czwartek, 15 listopada 2018

RECENZJA: Superman, tom 4 - Czarny świt (P. J. Tomasi, P. Gleason, D. Mahnke)


Superman z cyklu DC Odrodzenie przez większość czytelników uważany jest za najlepszy tytuł z tej aktywowanej kilka lat temu serii. Choć sam niekoniecznie oddałbym mu pierwszeństwo w tej materii, trudno odmówić przygodom Clarka i jego najbliższych pomysłowości oraz polotu. Z pewnością jest to nie bez znaczenia w przypadku przygód bohatera, obecnego w popkulturze od tak wielu dekad. Powyższe słowa nabierają jeszcze większego sensu za sprawą wątków rodzinnych, ponieważ w znacznej części to właśnie na nich oparto nowe historie z udziałem Człowieka ze Stali. A że bezpieczeństwo Lois i Jona są dla Clarka kwestią nadrzędną, nie będzie to chyba niczym dziwnym dla obeznanych z wcześniejszymi tomami odbiorców.

W najnowszym tomie, zatytułowanym Czarny świt, Kentom przyjdzie zmierzyć się z niebezpieczeństwem, czyhającym na nich od chwili, gdy tylko zamieszkali w hrabstwie Hamilton. Pewnej nocy na farmie pojawia się Batman z Damianem (Robinem), przynosząc informacje o stanie mocy młodego Jona. Okazuje się, że za sprawą niejasnych okoliczności Superboy nie może rozwinąć pełni swojego potencjału. Mroczny detektyw postanawia na miejscu przyjrzeć się sprawie, która prowadzi go do farmy mlecznej rodziny Cobbów, od dłuższego czasu zaprzyjaźnionych z najbliższymi Clarka. Niestety, Nietoperz nawet nie domyśla się, na jakie niebezpieczeństwo go to naraża. Oczywiście, prawda wkrótce wychodzi na jaw, nie przypomina jednak niczego, z czym Superman czy jakikolwiek inny bohater mógłby się dotychczas mierzyć.


Trzeba przyznać, że Peter J. Tomasi i Patrick Gleason świetnie zaplanowali swoją opowieść. Powiedziałbym nawet, że doskonale wiedzą do czego zmierzają wydarzenia pierwotnie wprawione w ruch już na samym starcie tej serii. Superman to jeden z tych komiksów, który snuje długą historię, z racji cyklu wydawniczego podzieloną na dość zamknięte rozdziały. Na szczęście, tak podana kompozycja złamana została pewnymi wątkami fabularnymi, wprowadzonymi w poprzednich odsłonach cyklu. Wzbogaciło to główną narrację, czyniąc odkrywanie wielowątkowej treści bardzo satysfakcjonującym zajęciem. W najnowszej odsłonie cały misterny plan scenarzystów powraca, prowadząc tą (częściowo) epicką opowieść do zaskakującego finału. Ponieważ dzieje się tu sporo, bez znajomości poprzednich tomów nawet nie ma mowy, aby w pełni docenić starania twórców.

W Czarnym świcie dominują trzy równorzędne wątki. Pierwszy stanowią wspomniane więzi rodzinne Kentów. Wybrzmiewają one w każdym zdarzeniu, którego uczestnikami są nasi bohaterowie. Wzajemne oddanie, troska i miłość spajają Supermana z żoną i synem. Nie inaczej jest w przypadku Jona i Lois. Autorzy umiejętnie kreują ten motyw, sprawnie unikając nadmiaru przesłodzenia lub niepotrzebnego dydaktyzmu. Drugą kwestią, biorącą początek już w pierwszym tomie Supermana, jest tajemnica, jaką kryje miasteczko Hamilton. Ten element, mający swój rodowód w klasycznych filmach grozy (gdzie nic nie jest takie jak się nam wydaje), wypada bardzo sprawnie. Trochę szkoda, że nie dostaje on szansy, aby wybrzmieć w pełni. Zagadka dość szybko zostaje wyjaśniona, a czytelnik mknie ku kolejnemu wirowi wydarzeń, będących prawdziwym sednem tej części. Jest nim pojawienie się głównego antagonisty, który z ukrycia pociągał za sznurki, sterując swą sprytną intrygą.


I tu pojawia się spora rysa na dość precyzyjnie skonstruowanej fabule. Manchester Black nie musi być znany wszystkim sympatykom Supermana (np. mnie), tym bardziej w tym aspekcie jego cele oraz motywacje pozostają mocno niejasne. Pomimo wielkiego potencjału, jawi się jako typowy czarny charakter, krzyczący i straszący wszystkich wokoło. Oczywiście, zagrożenie jakie sobą reprezentuje jest jak najbardziej realne, lecz mimo to, wciąż pozostaje plastikową kukiełką, obdartą z interesującego wnętrza i motywacji. Na plus można zaliczyć sam epilog tej postaci, mroczny, choć nie pozbawiony specyficznej nuty ironii.

Ilustracyjnie jest w Czarnym świcie dość różnorodnie, gdyż za oprawę graficzną odpowiada wielu uzdolnionych artystów. Jakkolwiek poszczególne prace (z kilkoma tylko wyjątkami) wypadają bardzo dobrze, nie zawsze komponują się ze sobą jako spójna całość. Prace Patricka Gleasona, Micka Gray'a i Joe Prado reprezentują nieco cartoonowy styl, natomiast Doug Mahnke tworzy opowieść nieco brudną, bardziej realistyczną kreską. Nie każdemu taki miks może przypaść do gustu, dlatego dobrze jest mieć to zawczasu na uwadze. Na szczęście warstwa fabularna z powodzeniem przysłania podobne niedogodności.

Najnowsza część Supermana jest bardzo udaną próbą połączenia kilku pomysłów, które autorzy pielęgnowali na stronach komiksu już od dłuższego czasu. Stanowi pewien finał oraz podsumowanie warstwy fabularnej, pozwalając śmiało ruszyć z nowymi przygodami. Warto docenić kreatywność zawartą w Czarnym świcie, nie zawsze bowiem mamy do czynienia z historią, która rozwija główne postacie, przy jednoczesnym zadbaniu o dynamikę akcji. Nie wszystko będzie tu oczywiste dla nowych czytelników, warto jednak przymknąć oko na wymienione powyżej zgrzyty, ponieważ komiks i tak spełnia powierzone mu zadanie. I choć w aktualnej ofercie DC są tytuły jeszcze lepsze (co jest oczywiście kwestią indywidualnego odbioru), zdecydowanie warto śledzić losy Człowieka ze Stali. Wszystkie dotychczasowe tomy udowadniają, że nie bez powodu uważany jest za jednego z najważniejszych superbohaterów na świecie.



Tytuł: Superman, tom 4 - Czarny świt
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Doug Mahnke, Patrick Gleason, Joe Prado, Scott Godlewski, Mick Gray
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o Supermanie znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz