czwartek, 29 listopada 2018

RECENZJA: Flash, tom 4 - Ucieczka (J. Williamson, C. D. Giandomenico, H. Porter)


Flash to jeden z najbardziej ikonicznych bohaterów wydawnictwa DC. Porażony przez błyskawicę i oblany chemikaliami z policyjnego laboratorium, detektyw śledczy Barry Allen zyskał w ten sposób tajemną moc, która pozwala mu poruszać się jako najszybszy człowiek świata. Osobiście cenię go sobie nawet bardziej od Batmana, ponieważ z tej dwójki to właśnie Flash zachowuje nieustanną pogodę ducha. Podczas gdy Bruce Wayne pogrąża się w nieustannym mroku, Barry pomimo śmierci swej matki nigdy nie zatracił w sobie jasnej iskry radości. I podobnie jak jego kumpel z Ligi Sprawiedliwości stale rozwiązuje zagadki, które rzuca mu pod nogi złośliwy los. Na kształt Supermana, Flash jest herosem, który dba o wszystkich wokół, niosąc im błysk nadziei...

Dobra, dobra, dość tego wazeliniarstwa, to ma być recenzja, a nie patronacki tekst pochwalny pod adresem jakiegoś gościa w trykocie! Tak jakoś mi się to wszystko napisało, a to dlatego, że naprawdę lubię Flasha. Wróćmy jednak do tematu, którym jest najnowszy tom jego przygód. Po ostatnich wydarzeniach, mających miejsce w Przypince, Barry nie może otrząsnąć się ze stale towarzyszącego mu niepokoju, dotyczącego osoby Eobarda Thawne'a. Nieustannie przesiaduje nad ciałem złoczyńcy w prosektorium, a w myślach towarzyszą mu obrazy Odwrotnego Flasha zabijającego bliskie mu osoby. Nawet przyjęcie urodzinowe, które w tajemnicy wyprawia dla niego Iris, nie jest w stanie odegnać złych myśli. To jednak dopiero początek całej historii, ponieważ na imprezie pojawia się sam Hal Jordan, a Multiplex rozrabia, ściągając na siebie uwagę dwóch superbohaterów. I właśnie wtedy dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego, ponieważ starającego się zapewnić bezpieczeństwo ciotce Iris, Wally'ego Westa atakuje sam... Eobard Thawne! To, jakim cudem przeżył spotkanie z tajemniczą mocą, oraz co tym razem planuje, zaprowadzi Flasha aż do XXV wieku, gdzie napotkał swojego wroga po raz pierwszy. Tym razem prawda o celach Eobarda zostanie wyjawiona w całości.


I na tym elemencie skupia się w większości fabuła Ucieczki, czwartego tomu Flasha z cyklu DC Odrodzenie. Scenarzysta serii, Joshua Williamson postanowił raz na zawsze wyjaśnić wątek nienawiści Thawne'a, nie zapominając również o relacji Barry'ego z Iris, a także ciążącej pomiędzy nimi tajemnicy. Z pewnością wielu z Was, (podobnie jak ja) podczas lektury odniesie nieodparte wrażenie czerpania wzorców z pamiętnego Telemaniaka (1996). Historia Flasha i Eobarda bazuje bowiem na chorej potrzebie akceptacji, która prowadzi do zawiści, napędzanej fałszywym poczuciem zdrady. Więcej nie napiszę, odkryjcie to sami, ważne jest jednak, jak taki zabieg zadziałał w tym konkretnym przypadku. O dziwo, wszystko wypadło całkiem nieźle, musimy jednak pamiętać, że Odwrotny Flash jest postacią w pełni psychopatyczną, więc w tym przypadku uzasadnienie jego czynów nieźle trzyma się kupy. Williamsonowi udało się nawet wejść na chwilę do umysłu szaleńca, dzięki czemu nieustanne dążenia Eobarda wybrzmiewają w jeszcze bardziej zrozumiały sposób. Jedynym minusem jest chyba sam sposób powrotu Thawne'a do żywych (niby jak on to zrobił, naprawdę prześcignął śmierć?). Jeżeli kupicie ten pomysł, reszta lektury będzie już czystą przyjemnością.

Drugim wątkiem jest tajna tożsamość Barry'ego, którą nasz bohater nie może podzielić się z ukochaną dziewczyną. W rozwiązaniu tej kwestii z pomocą przychodzi podstęp Thawne'a, a czytelnik ma okazję ujrzeć wizję przyszłości, w której dużo starsi Flash i Iris mimo wszystko są razem. Oczywiście, taki układ spraw nie wyczerpuje tematu, dlatego można spodziewać się, że powrócimy do niego w kolejnych tomach. Tym bardziej, że finał czwartego tomu utrzymano w słodko-gorzkim klimacie. Kłopoty ze szczerością w Ucieczce rozjaśnia początkowa akcja Flasha i Green Lanterna, gadających i działających razem, co z pewnością ucieszy czytelników spragnionych bezkompromisowej akcji.


Rysunki do Ucieczki wykonało wielu artystów. I tu niestety tkwi mój drugi problem z tym tomem. Nie mam nic przeciwko, jeśli za ilustracje do każdego zeszytu odpowiada jeden rysownik. Tymczasem, jeśli wydawnictwo miesza w nim prace kilku z nich, nie wygląda, ani nie czyta się tego zbyt dobrze. Pomimo tego zgrzytu nie można odmówić szacie graficznej Flasha różnorodności, a style rysowników (m.in. Carmine Di Giandomenico, Howard Porter, Neil Googe) są na tyle odmienne, że chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Nowa część Flasha to rozrywka niezłej próby, która łączy w sobie akcję, mroczną tajemnicę z przeszłości (przyszłości?) i wewnętrzne rozterki bohatera. Jeśli nie jesteście jego fanami, zapewne nie macie czego tu szukać, natomiast sympatycy sprintera z Central City powinni być usatysfakcjonowani. I ja też jestem, bo Ucieczka daje mi to, co lubię w tej serii najbardziej. Williamson konsekwentnie rozwija historię Barry'ego, nie spiesząc się i dbając, aby każdy tom przynosił coś nowego, interesującego. A ponieważ czytałem też nadchodzące przygody Szkarłatnego Sprintera, wiem że jest na co czekać! Dlatego polecam, jednocześnie zachęcając do sprawdzenia moich recenzji poprzednich tomów, które znajdziecie na blogu.



Tytuł: Flash, tom 4 - Ucieczka
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Carmine Di Giandomenico, Howard Porter, Pop Mhan, Neil Googe
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie komiksy z Flashem z DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 28 listopada 2018

RECENZJA: Tajne wojny (J. Hickman, E. Ribic)


Ech, te crossovery i gigantyczne eventy wielkich wydawnictw komiksowych... Po ostatniej, męczącej lekturze Nieskończonego kryzysu z DC, założyłem sobie, że nieprędko sięgnę po kolejne takie obrazkowe wydarzenie. Chaos, nagromadzenie zbyt wielu wątków oraz nadmiernie patetyczne treści zdołowały mnie na tyle, że na samą myśl o powrocie do tej samej wody miałem odruchy wymiotne. Gdzieś jednak z tyłu głowy ciągle migało mi światełko, że te mega-bijatyki służą czemuś naprawdę ważnemu, a poprzez zmiany zachodzące w ich scenariuszach, przepisują się na nowo całe uniwersa. Dlatego też chcąc być na bieżąco z najważniejszymi zajściami w Marvelu, musiałem sięgnąć po Tajne wojny, autorstwa Jonathana Hickmana i Esada Ribica. Czy była to dobra decyzja?

Od początku istnienia inicjatywy Marvel Now! wypadki prowadziły do nieuniknionych zmian, które miały zatrząść w posadach całym światem superbohaterów. Historie prezentowane ostatnimi laty w seriach Avengers i New Avengers zwiastowały nadejście czegoś potężnego i potencjalnie niebezpiecznego. Tym zjawiskiem były inkursje, czyli destrukcyjne zderzenia całych wszechświatów. Zaplanowanemu przez potężnych Beyonderów kataklizmowi pragnęli przeciwdziałać najwięksi herosi komiksowego świata Marvela. Podczas gdy Doktor Doom wraz z Owenem Reece'm systematycznie niszczyli fragmenty multiwersum celem pokrzyżowania planów złowrogich istot, grupa bohaterów z Ziemi-616, pod dowództwem Reeda Richardsa i Czarnej Pantery budowała specjalny statek-arkę. Ów wynalazek miał zapewnić przetrwanie ludzkości. Tymczasem dzień ostatniej inkursji nadchodził nieubłaganie. Ostatecznie, od łutu szczęścia i niezłomności obdarzonych mocami postaci zależeć ma los dwóch ostatnich Ziemi, na których żyją lubiani superbohaterowie.


Nadrzędnym celem Marvela było uporządkowanie pewnego chaosu, który wdzierał się do wielu serii komiksowych od początku istnienia wydawnictwa. Ponad 60 lat istnienia sporej liczby wymiarów i różnorodnych wersji światów spowodowało pewien zamęt, który był coraz trudniejszy do ogarnięcia przez wielu fanów obrazkowych opowieści. Dlatego też musiało dojść do tak ważnego wydarzenia. Co ciekawe, w konkurencyjnym wydawnictwie DC Comics podobną operację z powodzeniem przeprowadzano już kilkakrotnie (po raz pierwszy w latach 80-tych ubiegłego wieku). Koniec końców, Marvel oddał w nasze ręce Tajne wojny, które rządzą się prawami wielkich destrukcyjnych incydentów. To właśnie tutaj odwiedzimy Bitewny Świat, miejsce które powstało po katastrofalnym zderzeniu obu ostatnich rzeczywistości. Śledząc rozgrywające się na nim wypadki, będziemy świadkami odmiany, jaką przejdzie uniwersum wielkiego komiksowego wydawnictwa.

Posiadając pełen wachlarz sformułowanych powyżej obaw, sięgnąłem po dzieło Hickmana i Ribica. Początek był tragiczny... Po przeczytaniu 1/4 komiksu wstałem z kanapy, mówiąc sobie w myśli: "Cóż za gówno!". Będąc pewnym, że wpadłem w pułapkę jeszcze głębszą od wspomnianego wyżej Nieskończonego kryzysu, z trudem przymusiłem się do kontynuowania lektury. I nagle, o dziwo, gdzieś w okolicach połowy tego dość grubego tomu olśniło mnie! Mój problem z Tajnymi wojnami polegał na braku znajomości prawie wszystkich dzieł (poza New Avengers, tom 1 - Wszystko umiera) prowadzących do opisanych w nich wydarzeń. Dlatego też zacząłem czytać komiks uważnie od początku, bacznie analizując wszystkie rozrzucone w nim informacje. Gdy doszedłem do dość ważnego zwrotu akcji w połowie wydania, czytanie stało się wreszcie czystą przyjemnością.

Tak, Drodzy Czytelnicy, trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Tajne wojny to komiks bardzo udany! Choć dla odbiorcy nie obeznanego z aktualnym uniwersum Marvela może stanowić nie lada wyzwanie, warto po niego sięgnąć, jeśli tylko odrobicie część pracy domowej (czyli przeczytacie poprzedzające go tomy o losach Avengers). W przeciwnym wypadku nieco się wymęczycie, ale ostatecznie, podobnie jak mnie, powinien przypaść Wam do gustu. Trzeba zwrócić należytą uwagę na brak charakterystycznej przesadności samej opowieści, tak boleśnie obecnej w analogicznych dziełach z DC. Komiks skupia się w znacznej mierze na realizacji zamierzonego konceptu, nie męcząc czytelnika nadmiernie rozbuchanymi walkami oraz przesadnym patetyzmem. Parę górnolotnych zdań padnie oczywiście tam i ówdzie, jednak całość czyta się bardzo dobrze, a poszczególne wydarzenia służą samemu opowiedzeniu historii oraz ukazaniu wnętrza kilku bohaterów.


Hickman sprytnie ograniczył ilość występujących w komiksie postaci, dając nam szansę na poznanie i zrozumienie całości wydarzenia ich własnymi oczami. Pomimo skali eventu, nie przytłacza nas on swym ogromem, choć ten aspekt jest i tak wyczuwalny przez cały czas spędzony z lekturą. Walki toczą się tylko tam, gdzie jest to konieczne, a cała intryga oraz sposób jej rozwiązania prowadzone są z wyczuciem, co rusz podrzucając jakiś ciekawy wątek lub informację. Dzięki temu kilka widowiskowych zgonów działa tak jak należy, a my możemy śmiało kibicować bohaterom, na barkach których złożoną całą fabułę. O realistyczną warstwę graficzną także nie trzeba się martwić, ponieważ rysunki Ribica stają mężnie na wysokości zadania. Artysta tworzy szczegółową, bardzo czytelną wersję zdarzeń. Dzięki jego skrupulatnej pracy dane mi było podziwiać szczegóły świata, dynamizm akcji oraz niecodzienne losy bohaterów. Wielkim plusem tej historii jest również to, że ilustrował ją wyłącznie jeden artysta.

Nie sądziłem, że to napiszę, ale Tajne wojny to komiks, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. Jest nie tylko kamieniem milowym w historii uniwersum Marvela, ale przede wszystkim broni się jako w pełni autonomiczna, przemyślana treść. Choć nie polecam go nikomu, kto chciałby zacząć w ten sposób przygodę z tytułami wydawnictwa, warto zainteresować się nim, jeśli uważacie się za sympatyków tego typu pozycji. Warto też zaznaczyć, że nie tylko ten tom traktuje o historii samego crossoveru. Jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę, możecie sięgnąć po inne tytuły, przygotowane z myślą o takiej potrzebie (Amazing Spider-Man, Thorowie, Deadpool, Wojna domowa, Staruszek Logan, Oblężenie). Ich znajomość nie jest istotna w kontekście samych Tajnych wojen, ale można spodziewać się, że sprawią Wam nieco frajdy. Wszystko to jest o tyle ciekawe, że już wkrótce znajdziemy się w nowym, odrestaurowanym świecie Marvela, gdzie wydarzenia będą pokłosiem przygód opisanych w powyższym dziele. Czy Marvel Now! 2.0 będzie godnym następcą swego poprzednika? Pożyjemy, zobaczymy...



Tytuł: Tajne wojny
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunki: Esad Ribic
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 79,99 zł


Wszystkie komiksy z serii Tajne wojny znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 26 listopada 2018

RECENZJA: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 2 & 3 - Twierdza tyrana & Przyjaciel Jol (J. Christa)


Podróż po gwiazdozbiorze Oriona trwa w najlepsze. Kajtek i Koko, dwaj nierozłączni przyjaciele kontynuują swą niebezpieczną i prawdziwie fascynującą misję. Na ich drodze staną znów wszelkie niebezpieczeństwa, ale również nieoczekiwani sprzymierzeńcy. Tylko poprzez wierność swej przyjaźni i kreatywnemu myśleniu będą w stanie wyjść cało z każdej opresji. Jeśli nie czytaliście mojej recenzji tomu pierwszego, zapraszam Was tutaj. Dowiecie się z niej m.in. o historii tego legendarnego komiksu. Tutaj przypomnę jedynie, że Kajtek i Koko w kosmosie to najdłuższy komiks wydany w kraju nad Wisłą. Pierwotnie publikowany był w Wieczorze Wybrzeża na przestrzeni pięciu (!) lat.

Janusz Christa to jeden z najwybitniejszych twórców polskich historii obrazkowych. W swych dziełach łączył niezaprzeczalnego ducha przygody z pogodnym, niewymuszonym humorem. Jego prace trafiały zarówno do najmłodszych jak i do znacznie starszych odbiorców. I to było największym atutem autora, bowiem niezwykle trudno jest pisać historie, które dają równą frajdę czytelnikom w każdym wieku. Nie epatując przemocą i nigdy nie nudząc czytelnika, Christa tworzył ponadczasowe opowieści (pełne nieszablonowych, pamiętnych postaci), które nieustannie bawią i będą bawić nas wszystkich jeszcze przez wiele nadchodzących lat.


Siadając do pisania tej recenzji ponownie miałem w głowie jedną myśl: Jak godnie zrecenzować takiego klasyka? Bo przecież wiecie dobrze, że jest to dość karkołomne zadanie. Dzieło tak kultowe, prawdziwie niezapomniane, nie jest godne krytycznej analizy ani bezpardonowego rozbierania go na czynniki pierwsze. Puste zachwyty oraz pieśni pochwalne też na nic się tu zdadzą. Dlatego postanowiłem przybliżyć Wam dwie kwestie, które zwróciły moją uwagę podczas czytania drugiego i trzeciego tomu kosmicznego opus magnum Christy. Są nimi humor oraz inspiracje, bo właśnie oba te terminy mocno zaznaczyły swą obecność w wiekopomnej pracy autora.

Rysując i pisząc Kajtka i Koka w kosmosie Christa inspirował się przede wszystkim obecnymi w szeroko rozumianej popkulturze klasycznymi dziełami science fiction (Arthur C. Clarke, Stanisław Lem). Widać to na każdej stronie komiksu, ale jeszcze ciekawsze jest odkrywanie własnych pomysłów, które twórca zręcznie wplatał w fabułę. Jest tego bez liku, toteż wszystkie dotychczasowe tomy serii można nazwać świetnym (i niezwykle kreatywnym) hołdem dla gatunku. Ja w Przyjacielu Jolu zauważyłem także pewne odniesienie do Siedmiu samurajów Kurosawy oraz wstępny pomysł na coś, co wiele lat później (w zupełnie innym wykonaniu) stało się naszą filmową Seksmisją. Lecz takich nawiązań z pewnością jest więcej! Zachęcam Was, abyście sami spróbowali wyłapać choć kilka z nich.


Humor to drugi filar, na którym Mistrz oparł większość swego dzieła. Przygody dwóch marynarzy wprost iskrzą się od zabawnych, niedorzecznych sytuacji. Jak przystało na dzieło dla wszystkich, żarty nie są tu ani trochę obrazoburcze czy wulgarne. U Christy obowiązuje prosta zasada komizmu wynikającego z charakteru postaci, komedii pomyłek oraz klasycznego slapsticku. To sprawdza się świetnie w każdej możliwej sytuacji. Całości dopełniają wspaniałe rysunki, którymi autor udowadnia, że potrafi świetnie odnaleźć się w najbardziej wymyślnej rzeczywistości. Wierzcie mi na słowo, z każdym kolejnym tomem tego komiksu stwierdzam, że wyobraźnia Christy nie miała żadnych możliwych ograniczeń.

Kajtek i Koko w kosmosie to wspaniała epopeja, pełna przygód, celnego dowcipu i niezapomnianych postaci. Bogactwo pomysłów i zrozumienie sedna fantastyki wręcz wylewa się z każdej strony komiksu. Jeśli jeszcze nie znacie powyższego dzieła, zachęcam Was do niezwłocznego zapoznania się z dostępnymi na tę chwilę tomami. Po raz pierwszy otrzymujemy dzieło Christy w całości i w pełnym kolorze, co czyni jego niezapomnianą opowieść jeszcze bardziej wartą przeczytania. Nie da się powiedzieć złego słowa o czymś tak kultowym, toteż nie piszę już ani słowa więcej. Przygody Kajtka i Koka to pozycja obowiązkowa dla każdego fana rodzimej literatury!



Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 2 i 3 - Twierdza tyrana & Przyjaciel Jol
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Przygody Kajtka i Koka oraz inne komiksy J. Christy znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 25 listopada 2018

Jesienne nowości dla najmłodszych od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET nie ustaje w rozpieszczaniu najmłodszych fanów klocków Lego i popularnych serii licencyjnych. Tej jesieni w księgarniach pojawiły się ich cztery nowe tytuły, które z pewnością zadowolą fanów kreatywnej fantastyki, magicznych opowieści oraz pasjonujących zadań. Przyjrzyjmy się dokładniej każdemu z nich.


LEGO® DC SUPER HEROES. JAK ZOSTAĆ SUPERBOHATEREM. MOJE TAJNE ZAPISKI



Któż nie chciałby być superbohaterem? Mieć niesamowite moce, latać ponad chmurami, pomagać słabszym i walczyć z czarnymi charakterami... Teraz już można! Za sprawą tej nowej książeczki Wasza pociecha zaplanuje, sprawdzi i oceni swoje potencjalne możliwości jako potężny obrońca świata. Przygotowano tu wszystko, co może przydać się małemu bohaterowi. Od nadania pseudonimu i mocy, poprzez rysunek zbroi, stworzenie własnej drużyny, ustalenie credo, po najważniejsze zadania oraz projekt magicznej broni. W trakcie zabawy z książeczką bez wątpienia przydadzą się dobre pomysły i chęć rysowania. Jeśli nie posiadacie opisywanego przeze mnie, dość podobnego tytułu - Lego DC Comics Super Heroes. Wstąp do Ligi Sprawiedliwości, ten nada się idealnie. Z okładki uśmiecha się do nas sam Superman, a jego minifigurka jest świetnym dodatkiem, który zawarto w tej książeczce.


LEGO® NINJAGO®. ŚCIGANI



Kolejna publikacja łączy w sobie to, co najlepsze - komiks, opowiadanie, ale przede wszystkim całkiem pokaźną ilość zadań do samodzielnego rozwiązywania. Wszystko jest powiązane tematycznie z wyprawą bohaterów Ninjago do tajemniczej krainy Oni. Czy Kai'owi, Cole'owi, Lloydowi i reszcie uda się pokonać złowrogi gang Synów Garmadona? W tej książeczce, przeznaczonej dla dzieciaków powyżej 7-go roku życia znajdziecie labirynty, logiczne układanki, odnajdywanie różnic, łączenie punktów i znacznie więcej! Nie od dziś wiadomo, że nauka najlepiej wchodzi do głowy przez zabawę, toteż powyższy tytuł bezsprzecznie nadaje się do treningu wszystkich młodych ninja. A na dodatek, pilni adepci sztuk walki ze wschodu staną się posiadaczami wyjątkowej minifigurki Łowcy Smoków. Oj, z tak wyposażonym zestawem raczej nie warto zadzierać, prawda? ;-)  


LEGO® NINJAGO®. POWRÓT GARMADONA



Czy potężny Lord Garmadon naprawdę zniknął? Jeśli tak, to czemu Ninjago City jest stale nękane przez niebezpieczny gang motocyklistów, zwanych Synami Garmadona? Czy to prawda, że szukają oni trzech starożytnych masek, aby uwolnić swego demonicznego władcę? Co zrobią uczniowie legendarnego Mistrza Wu? Odpowiedzi na te pytania możecie szukać w powyższej książce, napisanej przez Kate Howard i Sue Behrent. Przygoda, tajemnica i akcja - znajdziecie tu wszystko! Całość jest bogato i barwnie ilustrowana, a świetne rysunki wiernie oddają ducha zabawek Lego oraz serialu animowanego (na podstawie którego oparte jest to wydanie). Polecam je w szczególności dzieciakom, które w zadowalającym stopniu opanowały już zdolność czytania.


LEGO® NINJAGO®. GARMADON RZĄDZI!



Ostatni tytuł, to chyba najciekawsza (z mojego punktu widzenia) pozycja w dzisiejszym wpisie. Najbardziej okazała (tak treściowo jak i pod względem objętości), stanowi pewnego rodzaju rozszerzenie książeczki opisanej powyżej. Co ciekawe, burzliwe wydarzenia z Ninjago City poznajemy tu poprzez narrację prowadzoną przez jednego z najważniejszych antagonistów serii. Księżniczka Harumi, znana niewielu jako Cisza, skrycie planuje wskrzeszenie swego wielkiego guru. To właśnie ona zbiera drużynę znaną jako Synowie Garmadona, jednocześnie kompletując informacje o trzech tajemniczych maskach. Cisza jest postacią zdeterminowaną i posiadającą swoje racje, pomimo tego, że działa w niegodziwej sprawie. Całość (spisana przez Tracey West w/g pomysłu T. Kalmara i T. Andreasena) utrzymana jest w formie osobistego pamiętnika, co nadaje treści bardzo osobliwy klimat. Znajdziemy tu również wycinki z gazet, plany łotrów działających razem z bohaterką oraz krótkie notatki. To naprawdę ciekawa, bogato ilustrowana pozycja, szkoda tylko, że kończy się w tak nieoczekiwanym momencie. Tą książkę polecam dzieciom nieco starszym, których w trakcie lektury nie wystraszy większa ilość stron.


Dla każdego coś dobrego - tak można w skrócie opisać zawartość zaprezentowanych powyżej wydań. Które z tytułów najbardziej przypadną do gustu Waszym pociechom? Wszystko zależy od tego, czy bardziej lubią logiczne łamigłówki, czy dobrą przygodową opowieść. Jak by na to nie patrzeć, każda warta jest zainteresowania. Mnie pozostaje tylko zazdrościć maluchom, że nie jestem już w ich wieku. Życie przed wejściem w dorosłość jest nie tylko prostsze, ale i znacznie barwniejsze. Zwłaszcza, jeśli ma się do dyspozycji literaturę tak inspirującą jak ta! :-)


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


środa, 21 listopada 2018

RECENZJA: Giants (C. i M. Valderrama)


Ile już było takich komiksów - postapokaliptycznych wizji, opowiadających o trudach ludzi, którzy pozostawszy przy życiu, muszą mierzyć się z otaczającą ich rzeczywistością? Zmuszonych do odkrywania brutalnej prawdy o sobie samych, popychanych do doświadczania przemian własnych, jak i swoich najbliższych... Walczących z ciągłymi  niebezpieczeństwami, a także starającymi się zachować resztki człowieczeństwa w stale dogasającej cywilizacji... Czy był sens tworzenia kolejnej, na pierwszy rzut oka podobnej opowieści? Trudno powiedzieć, lecz ważniejsze jest nieco inne pytanie: Czy to się udało?

Nasz świat dobiegł końca. Nie wiadomo dokładnie co się stało, niemniej istotne jest, że ludzie zeszli pod ziemię, kryjąc się przed wielkim zimnem i ogromnymi potworami panoszącymi się na powierzchni. W nowym świecie dominują dwie stale ścierające się ze sobą frakcje - Ponure Dranie i Krwawe Wilki. Walczą między sobą o czarny bursztyn, kamienny twór, zapewniający pozory władzy i bezpieczeństwa. W tak zarysowanej rzeczywistości poznajemy Gogiego i Zedo, parę nastoletnich przyjaciół, starających się o zdobycie względów herszta jednej z rządzących grup. Aby zostać jej członkiem, trzeba wykazać się odwagą i zaradnością, przynosząc poszukiwany przez wszystkich kruszec. Zadanie wydaje się łatwe, jednak nic bardziej mylnego. Na śmiałków czyhają liczne niebezpieczeństwa, atakujące z mroźnego świata na powierzchni, jak i wnętrza własnych serc.


Carlos i Miguel Valderrama pochodzą z Hiszpanii, a Giants jest ich debiutem na amerykańskim rynku komiksowym. W swej pierwszej dłuższej formie zawarli wszelkie inspiracje młodości, łącząc je z klasycznym pomysłem ponurej wizji przyszłości. Dlatego tez tak ważne jest pytanie, które sformułowałem we wstępie do tej recenzji. W mim odczuciu można wałkować ograny temat tak długo, jak ma się w nim coś istotnego do powiedzenia. I w tym aspekcie twórcy nie zawiedli mnie. Paradoksalnie ukazali coś, co znam już na pamięć, ale ubrali to w tak zgrabny twór, że nie umiem odmówić mu uroku.

O sile Giants stanowi przede wszystkim jego mocno skondensowana forma. Na zaledwie 120 stronach autorzy zdołali opowiedzieć całą historię, nie poświęcając na nią więcej czasu, niż było to konieczne. Brawo! Dobrze wiemy, że inni twórcy potrafią ciągnąć podobne treści w nieskończoność. Tym, co zwróciło moją uwagę w owym krótkim metrażu jest droga, jaką przechodzą główni bohaterowie. Ponieważ komiks opowiada o upadku przyjaźni i ideałów, wydawać by się mogło, że nie da się tego ukazać za pomocą krótkiej fabuły. Nic bardziej mylnego. Komiks zawiera wszystko, co powinna zawierać tego typu opowieść. Bracia Valderrama świetnie kreują nie tylko parę głównych przyjaciół, sympatią byłem w stanie zapałać również do kilku drugoplanowych postaci. Gogi i Zedo mierzą się z własnymi słabościami oraz brutalną rzeczywistością, która popycha ich do popełniania niewybaczalnych błędów. Co równie ważne, z tych porażek płynie dla nich istotna nauka. Czy z niej skorzystają, zależy już wyłącznie od nich samych.


W powyższej opowieści zyskuje też świat przedstawiony. Nie wiemy dokładnie co spowodowało kataklizm, skąd wzięły się potwory, ani kiedy dokładnie ma miejsce akcja komiksu. Tych elementów możemy się jedynie domyślać na przykładzie luźno rzuconych, zdawkowych informacji. Ciekawym zabiegiem było również ukazanie rzeczywistości bez udziału dorosłych. W Giants nie znajdziemy nikogo, kto przekroczyłby wiek trzydziestu lat. Potwory przypominają klasyczne monstra z dalekowschodnich produkcji science-fiction, toteż bliżej im do Godzilli połączonej z fizjonomią Evengelionów. Wygląda to dobrze, a co ważniejsze, w połączeniu z biologią stworów jest całkiem kreatywne. Wspaniale prezentują się rysunki Miguela, który mocno inspiruje się mangą, choć sceny z dynamiczną akcją czerpią zdecydowanie więcej z płynności anime. Doskonale się to ogląda, tym bardziej że wszystko jest wyraźne, nawet w kadrach noszących pozorne znamiona nieczytelności.

Giants braci Valderrama urzekł mnie sposobem opowiedzenia pełnej historii zamkniętej w zaledwie kilku zeszytach. Świetne zarysowanie ram świata oraz pełnokrwiste postacie potrafiły wypełnić ten komiks akcją, treścią i nauką, której na próżno szukać w ogromnej ilości innych postapokaliptycznych dzieł. Mam świadomość, że jest to opowieść, która może przepaść w olbrzymiej ilości innych tytułów, jednak sądzę, że warto zwrócić na nią uwagę. W dzisiejszych czasach, gdzie niepodzielnie rządzą wielotomowe serie oraz sagi, Giants jawi się jako bardzo udana, krótka i w pełni satysfakcjonująca lektura. Jeśli będziecie chcieli sięgnąć po komiks, który nie wciągnie Was w czytanie nieskończonej ilości tomów, losy Gogiego i Zedo będą w sam raz. I pewnie jeszcze nie raz do nich wrócicie.



Tytuł: Giants
Scenariusz: Carlos Valderrama
Rysunki: Miguel Valderrama
Przekład: Grzegorz Drojewski
Wydawnictwo: Dark Horse Books/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Komiks Giants znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


wtorek, 20 listopada 2018

Plakaty z The Lego Movie 2: The Second Part

Do premiery nowego filmu z klockowej serii zostały niecałe trzy miesiące, toteż nic dziwnego, że studio Warner Bros. rozpoczęło na dobre kampanię promocyjną. Przed Wami główny plakat produkcji The Lego Movie 2: The Second Part oraz kilka pozostałych, prezentujących poszczególnych bohaterów. Premiera filmu już w lutym! :-)




poniedziałek, 19 listopada 2018

Dollicious: Gniazdka na ratunek! od Kura & Meago


Nie po raz pierwszy zachęcam Was do odwiedzenia strony Magdy "Meago" Kani, która wraz z Maćkiem Kurem tworzy niezwykle kreatywne przygody Delisi (Dollicious) oraz Emilki Sza. Tym razem pozostajemy wśród makaronowych dziewuszek, sprawdzając, co mają ze sobą wspólnego igła do włosów i owocowy koktail. 

Wpadajcie na MEAGOLICIOUS.COM, gdzie przeczytacie najnowszego shorta tej dwójki niezwykle utalentowanych autorów! :-)


niedziela, 18 listopada 2018

Fantastyczne zwierzęta Newta Scamandera od Funko

Funko stało się w ostatnich latach jednym z wiodących producentów pamiątek i gadżetów związanych z popkulturą. Obecnie obserwujemy największy w historii zalew produktów tej firmy, co sprawiło, że chyba nawet najbardziej oddanym fanom zaczyna powoli brakować miejsca na figurki przedstawiające ich ulubionych bohaterów.

Premiera filmu Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda była oczywistą okazją, aby zaprezentować sympatykom magicznego świata J. K. Rowling kilka nowych, oraz od dawna lubianych postaci. Popatrzcie i napiszcie, który z poniższych Funko Pop!-ów podoba się Wam najbardziej. Mój głos idzie na chupacabrę i dzieciaki niuchacze! ;-)




sobota, 17 listopada 2018

Czy Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda (2018) to film dla każdego?


Dwa lata minęły, odkąd J. K. Rowling po raz pierwszy zabrała nas w podróż w czasie i przestrzeni, ukazując nam historię świata znanego z książek o Harrym Potterze. Znaleźliśmy się w Nowym Yorku z lat 20-tych ubiegłego wieku, gdzie wraz z Newtem Scamanderem i jego nowo poznanym towarzyszem, Jacobem Kowalskim, śledziliśmy nieznane gatunki magicznych zwierząt. Przyznam, że po pierwszym seansie nie byłem zbytnio zachwycony filmem, lecz po drugim (a w szczególności trzecim) pokazie przekonałem się do koncepcji autorki scenariusza i w pełni kupiłem całą filmową wizję. Dlatego w tym roku z jeszcze większą chęcią powróciłem do czarodziejskiego świata, gotów chłonąć każdy aspekt drugiej produkcji z tej serii.

Minęło trochę czasu od schwytania złego czarodzieja Grindelwalda (Johnny Depp). Przetrzymywany jest w lochach nowojorskiego Ministerstwa Magii niczym sam Hannibal Lecter, nie mając nawet cienia szansy na ratunek. Czy aby na pewno? Życie często pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a Grindelwald świetnie radzi sobie z podstępnym wpływaniem na słabe umysły... Tym bardziej nikogo nie powinna dziwić jego spektakularna ucieczka. Korzystając ze stale rosnącej grupy popleczników, nasz antagonista pojawia się wkrótce w Paryżu, pragnąc ponad wszystko zrealizować cel, którego nie udało mu się osiągnąć poprzednim razem. Jego uwaga skupia się na odnalezieniu Credence'a (Ezra Miller), obskurodziciela, w którego potężnej mocy czarodziej upatruje sukcesu swych przyszłych planów. Na szczęście, z identyczną z misją odnalezienia chłopaka wysyła Newta Scamandera (Eddie Redmayne) sam Albus Dumbledore (Jude Law), jeden z najlepszych nauczycieli w szkole magii Hogwartu. Razem z naszym miłośnikiem fantastycznych zwierząt, w podróż wyruszają także jego starzy znajomi, Queenie (Alison Sudol) oraz wybranek jej serca, Jacob Kowalski (Dan Fogler).


Najbardziej podczas seansu Fantastycznych zwierząt: Zbrodni Grindelwalda rzuca się w oczy fakt, że J. K. Rowling nie jest scenarzystką filmową. Pisarka swój pomysł na film kreuje w ten sam sposób, w jaki tworzyła książki ze świata Harry'ego Pottera. Przez to film cierpi na szczątkową fabułę, liczne dłużyzny, masę niepotrzebnych postaci i nadmierną zawiłość fabularną, której nie powstydziłby się niejeden kryminał. Z tego względu całość ledwie stoi na własnych nogach, lecz... mi się to podoba. W tym miejscu chyba należy postawić sobie pytanie, do kogo jest adresowany ten film? Z pewnością nie będzie niczym ciekawym dla przeciętnego widza, który o magicznym świecie Rowling słyszał tylko przelotnie. Takie osoby nie połapią się w całym dobrodziejstwie inwentarza, który przynosi ze sobą najnowsza produkcja. Szybko zniechęci też do siebie widzów, na pierwszym miejscu stawiających uporządkowaną strukturę filmową i klasyczną budowę narracji. Niestety, najnowsza część przygód Newta (podobnie jak i pierwsza odsłona jego historii) to film skierowany wyłącznie do oddanych fanów. Tylko my będziemy w stanie docenić wszelkie starania autorki, dążące do stworzenia dzieła spójnego z wykreowanym w dotychczasowych książkach i filmach uniwersum. Począwszy od bogactwa świata (wyrażającego się w ilości nawiązań, rodzajów czarów, istot, magicznych przedmiotów oraz historii), występujących w nim postaci, a także wszelkich smaczków, twórcy filmu prowadzą widzów w gęsty, czarodziejski las, w którym nie zgubi się tylko ktoś, kto zna drogę powrotną.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda zaskakują złożonością fabuły przy ogólnym odczuciu prostoty pomysłu. Ten paradoks wywołuje masa elementów, wprowadzonych wyłącznie z potrzeby zaprezentowania jak najbogatszej wersji tego uniwersum. Wątek Lety Lestrange i Credence'a Barebone'a (a szczególnie jego zawiłe rozwiązanie) nadmiernie wysila szare komórki widza, dlatego uważam, że samo zmuszenie do takiego wysiłku odrzuci większość niedzielnych odbiorców. Masa nieistotnych postaci, które nie mają wyraźnego udziału w fabule (Nagini, Nicolas Flamel czy Bunty) także nie ułatwiają odbioru filmu. Z reguły nie wprowadza się do opowieści postaci, których celem jest samo snucie się po ekranie. Momenty nie wnoszące nic do fabuły (jak choćby sceny pokazujące obcowanie Newta ze zwierzętami) również nie spodobają się widzom liczącym na wartką akcję. Warto też zwrócić uwagę na specyficzną strukturę kryminalną, jaką cechowały się również filmy z serii o Harrym Potterze. Przez cały czas trwania obrazu, prowadzi nas on do rozwiązania intrygującej zagadki, a będąc już u zrozumienia całej intrygi, zostajemy pozostawieni w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia.


Zaskakująco dobrze wypadły w filmie cztery dodatkowe aspekty. Aktorzy stają na wysokości zadania i chyba nie umiałbym wskazać nikogo, kto nie podołałby powierzonej mu roli. Postacie wykreowane zostały z sercem, humorem i świetnym wyczuciem, co najbardziej widać w przepełnionych emocjami scenach. Grindelwald to postać stanowcza i opanowana, która wie z czym musi się mierzyć, w pełni znając swoje możliwości. Świetnie ogląda się go na ekranie. Podobnie można wypowiedzieć się o głównej roli Scamandera. To nadal ten sam uroczy, nieco niezdarny bohater, choć zauważyłem też pewien rozwój postaci od ostatniego filmu. Wątki romantyczne zostały rozwinięte perfekcyjnie (był to element szczególnie lubiany przeze mnie w poprzedniej części), nie rażą sztucznością, a co najciekawsze, niejednokrotnie posuwają akcję do przodu. Efekty specjalne dopieszczono pod wieloma względami, dzięki czemu przygody magów ogląda się bez poczucia fałszu, gładko zatapiając w wykreowanej rzeczywistości. CGI często zapiera dech w piersi, szczególnie w scenach, które są udziałem fantastycznych zwierząt, hodowanych przez Newta. W zdecydowanej większości są to nowe gatunki (zarówno duże jak i małe), co z pewnością zachwyci sympatyków tego charakterystycznego elementu produkcji. W przytłaczającej ilości wymienionych powyżej elementów widać jednak wyraźnie, że Rowling ma niebanalny pomysł na całość. Krok po kroku realizuje swój plan, mający na celu wzbogacenie historii świata, jak i ukazania ciekawej historii, rozgrywającej się wiele lat przed przybyciem Harry'ego do Hogwartu.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to film satysfakcjonujący wyłącznie dla oddanych fanów świata wykreowanego w wyobraźni Rowling. Znajdziemy tu niezwykle obszerne uniwersum, które w strukturze przyjętej na ekranie sprawia, że produkcja bardziej przypomina książkę, niż klasyczne filmowe dzieło. Nie wróżę jej sukcesu wśród widzów nieobeznanych z tą materią, natomiast fani twórczości pisarki z pewnością będą nią zachwyceni. Wyszedłem z kina bardzo zadowolony. Cały czas zastanawiam się jak udało się sprawić, że tak dziwny twór da się jednak oglądać, a co najważniejsze, w jaki sposób wywołał on u mnie aż tyle radości. W filmie nie zabrakło również elementów bezsprzecznie doskonałych, dlatego polecam Wam indywidualną wizytę w kinie i samodzielną ocenę tej produkcji. Nawet jeśli zniechęcą Was wskazane przeze mnie elementy, z pewnością docenicie olbrzymią wyobraźnię autorki scenariusza. Bo to jej zawdzięczamy to wszystko. A bez wyobraźni fantastyka nie miałaby najmniejszego prawa bytu.



Tytuł: Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda (Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald)
Scenariusz: J. K. Rowling
Reżyseria: David Yates
Obsada: Eddie Redmayne, Johnny Depp, Zoe Kravitz, Ezra Miller, Jude Law, Dan Fogler, Callum Turner, Alison Sudol, Katherine Waterston
Wytwórnia: Warner Bros.
Data premiery: 16 listopada 2018 (USA), 16 listopada 2018 (Polska)
Czas trwania: 134 min.

piątek, 16 listopada 2018

Książeczki Lego® Harry Potter™ (Wizarding World™) od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET sprawiło właśnie nie lada niespodziankę najmłodszym fanom Harry'ego Pottera oraz klocków Lego. Na rynku pojawiły się dwie interesujące książeczki, które pozwolą małoletnim sympatykom czarodzieja opowiedzieć jego przygody za pomocą naklejek, a także udekorować pokój niesamowitymi plakatami! 



Dzięki Lego® Harry Potter™. Naklejkowe scenki, młodzi magicy powrócą do najbardziej pamiętnych wydarzeń z wszystkich książek i filmów. Zabawa z książeczką polega na kreatywnym wypełnianiu wolnych miejsc na ilustracjach, z użyciem dołączonych do niej naklejek (w zestawie mamy ich aż 250 sztuk!). Tylko od wyobraźni dziecka zależeć będzie, jak tym razem potoczą się przygody w Hogwarcie. Być może zechcą zmienić przebieg kultowych meczy quidditcha, a może podczas wizyty przyjaciół w chatce Hagrida zdarzy się coś bardzo nieoczekiwanego? Możliwości jest wiele, a dodatkową atrakcją są dwie rozkładane plansze z widokiem na zamek oraz miasteczko Hogsmeade. W samodzielnym czytaniu pomocne okażą się krótkie teksty zamieszczone na każdej stronie, bezpośrednio nad rysunkami. 



Lego® Harry Potter™. Kolekcja plakatów przynosi z kolei aż 16 mini-plakatów (w formacie 24 🇽 33 cm), które można powiesić w dziecięcym pokoju. Tu również mamy do czynienia z najbardziej pamiętnymi oraz ikonicznymi scenami, lecz równie ciekawe jest to, że obrazki można pozostawić bez wyjmowania ich z książeczki. W ten sposób będziemy posiadać nienaruszoną pamiątkę z wizyty w magicznym świecie czarodziejów. Warto odnotować, że na odwrocie każdego z plakatów znajdziemy cenne informacje, przybliżające dane wydarzenie. Moim ulubionym jest ostatni z nich, przedstawiający Voldemorta z Nagini.



Oba wydania będą na pewno świetnym upominkiem dla Waszych pociech, ze szczególnym zwróceniem uwagi na pierwszy z tytułów. Zabawa w wyklejanie, połączona z próbami czytania oraz własną interpretacją zdarzeń, wydaje mi się bardzo atrakcyjna nawet dla tych nieco starszych sympatyków Harry'ego... ;-)


Za udostępnienie książeczek do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 15 listopada 2018

RECENZJA: Superman, tom 4 - Czarny świt (P. J. Tomasi, P. Gleason, D. Mahnke)


Superman z cyklu DC Odrodzenie przez większość czytelników uważany jest za najlepszy tytuł z tej aktywowanej kilka lat temu serii. Choć sam niekoniecznie oddałbym mu pierwszeństwo w tej materii, trudno odmówić przygodom Clarka i jego najbliższych pomysłowości oraz polotu. Z pewnością jest to nie bez znaczenia w przypadku przygód bohatera, obecnego w popkulturze od tak wielu dekad. Powyższe słowa nabierają jeszcze większego sensu za sprawą wątków rodzinnych, ponieważ w znacznej części to właśnie na nich oparto nowe historie z udziałem Człowieka ze Stali. A że bezpieczeństwo Lois i Jona są dla Clarka kwestią nadrzędną, nie będzie to chyba niczym dziwnym dla obeznanych z wcześniejszymi tomami odbiorców.

W najnowszym tomie, zatytułowanym Czarny świt, Kentom przyjdzie zmierzyć się z niebezpieczeństwem, czyhającym na nich od chwili, gdy tylko zamieszkali w hrabstwie Hamilton. Pewnej nocy na farmie pojawia się Batman z Damianem (Robinem), przynosząc informacje o stanie mocy młodego Jona. Okazuje się, że za sprawą niejasnych okoliczności Superboy nie może rozwinąć pełni swojego potencjału. Mroczny detektyw postanawia na miejscu przyjrzeć się sprawie, która prowadzi go do farmy mlecznej rodziny Cobbów, od dłuższego czasu zaprzyjaźnionych z najbliższymi Clarka. Niestety, Nietoperz nawet nie domyśla się, na jakie niebezpieczeństwo go to naraża. Oczywiście, prawda wkrótce wychodzi na jaw, nie przypomina jednak niczego, z czym Superman czy jakikolwiek inny bohater mógłby się dotychczas mierzyć.


Trzeba przyznać, że Peter J. Tomasi i Patrick Gleason świetnie zaplanowali swoją opowieść. Powiedziałbym nawet, że doskonale wiedzą do czego zmierzają wydarzenia pierwotnie wprawione w ruch już na samym starcie tej serii. Superman to jeden z tych komiksów, który snuje długą historię, z racji cyklu wydawniczego podzieloną na dość zamknięte rozdziały. Na szczęście, tak podana kompozycja złamana została pewnymi wątkami fabularnymi, wprowadzonymi w poprzednich odsłonach cyklu. Wzbogaciło to główną narrację, czyniąc odkrywanie wielowątkowej treści bardzo satysfakcjonującym zajęciem. W najnowszej odsłonie cały misterny plan scenarzystów powraca, prowadząc tą (częściowo) epicką opowieść do zaskakującego finału. Ponieważ dzieje się tu sporo, bez znajomości poprzednich tomów nawet nie ma mowy, aby w pełni docenić starania twórców.

W Czarnym świcie dominują trzy równorzędne wątki. Pierwszy stanowią wspomniane więzi rodzinne Kentów. Wybrzmiewają one w każdym zdarzeniu, którego uczestnikami są nasi bohaterowie. Wzajemne oddanie, troska i miłość spajają Supermana z żoną i synem. Nie inaczej jest w przypadku Jona i Lois. Autorzy umiejętnie kreują ten motyw, sprawnie unikając nadmiaru przesłodzenia lub niepotrzebnego dydaktyzmu. Drugą kwestią, biorącą początek już w pierwszym tomie Supermana, jest tajemnica, jaką kryje miasteczko Hamilton. Ten element, mający swój rodowód w klasycznych filmach grozy (gdzie nic nie jest takie jak się nam wydaje), wypada bardzo sprawnie. Trochę szkoda, że nie dostaje on szansy, aby wybrzmieć w pełni. Zagadka dość szybko zostaje wyjaśniona, a czytelnik mknie ku kolejnemu wirowi wydarzeń, będących prawdziwym sednem tej części. Jest nim pojawienie się głównego antagonisty, który z ukrycia pociągał za sznurki, sterując swą sprytną intrygą.


I tu pojawia się spora rysa na dość precyzyjnie skonstruowanej fabule. Manchester Black nie musi być znany wszystkim sympatykom Supermana (np. mnie), tym bardziej w tym aspekcie jego cele oraz motywacje pozostają mocno niejasne. Pomimo wielkiego potencjału, jawi się jako typowy czarny charakter, krzyczący i straszący wszystkich wokoło. Oczywiście, zagrożenie jakie sobą reprezentuje jest jak najbardziej realne, lecz mimo to, wciąż pozostaje plastikową kukiełką, obdartą z interesującego wnętrza i motywacji. Na plus można zaliczyć sam epilog tej postaci, mroczny, choć nie pozbawiony specyficznej nuty ironii.

Ilustracyjnie jest w Czarnym świcie dość różnorodnie, gdyż za oprawę graficzną odpowiada wielu uzdolnionych artystów. Jakkolwiek poszczególne prace (z kilkoma tylko wyjątkami) wypadają bardzo dobrze, nie zawsze komponują się ze sobą jako spójna całość. Prace Patricka Gleasona, Micka Gray'a i Joe Prado reprezentują nieco cartoonowy styl, natomiast Doug Mahnke tworzy opowieść nieco brudną, bardziej realistyczną kreską. Nie każdemu taki miks może przypaść do gustu, dlatego dobrze jest mieć to zawczasu na uwadze. Na szczęście warstwa fabularna z powodzeniem przysłania podobne niedogodności.

Najnowsza część Supermana jest bardzo udaną próbą połączenia kilku pomysłów, które autorzy pielęgnowali na stronach komiksu już od dłuższego czasu. Stanowi pewien finał oraz podsumowanie warstwy fabularnej, pozwalając śmiało ruszyć z nowymi przygodami. Warto docenić kreatywność zawartą w Czarnym świcie, nie zawsze bowiem mamy do czynienia z historią, która rozwija główne postacie, przy jednoczesnym zadbaniu o dynamikę akcji. Nie wszystko będzie tu oczywiste dla nowych czytelników, warto jednak przymknąć oko na wymienione powyżej zgrzyty, ponieważ komiks i tak spełnia powierzone mu zadanie. I choć w aktualnej ofercie DC są tytuły jeszcze lepsze (co jest oczywiście kwestią indywidualnego odbioru), zdecydowanie warto śledzić losy Człowieka ze Stali. Wszystkie dotychczasowe tomy udowadniają, że nie bez powodu uważany jest za jednego z najważniejszych superbohaterów na świecie.



Tytuł: Superman, tom 4 - Czarny świt
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Doug Mahnke, Patrick Gleason, Joe Prado, Scott Godlewski, Mick Gray
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o Supermanie znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.