piątek, 5 października 2018

RECENZJA: Nieskończony kryzys (G. Johns, P. Jimenez)


Wielkie światy komiksowe rządzą się swoimi prawami. Mnogość tytułów, przygód i postaci (szczególnie w przypadku komiksu amerykańskiego), od czasu do czasu wymaga gruntownego uporządkowania. Najlepiej widać to na przykładzie wydawnictwa DC Comics, które w odróżnieniu od swojej wielkiej konkurencji (Marvela), zaczęło tworzyć własne uniwersum kilka dekad wcześniej. Nie zakładano jeszcze wtedy, że rosnąca ilość tytułów i wykreowanych na kartach komiksów rzeczywistości zacznie się niebezpiecznie wymykać spod kontroli. Aby usystematyzować wzrastający galimatias, szefowie firmy postanowili stworzyć pewne fikcyjne wydarzenie, które pozwoliłoby niejako wyzerować większość opowiedzianych do tej pory historii.

Najsłynniejszym kryzysem (bo tak przyjęło się w wydawnictwie nazywać ów precedens), okazał się Kryzys na nieskończonych ziemiach, powstały w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku. Pomógł on wyprostować wiele powstałych linii czasowych, zniszczyć niechciane światy, a nawet pozbyć się niepotrzebnych wersji identycznych postaci. W świecie sympatyków literatury obrazkowej cieszył się on tak wielkim uznaniem, że kiedy po dwudziestu latach DC ponownie cierpiało na przesyt materiału, ponownie sięgnięto po ten sprawdzony i niezwykle skuteczny oręż. Tak powstał Nieskończony kryzys, za którego scenariusz wziął odpowiedzialność jeden z najlepszych twórców w wydawnictwie. Geoff Johns stworzył niewątpliwie dzieło bardzo przemyślane, a nawet przełomowe w swoim wydźwięku. Niestety, nie udało mu się nadać całości cech sprawnie opowiedzianej historii, a samo stworzenie komiksu posłużyło jedynie zrealizowaniu nadrzędnego celu.


Przyznam bez bicia, że nie miałem przyjemności poznania słynnego kryzysu z 1985 roku. Omawiany poniżej tytuł jest więc moim pierwszym spotkaniem z tym bezprecedensowym tworem popkultury. Dlaczego nie przypadł mi do gustu? Jak już wspomniałem powyżej, nie jest to typowa historia z fabułą spotykaną w większości komiksowych opowieści. Chaos, powierzchowność i niesamowite przesycenie treścią, to chyba główne zarzuty, jakie mogę wymienić pod jego adresem. Co ciekawe, większość poznanych przeze mnie komiksów ze scenariuszami Johnsa bardzo przypadła mi do gustu (choćby Aquaman z The New 52 czy Flashpoint - Punkt krytyczny). Niestety, nawet tak utalentowany twórca, nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z kształtem podobnie zbudowanej i zawalonej wątkami fabuły.

Świat bohaterów DC nie jest już taki jak dawniej. Trójca (Superman, Batman, Wonder Woman) nie potrafi współpracować ze sobą tak dobrze jak dotychczas, a większość miast dosięgają brutalne zamieszki lub groźne kataklizmy. Zaciekła wojna toczy się również w kosmosie. Jak się wkrótce okaże, ktoś z dawnej przeszłości uniwersum bacznie obserwuje rozwój wydarzeń na Ziemi i już wkrótce będzie gotów wkroczyć do akcji, aby wziąć sprawy we własne ręce. Nadejdzie wówczas chwila, aby bezwzględnie osiągnąć nowe cele i pogodzić się z nieodwracalnymi stratami.... Taki właśnie jest punkt wyjścia do Nieskończonego kryzysu. Opowieści, która dosłownie pęka w szwach za sprawą nagromadzenia różnorakich wydarzeń, lecz nie oferująca wiele interesującego dla czytelników nieobeznanych z wieloletnią historią wydawnictwa.


Choć czytam komiksy z DC nie od dziś, trudno było mi zaangażować się w losy postaci, którym poświęcono tak mało uwagi. Jeszcze trudniej przejąć się ich pogmatwanymi relacjami, jeśli wydarzenia pędzą na łeb na szyję, a sami bohaterowie zostali zgromadzeni w tak przytłaczającej ilości. Oczywiście, Johns robi co może, ze wszystkich sił starając się nakreślić angażującą fabułę, ale wszystko to i tak niknie bezpowrotnie wśród monumentalnych, niezwykle przerysowanych sytuacji. W tak skonstruowanej opowieści zwyczajnie nie da się zrobić niczego na odpowiednim poziomie. Oczywiście rozumiem, że aby plan wydawnictwa osiągnął sukces, nie da się wykreować niczego lepszego. Dla mnie najbardziej istotnym jest to, że tak podana treść zwyczajnie nie przykuwa mojej uwagi.

Plusem tego dzieła są z pewnością rysunki. Phil Jimenez, wspierany nieocenioną pomocą kilku kolegów po fachu, stworzył niezwykle barwny, szczegółowy i ekspresyjny świat. Trudno nie zachwycić się poszczególnymi kadrami, które (bez względu na swoją wielkość) prezentują ogrom niesamowitych potyczek czy mnogość występujących w nich postaci. Ilustracje tworzące Nieskończony kryzys z pewnością osłodziły mi czas spędzony z lekturą. Są klasą samą w sobie, świadczącą nie tylko o rewelacyjnym doborze artystów, ale również o pięknie całego uniwersum DC Comics.

Moje rozczarowanie lekturą Nieskończonego kryzysu wynika zatem z samej problematyki zagadnienia, jakim jest ów komiks. Jego toporna stylistyka nie pozwoliła mi w pełni cieszyć się treścią, choć rewelacyjna strona wizualna zdołała urzec mnie na tyle, że nie mogę ocenić całości jako czegoś zupełnie niesatysfakcjonującego. Epicki rozmach, oraz ciężka maniera samego precedensu przysłoniły mi co prawda radość z poznawania treści, lecz cały czas mam świadomość, z jak ważnym wydarzeniem dane mi było obcować. I choć podobne sytuacje są pewnie konieczne (w tym uniwersum), w przyszłości wolę mieć jedynie świadomość, że coś takiego miało miejsce, niż męczyć się z poznawaniem kolejnej niestrawnej treści. Najwyraźniej część opowieści lepiej znać tylko ze słyszenia, a skupiać się wyłącznie na tych, które dają większe prawdopodobieństwo trafienia w indywidualny gust.



Tytuł: Nieskończony kryzys
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Phil Jimenez, George Perez, Ivan Reis, Jerry Ordway
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 264
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz