czwartek, 30 sierpnia 2018

RECENZJA: Solo. Świat kanibali (Oscar Martin)


Lubicie postapokaliptyczne klimaty? A rysunki w stylu klasycznych kreskówek Disney'a? No to Solo. Świat kanibali jest komiksem dla Was! Nie oddałbym jednak pełnej sprawiedliwości temu tytułowi, stwierdzając, że to już wszystko, co ma do zaoferowania. Równie ważne jest, że dzieło Oscara Martina rozpościera swój byt na wielu płaszczyznach, trwale zachowując prawdziwie unikalny charakter. To komiks powstały trochę z przypadku, lecz poprzez obrany kształt, znacznie wykraczający poza ramy początkowej koncepcji autora.

Powiedzcie sobie sami, czy spodziewalibyście się, że kolejna historia z antropomorficznymi zwierzakami rozgrywać się będzie wiele lat po apokalipsie? Czy potrafilibyście założyć, że będzie to jednocześnie komiks drogi, gdzie wszystkie wydarzenia poznamy z perspektywy zmutowanego szczura, który w rozpaczy i nadziei goni za swoją uprowadzoną rodziną? W takiej właśnie chwili poznajemy Solo, głównego bohatera tej opowieści. To twardy charakter, skłonny do postępowania zgodnego z twardymi, wyuczonymi zasadami. W realiach, w jakich przyszło mu żyć, nie ma miejsca na żadne sentymenty. Spustoszona ziemia nie oferuje ani jednego zielonego skrawka, a niebo od dawna już nie pokazało swego ujmującego błękitu. Nielicznym ludziom, zmutowanym, obdarzonym inteligencją zwierzakom, oraz ohydnym zasiedleńcom pozostała wyłącznie bezpardonowa walka o byt, przeplatana wzajemnym wydzieraniem sobie zdobyczy.


Oscar Martin powołał do życia Solo. Świat kanibali jako własną próbę ucieczki od ciągłego rysowania komiksów Disney'a oraz przygód Toma i Jerry'ego. Projekt, który początkowo miał pomóc artyście w odreagowaniu od monotonnej pracy, stopniowo ewoluował w bardzo ciekawą historię drogi. Nie jest to opowieść, gdzie znajdziecie niesamowite zwroty akcji, przewrotną fabułę czy wiele różnorodnych postaci. Nie liczyłbym też na nadmierne bogactwo świata przedstawionego. Jeśli pomyślimy jednak o samej genezie komiksu, biorąc pod uwagę, że jest to już drugie podejście autora do tej historii (oryginalna seria o przygodach Solo w czerni i bieli ukazała się już w 1997 r.), z łatwością docenimy unikalny pomysł i nieszablonowy sposób podania całości.

Fabuła podzielona została na dwie części. W pierwszej, tytułowy bohater poszukuje swej uprowadzonej rodziny, w kolejnej poświęca się ratowaniu życia i wychowywaniu osieroconego szczeniaka. Obie płynnie łączą się ze sobą, ukazując drogę, jaką musi przejść Solo, aby uzyskać wewnętrzny spokój i odkupienie. Komiks Martina ujął mnie prostotą ukazania świata i postaci, przy jednoczesnym zaprezentowaniu brutalnej rzeczywistości oraz ciekawie prowadzoną (nieco filozoficzną) narracją. Rozważcie to dokładnie - Solo. Świat kanibali to komiks, którego nie polecałbym dzieciakom przed 14-tym rokiem życia. Nie ma tu może zbyt wiele nagości (jeśli nawet, to jest podana dość delikatnie), ale krew leje się równo, a przemoc dominuje na co drugiej stronie. Dla dorosłych, którzy będą potrafili docenić i zrozumieć taką konwencję, powyższe elementy stanowić będą jeden z ważniejszych atutów albumu.


Wielkim plusem jest też sam szczur Solo. To postać nieszczęśliwa, bardzo uczuciowa, zmuszona do twardej egzystencji w umierającym, bezpardonowym świecie. Gdzieś w głębi skrywa miękkie serce, lecz targany wyrzutami sumienia, a także powodowany otaczającą rzeczywistością, nigdy nie pozwala sobie na bycie lekkoduchem. Z tego powodu chce mu się kibicować od samego początku do końca.

Kolejnym, chyba najważniejszym atutem komiksu, są bez wątpienia rysunki. Idą one oczywiście w parze z charakterem prezentowanej opowieści, dając naprawdę niesamowite wrażenia wizualne. Ta dziwaczna, disney'owska kreska, wymieszana z brutalnym stylem artysty, decyduje o nieszablonowości całego projektu. Tam gdzie zawodzi złożoność fabuły, grafiki przesłaniają większość braków, pozwalając w pełni cieszyć się tym nietypowym komiksem.


Przekład dialogów chwilami mógłby być lepszy, jednak najdziwniejsze pozostają onomatopeje. Zastąpienie standardowych wyrazów dźwiękonaśladowczych przez napisy typu: "strzał!", "zderzenie!", "stąpnięcie!" czy "kopniak!" jest dość nietypowe, lecz po pewnym czasie da się do tego przyzwyczaić. Zastanawia mnie, na ile zabieg ten wynikał z decyzji tłumaczki, a na ile z wymogów zagranicznego wydawcy (*). Na końcu albumu zamieszczono świetne materiały dodatkowe. Wśród nich znajdziemy historię powstania komiksu, szkice, oraz przedruki niektórych plansz z poprzednich wydań.

Solo. Świat kanibali jest historią świetnie narysowaną, przy czym niepozbawioną ciekawego pomysłu. Będąc niegdysiejszą zabawą autora z formą, komiks urósł ostatecznie do imponujących rozmiarów, dając czytelnikowi kilka niezłych chwil rozrywki. Daleko mu do dzieł idealnych, czy bardziej wysublimowanych, ale też tytuł ten nie ma ambicji kreować się na coś, czym w istocie nie jest. Wspaniałe, odważne ilustracje z pewnością zostaną z Wami dłużej niż sama fabuła, ale w tym przypadku to wystarczający powód, aby przeczytać powyższą historię. Nie sądzę, że będziecie żałować.


(*) Jak dowiedziałem się od polskiego wydawcy: "Martin celowo stosuje nie - bum, łubudu - tylko wybuch, strzał, itp. Chodziło o nawiązania do starych kreskówek - po prostu w oryginale nie ma - bziii - tylko strzał." Teraz już wszystko jest jasne. :-)


Tytuł: Solo. Świat kanibali
Scenariusz i rysunki: Oscar Martin
Przekład: Marta Waluk
Wydawnictwo: Studio Lain
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 74,90 zł

wtorek, 28 sierpnia 2018

RECENZJA: Plaga olbrzymów - Kevin Hearne


Od razu przyznam, że tak jak większość mężczyzn jestem wzrokowcem. Ma to swoje wady i zalety, natomiast często przeszkadza mi w wyborze dobrej książki. Będąc w księgarni najczęściej sięgam po te powieści, które przyciągają zmysł wzroku swą barwą lub grafiką. Na szczęście ostateczna decyzję podejmuję zawsze po zapoznaniu się z fragmentem tekstu lub przeczytaniu recenzji w sieci (tak, korzystam z innych opinii, nie tylko tworzę własne). Podobnie sprawa miała się w przypadku najnowszej powieści Kevina Hearne - Plaga olbrzymów. Okładka, będąca w moim odczuciu dziełem nieomal całkowicie pozbawionym wyrazu, z początku odrzuciła mnie od tej książki. Zwalczyłem jednak to mylące wrażenie, dając sobie szansę na poznanie dzieła wciągającego i niesamowicie satysfakcjonującego.

Plaga olbrzymów to pierwsza część trylogii Siedem kenningów. Opowiada losy mieszkańców lądu Teldwen, uwikłanych w najazd złowrogiej armii nieznanych istot ze wschodu. Wspomnianymi istotami są przerażające Kościolbrzymy, atakujące wiele celów umiejscowionych na wybrzeżu kontynentu. Kim są najeźdźcy i czego szukają na zachodzie, pozostaje tajemnicą, z którą muszą zmierzyć się główni bohaterowie powieści. Czy ich determinacja i niezmącona wola będzie wystarczająca, aby zwyciężyć w tej nierównej walce? Nawiązane sojusze oraz siły tajemniczych kenningów być może przechylą szalę na korzyść odpierających atak. Co jednak stanie się, kiedy na krańcach zachodniego pasma górskiego wyląduje szukająca schronienia, kolejna rasa olbrzymów? Są oni o wiele bardziej cywilizowani od najeźdźcy, ale czy to wystarczy?

Kevin Hearne tworzy w pierwszej części swej trylogii prawdziwie fascynujące i dokładnie przemyślane uniwersum. Niczym Brandon Sanderson w Archiwum Burzowego Światła powołuje do życia nieznane istoty, na nowo definiuje zasady magii, religii i ponadnaturalnych zdolności, z niczego kreuje podstawowe zasady funkcjonowania całego przedstawionego świata. Ponadto, czyni z części tych elementów jedną z najważniejszych tajemnic zawartych w powieści. Śladem George'a R. R. Martina z Pieśni Lodu i Ognia, rozpisuje fabułę w formie narracji prowadzonej przez zmiennokształtnego barda, odgrywającego role poszczególnych postaci tej historii. To poprzez ich wspomnienia i zapiski czytelnik poznaje rys wydarzeń, w których brały czynny udział. Zabieg ten pozbawia powieść elementu narracji linearnej (pewne wydarzenia dzieją się tu poza główną linią czasową), na szczęście talent pisarski Hearne'a sprawia, że w niczym nie zakłóca to rytmu całości.

Oprócz powyższych zalet, Plaga olbrzymów przyciąga także rewelacyjnie wykreowanymi bohaterami. Nie znajdziemy tu jednak oczywistego podziału na złych i dobrych. Każda postać ma swoje racje, dążenia i nadzieje, a wnikliwe przedstawienie tych wartości pozwala przyjrzeć im się z bliska. Jest to oczywiście przyczyną szybkiej identyfikacji czytelnika z poszczególnymi postaciami. Tu także tkwi kolejny plus powieści. Z szerokiego grona bohaterów z łatwością można wybrać jednego lub dwóch, którym będziecie kibicować najbardziej. Moimi faworytami szybko stali się przedstawiciele młodzieńczego ducha opowieści, czyli zielonoręka przedstawicielka klanu Białego Babiego Lata - Nel Kit ben Sah oraz przypadkowy odkrywca szóstego kenningu - Abhinava Khose. Ze wszystkich osobowości, droga tej dwójki ukazana została od samego początku i choć sam jestem znacznie starszy niż oni, ujęły mnie ich wzloty i upadki, prowadzące do bardzo emocjonującego finału.

Pokaźne rozmiary książki są tak naprawdę jej wielką zaletą. Za sprawą talentu pisarza do snucia niezwykle zajmujących opowieści, czas przy lekturze mija niezwykle szybko, a grubość stron przekłada się na prawdziwie fascynującą historię. Kevin Hearne nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy. Niektóre kwestie nabierają jasności z czasem, dlatego warto dać się wciągnąć początkowym rozdziałom powieści. Autor zadbał też o odpowiednią równowagę pomiędzy dramatycznymi wydarzeniami, a ciepłem samej opowieści. W Pladze olbrzymów znajdziecie sporo łagodnego humoru, dzięki czemu te bardziej drastyczne sceny nie będą ciążyć Wam na sercu. Chociaż akurat ta kwestia zależy już od indywidualnej wrażliwości.

Plaga olbrzymów to niesamowita książka, którą już teraz mogę uznać za jedną z najlepszych, jakie przeczytałem w ostatnich latach! Zdobyła moje serce wspaniale wymyślonym światem, różnorodnymi postaciami, intrygującą fabułą i lekkim stylem autora. Powieść Kevina Hearne to doskonałe przygodowe fantasy, gdzie tajemnica i wojna mieszają się z przeżyciami poszczególnych bohaterów, a cała złożona kompozycja powieści wypada bardzo naturalnie i przekonująco. Jeśli szukacie książki, która wciągnie Was na długie godziny i sprawi, że skręcicie się w oczekiwaniu na kolejny tom, bez zastanowienia sięgajcie po pierwszą część Siedmiu kenningów. Wraz z nią wejdziecie do świata, który skutecznie zasłoni szarość codzienności, zapewniając Wam wzruszenia i emocje, jakie może dać tylko naprawdę świetna książka.


Tytuł: Plaga olbrzymów
Autor: Kevin Hearne
Przekład: Maria Smulewska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 704
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Bez słów, ze smakiem - wystawa komiksów Magdy Kani i Maćka Kura - 25.08.2018

W ostatnią sobotę sierpnia b.r. odbyła się w Warszawie niezwykła wystawa. Magda Kania (bardziej znana fanom jako tajemnicza Meago) oraz Maciek Kur (scenarzysta takich hitów jak Lil i Put oraz najnowszych przygód Kajka i Kokosza), zorganizowali w Centrum Popkultury Yatta prezentację swych wspólnych prac.



Ten niezwykły happening, nazwany Bez słów, ze smakiem, miał na celu ukazanie dotychczasowej drogi tej znakomitej dwójki twórców, która zaowocowała powołaniem do życia postaci mima Emiki Sza oraz bandy przepysznych dziewczynek, zwanej Dollicious (Delisie).





Czas trwania wystawy był dość ograniczony. Na spotkanie z autorami przeznaczono zaledwie trzy krótkie godziny, jednak wraz z moją małżonką Monisią (która od samego początku współtworzy ze mną Skrzydła Gryfa), przybyliśmy na miejsce punktualnie. Już przy wejściu na salę przeznaczoną dla prezentacji, autorzy rozpoznali nasze twarze, a my wreszcie mogliśmy poznać ich osobiście (bo facebook to przecież tylko namiastka prawdziwych znajomości).


Niezwykła serdeczność Magdy i prawdziwa charyzma Maćka pozwoliła nam zatopić się w wykreowanym przez nich świecie, a podczas podziwiania wystawionych dla publiczności plansz, zwyczajnie zaparło nam dech w piersiach. W trakcie wystawy zaprezentowano zarówno te znane, jak i całkowicie nowe historie. Można było podziwiać poszczególne szkice oraz etapy tworzenia wybranych opowieści, a autorzy nie szczędzili szczegółowych informacji o swych inspiracjach i planach na przyszłość.


Z każdą minutą sala w Centrum Popkultury Yatta zapełniała się ciekawskimi fanami komiksów. Szybko okazało się, że autorów wspiera całkiem pokaźna grupa czytelników. Każdy z nich, tak samo jak i my, z niecierpliwością czeka na pierwsze papierowe wydanie przygód Emilki i Delisi. Miłym akcentem dla fanów był przepyszny poczęstunek, przygotowany zarówno z myślą o zwykłych fanach, jak i mimach (na tych czekał talerzyk pełen niewidzialnych smakołyków).


Wystawa Magdy Kani i Maćka Kura była strzałem w dziesiątkę. Nie tylko zaznajomiła nas z twórcami (umacniając w komiksowej społeczności szacunek i podziw wobec ich pracy), ale też pokazała szerszej publiczności ich wspólne osiągnięcia. Natomiast to, że teraz każdy, kto odwiedził wystawę będzie z niecierpliwością oczekiwał ich dalszej pracy, nie ulega już żadnej wątpliwości!


Prace Magdy możecie śledzić na stronie Meagolicious.com, natomiast najnowsza książka Maćka (Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista) ukaże się wkrótce pod patronatem Skrzydeł Gryfa.


niedziela, 26 sierpnia 2018

RECENZJA: Ant-Man. Druga szansa (N. Spencer, R. Rosanas)


Rozczarował Was tegoroczny Ant-Man i Osa? Mnie niestety trochę tak, tym niemniej sięgnąłem po komiks wydany przez Egmont w okolicach premiery tego filmu. Wciąż czuję wiele sympatii dla tytułowego bohatera, bo z wszystkich herosów Marvela Scott Lang wydaje się chyba najbardziej ludzki. Przynajmniej jego problemy są tak przyziemne i bliskie każdemu z nas, że nie sposób nie wczuć się w jego sytuację, czy przejść obojętnie obok jego przygód.

W historii zatytułowanej Druga szansa otrzymujemy zamkniętą opowieść, rozgrywającą się po wydarzeniach opisanych w komiksie Axis. Nie przejmujcie się jednak, jeśli jeszcze go nie czytaliście. Nie musicie. Wystarczy, że przeczytacie posłowie umieszczone na końcu Drugiej szansy (swoją drogą to powinno być wprowadzenie, ale może ja się nie znam...). Znajomość tego tekstu też nie jest bardzo istotna, bo wszystkie ważne kwestie wyjaśniają się tu bezpośrednio w samej narracji.

W Drugiej szansie Scott próbuje uporządkować swoje życie, a najważniejszą w nim rzeczą jest relacja łącząca go z nastoletnią córką Cassie. Niestety, jego była żona niezbyt przychylnie patrzy na te starania, co m.in. doprowadza do przeprowadzki kobiet z Nowego Jorku do Miami. Pewny swego Scott wyrusza za nimi, odrzucając nawet uzyskaną z trudem posadę w Stark Industries. Na miejscu zakłada własną firmę, zatrudniając co dziwniejszych współpracowników, lecz jak można się spodziewać, niechciana przeszłość uparcie podąża jego śladem. Wkrótce Ant-Manowi przyjdzie zmierzyć się z dawnym wrogiem, udowadniając sobie oraz bliskim, jakim jest bohaterem i ojcem.

Nick Spencer kreuje w tym komiksie portret bohatera, który jest w takim samym stopniu historią obyczajową, co klasyczną opowieścią z gatunku superhero. Jeśli liczycie wyłącznie na dynamiczne sceny akcji, rozwałki czy pościgów, to możecie poczuć lekki zawód. Druga szansa stawia w równej mierze na portret psychologiczny bohatera, co na jego zmagania z potężnymi przeciwnikami. Spora zasługa przy kreowaniu ludzkiego oblicza tytułowej postaci tkwi w narracji prowadzonej przez samego Scotta. Jego słowa dodają prezentowanym wydarzeniom wiele serca, prostoty oraz ciepłego humoru. Tego ostatniego jest w całym komiksie o wiele więcej. Pozwala to na uzyskanie ciekawej równowagi pomiędzy dylematami starającego się ojca, a bohatera, mierzącego się ze swoimi powinnościami.


Minusem albumu jest dość powolne tempo pierwszej połowy. Akcja zawiązuje się strasznie mozolnie, sytuacja i dążenia Scotta przedstawiane są czasem w niezbyt dynamiczny sposób. Dopiero gdy stawka okazuje się być bardzo wysoka, autorzy stają na wysokości zadania, łącząc wszystkie wprowadzone elementy w bardzo angażującą emocjonalnie opowieść. I od tej chwili Druga szansa wyłącznie zyskuje. Szkoda, że nie udało się skrócić całego tego wprowadzenia, bo druga połowa komiksu to zdecydowanie najlepsza rzecz od Marvela, jaką przeczytałem od dłuższego czasu. No cóż, widocznie wydawnictwo stadardowo zażądało pięciu zeszytów składających się na powyższe wydanie. Jestem pewien, że jedna część mniej zdecydowanie usprawniłaby fabułę.

Rysunki Ramona Rosanasa idealnie wpasowują się w spokojne tempo komiksu, niestety przy scenach walk i akcji nieco tracą na swym uroku. Choć artysta robi co może, aby zachować dynamikę potyczek, najczęściej wypadają one zbyt statecznie. Z kolei jego gruba kreska pozwala fajnie oddać charakter postaci, a nawet ich mimikę. Kolory w albumie są mocno stonowane, co pozwala podkreślić przyziemność i zwyczajny charakter całej opowieści.

Druga szansa to pomimo pewnych minusów bardzo dobry komiks. Jego najmocniejszą stroną jest główny bohater oraz problemy natury osobistej, z którymi się zmaga. Zgrabne włączenie tych dylematów do uniwersum postaci daje odpowiedni wydźwięk kłopotom, w które Ant-Man zostaje wplątany. Sporo humoru, a także emocje wzruszenia, które zaserwowane zostały w finale, pozwalają mi zaliczyć lekturę do wyjątkowo udanych. A Scott Lang jest naprawdę fajną postacią. Szkoda, że twórcy filmu Ant-Man i Osa nie brali przykładu ze Spencera i Rosanasa. Może wtedy dostalibyśmy całkiem niezłą produkcję?

Ps. Podobno mrówki to największa biomasa, żyjąca na Ziemi. A ludzie martwią się o przeludnienie... ;-)



Tytuł: Ant-Man. Druga szansa
Scenariusz: Nick Spencer
Rysunki: Ramon Rosanas
Przekład: Weronika Sztorc
Wydawnictwo: Marvel/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiks o Ant-Manie i innych bohaterach Marvela znajdziecie na stronie Egmontu


czwartek, 23 sierpnia 2018

RECENZJA: Rozczarowani - sezon 1 (2018)


Rozczarowani to serial autorstwa Matta Groeninga oraz Josha Weinsteina (autorów kultowych Simpsonów i uznanej Futuramy). Podobnie jak inne tego typu produkcje, animacja ta przeznaczona jest raczej dla nieco starszego (czy wręcz dorosłego) odbiorcy. Idąc śladem hitów pokroju Ricka i Morty'ego oraz BoJacka Horsemana, serial stara się wyśmiać wszelkiego rodzaju normy i przywary, ukazując społeczeństwo w dość krytycznym, ale też nierzadko trafnym świetle.

Autorzy Rozczarowanych przenoszą nas więc do Dreamlandu, bajkowej średniowiecznej krainy, będącej wizualnym odwzorowaniem klasycznego fantasy. Dzieje się tak wyłącznie na pierwszy rzut oka, bo poza ogólnymi pozorami, z wspomnianą klasyką serial ten nie ma wiele wspólnego. Główną bohaterką historii jest księżniczka Beanie, niepokorna i buntownicza córka króla Zoga. Nastolatka nie jest jednak klasycznym przykładem księżniczki. Nocami włóczy się po barach, pijąc na umór oraz wdając się w bitki z podchmielonymi zabijakami. Ogólnie sprawia wiele kłopotów wychowawczych, być może z powodu braku matki, która dawno temu została zaklęta w kamień. Do naszej Beanie dołącza zbuntowany elf imieniem Elfo (który miał dość przesłodzonego życia w swej krainie i wyruszył na poszukiwanie przygód) oraz otrzymany w prezencie, miniaturowy demon Luci, mający tajną misję sproeadzenia księżniczki na drogę zła (tak jakby tego potrzebowała...). Naszych bohaterów poznajemy w chwili planowanych zaślubin Beanie z pewnym młodym, przystojnym księciem. A to dopiero początek historii, ponieważ wkrótce okaże się, że krew Elfo ma pewne rzadkie magiczne właściwości...


Nie ulega wątpliwości, że Rozczarowani idealnie wpisują się w styl typowej anty-bajki. Nic nie jest tu takie, jak w bajce być powinno, a wiele elementów zostało mocno przerysowanych. I tu właśnie pojawia się mój pierwszy problem z animacją. Twórcy z jakiegoś powodu nie pozwolili sobie pójść na całość. Niektóre żarty są mocne, dosadne i soczyste, natomiast cała reszta wypada zaledwie poprawnie. Przez to odniosłem wrażenie, że serial nie daje grupie docelowej takiej frajdy jak powinien. Znajdziemy tu kilka całkiem udanych parodii oraz nawiązań do popkultury, ogólnie jednak animacja nie wychodzi poza typowe ramy wyśmiania konwencji, w której została osadzona. Brak w niej tak oczekiwanego przeciągnięcia struny, które zwróciłoby uwagę większej rzeszy widzów i pomogło całości mocniej zapaść w pamięci.

Niewątpliwie jednym z najmocniejszych akcentów Rozczarowanych są postacie. Trójka głównych bohaterów ma na tyle wyraziste charaktery, że bez problemu udało się stworzyć pomiędzy nimi sporo chemii. Niepokorność Beanie i Elfo uzupełnia sarkazm i wyrachowanie Luci'ego, a wspólne zaangażowanie w przygody daje przyjaciołom możliwość wielu udanych (i często dość zabawnych) interakcji. Warto też zwrócić uwagę, że Rozczarowani to również opowieść o oddaniu i przyjaźni, która rozkwita pomiędzy bohaterami, prowadząc ich do dość nieoczekiwanego finału.


I właśnie z tym finałem mam kolejny problem. O ile większość odcinków opowiada częściowo połączoną, satyryczną historię, to sam koniec sezonu całkowicie zmienia wydźwięk całości. W ostatnim odcinku humor nieoczekiwanie zastępuje mroczna zagadka. To sprawia, że z jednej strony mamy tu do czynienia z jedną z najlepszych części, a z drugiej, zabieg ten wywołuje zamęt w strukturze samej opowieści. Przez takie działanie oraz brak wspomnianej odwagi w tworzeniu kontrowersyjnej treści, cały pierwszy sezon serialu przypomina jazdę po dość wyboistej drodze. Podczas oglądania uczucie frajdy często miesza się z niedosytem, choć otwarty finał serialu zapowiada (taką mam przynajmniej nadzieję) wiele nowych, ciekawych pomysłów.

Ogólnie jednak nie mogę nazwać Rozczarowanych rozczarowaniem. Pomimo pewnych niedociągnięć bawiłem się na tym serialu doskonale. Charakterystyczny styl animacji Groeninga jest klasą samą w sobie, dlatego tym bardziej czekam na przyszłoroczny ciąg dalszy. Te dziesięć 30-minutowych epizodów zdołało zjednać mnie z postaciami, pokazując historię, której na próżno szukać gdzie indziej. Mam wielką nadzieję, że twórcy w drugim sezonie ujednolicą styl narracji, pozwalając sobie na prawdziwą jazdę po bandzie, o którą przecież aż się w tym serialu prosi. Tymczasem Rozczarowani pozostają dobrą, niezobowiązującą rozrywką, której udaje się zabłysnąć raz czy dwa, lecz do klasyki gatunku jest jej jeszcze daleko. Nie ma się jednak czym martwić. W końcu wiele seriali startowało ze średniego pułapu, aby ostatecznie sięgnąć ideału w drugim, trzecim lub nawet czwartym sezonie. Mam nadzieję, że z Rozczarowanymi będzie podobnie, o ile autorzy nauczą się na swych błędach, znajdując złoty środek na swoją opowieść.



Tytuł: Rozczarowani (Disenchantment)
Scenariusz: Josh Weinstein, Matt Groening
Reżyseria: Wesley Archer, Frank Marino, Peter Avanzino
Aktorzy (dubbing): Abbi Jacobson, Eric Andre, Nat Faxon, John DiMaggio, Billy West, Matt Berry
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 17 sierpnia 2018 (USA/Polska)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 10
Czas trwania odcinka: około 30 min.

środa, 22 sierpnia 2018

Lego 75222 - Zdrada w Mieście w Chmurach - zestaw nie do końca idealny?

Lego nie ustaje w prezentowaniu produktów skierowanych do bardziej wyrobionego konsumenta. Tym razem, w przeddzień dwudziestej rocznicy kooperacji z marką Star Wars, firma zaprezentowała zestaw, który w sprzedaży pojawi się już 1 października. Zdrada w Mieście w Chmurach składa się z 2812 elementów i przeznaczony jest dla budowniczych powyżej 14-go roku życia.


Choć sam zestaw posiada niezaprzeczalne walory funkcjonalne, to sam jego wygląd pozostawia niestety sporo do życzenia. W prezentowanej budowli na próżno szukać choćby cienia kształtu, tak dobrze znanego z finału Imperium kontratakuje. Trochę szkoda, ponieważ Zdrada w Mieście w Chmurach ukazuje się w kolekcji Ultimate Collector Series, znanej z dopracowanych i bardzo szczegółowych budowli. Na szczęście, sympatykom Gwiezdnych wojen z pewnością do gustu przypadną wszystkie miniaturowe lokacje, pozwalające odtworzyć większość pamiętnych scen z filmu. W skład zestawu wchodzi aż 19 minifigurek.



Jak to zwykle bywa w przypadku zestawów licencyjnych, cena skutecznie odstrasza od zakupu. Za najnowsze dzieło projektantów Lego będzie trzeba zapłacić aż 1900 zł. Zestaw będzie można zamawiać w internetowym sklepie Lego.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Bestia się budzi z serii Aberracje pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Nie minęło wiele czasu odkąd ogłosiłem patronat nad nową książką Maćka Kura (Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista), a już spieszę donieść o kolejnej powieści, które Skrzydła Gryfa biorą pod swoją opiekę. Jest mi niezmiernie miło oznajmić, że tym razem będzie to najnowsze dzieło Josepha Delaney'a - Bestia się budzi, z cyklu Aberracje

Tych z Was, którzy podobnie jak ja uwielbiają poprzednie serie tego autora (Kroniki Wardstone oraz Kroniki Gwiezdnej Klingi) na pewno ucieszy fakt, że akcja książki rozgrywa się tym samym uniwersum, co dotychczasowe przygody Toma Warda. Premiera powieści została zapowiedziana na połowę września.


Oczywistym jest, że oprócz recenzji tej niesamowitej powieści, Skrzydła Gryfa wraz z wydawnictwem Jaguar zorganizują wkrótce fantastyczny konkurs, w którym do wygrania będzie kilka egzemplarzy Bestia się budzi! Szczegóły podam wkrótce na naszym facebook'owym profilu.


BESTIA SIĘ BUDZI

Sprytek nie pamięta czasu przed Szolem – tajemniczą plamą mroku zbierającą przerażające żniwo. Ci, którzy zostali uwięzieni w jej wnętrzu, zginęli lub zostali odmienieni w łaknące krwi potwory – aberracje. Sprytek prawie od roku tkwi w piwnicy rodzinnego domu, jedynym bezpiecznym miejscu, gdzie towarzyszą mu tylko szepty zmarłych braci oraz przyjazna aberracja, Królowa Bagien. 

Życie Sprytka zmienia się, gdy ojciec postanawia zaprowadzić go do zamku i zgłosić na stanowisko pomocnika bramomantów, którzy przy pomocy specjalnych portali mogą zaglądać do wnętrza Szolu i prowadzić niezbędne badania. To bardzo niebezpieczna praca, podczas której zginęli bracia Sprytka. Żeby przetrwać, chłopiec będzie musiał w pełni wykorzystać swą przebiegłość, nie zważając na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić.


sobota, 18 sierpnia 2018

Emocje i poszukiwania nostalgii w filmie Krzysiu, gdzie jesteś? (2018)


Kubuś, ach ten Kubuś... Czy to za sprawą ponadczasowej serii książek A. A. Milne'a, czy animowanych filmów Disney'a, prawie każdy z nas kiedyś zetknął się z tym uroczym misiem. Pozornie beztroskie, wypełnione bajkowymi przygodami opowieści niosły ze sobą niezwykły przekaz i mądrość, która podświadomie ukształtowała całe pokolenia czytelników. Najważniejsi jednak pozostali bohaterowie. Prości, szczerzy, a co najważniejsze, prawdziwie autentyczni. To właśnie ich obecność pozwoliła przejść tym wszystkim historiom do legendy.

Dziś, kiedy cały świat pędzi przed siebie w niepohamowanym biegu, Marc Forster zabiera nas do Stuwiekowego Lasu, na poszukiwania osoby, która dla całej tej zgrai pluszowych przyjaciół jest kimś prawdziwie najważniejszym. W filmie Krzysiu, gdzie jesteś? jako punkt wyjścia, wybrano okres dorosłości Krzysztofa Robina (Ewan McGrogor). Dawno minęły już te dni, kiedy mały Krzyś biegał po lesie, bawiąc się swoimi pluszakami.... Inne czasy i odrębna rzeczywistość idealnie nadają się do ukazania, w jaki sposób nasz tytułowy bohater zapomniał o tym, co w młodości było dla niego najważniejsze. I tak jak my, zagubiony pośród tej szarości, duży Krzysztof coraz bardziej pogrąża się w górze zawodowych obowiązków, tracąc cenny czas, który mógłby poświęcić swojej rodzinie. 

Próby ukazania dorosłych wersji ponadczasowych bohaterów nie zawsze wypadały korzystnie (kojarzy ktoś Hook?). Trudno bowiem zmierzyć się z prawdziwą legendą, a do tego ukazać ją w nowym, często niespodziewanym otoczeniu. Trzeba mieć naprawdę dobry pomysł, aby taka wycieczka nie wypadła sztucznie, nie odzierając naszych wspomnień z rozkosznej, nostalgicznej mgiełki. Czy Forsterowi udał się ten wyczyn? Moim zdaniem, jak najbardziej. Nie tylko nie naruszył żadnej świętości, ale też udało mu się ubrać całość w nowe szaty, nie pozostając w sprzeczności z tym, czym Kubuś Puchatek jest dla większości z nas.


Krzysiu, gdzie jesteś? to pełna tęsknoty, miejscami dość smutna podróż. Podczas seansu zastanawiałem się często, do kogo jest skierowany ten film. Zbyt ponury i nudny dla dzieci, chwilami za bardzo poważny dla oczekujących zwyczajnej rozrywki dorosłych. Prawda jest jednak taka, że to niezwykła baśń dla niestrudzonych marzycieli. Tych, którzy nadal w głębi serca pozostali dziećmi i potrafią znaleźć w szarej rzeczywistości radość oraz niegasnącą iskierkę zabawy. Idealnie wyważono tu wydźwięk ukrytej w książkach mądrości, przekuwając je w nową opowieść, obrazującą późniejsze losy tytułowego bohatera.

Niestety, czasem nie da się idealnie wyważyć wszystkich elementów. Przedstawienie drogi Krzysia ku odzyskaniu wspomnień, nie obyło się bez pewnych dłużyzn. Nie widzę jednak możliwości, jak przy takiej konstrukcji filmu dałoby się zrobić to inaczej. W przypadku skrócenia wydźwięku niektórych scen, przemiana bohatera mogłaby wypaść niezbyt autentycznie. Pozostaje więc cieszyć się tymi chwilami, ponieważ niosą w sobie naprawdę wiele emocji oraz niewymuszonego uroku. Tymczasem druga połowa opowieści szybko nabiera właściwego tempa, zaskakując m.in. ciekawym (choć jak najbardziej oczekiwanym) rozwiązaniem problemów naszego bohatera.

Ukazanie pluszowych przyjaciół Krzysia to klasa sama w sobie. Kubuś, Prosiaczek, Kłapouchy, Tygrys i cała reszta są tak rzeczywiści, jak tylko było to możliwe. W ich animacji nie czuć ani odrobiny fałszu, a interakcje pluszaków z ludźmi i otoczeniem wypadają bardzo przekonująco. Ta dbałość o szczegóły w wielkiej mierze decyduje o wydźwięku całego filmu. Tylko w przypadku naszej wiary w obecność tych postaci na ekranie, jesteśmy w stanie odebrać wszystkie emocje tak, jak zaplanowali to sobie twórcy. Oczywiście, tej historii nie byłoby również bez odtwórcy roli Krzysia. Ewan McGregor idealnie wpasował się w swoją rolę. Jako aktor potrafi być poważny, a do tego w jego twarzy da się wychwycić ten chłopięcy, niesforny urok. Bez problemu udźwignął na swoich barkach znaczny ciężar filmu.

Krzysiu, gdzie jesteś? zabrał mnie w pełną ciepła, prawdziwie melancholijną podróż. Wraz z bohaterami dotarłem do takich miejsc w moim sercu, których nie zwykłem odwiedzać na co dzień. Jestem im wdzięczny za tę wyprawę, bo w dzisiejszych czasach, jak chyba każdy, potrzebuję małego przypomnienia, co tak naprawdę jest w życiu ważne. A także za naukę, że "z nicnierobienia wychodzą czasem najlepsze cosie". Wierzcie lub nie, ale tylko z taką świadomością można dokonać czegoś nowego. I ja się właśnie za to biorę!



Tytuł: Krzysiu, gdzie jesteś? (Christopher Robin)
Scenariusz: Alex Ross Perry, Tom McCarthy
Reżyseria: Marc Forster
Aktorzy: Ewan McGregor, Hayley Atwell, Bronte Carmichael, Mark Gatiss, Oliver Ford Davies
Wytwórnia: Disney
Data premiery: 3 sierpnia 2018 (USA), 17 sierpnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 104 min.

czwartek, 16 sierpnia 2018

RECENZJA: Superman. Odrodzony (D. Jurgens, P. J. Tomasi, D. Mahnke, J. Mendoza)


Po trzech tomach Supermana i Action Comics (wydawanych w ramach DC Odrodzenie), nadszedł wreszcie czas, aby wyjaśnić pewną dręczącą czytelników zagadkę. Kim jest Clark Kent nie będący Supermanem, a jednocześnie posiadający nieomal identyczne wspomnienia co Ostatni Syn Kryptona? Jak pokazały poprzednie odsłony, w zachowaniu oraz przeszłości tajemniczego mężczyzny nie ma ani odrobiny fałszu (co udowodniły skrupulatne badania w fortecy Supermana), niemniej jednak niemożliwym jest, aby na Ziemi istniały obie wersje ten samej osoby. Dan Jurgens wraz z Peterem J. Tomasim biorą wreszcie na warsztat tą palącą kwestię, ostatecznie wyjawiając jedną z najciekawszych zawiłości komiksowego uniwersum.

Fabularnie treść w Odrodzonym podzielono na dwa segmenty. Jednym jest oczywiście zagadka Kenta, natomiast drugi traktuje o złym stanie zdrowia Lany Lang, czyli Superwoman. Niestety, ten drugi element wypada w moich oczach niezbyt przekonująco. Nie dość, że poświęcono mu bardzo mało czasu, to jeszcze połączono całość z próbą infiltracji jednej z fortec Supermana przez nieznaną, groźną organizację. Rozumiem, że podobny zamysł wynika w głównej mierze z cyklu, w jakim wydawane są komiksy w USA. Wydaje mi się jednak, że autorzy mogli na razie całkowicie pominąć tą kwestię, wracając do niej dopiero w kolejnych odsłonach serii. Nie wnosi ona nic ważnego do fabuły, co niestety najbardziej rzuca się w oczy właśnie w tym zbiorczym wydaniu (które z racji swego kształtu ma o wiele bardziej jednolity charakter, niż poszczególne, wydawane co dwa tygodnie zeszyty).


Na szczęście główny wątek tego tomu poprowadzony został nad wyraz sprawnie, dając czytelnikowi tyle samo satysfakcji, co twórcom jego tworzenie. Widać tu bowiem wyraźnie, że Jurgens i Tomasi mieli nie lada zabawę przy wymyślaniu poniższej historii. Nie dość, że sięgnęli w niej do czasów z przeszłości Człowieka ze Stali (jeszcze sprzed ery The New 52/Nowe DC Comics), to dodatkowo połączyli ten element z obecną sytuacją rodzinną bohatera. Nie bez znaczenia jest też pełna wizualnej rozkoszy podróż po świecie głównego antagonisty! Kto nim jest, oczywiście nie zdradzę. Tymczasem na tym etapie pewnym staje się, że Clark Kent nie będący Supermanem, nie ma do końca czystych intencji. Kwestia motywacji oraz osobistej wendetty złoczyńcy jest tu kluczowa dla całego tomu, świetnie łącząc dawne wydarzenia z nowymi, a jednocześnie prostując kilka wypadków z historii uniwersum. Z kolei rola rodzinnych więzów familii Supermana wybrzmiewa bardzo dojrzale, pokazując, jak za sprawą siły miłości oraz kreatywnego zmysłu autorów można sprawnie i ciekawie poprowadzić akcję opowieści.

Za ilustracje w albumie odpowiada wielu artystów i choć ich prace same w sobie stoją na bardzo wysokim poziomie, to już ich różnorodność mocno kłuje mnie w oczy. Na miejscu wydawcy dobrałbym rysowników według bardziej zbliżonego stylu, ponieważ wymieszanie zdolności Patcha Zirchera, Patricka Gleasona, Douga Mahnke'a czy Iana Churchilla zbyt mocno rozbiło album na poziomie wizualnym. Tym bardziej, że w Odrodzonym mamy do czynienia z bardzo ważną historią, która powinna być przedstawiona w dość jednolity sposób. Niestety, nie zawsze udaje się w DC uzyskać należyty balans pomiędzy scenariuszem, a obrazem. Trochę szkoda, bo przez to tomik przypomina nieco katalog artystów tworzących dla wydawnictwa.

Odrodzony to ważny element komiksowej układanki z Supermanem w roli głównej. W odróżnieniu od innych części cyklu, niewiele tu walk i ogólnego zbawiania świata. Znaczną część historii wypełniają istotne wyjaśnienia i emocjonalne starcie zamieszanych w intrygę bohaterów. Oczywiście, nie rozwiązano tu wszystkich zagadek (tożsamość tajemniczego Oza nadal pozostaje niejasna), a niefortunne rozpoczęcie wątku choroby Superwoman z pewnością znajdzie swój finał w kolejnych odsłonach cyklu. Tak czy inaczej, ten tom stanowi dla mnie kawał dobrej rozrywki, przygotowanej na bardzo fajnym poziomie. Kreatywność i pomysłowość twórców zaowocowała emocjonalnym wydźwiękiem finału, który usatysfakcjonował tą cząstkę mnie, która lubuje się w podobnych rozwiązaniach. Odrodzony jest z pewnością komiksem niezbędnym dla wszystkich fanów Supermana, sądzę też, że może zainteresować nowych czytelników. I kto wie, może zostaną oni z serią na dłużej?



Tytuł: Superman. Odrodzony
Scenariusz: Dan Jurgens, Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Doug Mahnke, Jaime Mendoza, Ian Churchill, Trevor Scott, Mick Gray, Patrick Gleason
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Najnowsze przygody Supermana znajdziecie na stronie Egmontu.


wtorek, 14 sierpnia 2018

RECENZJA: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1 - Joseph Delaney


Siadając do pisania tej recenzji, uświadomiłem sobie, jak wiele czasu minęło od mojej ostatniej podróży do fantastycznego świata wykreowanego przez Josepha Delaney'a. Tak, tak, to już prawie dziesięć miesięcy, odkąd recenzowałem dla Was Zemstę Stracharza. Tym bardziej warto było uszczuplić moją stertę nieprzeczytanych książek i sięgnąć po Nowy Mrok. Jak wypadło moje kolejne spotkanie z lubianymi postaciami i ich nowymi przygodami?

Zemsta Stracharza zamknęła 13-tomowy cykl Kronik Wardstone, dopinając wszelkie wątki i najważniejsze kwestie. Zły został ostatecznie pokonany, mistrz Gregory przypłacił tą walkę własnym życiem, a Tom ostatecznie dostąpił prawa używania tytułu stracharza. Choć nie do końca wyszkolony, na domiar złego tracąc ukochaną Alice, chłopak dzielnie postanowił kontynuować fach, do którego został powołany. W takiej sytuacji, z pewnością przychodzą Wam na myśl dwa pytania: Czy powrót do Chippenden miał jakiś większy sens i czy autorowi pozostało coś godnego i ciekawego do przekazania?

Ucieszę Was, twierdząc, że tak. Delaney nie tylko dokładnie zaplanował ciąg dalszy, ale też dopracował nowy cykl w taki sposób, aby łączył to co znane i lubiane, z czymś oryginalnym i świeżym. Nowy Mrok nadal opowiada historię Toma Warda. Pod tym względem nic się w serii nie zmieniło i jeśli przygody oraz narracja tej śmiałej postaci do tej pory przyciągały Was do książek autora, to i tym razem nie zostaniecie zawiedzeni. Warto tu zaznaczyć, że nie da się tworzyć interesujących historii, nie oferując czytelnikowi czegoś, czego jeszcze nie doświadczał. Choć historia rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zostawiliśmy bohaterów w finałowej odsłonie, jest to sprytnie obrany punkt wyjścia. Jednym z dwóch najważniejszych elementów uczynił Delaney przyjęcie przez Toma nowego ucznia. Może nie byłoby w tym nic rewolucyjnego (w końcu stracharze od lat pilnie szkolą swych następców), gdyby nie fakt, że nasz bohater do terminu przyjmuje dziewczynę. Jeśli czytaliście ostatni to poprzedniego cyklu, być może nie będzie to dla Was aż taką nowością (w końcu autor zostawił tam furtkę, zwiastującą podobne wydarzenia). Kolejnym ważnym wydarzeniem jest powrót wiedźmy Grimalkin, która za sprawą wydarzeń będących udziałem Toma i Jenny (nowa uczennica) powraca z dalekiej północy, gdzie śledziła poczynania groźnego ludu Kobalosów.

I tu zaczyna się zabawa autora z kontynuowaniem opowieści. Już od dziewiątego tomu Kronik Wardstone (Jestem Grimalkin) dało się wyczuć, że Dealney miał zamiar sukcesywnie powiększać stworzone przez siebie uniwersum. Wraz z poszczególnymi postaciami odwiedzaliśmy nowe miejsca, poznawaliśmy nieznane rasy i zagrożenia, stale dowiadując się kluczowych informacji o tajemnicach Mroku. Kroniki Gwiezdnej Klingi rozwijają zaprezentowaną tematykę, dając nam to, czego pisarz nie mógł zmieścić w poprzedniej serii. Zaskakujące jest, jak dobrze autor dobrał wszystkie składniki najnowszej przygody. W tym tomie przede wszystkim zaimponował mi sposób łączenia wspomnianej tradycji z nieszablonowością. W większości wydarzeń nadal czuć rozpoznawalny klimat, ale wprowadzone postacie i wydarzenia czynią tą część prawdziwie kreatywną (nawet bardziej niż przełomowy Wijec).

Jenny budzi sympatię swoją bezpośredniością (jako siódma córka siódmej córki, posiada pewne bardzo interesujące zdolności), postawa Toma jest daleka od niepotrzebnego przeinaczania charakteru tej postaci, a Grimalkin wciąż błyszczy swoją niezłomnością i uporem. Mając taki komplet bohaterów, autor zabrał mnie w ekscytującą podróż w częściowo nieznane rejony (i to dosłownie!). A jeśli dodamy do tego absolutnie zaskakujący finał książki, otrzymamy dzieło, do którego poznania nie będę musiał Was już dłużej namawiać. Zdradzę jeszcze tylko, że aby podjąć fabularną decyzję z finału powieści, Delaney musiał mieć jaja wielkości dołu do więzienia bogina. Jeśli czytaliście już powieść, przyznacie, że nie każdy autor zdecydowałby się na podobny krok. I nie dość, że wszystko kończy się trudnym do zniesienia suspensem (wcześniej w tym cyklu nie prezentowanym), to na dodatek mam teraz pełną świadomość, że kolejna część pchnie serię na jeszcze ciekawsze tory.

Kroniki Gwiezdnej Klingi, podobnie jak Kroniki Wardstone pokazują, jak ważne w życiu są sojusze. Upieranie się przy raz obranej decyzji często zatrzymuje nas w rozwoju. To dlatego tak ważne jest pokonywanie wewnętrznych ograniczeń, a za sprawą wychodzenia z własnej strefy komfortu możemy odnaleźć to, czego tak bardzo potrzebujemy. Otwarcie Toma na nowe ewentualności oraz stały szacunek wobec nauk mistrza Gregory'ego, stanowi o sile i potencjale rozwoju tej postaci (podobnie jest w przypadku jego nowej uczennicy). To jeden z najważniejszych wątków obu literackich cykli, a jego prowadzenie jest wyrazem niezwykłej przenikliwości autora.

Nowy Mrok jest więc znakomitą kontynuacją historii o młodym stracharzu, gdzie to co znamy, miesza się z ciekawymi, nowymi pomysłami. Choć Delaney podjął w trakcie pisania wiele niebezpiecznych decyzji, niczym bohater swojej powieści wyszedł z tej potyczki obronną ręką. Jeśli lubicie książki dla młodzieży, łączące grozę z przygodą, obfitujące w ciekawie wykreowane postacie, będzie to lektura w sam raz dla Was. A dla czytelników, chcących jeszcze wnikliwiej zgłębić świat stracharza, na końcu tomu zamieszczono Glosariusz świata Kobalosów, dzięki któremu poznają więcej szczegółów na temat tych tajemniczych, niebezpiecznych magów.


Tytuł: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1.
Autor: Joseph Delaney
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 344
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 34,90 zł

sobota, 11 sierpnia 2018

Czy w dzisiejszym świecie popkultury, klasyczna animacja Młodzi Tytani: Akcja! Film (2018) ma prawo bytu?


Dziś nie robi się już takich filmów. No, prawie. Czasem ktoś z wytwórni wpada na pomysł, aby przenieść popularną kreskówkę z TV na wielki ekran. I wychodzi to różnie, jednak w przypadku serialu Młodzi Tytani: Akcja! sprawa ma się troszkę inaczej. To serial bazujący na postaciach z uniwersum DC, w dodatku będący swoistym autopastiszem czy też świadomą autoparodią. W sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie kinowe produkcje DC, pomysł przeniesienia sympatycznej grupki młodych superbohaterów był równie odważny, co i ryzykowny.

Powiedzmy to sobie od razu: Niektóre filmy z tego uniwersum są uważane (przez większość widzów) za parodię samą w sobie. Po co więc kręcić coś, co jest kpiną już z samego założenia? Ano, może po to, że jeśli zrobi się to dobrze, wówczas końcowy efekt pozostanie bez zarzutu. Tym bardziej, jeśli serial, którego produkcja ma być rozszerzeniem, cieszy się sporą popularnością wśród dzieciaków. I to się w Młodych Tytanach: Akcja! Film udało. Podobnie jak w przypadku serialowego pierwowzoru, powstała produkcja ciesząca tak samo dużych, jak i małych fanów drużyny.

Robin, Gwiazdka, Bestia, Cyborg i Raven nie mają szczęścia cieszyć się poważaniem ludzkości. Jako grupa superbohaterska są wciąż niezbyt efektywni, a do tego nieustannie ograniczani przez nadęte ego Robina. To właśnie sprawia, że nie mogą stać się drużyną numer jeden w uniwersum DC. Wyjście jest oczywiste: Każdy heros musi mieć swego głównego antagonistę. A zatem, Młodzi Tytani muszą znaleźć sobie kogoś na swoją miarę. Wówczas poszczęści się im, a studio nakręci o nich film. Czy taki obrót spraw jest jednak możliwy...?


Animacja w reżyserii Aarona Horvatha i Petera Ridy Michaila jest dziełem samoświadomym, inteligentnym, choć chwilami nieco schematycznym. Łamiąc czwartą ścianę, twórcy robią to bez nadmiernej przesady, łagodnie balansując groteskę większości scen, nie czyniąc ich zbyt przesyconymi dla przeciętnego widza. Jest w tym pewien spryt, wyznaczany przez ilość smaczków, które wyłapią fani mniej lub bardziej obeznani z komiksowym (czy też filmowym) uniwersum. Bo Młodzi Tytani: Akcja! Film to obraz typowo komediowy, lecz szczęśliwie unikający zmęczenia materiału swym nadmiernym przerysowaniem.

Film niesie istotne przesłanie dla młodych odbiorców, niestety jest to myśl eksploatowana w kinie tak często, że chyba tylko najmłodsi widzowie będą w stanie skorzystać z podobnie poprowadzonej lekcji (kto nie ma jeszcze  dość tematu przyjaźni i przełamywania własnego egoizmu?). Sama fabuła, choć do pewnego stopnia przewidywalna, ukazana została tak, że nie razi w oczy swą oczywistością. Pomaga przy tym stylistyka całej produkcji, bazująca na nieustannych żartach oraz celowej parodii. Dzięki temu otrzymałem dość strawne połączenie starego z nowym. Nic, co przeszkadzałoby w odbiorze, lecz jestem w stanie znaleźć tu również pewien powiew świeżości (przynajmniej dla mnie, bo serialu w TV niestety nie oglądałem).

Animacyjnie Młodzi Tytani: Akcja! Film stoją za dobrym, oczekiwanym poziomie. Jest to klasyczna animacja 2D, która w dużej mierze stawia na dynamikę akcji oraz sprawną realizację. I pod tym względem wypada nadzwyczaj dobrze. W kilku scenach styl animacji ulega krótkiej zmianie (jest to podyktowane narracją filmu), przez co prezentuje się dość pomysłowo. Świetnie wypadają piosenki i sam dubbing. O ile twórcy polskiej wersji nie mieli tak łatwego zadania, jak w przypadku produkcji Disney'a, należy pochwalić wszelkie próby przeniesienia werbalnego świata Młodych Tytanów na nasz grunt.

Czy zatem Młodzi Tytani: Akcja! Film to produkcja, która ma prawo bytu? Oczywiście, że tak! Nie jest to może najlepsza animacja dekady, ale stabilnie stoi na własnych nogach, zapewniając kilka kwadransów niezobowiązującej (przepełnionej specyficznym humorem) zabawy. Fanów uniwersum przyciągnie licznymi nawiązaniami i smaczkami, a u reszty nie wywoła bólu głowy nadmiarem atrakcji, tak często spotykanych w przypadku krótkich produkcji telewizyjnych. Najnowsze dzieło Warner Bros. pozwoliło mi odetchnąć od bałaganu niektórych aktorskich tworów tej wytwórni. Teraz czekam na jeszcze bardziej udane podejście do tej franczyzy. Naprawdę, najwyższy już czas. 



Tytuł: Młodzi Tytani: Akcja! Film (Teen Titans Go! To the Movies)
Scenariusz: Michael Jelenic, Aaron Horvath
Reżyseria: Aaron Horvath, Peter Rida Michail
Aktorzy (dubbing): Scott Menville, Will Arnett, Tara Strong, Greg Cipies (Grzegorz Drojewski, Jacek Król, Kamil Pruban, Izabella Bukowska-Chądzyńska)
Wytwórnia: Warner Bros./DC Entertainment
Data premiery: 27 czerwca 2018 (USA), 10 sierpnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 84 min.

piątek, 10 sierpnia 2018

Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Nadszedł czas ogłosić kolejny patronat Skrzydeł Gryfa! Najnowsza książka Maćka Kura z ilustracjami Ewy Kossowskiej p.t. Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista, to świetna opowieść dla tych z Was, którzy uwielbiają dobre, humorystyczne historie fantasy. I to niezależnie od wieku!

Książka ukaże się już pod koniec sierpnia nakładem wydawnictwa Beelive Publishing. Miło mi też ogłosić, że w ramach współpracy z autorem oraz wydawcą, na naszym facebookowym fanpage'u wkrótce ogłoszę konkurs, w którym do wygrania będzie kilka egzemplarzy przygód Sylwii. :-)



SYLWIA SYLWESTER JEST NIECAŁOPEŁNISTA

Sylwia Sylwester uwielbia wszelakie cudactwa. Nic dziwnego – Jest w końcu Cudodziejką, czyli taką wróżką, która czyni cuda. Żyje pośród łąk w ogromnym dworku, ze swoimi koleżankami: Śmieszynką, Termilką, Niezapominajką, Samowierzką, Speszką czy też Lucyferetką (wróżką z wymiany z krainy wróżek mroku). Pewnego dnia Sylwia odkrywa przerażający sekret, który staje się początkiem zawikłanego śledztwa…

Bądźcie z nami! Przygoda z Sylwią dopiero się zaczyna! :-)