sobota, 29 września 2018

Mała Stopa (2018) daje dużego kopa!


Macie dość animacji, które w ten sam, schematyczny sposób opowiadają swoją historię, prezentując nachalny, łopatologicznie wyłożony morał? Tak, ja też tak mam. Na szczęście dla nas wszystkich wreszcie pojawiło się remedium. Nosi ono tytuł Mała Stopa i już od kilku dni możecie oglądać je w naszych kinach. I choć mimo wszystko należy pamiętać, że jest to zwykła historia dla najmłodszych, sposób w jaki ją opowiedziano zasługuje na kilka zdań pochwały.

Ogólna fabuła filmu bazuje na tajemnicy bytu legendarnego człowieka śniegu. W Małej Stopie autorzy idą jednak nieco dalej, zastanawiając się, co by było, gdyby Yeti podobnie traktowały fakt istnienia samego człowieka. Zamieszkujące szczyt niedostępnej, ukrytej wśród chmur górze, żyjące we własnym rytmie (wyznaczanym przez tradycyjne obrzędy i pradawne prawa), śnieżne olbrzymy traktują mit istnienia Małej Stopy jako nieistotny element niegodnych wiary opowieści. Lecz wszystko co dobre, kiedyś musi się wreszcie skończyć...


I tu do akcji wchodzi nasz główny bohater, Migo. Lubiany przez wszystkich mieszkańców ukrytej osady, szykowany na następcę swego ojca w pewnej istotnej dla całej społeczności funkcji, pewnego dnia nieoczekiwanie natrafia na ślad człowieka. Oczywiście, nikt mu w to spotkanie nie wierzy, na skutek czego Migo zostaje bezwzględnie skazany na wygnanie. Z pomocą małej grupy wywrotowych przyjaciół dociera jednak do podnóża rodzimej góry, gdzie będzie mógł zdobyć niepodważalny dowód na prawdziwość swych słów. Nieświadomie sprowadzi też całą masę kłopotów zarówno na siebie, jak i resztę górskiego społeczeństwa Yeti.

Mała Stopa udała się tak znakomicie, głównie za sprawą szacunku i zrozumienia dla widza. Jak już wspomniałem we wstępie, jest to film, który nie atakuje nas ograną konwencją. W zamian próbuje stworzyć coś, co autentycznie przykuje widza do ekranu. Pierwszym takim elementem jest świat przedstawiony. Osada Yeti jest barwna i ciekawa, umyślnie odcinając się od notorycznego kopiowania naszej cywilizacji (to niestety bardzo częsty schemat w wielu animacjach). Zamiast nużących odniesień do rzeczywistości, film czaruje widza strukturą śnieżnego świata, ciekawą kulturą oraz technologią. Co jeszcze ważniejsze, historia ukrytej społeczności w drugiej połowie filmu wywiera niebagatelny wpływ na samą fabułę (o tym za chwilę). Naprawdę, wspaniale chłonie się bogactwo całej krainy, wraz z niezwykle charyzmatycznymi postaciami.


Bohaterowie są kolejnym plusem tej produkcji. Zarówno Migo, jego ojciec i przyjaciele, Percy (tytułowa Mała Stopa), czy nawet wódz osady, zostali stworzeni z pomysłem i kreatywnością. Przejawia się to m.in. w różnorodności ich charakterów, dzięki czemu pragniemy śledzić ich losy, angażując się we wszystkie perypetie, które są ich udziałem. Poszczególne postacie nie są zanadto przerysowane, humor oparto raczej na komizmie sytuacyjnym, niż nieustannych wygłupach czy udziwnionych minach. Niemałą rolę pełnią tu także motywacje bohaterów, które są inspirującym źródłem nienachalnego morału dla najmłodszych. Wybór własnej drogi, podejmowanie słusznych, choć często trudnych decyzji, które mają wpływ na całą społeczność, to główne założenia nauki płynącej z filmu. A warto zauważyć, że powyższe kwestie reprezentują bardziej dojrzałą sferę moralności.

W Małej Stopie poruszane są także kwestie społeczne. Co ciekawe, mimo że ten element filmu jest dość zauważalny, w żaden sposób nie góruje nad resztą opowieści. Z pewnością docenią go wyłącznie widzowie dorośli, a to tylko pokazuje, jak przemyślanym dziełem jest cała produkcja. Uważam to za wielki plus, warto aby inni twórcy także próbowali przemycać w swych dziełach wartości ważne dla dojrzałego odbiorcy.


Dylematy, przed którymi staje Migo, wiążą się z ważnym zwrotem akcji, umiejscowionym w kulminacyjnym punkcie fabuły. Świetnym krokiem było połączenie pewnej tajemnicy osady z samą jej historią, co bardzo kreatywnie wykorzystano w dalszym rozwoju wypadków. Dzięki temu akcja poszła w bardzo interesującym kierunku, nie sprawiając jednocześnie wrażenia wymyślania czegoś na szybko. Zaowocowało to również zawsze oczekiwanym rozwojem psychologicznym postaci, który czasem w filmach animowanych jest pomijany, sprawiając, że opowieść staje się obojętna dla myślącego widza.

Mała Stopa to film, który zdobędzie uznanie całej rodziny. Mali widzowie wyciągną z niego sprytnie podane wnioski, utożsamiając się z Migo i jego kompanią, natomiast ci duzi spędzą kilka chwil śledząc ciekawie podaną historię, okraszoną piękną, dopracowaną animacją. Jedni i drudzy zanucą wpadające w ucho piosenki i zaśmieją się na kilku niewymuszonych żartach. Co najważniejsze, zarówno dzieci jak i dorośli pokrzepią się myślą, że wszystko w życiu może ułożyć się tak, jak powinno. Czy można wymagać czegoś więcej od zwykłej, rodzinnej animacji? Moim zdaniem nie, toteż niniejszym polecam Wam ten baśniowy, barwny i wbrew pozorom ciekawy film.



Tytuł: Mała Stopa (Smallfoot)
Scenariusz: Karey Kirkpatrick, Clare Sera
Reżyseria: Karey Kirkpatrick
Aktorzy (dubbing): Channing Tatum, James Corden, Zendaya, Common, Danny DeVito (Sebastian Stankiewicz, Stefan Pawłowski, Jacek Król, Małgorzata Kozłowska, Anna Smołowik)
Wytwórnia: Warner Bros.
Data premiery: 28 września 2018 (USA), 28 września 2018 (Polska)
Czas trwania: 96 min.

piątek, 28 września 2018

Nowości dla najmłodszych od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET to chyba najlepszy wydawca publikacji Lego® dla najmłodszych. Niedawno na blogu opisywałem dwie książeczki z serii Lego® Jurassic World™, tymczasem ich nakładem ukazały się już kolejne, bardzo ciekawe pozycje. Znajdą w nich coś dla siebie zarówno młodociani fani Lego® Star Wars™, jak i Lego Ninjago®.


LEGO® STAR WARS,. GALAKTYCZNE STARCIA.
LEGO® NINJAGO®. WIELKIE STARCIE.


Podobnie jak w przypadku większości tego typu wydań, obie publikacje przeznaczone są dla dzieciaków powyżej szóstego roku życia. Zaprezentowane w nich zadania mogą stanowić spore wyzwanie dla młodszych dzieci, toteż warto mieć na względzie oznaczoną granicę wiekową przy podejmowaniu decyzji o sprezentowaniu takiej niespodzianki swoim pociechom.

Co znajdziemy w środku? W zależności od tytułu, wnętrze książeczek wypełniają starannie przygotowane (tak pod względem graficznym jak i rozrywkowym) wyzwania logiczne i manualne. A czegóż tu nie ma? Labirynty, malowanki, łączenie punktów, znajdywanie różnic pomiędzy obrazkami, logiczne łączenie rysunków... Na nudę nie będą narzekać nawet najbardziej oporne maluchy, a warto też zaznaczyć, że w książeczkach pomyślano też o wspólnej zabawie z rodzicami. Jeśli Wasze dzieci lubią słuchać jak im czytacie, w Lego® Ninjago®. Wielkie starcie znajdziecie ciekawe opowiadanie, natomiast w obu wydaniach zamieszczono również krótkie komiksy.

Oczywiście, obie książeczki nie byłyby tak atrakcyjne, gdyby nie dołączone do nich minifigurki Lego®. W okładce każdej z nich znajdziecie C-3PO lub Zane'a. Biorąc pod uwagę niską cenę tych wydawnictw, zdobycie postaci, które zazwyczaj występują w drogich zestawach, będzie atrakcją zarówno dla najmłodszych, jak i starszych kolekcjonerów minifigurek.

Obie publikacje są więc godne polecenia młodym sympatykom Lego® Star Wars oraz Lego® Ninjago®. Poprzez zabawę, połączoną z wykonywaniem atrakcyjnych zadań, z pewnością rozwiną umiejętności logicznego myślenia. Jestem też pewien, że świetna warstwa graficzna także sprawi im wiele radości.


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


wtorek, 25 września 2018

RECENZJA: LIga Sprawiedliwości, tom 4 - Niekończąca się walka (B. Hitch)


Liga Sprawiedliwości to grupa łącząca największych herosów uniwersum DC. Powstała po to, aby mierzyć się z niebezpieczeństwami, które przerastają jej członków w pojedynkę. No i oczywiście, aby nie raz ocalić świat. Nowa odsłona cyklu wydawniczego DC Odrodzenie nie mogła więc obyć się bez tej niezwykłej drużyny. I choć opiekę nad projektem powierzono doświadczonemu scenarzyście i rysownikowi - Bryanowi Hitchowi, nie wszyscy fani byli zadowoleni z jego podejścia do tematu (szczególnie w pierwszych tomach serii). Autorowi zarzucano zbyt patetyczny ton opowieści, nieustanną walkę grupy z nudnymi, wielkimi zagrożeniami, a także płytkim przedstawieniem osobowości oraz relacji pomiędzy bohaterami. Jak to często bywa, jednostka nie zawsze zgadza się z ogółem, toteż nigdy nie byłem zbyt zajadłym przeciwnikiem aktualnej pracy Hitcha. Owszem, powyższe problemy w treści wcześniejszych komiksów naturalnie istnieją, ale nie psują radości z lektury, jak to sugeruje większe grono fanów. 

I tak przechodzimy do najnowszego, czwartego tomu przygód Ligi. Jak sprawdza się Niekończąca się walka w świetle poprzednich części i czy zwyczajny czytelnik znajdzie w niej coś godnego uwagi? Moim zdaniem jest ciekawiej niż dotychczas, lecz to oczywiście nie oznacza, że nowa odsłona komiksu z miejsca stanie się klasykiem nad klasyki. Co to, to nie... Tym bardziej, że brakuje jej wymaganej ponadczasowości i prawdziwie genialnego scenariusza. Co więc otrzymujemy tym razem? W miarę porządne czytadło, które zapewni kilka kwadransów godnej, choć szybko ulatującej z pamięci rozrywki.


Szczególnie ucieszeni przygodami z tego tomu będą fani dwójki Zielonych Latarni. To właśnie Jessice Cruz i Bazowi Simonowi poświęcono aż dwie, z pięciu zamieszczonych w nim historii. Na przedstawieniu duetu Latarników jednak zabawa się nie kończy, gdyż w Niekończącej się walce mamy do czynienia z większym zamysłem autorów, prezentującym znacznie krótsze, choć nie mniej ciekawe historie. I w tym miejscu należy zaznaczyć, że tym razem Bryan Hitch nie działał sam przy pracy nad poniższym tomem. W pracy wsparli go Shea Fontana, Tom DeFalco oraz Dan Abnett. I dzięki temu od razu widać znaczny powiew świeżości.

Główną historią jest w albumie opowieść tytułowa, rozpisana na dwa regularne, wydawane w USA zeszyty. To całkiem niezła historyjka, nawiązująca do kultowego Dnia Świstaka, gdzie Flash zostaje wplątany w powtarzającą się sytuację z wybuchem potężnej broni. Widzieliśmy ten motyw już nie jeden raz, ale w wykonaniu Ligi Sprawiedliwości jeszcze nie. Tysiąc drobiazgów pokazuje sytuację, w której drużyna zostaje zaatakowana przez rój niebezpiecznych organizmów. Z początku nikt nie spodziewa się, że za całym zamieszaniem stoi ktoś z szeregów grupy. O ile powyższe historie wyróżniają się niezłym pomysłem, kolejne nie są już w stanie zaoferować niczego nadzwyczajnego. Sam Strach i Furia cierpią na zbyt wielką skrótowość. Niestety, w tej formie nie dało się ukazać żadnej wartościowej tematyki (może poza rozterkami Cruz, ale to widzieliśmy w poprzednich częściach już niejeden raz). Furia wprowadza w szeregi Ligi postać Mery, a fanów Aquamana ucieszy zapewne małe rozszerzenie wątków z trzeciego tomu jego tytułowej serii. Na koniec dostajemy Odrodzonego i jest to niestety powrót do wielkich, galaktycznych zagrożeń, z nieistotnym dla nikogo, nudnym antagonistą. Za plus można uznać ciekawą relację i współpracę Baza z Cyborgiem (brawa za Vica w sweterku!).


Ilustracyjnie tomik stoi na różnorodnym poziomie. Wśród rysowników na pierwszy plan wysuwają się Ian Churchill, Philippe Briones i Tom Derenick. Ich prace są dynamiczne, świetnie pasują do konwencji na szybko opowiadanych historii. Najsłabiej niestety wypadają prace Hitcha, który zdecydowanie za mało uwagi przywiązuje dopracowaniu szczegółów na poszczególnych kadrach (widać to m.in. na zamieszczonych tu planszach). 

Niekończąca się walka jest komiksem wartym przeczytania, jeśli na waszej półce aktualnie nie leży jakaś znacznie ciekawsza pozycja. Fani Ligi Sprawiedliwości z pewnością docenią różnorodność tematyczną najnowszej części, jednak nie sądzę, żeby uznali powyższy tom za pozycję w jakikolwiek sposób przełomową. Daje ona mimo wszystko nieco frajdy z obcowania z najsłynniejszą supergrupą świata, pokazując z jakimi problemami borykają się postacie pokroju Wonder Woman, Flash czy Batman. Zatem, jeśli nie musicie czytać wszystkich komiksów DC jak leci, możecie spokojnie pominąć ten tom. W innym przypadku warto spakować go do walizki lub plecaka, jadąc na wakacje czy zaległy urlop. Nie jest zbyt ciężki, więc na pewno Wam nie zawadzi.



Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 4 - Niekończąca się walka
Scenariusz: Bryan Hitch, Shea Fontana, Tom DeFalco, Dan Abnatt
Rysunki: Bryan Hitch, Tom Derenick, Ian Churchill Philipe Briones, Andy Owens
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z serii Liga Sprawiedliwości znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 24 września 2018

RECENZJA: Thor, tom 2 - Kto dzierży młot? (J. Aaron, R. Dauterman)


Dziwne rzeczy wyprawiają się w Asgardii. Thor stał się niegodny swego młota, niebezpieczeństwo wynikające z sojuszu Malekitha z Dario Aggerem staje się coraz bardziej namacalne, a nieznana nikomu niewiasta podnosi legendarną broń syna Odyna. Już to wszystko wystarczy, aby przyciągnąć uwagę czytelników zainteresowanych mitologią Marvela. Tylko czy aby na pewno? Pomysł zaprezentowania głównego zwrotu akcji jest z pewnością bardzo oryginalny, ale jak sprawy mają się z wcieleniem go w życie?

Kto dzierży młot? Jasona Aarona jest udaną kontynuacją wątków podjętych w tomie pierwszym cyklu (Gromowładna) i jako taki prezentuje interesujące rozwinięcie owych wydarzeń. Thor miota się w niepewności, szaleńczy plan Odyna przybiera na sile, nikt z bohaterów nawet nie domyśla się, czyją twarz kryje hełm Boga Piorunów. Każda postać ma swoje pięć minut (pojawia się nawet S.H.I.E.L.D.), ale największą atrakcją wciąż pozostaje główna protagonistka serii. Wreszcie (pod sam koniec tej części) dostajemy odpowiedź na pytanie o jej tożsamość, choć nie była ona w sumie trudna do przewidzenia. Jeśli można mówić tu o jakimkolwiek rozczarowaniu, będzie nim jedynie niezwykle krótka forma głównej opowieści. Z pewnością za taki stan rzeczy należy winić zbliżający się wielkimi krokami projekt Tajne Wojny. To on narzucił twórcom komiksu pewien pośpiech oraz oszczędną skrótowość. Niestety, inaczej sprawa ma się z dodatkowymi epizodami, zamieszczonymi w drugiej połowie najnowszego tomu.


Najnowszy tom Thora uzupełniono o standardowy Annual #1 oraz komiks What If? #10 z 1977 roku. I tu zaczyna się prawdziwa tragedia. O ile pierwsza historia z krótkiego, okazjonalnego wydania daje sporo satysfakcji (ukazanie starego Thora i jego wnuczek szukających dla niego prezentu) urzekając ciekawym pomysłem i wizją przyszłości, to dwie kolejne opowiastki przeznaczono chyba dla najmłodszych lub bardzo zdziecinniałych czytelników. Próba udowodnienia rycerzom z Asgardii jak mocarna jest nowa Thor, oraz wspomnienie szaleńczych lat młodości Thora wypadło głupkowato, infantylnie i zwyczajnie nieciekawie. A jeszcze gorzej jest chyba w przypadku klasyka z cyklu "co by było, gdyby...". Niestety, styl narracyjny historii obrazkowych z przed czterech dekad mocno się zestarzał i dziś zwyczajnie nie da się tego czytać. Mimo wszystko trzeba przyznać, że sama treść powyższej ramotki jest całkiem ciekawa (no, może poza idiotycznym zakończeniem).


Na szczęście album ratują rysownicy. Każda z części narysowana została przez innego artystę, dzięki czemu komiks ogląda się niezwykle przyjemnie. Russell Dauterman, Timothy Truman, Marguerite Sauvage, Rob Guillory i Rick Hoberg odwalili kawał dobrej roboty, a włączenie ich prac do powyższego tomu stworzyło coś w rodzaju przewodnika po wizualnej stylistyce, która obowiązuje w dzisiejszym (oraz obowiązywała w dawniejszym) komiksie. Jeśli tak jak ja, nie przekonacie się do większości zawartej w tomie treści, na pewno sporo radości da Wam samo obcowanie z formą graficzną Thora. Jak widać na zaprezentowanych przykładowych planszach, jest tu na czym zawiesić oko.

Kto dzierży młot? jest komiksem, który trzeba znać, jeśli czytaliście tom pierwszy serii i zamierzacie zostać z nią na dłużej. W przeciwnym wypadku odradzam jego czytanie, proponując wybór czegoś z licznej klasyki Marvela. W dzisiejszych czasach (również w naszym kraju) ukazuje się tyle komiksów, że naturalną koleją rzeczy jest właściwy wybór interesujących tytułów. W natłoku najróżniejszych pozycji łatwo popełnić błąd i chwycić w swe ręce coś, co będzie niegodne Waszego zainteresowania. I tak jak (spoiler) chwyciła za pozostawiony na księżycu młot, Wy też złapcie się za coś, co sprawi Wam o wiele więcej frajdy. A w trafnym wyborze lektury z pewnością pomoże wnikliwe przejrzenie zasobów Skrzydeł Gryfa. I to Wam bardzo polecam! ;-)



Tytuł: Thor, tom 2 - Kto dzierży młot?
Scenariusz: Jason Aaron
Rysunki: Russell Dauterman
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o walecznej i godnej Thor znajdziecie na stronie Egmontu.



sobota, 22 września 2018

Kolekcja Star Wars Model Sokół Millennium od DeAgostini


Najwyraźniej przyszło nam żyć w czasach, których rytm jest wyznaczany przez wszelkiego rodzaju kolekcjonerstwo. Dla klasycznych geeków czy zwykłych wielbicieli popkultury nie jest to niczym dziwnym, wszak nasze podejście do przeróżnych pasji pełni tu rolę oczywistą i kluczową. Doskonale wiedzą o tym dawcy najróżniejszych dóbr, raz za razem zasypując nas czymś, co skutecznie wywołuje poczucie głębokiego pożądania. Liczne kolekcje komiksowe, a ostatnio coraz częściej spotykane modele do samodzielnej budowli, są najlepszym przykładem owego nurtu.

Jedną z najnowszych atrakcji jest Kolekcja Sokół Millennium, dająca możliwość zbudowania wiernej kopii pomniejszonego modelu słynnego pojazdu, którym posługiwano się przy realizacji filmu Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje. Jak prezentuje się ten produkt? Czy warto poświęcać swój czas i pieniądze aby uzbierać i samodzielnie złożyć tą niezwykłą pamiątkę? Dla kogo został on przeznaczony? Zapraszam na poniższą recenzję, w której postaram się przybliżyć Wam swoje odczucia na temat kolekcji, bazując na trzech początkowych numerach, jakie udostępniło mi wydawnictwo DeAgostini.


Samego Sokoła Millennium chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Legendarny kosmiczny statek, w którym słynny przemytnik i awanturnik Han Solo, wraz ze swym przyjacielem i drugim pilotem, Chewbaccą przemierzył niemal całą galaktykę... Te fakty znają wszyscy fani dobrej fantastyki. I właśnie teraz dostajemy możliwość zdobycia kopii tego pojazdu, którą będziemy mogli samodzielnie złożyć i postawić w domu na półce.

Gotowy model osiągnie imponujące wymiary 80 cm długości, 59 cm szerokości i 19 cm wysokości. Już te dane powinny wzbudzić Waszą ciekawość, jednak jeśli dodamy do tego fakt wyposażenia statku w kilka ruchomych oraz podświetlanych elementów, a także możliwość przymocowania go na specjalnym zaczepie ściennym, z pewnością zyskacie lepsze pojęcie o tym, z czym mamy tu do czynienia. Patrząc na trzy zestawy części, które znajdują się w pierwszych tomach kolekcji, widzę że mamy tu do czynienia z całkiem niezłą dbałością o szczegóły oraz dobrą jakością wykonania. Do zestawu dołączono wszystko co jest niezbędne do złożenia pojazdu. Są tu nawet torebki z maleńkimi śrubkami oraz specjalny śrubokręt (niestety nie znalazłem kleju, a potrzebny będzie on na wielu etapach zabawy). Aby ułatwić skomplikowany (i długotrwały) proces składania modelu, do wydania dołączono szczegółowy plan techniczny z wszelkimi detalami konstrukcyjnymi statku. W łączeniu drobnych części nieoceniona będzie (poparta zdjęciami) instrukcja. Jest ona w każdym numerze kolekcji i dotyczy składania dodanych do numeru części.


Oprócz części Sokoła, wraz z kolekcją w nasze ręce trafiają również magazyny, które zawierają liczne informacje dotyczące budowy statku, kulisów produkcji filmów, a nawet ciekawostki dotyczące uniwersum Star Wars. I warto tu zaznaczyć, że jakość prezentowanych artykułów stoi na więcej niż przyzwoitym poziomie. W podobnych wydawnictwach często spotykamy się z marnej jakości publikacjami, które zazwyczaj mają na celu pełnić funkcję niekoniecznie chcianego dodatku. W przypadku Kolekcji Sokół Millennium jest jednak inaczej. Materiały bonusowe przygotowane zostały starannie i bardzo dokładnie pod względem merytorycznym. Już przy pierwszym zapoznaniu się z ich treścią znalazłem informacje, o których jeszcze nie miałem pojęcia (pomimo wieloletniego stażu jako fan Gwiezdnych wojen). Jeśli więc interesuje Was bogata historia świata Star Wars, przegląd statków, planet czy postaci, magazyny dołączane do kolejnych części Sokoła z pewnością staną się bardzo oczekiwanym dodatkiem.


Kolekcja Sokół Millenium jest dostępna wyłącznie w internecie, należy zamawiać ją na stronie wydawnictwa: KLIKAMY TU. Jeśli zdecydujecie się na prenumeratę, wraz z pierwszą przesyłką otrzymacie unikalny plakat, w drugiej znajdziecie segregator na poszczególne numery kolekcji, a w trzeciej niebieski t-shirt Star Wars (rozmiar uniwersalny). Pierwsza przesyłka (3 numery) kosztuje 39,99 zł (cena promocyjna), druga (2 numery) 79,98 zł, a trzecia i kolejne (po 4 numery w każdym) 159,96 zł. Każda z przesyłek wysyłana jest do prenumeratorów raz w miesiącu.

Czy warto zbierać powyższą kolekcję i złożyć legendarnego Sokoła Millenium? Odpowiedzi z pewnością będzie tyle samo, ilu znajdzie się zwolenników lub przeciwników tego rodzaju wydawnictw. Kolekcja Sokół Millennium to gadżet niewątpliwie skierowany do wielkich fanów Star Wars oraz osób, które znają się, a także nieraz już budowały skomplikowane modele różnych pojazdów. Musicie jednak mieć świadomość, że całość zaplanowano na 100 numerów, a przy podanej cenie za cały skompletowany model zapłacicie około 3780 zł. W tym wypadku wartość poniesionych kosztów i poświęconego czasu musicie przemyśleć już indywidualnie.


Tak czy inaczej, gotowy model z pewnością będzie czymś, co natychmiast stanie się niewiarygodną atrakcją w Waszej gwiezdnej kolekcji. Jeśli zamkniecie oczy, już teraz możecie oczami wyobraźni ujrzeć miny Waszych przyjaciół, rodziny i znajomych, którzy zobaczą gotowy statek, dumnie stojący na stole, lub też przyczepiony w dynamicznej pozycji przy ścianie. A nie będzie to byle co! Jeśli jednak mozolne składanie i kolekcjonowanie nie jest zupełnie w Waszym stylu, możecie zaopatrzyć się w podobny cenowo model Lego, o którym pisałem jakiś czas temu (tutaj).

To jak? Kto wsiada na pokład Sokoła? Jesteście gotowi na największą kolekcjonerską przygodę w galaktyce? :-)


Za udostępnienie 3 numerów Kolekcji Sokół Millennium dziękuję wydawnictwu DeAgostini.


czwartek, 20 września 2018

RECENZJA: Nienawidzę Baśniowa, tom 1 - I żyli długo i burzliwie (S. Young)


"Chcecie bajki? Oto bajka. Była sobie Pchła Szachrajka"... OK, zagalopowałem się. Może nie pchła, ale mała sześcioletnia Gertruda. Natomiast charakterek miała cokolwiek złowieszczy. Dlaczego? Ano, powiedzcie sami, co zrobilibyście, gdyby jakaś tajemnicza siła wciągnęła Was do przesłodzonej bajkowej krainy, z której wydostać się moglibyście dopiero po odnalezieniu magicznego kluczyka? Fajnie? Oj, nie wiem... A jeśli na bezowocnych poszukiwaniach spędzilibyście prawie trzy dekady, starzejąc się tak jak w rzeczywistym świecie, lecz wizualnie pozostając wciąż sześcioletnią dziewczynką? Tak, no właśnie... W końcu miarka by się przebrała i szybko wzięlibyście sprawy we własne ręce, prawda? Bo co za dużo, to niezdrowo, a nawet super słodki klimat Baśniowa może każdego doprowadzić do obłędu. Tym bardziej, jeśli znudzona Waszymi poczynaniami królowa, co rusz wysyłałaby kogoś, do odjęcia Wam ślicznej główki...

Tak zaczyna się nowy cykl Nienawidzę Baśniowa, autorstwa Skottie Younga. Otwiera go tomik I żyli długo i burzliwie. Wszystko jest tu słodkie, bajkowe i radosne. Ale do czasu. Pozorny lukier szybko przybiera karmazynową barwę krwi, a soczyste sceny gore zaczynają ścigać się o pierwszeństwo z nieograniczoną wyobraźnią autora. To istne połączenie Czarnoksiężnika z Krainy Oz z Happy Tree Friends. Coś dla siebie znajdą tu zwolennicy zakrzywionego spojrzenia na standardowy bajkowy świat oraz fani humorystycznej kreski, często prezentującej najbardziej przerysowane sytuacje. Choć nasza główna protagonistka Gertruda, szybko przeistacza się w typową antybohaterkę, w oczywisty sposób chcemy kibicować jej przez cały czas. Jej złość, bezsilność i determinacja udzielają się podczas poznawania słodkiego Baśniowa, nie pozostawiając wątpliwości, że my sami w takiej sytuacji też postępowalibyśmy podobnie.


Cechą główną serii Younga jest jednak humor. Choć krew leje się tu litrami, a flaki latają na prawo i lewo, ani przez chwilę nie da się tego traktować poważnie. To wielka zasługa scenariusza, który pokazuje zaczarowany świat w bardzo zakrzywiony sposób. Ogromną rolę w tej materii odgrywają także rysunki. Karykaturalne, odpowiednio słodkie (i drapieżne zarazem), nie pozwalają oderwać się od czytania ani na chwilę. Kolory, dynamika wydarzeń i szczegółowość to cechy, które autor opanował do perfekcji. Zdumiewa też olbrzymia ilość istot i postaci zamieszkujących Baśniowo. Wierzcie lub nie, ale od razu po przeczytaniu tego tomu zacząłem powoli wertować od początku wszystkie kartki, sycąc swe oczy kunsztem graficznym rysownika.

Scenariusz również nie należy do najsłabszych. Ciekawym zabiegiem okazał się pewien sprytny zwrot akcji, który o 100% zmienia stawkę w połowie opowieści. Zakończenie również oferuje przyciągający uwagę suspens, gwarantujący zainteresowanie kontynuacją każdemu, kto tylko przeczyta I żyli długo i burzliwie. Humor zaproponowany przez Younga jest na tyle dobry, że autentycznie szczerze zaśmiałem się kilka razy podczas lektury komiksu. Autor potrafi na udany żart wykorzystać zaledwie pojedynczy kadr, z powodzeniem ciągnie również dowcip przez kilka długich stron.


Na osobne pochwały zasługują jeszcze przekleństwa. Takie słodkie, bajkowe, ale jednak soczyste i dosadne! Zarówno warstwa graficzna, jak i fabuła opowieści dają wiele możliwości dobrej zabawy. Oczywiście, pod warunkiem, że kupicie taką konwencję. Nienawidzę Baśniowa jest oczywiście serią prześmiewczą, parodią gatunku, ale też próbą stworzenia na znanym schemacie czegoś nowego. I w zdecydowanej części się jej to udaje.

Brutalne przygody Gertrudy spodobają się tym z Was, którzy lubią bezpretensjonalny dowcip, mnogość kolorowych, dynamicznych postaci oraz świadome odrzucenie stereotypów. Wierzcie mi, naprawdę nie zawiodłem się na I żyli długo i burzliwie. Do komiksu podchodziłem z pewną rezerwą, bo jeśli nawet ilustracje przypadły mi do gustu, to nie byłem pewien moich odczuć na temat samej fabuły. Ta okazała się jednak całkiem niezła, a czas spędzony na lekturze minął mi błyskawicznie. Jeśli więc szukacie lekkiego i bezkompromisowego komiksu na wesołe, luźne popołudnie, odłóżcie na chwilę nowy tomik Harley Quinn. Sięgnijcie po Nienawidzę Baśniowa, a przekonacie się, że warto było dać mu szansę.



Tytuł: Nienawidzę Baśniowa, tom 1 - I żyli długo i burzliwie
Scenariusz: Skottie Young
Rysunki: Skottie Young
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 40 zł


Komiks Nienawidzę Baśniowa znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


wtorek, 18 września 2018

PATRONAT SKRZYDEŁ GRYFA: Aberrations. Bestia się budzi - Joseph Delaney


Joseph Delaney to autor, który pod przykrywką przygodowej powieści dla młodzieży potrafi przemycić niezwykle pomysłowy horror. Z jego najsłynniejszym cyklem - Kronikami Wardstone, zetknąłem się przy okazji premiery filmu Siódmy syn (2014). O ile sam obraz (luźno bazujący na pierwszej książce z serii) zawiódł na całej linii (no, może poza świetną rolą Jeffa Bridgesa), to mimo wszystko sprawił, że zapragnąłem poznać oryginał. Tak też zaczęła się moja przygoda z Tomem Wardem i stracharzem Gregorym, który uczył go swego fachu. Niezwykłe opowieści o czarownicach, boginach, lamiach, upiorach i skeltach zawładnęły moją wyobraźnią, sprawiając, że przez ostatnie dwa i pół roku po książki Delaney'a sięgałem częściej niż po dzieła jakiegokolwiek innego autora.

Wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć. W ten sposób moja przygoda z Kronikami Wardstone oraz ich kontynuacją - Kronikami Gwiezdnej Klingi, wreszcie dobiegła końca. Lecz dla fanów talentu Delaney'a nie oznacza to bynajmniej żadnej tragedii. Nakładem wydawnictwa Jaguar ukazała się właśnie jego najnowsza książka - Aberrations. Bestia się budzi, będąca pierwszą częścią nowego, fantastycznego cyklu. Co nam przynosi aktualne dzieło pisarza? Z pewnością to, czego się po nim spodziewamy - dużo dobrej, mrocznej zabawy oraz interesujące, nastoletnie postacie. Lecz to oczywiście nie koniec atrakcji!

Aberrations. Bestia się budzi, opowiada historię Sprytka, młodego chłopaka, który ostatni rok spędził ukrywając się w piwnicy rodzinnego domu. Chroniony bezpieczną magią, zostaje wkrótce zmuszony wyruszyć w nową, nieoczekiwaną podróż. Wraz z ojcem udaje się do zamku Lancaster, gdzie zostaje mianowany na pomocnika walczących z tajemniczą anomalią bramomantów. Szol, bo tak nazywa się wspomniane zjawisko, od wielu dziesięcioleci spędza sen z powiek mieszkańców. Niebezpieczna osobliwość wciąż zbiera straszliwe żniwo, zmieniając wszystko co sobą obejmie, w przerażające, wynaturzone aberracje. Od teraz Sprytek, mianowany na stanowisko czerwia bramy, będzie zmuszony pomagać w badaniach nad tym wielkim zagrożeniem. Wkrótce znajdzie też szczerą przyjaźń, lecz wszystko zmieni się, gdy wredne pomysły jednego z bramomantów przybiorą na sile, a ojciec chłopaka zaginie w trakcie jednej z misji.

Joseph Delaney z niezwykłą lekkością tworzy barwne, fantastyczne światy. Abarrations oferuje czytelnikowi całkiem nowe realia, wykreowane niezwykle precyzyjnie i szczegółowo. Czuć tu również wielkie zamiłowanie autora do klasycznego horroru. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że gdyby na podstawie jego książek stworzyć wierne filmowe adaptacje, z pewnością zyskałyby miano najbardziej przerażających w historii. Nie wierzycie? Sięgnijcie po Aberrations! Tylko dzięki obraniu młodzieżowej stylistyki pewne mroczne aspekty zostają nieco złagodzone, lecz pod tą przykrywką czai się prawdziwie przerażająca treść. W tej powieści Delaney idzie zresztą jeszcze dalej, bo niewyjaśniona istota Szolu dała mu możliwość wykreowania najbardziej zmyślnych, obrzydliwych hybryd. Zapomnijcie więc o zjawach czy czarownicach (choć te ostatnie również się tu pojawiają). Czytając tą powieść, miałem wrażenie, że pisarz wreszcie pozbył się wszelkich hamulców, radośnie tworząc to, co może przynieść jego nieskrępowana wyobraźnia.

Aberrations. Bestia się budzi pod pewnym względem przypomina mi strukturę książek Anny Kańtoch (Tajemnica godziny trzynastej). Podobnie jak polska pisarka, Delaney tworzy wielką tajemnicę, której od początku do końca nie rozumieją ani bohaterowie, ani czytelnik. Dzięki temu zabawa z odkrywaniem wszystkich sekretów jest wprost wyśmienita. Autor nie męczy też odbiorcy nadmierną ekspozycją. Czyniąc z niej główny element niewiadomej, ujawnia ją stopniowo na poszczególnych kartkach książki. Główne postacie budzą niekłamaną sympatię, z łatwością można się z nimi identyfikować. Nie ulega więc wątpliwości, że cały sekret Szolu oraz sympatyczni protagoniści są największymi atutami powieści. Tymczasem to klimat jest tym, co będzie trzymać Was w napięciu od początku do końca lektury. Z kolei finał, obiecujący niemniej ekscytujący ciąg dalszy, spędzi sen z powiek tym z Was, którzy sięgną po książkę.

Aberrations można śmiało polecić wszystkim fanom dobrej fantastyki. Książka napisana została łatwym do zrozumienia językiem, na każdym kroku zaskakując pomysłowością oraz świetnym wyczuciem klimatu. Pierwszy tom przygód Sprytka to mroczna opowieść dla czytelników w każdym wieku. Delaney ponownie stworzył lekturę zapewniającą wiele godzin niegłupiej rozrywki, strasząc czytelnika, tak jak tylko on potrafi najlepiej. Dlatego warto zanurzyć się w nieokiełznanej wyobraźni pisarza i poczuć na własnej skórze, jak niebezpiecznym zjawiskiem jest Szol. Wejście do niego niewątpliwie Was odmieni. Staniecie się głodnymi dalszych czytelniczych wrażeń bestiami, pragnącymi pochłonąć dalszy ciąg tej historii. A później z pewnością nabierzecie ochoty na więcej!


Aberrations. Bestia się budzi - Joseph Delaney
Wydawnictwo Jaguar 2018
Przekład: Paulina Braiter
ISBN: 978-83-7686-723-6.
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 34,90 zł



niedziela, 16 września 2018

Konkurs Skrzydeł Gryfa oraz wydawnictwa Jaguar!

Wraz z wydawnictwem Jaguar zapraszam Was na specjalny konkurs, w którym do wygrania są cztery egzemplarze najnowszej powieści Josepha Delaney'a - Aberrations. Bestia się budzi! Skrzydła Gryfa dumnie patronują wydaniu tej niesamowitej książki.

Pytanie konkursowe znajdziecie w przypiętym poście na naszym facebook'owym fanpage'u. Na odpowiedzi czekamy do 22 września b.r. o północy. Zapraszam serdecznie!



sobota, 15 września 2018

RECENZJA: Batman - Detective Comics, tom 3: Liga Cieni (J. Tynion IV, M. Takara, Ch. Duce)


Choć główna seria z Batmanem (autorstwa Toma Kinga) nie należy do tych najgorszych, znacznie bardziej podobają mi się przygody Nietoperza w drugim cyklu, wychodzącym w ramach DC Odrodzenie. Mam tu na myśli legendarne Detective Comics, czyli tytuł stanowiący niejako rozszerzenie uniwersum Mrocznego Rycerza. Popularność ma swoją cenę, toteż twórcy odpowiedzialni za kształt wszystkich historii zobligowani są wymyślać coraz więcej opowieści o najbardziej znanych bohaterach. Tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z tytułem, w którym wiele dekad temu Batman odnotował swój wiekopomny debiut. Dzięki temu urodzajowi, ulubione postacie wracają ze zdwojoną siłą, ku uciesze wiecznie spragnionych, żądających coraz więcej atrakcji czytelników. 

Najnowsze odsłony Detective Comics skupiają się w głównej mierze na losach nowej drużyny Batmana. Clayface, Batwoman, Azrael, Batwing, Spoiler i Orphan pomagają Gackowi w utrzymaniu porządku w Gotham City, jednocześnie mierząc się z własnymi kłopotami i słabościami. Podobnych atrakcji nie brakuje także w Lidze Cieni. Jak już sam tytuł wskazuje, album opowiada o tajemniczym stowarzyszeniu, które jak dotąd istniało wyłącznie w miejskich legendach. Niestety, czasem prawda jest dziwniejsza niż zmyślenie, toteż szybko okazuje się, że owa liga działa naprawdę i ma zamiar zmieść całe Gotham z powierzchni Ziemi. Co jeszcze ciekawsze, ich przywódczyni, niepokonana Lady Shiva, przybyła do miasta Nietoperza szukając swej córki. Cała sytuacja robi się jeszcze bardziej skomplikowana, ponieważ grupa nadal boryka się ze śmiercią Red Robina oraz odejściem Orphan. 


Fabuła Ligi Cieni skupia się na postaci Orphan i to właśnie z jej perspektywy obserwujemy większość wydarzeń. Fajnie, że druga seria o Batmanie nie eksploruje uparcie tytułowej postaci, dając szansę pokazania czytelnikowi także innych, niemniej ciekawych protagonistów. W poprzednich tomach akcja najbardziej skupiała się na losach Batwoman i Spoiler, tym razem James Tynion IV wziął na warsztat historię Cassandry Cain. Jak się okazuje, za tą niezwykle mroczną postacią idą w parze niemniej interesujące przeżycia. Związek Cassie z najważniejszymi wydarzeniami tomu był w zamyśle autorów dobrym pomysłem, niestety realizacyjnie nie wszystko poszło tak jak powinno.

Jeśli po Detective Comics oczekujecie dobrej, dynamicznej akcji, ta odsłona nie zawiedzie Waszych nadziei. Gorzej, gdy zachęceni ogólnie rozrysowanym konceptem, zapragniecie dobrego podbudowania psychologicznego i uzasadnionego ciągu przyczynowo-skutkowego w decyzjach głównych bohaterów. Trochę szkoda, bo nie wszystkie kroki, które podejmuje Orphan zostały przemyślane w satysfakcjonujący sposób. O ile sama Cassie jest świetnie skrojoną postacią (jej historię i przebytą drogę kupiłem bez mrugnięcia), to jednak zbyt wiele postanowień dziewczyny pada na zasadzie tymczasowej fanaberii. Posągowa postać Batmana również nie pomaga zaakceptować decyzji oraz działań młodej bohaterki. Nie piszę dokładnie o co chodzi, aby nie psuć nikomu frajdy z czytania, lecz myślę, że sami wyłapiecie podczas lektury mój punkt widzenia.


Sam wątek Ligi Cieni jest całkiem ciekawy. O ile Jamesa Tyniona IV zawiodła dobra ręka w kształtowaniu przemyślanej drogi postaci, to już główna oś fabularna udała mu się prawie bez zarzutu. Tajemnica Ligi jest wciągająca, jej dotychczasowe ukrywanie w cieniu dobrze umotywowane, a udział w akcji samego Ra'sa Al-Ghula dodaje całości niewątpliwego smaczku. Lady Shiva również jawi się jako ciekawy arcyłotr, a jej dążenia, mające na celu zniszczenie Gotham, (choć dość stereotypowe), wywołują zainteresowanie czytelnika. Trochę gorzej dzieje się, kiedy dochodzimy do sceny konfrontacji Orphan z przemożnymi siłami stowarzyszenia. Podobną głupotkę zaserwowano nam już w drugim tomie Batmana (Jestem samobójcą), miałem więc nadzieję, że coś takiego już się nie powtórzy. No cóż, widać nieszczęścia chodzą parami... 

Liga Cieni jest więc dość nierównym komiksem. Z jednej strony zaskakuje ciekawym pomysłem fabularnym oraz świetnie wykreowanymi postaciami, zawodzi jednak przy uzasadnianiu wyborów podejmowanych przez głównych bohaterów. Choć pewien spadek formy jest w tym tomie zauważalny, to mimo wszystko polecam Wam trzecią odsłonę Detective Comics. Akcja toczy się wartko, a mroczne ilustracje Marcio Takary uzupełniają całą opowieść o tak potrzebny w niej klimat grozy i niebezpieczeństwa. Choć prace Christiana Duce czy Fernando Blanco dodają reszcie tomu klimat realizmu, to jednak prace Takary zapadną na dłużej w Waszej wyobraźni. Dwie krótkie historie zaprezentowane w finale zwiastują bardzo interesujące wydarzenia, toteż uważam, że warto pozostać przy czytaniu serii. Mam nadzieję, że następne tomy wyrównają poziom, oferując nam jeszcze lepsze historie z Batmanem i jego drużyną w rolach głównych.



Tytuł: Batman - Detective Comics, tom 3: Liga Cieni
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Marcio Takara, Christian Duce, Fernando Blanco
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z Batmanem oraz z serii Detective Comics znajdziecie na stronie Egmontu


wtorek, 11 września 2018

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 3 - Poszukiwanie nadziei (R. Venditti, R. Sandoval, J. Tarragona)


Nie tylko Marvel posyła swoich bohaterów ku kosmicznym przygodom. DC też robi to regularnie, a najbardziej znanym przykładem tego stanu rzeczy jest najnowsza seria (wydawana w ramach DC Odrodzenie) - Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Poza wyżej wymienioną, miałem przyjemność poznać też drugi wydawany obecnie cykl, czyli Zielone Latarnie (Green Lanterns). W odróżnieniu od międzygwiezdnych przygód Latarników, opowiada ona o staraniach Jessiki Cruz i Baza Simone'a podczas przestrzegania porządku i zapewniania bezpieczeństwa na Ziemi. Poprzednie recenzje przygód Hala Jordana i reszty Zielonych Latarni znajdziecie tu i tu. Tymczasem, już na wstępie do recenzji przyznam Wam, że powyższa seria robi się z każdą odsłoną coraz lepsza!

Fabuła Poszukiwania nadziei podzielona została na dwie historie. Pierwsza, zatytułowana tak jak cały tom, opowiada o staraniach Johna Stewarta ku zjednoczeniu Korpusu Zielonych Latarni z Korpusem Sinestro. W czasie gdy dowódca boryka się z problemami wzajemnych  uprzedzeń oraz niechęci wśród latarników, Hal wraz z Kylem Renerem udają się w podróż, celem odszukania ostatniego Blue Lanterna. Wielkie misje wymagają wielkich poświęceń, jednak to na barkach Guy'a Gardnera spoczywać będzie największy trud. I to taki, który nieopatrznie sam sobie wyznaczy. W drugiej opowieści - Pryzma czasu, centrum dowodzenia latarników odwiedzi niejaki Rip Hunter. Jak się okaże, mężczyzna, na którego palcu błyszczy zielony pierścień, jest jednym z Władców Czasu. Hunter przybył na Mogo z misją zapobieżenia destrukcji całego korpusu. W tym samym czasie bohaterowie zostaną zmuszeni do walki z przeciwnikiem, którego nie da się pokonać siłą żadnych konstruktów.

Powierzenie tworzenia serii Robertowi Vendittiemu było świetnym krokiem wydawnictwa. Scenarzysta ten ma niewątpliwy dar do prowadzenia kilku wątków na raz. Świetnie radzi sobie również w przypadku opowiadania historii, w której występuje bohater zbiorowy. Poszukiwanie nadziei jest komiksem, gdzie równocześnie (w wielu miejscach) rozgrywają się zdarzenia wpływające na całą treść tomu. Autor doskonale radzi sobie z rozległą, zaplanowaną z wyprzedzeniem fabułą, gdzie sporo szczegółów będzie mieć znaczenie również w kolejnych odsłonach. Dzięki jego skrupulatności całość czyta się z tomu na tom coraz przyjemniej, na co niemały wpływ mają też poszczególne postacie z samej historii.


Trudno w Poszukiwaniu nadziei wybrać postać, którą lubi się najbardziej. Każdy z latarników ma wyraźne cechy, czyniące go w oczach czytelnika tym najfajniejszym i najciekawszym. Moim zdaniem na tytuł największego twardziela zasługuje Guy Gardner. Jego nieokrzesanie i wewnętrzny upór są przyczyną niesamowitych wydarzeń w pierwszej części komiksu. Za sprawą traumy z młodości wyznacza całemu Korpusowi nowy cel, jednocząc się z istotą, której bezwzględność mogłaby być przyczyną rozpadu nowego sojuszu. Guy to postać trudna, zadziorna, działająca pozornie bez zastanowienia, jednak posiadająca wielkie serce. To właśnie jemu będę kibicował w kolejnych odsłonach cyklu.

Na uwagę zasługuje też motyw zmian dokonywanych w przyszłości. Venditti zastosował ten zabieg z rozmysłem, tworząc ciekawą klamrę dla kontynuacji serii oraz wpływu zaprezentowanych wydarzeń na pewną dwójkę postaci. Jestem strasznie ciekaw, jak sprawy potoczą się w kolejnym tomie, bo wszystko wskazuje na to, że kolejna część, zatytułowana Rozłam, zawierać będzie niemało odniesień do przedstawionych tu wypadków.

Za rysunki w albumie odpowiadają Rafa Sandoval, Jordi Tarragona, Ethan Van Sciver oraz V Ken Marion. Trzeba przyznać, że choć każdy z tych twórców prezentuje nieco odmienne spojrzenie na przygody Zielonych Latarni, ich prace spokojnie mieszczą się w określonej stylistyce tytułu. Najciekawiej wypadli Sandoval i Ken Marion, szczególnie skłaniam się jednak ku pracom tego pierwszego, ponieważ tworzy niezwykle sugestywną dynamikę kadrów, połączoną z plastyczną gładkością obrazowanych wydarzeń.

Poszukiwanie nadziei to niezwykle wciągająca podróż do świata galaktycznej policji. Jeśli lubicie kosmiczne klimaty, oraz dobrze skrojone postacie, z pewnością uznacie najnowszy tom za jeden ze swoich ulubionych. Oprócz mnogości szybkiej akcji, znajdziecie tu również bardzo wciągającą, angażującą fabułę, która zachęci Was do sięgnięcia po wcześniejsze, jak i kolejne tomy serii. Sam ten fakt powinien posłużyć za wystarczającą rekomendację. A zatem: zakładać zielone pierścienie i do lektury! ;-)



Tytuł: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 3 - Poszukiwanie nadziei
Scenariusz: Robert Venditti
Rysunki: Rafa Sandoval, Jordi Tarragona, Ethan Van Sciver, V Ken Marion
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie komiksy o Zielonych Latarniach z DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 7 września 2018

Czy powinniśmy bać się Zakonnicy (2018)?


Filmowy cykl Obecność (2013) to chyba jedno z najciekawszych zjawisk, jakie pojawiło się w tematyce horroru w ciągu ostatniej dekady. Nie tylko otworzył drogę dla całego tematycznego uniwersum, ale przede wszystkim udowodnił, że w dzisiejszych czasach wciąż można kręcić dobre produkcje grozy, które rozerwą, a nawet trochę wystraszą widzów. Obie części Obecności oraz Annabelle (2014) i Annabelle: Narodziny zła (2017) bardzo przypadły mi do gustu, toteż bardzo czekałem na kolejną mroczną opowieść ze świata opętań i demonów. Tym bardziej, że miała ona przybliżyć historię ducha pewnej zakonnicy, pojawiającej się na obrazie w Obecności 2 (2016).

W Zakonnicy, wraz z trójką głównych postaci przenosimy się do dalekiej Rumunii, gdzie odwiedzamy nieomal zapomniany zakon, w którym doszło do niewyjaśnionego samobójstwa jednej ze służebnic. Watykan wysyła na miejsce swojego specjalistę od spraw duchowych, Ojca Burke'a (Demian Bichir), który w podróż zabiera młodą zakonnicę, Siostrę Irenę (Taissa Farmiga). Na miejscu dołącza do nich lokalny dostawca żywności, niejaki Francuzik (Jonas Bloquet), który odkrył ciało martwej kobiety. To on wskazuje dwójce duchowych drogę do klasztoru. Na miejscu bohaterów czeka to, co najczęściej ma miejsce w horrorach: groza, mroczne sekrety i walka o własne życie.


Czy piąta odsłona cyklu spełniła swoje zadanie? No cóż, najlepiej będzie, jeśli napiszę to od razu: Zakonnica jest niestety najsłabszą częścią filmowego cyklu. Od razu uspokoję jego najwierniejszych fanów - na szczęście nie jest to film beznadziejny. Choć sporo elementów nie zagrało w nim jak należy, wiele zasługuje na pochwałę. Zacznę więc od plusów. Bardzo istotnym elementem, który ustala charakter każdego horroru, jest klimat grozy. A tego tutaj nie brakuje. Znakomite zdjęcia, scenografia, oświetlenie oraz muzyka - wszystko zostało dopasowane i dopieszczone pod każdym względem. Nastrój niepewności oraz fakt obcowania z czymś nienaturalnym da się wyczuć już od pierwszego przekroczenia progu zakonu. Efekt ten działa od samego początku filmu, do ostatniej sceny przed napisami końcowymi. Pod względem atmosfery i wizji Zakonnica porywa widza w prawdziwie mroczną podróż.

Na kolejną pochwałę zasługują bohaterowie. Cała trójka badająca nawiedzony zakon wzbudza sympatię widza, co jest ważne, bo zbudowanie dobrego wizerunku postaci zawsze pomaga zaangażować się w opowiadaną historię. Ten efekt utrzymuje się przez cały czas trwania filmu, a bardzo przydatne w jego uzyskaniu były m.in. dobrze skrojone, zabarwione humorem sceny z samego początku produkcji. Całkiem korzystnie wypadają też mające przerazić nas efekty specjalne, choć poza stroną wizualną nie można powiedzieć o nich już wiele dobrego. I tu niestety przechodzimy do minusów.


Zakonnica zawodzi w podstawowym elemencie, w jakim powinien sprawdzić się każdy horror. Film nie potrafi porządnie wystraszyć. Owszem, co wrażliwsi widzowie znajdą w nim całą masę przedłużanego napięcia oraz tzw. jumpscare'ów, ale to w zasadzie wszystko, co ta produkcja ma nam do zaoferowania. Trochę słabo, zważywszy, że potencjał był bardzo duży. Oczywistym jest, że w dzisiejszych czasach kino pokazało już tak wiele sposobów straszenia widza, że ciężko jest wymyślić coś nowego. Mimo wszystko można próbować czerpać garściami z dorobku gatunku, wyciągając z szafy i odkurzając co ciekawsze z pomysłów. Niczego takiego przy powstawaniu filmu nie wykorzystano. Tytułowa bohaterka też nie wnosi wiele do całości. Jeśli widzieliście ją w Obecności 2, tu nie ujrzycie niczego nowego. Niestety, Corin Hardy (reżyser) oraz Gary Dauberman (scenariusz) nie odrobili dokładnie pracy domowej. Przez ich nieudolność, w trakcie całego filmu jesteśmy skazani na mimowolne podskakiwanie na fotelu, oraz nużące procesje snujących się po klasztorze duchów zakonnic.

Szkoda, że nie potraktowano tematu z większą fantazją i pomysłowością, bo Zakonnica mogła być najlepszą częścią z całego filmowego cyklu. Być może winą za wszystko można obarczyć osobę reżysera (który dotychczas sprawdzał się wyłącznie jako twórca krótkich form filmowych), lub zbytnią pewność wytwórni, która ślepo założyła, że wypracowana marka sprawdzi się bez udziału większego wysiłku twórców. Na szczęście film nie razi głupotą i daje pewną frajdę w trakcie całego seansu. Potrafi wciągnąć tajemnicą klasztoru i urzec pięknymi wnętrzami oraz scenografią, lecz zabrakło w nim niestety czegoś niepowtarzalnego, co sprawiłoby, że zapamiętamy go na kilka najbliższych lat. Tym sposobem dostaliśmy produkcję zapewniającą nieco fajnej rozrywki, lecz nie sprawi ona, że nowi widzowie sięgną z ciekawością po poprzednie filmy z cyklu.



Tytuł: Zakonnica (The Nun)
Scenariusz: Gary Dauberman
Reżyseria: Corin Hardy
Aktorzy: Demian Bichir, Taissa Farmiga, Jonas Bloquet, Bonnie Aarons, Ingrid Bisu
Wytwórnia: Warner Bros.
Data premiery: 7 września 2018 (USA, Polska)
Czas trwania: 96 min.