegółowy sposób. Ostatni rozdział wydania poświęcono spojrzeniu na film "od kuchni". Znalazło się tu miejsce dla kilku ciekawych szkiców koncepcyjnych i paru ogólnych wyjaśnień, choć przyznam, że ta część mogłaby być nieco dłuższa.


Album kryje w sobie niejedną niespodziankę, odpowiadając na wiele pytań, jakie mogłyby narodzić się w głowie fana po obejrzeniu filmu. Znajdziecie tu m.in. informacje o życiu osobistym Hana, Lando czy Qi'ry, szczegółowe wyjaśnienia odnośnie kultury poszczególnych ras, czy technologicznych możliwości maszyn takich jak Sokół Millennium (na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim grafika z przekrojem pojazdu), conveyex oraz holownik AT. Tylko tu znajdziecie informacje o postaciach, które dosłownie mignęły na ekranie, albo takich, których obecności zwyczajnie nie dostrzegliście. Pablo Hidalgo od wielu lat pełni w Lucasfilmie rolę koordynatora spójności uniwersum, toteż nie ma tu mowy o jakiejkolwiek niezgodności z kanonem. Wszystko co znalazło się w przewodniku, jest oficjalne i w pełni obowiązujące. Dlatego też warto poznać jego zawartość.

Han Solo. Gwiezdne wojny - historie. Przewodnik ilustrowany to pozycja, która w większości została pozbawiona słabych elementów. Oczywiście, pod warunkiem, że lubicie tego typu publikacje. Podział na segmenty i rozdziały umożliwia czytanie go na wyrywki, pozwalając poznać tylko te fragmenty, które najbardziej Was interesują. Dla mnie, jako zbieracza i pasjonata tego typu wydawnictw, możliwość głębszego poznania sekretów filmu była nie lada frajdą. Dlatego też niniejszym polecam ten album. Zapewniam o jego znaczącej wartości merytorycznej oraz niebagatelnej stronie wizualnej.



Tytuł: Han Solo. Gwiezdne wojny - historie. Przewodnik ilustrowany
Autor: Pablo Hidalgo
Przekład: Anna Hikiert
Wydawnictwo: DK/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 128
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.