niedziela, 30 grudnia 2018

RECENZJA: Batman, tom 4 - Wojna żartów z zagadkami (T. King, M. Janin, C. Mann)


Wojna żartów z zagadkami to czwarty tom Batmana pisany przez Toma Kinga w cyklu DC Odrodzenie. Po kłopotach jakie zaserwował Gackowi Bane w poprzednim tomie (Jestem Bane), pewna część historii tytułowego bohatera została wreszcie zamknięta. Ponadto, a w finale tejże opowieści Bruce zadał Selinie Kyle dość zaskakujące pytanie. Oczywiście, suspens nie byłby suspensem gdyby odpowiedź padła zbyt szybko, toteż autor prowadzi nas do celu, serwując swoistą wycieczkę w przeszłość naszego bohatera. Cofamy się więc w czasie, słuchając opowieści Bruce'a o tym, jak rok po rozpoczęciu działalności Batmana, Gotham wstrząsnęła dramatyczna wojna pomiędzy Jokerem i Riddlerem. Wspomnienie naszego bohatera staje się kluczowe dla odsłonięcia bolesnej prawdy o nim samym, pomagając Catwoman w dokonaniu właściwego wyboru.

Choć historia zawarta w tym tomie ma prawdziwie epicki wydźwięk, King zdecydował się zastosować rozwiązania fabularne, które kładą nacisk na nieco odmienne kwestie. Nie znajdziecie tu dokładnego zapisu tytułowej wojny, z wszystkimi jej zwyczajowymi elementami. W to miejsce autor wplótł elementy, które tylko zarysowują przebieg konfliktu, skupiając się wyłącznie na kluczowych postaciach w całym tym starciu. Wojna żartów z zagadkami to tak naprawdę opowieść o bitwie dwóch osobowości, które pozostają w konflikcie pomiędzy sobą, nie mogąc dojść do porozumienia w kwestii odwiecznego wroga. Niechęć do siebie nawzajem, podsycana przez dążenie do wyższego celu współgrają w tej opowieści z dążeniami do dominacji obu antagonistów. I ten element wyszedł Kingowi bardzo ciekawie, niestety odbyło się to kosztem pozostałych wątków komiksu.

Najgorsze co mogło spotkać ten tom, to jego początek. Ilość bzdur, niedorzeczności i dziur fabularnych niesamowicie bije po oczach. Prym w całym tym galimatiasie wiedzie ucieczka Riddlera z więzienia oraz jego cudowny powrót do zdrowia po pierwszym spotkaniu z Jokerem. Może tylko ja tak mam, ale po czymś takim bardzo ciężko wejść we właściwy rytm opowieści. Na szczęście dalsza część scenariusza nie prezentowała już tak niskiej formy, udało mi się więc dość szybko odnaleźć radość w lekturze. Ostatecznie mocno brakowało mi także pogłębienia pobocznych wątków konfliktu, przez co ucierpiały pewne interesujące elementy fabuły. Niektóre z nich na chwilę obecną wyglądają dość dziwnie, nie dając możliwości zagłębienia się we własne sedno (np. Deadshot vs. Deathstroke). Kto wie, może jakiś tie-in mógłby tu pomóc? Niestety, na chwilę obecną nie dysponujemy czymś takim, pozostaje więc pewien niedosyt.


Jest jednak w Wojnie żartów z zagadkami wiele świetnych rzeczy. Na niewątpliwe uznanie zasługuje cała konstrukcja fabularna opowieści. Historia nie skupia się wyłącznie na Batmanie, z powodzeniem oddając pole jego dwóm zażartym antagonistom. I jeśli nie zwrócimy przesadnej uwagi na nieco inne od dotychczasowego potraktowanie Riddlera (jest w moim odczuciu zbyt zwyczajny jak na tajemniczego człowieka-zagadkę), otrzymamy komiks, który zaintryguje nas wielowątkową narracją, ciekawie przeplatanymi wątkami oraz świetnie zilustrowanym konfliktem. Wisienką na torcie jest niewątpliwie postać Kite Mana. Tak, to jedna z tych postaci, która budziła swojego czasu większe politowanie niż ujeżdżający konika morskiego Aquaman. Tutaj, dzięki pomysłowości autora odzyskuje należny blask, ukazując swą tragiczną historię, a także (co najbardziej istotne) będąc kluczowym elementem podczas całej tytułowej wojny.

Rysunki Mikela Janina i Clay Manna idealnie komponują się z intrygującym scenariuszem Kinga. Realistyczne i szczegółowe, pozwalają urzeczywistnić walkę, jaką toczą pomiędzy sobą trzej tytułowi przeciwnicy. Szczególnie intrygująco wypadają w tym tomie podwójne, wielkoformatowe plansze pokazujące przebieg etapów wojny lub wewnętrzną walkę, jaką toczą w swych umysłach bohaterowie. Kolory w albumie (autorstwa June Chunga) są stonowane, co również uznaję za plus, ponieważ ta historia (jak i inne z Batmanem) zobowiązuje do utrzymania odpowiedniego klimatu.

Wojna żartów z zagadkami nie jest więc komiksem idealnym, ale ostatecznie daje całkiem sporo frajdy. Choć niektóre potknięcia są na tyle duże, że pamięta się je jeszcze po odłożeniu komiksu na półkę, nie mogę odmówić Kingowi pomysłowości w kreowaniu całego konceptu. Autor po raz kolejny pokazuje, że ma własną wizję opowiadania historii o Mrocznym Rycerzu, co uznaję za wielki plus (biorąc pod uwagę ogrom czasu, od kiedy ta postać jest z nami). Powrót do pierwszego roku działalności Batmana jest więc raczej udany, a na dodatkowe uznanie zasługuje sama końcówka tomu, która ukazała tytułowego bohatera jako osobę bardzo ludzką, skłonną popełniać trudne do zaakceptowania wybory. Ostatecznie polecam najnowsze spotkanie z Batmanem, tym bardziej, że jest to część, którą można czytać bez znajomości poprzednich odsłon serii. Wystarczy tylko ogólne rozeznanie w uniwersum Nietoperza, a powinniście bawić się bez przeszkód.



Tytuł: Batman, tom 4 - Wojna żartów z zagadkami
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Mikel Janin, Clay Mann
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiksy z Batmanem z serii DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 28 grudnia 2018

RECENZJA: Star Wars Art: Koncepty

Fantastyczne filmowe światy nieustannie zabierają mnie w podróże, które nie byłyby możliwe bez nieograniczonej wyobraźni ich twórców. Odległe galaktyki, nieznane realia ukryte po drugiej stronie lustra, czy miejsca istniejące wyłącznie w wirtualnej rzeczywistości - wszystko co oglądałem na ekranie, musiało wcześniej powstać w wyobraźni utalentowanych artystów. To właśnie ich zdolności zrodziły pierwsze wizje i projekty tego, co powszechnie nazywane jest światami przedstawionymi. Podczas wyprawy do kina czy prywatnego seansu w domowym zaciszu, nieczęsto zastanawiamy się jak wielką pracę włożono w kreatywny proces tworzenia obrazu. A szkoda, bo jest to cykl niezwykle ważny z punktu widzenia powstawania filmu, ale również ciekawy dla każdego fana zakulisowych tajemnic. Dlatego też bardzo lubię (i doceniam) albumy, które zbierają prace graficzne, dokumentujące powstawanie uznanych produkcji filmowych. Jednym z takich wydawnictw jest książka Star Wars™ Art: Koncepty.

Cóż jednak jest innego w tej publikacji, co odróżnia ją od reszty bliźniaczo podobnych pozycji? Po pierwsze, jest to album wydany z okazji 40-lecia sagi Gwiezdnych wojen. Zebrano w nim najlepsze obrazy koncepcyjne, powstałe w ciągu ostatnich czterech dekad na potrzeby filmów z serii, gier komputerowych czy seriali animowanych. Po drugie, jako nieliczny, tytuł ten prezentuje najszersze spektrum prac twórców, którzy brali czynny udział w projektowaniu wszelkich gwiezdnowojennych światów. Tylko tu sąsiadują ze sobą prace Joe Johnstona, Ralpha McQuarriego, Ryana Churcha, Douga Chianga czy kilkudziesięciu innych, niezwykłych wizjonerów, którzy pod czujnym okiem George'a Lucasa współtworzyli obraz odległej galaktyki. W trzech wpisach znajdujących się na początku albumu oraz końcowej rozmowie z Erikiem Timensem zawarto całą pasję i chęć znalezienia unikalnej drogi dla prawdziwie magicznych opowieści, które władają wyobraźnią już kilku pokoleń.


Mimo wszystko, to co w Star Wars™ Art: Koncepty jest najciekawsze, to nieustanne przywracanie poszczególnych projektów do życia. Jako fan filmów Lucasa nie od dziś mam świadomość, że wiele niewykorzystanych grafik często wracało po latach w zmienionej formie, w innym filmie czy medium. Jeśli jakiś projekt nie został użyty w Imperium kontratakuje, kilka dekad później odnaleźliśmy go w serialu animowanym Wojny Klonów, a niejeden pozornie zapomniany szkic odzyskał drugą młodość w grze komputerowej lub komiksie. I te elementy są najbardziej widoczne w albumie. Nie wierzycie? Spójrzcie tylko na okładkę. Choć podobnej sceny trudno szukać w filmowej Nowej nadziei (do której pierwotnie została stworzona), po latach posłużyła za jeden z kadrów podczas emocjonującej walki Ezry i Kanana z Vaderem (w pierwszym, podwójnym epizodzie drugiego sezonu Rebeliantów). Takich przykładów jest znacznie więcej, nie zamierzam jednak wymieniać teraz ich wszystkich. Chyba nie ma większego sensu abym popisywał się znajomością tego uniwersum, a myślę też, że sami będziecie chcieli je odnaleźć. Wszak to z czynnego obcowania z albumem powinna płynąć największa frajda.

Wiele z zamieszczonych tu prac nie znalazło zastosowania w ostatecznych wizjach. Sądzę jednak, że kiedyś i tak do nas powrócą. Kto wie, może jeszcze będzie okazja odwiedzić krystaliczną planetę Mygeeto, przejść się korytarzami pałacu na Raxus, czy poznać nowe zastosowanie dla droida, który był początkową wersją generała Grievousa. Ciekawostką jest, że niektóre z zamieszczonych grafik nie ujrzały wcześniej światła dziennego. Nie ma ich może zbyt wiele, lecz moją uwagę niewątpliwie przykuło kilka z nich. Szczególnie upodobałem sobie tę, przedstawiającą twi'lekankę w sukni ślubnej oraz niejakiego droida Betty, sportretowanego w charakterystycznym stylu pin-up. Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden nieodłączny element, obecny przy powstawaniu większości zamieszczonych w albumie konceptów. George Lucas przy podejmowaniu decyzji odnośnie użycia konkretnego pomysłu zawsze posługiwał się jedną z trzech pieczątek, którymi oznaczał poszczególne prace. Być może uda się Wam odgadnąć, które z tu zamieszczonych zyskały miano "Świetnie!","OK" czy "Nie bardzo OK".


Star Wars™ Art: Koncepty demonstruje i uświadamia jak wiele pracy włożono w powstawanie tego, co finalnie dane nam jest podziwiać na ekranie. Mnogość stylów, materiałów i osobowości twórców jasno wskazuje, że na gruncie kreacji Gwiezdne wojny nie mają sobie równych. Choć z pewnością można przyczepić się, że czegoś w tym albumie pokazano za mało, a czegoś innego za dużo, to jednak końcowy efekt mówi sam za siebie. Prawie każda praca może służyć jako obraz wiszący w salonie sympatyka fantastyki, a wiele z nich stanowi namacalną część historii światowego przemysłu rozrywkowego. Chyba każdy fan Star Wars doceni zawartość tego wydania, śledząc mozolny proces twórczy towarzyszący artystom, których prace znalazły się na  jego stronach. A to może być impulsem prowadzącym do odbycia kolejnej fascynującej podróży śladem ulubionych bohaterów. I w sumie chyba o to chodzi, bo fantastyka opiera się wyłącznie na naszej nieposkromionej wyobraźni. Tej przelanej podczas procesu tworzenia na papier lub tej egzystującej wyłącznie w naszych myślach. W końcu i tak wychodzi na to samo... ;-)





















Tytuł: Star Wars™ Art: Koncepty
Przekład: Marcin Bauer
Wydawnictwo: AMEET
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 176
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.



niedziela, 23 grudnia 2018

RECENZJA: Klaus (G. Morrison, D. Mora)


Święta Bożego Narodzenia to najbardziej rodzinny i nastrojowy czas w roku. Choinka, kolędy, stół z potrawami, miejsce dla strudzonego gościa i... prezenty! A te przynosi nie kto inny, jak sam Gwiazdor, czyli dobry duch szczęścia, najczęściej zwany świętym Mikołajem. Dla grzecznych dzieci ma w zanadrzu coś miłego, a tym niedobrym w ramach ostrzeżenia przynosi rózgę. Taszcząc wielki wór z podarkami, zsiada z ogromnych sań ciągniętych przez zaprzęg reniferów z północy. Czy zastanawialiście się jednak kiedyś, jak mogła wyglądać historia Mikołaja? Skąd w ogóle wziął się ten dziarski staruszek? Oczywiście, najprostszym sposobem będzie kliknięcie w zasoby google'a, ale nie do końca o to mi chodzi. Na szczęście, kreatywni twórcy komiksów nie przestają nas zadziwiać, toteż dla spragnionych specyficznego podejścia do świąt, Grant Morrison wraz z Danem Morą przygotowali niezwykłą historię o genezie naszego białobrodego darczyńcy.

Klaus, bo tak nazywa się ich wspólne dzieło, rozgrywa się w przedchrześcijańskiej, nordyckiej rzeczywistości. Pewnego zimowego, grudniowego dnia do miasteczka Grimsvig przybywa mężczyzna handlujący skórami, futrem i mięsem. Nazywa się Klaus i choć nikt go tu nie rozpoznaje, on sam zdaje się znać miasto nader dobrze. Zbliża się doroczne święto Jol, które jak co roku powinno kojarzyć się z radością, zabawą i wspólnym świętowaniem. Tymczasem mężczyzna spostrzega, że wszelkie atrybuty zabawy zostały zakazane przez rządzącego Grimsvigiem barona. Wszystkich mężczyzn zesłano zostali do kopalni, gdzie w nieludzkich warunkach wydobywają ogromne ilości węgla. Grozę czuć w powietrzu, toteż Klaus szybko domyśla się, że nie mówi mu się tu wszystkiego. Za próbę obrony małego, bawiącego się na ulicy chłopca bohater zostaje brutalnie wygnany z miasta i bezwzględnie ścigany przez strażników. Jest to początkiem dziwnych wydarzeń, które pchną Klausa na nową drogę, której finał stanie się coroczną, wielką legendą.


Morrison powołał do życia genezę postaci, która znana jest chyba w każdym zakątku świata. Czy spodziewalibyście się jednak ujrzeć młodego Mikołaja (czyli Klausa) bliźniaczo podobnego do Thorgala, z długim mieczem i białą wilczycą u boku? A to jeszcze nie koniec niespodzianek! Autor snuje tu pełną przygodowego, mrocznego klimatu opowieść, luźno korzystając z najważniejszych elementów gwiazdkowego folkloru. Jego celem było zakończenie tej historii w miejscu znanym dobrze każdemu z nas. Tymczasem droga, którą poprowadził swego bohatera przez wszelkie niezwykłe wydarzenia jest wyłącznie jego własną interpretacją. Bo i kto mógł mu tego zabronić? Morrison zadbał, aby w jego komiksie wyjaśniony został każdy element kojarzony z opowieścią o św. Mikołaju. Jeśli więc chcecie dowiedzieć się jak Klaus zaczął przygotowywać zabawki, skąd wzięły się jego magiczne sanie i strój, a nawet skąd pochodzi słynny okrzyk "Ho, ho, ho!", tutaj znajdziecie swoje odpowiedzi. Interesujące jest również to, że autor stworzył w pełni autonomiczną opowieść, która nie tylko twardo stoi na własnych nogach, ale też opowiada ściśle przemyślaną i wciągającą historię.

Jak przystało na klasyczną bajkę, poznajemy w Klausie dobrego, postawionego przed trudnymi decyzjami bohatera, złego barona, który opętany własną słabością szuka demonicznych sposobów ku zapewnieniu sobie władzy absolutnej, wątek nieszczęśliwej miłości, szczyptę magii oraz pewną istotną tajemnicę z przeszłości. Wszystkie te elementy poprowadzono bardzo sprawnie, a nieograniczona fantazja Morrisona pozwoliła mu na dodanie kilku własnych interpretacji. Jedną z nich jest zamiana towarzyszących Klausowi reniferów na wilki. I choćby zdawało się to dziwną decyzją, pamiętać należy, że św. Mikołaj nie zawsze przybywał do nas w ten sposób. W średniowiecznych wiekach uważano, że przypływa on z ciepłych krajów na wielkim żaglowcu, a jego pomocnikiem był chłopiec zwany Czarnym Piotrusiem. Dopiero w 1823 roku, po opublikowaniu wiersza Noc wigilijna autorstwa C. C. Moore'a, pojawił się klasyczny motyw sań wraz z ciągnącymi je reniferami. Może więc Klaus tak naprawdę korzysta z pomocy wilków? Przyznam, że mi po przeczytaniu powyższej opowieści ta ewentualność wydaje się bardzo intrygująca.


Scenariusz Morrisona to jedno, tymczasem rysunki Mory to drugie. Młody ilustrator fantastycznie oddał realistyczny, mroczny klimat opowieści, łącząc naturalną kreskę z nieco cartoonową stylistyką. Ogląda się to naprawdę wspaniale, a losy bohatera, choć dość brutalne, świetnie oddają jego dobry i niezłomny charakter. Klaus w interpretacji autorów przypomina Thorgala bardziej, niż tytułowa postać, występująca ostatnio w oryginalnych komiksach Rosińskiego. Choć kolorystyka w Klausie jest dość stonowana, a większość scen dzieje się nocą, Mora sprawnie przedstawia wszystkie niuanse wydarzeń. Dzięki jego pieczołowitości nic nie umknęło mojej uwadze. Każdy kadr dopracowany został bardzo szczegółowo i starannie.

Morrison i Mora odwalili w Klausie kawał dobrej roboty. Stworzyli pomysłowy komiks, który przybliża "największą ze wszystkich nieznanych historii". Mam wrażenie, że dla osób lubujących się w niekonwencjonalnym podejściu do ogranych, świątecznych tematów, ich opowieść będzie prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Właśnie ten element przemawia na korzyść całej historii najbardziej. Szkoda tylko wielka, że wydawnictwo KBOOM nie pokusiło się o dodanie w tym wydaniu dwóch krótkich historii z Klausem (Klaus and the Witch of Winter i Klaus and the Crisis in X-Masville), które uczyniłyby z powyższej edycji dzieło prawdziwie kompletne. Tak czy inaczej, jeśli zamierzacie przeczytać tej gwiazdki tylko jeden świąteczny komiks, upewnijcie się, że będzie to Klaus. No i co tu jeszcze dodać? Wesołych Świąt Kochani! :-)



Tytuł: Klaus
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: Dan Mora
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Boom! Studios/KBOOM
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 208
Oprawa: twarda ze złoceniami na krawędzi stron
Cena okładkowa: 109 zł

sobota, 22 grudnia 2018

PATRONAT SKRZYDEŁ GRYFA: Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista - Maciej Kur


Z racji wieku i zainteresowań nieczęsto jest mi dane czytać książki dla najmłodszych. Owszem, co jakiś czas napiszę krótką recenzję jakiejś publikacji Lego z cyklu Star Wars czy Ninjago, lecz z prawdziwą literaturą dziecięcą nie miałem do czynienia od bardzo, bardzo dawna. Kiedy dowiedziałem się, że Maciek Kur, niezwykle utalentowany autor scenariuszy do komiksów z serii Lil i Put, Emilka Sza czy Kajko i Kokosz (nowe przygody) napisał swoją pierwszą książkę dla dzieci uznałem, że muszę ją niezwłocznie przeczytać. Jeszcze bardziej ucieszyłem się, gdy wydawnictwo Beelive Publishing powierzyło Skrzydłom Gryfa patronat nad tą właśnie opowieścią. Dziś z wielką przyjemnością donoszę, że Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista właśnie pojawiła się w sprzedaży. Spieszę więc czym prędzej aby donieść Wam jak bardzo mi się spodobała.

Wierzycie we wróżki? Jeśli tak, to pewnie zainteresuje Was fakt, że oprócz klasycznych wróżek magiczną część świata zamieszkują także cudodziejki. Czym jednak one są? Otóż, cudodziejki to takie wróżki, które zamiast zwykłej magii czynią najprawdziwsze cuda. Wystarczy tylko, że zagrają na jakimś instrumencie, aby natychmiast stało się coś cudownego. Liście na drzewach zamienią się w motyle, domek z kart stanie się wspaniałym pałacem, a zły pies sąsiada zamiast złowrogiego ujadania, zaśpiewa operowe arie. I taką właśnie wróżką jest Sylwia. Zamieszkuje wspaniały dworek na pewnej łące, który tak naprawdę jest ogromnym drzewem, sprytnie zmienionym w miejsce zakwaterowania wielu różnych cudodziejek. To właśnie tutaj, pod okiem starszych koleżanek dziewczynki pobierają rozliczne nauki. Poznają walory języka polskiego, matematyki, przyrody czy geografii. Wszystko po to, aby móc bez problemu poruszać się w koegzystującej z nimi, codziennej rzeczywistości. Wszystko tutaj toczy się radosnym torem, jednak pewnego dnia rezolutna i troskliwa Sylwia podsłuchuje pewną nieprzeznaczoną dla jej uszu rozmowę. Wynika z niej jasno, że jedna z cudodziejek jest niecałopełnista. Co to w ogóle oznacza i kim może być owa dziewczynka? Z czasem Sylwia zaczyna się zastanawiać, czy nie chodzi tu aby o nią samą...


Co tu dużo pisać? Maciej Kur użył pełni swej nieskrępowanej wyobraźni, aby stworzyć intrygujący i kolorowy świat, który wypełniają niezwykle różnorodne osobowości. Mało tego, z powodzeniem udało mu się też ukazać pełnię swych językowych możliwości, a nawet przemycić kilka nienachalnych wniosków. A te, z pewnością nauczą młodych czytelników paru ważnych spraw. Fabuła Sylwii Sylwester jest Niecałopełnista skupia się nie tylko na zagadce domniemanego "kalectwa" głównej bohaterki. Wiele rozdziałów opowiada zamknięte historie, przybliżające świat Sylwii oraz jej najbliższych przyjaciółek. A tych nasza protagonistka ma bez liku. Śmieszynka, Termilka, Samowierzka, Niezapominajka, Speszka czy najbardziej intrygująca - Lucyferetka, towarzyszą Sylwii w jej niezwykłych przygodach i najczęściej wraz z nią wpadają w niezłe tarapaty. Każda z przeżytych przygód jest dla tych uroczych postaci nauką zasad życia, a pomysłowość autora wręcz skrzy się od pomysłów na ciekawą historię.

Barwne, ciekawie skonstruowane postacie i różnorodność fabularna tej książeczki to jedno, ale czy dorośli również znajdą w niej coś godnego zainteresowania? Z pewnością! Maciej Kur nie od dziś znany jest ze swojego zamiłowania do kreatywnego korzystania z ojczystego języka i pod tym względem Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista nie stanowi wyjątku. Nowatorskie, prześmieszne określenia, połamańce językowe czy kreatywna zabawa formą są tu na porządku dziennym. A wszystko to sprawiało, że szczery uśmiech prawie nie schodził z mojej twarzy. Najlepszym tego przykładem niech będzie rozdział ósmy, w którym Sylwia zasięga porady Idiomki, odnośnie zrównoważenia huśtawki nastrojów Termilki. Autor nie stroni również od sytuacji komicznych. Śledząc poczynania dziewczyn niejeden raz zaśmiałem się serdecznie, a co ciekawe, żarty te nie uleciały mi natychmiast z pamięci. Fabuła przygód Sylwii zahacza też o codzienny, szary świat. Jedną z wprowadzonych w końcówce postaci jest niewdzięczna Agnieszka. Poprzez relację z tą osóbką, Sylwia odbiera jedną z najważniejszych lekcji w swym życiu. Z tak inteligentnie zbudowanego finału odpowiednie wnioski wyciągną zarówno młodzi jak i starsi czytelnicy.


Pośród powyższych rewelacji, Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista jawi mi się również jako mądra opowieść o tolerancji. Motyw ten przewija się w większości przygód naszej bohaterki, ma też ogromne znaczenie w finale książeczki. Autor w koncertowy sposób rozegrał tą kwestię, łącząc ją z główną zagadką fabuły. O tym, czy Sylwia faktycznie jest niecałopełnista, będziecie musieli przekonać się już sami, mam jednak wrażenie, że wyjaśnienie zaskoczy Was podobnie jak mnie.

Oczywiście, nie byłoby tej książeczki bez niesamowitych ilustracji Ewy Kossowskiej. Jest ich tu naprawdę bez liku. Jeśli zastanawialiście się jak może wyglądać przedziwny Pan Pakaduriusz oraz czy Ekierka jest istotnie tak kanciasta w obejściu, dzięki talentowi artystki nie będziecie mieli z tym już żadnego problemu. Bajecznie kolorowe, ale też prawdziwie urocze grafiki zdobią niemal każdą stronę. Jest to dodatkowym atutem tej pozycji, który sprawia, że całość czyta się z jeszcze większą przyjemnością.

Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista to naprawdę udana książka. Wypełniają ją sympatyczni bohaterowie, a różnorodność ich przygód nie pozwala ani trochę nudzić się podczas lektury. Znajdziemy tu wiele mądrych i zabawnych rzeczy, które nie miałyby prawa bytu bez nieograniczonego języka autora. Czytanie takich książek z pewnością rozwija umysły młodych czytelników, dając im możliwość własnej interpretacji zdarzeń. Poprzez beztroską rozrywkę dzieciaki zrozumieją kilka życiowych prawd, a dorośli z miłą chęcią przypomną sobie szczenięce lata. Jeśli macie dwie godzinki wolnego czasu, zamiast klasyki fantasy wybierzcie tym razem tą wdzięczną opowieść. Zdziwicie się jak szybko minie Wam czas, a być może (tak jak ja) zechcecie poznać dalsze przygody Sylwii. Prośmy więc autora aby szybko je spisał, bo na pewno będą tego warte!



Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista - Maciej Kur
Wydawnictwo Beelive Publishing 2018
Ilustracje: Ewa Kossowska
ISBN: 978-83-951636-0-9
Oprawa: miękka
Ilość stron: 106
Cena okładkowa: 34,90 zł



piątek, 21 grudnia 2018

Czy Aquaman (2018) poszedł na dno?


Już na wstępie przypomnę Wam, że uwielbiam Aquamana. Do tej postaci przekonał mnie Geoff Johns, który świetnie poprowadził cykl o losach Arthura Curry w ramach The New 52. Później nastały obiecujące czasy Odrodzenia DC, gdzie przygody następcy tronu Atlantydy zyskały jeszcze więcej ciekawych elementów. Dlatego też po dość średniej filmowej adaptacji Ligi Sprawiedliwości bardzo oczekiwałem kolejnej produkcji z wielkoekranowego świata DC. Moje nadzieje dodatkowo podsycał fakt, że reżyserią tego tytułu miał zająć się James Wan, czyli człowiek, który powołał bardzo ważne dla mnie filmy z serii Obecność (Conjuring). Minął długi rok i wreszcie Aquaman jest w kinach. Czy sprostał moim nadziejom? Niestaty nie. Czy uważam go za dobry film? Również nie. Czy istnieje szansa, że komuś przypadnie do gustu? Jest szansa, że tak.

Chyba nie ma większego sensu opisywać fabuły powyższej produkcji, napomknę więc tylko, że jest to opowieść o pół-człowieku, pół-Atlancie, który z racji swego dziedzictwa musi upomnieć się o należny mu tron podwodnego świata. Jak to w historiach tego typu bywa, Arthur wcale nie pali się do tego zadania, jednak pod wpływem pewnych okoliczności zmuszony zostaje do zajęcia konkretnego stanowiska. To z kolei poprowadzi go w długą, pełną przygód drogę, w czasie której odnajdzie swe powołanie i stanie się innym człowiekiem. Bajka stara jak świat, trzeba jednak przyznać, że zaprezentowana została w dość nowoczesny sposób, bo w końcu filmów o Atlantydzie nie mieliśmy w światowej kinematografii aż tak wielu.


Aquaman Jamesa Wana ma wiele problemów. Trudno mi pogrupować je od najbardziej do najmniej istotnego, mimo wszystko spróbuję. Najważniejsza jest tu chyba ilość wprowadzonych wątków. Już na etapie pierwszej zapowiedzi (biorąc również pod uwagę znajomość komiksów) podejrzewałem, jak trudno będzie udźwignąć tak przesadzoną liczbę wydarzeń. Nie dość, że otrzymałem film, w którym niezwykle ważne jest zbudowanie świata przedstawionego (z całym swym ogromem i historią), to jeszcze doszli do tego liczni bohaterowie (wraz z najważniejszą parą głównych postaci), ich motywacje oraz różnorodna tematyka produkcji. Jak się okazuje, samej treści wystarczyłoby na dwa oddzielne filmy. Twórcy robili co mogli, aby upchnąć to wszystko do jednego wora i w pewnym sensie im się to udało. Mimo wszystko, na tym zabiegu ucierpiały inne kwestie, które być może mogłyby wybrzmieć o wiele ciekawiej. Jedną z nich jest nieumiejętność zdecydowania się produkcji na to, jaki rodzaj historii opowiada. Z jednej strony jest to film tworzony w całkowitej powadze, z drugiej wypełniono go olbrzymią ilością scen, które wskazują na samoświadomy kicz. Nie pasuje to do siebie, a podczas seansu wybijało mnie co chwila z rytmu oglądania. Odmienną sprawą jest wiele scen z niezamierzonym humorem. Niektóre motywacje, reakcje czy stanowiska bohaterów są tak idiotyczne, że wręcz godzą w inteligencję widza.

Zawiodłem się także na spójności Aquamana z resztą filmowego uniwersum DC. Jest taka jedna scena, która całkowicie zaprzecza temu, co widziałem w Lidze Sprawiedliwości, a jednocześnie wspominając wydarzenia widziane w tamtym filmie, burzy jakikolwiek sens tego krótkiego epizodu. Czy ktoś z twórców oglądał w ogóle tamtą produkcję? Niewątpliwie należy pochwalić dynamikę pomiędzy parą głównych bohaterów, czyli Arthurem (Jason Momoa) i Merą (Amber Heard). Zastanawiające jest, że z tej dwójki wyłącznie kobieca postać wypadła na ekranie tak jak powinna. Mera jest piękna, silna i ma ciekawie nakreślony charakter, natomiast Arthur w roli Momoy zupełnie nie jest w stanie sprostać zadaniu. Aktor stara się nadać swej postaci określoną barwę, jednak przez wcześniejsze rozpisanie bohatera nie jest w stanie wyciągnąć go ponad aparycję rockendrollowego drwala. Możecie uznać, że ta wersja Aquamana jest konsekwentnie przedstawiona od początku do końca, ale moim zdaniem twórcom nie udało się stworzyć tak udanej i kompleksowej postaci jak ta, którą znam z komiksu. Ponadto, Arthur nie przechodzi wyraźnej i uzasadnionej przemiany. Wszystkie decyzje podejmuje bez większego przekonania, albo tylko dlatego, że ktoś mu tak sugeruje. Jak dla mnie, to trochę za mało.


Osobnym elementem filmu są efekty specjalne i liczne sceny akcji. Tak, tu niepostrzeżenie przechodzę do krótkotrwałego chwalenia Aquamana. W powyższych detalach wykorzystano wielki potencjał, ponieważ prawie wszystko co pokazano mi na ekranie sprawia, że oglądanie filmu jest naprawdę niezłą frajdą. Poza drobnymi wyjątkami (stroje komandosów Atlantydy, bronią podarowaną Mancie czy wyglądem pałacu króla Orma) wizualizacje podwodnego świata oraz świetnie zrealizowane sceny bitew naprawdę zapierają dech w piersi. Wszystkie stworzenia morskie, pojazdy, budowle czy stroje zasługują na wyrazy uznania. Stanowi to o niewątpliwej sile rażenia produkcji. Niestety, trzeba jeszcze wspomnieć o dziwnym doborze piosenek i muzyki w filmie. Pamiętam, jak filmy z lat 90-tych ubiegłego wieku celowały w idealnym połączeniu przeboju z obrazem. To dość pechowe porównanie, ponieważ przykład filmu Wana pokazuje, że ta wiedza została zapomniana niczym odległe legendy Atlantydy. Prawie wszystkie dźwięki dodane zostały na zasadzie strasznego kontrastu. Choć teoretycznie powinny służyć treści, często wybijały mnie z nurtu opowieści.

Aquaman zawiódł mnie jako film bazujący na ulubionym komiksie, nie zdobył też należytej uwagi będąc niepowtarzalną superprodukcją, a nawet sposobem przedstawienia niecodziennej historii. Zgromadzone w nim elementy nieustannie gryzą się ze sobą, powodując znużenie całą opowieścią i obojętnością wobec większości wydarzeń (oraz postaci). Humoru i żenady jest więcej niż pierwotnie zamierzano, a całość sprawdza się jako autonomiczna treść zaledwie powierzchownie. Twórcy zwyczajnie nie byli w stanie udźwignąć kiepskiego scenariusza, aby uczynić z niego ekscytujący, zabawny i mądry film. Być może Aquamana można rozpatrywać w kategorii guilty pleasure, tymczasem dla mnie nie jest on godny nawet tego zaszczytu. Uniwersum DC jest nadal w powijakach, a mi powoli przestaje się chcieć czekać na kolejne dzieła studia. Pomimo wielkiego zawodu mam wrażenie, że znajdzie się spore grono osób, które mogą (przy odpowiednim nastawieniu) docenić całość produkcji. Jeśli tylko skupią się wyłącznie na rozrywkowych aspektach filmu i nie przeszkadzać im będzie przedziwna stylistyka historii, zapewne nie poczują straconego czasu w kinie. Jeśli chodzi o mnie, to po jakości, do której przez ostatnie dziesięciolecie przyzwyczaił mnie Marvel, nie mogę łatwo zaakceptować tego co mi tu pokazano.



Tytuł: Aquaman
Scenariusz: David Leslie Johnson-McGoldrick, Will Beall
Reżyseria: James Wan
Obsada: Jason Momoa, Amber Heard, Patrick Wilson, Willem Dafoe, Nicole Kidman, Dolph Lundgren, Yahya Abdul-Mateen II
Wytwórnia: Warner Bros.
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 21 grudnia 2018 (USA), 19 grudnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 143 min.

środa, 19 grudnia 2018

RECENZJA: Green Arrow, tom 4 - Powstanie Star City (B. Percy, J. Ferreyra, O. Schmidt)


Nie wiem czy już o tym pisałem, ale gdyby nie seriale Arrow i Flash, prawdopodobnie nigdy nie powróciłbym do czytania komiksów z gatunku superhero. Choć do oglądania pierwszego z nich zabierałem się dwukrotnie (początkowo koncepcja znużyła mnie po sześciu odcinkach), dopiero za drugim razem wciągnąłem się na dobre. Losy Szmaragdowego Łucznika śledziłem aż do finału piątego sezonu. Jak zapewne wiecie (a może wcale nie podzielacie mojego zdania), Arrow sprawdził się najlepiej podczas pierwszych trzech lat emisji, później niestety jego przygody stawały się coraz mniej oryginalne. Fakt lub nie, niemniej jednak warto rozeznać się, jak losy Zielonej Strzały wyglądają w swej oryginalnej, obrazkowej wersji. Czytałem dwa tomy Green Arrowa z cyklu New 52 i muszę przyznać, że była to całkiem niezła, choć dość niekonwencjonalna lektura. Wszystko rozkręciło się wraz z premierą nowej odsłony serii w ramach inicjatywy DC Odrodzenie. To właśnie wtedy wydawnictwo odeszło od nowatorskich prób odświeżenia losów tego bohatera, przywracając mu należne miejsce pośród najciekawszych postaci DC. Moje recenzje tomu drugiegotrzeciego poznaliście już jakiś czas temu, czas więc najwyższy przyjrzeć się aktualnej odsłonie zmagań zielonego łucznika. 

Gehenna Olivera Quinna trwa nadal... Zdyskredytowany w oczach miasta i społeczeństwa, bezwzględnie odsądzany od czci i wiary, Green Arrow uparcie stawia czoło wszelkim przeciwnościom, niezmiennie dążąc do odzyskania dobrego imienia. Na karku stale czuje oddech przedstawicieli Dziewiątego Kręgu wraz z pazernym Cyrusem Broderickiem na czele. Jak to jednak bywa w dobrych opowieściach, główny bohater musi przejść przez sam środek piekła, aby jego zwycięstwo zyskało pełny wydźwięk. Obarczony uzasadnioną niechęcią otoczenia, Oliver nie przeczuwa jeszcze, że po powstrzymaniu Vice Squadu oraz wrobieniu w zabójstwo komendanta Westberga zmuszony będzie stanąć twarzą w twarz z jeszcze gorszymi komplikacjami. Tym razem do Seattle przybędzie Czterech Jeźdźców Apokalipsy, pragnących zniszczyć jego ukochane miasto. Nasz bohater niezwłocznie wystąpi przeciw ich zakusom, posiłkując się wyłącznie własną determinacją oraz niepewnymi sojuszami z dotychczasowymi pomocnikami.

Fabuła Powstania Star City składa się z dwóch powiązanych części. W pierwszej towarzyszymy Oliverowi i Arsenałowi (temu z Tytanów) podczas powstrzymania zamieszek przy budowie rurociągu na terenie rezerwatu Indian (poznajemy też okoliczności łączące tych dwóch bohaterów). Druga odkrywa przed nami misterny plan Dziewiątego Kręgu, polegający na absolutnej dominacji i przekształceniu Seattle w nowoczesne, zdominowane przez Queen Industries Star City. I już w tym miejscu trzeba przyznać, że fabuła serii robi się coraz bardziej poważna, a zamierzona wielowątkowość jest przyczyną dużo lepszego odbioru całości. Po ciekawym wprowadzeniu i dość różnorodnym drugim tomie (który posiadał wyraźne cechy awanturniczej historii dla młodzieży) oraz zaskakującej i dynamicznej akcji z poprzedniej odsłony, Benjamin Percy wreszcie osiąga punkt, w którym zaczyna objawiać się jego misterny plan. Green Arrow w swym czwartym tomie jest chyba najbardziej przemyślaną i najciekawszą odsłoną przygód naszego bohatera.


Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście złowrogi spisek opanowania miasta, który zostaje nieoczekiwanie powiązany z rodzinną tajemnicą Queena. Autor umiejętnie wplata tu elementy grozy i niepewności, barwnie ukazując, jak działają struktury miasta podczas destrukcji i reorganizacji zakrojonej na tak ogromną skalę. I choć stosuje w komiksie wiele widocznych uproszczeń, to niewątpliwie należy go pochwalić za tak śmiały pomysł. Wprowadzenie do akcji Czterech Jeźdźców świetnie wzbogaciło mistyczny i pełen tajemnic wymiar tego etapu opowieści. To z kolei zaowocowało niejedną dynamiczną sceną walki. Niebagatelną rolę w Powstaniu Star City odgrywają również główne postacie. Relacje pomiędzy bohaterami są nakreślone całkiem nieźle, a wszystko rozegrane zostało wokół osoby Olivera. To właśnie on skupia na sobie uwagę i działania reszty sojuszników. Clou postaci, jaką jest Green Arrow, stanowi o ludzkim wymiarze opowieści. Czwarty tom z założenia porusza także kwestie narodowego bezpieczeństwa oraz globalnego terroryzmu. Tak się złożyło, że czasy w jakich żyjemy odciskają swe piętno również na świecie popkultury. Ponieważ przez zabawę najłatwiej trafić jest do umysłów młodych ludzi, biję duże brawa dla autorów za zasygnalizowanie podobnych wątków w tym tytule.  

Za rysunki odpowiadają Juan Ferreyra, Eleonora Carlini i Otto Schmidt. Najwięcej pracy wykonał pierwszy z wymienionych grafików i to właśnie jemu należą się największe słowa uznania. Prace Ferreyry zwróciły moją uwagę nie tylko za sprawą stylizowanego malarskiego podejścia, ale również unikalnego sposobu kadrowania. Nie mogłem przejść obojętnie obok szerokich planów, które w sprytny sposób ukazują np. podziemia czy przekroje budynków. Najwięcej dodał jednak Ferreyra do dynamiki scen akcji, które są jednym z najlepszych elementów w tym komiksie. Schmidt wcale nie pozostaje z tyłu, jego szkicowo-cartoonowa kreska idealnie oddaje awanturniczego ducha opowieści.

Powstanie Star City objawiło przede mną zakrojony na szeroką skalę plan Percy'ego. Choć w poprzednich tomach zdarzały się wątki i przygody mniej istotne dla ciągłości fabuły, widzę teraz wyraźnie, jak ciekawą opowieść przygotował dla mnie autor. Jeśli będziecie w stanie przełknąć pewne uproszczenia i umowność całej historii, jestem więcej niż pewny, że wciągnie Was tak samo jak mnie. Green Arrow jest bohaterem niemniej interesującym niż Batman czy Superman, a jego bardzo ludzkie, pełne błędów i emocji usposobienie potrafi na dobre zjednać sobie czytelnika. Ciekawe postacie drugoplanowe, złowroga tajemnica oraz nieustanna akcja także sprawdzają się w tej historii w stu procentach, dzięki czemu losy Zielonej Strzały są przede wszystkim znakomitą rozrywką. Zwyczajnie dobrze się to czyta, a jeśli komiks nie sili się niepotrzebnie aby być czymś więcej niż powinien, to ja zdecydowanie jestem za.



Tytuł: Green Arrow, tom 4 - Powstanie Star City
Scenariusz: Benjamin Percy
Rysunki: Juan Ferreyra, Eleonora Carlini, Otto Schmidt
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiksy z serii Green Arrow znajdziecie na stronie Egmontu.


wtorek, 18 grudnia 2018

RECENZJA: Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu - Roger Lancelyn Green


Któż z nas nie uwielbia baśni? Chyba każdy człowiek na etapie swego dzieciństwa słuchał niezwykłych, pasjonujących opowieści w interpretacji rodziców lub dziadków. Przekazywane ustnie lub odczytywane z najróżniejszych dziecięcych bajkozbiorów, rozpalały naszą wyobraźnię, sprawiając, że chcieliśmy na stałe przenieść się w najdalsze światy. Tam, we własnej wyobraźni poszukiwaliśmy przygód, bohaterskich wyzwań oraz wielkiej przyjaźni. Jedną z takich historii była niewątpliwie seria podań i przypowieści na temat Króla Artura i jego Rycerzy Okrągłego Stołu. Stanowiąca część pradawnych, angielskich podań, historia dzielnego władcy Brytów sięga swą genezą aż do V i VI wieku. Choć sama prawdziwość istnienia władcy i jego oddanych wojów jest przedmiotem sporu historyków, nigdy nie przeszkodziło to najróżniejszym twórcom w nieustannym przywracaniu do życia ich legendy.

W swojej książce, inspirowanej opowieścią sir Thomasa Malory'ego, Roger Lancelyn Green spaja ze sobą wszystkie luźno powiązane legendy o Arturze. Korzystając z romansów francuskich, niezwykle inspirujących dla poprzedniego autora, tworzy własną, w pełni przemyślaną kronikę odległych, częściowo baśniowych wydarzeń. Dzięki jego pasji w Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu na powrót odżywają legendarne postaci i zdarzenia. Któż bowiem nie kojarzy mężnego sir Lancelota, Gawaina, Pellinora, Borsa i Galahada? Kto nie słyszał nigdy legendy o mieczu uwięzionym w kamieniu czy miłosnej przypowieści o Tristanie i Izoldzie? Kto nie obawiał się podstępnej czarodziejki Morgany le Fay lub nie zachwycał się tajemnicami ziem Avalonu? To wszystko na nowo odżywa w tej pochodzącej z połowy ubiegłego wieku powieści, przywracając nostalgię, marzenia i tak ważne dla literatury europejskiej dziedzictwo.

Wszystko to fajne, tymczasem dzieło Greena nie przekonało mnie do siebie prawie w ogóle. Niestety, całość została skomponowana jako zwykła baśń (co samo w sobie oczywiście nie jest złe), lecz z jedną istotną różnicą - nie jest to tekst skierowany do najmłodszych. Całość utrzymano w bajkowym, wyidealizowanym oraz mocno infantylnym stylu, od którego odbiłem się jak kauczukowa piłeczka od ściany. Zbyt wiele tu uproszczeń i skrótowego opisywania przygód. Gdyby jeszcze to było wszystko... Niestety, moją największą bolączką okazały się same postacie oraz ich przerysowane motywacje. Stronice książki Greena wypełniają mężni rycerze, którzy są dzielni i honorowi aż do bólu. Bez skrupułów zabijają podłych wrogów, nieustannie wspinając się po szczeblach swego heroizmu, ani przez chwilę nie ulegając żadnym pokusom czy wątpliwościom. Struktura narracji nie pozwoliła autorowi zarysować wewnętrznej walki poszczególnych postaci, przez co nie jestem w stanie zaakceptować ich motywacji. Gdyby Green dodał tu i ówdzie choć niewielką wzmiankę o trudnej do pokonania pokusie, dałoby się uzyskać bardziej realistyczny wydźwięk zdarzeń. Wszyscy Rycerze Okrągłego Stołu są więc nieustraszeni, kobiety niezwykle piękne, a pojawiający się od czasu do czasu niegodziwcy źli do szpiku kości.

Trochę lepiej wypada historia sir Lancelota i jego miłości do królowej Ginewry, gdzie zakazane uczucie daje początek klęsce władzy Artura. Te i inne wydarzenia z finału powieści czyta się z nieco większą przyjemnością, rozmywa się tu również wątek przesłodzonej honorowości rycerzy. Dodanie pożądanego efektu przyczyny i skutku złagodziło moje obcowanie z archaicznym językiem i fabułą. Niestety, styl pisarski autora nie pomagał we wcześniejszym odbiorze powieści. Łapałem się nie raz na tym, że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki, niebezpiecznie udzielał mi się staroświecki koloryt wypowiedzi bohaterów. Odrzucały mnie też postacie, które często wiedziały prawie wszystko i postępowały według niezrozumiałej dla mnie logiki. O ile w przypadku czarownika Merlina da się to jeszcze zrozumieć (magia i te sprawy), niewyjaśniona znajomość przyszłości przez niektóre osoby wywoływała u mnie bolesny skręt kiszek.

Trzeba jednak stwierdzić to jasno i dobitnie - Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu to powieść będąca żelazną klasyką gatunku. W tym, że nie przypadła mi do gustu nie ma żadnej winy autora. Najwyraźniej nie byłem docelowym odbiorcą tego dzieła. Dla osób poszukujących pięknego języka i prostych, baśniowych przypowieści będzie z pewnością czymś niezwykłym. Mnie niestety przypominała ulubione ciastko, które ktoś przygotował, zabierając moje ulubione dodatki i na przekór czyniąc je nadmiernie słodkim. Biblijna stylistyka tekstu nie podeszła mi zupełnie, jednak w pełni doceniam kunszt warsztatu Greena, który sprawnie połączył luźno powiązane legendy w klarowną, przemyślaną całość. Sądzę, że czytelnicy potrafiący odnaleźć się w warsztacie pisarskim autora, spędzą z powyższą opowieścią wile przyjemnych chwil, przypominając sobie dawne, dziecięce czasy. Ja nie byłem w stanie tego zrobić. Być może zbyt przesiąkłem dzisiejszym sposobem opowiadania historii, gdzie wszystko musi być konsekwentnie poukładane, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do najdrobniejszych elementów historii.


Tytuł: Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu
Autor: Roger Lancelyn Green
Ilustracje: Aubrey Beardsley
Przekład: Ładysław Jerzyński
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 392
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


niedziela, 16 grudnia 2018

RECENZJA: Wbrew naturze, tom 3 - Odrodzenie (M. Andolfo)


Przyszedł czas na finał historii o wilku i śwince. Mirka Andolfo, utalentowana włoska rysowniczka przedstawia trzeci tom niezwykłej opowieści o antropomorficznym świecie zwierzaków, której główną bohaterką jest sympatyczna Leslie Blair. Wszystkie zaprezentowane we wcześniejszych tomach Wbrew naturze tajemnice wreszcie znajdą swoje oczekiwane wyjaśnienie, a zniecierpliwieni czytelnicy otrzymają wieńczące podstępną intrygę przygody. Nim jednak to wszystko się wydarzy, autorka po raz kolejny poprowadzi naszą bogu ducha winną świnkę przez prawdziwą gehennę, obarczając ją wielką odpowiedzialnością oraz rzucając pod jej nogi kłody, których nie życzylibyśmy nawet najgorszym wrogom. I tak jak w przypadku tomu drugiego, możemy być pewni, że wydarzenia w Odrodzeniu potoczą się zupełnie inaczej niż początkowo zakładaliśmy.

Kiedy poprzednim razem rozstaliśmy się z Leslie, Khalem i Sayą, bohaterowie z narażeniem życia poszukiwali szczątków legendarnej Bes w opuszczonym Tijoux. Ich plany spaliły na panewce za sprawą desperackiej zdrady Sayi, a co gorsza, wkrótce okazało się, że nie będą nigdy w stanie odszukać pozostałości pradawnej oblubienicy Albinosa. Mroczna obecność narastająca w Leslie kilkakrotnie wymknęła się spod kontroli, pomagając trójce towarzyszy w uwolnieniu się od tropiących ich ciemiężców. Tymczasem (jak to w dobrych historiach bywa), był to zaledwie wstęp do wielkiego finału, który zaserwowała nam autorka. Poznaliśmy prawdziwą tożsamość kapłana Wzroka i ostatecznie wydawało się, że sprawy nie mogą okazać się już mniej sprzyjające przyjaciołom. Była to jednak zaledwie cząstka prawdy. Teraz na jaw wychodzą kolejne informacje, będące sednem całego zamieszania, w którego centrum znalazła się niebieskowłosa świnka. Odrodzenie łączy w sobie cechy dramatu, thrillera oraz dalszej opowieści o oddaniu towarzyszom, tworząc bardzo ciekawą i przemyślaną treść.

Przed napisaniem poniższej recenzji po raz kolejny pogrążyłem się w lekturze najnowszego, oraz poprzednich tomów Wbrew naturze. Znów zdumiało mnie, jak Andolfo zaplanowała całą tą historię. Od niczego nie zdradzającej opowieści kryminalnej, poprzez rasowy thriller i aferę na najwyższych szczeblach władzy, aż po mistyczną opowieść o przeznaczeniu i wewnętrznej, nieokiełznanej sile - autorka zawarła tu naprawdę wiele pozornie niepasujących do siebie elementów. I co ciekawe, potrafiła użyć ich tak, aby samej nie pogubić się w tym wszystkim, a jednocześnie tworząc historię niesamowicie wciągającą i angażującą czytelnika także na poziomie emocjonalnym. Tak, wierzcie mi lub nie, ale Wbrew naturze to wielowątkowa, nieomal epicka opowieść, gdzie pod przykrywką historyjki o zwyczajnej śwince autorka przemyciła niesłychaną ilość elementów. A zdawałoby się, że początkowy sposób ukazywania głównej bohaterki posłużyć ma jej do ukazania zupełnie innych kwestii...


Tym co zasługuje w Odrodzeniu (oraz poprzednich tomach) na szczególną uwagę, jest sama postać głównej protagonistki. Prawda jest taka, że gdyby nie sposób w jaki Andolfo wykreowała Leslie, cały ten komiks zapadłby się pod własnym ciężarem, jak przysłowiowy domek z kart. Nie wierzycie? Każda dobra historia musi opierać się na wyrazistych postaciach (i takich mamy tu oczywiście bez liku), ale tylko dzięki naszej śwince możemy odbierać całą fabułę w odpowiedni sposób. Leslie jest bowiem odbiciem nas samych we wszystkich opisanych tu wydarzeniach. Zwykła, serdeczna, zagubiona - przyznajcie sami przed sobą, jak zachowywalibyście się w sytuacjach, jakie są udziałem tej bohaterki? Jeśli Wasza odpowiedź jest odmienna od stwierdzenia, że tak samo, to chyba oszukujecie sami siebie. Niepewność Leslie i jej wewnętrzna walka (przez co jest ona bardzo autentyczna) przemawia do czytelnika na bardzo osobistym poziomie. To właśnie dlatego można tak dobrze wczuć się w tę opowieść, stale dopingując główną protagonistkę i mocno trzymając za nią kciuki.

Jest jeszcze jeden ważny do odnotowania element Odrodzenia oraz całego Wbrew naturze. Chodzi mi mianowicie o bardzo ciekawy wątek Maxime Smith. Jej opowieść wypełnia seria złych wyborów, spowodowanych przez przemożne pragnienie miłości. Jest pod tym względem podobna do Leslie, jednak ich drogi różnią się od siebie znacząco. Trochę przypomina to analogiczną sytuację z historii Anakina Skywalkera, który poddając się podstępnym zakusom, porzucił dobro własnego serca na rzecz niegodnych, wyższych celów. Maxine tak zapętliła się w swych pragnieniach, że nie jest w stanie ujrzeć oczywistych rozwiązań. Naturalnie, wina za jej usposobienie nie leży wyłącznie w niej samej, ale droga, którą ostatecznie wybiera nie pozostawia cienia wątpliwości odnośnie jej intencji. Andolfo (korzystając z obecnych w popkulturze wzorców) tworzy tu ciekawe zagadnienie, godne wielu dyskusji o moralnym podejściu do życia, a także wolności naszych wyborów i ogólnej akceptacji. Wspaniała sprawa!

Odrodzenie jest niezwykłym finałem pasjonującej, intensywnej historii. Nawet gdybym chciał, nie umiem znaleźć w całym cyklu jakichś wyraźnie słabych elementów. Andolfo dokładnie przemyślała, co chciała przekazać czytelnikowi i udało się jej przekuć to wszystko w bardzo interesujący projekt. Angażująca akcja przedstawiona została poprzez ciekawe postacie, mroczną tajemnicę płynnie połączono z emocjonującą stroną historii głównej bohaterki, a wszystko to uzupełniają pełne fantazji i kreatywności ilustracje. Niejeden czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. I jest to na dodatek komiks, który skłania do kilku luźnych refleksji odnośnie tego kim jesteśmy i jak powinniśmy kształtować swe życie. Nie śmiejcie się, to bardzo ważne, bo w dzisiejszych, zapędzonych czasach takie pytania mogą być bardzo cenne. Polecam Wam więc Wbrew naturze bardzo gorąco. To dobra, inteligentna rozrywka (i nie tylko dla świnek).



Tytuł: Wbrew naturze, tom 3 - Odrodzenie
Scenariusz i rysunki: Mirka Andolfo
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Image/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 40 zł


Wszystkie tomy Wbrew naturze znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


czwartek, 13 grudnia 2018

O tym, jak Diabeł: Inkarnacja (2018) zmarnował bardzo obiecującą historię


W ostatnich latach często okazuje się, jak trudnym do zrealizowania gatunkiem filmowym jest horror. Niby prosta sprawa, a wielu twórców wykłada się koncertowo na pozornie banalnym straszeniu widza. W czym leży problem? Cóż, chyba nie każdy, kto zabiera się za ten rodzaj produkcji, rozumie czym powinien charakteryzować się dobry film grozy. Horrory to nie tylko mocne efekty CGI czy setki jumpscare'ów wyskakujących na widza z każdej możliwej strony. To także klimat i dobra, efektowna historia, która sięgnie do głębi naszych pierwotnych obaw. Niestety, pod tym względem wciąż niedoścignione pozostają dwa ostatnie dziesięciolecia ubiegłego wieku, kiedy to porządne, straszne historie niepodzielnie rządziły na dużym i małym ekranie. W ciągu ostatnich lat doświadczyliśmy z kolei prawdziwego natłoku filmów o opętaniach i egzorcyzmach. Coś, co zapoczątkował w 1973 r. pamiętny Egzorcysta, w obecnych czasach stało się radosną symfonią nagromadzenia fabularnych schematów i bzdur, skutkującą masowym pustoszeniem kinowych sal. Dlatego też ucieszyłem się bardzo, gdy okazało się, że w swoim nowym filmie Diabeł: Inkarnacja, reżyser Diederik Van Rooijen stawia na coś w miarę nowatorskiego. Niestety, po wizycie w kinie raz jeszcze okazało się, że moje nadzieje były płonne, a dobrą historię zniszczyła przepełniona bzdurami fabuła i brak elementarnych zasad rządzących gatunkiem.

Koncepcja Diabła: Inkarnacji była bardzo obiecująca. Była policjantka Megan (Shay Mitchell) znajduje zatrudnienie w miejskiej kostnicy, do której zostaje przywiezione ciało dziewczyny, która zmarła w czasie przeprowadzania egzorcyzmów. Nieboszczka Hannah Grace (Kirby Johnson) jest dość mocno zmasakrowana, jednak jeszcze ciekawsza okazuje się informacja, że jej zgon nastąpił jeszcze przed samym przepędzeniem diabła. Wkrótce nowa pracownica zmuszona zostanie do konfrontacji z dziwnymi, niewytłumaczalnymi wypadkami, które niekoniecznie będą stanowić wytwór jej chorej wyobraźni. Pozostały w martwym ciele demon desperacko zapragnie odrodzić swego nosiciela, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla każdego, kto tylko zbliży się do kostnicy.


Brzmi intrygująco, prawda? I faktycznie, tak zarysowana fabuła może wydawać się bardzo obiecująca, jednak ostateczny wynik utwierdził mnie w przekonaniu, że zarówno reżyser, jak i autor scenariusza (Brian Sieve) nie odrobili zadanej im pracy domowej, albo oglądali wyłącznie złe, nic nie warte produkcje (co jest trochę dziwne, bo Sieve pewne doświadczenie w materii filmów grozy już miał). Nie od początku jednak jest w Diable: Inkarnacji tak źle. Pierwszą połowę filmu ogląda się dość znośnie, obiecuje nam ona innowacyjny pomysł, a także udatnie zbacza w rejony intrygującego thrillera. Dzieje się tak szczególnie w chwilach, kiedy okazuje się, że pewna tajemnicza postać usiłuje dostać się do kostnicy, a ciało martwej Hannah Grace zostało przywiezione po aż trzech miesiącach od zgonu. Niezły efekt skutecznie psują nieustanne jumpscare'y, które odpalane są w tej historii z nieomal zegarmistrzowską precyzją (co jakieś 3-4 minuty). Czy naprawdę nie można nas straszyć w inny, mniej oczywisty sposób? Przykro to pisać, ale dalej jest jeszcze gorzej...

Druga połowa filmu to prawdziwie bezsensowny zbiór pomysłów, wprowadzonych do fabuły bez żadnego planu czy konkretnego zamierzenia. Opętane ciało stara się zaatakować każdego w swoim zasięgu, po czym wraca do swego poprzedniego położenia. Wydaje się, że może swobodnie opuścić kostnicę, ale z jakichś przyczyn tego nie robi. Takich przykładów jest więcej, nie chcę tu jednak streszczać całej fabuły filmu. Prawda jest taka, że każdy dobry horror musi rządzić się określonymi prawami. Wszelkie występujące w nim zło powinno działać według pewnych zasad. Scenariusz powinien określić, co taki demon (czy inny przeciwnik, siła nieczysta etc.) może zrobić, a czego nie. Dopiero na tej podstawie planuje się jego działania, a poprzez konkretne ograniczenia daje bohaterom szansę na zwycięstwo. Najlepszym przykładem tego typu rozwiązania jest cykl Koszmar z ulicy Wiązów, gdzie Freddie Kruger mógł zabić dzieciaki wyłącznie we śnie, a dopiero wyciągnięcie go z tego snu na jawę, dawało możliwość zabicia go. Tymczasem Diabeł: Inkarnacja ma zupełnie gdzieś takie ustalenia. Tu dzieje się wszystko, co twórcom akurat przyszło na myśl i jeśli zastanowimy się nad tym przez chwilę, zrozumiemy że nie ma to najmniejszego sensu. Możecie się ze mną sprzeczać i twierdzić, że to tylko głupi horror dla młodzieży i dlatego wszystko jest możliwe. OK, jeśli chcecie uznać ten film za najlepszy w tym roku, to Wasza opinia, lecz każda, nawet najbardziej wydumana opowieść musi w jakiś sposób trzymać się kupy. Inaczej będzie tylko festiwalem marnych, nieprzemyślanych pomysłów.

Normalnie byłbym bardzo zły, jednak jest coś w Diable: Inkarnacji co sprawia, że nie mogę tak zwyczajnie skreślić tego filmu. Sądzę, że zwyczajnie podoba mi się ogólny pomysł na tą fabułę, który został wręcz popisowo schrzaniony przez ekipę twórców. Gdyby ktoś kiedyś zechciał nakręcić jego remake, może udałoby się wyciągnąć z treści to, co stanowi o sile całej historii, a potem przekuć to w naprawdę porządny film. Na razie jednak można to dzieło traktować wyłącznie jako tzw. guilty pleasure. Szkoda, bo niektóre efekty były naprawdę dobre, klimat (nawet z racji miejsca umieszczenia akcji) często robił swoje, a poczucie nieuchronności wydarzeń udzieliło się mi niejeden raz. No cóż, tym razem znów się nie udało. Z wytęsknieniem czekam na chwilę, gdy twórcy filmowi oddadzą w moje ręce coś naprawdę przemyślanego i tak jak na niedoścignionej Obecności (2013), poczuję gęsią skórkę na całym ciele.



Tytuł: Diabeł: Inkarnacja (The Possesion of Hannah Grace)
Scenariusz: Brian Sieve
Reżyseria: Diederik Van Rooijen
Obsada: Shay Mitchell, Grey Damon, Kirby Johnson, Nick Thune, Louis Herthum, Stana Katic
Wytwórnia: Sony Pictures/Screen Gems
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 30 listopada 2018 (USA), 7 grudnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 86 min.

środa, 12 grudnia 2018

RECENZJA: Ultimate Marvel. Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów (A. Bray, L. Cink, M. Scott, S. Wiacek)


Nie ma się co oszukiwać - żyjemy w popkulturowym świecie, zdominowanym przez fantastyczne uniwersa. Każdy, kto przez ostatnie dwie dekady nie siedział pod kamieniem bez problemu przyzna, że książkowe, komiksowe czy filmowe światy niebagatelnie wpływają na to, czym się pasjonujemy lub o czym rozmawiamy. Często ci z nas, którzy nie są w temacie, zwyczajnie wypadają z obiegu. Nie należy się oczywiście tym zbytnio przejmować, w mediach można znaleźć całą masę innej, równie ciekawej tematyki (dla osób będących na bakier z fantastyką). Tymczasem dla tych, którzy chcą być na bieżąco, co jakiś czas wydawane są różnego rodzaju publikacje, przybliżające konkretną tematykę. Pół roku temu opisywałem jedno z takich wydań, traktujące o drużynie Avengers. Choć grupa najpotężniejszych herosów Marvela jest jednym ze znaków rozpoznawczych komiksowego świata, publikacja nie wyczerpywała obszernego tematu, jakim są bohaterowie wspomnianego wydawnictwa. Remedium na powyższą sytuacją jest z pewnością Ultimate Marvel. Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów, skupiająca uwagę na wszystkim, co dobrze zorientowany fan historii superhero powinien wiedzieć.  

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że owa encyklopedia jest przeznaczona wyłącznie dla nowicjuszy. Absolutnie nie! Niewielu bowiem fanów może z czystym sumieniem stwierdzić, że wie o swoich komiksach wszystko, a jeśli nawet, to z pewnością chętnie sprawdzą, czy redaktorzy zatrudnieni do spisania zamieszczonych tu faktów nie popełnili żadnych błędów (lub czasem zechcą zwyczajnie przypomnieć sobie to i owo). Oczywiście, o wspomnianych pomyłkach nie może tu być mowy, ponieważ do zebrania wszelkich informacji zatrudniono aż czterech uznanych publicystów. Ogrom lat istnienia Marvela oraz niezliczona ilość wydarzeń rozgrywających się na kartach komiksów niewątpliwie wymagała takiego właśnie podejścia do tematu. A to zaowocowało naprawdę obszernym (320 stron!), skrupulatnie spisanym kompendium, przybliżającym losy wszelkich bohaterów, jacy tylko przewinęli się przez karty amerykańskich komiksów.


Całość podzielono na tematycznie zebrane działy. Najważniejsza część albumu składa się z informacji zamieszczonych w sekcji Superbohaterowie i łotrzy. Ten z kolei pogrupowano zgodnie z historycznymi epokami wydawnictwa. W ten sposób poznajemy epokę Złotą (1039-1950), Atlasu (1951-1959), Marvela (1960-1969), Brązową (1970-1985), Współczesną (1986-1999) i Bohaterów (2000-do dziś). W dalszej części otrzymujemy spis oraz historię pojazdów, uzbrojenia i technologii, kosmicznych mocy, magicznych artefaktów, planet i krain, a także krajów i miejsc. Od nieustannych walk Namora z Ludzką Pochodnią, ścierających się ze sobą na łamach klasycznego Timely Comics (tak pierwotnie, pod koniec lat 30-tych ubiegłego wieku nazywał się Marvel), poprzez powstanie X-Men, Avengers (i dziesiątek innych, niezapomnianych postaci), aż po crossovery, takie jak Tajne wojny, które na nowo zdefiniowały całe ukochane przez nas uniwersum.

Z racji ogromu historii wydawnictwa oraz potężnej ilości bohaterów, jacy przewinęli się przez jego stronice na przestrzeni wielu dziesięcioleci, autorzy zmuszeni byli dokonać pewnych wyborów odnośnie zawartości encyklopedii. Niektórym postaciom poświęcono mniej miejsca niż pozostałym, zawsze jednak na decyzję twórców miało wpływ znaczenie danego herosa dla całości przeogromnego świata. Dlatego też fani postaci takich jak Wolverine, Spider-Man, Iron-Man czy Doktor Strange nie muszą się niczego obawiać. Waszym ulubieńcom oddano należyte honory, przeznaczając im aż po dwie środkowe strony albumu. Znajdziecie tam dość wyczerpującą historię danej postaci, wraz z wyszczególnieniem najważniejszych wrogów czy sojuszników. Co jeszcze ciekawsze, prawy margines poświęcono najbardziej istotnym historiom, w których bohater brał udział na przestrzeni wielu lat swej działalności.


Poniższa publikacja nie byłaby oczywiście kompletna bez świetnego doboru ilustracji oraz komiksowych kadrów, ubarwiających większość informacji. Nie zabrakło tu chyba niczego. Wybrane rysunki są naprawdę świetne, a w przypadku opusu historii niektórych herosów (lub postaci pobocznych) nie zapomniano też o najbardziej charakterystycznych kadrach z ich życia. Teraz w jednym miejscu sprawdzicie jak wygląda szkarłatny klejnot  Cyttoraka oraz Miecz Zmierzchu, a ponadto odwiedzicie Mroczny Wymiar, Hades czy Cytadelę Watchera. I choć grafik jest tu bez liku, nie zabierają one miejsca wyczerpującym informacjom, które w innych tego typu przewodnikach potrafią być bardzo szczątkowe. Balans pomiędzy ucztą dla oczu, a wciągającym zdobywaniem wiedzy został tu więc zachowany. Na końcu albumu znajduje się alfabetyczny indeks pojęć. Dzięki niemu nie trzeba już wertować całego wydania, szybko trafiając na poszukiwane zagadnienie.

Osobiście uwielbiam wszelkiego rodzaju słowniki, przewodniki i kompendia. Zazwyczaj stanowią doskonałe wprowadzenie do tematu, pozwalające znacznie poszerzyć moją wiedzę. Poprzez podsycanie pasji pomagają lepiej orientować się w danym uniwersum, jednocześnie dając wiele zabawy od strony wizualnej. Nie inaczej jest w przypadku Ultimate Marvel. Encyklopedii superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów. Z ostatnio czytanych przeze mnie publikacji tego typu, ta jest chyba najlepszą, najbardziej kompletną i satysfakcjonującą pozycją. Zabrała mnie w fascynującą podróż w czasie, która uświadomiła mi, jak wiele pracy poświęcił Marvel na kreację i nieustanne rozwijanie swego zdumiewającego świata. Co jednak najważniejsze, encyklopedia ta robi to w sposób bardzo przystępny, co sprawia, że nieustannie chce się do niej wracać (i to nie tylko w poszukiwaniu konkretnej informacji). Zakładam więc, że dzięki temu będzie często zdejmowana z półki, aby pomóc mi powrócić do jednego z najciekawszych, wymyślonych światów. A to chyba najlepsza rekomendacja.






















Tytuł: Ultimate Marvel. Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów
Autorzy: Adam Bray, Lorraine Cink, Melanie Scott, Stephen Wiacek
Przekład: Paulina Braiter, Paweł Dembowski, Maria Lengren, Marceli Szpak
Wydawnictwo: Dorling Kindersley/Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 129,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


niedziela, 9 grudnia 2018

Zabójcze maszyny (2018) jako przykład epickiej, średnio udanej adaptacji


Zabójcze maszyny to jeszcze jedna próba przeniesienia na duży ekran książkowego hitu. Odnoszę dziwne wrażenie, że ostatnimi laty Hollywood nie robi (poza remake'ami i kontynuacjami) praktycznie nic innego. Generalnie nie mam nic przeciwko, pod warunkiem, że owe adaptacje będą trzymać oczekiwany poziom. Powyższy film oparto na cyklu powieści Philipa Reeve'a - Żywe maszyny, a za produkcję oraz scenariusz odpowiedzialność wziął sam Peter Jackson (Władca Pierścieni). Reżyserię powierzono Christianowi Riversowi, który tym tytułem debiutuje jako reżyser (wcześniej pracował wyłącznie jako artysta graficzny przy innych produkcjach). No właśnie... i to niestety widać. Ale po kolei.

Ponad tysiąc lat upłynęło od chwili, gdy znany nam świat został unicestwiony w trakcie tzw. 60-minutowej wojny. Ziemię spotkała straszliwa destrukcja, w wyniku której zmienił się nawet układ kształtu kontynentów. W tak nieprzyjaznym otoczeniu dominują nowe twory odrodzonej cywilizacji - potężne, napędzane parą miasta na kołach. Te większe pochłaniają mniejsze, zdobywając tanią siłę roboczą oraz wszelkie niezbędne surowce. W takim świecie żyje Hester Shaw (Hera Hilmar), dziewczyna, której życie zniszczył osobnik odpowiedzialny za śmierć jej matki. Bezwzględny Thaddeus Valentine (Hugo Weaving) piastuje wysokie stanowisko wśród władz Londynu, jednej z najpotężniejszych maszyn poruszających się po lądzie. Kiedy ruchome miasto pojawia się w pobliżu kryjówki Hester, dziewczyna podejmuje śmiałą próbę zemsty na nieczułym mordercy. Jej plan ostatecznie zawodzi, a ona sama zostaje zmuszona do walki o przetrwanie w towarzystwie nowo poznanego, niechcianego towarzysza. Wspólna wędrówka z Tomem (Robert Sheehan) poprowadzi bohaterkę do odkrycia sekretów, mogących pogrążyć lub uratować istniejący świat.


Do wielu rzeczy w Zabójczych maszynach mogę się przyczepić, ale z pewnością nie do skali tego widowiska. Peter Jackson już dawno temu zrewolucjonizował wizualne aspekty produkcji fantasy, a w tym przypadku, jako nadzorujący kształt filmu producent niewątpliwie zadbał o jakość sygnowanego własnym nazwiskiem tytułu. Wszystko tutaj wygląda wspaniale. Scenografia, efekty specjalne, rekwizyty, stroje czy charakteryzacja robią naprawdę niesamowite wrażenie. Steampunkowy klimat wręcz wylewa się z ekranu, a ja nie dostrzegłem w tak skomponowanej symfonii ani jednej fałszywej nuty. Od pierwszych scen kupiłem ten świat wraz z całym jego dobrodziejstwem inwentarza. Niestety, nie maiłem jeszcze przyjemności poznać dzieła literackiego Reeve'a, ale widzę, że ludzie odpowiedzialni za produkcję należycie przygotowali się do swego zadania. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ten film pod względem wizualizacji świata w pełni dorównuje Avatarowi (2009).

Niestety, wspomniane we wstępie rozczarowanie warsztatem reżysera widać w innych, nie mniej ważnych aspektach filmu. Sama historia angażuje tylko połowicznie. Bardzo spodobał mi się koncept świata, jego historia, koloryt czy wszelkie tajemnice. Trochę żal, ponieważ wyraźna sugestia oparcia pewnej kluczowej tajemnicy filmu o strukturę świata przedstawionego, w połowie drugiego aktu zostaje zastąpiona standardową historią o walce z podstępnym złoczyńcą. To spory zawód, bo zafascynowała mnie ta wizja i chciałem, aby wykorzystano ją bardziej kreatywnie. Bohaterowie są chyba największym minusem Zabójczych maszyn. Choć nie mogę bezpośrednio winić aktorów (ci  w sumie starają się jak mogą), przez większą część filmu nie byłem w stanie zaangażować się w ich niebezpieczne i (w założeniu) fascynujące losy. Uczucie rodzące się pomiędzy Hester i Tomem jest mi tak samo obojętne, jak ich finałowe zmagania, mające przynieść kres niebezpiecznemu tyranowi. Zmarnowano też potencjał postaci drugoplanowych. Choć Anna, Katherine i Bevis wnoszą parę istotnych elementów do opowieści, ich rola nie wybrzmiewa tak, jak mogłem się tego spodziewać po początkowym nakreśleniu scen z ich udziałem.


Nie urzekł mnie również wątek Shrike'a. Z jednej strony był on mechanicznym, opiekującym się małą Hester potworem, tymczasem jego późniejsza zmiana charakteru, a także ostateczne zrozumienie dla uczuć dziewczyny nie zrobiło na mnie właściwego wrażenia. Czuję, że może zabrakło kilku istotnych scen, pokazujących wewnętrzną walkę, którą Shrike toczył sam ze sobą. W filmie dostrzegłem tez kilka inspiracji Gwiezdnymi wojnami. W tym przypadku nie jest to akurat wielki zarzut, po prostu ciekawie było wyłapać je na ekranie. Podniebne miasto bardzo przypominało Bespin, natomiast finałowa walka została mocno zainspirowana szturmem na Gwiazdę Śmierci.

Zabójcze maszyny nie są złym filmem, jednak przez brak doświadczenia reżysera oraz nieco powierzchowny scenariusz druga część filmu zatraciła wszystko to, na co tak mozolnie pracowała pierwsza połowa. Zamiast niezapomnianej, steampunkowej historii w klimacie fantasy, dostałem nieco standardową opowieść o młodych ludziach szukających zemsty i walki o słuszną sprawę. Trochę to słabe, ponieważ podobnych filmów widziałem już na pęczki. Nie zniechęcam Was jednak przed seansem, bo mimo wszystko warto film Riversa obejrzeć. Wymienione powyżej zgrzyty nie muszą przeszkadzać każdemu widzowi, a i sama warstwa wizualna filmu wynagradza wszelkie niedogodności. Tak czy inaczej, przykład tej produkcji pokazuje, że nie zawsze dobre chęci skutkują idealnym rezultatem. W Zabójczych maszynach postawiono na kilka bardzo ważnych elementów, zapominając dopieścić pozostałych. Zrodził się z tego film, którego oglądanie nie boli, ale też nie będziemy go wyliczać wśród najlepszych wielkoekranowych historii z tego roku.



Tytuł: Zabójcze maszyny (Mortal Engines)
Scenariusz: Fran Walch, Peter Jackson, Philippa Boyens
Reżyseria: Christian Rivers
Obsada: Hera Hilmar, Hugo Weaving, Jihae, Robert Sheehan, Stephen Lang, Leila George, Frankie Adams, Patrick Malahide
Wytwórnia: Universal Pictures
Data premiery: 14 grudnia 2018 (USA), 7 grudnia 2018 (Polska)
Czas trwania: 128 min.

piątek, 7 grudnia 2018

RECENZJA: Ogień i krew, część 1 - George R. R. Martin


George R. R. Martin dał się poznać światu jako twórca najpopularniejszej sagi fantasy od czasów tolkienowskiego Władcy Pierścieni. Za sprawą serialu Gra o tron ludzkość zakochała się i doceniła kunszt pisarski twórcy, którego cykl Pieśń Lodu i Ognia niemal z dnia na dzień stał się jednym z najbardziej znanych tytułów literackich. Wielowątkowa, prawdziwie epicka fabuła, mnogość świetnie wykreowanych postaci oraz niezwykle ekscytujące wydarzenia mające miejsce w fikcyjnym Westeros sprawiły, że czytelnicy zapragnęli wiedzieć więcej o fantastycznym uniwersum wykreowanym przez autora. Tak narodził się tytuł Ogień i krew, opowiadający o jednej z najważniejszych dynastii, rządzącej Siedmioma Królestwami 300 lat przed wydarzeniami opisanymi w Grze o tron.

Zanim księżniczka Daenerys otrzymała w prezencie ślubnym trzy smocze jaja, a Eddard Stark z północy przyjął ofertę objęcia stanowiska królewskiego namiestnika, Aegon, Visenya i Rhaenys Targaryen przybyli ze Smoczej Skały na północny brzeg Czarnego Nurtu. Tak zaczyna się niezwykła, wielowątkowa historia, która ukształtowała znany czytelnikom świat. Spisana przez Martina na podstawie relacji arcymaestera Gyldayna z cytadeli Starego Miasta (jak podaje jedna z pierwszych stron powyższego tomu), jest szczegółową kroniką wszystkich wydarzeń, które przedstawiają narodziny, rozkwit i upadek jednej z najpotężniejszych dynastii w historii Westeros.


Ogień i krew, część 1 to prawdziwie imponująca lektura, lecz... chyba nie dla każdego. Niestety, czytelnicy przyzwyczajeni do tradycyjnego stylu Martina natkną się tu na prawdziwy gąszcz informacji, często spisanych dość skrótowym, kronikarskim językiem. Książka jest prawdziwą kopalnią wiedzy o uniwersum stworzonym przez autora. Nie wiem jak zareaguje na nią czytelnik nie mający wcześniej do czynienia z żadnym z tomów Pieśni Lodu i Ognia, nie sądzę jednak, aby język tej powieści oraz jej treść od razu przypadły mu do gustu. To nieco trudniejsza lektura, mająca na celu opowiedzenie całej masy historii, na które zabrakło miejsca w głównym cyklu. Autor pokazuje tu dobitnie, że na gruncie tworzenia świata przedstawionego nie ma sobie równych.

Jako fan serialu i cyklu literackiego Martina, bardzo cenię sobie pierwszą część Ognia i krwi. To, co z pewnością odstraszy nowicjuszy, mi bezsprzecznie przyniosło wielką frajdę. A wbrew temu, co możecie sobie pomyśleć (szczególnie po tym, co napisałem powyżej), jest ten tytuł za co lubić! Chyba najbardziej widocznym plusem jest niesamowita pomysłowość autora. Już sam główny cykl zdumiewa ilością informacji dotyczących historii Westeros, ale w tym przypadku Martin zdecydowanie poszedł na całość. Losy rodu Targaryenów są tak szczegółowo przemyślane i zaplanowane, że aż dziwię się, że twórca sam nie pogubił się w ilości zaprezentowanych wątków. Kto z kim, kiedy, dlaczego i po co przewija się tu stale, tworząc unikalną (skomplikowaną i fascynującą) strukturę powieści. Tymczasem, kronikarski styl bywa od czasu do czasu łamany przez wprowadzenie nielicznych dialogów, które służą przybliżeniu pewnych kwestii osobistych. Trudne do zapamiętania zasady praw, obowiązków czy sukcesji przeplecione zostały bardziej przyswajalnymi wątkami. Dzięki opisom przygód, anegdot oraz wewnętrznych rozterek Targaryenów, mogłem zbliżyć się do bohaterów, dzieląc z nimi ich codzienne troski i radości.


W nostalgicznej podróży śladem kontrowersyjnych jeźdźców smoków, Martinowi towarzyszy świetny ilustrator Doug Wheatley. Artysta ożywia legendy sprzed lat, unaoczniając najważniejsze wydarzenia, w jakich brały udział historyczne postacie. Na realistycznych, czarno-białych rysunkach możemy podziwiać Rhayenę Targaryen szybującą na Marexes podczas ataku w Dorne, morderczą walkę Orysa Baratheona z Argilakiem Aroganckim podczas bitwy zwanej Ostatnią Burzą, czy króla Jaehaerysa pokazującego lordowi Rogarowi Vermithora karmionego kawałkami wielkiego byka. Jest tego całkiem sporo, dzięki czemu obrazy powstające w mojej wyobraźni mogły przybrać bardziej konkretny kształt. Przyznam, że odzwyczaiłem się od książek z ilustracjami, lecz poniższa pozycja jest pod tym względem wyjątkowa. Kunszt pisarski Martina i precyzja kreski Wheatleya spotykają się w idealnym punkcie, wizjonersko kreując niezwykłą rzeczywistość.

Nie jest łatwo napisać książkę, która zebrałaby tyle istotnych informacji z historii martinowskiego uniwersum, lecz w poniższym przypadku autor osiągnął bezsprzeczny sukces. Pod płaszczem pozorów nudnej kroniki, ukrył niezwykłą historię o władzy, miłości, pożądaniu i przygodzie. Wśród członków dynastii Targaryenów znajdziemy osoby godne naśladowania czy szacunku, ale również takie, które nas przerażą lub wzbudzą pełną pogardę. Dzięki ich przeżyciom zrozumiemy, jak trudnym zadaniem było władanie Westeros, a także pojmiemy grozę niebezpieczeństw czyhających w najbliższym otoczeniu. Najgorliwsi fani serii wyłapią wiele istotnych nawiązań do późniejszych wydarzeń, a kilka zagadek z głównego cyklu znajduje tu wreszcie swe rozwiązanie.

Wierzcie mi na słowo, George R. R. Martin nie traci czasu, zbierając informacje i pisząc wytrwale Wichry zimy (szósty tom Pieśni Lodu i Ognia). Dzięki lekturze Ognia i Krwi, części 1 zrozumiałem jak mozolna i wyczerpująca może to być praca. Dlatego też cieszę się, że dla osłodzenia gorzkiego oczekiwania otrzymałem tę książkę. W czasach, kiedy tak wiele pozycji współczesnej literatury bardzo powierzchownie traktuje budowę fantastycznego świata, dobrze że choć jeden autor przykłada do wyglądu swego uniwersum tak ogromną wagę. I choćby za to należą mu się wielkie słowa uznania. Jeśli jesteście sympatykami postaci stworzonych w wyobraźni Martina, polecam Wam niniejszą powieść. Natomiast, jeśli chcecie od niej zacząć swą przygodę z całym cyklem, stanowczo odradzam. Wróćcie do niej, gdy przeczytacie przynajmniej dwa główne tomy. Wtedy być może polubicie ją tak jak ja.



Tytuł: Ogień i krew, część 1
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Doug Wheatley
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 615
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 59 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.