czwartek, 30 sierpnia 2018

RECENZJA: Solo. Świat kanibali (Oscar Martin)


Lubicie postapokaliptyczne klimaty? A rysunki w stylu klasycznych kreskówek Disney'a? No to Solo. Świat kanibali jest komiksem dla Was! Nie oddałbym jednak pełnej sprawiedliwości temu tytułowi, stwierdzając, że to już wszystko, co ma do zaoferowania. Równie ważne jest, że dzieło Oscara Martina rozpościera swój byt na wielu płaszczyznach, trwale zachowując prawdziwie unikalny charakter. To komiks powstały trochę z przypadku, lecz poprzez obrany kształt, znacznie wykraczający poza ramy początkowej koncepcji autora.

Powiedzcie sobie sami, czy spodziewalibyście się, że kolejna historia z antropomorficznymi zwierzakami rozgrywać się będzie wiele lat po apokalipsie? Czy potrafilibyście założyć, że będzie to jednocześnie komiks drogi, gdzie wszystkie wydarzenia poznamy z perspektywy zmutowanego szczura, który w rozpaczy i nadziei goni za swoją uprowadzoną rodziną? W takiej właśnie chwili poznajemy Solo, głównego bohatera tej opowieści. To twardy charakter, skłonny do postępowania zgodnego z twardymi, wyuczonymi zasadami. W realiach, w jakich przyszło mu żyć, nie ma miejsca na żadne sentymenty. Spustoszona ziemia nie oferuje ani jednego zielonego skrawka, a niebo od dawna już nie pokazało swego ujmującego błękitu. Nielicznym ludziom, zmutowanym, obdarzonym inteligencją zwierzakom, oraz ohydnym zasiedleńcom pozostała wyłącznie bezpardonowa walka o byt, przeplatana wzajemnym wydzieraniem sobie zdobyczy.


Oscar Martin powołał do życia Solo. Świat kanibali jako własną próbę ucieczki od ciągłego rysowania komiksów Disney'a oraz przygód Toma i Jerry'ego. Projekt, który początkowo miał pomóc artyście w odreagowaniu od monotonnej pracy, stopniowo ewoluował w bardzo ciekawą historię drogi. Nie jest to opowieść, gdzie znajdziecie niesamowite zwroty akcji, przewrotną fabułę czy wiele różnorodnych postaci. Nie liczyłbym też na nadmierne bogactwo świata przedstawionego. Jeśli pomyślimy jednak o samej genezie komiksu, biorąc pod uwagę, że jest to już drugie podejście autora do tej historii (oryginalna seria o przygodach Solo w czerni i bieli ukazała się już w 1997 r.), z łatwością docenimy unikalny pomysł i nieszablonowy sposób podania całości.

Fabuła podzielona została na dwie części. W pierwszej, tytułowy bohater poszukuje swej uprowadzonej rodziny, w kolejnej poświęca się ratowaniu życia i wychowywaniu osieroconego szczeniaka. Obie płynnie łączą się ze sobą, ukazując drogę, jaką musi przejść Solo, aby uzyskać wewnętrzny spokój i odkupienie. Komiks Martina ujął mnie prostotą ukazania świata i postaci, przy jednoczesnym zaprezentowaniu brutalnej rzeczywistości oraz ciekawie prowadzoną (nieco filozoficzną) narracją. Rozważcie to dokładnie - Solo. Świat kanibali to komiks, którego nie polecałbym dzieciakom przed 14-tym rokiem życia. Nie ma tu może zbyt wiele nagości (jeśli nawet, to jest podana dość delikatnie), ale krew leje się równo, a przemoc dominuje na co drugiej stronie. Dla dorosłych, którzy będą potrafili docenić i zrozumieć taką konwencję, powyższe elementy stanowić będą jeden z ważniejszych atutów albumu.


Wielkim plusem jest też sam szczur Solo. To postać nieszczęśliwa, bardzo uczuciowa, zmuszona do twardej egzystencji w umierającym, bezpardonowym świecie. Gdzieś w głębi skrywa miękkie serce, lecz targany wyrzutami sumienia, a także powodowany otaczającą rzeczywistością, nigdy nie pozwala sobie na bycie lekkoduchem. Z tego powodu chce mu się kibicować od samego początku do końca.

Kolejnym, chyba najważniejszym atutem komiksu, są bez wątpienia rysunki. Idą one oczywiście w parze z charakterem prezentowanej opowieści, dając naprawdę niesamowite wrażenia wizualne. Ta dziwaczna, disney'owska kreska, wymieszana z brutalnym stylem artysty, decyduje o nieszablonowości całego projektu. Tam gdzie zawodzi złożoność fabuły, grafiki przesłaniają większość braków, pozwalając w pełni cieszyć się tym nietypowym komiksem.


Przekład dialogów chwilami mógłby być lepszy, jednak najdziwniejsze pozostają onomatopeje. Zastąpienie standardowych wyrazów dźwiękonaśladowczych przez napisy typu: "strzał!", "zderzenie!", "stąpnięcie!" czy "kopniak!" jest dość nietypowe, lecz po pewnym czasie da się do tego przyzwyczaić. Zastanawia mnie, na ile zabieg ten wynikał z decyzji tłumaczki, a na ile z wymogów zagranicznego wydawcy (*). Na końcu albumu zamieszczono świetne materiały dodatkowe. Wśród nich znajdziemy historię powstania komiksu, szkice, oraz przedruki niektórych plansz z poprzednich wydań.

Solo. Świat kanibali jest historią świetnie narysowaną, przy czym niepozbawioną ciekawego pomysłu. Będąc niegdysiejszą zabawą autora z formą, komiks urósł ostatecznie do imponujących rozmiarów, dając czytelnikowi kilka niezłych chwil rozrywki. Daleko mu do dzieł idealnych, czy bardziej wysublimowanych, ale też tytuł ten nie ma ambicji kreować się na coś, czym w istocie nie jest. Wspaniałe, odważne ilustracje z pewnością zostaną z Wami dłużej niż sama fabuła, ale w tym przypadku to wystarczający powód, aby przeczytać powyższą historię. Nie sądzę, że będziecie żałować.


(*) Jak dowiedziałem się od polskiego wydawcy: "Martin celowo stosuje nie - bum, łubudu - tylko wybuch, strzał, itp. Chodziło o nawiązania do starych kreskówek - po prostu w oryginale nie ma - bziii - tylko strzał." Teraz już wszystko jest jasne. :-)


Tytuł: Solo. Świat kanibali
Scenariusz i rysunki: Oscar Martin
Przekład: Marta Waluk
Wydawnictwo: Studio Lain
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 74,90 zł

2 komentarze:

  1. >Powiedzcie sobie sami, czy spodziewalibyście się, że kolejna historia z antropomorficznymi zwierzakami rozgrywać się będzie wiele lat po apokalipsie?<

    A dlaczego mielibyśmy się nie spodziewać? Zresztą wcześniej już był taki komiks na naszym rynku - "Władza" od Egmontu.

    Natomiast co do języka, to mamy do czynienia z klasycznym bełkotem (zwłaszcza w ramkach). Pytałem na Gildii przedstawiciela Studia czy takim językiem posługuje się Oscar Martin, czy to językowa nieporadność tłumaczki i redaktora. Niestety, nie dostałem odpowiedzi, co pozwala mi przypuszczać, że to drugie.

    Zresztą ostatnio przeczytałem kilka innych komiksów Studia, tłumaczonych z angielskiego, i tam też językowo nie ma rewelacji. Zaryzykuję twierdzenie, że mają do d... redaktora i jak "tłumaczu" wyjdzie, tak idzie do druku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, o Władzy (w tym kontekście) zapomniałem. Co nie zmienia faktu, że Solo był pierwszy! ;-)

      Usuń