wtorek, 18 grudnia 2018

RECENZJA: Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu - Roger Lancelyn Green


Któż z nas nie uwielbia baśni? Chyba każdy człowiek na etapie swego dzieciństwa słuchał niezwykłych, pasjonujących opowieści w interpretacji rodziców lub dziadków. Przekazywane ustnie lub odczytywane z najróżniejszych dziecięcych bajkozbiorów, rozpalały naszą wyobraźnię, sprawiając, że chcieliśmy na stałe przenieść się w najdalsze światy. Tam, we własnej wyobraźni poszukiwaliśmy przygód, bohaterskich wyzwań oraz wielkiej przyjaźni. Jedną z takich historii była niewątpliwie seria podań i przypowieści na temat Króla Artura i jego Rycerzy Okrągłego Stołu. Stanowiąca część pradawnych, angielskich podań, historia dzielnego władcy Brytów sięga swą genezą aż do V i VI wieku. Choć sama prawdziwość istnienia władcy i jego oddanych wojów jest przedmiotem sporu historyków, nigdy nie przeszkodziło to najróżniejszym twórcom w nieustannym przywracaniu do życia ich legendy.

W swojej książce, inspirowanej opowieścią sir Thomasa Malory'ego, Roger Lancelyn Green spaja ze sobą wszystkie luźno powiązane legendy o Arturze. Korzystając z romansów francuskich, niezwykle inspirujących dla poprzedniego autora, tworzy własną, w pełni przemyślaną kronikę odległych, częściowo baśniowych wydarzeń. Dzięki jego pasji w Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu na powrót odżywają legendarne postaci i zdarzenia. Któż bowiem nie kojarzy mężnego sir Lancelota, Gawaina, Pellinora, Borsa i Galahada? Kto nie słyszał nigdy legendy o mieczu uwięzionym w kamieniu czy miłosnej przypowieści o Tristanie i Izoldzie? Kto nie obawiał się podstępnej czarodziejki Morgany le Fay lub nie zachwycał się tajemnicami ziem Avalonu? To wszystko na nowo odżywa w tej pochodzącej z połowy ubiegłego wieku powieści, przywracając nostalgię, marzenia i tak ważne dla literatury europejskiej dziedzictwo.

Wszystko to fajne, tymczasem dzieło Greena nie przekonało mnie do siebie prawie w ogóle. Niestety, całość została skomponowana jako zwykła baśń (co samo w sobie oczywiście nie jest złe), lecz z jedną istotną różnicą - nie jest to tekst skierowany do najmłodszych. Całość utrzymano w bajkowym, wyidealizowanym oraz mocno infantylnym stylu, od którego odbiłem się jak kauczukowa piłeczka od ściany. Zbyt wiele tu uproszczeń i skrótowego opisywania przygód. Gdyby jeszcze to było wszystko... Niestety, moją największą bolączką okazały się same postacie oraz ich przerysowane motywacje. Stronice książki Greena wypełniają mężni rycerze, którzy są dzielni i honorowi aż do bólu. Bez skrupułów zabijają podłych wrogów, nieustannie wspinając się po szczeblach swego heroizmu, ani przez chwilę nie ulegając żadnym pokusom czy wątpliwościom. Struktura narracji nie pozwoliła autorowi zarysować wewnętrznej walki poszczególnych postaci, przez co nie jestem w stanie zaakceptować ich motywacji. Gdyby Green dodał tu i ówdzie choć niewielką wzmiankę o trudnej do pokonania pokusie, dałoby się uzyskać bardziej realistyczny wydźwięk zdarzeń. Wszyscy Rycerze Okrągłego Stołu są więc nieustraszeni, kobiety niezwykle piękne, a pojawiający się od czasu do czasu niegodziwcy źli do szpiku kości.

Trochę lepiej wypada historia sir Lancelota i jego miłości do królowej Ginewry, gdzie zakazane uczucie daje początek klęsce władzy Artura. Te i inne wydarzenia z finału powieści czyta się z nieco większą przyjemnością, rozmywa się tu również wątek przesłodzonej honorowości rycerzy. Dodanie pożądanego efektu przyczyny i skutku złagodziło moje obcowanie z archaicznym językiem i fabułą. Niestety, styl pisarski autora nie pomagał we wcześniejszym odbiorze powieści. Łapałem się nie raz na tym, że po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki, niebezpiecznie udzielał mi się staroświecki koloryt wypowiedzi bohaterów. Odrzucały mnie też postacie, które często wiedziały prawie wszystko i postępowały według niezrozumiałej dla mnie logiki. O ile w przypadku czarownika Merlina da się to jeszcze zrozumieć (magia i te sprawy), niewyjaśniona znajomość przyszłości przez niektóre osoby wywoływała u mnie bolesny skręt kiszek.

Trzeba jednak stwierdzić to jasno i dobitnie - Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu to powieść będąca żelazną klasyką gatunku. W tym, że nie przypadła mi do gustu nie ma żadnej winy autora. Najwyraźniej nie byłem docelowym odbiorcą tego dzieła. Dla osób poszukujących pięknego języka i prostych, baśniowych przypowieści będzie z pewnością czymś niezwykłym. Mnie niestety przypominała ulubione ciastko, które ktoś przygotował, zabierając moje ulubione dodatki i na przekór czyniąc je nadmiernie słodkim. Biblijna stylistyka tekstu nie podeszła mi zupełnie, jednak w pełni doceniam kunszt warsztatu Greena, który sprawnie połączył luźno powiązane legendy w klarowną, przemyślaną całość. Sądzę, że czytelnicy potrafiący odnaleźć się w warsztacie pisarskim autora, spędzą z powyższą opowieścią wile przyjemnych chwil, przypominając sobie dawne, dziecięce czasy. Ja nie byłem w stanie tego zrobić. Być może zbyt przesiąkłem dzisiejszym sposobem opowiadania historii, gdzie wszystko musi być konsekwentnie poukładane, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do najdrobniejszych elementów historii.


Tytuł: Król Artur i Rycerze Okrągłego Stołu
Autor: Roger Lancelyn Green
Ilustracje: Aubrey Beardsley
Przekład: Ładysław Jerzyński
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 392
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz