środa, 31 października 2018

Halloween (2018) wraca po czterech dekadach i... wciąż straszy!


Dokładnie czterdzieści lat temu John Carpenter zrealizował film, który nie tylko wpisał się na stałe do kalendarza dzisiejszego wesołego święta, ale przede wszystkim otworzył furtkę dla nowego nurtu w filmowym horrorze. Slashery, bo o nich tutaj mowa, narodziły się wraz z premierą kultowego Halloween (1978). Cały koncept tego typu produkcji polega na tym, że grupę niczego nie podejrzewających bohaterów ściga maniakalny oprawca z nożem w dłoni. Krew leje się więc równo, a trup ściele gęsto. Na przestrzeni dziesięcioleci gatunek przeszedł oczywistą transformację, często graniczącą z zarżnięciem samego konceptu i brutalnym zajechaniem formuły. Do tak zbrodniczego procederu przyczyniły się m.in. same kontynuacje Halloween, których na fali popularności tytułu powstało zdecydowanie zbyt wiele. 

W tym roku, reżyser i scenarzysta David Gordon Green, idąc śladami legendarnego twórcy cyklu, postanowił zmierzyć się z klątwą obłąkanego mordercy, Michaela Myersa. Opowiedział nam historię jego powrotu i zemsty, jaką zaplanował dla swej niedoszłej ofiary, Laurie Strode. Green sprytnie ominął wszystkie remake'i, kontynuacje i alternatywne wersje, skupiając się wyłącznie na ciągu dalszym opowieści rozpoczętej czterdzieści lat temu. Postawił na czar oryginału, swojej miłości do kina oraz metodyki tworzenia strasznych filmów, która rozwinęła się w kinematografii przez te wszystkie lata. I wykorzystał powyższe składniki z prawdziwą gracją i zręcznością!


Fabuła tegorocznego Halloween skupia się na ucieczce Myersa z zakładu dla obłąkanych oraz Laurie, która przez wszystkie lata od ostatniego ataku mordercy szykowała się na jego powrót. Niewiele osób zdaje sobie sprawę jak bezwzględnym złoczyńcą jest Michael. Jego leczenie nie przyniosło żadnych skutków, a głębokie odcięcie od kontaktu z otoczeniem sprawiło, że złoczyńca na stałe otoczył się murem złowrogiej psychozy. Świadoma zagrożenia Laurie, od długiego czasu szykując się na powtórkę z koszmaru, zniszczyła życie własnej córki i wnuczki, popadając w głęboką paranoję. Nieustannie kieruje nią przekonanie o zemście Myersa i wielkim zagrożeniu dla jej najbliższej rodziny. 

Film Greena opowiada ciąg dalszy oryginalnej historii w bardzo przemyślany sposób. Znajdziemy tu ogromny szacunek do pierwowzoru oraz inspirację, która pozwoliła twórcy zrealizować większą część scen w stylu zapoczątkowanym przez Carpentera. Niektóre z ujęć żywo przypominają kadry z klasycznego Halloween. Z pewnością szybko wyłapią i docenią je fani klasyka, jednak najważniejszym jest, że reżyser używa modelowej stylistyki do opowiedzenia czegoś nowego, co tylko korzysta z siły kultowego dzieła. Na szczęście film umie też pokazać widzowi współczesną twarz kina grozy, otwierając się na rozwiązania obecne w aktualnych produkcjach. Z korzyścią dla nas Green wybiera tylko dobre koncepcje, nie przesadzając z przesyconą stylistyką, będącą bolączką ostatnich lat w większości horrorów. Jest więc krwawo (choć bez przesady), nastrojowo i niebezpiecznie. Jumpscare'ów jest niewiele (jeden bardzo udany), wszystkie sceny z Myersem wybrzmiewają mocno, a tempo filmu jest dopracowane pod każdym względem.


Halloween to oczywiście produkcja wpisująca się w tradycyjną konwencję kina grozy, będziecie więc musieli przymknąć oko na pewne niedopowiedzenia czy uproszczenia. Michael Myers to zło wcielone, toteż trzeba mieć świadomość, że nie imają się go kule, nie da się go również zabić potrącając samochodem. Taka kreacja postaci nawiązuje do genezy gatunku, gdzie złoczyńca powraca raz za razem, czyniąc życie bohaterów istnym koszmarem. Warto też zwrócić uwagę na kilka ciekawych, dość niekonwencjonalnych zwrotów akcji, które zaserwował nam reżyser. Czerpiąc inspirację z klasyki, potrafił zmienić w swoim filmie to i owo, zaskakując mnie w pewnych kluczowych momentach. Na szczególną uwagę zasługuje scena z pomocną dłonią, jaką otrzymuje w drugim akcie Myers, oraz krótka chwila w trzeciej części filmu, podczas której, unikając oklepanego wzorca ofiara zamienia się miejscami z oprawcą.

Ciekawym zabiegiem było stylistyczne oddzielenie każdego z trzech filmowych aktów. W pierwszym mamy do czynienia z narastającym napięciem, kiedy obserwujemy Myersa zamkniętego w zakładzie dla obłąkanych, a także parę samozwańczych dziennikarzy, którzy próbują przygotować materiał o jego dokonaniach. Drugi to klasyczny slasher, gdzie sympatycy gatunku dostaną to, na co czekali, natomiast trzecia część stanowi już ostateczne stracie Laurie z Michaelem. Wszystkie te części sprawiają, że Halloween nie nudzi nawet przez chwilę. Mało tego, napięcie rośnie wraz z czasem trwania filmu, sprawiając, że z każdą minutą tylko mocniej wchodzimy w klimat produkcji.


Fantastycznie wypadła Jamie Lee Curtis, wcielając się w główną postać filmu. Jej obecność dodała historii autentyczności, tak potrzebnej w przypadku opowieści o fikcyjnym zabójcy. Za sprawą jej gry aktorskiej byłem w stanie uwierzyć, że naprawdę spędziła całe swe dotychczasowe życie na przygotowaniach do powrotu Myersa. Świetnie odegrała też sceny, w których ugina się pod ciężarem wieloletniej presji i postępującym załamaniem nerwowym. Film obfituje w kilka innych, silnych kobiecych ról. Zarówno, babcia, jak i matka oraz nastoletnia córka skupiają na sobie większość ekranowego czasu. Sympatycy feministycznych akcentów powinni być więc zadowoleni. Co ciekawe, w Halloween bardzo dobrze wypadają pozostałe postacie. Każda śmierć wywołuje uczucie żalu, ponieważ prawie wcale nie ma tu bohaterów, którzy działaliby mi na nerwy lub zwyczajnie bym ich nie lubił. 

Film Davida Gordona Greena jest bardzo udanym horrorem. Idealnie sprawdza się jako kontynuacja kultowego Halloween, pokazując jak powinno się tworzyć kolejne części tej serii. Prezentuje kilka ciekawych rozwiązań fabularnych, dumnie i z polotem czerpiąc z pierwowzoru. Nie boi się puszczać oka do wieloletnich sympatyków cyklu, umiejętnie rozwijając współczesny warsztat kina grozy. Jeśli odnajdujecie się w klimacie filmowych slasherów, najnowsza opowieść o morderstwach Myersa sprawi Wam wiele frajdy. To nie tylko idealny film na każde Halloween, ale też najlepszy horror, jaki widziałem w tym roku. Straszny, ciekawy, dobrze zrealizowany. Od dziś stanie się jedną z obowiązkowych pozycji podczas mojego maratonu z produkcjami grozy, a maska Micheala znów będzie ścigać mnie w snach. I choć wiem, że to tylko wymyślona historyjka, w każdy jesienny wieczór, idąc ciemna ulicą nieraz obejrzę się za siebie. Bo tak działa rozbudzona strasznymi historiami wyobraźnia. I wcale nie mam zamiaru tego zmieniać. ;-)



Tytuł: Halloween (Halloween)
Scenariusz: David Gordon Green, Danny McBride
Reżyseria: David Gordon Green
Aktorzy: Jamie Lee Curtis, Judy Greer, Andi Matichak, Nick Castle, Haluk Bilginer, Will Patton, Rhian Rees
Wytwórnia: Miramax/Universal Pictures
Data premiery: 19 października 2018 (USA), 26 października 2018 (Polska) 
Czas trwania: 106 min.

poniedziałek, 29 października 2018

RECENZJA: Hawkeye kontra Deadpool (G. Duggan, M. Lolli, J. Camagni)


Deadpool i Hawkeye. Etatowy śmieszek Marvela i ten mniej istotny Avenger. Razem we wspólnej historii. Czy to mogło się udać? Nigdy nie mów nigdy, dlatego też spotkanie obu panów nie jest w sumie niczym zaskakującym. Tym bardziej, że rozgrywa się w ramach jednego uniwersum. Co równie ważne, poniższa opowieść jest zamkniętym one-shotem, nie wchodzącym w skład żadnej większej serii. Byłem ciekaw tej historii głównie ze względu na Hawkeye'a, którego przygód w Marvel Now! (mocno chwalonych tu i ówdzie) jeszcze nie czytałem. Z przyjemnością sięgnąłem więc po dzieło Gerry'ego Duggana aby przekonać się, w jaką przygodę wpakowali się wspólnie ci dwaj bohaterowie.

Akcja Hawkeye kontra Deadpool zawiązuje się podczas święta Halloween, kiedy to pod drzwi domu Clinta  trafia pewien młody mężczyzna, prosząc naszego łucznika o pomoc. W taką noc w roku wszystko może wydawać się nieco inne niż jest w rzeczywistości, toteż Hawkeye odprawia delikwenta z kwitkiem, sugerując mu wizytę na komisariacie. Nie ma się czemu dziwić, tym bardziej, że chwilę wcześniej odwiedziła go rozwydrzona grupka dzieciaków oraz dwie znajome z pociechami, w towarzystwie samego Wade'a Wilsona. Wkrótce po tym zajściu rozlegają się strzały na ulicy, a niedoszły gość Bartona zostaje nagle zamordowany. Hawkeye wraz z Deadpoolem błyskawicznie ruszają do akcji, jednak zamiast oczekiwanych odpowiedzi uzyskują tylko więcej pytań. Zabójca okazuje się być pod wpływem jakiejś nieznanej formy hipnozy, a jedyny ślad będący kluczem do rozwikłania zagadki tkwi w odnalezionym przez Wade'a pendrivie. Bohaterowie nie zdają sobie sprawy, że za całą tą intrygą kryje się pewna przebiegła złodziejka, której celem jest wejście w posiadanie wszystkich tajemnic organizacji zwanej T.A.R.C.Z.Ą.


Komiks Duggana, Lolli'ego i Camaginiego to szybki, lekki akcyjniak. Z pewnością najbardziej spodoba się sympatykom wszelkich detektywistycznych klimatów, lecz dla czytelników ceniących nienachalny humor także znajdzie się tu to i owo. Wydarzenia toczą się wartko, fabuła wciąga kilkoma ciekawymi pomysłami, ale co najważniejsze, całość jest dość przystępna i nie robi wrażenia wymyślania czegokolwiek na siłę. Należy więc stwierdzić jasno: wszystkie składniki dobrano i wymieszano w idealnych proporcjach.

Główna siła komiksu leży także w zestawieniu obydwu tytułowych postaci, które różnią się od siebie chyba prawie wszystkim. To właśnie wspólna dynamika Deadpoola i Hawkeye'a prowadzi nas do wyjaśnienia zagadki, lecz w żadnym wypadku nie liczcie, że będzie to prosta droga. Potencjał drzemiący w połączeniu ze sobą tych dwóch delikwentów został wykorzystany wzorowo, oferując wiele ciekawych interakcji oraz kilka naprawdę wesołych scen. Hawkeye kontra Deadpool to coś na kształt buddy movie, tylko z przełożeniem na język komiksu. Przeciwwagą w zmaganiach Deadpoola i Hawkeya uczyniono Kate Bishop, która nie tylko rozładowuje napięcie rosnące pomiędzy dwoma bohaterami, ale również świetnie radzi sobie jako główna postać kobieca. Czuję, że nie została dodana na siłę i naprawdę sporo wnosi do relacji obu panów jak i samej fabuły komiksu.


Rysunki Matteo Lolli'ego i Jacopo Camagini'ego fajnie oddają klimat opowieści. Szczególnie sprawdzają się w dynamicznych pościgach czy pojedynkach, ale jeszcze intensywniej kreują swoisty, nieco cartoonowy charakter całości. Specyficzna kreska przywołuje realizm nowojorskich ulic, łącząc go z typowo znamiennym, superbohaterskim stylem. Kadry są czytelne, nawet te przepełnione wydarzeniami i akcją, co świetnie koresponduje z pogmatwaną (chwilami) fabułą. Nie jest to więc nic specjalnie wyszukanego, ale w tej konwencji rysunki świetnie pasują do treści.

Hawkeye kontra Deadpool to historia obrazkowa, którą dobrze mieć ze sobą, jeśli wybieracie się w krótką podróż pociągiem, albo macie do zabicia kilka wolnych kwadransów. Do jej zrozumienia nie jest też wymagana znajomość całego uniwersum Marvela. Nie mogę napisać, że scenariusz Duggana jawi się jako dzieło szczególnie odkrywcze, ale bawiłem się podczas lektury bardzo dobrze. Stale kibicowałem bohaterom, zastanawiając się nad finałem opowieści, a nawet kilkakrotnie zdarzyło mi się parsknąć ze śmiechu. Jeśli więc nie przeszkadza wam specyficzny styl Deadpoola i lubicie kryminalne powieści z szybką akcją, śmiało sięgajcie po nowe dzieło Marvela. Choć poniższa przygoda wypada jak należy, nie ma też ambicji do bycia czymś znacznie więcej. I nic nie szkodzi, bo od większych aspiracji mamy zupełnie inne tytuły.



Tytuł: Hawkeye kontra Deadpool
Scenariusz: Gerry Duggan
Rysunki: Matteo Lolli, Jacopo Camagini
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z cyklu Marvel Now! znajdziecie na stronie Egmontu.



sobota, 27 października 2018

RECENZJA: Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi - Phil Szostak


Gwiezdne wojny to zdecydowanie więcej niż filmy, książki czy komiksy. Oprócz pokoleń wiernych fanów oraz czterech dekad istnienia marki w światowej fantastyce, cykl może również poszczycić się wspaniałymi pracami twórców, biorących udział w powstawaniu poszczególnych części sagi. Niezwykłe obrazy, szkice koncepcyjne i graficzne projekty są w zasadzie odrębną gałęzią tej części popkultury, w której dominują opowieści z odległej galaktyki. Rozmach wspomnianego przedsięwzięcia widać doskonale na przykładzie nowego albumu Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi, autorstwa Phila Szostaka. Czym dokładnie jest to wydanie i czy warto poświęcić mu chwilę cennego czasu? Zapraszam na poniższą recenzję.

Zapewne nie jeden raz zastanawialiście się jak wygląda praca nad jedną z Waszych ulubionych superprodukcji. Co powstaje najpierw, kto i kiedy planuje poszczególne elementy filmu, a także w jaki sposób ludzie na planie są w stanie zapanować nad olbrzymim chaosem, który mógłby wedrzeć się w tor realizacji projektu? Otóż jest to bardzo żmudny proces, szczególnie w przypadku filmów tak nieograniczonych wizualnie jak Gwiezdne wojny. Jeśli nie zebrałoby się wszystkich części układanki w sprawnie pogrupowaną całość, wszystko posypałoby się jak domek z kart. Aby uniknąć kłopotów, które przysparza wizualna strona widowiska, używa się olbrzymiej ilości graficznych wizualizacji, tworzonych w pocie czoła przez specjalny sztab artystów grafików. To właśnie oni, wraz z reżyserem i innymi osobami odpowiedzialnymi za całokształt filmu, krok po kroku urzeczywistniają oczekiwaną koncepcję.


Książka Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi w piękny i klarowny sposób pokazuje, jaką drogę przechodzi film od początkowych pomysłów do spójnej wizji, której świadkami jesteśmy, ostatecznie oglądając ją w kinie. Phil Szostak zebrał tu w chronologicznie wszystkie istotne pomysły, dzieląc je na poszczególne rozdziały, jednocześnie bardzo wnikliwie przybliżając historię całej produkcji. Dzięki temu album czyta się w bardzo przejrzysty i zrozumiały sposób. Oczywiście, jego najważniejszą część stanowią przepiękne obrazy oraz ilustracje, przedstawiające wizje dopuszczone do finalnej wersji lub te, które odrzucono jeszcze w trakcie planowania. Jest ich tu prawdziwy ogrom, a dzięki wyczerpującym objaśnieniom mamy możliwość lepiej zrozumieć stylistykę obrazu, co znacząco wpływa na znajomość trudnego filmowego rzemiosła.

Warto też wspomnieć i zaznaczyć kolosalne znaczenie tego albumu w trakcie zgłębiania skomplikowanego języka filmowego. To, co często oglądamy na ekranie, rzadko zmusza nas do głębszego zastanowienia nad żmudnym procesem produkcji. Po prostu przyjmujemy do wiadomości wszystko, co rejestrują nasze zmysły i usatysfakcjonowani wracamy do domu. Teraz, za sprawą poniższego albumu, jesteśmy w stanie docenić, zrozumieć i rozszerzyć swoją percepcję poznania całego przebiegu narodzin rzeczonego dzieła. Z pomocą w tym procesie służą bogate wspomnienia i uwagi licznego sztabu twórczego obrazu. A dodatkowym plusem książki Szostaka jest przystępny język, dzięki czemu bez problemu zrozumie ją zwyczajny niedzielny widz, jak i pilny adept niełatwej szkoły filmowej.


Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi to typowa pozycja określana mianem coffee table book, czyli książka przeznaczona w większej mierze do oglądania niż czytania. To jej wielka zaleta, bo w dzisiejszych realiach znajdujemy coraz mniej czasu na relaks. Barwne, wielkoformatowe ilustracje niesamowicie cieszą oko (niejedną z tych prac zapragniecie powiesić we własnym domu w salonie), lecz album ten daje naprawdę wiele w zakresie poznania złożoności samego procesu twórczego. Liczne ciekawostki zainteresują nie tylko fanów gwiezdnowojennej sagi, ale również wszystkich tych, którym sztuka filmowa nigdy nie była obca. To prawdziwa uczta dla oczu ceniących piękne obrazy, ale i czytelników chcących stale poszerzać swe horyzonty.

Jeśli Gwiezdne wojny - Ostatni Jedi są jednym z Waszych ulubionych filmów, albo po prostu lubicie dobrą sztukę, koniecznie sięgnijcie po album Phila Szostaka. Zdziwicie się, jak wiele ma Wam do zaoferowania, a zagłębiając się w czytelnie przedstawiony proces twórczy, lepiej zrozumiecie i docenicie olbrzymi wkład pracy oraz pasji, który był udziałem ludzi pracujących przy tej niezwykłej produkcji. Mogę również śmiało założyć, że Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi to książka, do której z chęcią powrócicie nie raz, bo jej największą wartość stanowią jednak wszelkie koncepty wizualne. Od początkowych szkiców ulubionych postaci, po ostateczny kształt planet, statków czy nieznanych istot - wszystko to znacznie pogłębia czar Gwiezdnych wojen, będący przyczyną jej nieustannej obecności w popkulturze. Warto dać ponieść się tej magii, próbując zrozumieć jej fenomen także od tej bardziej kreatywnej strony. Dzięki temu da się lepiej zgłębić kwintesencję własnych pasji, co uczyni ich celebrację o wiele bardziej radosną.



Tytuł: Wizje twórców Star Wars™: Ostatni Jedi
Autor: Phil Szostak
Przekład: Marcin Bauer
Wydawnictwo: AMEET
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 256
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


poniedziałek, 22 października 2018

RECENZJA: Thorgal - Kriss de Valnor, tom 8 - Strażnik sprawiedliwości


Dawno, dawno temu, za górami za lasami, była sobie świetna komiksowa seria. Opowiadała o losach dzielnego człowieka, wychowanego wśród Wikingów, który nad przygody i bogactwa ukochał wybrankę swego serca oraz dwójkę swych dzieci. Thorgal, bo tak nazywał się ów bohater, gotów był wejść nawet do samego piekła, aby zapewnić bezpieczeństwo własnej rodzinie. To jednak stare dzieje, a wszystko raczej wskazuje na to, że piekło w międzyczasie odwiedzili twórcy historii o jego niezwykłych perypetiach. W tym mrocznym miejscu zamienili dobre pomysły i chęci na kuszący blask złota, które mamiło ich tym mocniej, im więcej ukazywało się komiksów z imieniem dzielnego bohatera. Pewnego razu, dążąc do spójności w całym wymyślonym przez poprzedników uniwersum, postanowili na szybko domknąć wszystkie zaśmiecone wątki, aby wreszcie wyprowadzić kultową historię na prostą. Oto smutna opowieść o finale tego niechlubnego dzieła...

Poprzedni tom Kriss de Valnor podzielony został na dwie, sąsiadujące ze sobą części. W Strażniku Sprawiedliwości mamy do czynienia z identycznym zabiegiem. Można się było tego spodziewać, ponieważ zarówno historia Jolana, jak i naszej ulubionej Kriss, zostały przerwane w kluczowym dla fabuły momencie. Tak więc syn Thorgala nadal siłuje się z cesarzem Magnusem, a matka Aniela za wszelką cenę pragnie dotrzeć na szczyt Góry Czasu, nieustannie powtarzając ten sam krwawy czyn. Ich wiara, zdolności i szczęście zostają wystawione na wielką próbę, której celem jest zrealizowanie mrzonek, które popchnęły ich ku tej przygodzie.


Zapewne zorientowaliście się ze wstępu, że nie jestem zbyt zadowolony z kierunku, jaki obrała seria Thorgala oraz wszystkie jej tytuły poboczne. Przedmiotem poniższej recenzji nie jest jednak pastwienie się nad poszczególnymi tomami (nie wszystkie były złe, lecz o tym możecie poczytać w osobnych wpisach na blogu), tylko spisanie moich wrażeń z aktualnej, ósmej części cyklu. I jest o czym pisać, bo problem jest spory. Góra Czasu rozbudziła nieco moje oczekiwania na ostateczny, wielki finał, jednak twórcy nie do końca sprostali obranemu zadaniu. Prawdopodobnie za sprawą wymuszonego obowiązku ukończenia większości wątków fabularnych, Mathieu Mariolle postanowił w znaczący sposób uprościć fabułę komiksu, popychając ją najprostszą drogą do celu. Zaowocowało to wydarzeniami, rozgrywającymi się szybko i raczej bez polotu, na wzór gry komputerowej dla nastolatków. Wszystko rozgrywa się linearnie (to akurat nie zarzut), a kolejne, bardzo proste zwroty akcji wyciągane są niczym królik z kapelusza. Ot tak, żeby były i żeby szybciej dotrzeć do celu. Bez większej głębi i bez serca. A to niestety bardzo widać. Aby zaciekawić czytelnika, w historii Jolana i Magnusa po raz setny skorzystano z wątku technologii obcych (bo czemu nie, sprawdziło się tysiąc razy, to sprawdzi się i tysiąc pierwszy), a Kriss przeniesiono do Bag Dadu. Zapewne autorzy uznali, że w ten sposób osiągną bardziej spójny wydźwięk bieżącego tomu, przybliżając go także na tej płaszczyźnie (oprócz samego zakończenia) do fabuły zbliżającej się, 36-tej części Thorgala. I w sumie udało się im wywrzeć to wrażenie, ale nie osiągnęli nim prawie nic ponadto...

Prawie, bo pewne zwroty akcji zaserwowane w finale, z pewnością zasługują na większą uwagę. Nie będę pisał o co dokładnie chodzi, ale pomysł na pewną zmianą status quo, który wychodzi z samego charakterologicznego rozpisania tytułowej bohaterki, jest naprawdę świetnym rozwiązaniem. Brawo! Mamy mądry pomysł i ciekawą, niespodziewaną przemianę charakteru Kriss. To, co dzieje się na szczycie Góry Czasu jest również bardzo zadowalające i jawi się jako niezły ukłon w stronę typowej stylistyki głównej serii. Tu również należą się duże brawa. Tymczasem smutnym jest, że w Strażniku Sprawiedliwości nie znalazłem już ponadto nic, co zasługiwałoby na moje większe uznanie.


Rysunki Frederica Vignauxa to moja kolejna bolączka. Choć w swoich wrażeniach z poprzedniego tomu chwaliłem artystę za ciekawą szkicowość i dynamizm poszczególnych scen, tym razem zmuszony jestem częściowo odwołać tamte słowa. Prace artysty są w tym albumie bardziej niedbałe, kreska raz po raz robi się niedokładna, a kadry bywają zamazane i dość nieczytelne. Przepraszam, ale nie do tego przyzwyczaił nas Thorgal. Odnoszę wrażenie, że rysownik tak bardzo spieszył się z oddaniem plansz na czas, że bardziej skupiał się wyłącznie na większych i ważniejszych kadrach (być może dlatego jego najlepszą pracą jest strona finałowa komiksu). Najgorzej jednak wypadają twarze, które nawet na tej samej stronie wyglądają, jakby należały do kilku różnych osób (przykład: Jolan na str. 8). Na plus nadal wychodzi dynamika ruchu postaci. To Vignaux opanował do perfekcji. Życzę sobie jednak, żeby w przyszłości nie pędził do przodu jak rysowani przez niego bohaterowie, bo w przeciwnym razie przejmowana przez niego główna seria mocno starci na swym ilustracyjnym charakterze.

Strażnik Sprawiedliwości z serii Kriss de Valnor zamyka długą historię poboczną naszej bohaterki. Choć w serii zdarzały się chwile lepsze i gorsze, ostatni tom jawi się bardziej jako wykalkulowany na zimno środek dotarcia do celu, niż starannie przemyślana, samodzielna opowieść. Szkoda, że tytuł o takiej renomie jak Thorgal nie może w obecnych latach odnaleźć swej drogi dla pamiętającego lepsze czasy czytelnika. Być może to ja za bardzo tkwię w swych niezmiennych oczekiwaniach, a może wspomniana wizyta twórców w piekle przyciągnęła do nich pewną nieporadność twórczą. Każdy z Was osądzi to już według siebie, ja bynajmniej cieszę się, że ta część przygody ze Światami Thorgala dobiegła wreszcie końca. I choć nie są to komiksy, które chciałbym wyrzucić do kosza (w końcu stanowią część mojego ukochanego tytułu), widzę jak bardzo odstają od tego, czym Thorgal był dla mnie dawniej. Spoglądam jednak z nadzieją w przyszłość, bo przecież w końcu po nocy zawsze wychodzi słońce. I niech jego blask poświeci jeszcze chwilę nad postacią Thorgala, bo jest on tego jak najbardziej wart.



Tytuł: Thorgal - Kriss de Valnor, tom 8 - Strażnik Sprawiedliwości
Scenariusz: Mathieu Mariole
Rysunki: Frederic Vignaux
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 22,99 zł (oprawa miękka), 29,99 zł (oprawa twarda)


Komiksy z serii Thorgal oraz Światy Thorgala znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 20 października 2018

RECENZJA: Księżniczka Popiołu - Laura Sebastian


Czasem bywa tak, że bardzo obiecująca książka okazuje się być sporym zawodem, a wszelkie nadzieje pokładane w fabule nie odzwierciedlają danego stanu rzeczy. Dobrze, jeśli lektura sprawia choć trochę frajdy, ciesząc nas zdolnościami pisarskimi autora. Niestety, nie zawsze tak jest, lecz na tego typu problemy nikt nie jest w stanie znaleźć złotego środka. Dlatego czasem lepiej po prostu przerwać czytanie, znajdując nową, znacznie lepiej rokującą powieść. Podobna sytuacja zdarzyła mi się, kiedy usiadłem do lektury Księżniczki Popiołu, autorstwa Laury Sebastian. Gdyby nie recenzencki obowiązek, już w połowie z chęcią porzuciłbym czytanie.

Księżniczka Popiołu opowiada historię młodej Theodosi, córki zamordowanej władczyni Astrei. Zniewolona, upokarzana i torturowana dziewczyna, trzymana jest na dawnym dworze swej matki w charakterze zakładnika, ułatwiając nowemu władcy kontrolę nad podbitą społecznością. Bezwzględny Kaiser z nieopisaną podłością rządzi zarówno ludem ciemiężonym jak i własnym. Młoda księżniczka, nazywana od chwili uwięzienia Thorą, dzielnie znosi katusze przebywania w zamku Kaisera oraz przymusem przyjaźnienia się z córką dowódcy, odpowiadającego za zabicie jej ukochanej matki. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy Thora zostaje zmuszona do zgładzenia prowodyra niewolniczego buntu w kopalniach. Tuż przed zadaniem śmiertelnego ciosu, dziewczyna rozpoznaje w mężczyźnie swego nie widzianego od lat ojca. To zdarzenie rodzi w niej chęć buntu, w którym wkrótce znajdzie nieoczekiwanych sprzymierzeńców.

Choć zarys fabuły brzmi niezwykle ciekawie, lektura książki nie okazała się tak zajmująca, jak zakładałem. W Księżniczce Popiołu Sebastian stworzyła niezwykle ciekawy świat, lecz zrobiła bardzo niewiele,  aby zapoznać mnie z całym jego bogactwem. Akcja powieści toczy się zasadniczo w jednym miejscu, nie opuszczamy więc prawie wcale zamku dawnej królowej, zajętego przez kalovaxiańskiego władcę. I wielka szkoda, bo choć rozumiem zamysł autorki w ukazaniu sytuacji osoby zniewolonej we własnym, naturalnym środowisku, to obrana koncepcja zupełnie nie sprawdziła się w przypadku powyższego tytułu. Sebastian nie zrobiła prawie nic, aby lepiej zarysować kształty i zasady rządzące światem przedstawionym. Dowiedziałem się bardzo niewiele o innych lądach, historii Astrei, motywacjach najeźdźcy czy choćby różnorodności przyrody. Na wewnętrznych stronach okładki umieszczona została obszerna mapa świata, lecz co z tego, skoro akcja niezmiennie toczy się wyłącznie w jednym miejscu.

To jednak nie najgorsze, co mogło mnie spotkać podczas lektury. Biorąc powieść w dłonie, nawet nie podejrzewałem, jak szybko zamieni się ona w nieznośne do przebrnięcia romansidło. Wieczne problemy głównej bohaterki, która nie może zdecydować się, kogo obdarzyć uczuciami (młodego następcę tronu czy dawnego przyjaciela z dzieciństwa?), męczyły mnie przez większy czas. Stałe rozmyślania Thory o swej zmarłej matce i własnych nieszczęściach, także nie uczyniły najciekawszymi chwil spędzonych z książką.

O dziwo, pod koniec coś ruszyło się w fabule, dzięki czemu do głosu doszły wreszcie nieśmiało sugerowane spiski i zdrady. Zostałem mile zaskoczony kilkoma niezłymi zwrotami akcji, a w samej powieści wydarzenia zaczęły wreszcie zmierzać w oczekiwanym kierunku. Ten element był niewątpliwie najbardziej satysfakcjonujący. Co ciekawe, przy całym swym rozczarowaniu powieścią, nie mogę określić jej jako zupełnie nieudanej. Sebastian posługuje się bogatym, wyrobionym językiem, tworzy dobrze skonstruowane postacie, a co najważniejsze, czasem potrafi nieźle zaskoczyć czytelnika. Powyższe elementy zapisuję więc jak najbardziej na plus. Ogólnie, gdyby cała książka była tak wciągająca jak jej ostatnie sto stron, moja ocena na pewno byłaby zupełnie inna.

Księżniczka Popiołu nie okazała się dziełem przełomowym i jako takie, ma szansę spodobać się przede wszystkim piękniejszej połowie czytelniczego światka. Męska część książkowej braci raczej powinna unikać tego tytułu, chyba że ktoś lubi zagłębiać się w pełne rozterek umysły młodych dam. Fani klasycznego fantasy nie znajdą tu niestety zbyt wielu lubianych elementów. Struktura magii jest bardzo uboga, ograniczając się jedynie do istnienia Duchowych Klejnotów, będących nośnikami użytecznych żywiołów. Świat nie został ukazany w oczekiwany sposób, co sprawiło że kameralna struktura, przesycona rozmowami i ciągłym rozmyślaniem o tym samym, odrzuciła mnie jako czytelnika poszukującego inspirującej różnorodności. Sądzę, że mimo wszystko znajdą się zwolennicy tego tytułu. Tymczasem dla mnie, Księżniczka Popiołu to zmarnowany potencjał, który tylko w niewielkim stopniu wynagradza końcówka powieści oraz oryginalny styl autorki.


Tytuł: Księżniczka Popiołu
Autor: Laura Sebastian
Przekład: Mariusz Warda
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 424
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 35,90 zł


Za udostępnienie Księżniczki Popiołu do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



piątek, 19 października 2018

RECENZJA: Invincible, tom 1 (R. Kirkman, C. Walker, R. Ottley)


Robert Kirkman jest chyba najbardziej znany z cyklu Żywe trupy. Tymczasem dość niespodziewanie okazało się, że ów popularny komiksowy tytuł grozy być może nie jest najciekawszą rzeczą, jaka wyszła spod pióra tego utalentowanego i pomysłowego scenarzysty. Na horyzoncie pojawił się bowiem komiks, który Kirkman stworzył w 2002 roku, a będący jego własną odpowiedzią na wielki sukces tematyki superhero. Pierwszy tom tej serii, liczącej sobie ponad 140 zeszytów, właśnie ukazał się w naszym kraju (jej publikacja w USA zakończyła się całkiem niedawno). Invincible, bo o nim tu mowa, jest prawdziwie niezwykłą i zaskakującą opowieścią, rozgrywającą się w świecie, nie mającym wiele wspólnego ze znanymi uniwersami dwóch słynnych wydawnictw komiksowych. Tylko czy aby na pewno...?

Invincible to historia Marka Greysona, syna jednego z najpotężniejszych bohaterów na Ziemi - Omni-Mana. Nasz bohater jest pozornie niczym niewyróżniającym się nastolatkiem, jednak oprócz tajnej tożsamości swego ojca, młodzik skrywa jeszcze jedną tajemnicę. Mark z niecierpliwością oczekuje bowiem chwili, kiedy obudzą się w nim supermoce i śladem ojca podąży tropem niebezpiecznych wyzwań, stając się kolejnym obrońcą naszej planety. Tak przedstawiony zarys fabuły jest jednak czubkiem góry lodowej (którą jest rzeczony komiks) i w żaden sposób nie oddaje wspaniałości powyższego tytułu. I tak, uwierzcie mi na słowo (a zaraz o tym przeczytacie), tom pierwszy Invincible to jeden z najlepszych komiksów, jakie przeczytałem od bardzo długiego czasu.

Co sprawiło, że już od pierwszych zdań tak rozpływam się nad tą historią? Powodów jest wiele, tak samo jak wielowątkowa jest to opowieść. Najważniejszym plusem jest lekkość całej historii, która zaczyna się jak niczym niewyróżniające się superhero. Nie wiem czy taki był zamysł Kirkmana od samego początku, jednak Invincible nabiera właściwego rozpędu dopiero przy lekturze czwartego rozdziału (zeszytu). Nic złego się jednak przez to nie dzieje, ponieważ w zamian mamy możliwość spokojnego zapoznania się z najważniejszymi bohaterami oraz wszelkimi zasadami rządzącymi w tym uniwersum. Kiedy już wiemy co i jak, autor rzuca w nas olbrzymią cegłą przygód, zwrotów akcji, humoru oraz świetnie wykreowanych postaci. Wydarzenia lecą na łeb na szyję, więc jeśli polubiliście niespieszny ton Ultimate Spider-Mana, musicie przygotować się na to, że przygody Marka na pewno wstrząsną Waszym światem. Tu nie ma taryfy ulgowej, żaden czytelnik nie zazna chwili wytchnienia podczas czytania tego wcale nie krótkiego komiksu.


Oprócz świetnie nakreślonego uniwersum, Invincible zaskakuje umiejętnym wyczuciem pomiędzy ukazywaniem szkolnego życia naszego bohatera, a wyzwaniami, z jakimi mierzy się jako potężny heros. Kirkman ze zwinnością łasicy porusza się pomiędzy poważnymi tonami, miksując je z bardziej luźnymi, przyziemnymi tematami. Wybrzmiewa to naturalnie i niezwykle interesująco, co powoduje, że można świetnie wczuć się w całą historię, oddając kawał serca większości bohaterów. Wielkim plusem są też mocno wyeksponowane wartości rodzinne. Przewijają się one przez całą lekturę, a osiągają swój punkt kulminacyjny w bardzo emocjonującym finale. Podczas lektury ciągle zastanawiałem się nad zdolnościami scenarzysty w planowaniu całości. Upchnięto tu tak wiele istotnych elementów, że aż dziw bierze, że autor nie pogubił się w mnogości wątków. Jest to o tyle ciekawe, że pewne kwestie powracają do fabuły w chwili, gdy już zdążymy o nich zapomnieć (zarówno te mniej, jak i bardziej ważne). Nic nie jest jednak zaniedbane, a wszystko splata się w jedną, rozmyślnie opowiedzianą całość.

Geniusz Invincible polega też na tym, jak samoświadomy jest to tytuł. Mamy tu naprawdę wiele odniesień do pewnego znanego komiksowego uniwersum (patrz pytanie ze wstępu do tej recenzji), a na większości z nich wręcz zbudowano podstawy istnienia tego świata. Od wyglądu i mocy poszczególnych bohaterów, poprzez stylistykę niektórych wydarzeń, aż po sam wydźwięk finału opowieści. Jest więc tu się z czego pośmiać i co odkrywać, a niektóre fragmenty parodiują nawet samą technikę powstawania współczesnych historii obrazkowych. Komiks Kirkmana nie byłby jednak tak dobry, gdyby nie prawdziwie epicka historia, której jesteśmy tu świadkami. Choć w zasadzie w tym tomie poznajemy zaledwie początek skrupulatnie zaplanowanej fabuły, poraża ona swą budową i przyciąganiem, co ma niebagatelny wpływ na odkrywającego treść czytelnika. Specjalnie nie podaję żadnych przykładów jak, kiedy i dlaczego, bo chcę żebyście sami doświadczyli bogactwa przesiąkniętego fantastyką umysłu autora.


Rysunki w Invincible są dość proste i jednocześnie bardzo czytelne. Cory Walker oraz Ryan Ottley w bardzo niewyszukany, aczkolwiek pomysłowy sposób przedstawili wszystko to, co podsunął im autor scenariusza. Dzięki temu komiks pochłania się lekko i przyjemnie, nie marnując czasu na dopatrywanie się niepotrzebnych, odwracających uwagę szczegółów. Pastelowe, nieprzesycone kolory pomagają umieścić historię w realnym świecie, a plastyczna dynamika spaja całość na bardzo atrakcyjnym dla oka poziomie. W poznawaniu procesu kreatywnego niezastąpione będą końcowe strony, przedstawiające projekty i szkice koncepcyjne, wykonane do poszczególnych zeszytów. Jest ich naprawdę sporo (nie pominięto też komentarzy przybliżających większość wprowadzonych pomysłów), toteż sympatycy tajemnic powstawania dzieł popkultury z pewnością znajdą na nich coś dla siebie.

Invincible to komiks niezwykły, w którym nie umiem znaleźć żadnych istotnych wad. Wszystkie umieszczone w nim elementy mogły z łatwością przesądzić o  przesyceniu formy nad treścią, dając nam prawdziwy śmietnik koncepcji, walący się z hukiem pod własnym ciężarem. Na szczęście Kirkman potrafił zapanować nad każdym z nich, tworząc rzecz ambitną, wciągającą i bardzo ekscytującą. Jestem naprawdę zachwycony tym tytułem. Potrafił on pokazać, że historie o superbohaterach można pisać nieco inaczej, nie tracąc w nich tego co najważniejsze. Choć muszę dać autorom pewien kredyt zaufania (to dopiero pierwszy zbiorczy tom), wyraźnie czuję, że nie zawiodę się na kontynuacji Invincible. I nie omieszkam Was o tym powiadomić, bo w natłoku nieustannie pojawiających się pozycji komiksowych coraz trudniej znaleźć coś, co będzie prawdziwie bezprecedensową rozrywką. Dlatego namawiam do czytania przygód Niepokonanego. Naprawdę warto!



Tytuł: Invincible, tom 1
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Cory Walker, Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 400
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Komiksy z serii Invincible znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 15 października 2018

RECENZJA: Gnat - Rose (J. Smith, Ch. Vess)


Seria Gnat to jeden z najlepszych i najchętniej nagradzanych tytułów zachodniego komiksu. Przez prawie dwie dekady Jeff Smith bawił nim czytelników, opowiadając prawdziwie epicką historię, skierowaną do odbiorcy niemalże w każdym wieku. Inspirowany klasycznymi opowieściami Disney'a oraz niesamowitymi historiami fantasy, komiks o trójce tytułowych Gnatów trafiających do tajemniczej Doliny, stał się jednym z ważniejszych elementów współczesnej komiksowej popkultury. Jak się szybko okazało, bogactwo zaprezentowanej treści było tak wielkie, że postanowiono kontynuować eksplorację wydarzeń z bajecznego świata, cofając się o kilka dziesięcioleci. Tak powstał komiks Rose, którego fabuła sięga młodości kilku drugoplanowych postaci, poznanych w głównej serii.

Naszymi bohaterkami są dwie siostry Harvestar, które zostają wysłane na nauki do Groty Starca, siedziby pradawnego zakonu Veni-Yan. Pod czujnym okiem przełożonego pobierają tam wiedzę niezbędną do rządzenia w królestwie, jednocześnie starając się zapanować nad niezwykłą potęgą snów. Niestety, jak to często w baśniach bywa, obie dziewczyny różnią się zdolnościami jak i poglądami na życie. Brak pokory u zbuntowanej Briar stoi w sprzeczności z wewnętrzną siłą Rose (późniejsza babcia Ben), a dochodzące do zakonu pogłoski o rośnięciu w siłę legendarnego Władcy Szarańczy szybko prowadzą do wypadków, które podzielą siostry jeszcze bardziej. W tej historii sięgamy do samej genezy odległych wydarzeń, silnie wybrzmiewających w oryginalnej serii Smitha. Obserwujemy ich rozwój oraz przyczynę, bo jak się okazuje, znaliśmy zaledwie skrawek tej opowieści.


Przyznam, że mam pewien problem z oceną tego komiksu. Po pierwsze, będące tematem Rose zdarzenia nie były nigdy moimi ulubionymi podczas lektury Gnata, a po drugie nie zakładałem nawet możliwości, że mogłyby być istotne dla tworzenia jeszcze jednej historii osadzonej w tym uniwersum. Urok dawnych wypadków z Doliny polegał właśnie na tych wszystkich niedopowiedzeniach i jak w żadnym innym przypadku stanowił o sile oraz kolorycie całego komiksu. To była opowieść o Gnatach, a choć wątek Zadry i jej przodków był tu nie mniej ważny, zaczynał, toczył i kończył się wyłącznie na kartach tej opowieści. Nic więcej, nic mniej. Ale stało się jak się stało i Smith dopisał brakującą część. Czy było warto wkraczać znów do tej samej wody?

Rose to komiks będący oczywistym rozwinięciem wydarzeń z głównej serii, który w założeniu miał pogłębiać losy tytułowej bohaterki, jej siostry, oraz kapitana Luciusa Downa. Jako osobne, w pełni autonomiczne dzieło bezsprzecznie daje radę i można czytać go bez jakiejkolwiek znajomości Gnata. Niestety, na tak pięknie namalowanym obrazie jest jedna niewielka rysa. Rose posiada dość otwarte zakończenie, które sugeruje mi potrzebę poznania jeszcze jednego tomu. A takowy niestety nigdy nie powstał... Aby więc w pełni docenić zamysł autora, wypada jednak sięgnąć po Gnata. I tu, niczym legendarna Mim (smoczyca, której byt zapoczątkował istnienie Doliny) historia zaczyna nieco zjadać własny ogon. Przynajmniej ja tak to odbieram.


Mimo wszystko, należy oddać honory wszelkim innym elementom, które sprawiają, że Rose jest generalnie bardzo dobrym komiksem. Znajdziemy tu przebogaty, świetnie wykreowany świat, więcej niż kilku wyrazistych bohaterów, ciekawie skrojoną intrygę, a co najważniejsze, unikalne rysunki Charlesa Vessa. Z pewnością nie każdemu przypadną one do gustu, szczególnie jeśli przyzwyczailiście się do charakterystycznej kreski Smitha. Warto jednak dać się skusić ilustratorowi i wpaść do wykopanej przez niego króliczej nory, ponieważ osiągnął on unikalny balans pomiędzy stylistyką głównego autora serii, a swą własną, niezwykle malowniczą wizją.

Jakby nie patrzeć, Rose oczaruje Was baśniowymi realiami, kreatywnymi rysunkami i bardzo wciągającą, dość nieszablonową historią. Dobrze ją poznać, nawet jeśli nie jesteście przekonani co do słuszności istnienia tego prequela. Z szacunku do twórczości Smitha nie nazwę powyższego komiksu pazernym skokiem na kasę, choć nieco przeszkadza mi na siłę pogłębiana mitologia tego świata. Pomijając powyższe żale, Rose to solidna, wciągająca opowieść, która przemówi w szczególności do fanów wszelkiego rodzaju fantasy. A dla podobnych historii raczej warto wykroić te trzy, cztery kwadranse ze swojego cennego czasu.



Tytuł: Gnat - Rose
Scenariusz: Jeff Smith
Rysunki: Charles Vess
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiksy z serii Gnat oraz Rose znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 12 października 2018

Hotel Transylwania 3 (2018) na nieudanych wakacjach


Zaledwie dwa tygodnie temu, w mojej recenzji filmu Mała Stopa (2018) pisałem, jak bardzo mam dosyć animacji, które w schematyczny sposób traktują fabułę, prezentując łopatologicznie wyłożony morał. Choć wspomniana produkcja na szczęście do nich nie należy, zupełnie inaczej ma się sprawa z trzecią odsłoną cyklu Hotel Transylwania. I żeby było jasne, seria stworzona przez Genndy'ego Tartakovsky'ego, Roberta Smigela oraz Adama Sandlera należy do bardziej cenionych przeze mnie filmów dla najmłodszych, powstałych w ciągu ostatniej dekady. Niestety, w najnowszej części większość rzeczy nie poszła tak jak należy, a morał zatonął na wezbranym, pełnym potworów morzu...

Autorzy wakacyjnej odsłony Hotelu chyba zapomnieli na czym polegał czar poprzednich filmów z cyklu. Do tej pory, oprócz kreatywnej zabawy formą, wykorzystującej klimat i postacie znane z klasycznych horrorów, potrafili zapełnić treść licznymi odniesieniami do prześmiesznych, życiowych sytuacji. Pod tym względem prym wiódł przede wszystkim drugi film, gdzie relacje pomiędzy dziadkami, rodzicami i dziećmi były świetnym odbiciem naszego codziennego, rodzinnego życia. Odmienne wizje wychowywania wnusia, ukrywanie pewnych faktów przed rodzicami czy klasyczna komedia pomyłek, świetnie współgrały z ekspresyjnym stylem animacji, wykorzystującym bogate odniesienia do klasyki kina grozy. Właśnie dlatego Hotel Transylwania 2 uważam za najlepszy z całego cyklu. Tymczasem, tworząc scenariusz kontynuacji, zaprzepaszczono prawie wszystko co stanowiło o dotychczasowej sile tej marki.

Hotel Transylwania 3 to po prostu zwykła, niesamowicie przewidywalna bajka dla najmłodszych. Fabuła nie przedstawia się ani trochę odkrywczo. Drak jest zmęczony prowadzeniem hotelu, więc Mavis wraz z Johnnym i resztą potworów zabierają go na wakacyjny rejs wielkim statkiem (skojarzenia z Titanikiem jak najbardziej pożądane). Nikt z wczasowiczów nie podejrzewa jednak, że kapitanem łajby jest prawnuczka słynnego łowcy potworów, samego Van Helsinga. Kłopoty zaczną się od razu po wejściu na pokład, a sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, gdy Drak zakocha się w szczupłej i zwinnej pani kapitan. Ta z kolei, będzie chciała podstępem skrócić jego i tak zbyt długie życie. I to w zasadzie tyle, oto cała treść tej produkcji. Nie zostało już nic do odkrycia. Wszystko co wymieniłem powyżej, pokazano także w zwiastunie, więc o uczuciu rodzącym się pomiędzy głównym bohaterem i podstępną antagonistką nie muszę Wam chyba wspominać.


Nie zadbano o ani jeden szczegół, który mógłby zaskoczyć widza. Zabrakło rodzinnego czaru poprzednich części, nie pokuszono się o jakiekolwiek nowe rozwiązania, czyniące oglądanie filmu wciągającym. Wszystko to już kiedyś było, a co najgorsze, było o wiele lepsze. Główne zagrożenie w trzecim akcie jest banalne, a sposób rozwiązania problemu idiotyczny i przerysowany. Humor bazuje na mocno wyświechtanych schematach, częstych powtórzeniach tego samego (wcale nie najlepszego) żartu, a co najgorsze, głupkowatych, nie bawiących już nawet dzieci dowcipach o pierdzeniu. W nowym Hotelu oddalamy się również od potwornej drużyny Draka, która teraz służy wyłącznie jako tło dla nieporadnych umizgów wampira z kapitan Ericką. Nuda, przewidywalność i brak kreatywności. A morał? Miłość zwycięży wszystko. No kto by się spodziewał...?

Jeśli chodzi o elementy, za które mógłbym pochwalić Hotel Transylwania 3, z chęcią wymienię styl animacji oraz kreacje poszczególnych straszydeł. Tartakovsky nie raz już udowodnił, że potrafi tworzyć zapierające dech w piersiach opowieści (Samuraj Jack, Star Wars - Clone Wars), wypełniając je wyrazistymi, fantastycznymi postaciami. W czasie rejsu poznajemy całą masę nowych potworów, wśród których prym wiedzie nowa wersja wiekowego Van Helsinga. To co reżyser wymyślił ukazując jego postać jest pomysłowe, śmieszne i przerażające zarazem. Duże brawa! Na kolejną pochwałę zasługuje cała sekwencja w samolocie linii lotniczych "Gremlin Air". To właśnie za tak unikalne podejście do tematyki potworów pokochałem tą serię. Animacja nadal nie ma sobie równych. Wszystko jest tu (paradoksalnie) żywe i kolorowe, a przyciągający oko obraz jest jedynym powodem, dla którego chce się wysiedzieć na tym filmie do końca.

Hotel Transylwania 3 jest sporym rozczarowaniem i zmarnowaniem potencjału, który dawał już sam pomysł na tą część. Zapomniano, jak ciekawe mogło być ukazanie rodzinnych sytuacji podczas wakacyjnego rejsu statkiem, w zamian oferując widzowi fabułę, którą widział już setki razy w innych animacjach. Dlatego też film spodoba się wyłącznie najmłodszym, których oczekiwania z racji wieku nigdy nie są najwyższe. Rodzice wypatrujący mądrej, wesołej rozrywki wynudzą się na seansie do bólu, a fani Draka z pewnością spuszczą zasłonę milczenia na ten film, dużo chętniej wracając do poprzednich odsłon cyklu. No cóż, wakacje się nie udały... Czas wracać do pracy i zakasać rękawy, bo jeśli kolejny film z tej serii powstanie, musi okazać się warty moich (i Waszych) ciężko zarobionych pieniędzy.



Tytuł: Hotel Transylwania 3 (Hotel Transylvania 3: Summer Vacation)
Scenariusz: Michael McCullers, Genndy Tartakovsky
Reżyseria: Genndy Tartakovsky
Aktorzy (dubbing): Adam Sandler, Andy Samberg, Selena Gomez, Kevin James, Fran Drescher (Tomasz Borkowski, Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz, Jakub Szydłowski, Szymon Majewski, Izabella Bukowska)
Wytwórnia: Sony Pictures Animation
Data premiery: 13 lipca 2018 (USA), 12 października 2018 (Polska)
Czas trwania: 97 min.

środa, 10 października 2018

RECENZJA: Księżna jeleń - Andres Ibanez


Klasyczne fantasy to trudny gatunek. Trudny szczególnie w kwestii wymyślania czegoś nowego, nieszablonowego. Jak wiadomo, nurt ten większości czytelników kojarzy się nieodparcie z czarodziejami, elfami, smokami, szalonymi władcami, tajemniczymi skarbami zdolnymi rządzić całym światem... Nieczęsto zdarza się czytać książkę, która potrafiłaby złamać ten skostniały schemat. Czasem odnoszę wrażenie, że typowe fantasy powoli chyli się ku bezpowrotnemu zapomnieniu. Na szczęście, twórczość niektórych wrażliwych autorów udowadnia mi, że los tego znamienitego gatunku nie jest jeszcze zupełnie przesądzony. Z pomocą przychodzi literatura rodem z Hiszpanii, której przedstawicielem jest Andres Ibanez i jego powieść Księżna jeleń.

Księżna jeleń opowiada o losach młodego Hjalmara, królewskiego syna, który podróżuje do miasta Irundast, gdzie ma nadzieję zostać rycerzem. Jak to jednak w życiu (i książkach) bywa, los zdecyduje o życiu chłopaka zupełnie inaczej. Za sprawą nieoczekiwanego zbiegu okoliczności, Hjalmar znajdzie zajęcie jako uczeń czarnoksiężnika, niespodziewanie zawierając też znajomość z fascynującą księżną Pasquis. Pomiędzy młodzikiem i dziewczyną narodzi się niezwykłe, trudne uczucie, gdy tymczasem losy wszelkich krain rozpalą się w pościgu za tajemniczym Grandirem. Od teraz nic nie będzie już takie jak dawniej, a losy głównych postaci splotą się z wielkimi wydarzeniami i niezapomnianymi opowieściami.

Z pewnością wielu z Was po przeczytaniu powyższego opisu odniesie wrażenie, że coś takiego czytaliście już niejeden raz. I w pewnym sensie będziecie mieli rację. Czytaliście podobne książki wiele, wiele razy, lecz nigdy nie czytaliście ich napisanych tak, jak to uczynił Ibanez. Hiszpański pisarz proponuje nam bowiem sentymentalną podróż do krainy konwencjonalnego fantasy, jednak robi to w tak piękny, melancholijny i barwny sposób, że nie można odmówić mu ani krzty kreatywności. W Księżnej jeleń melodyjny, klasyczny w dosłownym tego słowa znaczeniu styl narracji, spotyka się z ogranymi wzorcami. Nic nie stoi jednak autorowi na przeszkodzie, aby w ten sposób tworzyć zupełnie nową jakość. Zresztą akurat niczego bać się nie musi, bo wszystko jest tu niesamowicie ciekawe i bardzo odkrywcze.

Ibanez czaruje czytelnika pięknem swego języka. Czytając powyższą powieść miałem wrażenie, że została napisana kilkaset lat temu. Poetyckie archaizmy, plastyczne porównania, czy wplecione w fabułę pieśni oraz wiersze, tworzą niesamowity podkład pod zaprezentowaną historię. A ta, choć do pewnego stopnia znajoma, ujęła mnie ciekawymi postaciami oraz wydarzeniami, które stają się ich udziałem. Warto zauważyć, że Księżna jeleń jest przede wszystkim historią o miłości. Miłości trudnej, niemożliwej do spełnienia i tak wielkiej, że już od samego początku skazanej na tragiczne niepowodzenie. Treść książki nie została przedstawiona wyłącznie poprzez główne postacie. Choć narratorem historii jest Hjalmar, wiele wydarzeń opisano niejako z jego pamięci, a cała intryga rozwija się poprzez użycie większej ilośći (czasem nieoczywistych) bohaterów. Autor celowo zapętla wydarzenia, używając pomysłowych środków, aby zainteresować czytelnika.

Księżną jeleń cechują także długie, dość wyczerpujące opisy (zarówno miejsc, historii jak również wyglądu czy przemyśleń bohaterów). Jeśli nie lubicie podobnych elementów narracji, niestety możecie naciąć się na kilka dość trudnych do zgryzienia fragmentów. Warto jednak się przez nie przedrzeć, ponieważ napisane zostały naprawdę pięknie i kreatywnie. Dobry smak autora wynagradza monotonne fragmenty, dając naprawdę satysfakcjonujące pojęcie o opisywanym uniwersum. Warto też zwrócić uwagę na jedno z podstawowych założeń powieści - nie mamy tu do czynienia z pierwszym tomem sagi, a z zamkniętą, stylistycznie dopracowaną całością. To dodatkowy plus powieści Ibaneza. Dobrze czasem przeczytać książkę fantasy, która nie jest początkiem długiej, wielotomowej historii. Jest więc krótko (tylko 300 stron), ładnie i na temat.

Choć Księżna jeleń nie stała się jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałem w tym roku, zachwyciła mnie lekkością pióra autora, pięknem przedstawionego świata oraz wyrazistymi, pełnokrwistymi bohaterami. Klasyczne podejście do tematu pozwoliło Ibanezowi właściwie rozmieścić treść, z rozmysłem czarując mnie magią i niezwykłym bogactwem realiów opowieści. Jeśli zapragniecie wejść po raz kolejny do znanego z klasycznych książek nurtu, nie wahajcie się sięgnąć po tę powieść. Oczaruje Was w sposób, którego jeszcze w fantasy nie zaznaliście, sprawiając, że na wiele godzin odlecicie do świata rozpościerającego się w niezwykłej wyobraźni autora.


Tytuł: Księżna jeleń
Autor: Andres Ibanez
Przekład: Barbara Jaroszuk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 304
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 34,90 zł


Powieść Księżna jeleń znajdziecie na stronie wydawnictwa Rebis.


poniedziałek, 8 października 2018

RECENZJA: Ultimate Spider-Man, tom 2 (B. M. Bendis, M. Bagley)


Ponad 18 lat temu powstała seria Ultimate, mająca na celu odcięcie się wydawnictwa Marvel od długiej i skomplikowanej historii swoich bohaterów. Większość przygód zaczęto opowiadać od początku, tworząc innowacyjny, przejrzysty świat, który mógłby zainteresować nowych, nieobeznanych z większością wydarzeń czytelników. Czas trwania projektu nie był ściśle planowany, nikt wszakże nie wiedział, jak odbiorcy przyjmą odmienne podejście do tak znanego i ukształtowanego uniwersum. Tymczasem, ku zaskoczeniu włodarzy Marvela, jedna z zaprezentowanych wówczas serii zyskała bardzo wielkie uznanie, co poskutkowało jej długotrwałą publikacją. Piszę tu oczywiście o cyklu Ultimate Spider-Man, powstającym nieprzerwanie przez ponad dekadę (a składającym się z imponującej liczby 153 zeszytów). Autorem tego tytułu byli Brian Michael Bendis i Mark Bagley.

W Ultimate Spider-Man postanowiono wykorzystać wszystkie elementy, które zdecydowały o sukcesie poprzednich komiksów z Człowiekiem-Pająkiem. Młodzieńcze problemy głównych bohaterów, znani i rozpoznawalni wrogowie oraz ogólny, lekki wydźwięk samej historii, miały zapewnić wysoką jakość całego przedsięwzięcia. Aby ugruntować tak solidnie zarysowany charakter tytułu, pisanie scenariusza powierzono Bendisowi, który jak mało kto potrafił ukazać więzi międzyludzkie, wplatając je w ciekawą, angażującą odbiorcę opowieść. I w ten sposób powstał komiks, który zdecydowanie trzeba poznać, szczególnie jeśli uważacie się za fanów szeroko pojętej stylistyki superhero.


Drugi tom przygód Pająka kontynuuje wątki zaprezentowane w pierwszej odsłonie. Jeśli jeszcze nie czytaliście tamtego wydania, zapewne ucieszy Was fakt, że najnowszy tom zaopatrzono w krótkie streszczenie. Sama fabuła jest ułożona w taki sposób, że bardzo szybko zorientujecie się co i jak. Spider-Man po zwycięskiej potyczce z Normanem Osbornem, Electro i Kingpinem nadal stara się kontynuować swe powołanie jako chroniący miasto superbohater. Niestety, na jego drodze staje człowiek, który przez ostatnie miesiące był uznawany za zaginionego, a teraz nieopanowany w swym pragnieniu zemsty, wypowiada wojnę firmie Justina Hammera. Przez całe to zamieszanie, interweniujący Pająk zostanie mylnie uznany za współwinnego sytuacji, a w jego otoczeniu co rusz pojawią się nowe indywidua, pragnące trwale zniszczyć mu życie.

Bendis wspaniale kreuje portret Petera Parkera, dając mu tyle człowieczeństwa i sympatii, ile tylko można. Dzięki świetnie zarysowanym charakterom większości postaci, cała opowieść staje się bardzo bliska czytelnikowi, nawet na bardzo osobistym poziomie. Akcja toczy się tu niespiesznie, sceny akcji nie przesłaniają relacji oraz wewnętrznego rozwoju głównych bohaterów. W Ultimate Spider-Man z pewnością da się też zauważyć sporą ilość stylistyki dramatyczno-obyczajowej. Zakładam, że niektórych odbiorców, spodziewających się typowej dynamiki rodem z klasycznych komiksów superbohaterskich, może to nieco razić. Jeśli jednak nie jesteście szczególnie uczuleni na podobne elementy, takie potraktowanie tematu nie powinno Wam wcale przeszkadzać. Warto też zauważyć, że Bendis umiejętnie kreuje poszczególne wątki, stale zaplatając je ze sobą. Żadna kwestia nie pozostaje tu bez znaczenia, wszystkie wydarzenia łączą się ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym.


Rysunki Marka Bagleya zapewne nie każdemu przypadną do gustu. Artysta ma specyficzną manierę przedstawiania postaci w dość specyficzny sposób. Wydłużone, smukłe ciała, wyraźna muskulatura (kłaniają się lata 90-te!), nieco za duże głowy i wielkie, błyszczące oczy. Prawdę mówiąc, wcale nie wygląda to tak tragicznie, mnie bynajmniej stylistyka autora bardzo przypadła do gustu. Bagley potrafi świetnie uchwycić dynamikę akcji, przy czym cały czas tworzy niezwykle plastyczne i czytelne kadry. Dzięki temu komiks ogląda i czyta się doskonale, natomiast żywa kolorystyka w pełni oddaje młodzieńczego ducha całości.

Ultimate Spider-Man z pewnością da niesamowitą frajdę nowym, jak i nieco starszym odbiorcom przygód Pająka (ci ostatni z pewnością wyłapią kilka smaczków z bogatej historii bohatera). Opowiedzenie historii Petera Parkera od początku, bez oglądania się na bogate dziedzictwo Marvela, poskutkowało zgrabnie opowiedzianą i ciekawie zilustrowaną przygodą. Scenariusz jest tak świeży i interesujący jak tylko się dało, a Bendis dzięki znajomości swego rzemiosła uzyskuje doskonały balans pomiędzy akcją i problemami osobistymi głównych postaci. Jeśli nigdy nie czytaliście komiksów z nurtu superhero, a wreszcie chcecie zacząć, powyższy tytuł będzie idealną propozycją na start. Nie zmęczy Was nadmiernymi zawiłościami uniwersum, a postacie wydadzą się tak realne, jak znajomi z pracy lub szkoły. Pokaźna ilość stron zapewni dwie godzinki miłej i niezobowiązującej rozrywki. I bardzo słusznie, wszak w czytaniu komiksów głównie o to chodzi.



Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 2
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 348
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Przygody Pająka w serii Ultimate Spider-Man znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 5 października 2018

RECENZJA: Nieskończony kryzys (G. Johns, P. Jimenez)


Wielkie światy komiksowe rządzą się swoimi prawami. Mnogość tytułów, przygód i postaci (szczególnie w przypadku komiksu amerykańskiego), od czasu do czasu wymaga gruntownego uporządkowania. Najlepiej widać to na przykładzie wydawnictwa DC Comics, które w odróżnieniu od swojej wielkiej konkurencji (Marvela), zaczęło tworzyć własne uniwersum kilka dekad wcześniej. Nie zakładano jeszcze wtedy, że rosnąca ilość tytułów i wykreowanych na kartach komiksów rzeczywistości zacznie się niebezpiecznie wymykać spod kontroli. Aby usystematyzować wzrastający galimatias, szefowie firmy postanowili stworzyć pewne fikcyjne wydarzenie, które pozwoliłoby niejako wyzerować większość opowiedzianych do tej pory historii.

Najsłynniejszym kryzysem (bo tak przyjęło się w wydawnictwie nazywać ów precedens), okazał się Kryzys na nieskończonych ziemiach, powstały w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku. Pomógł on wyprostować wiele powstałych linii czasowych, zniszczyć niechciane światy, a nawet pozbyć się niepotrzebnych wersji identycznych postaci. W świecie sympatyków literatury obrazkowej cieszył się on tak wielkim uznaniem, że kiedy po dwudziestu latach DC ponownie cierpiało na przesyt materiału, ponownie sięgnięto po ten sprawdzony i niezwykle skuteczny oręż. Tak powstał Nieskończony kryzys, za którego scenariusz wziął odpowiedzialność jeden z najlepszych twórców w wydawnictwie. Geoff Johns stworzył niewątpliwie dzieło bardzo przemyślane, a nawet przełomowe w swoim wydźwięku. Niestety, nie udało mu się nadać całości cech sprawnie opowiedzianej historii, a samo stworzenie komiksu posłużyło jedynie zrealizowaniu nadrzędnego celu.


Przyznam bez bicia, że nie miałem przyjemności poznania słynnego kryzysu z 1985 roku. Omawiany poniżej tytuł jest więc moim pierwszym spotkaniem z tym bezprecedensowym tworem popkultury. Dlaczego nie przypadł mi do gustu? Jak już wspomniałem powyżej, nie jest to typowa historia z fabułą spotykaną w większości komiksowych opowieści. Chaos, powierzchowność i niesamowite przesycenie treścią, to chyba główne zarzuty, jakie mogę wymienić pod jego adresem. Co ciekawe, większość poznanych przeze mnie komiksów ze scenariuszami Johnsa bardzo przypadła mi do gustu (choćby Aquaman z The New 52 czy Flashpoint - Punkt krytyczny). Niestety, nawet tak utalentowany twórca, nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z kształtem podobnie zbudowanej i zawalonej wątkami fabuły.

Świat bohaterów DC nie jest już taki jak dawniej. Trójca (Superman, Batman, Wonder Woman) nie potrafi współpracować ze sobą tak dobrze jak dotychczas, a większość miast dosięgają brutalne zamieszki lub groźne kataklizmy. Zaciekła wojna toczy się również w kosmosie. Jak się wkrótce okaże, ktoś z dawnej przeszłości uniwersum bacznie obserwuje rozwój wydarzeń na Ziemi i już wkrótce będzie gotów wkroczyć do akcji, aby wziąć sprawy we własne ręce. Nadejdzie wówczas chwila, aby bezwzględnie osiągnąć nowe cele i pogodzić się z nieodwracalnymi stratami.... Taki właśnie jest punkt wyjścia do Nieskończonego kryzysu. Opowieści, która dosłownie pęka w szwach za sprawą nagromadzenia różnorakich wydarzeń, lecz nie oferująca wiele interesującego dla czytelników nieobeznanych z wieloletnią historią wydawnictwa.


Choć czytam komiksy z DC nie od dziś, trudno było mi zaangażować się w losy postaci, którym poświęcono tak mało uwagi. Jeszcze trudniej przejąć się ich pogmatwanymi relacjami, jeśli wydarzenia pędzą na łeb na szyję, a sami bohaterowie zostali zgromadzeni w tak przytłaczającej ilości. Oczywiście, Johns robi co może, ze wszystkich sił starając się nakreślić angażującą fabułę, ale wszystko to i tak niknie bezpowrotnie wśród monumentalnych, niezwykle przerysowanych sytuacji. W tak skonstruowanej opowieści zwyczajnie nie da się zrobić niczego na odpowiednim poziomie. Oczywiście rozumiem, że aby plan wydawnictwa osiągnął sukces, nie da się wykreować niczego lepszego. Dla mnie najbardziej istotnym jest to, że tak podana treść zwyczajnie nie przykuwa mojej uwagi.

Plusem tego dzieła są z pewnością rysunki. Phil Jimenez, wspierany nieocenioną pomocą kilku kolegów po fachu, stworzył niezwykle barwny, szczegółowy i ekspresyjny świat. Trudno nie zachwycić się poszczególnymi kadrami, które (bez względu na swoją wielkość) prezentują ogrom niesamowitych potyczek czy mnogość występujących w nich postaci. Ilustracje tworzące Nieskończony kryzys z pewnością osłodziły mi czas spędzony z lekturą. Są klasą samą w sobie, świadczącą nie tylko o rewelacyjnym doborze artystów, ale również o pięknie całego uniwersum DC Comics.

Moje rozczarowanie lekturą Nieskończonego kryzysu wynika zatem z samej problematyki zagadnienia, jakim jest ów komiks. Jego toporna stylistyka nie pozwoliła mi w pełni cieszyć się treścią, choć rewelacyjna strona wizualna zdołała urzec mnie na tyle, że nie mogę ocenić całości jako czegoś zupełnie niesatysfakcjonującego. Epicki rozmach, oraz ciężka maniera samego precedensu przysłoniły mi co prawda radość z poznawania treści, lecz cały czas mam świadomość, z jak ważnym wydarzeniem dane mi było obcować. I choć podobne sytuacje są pewnie konieczne (w tym uniwersum), w przyszłości wolę mieć jedynie świadomość, że coś takiego miało miejsce, niż męczyć się z poznawaniem kolejnej niestrawnej treści. Najwyraźniej część opowieści lepiej znać tylko ze słyszenia, a skupiać się wyłącznie na tych, które dają większe prawdopodobieństwo trafienia w indywidualny gust.



Tytuł: Nieskończony kryzys
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Phil Jimenez, George Perez, Ivan Reis, Jerry Ordway
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 264
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.