wtorek, 14 sierpnia 2018

RECENZJA: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1 - Joseph Delaney


Siadając do pisania tej recenzji, uświadomiłem sobie, jak wiele czasu minęło od mojej ostatniej podróży do fantastycznego świata wykreowanego przez Josepha Delaney'a. Tak, tak, to już prawie dziesięć miesięcy, odkąd recenzowałem dla Was Zemstę Stracharza. Tym bardziej warto było uszczuplić moją stertę nieprzeczytanych książek i sięgnąć po Nowy Mrok. Jak wypadło moje kolejne spotkanie z lubianymi postaciami i ich nowymi przygodami?

Zemsta Stracharza zamknęła 13-tomowy cykl Kronik Wardstone, dopinając wszelkie wątki i najważniejsze kwestie. Zły został ostatecznie pokonany, mistrz Gregory przypłacił tą walkę własnym życiem, a Tom ostatecznie dostąpił prawa używania tytułu stracharza. Choć nie do końca wyszkolony, na domiar złego tracąc ukochaną Alice, chłopak dzielnie postanowił kontynuować fach, do którego został powołany. W takiej sytuacji, z pewnością przychodzą Wam na myśl dwa pytania: Czy powrót do Chippenden miał jakiś większy sens i czy autorowi pozostało coś godnego i ciekawego do przekazania?

Ucieszę Was, twierdząc, że tak. Delaney nie tylko dokładnie zaplanował ciąg dalszy, ale też dopracował nowy cykl w taki sposób, aby łączył to co znane i lubiane, z czymś oryginalnym i świeżym. Nowy Mrok nadal opowiada historię Toma Warda. Pod tym względem nic się w serii nie zmieniło i jeśli przygody oraz narracja tej śmiałej postaci do tej pory przyciągały Was do książek autora, to i tym razem nie zostaniecie zawiedzeni. Warto tu zaznaczyć, że nie da się tworzyć interesujących historii, nie oferując czytelnikowi czegoś, czego jeszcze nie doświadczał. Choć historia rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zostawiliśmy bohaterów w finałowej odsłonie, jest to sprytnie obrany punkt wyjścia. Jednym z dwóch najważniejszych elementów uczynił Delaney przyjęcie przez Toma nowego ucznia. Może nie byłoby w tym nic rewolucyjnego (w końcu stracharze od lat pilnie szkolą swych następców), gdyby nie fakt, że nasz bohater do terminu przyjmuje dziewczynę. Jeśli czytaliście ostatni to poprzedniego cyklu, być może nie będzie to dla Was aż taką nowością (w końcu autor zostawił tam furtkę, zwiastującą podobne wydarzenia). Kolejnym ważnym wydarzeniem jest powrót wiedźmy Grimalkin, która za sprawą wydarzeń będących udziałem Toma i Jenny (nowa uczennica) powraca z dalekiej północy, gdzie śledziła poczynania groźnego ludu Kobalosów.

I tu zaczyna się zabawa autora z kontynuowaniem opowieści. Już od dziewiątego tomu Kronik Wardstone (Jestem Grimalkin) dało się wyczuć, że Dealney miał zamiar sukcesywnie powiększać stworzone przez siebie uniwersum. Wraz z poszczególnymi postaciami odwiedzaliśmy nowe miejsca, poznawaliśmy nieznane rasy i zagrożenia, stale dowiadując się kluczowych informacji o tajemnicach Mroku. Kroniki Gwiezdnej Klingi rozwijają zaprezentowaną tematykę, dając nam to, czego pisarz nie mógł zmieścić w poprzedniej serii. Zaskakujące jest, jak dobrze autor dobrał wszystkie składniki najnowszej przygody. W tym tomie przede wszystkim zaimponował mi sposób łączenia wspomnianej tradycji z nieszablonowością. W większości wydarzeń nadal czuć rozpoznawalny klimat, ale wprowadzone postacie i wydarzenia czynią tą część prawdziwie kreatywną (nawet bardziej niż przełomowy Wijec).

Jenny budzi sympatię swoją bezpośredniością (jako siódma córka siódmej córki, posiada pewne bardzo interesujące zdolności), postawa Toma jest daleka od niepotrzebnego przeinaczania charakteru tej postaci, a Grimalkin wciąż błyszczy swoją niezłomnością i uporem. Mając taki komplet bohaterów, autor zabrał mnie w ekscytującą podróż w częściowo nieznane rejony (i to dosłownie!). A jeśli dodamy do tego absolutnie zaskakujący finał książki, otrzymamy dzieło, do którego poznania nie będę musiał Was już dłużej namawiać. Zdradzę jeszcze tylko, że aby podjąć fabularną decyzję z finału powieści, Delaney musiał mieć jaja wielkości dołu do więzienia bogina. Jeśli czytaliście już powieść, przyznacie, że nie każdy autor zdecydowałby się na podobny krok. I nie dość, że wszystko kończy się trudnym do zniesienia suspensem (wcześniej w tym cyklu nie prezentowanym), to na dodatek mam teraz pełną świadomość, że kolejna część pchnie serię na jeszcze ciekawsze tory.

Kroniki Gwiezdnej Klingi, podobnie jak Kroniki Wardstone pokazują, jak ważne w życiu są sojusze. Upieranie się przy raz obranej decyzji często zatrzymuje nas w rozwoju. To dlatego tak ważne jest pokonywanie wewnętrznych ograniczeń, a za sprawą wychodzenia z własnej strefy komfortu możemy odnaleźć to, czego tak bardzo potrzebujemy. Otwarcie Toma na nowe ewentualności oraz stały szacunek wobec nauk mistrza Gregory'ego, stanowi o sile i potencjale rozwoju tej postaci (podobnie jest w przypadku jego nowej uczennicy). To jeden z najważniejszych wątków obu literackich cykli, a jego prowadzenie jest wyrazem niezwykłej przenikliwości autora.

Nowy Mrok jest więc znakomitą kontynuacją historii o młodym stracharzu, gdzie to co znamy, miesza się z ciekawymi, nowymi pomysłami. Choć Delaney podjął w trakcie pisania wiele niebezpiecznych decyzji, niczym bohater swojej powieści wyszedł z tej potyczki obronną ręką. Jeśli lubicie książki dla młodzieży, łączące grozę z przygodą, obfitujące w ciekawie wykreowane postacie, będzie to lektura w sam raz dla Was. A dla czytelników, chcących jeszcze wnikliwiej zgłębić świat stracharza, na końcu tomu zamieszczono Glosariusz świata Kobalosów, dzięki któremu poznają więcej szczegółów na temat tych tajemniczych, niebezpiecznych magów.


Tytuł: Kroniki Gwiezdnej Klingi. Nowy Mrok. Tom 1.
Autor: Joseph Delaney
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 344
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 34,90 zł

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz