piątek, 17 maja 2019

Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2019

Są takie cztery dni w roku, kiedy fani książkowej i komiksowej fantastyki zbierają się w jednym miejscu, aby wspólnie celebrować swoje hobby. Tą okazją są oczywiście Warszawskie Targi Książki oraz festiwal Komiksowa Warszawa, organizowane niezmiennie (tzn. od kilku lat) na PGE Narodowym (ul. Księcia Józefa Poniatowskiego 1 w Warszawie). 



W tym roku również warto tam być, bo jak widać z programu obu imprez (WTK i KW), nie zabraknie na nich ani odrobiny atrakcji, spotkań z autorami oraz prelekcji na najróżniejsze tematy. Nie tylko fani szeroko rozumianej fantastyki znajdą tam coś dla siebie, ponieważ siłą rzeczy te wspaniałe eventy nie skupiają się wyłącznie na niej. Premiery książkowe i komiksowe przygotowane specjalnie z myślą o targach są dodatkowym impulsem, aby pojawić się na Stadionie Narodowym i wydać trochę oszczędzonego spod choinki grosza.

Na Komiksowej Warszawie odbędzie się premiera Nowych Przygód Kajka i Kokosza - Królewska konna (moja najbardziej oczekiwana premiera komiksowa tego roku!), a najbardziej wytrwali fani będą mieli możliwość spotkania z autorami celem zdobycia autografów. Wydawnictwo Vesper zorganizuje prelekcję Artura Urbanowicza, którego horror Inkub od kilku dni skutecznie podsyca mój strach i fascynację. Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Martyna Raduchowska wraz z innymi najlepszymi autorkami polskiej fantastyki będą podpisywać książkę Harda Horda, która jest zbiorem niesamowitych, tajemniczych opowiadań. W tych dniach każdy znajdzie więc coś dla siebie. Nie przegapcie okazji, bo kolejna taka szansa nadarzy się dopiero za rok! :-)





czwartek, 16 maja 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 8 (Nomen Omen tom 1, Fear Agent tom 1, Odrodzenie tom 5)

To wydanie Kiosku z komiksami poświęcam w całości tytułom ostatnio wydanym przez Non Stop Comics. Znajdziemy w nim ambitne urban fantasy, awanturnicze science-fiction oraz mroczną zagadkę z prowincji USA... Zapraszam!


Nomen Omen, tom 1 - Całkowite zaćmienie serca (M. B. Bucci, J. Camagni)

Lubicie magiczne historie? A może jesteście jednymi z tych, którzy twierdzą, że prawdziwa, nieznana magia jest stale wokół nas? Jeśli tak, to z pewnością spodoba się Wam nowa seria autorstwa Marco B. Bucciego, ze świetnymi rysunkami Jacopo Camagniego. Nomen Omen to historia dwudziestojednoletniej Becky, zwyczajnej, uwielbiającej fotografię mieszkanki Nowego Jorku (oczywiście, jeśli przez zwyczajność pojmujecie wychowywanie przez dwie mamy oraz przyjście na świat w bardzo tajemniczych okolicznościach), która w dzień swoich urodzin doświadcza spotkania, które już na zawsze odmieni jej życie. Rebecca w dość brutalny sposób dowiaduje się o istnieniu magicznego, niezwykłego świata, co nieoczekiwanie prowadzi ją do pełnej przygód podróży, która zmieni wszystko co dziewczyna dotąd znała i wiedziała. Wbrew samej sobie stanie do walki pomiędzy siłami dobra i zła, zmuszona współpracować z istotami z innego świta, aby odzyskać swoje własne serce. A po drodze zrozumie wszystko, co dla innych jest tylko zwyczajną bajką.

Muszę przyznać, że po lekturze Całkowitego zaćmienia serca mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony historia Bucciego wygląda jak niezbyt lubiane przeze mnie urban fantasy dla nastolatek (choć po dłuższym zastanowieniu tak naprawdę nim jest), z drugiej zaś od pierwszych stron poczułem się przytłoczony i urzeczony ilością informacji oraz szczegółów świata przedstawionego. Czytanie pierwszej połowy tomu w znacznym stopniu przypominało podróż z zasłoniętymi oczami, jednak po pewnym czasie poszczególne elementy fabularnej układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Co prawda tylko częściowo, ponieważ autor zadbał o to, aby nie odkrywać od razu wszystkich swoich kart. Nie jest to więc jakaś infantylna czytanka dla dziewuch (choć główna postać i jej bardzo męski wybawca mogliby na to wskazywać), ale całkiem interesująca historia z przemyślanym scenariuszem, sporą ilością zagadek oraz wspaniałymi (często zabarwionymi erotycznie) rysunkami. Naprawdę, uwielbiam styl Camagniego, a szczególnie to, jak realistycznie i szczegółowo przedstawia ten typowo komiksowo-baśniowy świat. Świetnym zabiegiem artysty było ukazanie większości historii w czerni i bieli (Becky cierpi na achromatopsję, chorobę uniemożliwiającą widzenie kolorów), przy wyłącznie częściowym zaznaczaniu poszczególnych barw (co jest świetnie uzasadnione fabularnie, ale to odkryjecie już sami). Nomen Omen  zostawiło mnie z pewnym poczuciem niedosytu, dlatego jeszcze nie wiem, czy seria trwale skradnie moje serce. Na tę chwilę doceniam pomysł autorów i na swój sposób pokręconą warstwę fabularną (to zdecydowanie komiks dla osób myślących!), ale nie do końca przekonuje mnie umieszczenie akcji w dość nużącej stylistyce miejskiego fantasy. Jeśli lubicie inteligentne historie o młodych bohaterkach, które zostają wciągnięte w niebezpieczną, zagadkową intrygę, Całkowite zaćmienie serca będzie komiksem w sam raz dla Was.

Ps. W wolnej chwili zajrzyjcie na specjalną stronę Becky na Instagramie, gdzie można podziwiać jej fotograficzne prace. ;-)

Tytuł: Nomen Omen, tom 1 - Całkowite zaćmienie serca
Scenariusz: Marco B. Bucci
Rysunki: Jacopo Camagni
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 98
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 40 zł


Fear Agent, tom 1 (R. Remender, T. Moore, J. Opena)

Lubicie awanturnicze, wybuchowe science-fiction z nieustępliwym, choć posiadającym ludzkie uczucia bohaterem? Jeśli tak, koniecznie sięgnijcie po pierwszy tom Fear Agent, serii do której scenariusz napisał wielce kreatywny Rick Remender (GłębiaUncanny X-Force). Za sprawą talentu autora odbędziecie ekscytującą podróż w kosmiczną przyszłość, gdzie niejaki Heath Houston (nie przebierający w środkach, wiecznie podpity zabójca kosmicznych szkodników) trafia na złożony, międzyplanetarny spisek, który zagraża bezpieczeństwu jego rodzinnej Ziemi. I od tej chwili, a w zasadzie nieco wcześniej (bo zanim do tego dojdzie, ten niegdysiejszy członek legendarnej jednostki Agentów Strachu przeżyje kilka ekscytujących przygód) rozpocznie się bezpardonowa jazda bez trzymanki, niosąca Heatha przez czas i przestrzeń ku coraz bardziej zakręconym przygodom.

Fear Agent to komiks, który proponuje czytelnikowi pełen interesujących zwrotów akcji scenariusz, który wciąga i angażuje już od pierwszych stron. Tu nie ma miejsca na nudę. Akcja błyskawicznie pędzi z miejsca na miejsce, atakując nas mnogością zdarzeń, nie zapominając przy tym o podbudowaniu historii postacią głównego protagonisty. A ten sprawdza się w swojej roli znakomicie. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy Heath musi zmierzyć się z danym problemem, targając na własnych barkach ciężar bolesnej przeszłości (która raz po raz powraca jako cień aktualnych wydarzeń z jego życia). Ten facet to postać, którą lubi się w zasadzie już od początku. Kreowany na wiecznego cwaniaka, pełen niewymuszonego luzu, potrafi odnaleźć się w prawie każdej sytuacji. Nawet jeśli przegrywa, umie zrobić dobrą minę do złej gry, jednocześnie rzucając jakiś filozoficzny cytat. I to działa, ponieważ w głębi duszy sami chcielibyśmy być tacy jak Heath. Tymczasem główny bohater i smakowita akcja to nie jedyne atuty, które niesie ze sobą Fear Agent. Remender perfekcyjnie zadbał o to, aby jego dynamiczny scenariusz nie był tylko i wyłącznie zbieraniną nic nie znaczących, luźno powiązanych ze sobą epizodów. Choć przygody Heatha są bardzo różnorodne, wiąże je silna więź fabularna, która układa się w dłuższą, z góry zaplanowaną treść. To właśnie dzięki temu z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej pochłaniało mnie całe to uniwersum, wszelkie zamieszkujące go postacie, jak również pomysłowość autora, która z dość ogranej tematyki potrafiła wycisnąć coś naprawdę interesującego. Mało tego, w tej całej dynamicznej oprawie, Fear Agent jest też komiksem bardzo wciągającym. Nie podeszły mi co prawda wszystkie z dość nielicznych żartów (uważam, że komiks jak na taką dawkę adrenaliny jest trochę za mało zabawny), ale i tak nie odebrało mi to przyjemności z lektury. Niezwykły luz i bezpretensjonalność stylistyki odnajdziecie w rysunkach Moore'a i Openy. Graficy z charakterystycznym dla siebie urokiem ubrali słowa Remendera w obraz, czyniąc pierwszy tom komiksu naprawdę godnym polecenia. Łapcie więc Agenta Strachu w swoje ręce, zapinajcie pasy i ruszajcie w kosmos! Znajdziecie tam prawdziwie wybuchowe science-fiction, dzięki któremu na godzinkę lub dwie zapomnicie o doczesnym świecie.

Tytuł: Fear Agent, tom 1
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Tony Moore, Jerome Opena
Przekład: Marta Wiktoria Bryll
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 248
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 57 zł


Odrodzenie, tom 5 - Wezbrane wody (T. Seeley, M. Norton)


Ciekawe rzeczy dzieją się w okolicach Wiscounsin... Seria Seeley'a i Nortona za sprawą Wezbranych wód przekracza półmetek, a ja coraz bardziej zastanawiam się nie tylko nad strukturą fabularną ich dzieła, ale wszelkimi zawartymi w nim aspektami natury moralnej. Jakkolwiek interesujący może jawić się koncept przywrócenia zmarłych do życia, sam coraz częściej łapię się na myśli, jak niepokojące i obce może okazać się podobne zdarzenie. Z jednej strony wszyscy kochamy naszych bliskich i chcemy aby zawsze trwali przy nas. Z drugiej zaś, sytuacja wykreowana przez Seeley'a jest tak specyficzna (przy jednoczesnym urealnieniu zasadniczych cech wydarzenia), że zastanawiam się czy w ogóle istnieją jej jakiekolwiek korzyści. Dlaczego? Aby w pełni odczuć moje obawy musicie sami sięgnąć po serię Odrodzenie. Tłumacząc jednak wszystko najprościej jak się da (a także unikając niechcianych spoilerów), należy przede wszystkim wspomnieć o mrocznym aspekcie powrotu martwych. Jacy naprawdę by byli? Czy czuliby to samo co my? Co mogliby przed nami ukrywać? Jak podobne doświadczenie wpłynęłoby na ich umysły oraz postrzeganie świata pozagrobowego? Muszę przyznać, że podobnych pytań autorzy nie zadają wprost. Cała struktura Odrodzenia krąży ostrożnie (choć dobitnie) wokół tego tematu, celowo nie zdradzając zbyt wiele, jedynie podsycając dziwne uczucie niepokoju. Co równie ważne, dzieje się to przy coraz większym odzieraniu sytuacji z jej pozornie szczęśliwych ram. Zresztą wszystko w tym komiksie jest właśnie takie, bo przecież mamy tu do czynienia z historią, w której wszędzie czai się tajemnica. Dzięki fachowemu podejściu, czujemy ją za każdym rogiem. Jest obecna w postaciach, w poszczególnych zdarzeniach, zasadza się na nas tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Odrodzenie to naprawdę straszna historia, a każdy kolejny jej tom uświadamia mi to coraz bardziej.

Wiele napisałem o cyklu Seeley'a w moich poprzednich recenzjach (tom 1, tom 2, tom 3, tom 4), nie będę więc powtarzał znów swoich własnych słów. Odnotuję jedynie, że jako ciągła opowieść jest to nadal bardzo interesujący tytuł. Umiejętnie łączy zagadkę z niepokojącą historią o ludziach, którzy uwikłani zostają w coś, co w normalnym świecie zwyczajnie nie ma prawa bytu. Wszystko czyta się jednym tchem, a Wezbrane wody nie są żadnym odstępstwem od tej reguły. Celowo unikam przybliżania fabuły, abyście tym razem mogli sami zanurzyć się w otchłań sekretów, od których wręcz kipi cała ta seria. To chyba dobrze, bo jest to jeden z niewielu komiksów, których kartkowanie przed lekturą może skutecznie zepsuć całą frajdę. Dlatego teraz nie napiszę już nic, a Wy bierzcie się powoli za czytanie. Spotkamy się znów w tym samym miejscu, czyli w następnym wydaniu Kiosku z komiksami!

Tytuł: Odrodzenie, tom 5 - Wezbrane wody
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Wszystkie omówione komiksy znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


środa, 15 maja 2019

Lego 75810 - Druga Strona dla fanów serialu Stranger Things z Netflixa

Starsi sympatycy fantastyki prosili o to od dawna. I wreszcie jest! Wspaniały model z serialu Netflixa Stranger Things - Druga Strona (The Upside Down) w całości z klocków Lego! Zestaw składa się z 2287 elementów i znajdziemy w nim aż 8 minifigurek przedstawiających głównych bohaterów serialu.

Zestaw dostępny jest wyłącznie na oficjalnej stronie Lego (Shop@Home), a jego cena wynosi 899,99 zł (co przy takiej ilości elementów nie jest ceną specjalnie wygórowaną). Muszę przyznać, że jestem nim prawdziwie zachwycony. To z pewnością jeden z najbardziej pomysłowych i udanych setów od Lego w 2019 roku. A jak Wam podoba się The Upside Down? Piszcie w komentarzach! :-)







sobota, 11 maja 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 7 (Batman Metal tom 1, Green Arrow tom 5, Usagi Yojimbo tom 1 i 2)

Witam wszystkich w kolejnym wydaniu Kiosku z Komiksami. Tym razem opowiem o tytułach z Batmanem i Green Arrowem w rolach głównych, a na deser przyjrzymy się kultowej historii o pewnym kultowym króliku z Japonii. Zapraszam. :-)


Batman Metal, tom 1 - Mroczne dni (S. Snyder, G. Capullo, J. Tynion IV, J. Lee)

Nie jestem specjalnie przekonany do wszelkich kryzysów czy crossoverów. W moim przekonaniu jedne wypadają koszmarnie (Nieskończony kryzys), natomiast inne wywołują u mnie dość mieszane uczucia (Impas - Atak na Pleasant Hill). Wciąż jednak poszukuję swej drogi pomiędzy ścieżkami wytyczanymi przez podobne gatunkowo tytuły, toteż z zainteresowaniem sięgnąłem po najnowsze wydarzenie w serii DC Odrodzenie, tym razem w większości poświęcone Batmanowi. Czy opisane w Mrocznych dniach, tajemnicze śledztwo Nietoperza, dotyczące istnienia nieznanych w naszym świecie metali oraz odkrycie tajemniczego spisku, mającego na celu otwarcie portalu prowadzącego do mrocznego multiwersum mogło zaowocować dobrą historią? Czy jako malkontent miałem prawo polubić kolejną opowieść wstrząsającą podstawami całego komiksowego świata DC? Odpowiedzi na te pytania nie są jednoznaczne, ponieważ jestem dopiero po lekturze pierwszego (z trzech) tomu nowej serii Scotta Snydera i Grega Capullo. Mimo wszystko napiszę wprost, że Batman Metal w pewnym sensie przypadł mi do gustu.

Zanim to jednak nastąpiło, musiałem przebić się przez trzy warstwy inauguracyjnego tomu. Aż trzy, ponieważ komiks wychodzi u nas zbiorczo wraz z wszystkimi tie-inami (tzw. pobocznymi historiami), które przedstawiają pełną i skomplikowaną wersję zaistniałych wydarzeń. Intrygująca historia Batmana ma więc swoje długie wprowadzenie (dość skomplikowane, ale mimo wszystko warto zgłębić te zagadkowe, początkowe strony), niewielką część właściwą (tytułowy event składa się tylko z sześciu części, a w powyższym tomie zamieszczono zaledwie dwie z nich) oraz wątek poboczny, poświęcony wydarzeniom, w których biorą udział inni, związani z Mrocznym rycerzem bohaterowie. Wszelkie niejasności wstępu wyjaśniło mi redakcyjne wprowadzenie oraz informacje zawarte na końcu wydania, nie będzie to więc stanowiło wielkiego problemu dla nieobeznanych z materią czytelników. Później szczęśliwie wciągnąłem się w całą historię, która pomimo swej złożoności dała mi naprawdę sporo satysfakcji. Szczególnie spodobała mi się ostatnia część tomu (ponieważ główna historia nie rozwinęła się jeszcze na tyle, abym mógł ją wychwalać lub ganić), gdzie miałem do czynienia z ruchem oporu walczącym z mrocznym złem, jakie wypełzło na powierzchnię w mieście Gotham (ciekawa akcja, sporo postaci, kreatywne rozwiązania fabularne). Nie wiem jak seria Snydera (do której autor przygotowywał nas już podczas swej pracy nad losami Batmana w Nowym DC Comics) prezentować będzie się dalej, jednak to co przeczytałem zachęca mnie mocno, aby sięgnąć po kolejny tom. W Mrocznych dniach widzę sporo naprawdę dobrych pomysłów, niezłą zabawę formą i treścią oraz fajny potencjał na coś innego, niż większość pomysłów przemycanych w pozostałych kryzysach. Jest więc szansa, że będę mógł polecić Wam całość. Nie chwaląc dnia przed zachodem słońca, radzę jednak poczekać na moje wrażenia z drugiej części. A te pojawią się tutaj już za miesiąc!

Tytuł: Batman Metal, tom 1 - Mroczne dni
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV 
Rysunki: Greg Capullo, Jim Lee, Andy Kubert, John Romita Jr.
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz, Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 232
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Green Arrow, tom 5 - Konstelacja strachu (B. Percy, O. Schmidt, J. Ferreyra)

Od swego początku w ramach cyklu DC Odrodzenie przygody Green Arrowa prezentowały dość różnorodny poziom. Nie chodzi tu bynajmniej o samą jakość głównego wątku, a raczej podział na grupy odbiorców, do których kierowane były poszczególne tomy. Choć wszystkie części stanowią jedną (w sumie dość pokaźną) historię, wyraźnie czułem, że co druga z nich przeznaczona była dla nieco młodszego czytelnika. Nie wiem na ile był to zabieg celowy lub nie, na szczęście Konstelacja strachu przywraca serię do poziomu odpowiedniego dla nieco starszego odbiorcy. A co jeszcze ważniejsze, stanowi wielki finał dotychczasowych perypetii tytułowego bohatera. W piątym tomie Oliver Queen wyrusza na samotną krucjatę, której celem jest zniszczenie siatki powiązań Dziewiątego Kręgu. Po tym, jak ta niebezpieczna organizacja przestępcza zniszczyła jego miasto, dyskredytując go również jako osobę publiczną, Green Arrow stawia na szali całą swoją przyszłość i bezpieczeństwo. W czasie podróży po USA spotyka największych herosów świata (Supermana, Flasha, Batmana, Wonder Woman, Green Lanterna), zyskując wśród nich przyjaźń i wielkie uznanie. Na tym jednak nie koniec, ponieważ największe wyzwanie czekać będzie na niego tuż po powrocie do domu. To właśnie tam zmierzy się z tym, co zagraża mu od samego początku wędrówki. Powyższy tom łączy w sobie historie zawarte pierwotnie w dwóch wydaniach oryginalnych - Wędrówka bohatera i Trial of Two Cities.

W Konstelacji strachu Benjamin Percy zamyka wszystkie wprawione w ruch wątki, dbając o to, abyśmy nawet na chwilę nie poczuli się znużeni jego pomysłami. Dzieje się tu więc dużo i szybko (chwilami może nawet aż za bardzo), dzięki czemu pewne uproszczenia lub dziury fabularne nie rzucają się zanadto w oczy. Należy oczywiście pamiętać, że Green Arrow od początku zaplanowany był jako szybka, awanturnicza historia z wyrazistym bohaterem i jako taka sprawdza się całkiem nieźle. Po raz kolejny na wysokości zadania stanęli trzej rysownicy, którzy od początku współtworzyli z Percy'm ten tytuł. Choć style Schmidta, Ferreyry i Campbella różnią się od siebie jak dzień od nocy, zdołałem już przywyknąć do podanej przez nich różnorodności, ciesząc się twórczym indywidualizmem każdego z artystów. Trudno mi jednak wybrać swojego faworyta, ponieważ we wszystkich stylach jest coś ciekawego i prawdziwie cieszącego oko. Jeżeli śledzicie losy Green Arrowa od początku, na pewno dobrze wiecie, że koniecznie musicie przeczytać ten tom. Stanowi on zwieńczenie wszystkich autorskich pomysłów Percy'ego, będąc pełnym wydarzeń i emocji finałem, a także niezobowiązującą i całkiem satysfakcjonującą rozrywką. Jeśli natomiast jeszcze nie mieliście z nim do czynienia, weźcie tę lekturę pod ewentualną rozwagę. Nie powinniście żałować.

Tytuł: Green Arrow, tom 5 - Konstelacja strachu
Scenariusz: Benjamin Percy 
Rysunki: Otto Schmidt, Juan Ferreyra, Stephen Byrne, Jamal Campbell
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 252
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Usagi Yojimbo Saga, Księga 1 i 2 (S. Sakai)


Z przygodami długouchego ronina Usagiego po raz pierwszy spotkałem się dobre kilkanaście lat temu. Wówczas wiekopomne dzieło Stana Sakai nie zrobiło na mnie zbyt piorunującego wrażenia, jawiąc się jedynie jako ciekawie napisany, choć dość standardowy komiks. Dziś, przy okazji wznowienia tytułu w nowym, znacznie okazalszym wydaniu, ponownie trafiłem do świata XVI-wiecznej Japonii. Jak wypadła ta wizyta? No cóż, w porównaniu do pierwszej na pewno lepiej, ponieważ wreszcie doceniłem twórczy geniusz autora, który na ponad tysiącu stron (bo każdy z obu tomików liczy ich ponad 600) udowadnia, że w zakresie snucia dobrej opowieści nie ma sobie równych. Choć rzecz traktuje o przemierzającym Japonię, uzbrojonym w dwa samurajskie miecze króliku, Sakai skutecznie zadbał, aby opowieści o losach tego bohatera za każdym razem traktowały o czymś innym. W ten sposób fabuła nieraz była w stanie nieźle mnie zaskoczyć, pokazując kunszt twórcy dopełniający się w najróżniejszych historiach. Poznałem opowieści pełne potyczek ze złymi samurajami, spotkania tajemniczych, mrocznych sił, podstępnych, zwieńczonych wciągającym śledztwem morderstw, a nawet nieco weselszych treści, wypełnionych nienachalnym, tak potrzebnym dziś morałem. I trzeba tu dobitnie zaznaczyć, że ten pedagogiczny element zasługuje (szczególnie w pierwszym tomie) na wyjątkowe słowa uznania. Usagi Yojimbo Saga to komiks, który niesie ze sobą naukę wyłożoną w bardzo oczywisty, a zarazem przystępny sposób. Wszelkie wyciągnięte przez czytelnika wnioski wypływają naturalnie z samej treści, docierając do niego płynnie i mimo woli. Wiąże się to z wielką sztuką, do perfekcji opanowaną przez Sakai'ego, polegającą na umiejętnym tworzeniu opowieści dla odbiorców w każdym wieku.

Co ciekawe, ów koncept zmienia się w księdze drugiej, gdzie autor proponuje nieco doroślejsze podejście do większości tematów. Znajdziemy tam sporo trudniejszych kwestii (pod względem morału jak i treści), dłuższych historii oraz swoistej brutalności (choć ta zawsze jest ukazywana bardzo delikatnie). Tym, co dodatkowo zaskakuje, jest trafna umiejętność obrazowania odległych czasów oraz odwzorowania codziennych realiów życia (w tym wierzeń lub tradycji) odległej Japonii. Fabuła tworzona przez Sakai'ego zdumiewa szerokim spektrum pomysłów. Dzięki jego niebywałej kreatywności Usagi stale przeżywa nowe, emocjonujące przygody. Jest przy tym bohaterem, którego pragniemy szczerze podziwiać. Zresztą nie tylko on zapadł mi w pamięć. Autor nie zapomniał o przeciwwadze dla szlachetnego królika, na jego drodze stawiając postacie o zupełnie odmiennym kodeksie moralnym lub celach. Z ważniejszych warto wymienić lekkoducha "Gena" Gennosuke, kontrowersyjną Inazumę czy śmiertelnego wroga Usagiego - złowrogiego Jei. To właśnie oni dodają poszczególnym opowieściom komiksu prawdziwego uroku i różnorodności. Choć Usagi Yojimbo Saga nie rzucił mnie na kolana (jest w nim coś nieokreślenie egzotycznego, przez co nie mogę nazwać tytułu w pełni swoim), spędziłem w jego towarzystwie kilka naprawdę interesujących godzin. Komu więc powinien najbardziej przypaść do gustu? Generalnie każdemu, lecz najważniejszym jest, abyście w pełni kupili delikatność i unikalny wydźwięk całości. Wtedy magia dawnych, fascynujących czasów zawładnie Waszym światem, sprawiając, że skutecznie zapomnicie o tym realnym, znajdującym się poza stronicami powyższych tomów.

Tytuł: Usagi Yojimbo Saga (Księga 1 i 2)
Scenariusz: Stan Sakai 
Rysunki: Stan Sakai
Przekład: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo: Dark Horse Books/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 632 (Księga 1), 672 (Księga 2)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 89,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 10 maja 2019

Nadciąga Lego Hidden Side!


Lego stale zaskakuje nowymi pomysłami i modelami, czerpiącymi z bogatych zasobów fantastyki. Już za chwilę na sklepowych półkach pojawią się zestawy z nowej serii Hidden Side, które zjednają sobie sympatię wielbicieli mrocznych tajemnic oraz klasycznej klockowej stylistyki. Jeśli lubicie historie o duchach, a film Ghostbusters należy do Waszych ulubionych wspomnień z lat 80-tych, na pewno nie przejdziecie obojętnie obok tej serii. A to jeszcze nie koniec! Za sprawą połączenia zestawów ze specjalną aplikacją na tablety i smartfony, zyskacie możliwość ożywienia poszczególnych modeli, łącząc pasję budowania z wciągającą, w pełni interaktywną grą.

Choć nie każdy z poniższych zestawów Hidden Side wywołuje u mnie jednakowo ciepłe uczucia, warto pochwalić sam pomysł, sporą bawialność setów oraz niecodzienną szatę graficzną pudełek. A jak Wy oceniacie nową serię Lego? Sądzicie, że jest to coś w sam raz dla Was?




piątek, 3 maja 2019

Czasami martwe i nowe jest lepsze, czyli Smętarz dla zwierzaków (2019)


W 1983 roku Stephen King napisał Cmętarz zwieżąt, jedną ze swych najbardziej znanych powieści. Kilka lat później powstała pierwsza filmowa adaptacja tego dzieła, która do dziś cieszy się znaczną popularnością wśród fanów. Niestety, większość kultowych dzieł mistrza horroru nie ma szczęścia do udanego przedstawiania na wielkim ekranie, toteż bardzo ciekawiło mnie, jak wypadnie nowa wersja tej znanej przez (prawie) wszystkich historii. Z początku martwił mnie sam zwiastun, który niczym przysłowiową kawę na ławę, przez dwie minuty wykładał całą treść filmu. OK, sam dopiero co napisałem, że wszyscy wiedzą o co chodzi, ale pewne niedopowiedzenie i tajemnica chyba obowiązują, tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z gatunkowym filmem grozy (a poza tym, co to za zwiastun, który na dzień dobry opowiada treść całego filmu?). Nieważne. To w końcu nie mój problem (nie ja odpowiadam za metody promocji). Tymczasem dla każdego widza najważniejszą kwestią pozostaje, jaką jakość prezentuje sama produkcja. Od razu napiszę że... w tym przypadku wszystko wyszło bardzo dobrze.

Co prawda z łatwością znalazłbym w Smętarzu dla zwierzaków kilka dostrzegalnych niedociągnięć (choć są one naprawdę drobne), jednak najważniejsze jest, jak film działa jako całość - czyli samodzielna, stojąca na własnych nogach opowieść. I tu dzieło Kevina Kolsha i Dennisa Widmyera (w/g scenariusza Matta Greenberga) radzi sobie bardzo przyzwoicie, opowiadając raz jeszcze historię pewnej rodziny, która po przeprowadzce do małej mieściny w Maine musi uporać się z krążącą po okolicy tajemnicą oraz największą tragedią, jaka tylko jest w stanie ich spotkać. W przypadku horroru zawsze boję się o jakość danego filmu, szczególnie kiedy mam do czynienia z twórcami, dla których praca na planie jest ich pełnometrażowym debiutem. Na szczęście Kolsh i Widmyer mają już na swym koncie kilka filmów grozy (co prawda niezbyt popularnych, ale co tam!). Nabytą wprawę dobrze widać na ekranie, ponieważ poruszają się po opowiadanej historii z pewną biegłością i wyczuciem. Jeśli reżyser wie, co i jak chce mi przedstawić, wówczas najczęściej daję się wciągnąć w jego świat. Dlatego też warto tu zaznaczyć, że nowa wersja prozy Kinga dość wiernie odnosi się do znacznej części oryginału, zmyślnie proponując pewne istotne zmiany dopiero w drugim i trzecim akcie filmu. Skutkuje to zupełnie innym wydźwiękiem zakończenia obrazu, a także udowadnia, że moje początkowe odczucia odnośnie montażu trailera były mocno przesadzone.


W tej wersji doktor Louis nie traci synka (ten na szczęście żyje i ma się dobrze), natomiast ofiarą strasznego wypadku pada jego ukochana córeczka Ellie. Zabieg niby kosmetyczny, ale wiek dziewczynki pozwolił pokazać stratę dziecka od nieco innej strony, głównie za sprawą poznania jej dobrego charakteru, dziecięcych pasji, czy miłości jaką darzy swego kota Churcha (nie oszukujmy się, Gage był bardzo słodki i nic ponadto). Ku mojemu zaskoczeniu, za sprawą śmierci dziewczynki przez chwilę poczułem smutek, a o to w przypadku opowieści grozy niełatwo. No dobrze, uczucia są ważne, ale mówimy tu jednak o rasowym horrorze, zrodzonym w umyśle wielkiego pisarza naszych czasów. Czas zatem postawić sobie najważniejsze pytanie: czy film daje radę jako najprawdziwszy straszak? W większości ekranowego czasu tak właśnie jest. Jest tu co prawda sporo jumscare'ów, lecz działają one całkiem nieźle (może dlatego, że nie był to znów film o złych duchach), a punktów do przerażenia dodaje klimat opowieści. Nie bez znaczenia dla wysokości stawki są też poszczególne role aktorskie. Jason Clarke, John Lithgow oraz mała Jete Laurence spisali się na medal, dając swym postaciom tyle serca, na ile pozwoliły im dość sztywne ramy scenariusza. Czułem silną więź z tak zarysowanymi bohaterami, toteż bez problemu mogłem wsiąknąć w sytuację, jaka była później ich wspólnym udziałem. Pierwszą połowę filmu oglądałem przypominając sobie książkę Kinga, którą czytałem przecież dobre pięć lat temu. Ekranizację cechuje pewien realizacyjny pośpiech (to akurat na plus, po co niepotrzebnie rozwlekać poszczególne sceny?), bez problemu przypominałem sobie jednak istotne fragmenty powieści, czując podobny klimat do tego, który towarzyszył mi podczas lektury. 

Smętarz dla zwierzaków odwołuje się uczuciowo do naszych głębokich pragnień, zadając pytanie o sens przywracania życia temu, co bezpowrotnie odeszło. Na swój sposób udało mu się zmusić mnie do chwili refleksji, należy jednak pamiętać, że jest to film przygotowany z myślą o szerokiej publiczności. Obraz sprytnie unika odpowiedzi o samą naturę mrocznego zjawiska, większość kwestii pozostawiając jedynie w sferze domysłów. Daje to szansę na samodzielną interpretację działań tej niebezpiecznej i jakże kuszącej mocy. Na oddzielną uwagę zasługuje charakteryzacja powracającej Ellie, oraz wszystkie sceny z kotem. Przyznam, że sierściuch kradł całe show za każdym razem gdy się pojawiał (jest naprawdę straszny i fascynujący zarazem). Największym zaskoczeniem było dla mnie mocne odejście od zakończenia książki, pokazujące, że pewne zmiany mogą uczynić tę historię jeszcze lepszą (a na pewno znacznie ciekawszą). Nie wiem jak odbiorą ten film widzowie nieznający oryginału, lecz sądzę, że powinien spodobać się im nawet bardziej niż mnie. W końcu ja znałem tylko 80% historii, sprytnie i pomysłowo odświeżonej przez twórców. Smętarz dla zwierzaków nie jest z pewnością filmem przełomowym dla gatunku, natomiast sprawdza się doskonale jako klimatyczna i nieźle strasząca adaptacja. Nie wiem czy dla większości widzów będzie lepszy od pierwszej wielkoekranowej wersji (to pozostaje kwestią czysto subiektywną), uważam natomiast, że nieźle wypełnił swe zadanie. Zachował ducha oryginału, pokazując pewne nowe rozwiązania, a jednocześnie pozostał całkiem niezłym horrorem. Takim, do którego z pewnością nie raz powrócę. A czy w tej sytuacji może być coś lepszego?



Tytuł: Smętarz dla zwierzaków (Pet Sematary)
Scenariusz: Matt Greenberg (wg Stephena Kinga)
Reżyseria: Kevin Kolsh, Dennis Widmyer
Obsada: Jason Clarke, Amy Seimetz, John Lithgow, Jete Laurence, Obssa Ahmed
Wytwórnia: Paramount Pictures/Alphaville Films
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 5 kwietnia 2019 (USA), 3 maja 2019 (Polska)
Czas trwania: 101 min.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

RECENZJA: Wojna domowa - Stuart Moore


Wojna domowa to bardzo popularny komiks Marvela autorstwa Marka Millara i Steve'a McNivena. Wydany w 2006 roku posłużył za wzór do realizacji pamiętnego filmu Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów. Opowiadał o potężnym starciu do jakiego doszło pomiędzy superbohaterami uniwersum, na skutek wprowadzenia ustawy o rejestracji i kontroli wszelkich samozwańczych stróżów prawa. Niestety, jak dotąd nie udało mi się zgłębić tego dzieła (czeka na swoją kolej na półce z WKKM). Na szczęście kilka razy widziałem film z 2016 roku, który jest jego luźną adaptacją. O ile przeniesienie historii obrazkowej na wielki ekran jest w dzisiejszych czasach zabiegiem dość (lub nawet zbyt) powszechnym, niemniej interesujący okazał się fakt istnienia adaptacji książkowej powyższego crossovera. Choć może wydawać się to dziwne (podobnie jak papierowe wersje kinowych blockbusterów), wspomniany zabieg został urzeczywistniony za sprawą Stuarta Moore'a, człowieka dość mocno związanego ze stroną redakcyjną przemysłu komiksowego (autor ten jest odpowiedzialny za linie wydawnicze Marvela i Vertigo, został też wyróżniony prestiżową Nagrodą Eisnera). Moore podjął się dość ryzykownego manewru, który może wydawać się jednocześnie dziwny jak i dość bezsensowny. W końcu po co pisać (a co gorsza czytać) książkę, kiedy można sięgnąć po komiks?

Powyższa teza może mieć jednak zastosowanie w przypadku niemal każdej adaptacji. Przyczyn powstania tej powieści może być wiele, tymczasem faktem jest, że Moore podjął się zadania nietypowego, dzięki któremu zyskałem impuls do zapoznania się z jego wersją historii. Co zatem wyniosłem z lektury Wojny domowej? Jako najważniejszą zaletę książki uznaję przekonanie do wyższości scenariusza filmu nad jego komiksowym pierwowzorem. W tym momencie muszę optymistycznie założyć, że powieść Moore'a jest dość wierna ze scenariuszem kultowego komiksu. W świetle tego, treść zaprezentowana przez Millara nijak ma się do wspaniałości ekranowej wersji. Dla obu opowieści wspólny jest jedynie punkt zaczepienia - na skutek nieudanej operacji udaremnienia działań wrogo nastawionych złoczyńców dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele cywilnych ofiar. Rząd USA wraz z organizacjami bezpieczeństwa wprowadzają ustawę, na skutek której superbohaterowie będą działać wyłącznie na ich polecenie, działając w ścisłym zakresie obowiązków. Taki stan rzeczy prowadzi do podziału pomiędzy znanymi z kart komiksów postaci, przez co wśród nich wyodrębniają się dwie niezależne frakcje. Zwolennikami rejestracji kieruje Iron-Man, natomiast po stronie swobody wyboru opowiadają się postacie sprzymierzone z Kapitanem Ameryką. Na tym kończy się niestety lista elementów wspólnych, książka rzuca nas w konflikt obfitujący we wszelkiego rodzaju walki i potyczki, podczas gdy film skupiał się również na problemie Bucky'ego Barnesa, dawnego przyjaciela Kapitana. Prowadziło to do znacznie ciekawszych rozwiązań fabularnych (kluczowa kwestia użycia super-żołnierzy, a także podstępny spisek Zemo, mający na celu zniszczenie Avengers od środka) oraz emocji towarzyszących rozłamowi największej grupy Marvela.

Powieść Wojna domowa to w przeważającej części radosna nawalanka pomiędzy najważniejszymi uczestnikami konfliktu. Na plus wychodzi możliwość czytania książki przez osoby niezbyt zorientowane w świecie Marvela oraz ładne podbudowanie psychologiczne niektórych z ważniejszych postaci. Moore umiejętnie wnika w umysły Iron-Mana, Kapitana Ameryki, Spider-Mana czy Sue Storm, pokazując jak radzą sobie oni z dylematami moralnymi oraz sytuacjami, które są ich udziałem. Wspomniane kwestie nikną stosunkowo szybko w natłoku dynamicznych scen, które (choć po pewnym czasie robią się dość nużące) pokazują, że autor dobrze przygotował się do pisania tej (z zasady) dziwnej adaptacji. Podczas lektury czułem wyraźnie, że Moore porusza kwestie ukryte pomiędzy kadrami, dostarczając na piśmie to, co w komiksie rozgrywa się do pewnego stopnia intuicyjnie. Nie mogę więc odmówić mu talentu i zdolności, ponownie zastanawiając się jedynie nad ogólnym sensem powstania tej publikacji. Do kogo jest ona skierowana i kto na jej poznaniu skorzysta najbardziej? Szczerze mówiąc nie wiem. W moje ręce trafiła z czystej ciekawości i jestem więcej niż pewien, że gdybym znał wcześniej pierwowzór, za nic nie dałbym się namówić do jej przeczytania. Dla odbiorców nie interesujących się superbohaterską nawalanką zapewne też nie będzie ona niczym atrakcyjnym, pozostaje więc swoistym kuriozum wśród adaptacji najróżniejszych popkulturowych dzieł. Jeśli chcecie sprawdzić na własnej skórze jak działa podobny zabieg, sięgnijcie po tę (mimo wszystko dobrze napisaną i na swój sposób interesującą) powieść. W innym wypadku dajcie sobie spokój. Zaopatrzcie się w oryginał lub kolejny raz włączcie sobie film. Tak będzie chyba najlepiej dla wszystkich. 


Tytuł: Wojna domowa
Autor: Stuart Moore
Przekład: Paweł Podmiotko
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 392
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł

piątek, 26 kwietnia 2019

Niesamowite plakaty do filmu Avengers: Koniec gry (2019)

Zauważyłem, że ostatnio na blogu dość rzadko zamieszczam interesujące plakaty filmowe. Dziś naprawiam ten błąd, prezentując sześć świetnych prac, przygotowanych z myślą o premierze filmu Avengers: Koniec gry. Autorem posterów jest znany internetowy artysta BossLogic, który w poniższych dziełach skupił się na pierwszym składzie superbohaterskiej drużyny. W bardzo pomysłowy sposób ukazał na nich zmiany, jakie z biegiem czasu dokonywały się w wizerunkach naszych ulubionych postaci. Podziwiajcie. :-)







czwartek, 25 kwietnia 2019

Siła ekscytacji i nostalgii w Avengers: Koniec gry (2019)


Jak dziś pamiętam początek maja 2008 roku. To właśnie wtedy wybrałem się do kina Praga w Warszawie na pokaz najnowszej produkcji ze świata Marvela. Rzecz dotyczyła Iron-Mana, historii Tony'ego Starka - amerykańskiego playboya i filantropa, ale przede wszystkim jednego z największych światowych producentów broni. Film opowiadał o jego wewnętrznej przemianie, która za pomocą wynalezienia supernowoczesnej zbroi zagwarantowała światu pokój i bezpieczeństwo. Ta opowieść wzięła mnie tak bardzo, że kiedy wracałem wieczorem z kina do domu, wyobrażałem sobie, że mój samochód jest nowoczesną wersją zbroi Iron-Mana, którą samodzielnie pilotuję. Fascynację wymyślonym światem podtrzymały kolejne produkcje: Hulk, Iron-Man 2 i Thor. Kiedy do kin trafił film Avengers, pierwszy crossover pomiędzy zaprezentowanymi w solowych produkcjach bohaterami, czułem że moja sympatia do uniwersum Marvela została wynagrodzona w najwspanialszy ze sposobów. Dziś, po ponad dwudziestu filmach z cyklu i jedenaście lat później, usiadłem na kinowej sali pełen nadziei oraz głębokich obaw. Obaw o przyszłość lubianych postaci, a także nadziei na wspaniałe zakończenie serii. Jak zakończy się ta trwająca jedenaście lat przygoda, która dała mi wszystko co najlepsze? Jaki będzie finał opowieści, która zrewolucjonizowała rynek popkultury ostatniej dekady? Teraz wiem już na pewno - to była niezapomniana, długa przygoda, a jej epilog dowodzi serca i oddania, będącego udziałem widzów, jak i wielu utalentowanych twórców. Tak moi drodzy, piszę to z wielką radością: Avengers: Koniec gry jest filmem wspaniałym!

Trudno wspominać dzieło braci Russo bez wskazywania istotnych elementów fabuły. Nie zrobię więc nic podobnego, skupiając się tylko na tym, co bezpiecznie mogę Wam przekazać. Na chwilę obecną byłem na filmie dwa razy. Podjąłem dobrą decyzję, ponieważ po drugim seansie elementy, które chciałem wskazać jako minusy, odebrałem w zupełnie inny sposób. Dlaczego? Struktura produkcji dzieli się na trzy wyraźne części (popularnie nazywane aktami - wprowadzenie, rozwinięcie i zakończenie). Pierwsza z nich zapoznaje nas z aktualną sytuacją postaci, druga opowiada o krokach podjętych celem zrealizowania konkretnych zamierzeń, natomiast trzecia stanowi wspaniałe podsumowanie i finał dotychczasowej historii. Początkowo wyczuwałem pewnego rodzaju dłużyzny pod koniec pierwszego aktu i nazbyt skrótową akcję finału. Ponowne zgłębienie treści filmu inaczej rozłożyło poszczególne akcenty, dlatego też nie traktuję pierwszego wrażenia jako czegoś istotnego (ale i tak chciałem o tym wspomnieć). Avengers: Koniec gry jest więc zdecydowanie tym, czego oczekiwałem po tej produkcji. Twórcom udało się to, co (jak zakładałem już przy Avengers: Wojna bez granic) było zadaniem prawdziwie karkołomnym. Jak stworzyć opowieść z tak ogromną ilością bohaterów i pokazać ich dalsze losy bezpośrednio po klęsce i tragedii, która ich dotknęła? Trzeba naprawdę mieć łeb na karku, aby zgromadzić wszystkie istotne elementy, dając fanom to na co czekają, a jednocześnie stworzyć w pełni samodzielny, interesujący film. Zarówno scenarzyści jak i reżyserujący obraz bracia sprawili się w tej trudnej materii doskonale. 


Humor, wzruszenia i nowe drogi rozwoju. To największy skrót myślowy na jaki mogę zdobyć się po obejrzeniu filmu. Avengers: Koniec gry w ogromnym stopniu stawia na głębię postaci. Znamy ich od lat, ekscytowaliśmy się ich wszystkimi poczynaniami, czas zatem rozliczyć się ze wspólną przeszłością. A wszystko po to, aby móc ruszyć dalej. Czyli zupełnie jak w życiu... Bracia Russo stworzyli chyba najbardziej złożony film Marvela, bo zarówno fabuła, jak i rys psychologiczny bohaterów stoją tu na najwyższym poziomie (może nadal poza Thanosem, ale o nim wspomnę jeszcze poniżej). Dostajemy tony tzw. fan-serwisu, a jest to poukładane tak sprytnie, że służy przede wszystkim fabule, a nie pustemu zaspokajaniu oczekiwań widza. Rozbudzaniu emocji i powodów do śmiechu jest tu więc co niemiara, jednak wszystko przesłania solidne poczucie nostalgii. Wiemy, że coś się kończy i to przeświadczenie podsyca wiele przybliżających wnętrze postaci scen. Film tonie w odniesieniach do prawie wszystkich poprzednich części cyklu (już teraz zwanego dumnie Infinity Sagą), sprawiając, że wyłapywanie ich jest niesamowicie ekscytującą zabawą. Należy przy tym pamiętać, aby nie oglądać tej historii w towarzystwie osób nie obeznanych z uniwersum. Gwarantuję, że nie zrozumieją one z filmu zupełnie nic, wychodząc z seansu bez żadnych wrażeń. Jak napisałem, ze wszystkich filmowych postaci wciąż mam problem z Thanosem. Droga, którą wybiera w kontekście zaistniałych w filmie wydarzeń, jest zupełnie bezsensowna. Tak głupia, jak standardowa przemowa antagonisty (którą oczywiście wygłasza), zmieniająca dotychczasowo zaprezentowaną istotę tej postaci. W swoim szaleństwie Thanos był dotychczas przekonanym o swojej racji (okrutnym) pragmatykiem, tutaj zamienia się w monstrum oszalałe z powodu fiaska swej misji, pragnąc bestialsko unicestwić wszystkich i wszystko. Więcej nie zdradzę, nie chcę zepsuć Wam zabawy w kinie, jeśli chcecie, możemy dalej dyskutować o tym w komentarzach.

Avengers: Koniec gry ustanawia nowe rozwiązania, będąc wspaniałym finałem superbohaterskiej opowieści, którą większość z nas śledziła przez wiele ostatnich lat. Zaskakuje pomysłowym scenariuszem, wyrobionym przez lata wyczuciem aktorskich ról oraz nostalgią i zadumą nieobecną wcześniej w filmach tego typu. Samo zakończenie operuje pomiędzy smutkiem, uśmiechem i zadumą, co pozostawiło mnie z uczuciem głęboko rozbudzonej nadziei. Nadziei, której powszechnie dostarczają nam superbohaterowie. A są nimi nie ze względu na swe moce, ale za sprawą tego jak radzą sobie z tym, kim tak naprawdę są. Wewnętrzna walka z własnymi ograniczeniami naszych ulubionych postaci stanowi sedno tych produkcji, a Avengers: Koniec gry bezbłędnie uwypukla to jeszcze bardziej. Założę się o wiele, że ta (genialna i nieprzesłodzona) laurka dla całego uniwersum stanowi wielki krok w historii popkultury, pokazując, że filmy z gatunku superhero mają trwałe miejsce w dzisiejszych czasach. W tym wspaniałym finale kończą się drogi wytyczone w poszczególnych filmach z cyklu, udowadniając, że nawet drobne rzeczy nie pozostają bez znaczenia dla całości. I choć nie każdemu musi to przypaść do gustu, nie sposób nie docenić ogromu pracy twórców i niesamowitej frajdy, jaką daje ten film. O tym, co zrobiło studio będzie mówić się przez wiele nadchodzących miesięcy (a może nawet i lat) w kontekście historii kinematografii oraz emocji i przywiązania do tak rozpoznawalnych (i kochanych przez wielu) postaci. Należy się z tego cieszyć, zarażając innych swoją miłością do tej niesamowitej marki. Jest ona prawdziwym znakiem naszych czasów, który z pewnością posłuży przyszłym pokoleniom jako wzór do opowiadania nowych, ekscytujących treści. 



Tytuł: Avengers: Koniec gry (Avengers: Endgame)
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Obsada: Robert Downey Jr. Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Don Cheadle, Karen Gillan, Paul Rudd, Brie Larson, Jeremy Renner
Wytwórnia: Marvel Studios/Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 26 kwietnia 2019 (USA), 25 kwietnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 181 min.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 6 (Ultimate Spider-Man tom 3, Invincible tom 3, Avengers tom 2)

W dzisiejszym wydaniu Kiosku z Komiksami (to już trzecie w tym miesiącu!) omawiam dwa komiksy Marvela oraz jeden z Image Comics. Który z poniższych tytułów był kompletną stratą czasu, a który najbardziej chwycił mnie za serce...? Zapraszam do lektury!


Ultimate Spider-Man, tom 3 (B. M. Bendis, M. Bagley)

Człowiek-Pająk w interpretacji Bendisa to naprawdę świetna seria. Pełna ludzkich spraw i uczuć, w większej mierze stawiająca na codzienne losy głównych postaci, niż na niekończącą się, bezmyślną rozwałkę. Wątki superhero są tu naturalnie obecne, lecz przez odpowiednie dawkowanie, nie przesłaniają czytelnikowi zgłębiania życiowych rozterek Petera Parkera, chłopaka, który w wyniku ukąszenia przez napromieniowanego pająka zyskał nadnaturalne, potężne zdolności. Poniższy komiks stanowi również mocno odświeżone spojrzenie na postać Spider-Mana, umożliwiając wejście w temat nowym, nieobeznanym ze światem Pajączka czytelnikom. Cała seria Ultimate jest bowiem swoistym restartem, kreślącym na nowo historie herosów Marvela. Choć w przypadku tego tytułu mamy do czynienia dopiero z trzecim tomem, w życiu naszego bohatera wiele zdążyło się już wydarzyć. Galeria superłotrów wzbogaciła się o kilka interesujących nazwisk (Kingpin, Electro, Kraven, Osborn), a codzienne oraz uczuciowe życie Petera zaliczyło wiele zakrętów i rozczarowań. Jako największe z nich rysuje się rozstanie z Mary Jane, które wstrząsa naszym bohaterem w najmniej spodziewanej chwili. Jak się okazuje, ktoś stara się zdyskredytować działania Pająka, dokonując napadów i rozbojów w identycznym jak on przebraniu. Jakby tego było mało, odnowienie dawnej przyjaźni pchnie Petera ku odkryciu swojej mrocznej strony, które sprawdzi nie tylko jego siłę fizyczną, ale także potęgę ducha i umysłu.

Wspomniany element psychologiczny jest dość mocno zaakcentowany w drugiej połowie tomu. Peter mierzy się ze swoją mroczną stroną, będąc jednocześnie nękanym przez wspomnienia z przeszłości, dotyczące przełomowego (choć nie ukończonego) odkrycia swego ojca. Pech chce, że akurat ten wynalazek dopada Spider-Mana w chwili, gdy zupełnie nie radzi on sobie z podjętą misją. Bendis bezbłędnie wygrywa wszystkie nuty prowadzące nas przez życie bohatera, prezentując całą historię w prosty, a jednocześnie bardzo wciągający sposób. Nie pierwszy raz wyeksponowane motywy obyczajowe łączą się tu z superbohaterskimi, wpływając na siebie nawzajem przy maksymalnym skupieniu uwagi czytelnika. Pewien zgrzyt zauważyłem w pierwszej połowie komiksu. Kwestia tożsamości oraz motywacji pajęczego naśladowcy została potraktowana po macoszemu (dlaczego robił to wszystko i skąd brał na to środki, niestety pozostaje kwestią niewyjaśnioną). Rysunki Bagleya są świetne, jednak czasem razi w nich zbyt mocne przerysowanie postaci. Gdyby artysta nie podkreślał aż tak mocno wszelkich emocji (przy jednoczesnym wykrzywianiu twarzy bohaterów), z pewnością wyszłoby to całości na dobre. Tak czy inaczej, Ultimate Spider-Man to seria, którą jak najbardziej należy polecić. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego Spider-Mana, a zamierzacie skusić się na jakiś tytuł Marvela, nie czekajcie dłużej. To naprawdę dobrze opowiedziana historia, w której tak samo ważni są bohaterowie, jak ich zmagania z wszechobecnym złem.

Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 3
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 300
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Invincible, tom 3 (R. Kirkman, R. Ottley)

Seria Invincible jest często uznawana za najlepszy tytuł z gatunku superhero, nie powiązany z Marvelem lub DC. Gdybym nie wiedział, podobne zapewnienia (zamieszczane także na odwrocie okładek komiksu) szybko włożyłbym pomiędzy bajki. Na szczęście czytałem tom pierwszydrugi dzieła Kirkmana, toteż z całą odpowiedzialnością mogę zapewnić Was, że pozycja ta jest faktycznie tak dobra jak piszą. Długo można by dywagować dlaczego tak właśnie jest, najważniejsze jednak, że przygody Marka Graysona cechują się niezwykłą lekkością, wciągając czytelnika w nieustanny wir przygód głównego bohatera. Naprawdę, sam nie wiem jak Kirkman to robi, ale czytając Invincible zawsze mam wrażenie ogromnego luzu, który musiał towarzyszyć scenarzyście podczas pisania. Co ciekawe, wszystko w tej serii układa się w idealną, świetnie przemyślaną całość. Wątki superhero działają jak u konkurencji (lub lepiej), a motywy obyczajowo-dramatyczne (podobnie jak we wspominanym powyżej Ultimate Spider-Manie) ciekawią czytelnika bardziej, niż tradycyjne spiski czy potyczki z upartymi antagonistami. Wygląda więc na to, że czasem wymyślanie komiksów nie musi być katorżniczą pracą, a stworzone w ten sposób treści nie traktują siebie i czytelnika z przesadnymm napuszeniem, będąc po prostu świetną i wciągającą rozrywką.

W trzecim tomie Invincible napotka swojego ulubionego bohatera (oraz przekona się na ile jest to w ogóle możliwe), zmierzy się z łotrem zagrażającym jego rodzinie, wraz ze swoją dziewczyną Amber wybierze się na wycieczkę do Afryki, a co najważniejsze, poleci na inną planetę, gdzie spotka się... ze swoim ojcem! Tak, to wszystko (a nawet więcej!) zostało upchnięte na ponad trzystu stronach wspaniale narysowanych przez Ryana Ottleya. Grafiki tego artysty wspaniale kreślą świat wymyślony w głowie Kirkmana. cechując się pewnego rodzaju prostotą, nie pozbawioną jednak dobrze oddanej szczegółowości. Umiarkowana kolorystyka dodaje całości jeszcze większego luzu, co zapewne będzie sporym wizualnym zaskoczeniem dla osób rzadko sięgających po historie obrazkowe tego typu. Invincible to komiks, który nie nudzi nawet przez chwilę, z tomu na tom dając coraz więcej frajdy z lektury. Pomysłowość autorów zatacza coraz szersze kręgi, świat przedstawiony oraz poszczególni bohaterowie zdają się być coraz bardziej interesujący. Kirkman stworzył tasiemiec podobny do swojego późniejszego dzieła (The Walking Dead), w analogiczny (od strony techniczno-fabularnej) sposób przyciągając uwagę czytelnika. Ilość wprowadzonych w treść opowieści szczegółów jest prawdziwie imponująca, zapowiadając równie dobrą zabawę w nadchodzących tomach. Na koniec dodam tylko, że jak zawsze warto zerknąć na pokaźną ilość szkiców oraz alternatywnych grafik umieszczonych na końcu wydania. Dzięki nim z pewnością docenicie pracę autorów jeszcze bardziej.

Tytuł: Invincible, tom 3
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 336
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Avengers, tom 2 - Rodzinny interes (M. Waid, M. Asrar)

Po przeczytaniu tego tomu przygód Avengers nasuwa mi się pewna myśl. Czasem komiksu nie można oceniać wyłącznie podług siebie, należy bowiem mieć przed oczami znacznie szerszy obraz. Rodzinny interes jest tego najlepszym przykładem. To pozycja strasznie prosta i infantylna, a co gorsza, posiadająca wszelkie najmniej lubiane cechy stylistyki superhero (na dodatek wzięte z wzorców obowiązujących w tym medium kilka dekad wstecz). Ale co tam, niech będzie. To po prostu nie jest lektura przeznaczona dla mnie. Najwyraźniej Marvel postanowił kontynuować swą politykę docierania do młodszego grona czytelników, czego najlepszym przykładem był pierwszy tom opisujący losy tytułowej grupy (Siedmiu wspaniałych). O ile jednak w poprzedniej odsłonie dało się wyodrębnić elementy skierowane do czytelników w różnym wieku, w drugiej części autorzy zdecydowanie poszli na całość, dedykując swą opowieść głównie nastolatkom.

Jeśli przebrniecie przez wypełniające większość tego tomu walki w kosmosie oraz innym wymiarze (gdzie Avengersi wybrali się próbując odnaleźć ojca Novy), na deser otrzymacie historyjkę poświęconą nowej Wasp, która okazuje się być... nieznaną częścią rodziny Hanka Pyma. Wszystko tutaj sklecone jest prościutko i przystępnie. Nasi bohaterowie znajdują wyjście z każdej sytuacji, niestety, dzieje się to przy całkowitym braku poczucia stawki czy realnego zagrożenia (choć przeciwnik jest zdecydowanie z tych silniejszych). Należy jednak bezsprzecznie pochwalić elementy pracy zespołowej. Bez tego komiks z pewnością wiele by stracił. Sympatia do poszczególnych postaci pozwoliła mi jakoś przebrnąć do końca lektury, lecz nie sądzę, abym miał po tym ochotę na więcej. Rodzinny interes to pozycja zdecydowanie dla najmłodszych. Jeżeli macie młodszego brata, którego chcecie wciągnąć w świat bohaterów Marvela, śmiało podsuńcie mu ten tytuł. Sądzę, że będzie zadowolony.

Tytuł: Avengers, tom 2 - Rodzinny interes
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Mahmud Asrar, Alan Davis
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 17 kwietnia 2019

Wiosenne nowości od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET nie ustaje w rozpieszczaniu najmłodszych sympatyków fantastyki, regularnie wydając coraz to nowsze tytuły książkowe spod marki Lego. Tym razem przyglądam się czterem tytułom powiązanym z seriami i filmami The Lego Movie 2, Jurassic World, Star Wars oraz Ninjago.


THE LEGO® MOVIE 2™. EMMET RADZI JAK BYĆ FAJNYM


Wyposażona w twardą oprawę książeczka, z wielce pożądaną minifigurką Emmeta (oraz jego ukochanej roślinki), przynosi atrakcje dla dużych i małych sympatyków filmu The Lego Movie 2: The Second Part (Lego Przygoda 2). Co w niej znajdziemy? Naprawdę sporo, na wstępie należy jednak zaznaczyć, że zawartość tytułu wypełniają najrozmaitsze zagadnienia, głównie poszerzające świat filmu. Całość podzielono na osiem różnorodnych działów, w których nasz tytułowy bohater tłumaczy m.in. jak przetrwać w Apokalipsburgu, jak być twardym, jak zmienić się na lepsze oraz jak budować przyszłość. Tak zarysowana klasyfikacja służy do ponownego przedstawienia historii filmowej, lecz w całkowicie nieoczekiwany sposób. Znajdziemy tu sporo specyficznego humoru, dowiemy się co nieco o przeszłości postaci, a także jak radzić sobie z określonymi sytuacjami w życiu. Nie ma co martwić się o pozostałych bohaterów, ponieważ każdy z nich (Batman, Lucy, Benek) dostanie swoje pięć minut. Warto jeszcze raz zaznaczyć, że nie jest to książeczka wyłącznie dla najmłodszych. Sądzę, że każdy fan produkcji Lego znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Tym bardziej, że język którym posługuje się Emmet nie jest ani trochę infantylny. Całości dopełnia olbrzymia ilość fotosów z Lego Przygoda 2, które wspaniale współgrają z prezentowaną treścią. The Lego® Movie 2™. Emmet radzi jak być fajnym to chyba najciekawsza publikacja nawiązująca do tego filmu na naszym rynku.


LEGO® JURASSIC WORLD™. NA TROPIE DINOZAURÓW

LEGO® NINJAGO®. ULUBIENI WROGOWIE

LEGO® STAR WARS™. PRZYGODY SZTURMOWCÓW


Na drugi rzut idą trzy książeczki, które są zapewne dobrze znane stałym czytelnikom bloga. Zadania logiczne (labirynty, łączenie punktów, odnajdywanie różnic, kreatywne malowanie), opowiadania, komiksy oraz popularna minifigurka w zestawie, czynią z powyższych tytułów rzecz dla młodego konstruktora zwyczajnie niezbędną. Przez zabawę do wiedzy, za sprawą świetnie zilustrowanych zadań, dzieciaki z pasją będą rozwiązywać wszelkie zagadki, nieświadomie ćwicząc umysł w logicznym i kreatywnym myśleniu. A to da rodzicom chwilkę odpoczynku, co obu stronom z pewnością wyjdzie na dobre. Do tego popularni bohaterowie w klockowych wersjach, czyli coś co chyba zawsze będzie na czasie. Niska cena wydań jest również niebagatelnym czynnikiem. Nie po raz pierwszy - polecam.



Informacje o nowościach i zapowiedziach znajdziecie zawsze na stronie wydawnictwa AMEET


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 5 (The Walking Dead vol 29, Here's Negan!, The Walking Dead vol 30)

Witam w kolejnym wydaniu Kiosku z komiksami. Tym razem omawiam trzy komiksy w obrębie jednej serii. Mój wybór padł na The Walking Dead (Żywe Trupy), cykl uwielbiany przeze mnie już od ponad 10 lat. Poniżej prezentuję tomy nie wydane jeszcze w Polsce, mam jednak nadzieję, że zdecydujecie się sięgnąć po nie, nie czekając na rodzime wydania. Naprawdę warto! Na dodatek prezentuję tytuł poboczny, przedstawiający origin story największego antagonisty tej serii. Zapraszam.


The Walking Dead, vol. 29 - Lines We Cross (R. Kirkman, Ch. Adlard)

Po niezwykle burzliwych i emocjonujących wydarzeniach z poprzedniego tomu, w Lines We Cross seria The Walking Dead wraca na nieco spokojniejsze tory. Ale w tym przypadku spokojnie bynajmniej nie oznacza mniej interesująco! Fabuła tomu w większości skupia się na decyzji podjętej przez Ricka po odkryciu małego sekretu Eugene'a. Czy kontakt, który nawiązał samotny mężczyzna może być dla wszystkich grup zagrożeniem? W tomie znajdziemy także luźniejsze wątki obyczajowe, splatające się z pracami przy odbudowywaniu lokacji zniszczonych podczas wojny z Szeptaczami. Na skutek interwencji Grimesa, tajemnicza Stephanie zgadza się spotkać z niewielką grupą ludzi Ricka w pobliżu dość odległego Ohio. Pięcioosobowa drużyna pod przewodnictwem Michonne wyrusza w długą podróż, spotykając na swej drodze pewną niezwykle barwną postać (na tę chwilę moją ulubioną!). Dwight boryka się z własnymi demonami, Carl powoli układa sobie życie z Lydią, Jesus coraz bardziej zbliża do Aarona, natomiast Negan... O nie, o tym będziecie musieli już przeczytać sami (tej interesującej kwestii poświęcono masę miejsca w finałowej części tomu)!

Sporo w Lines We Cross wątków obyczajowych, lecz w związku z nieco lżejszym tonem tej odsłony wydaje się być to na porządku dziennym. Są one nie mniej interesujące od standardowego napięcia serwowanego zazwyczaj w serii, dlatego też taki zabieg wydaje mi się w pełni uzasadniony. Oczywiście, Kirkman nie byłby sobą, gdyby nie zaoferował nam kilku mocniejszych akcentów, dlatego też spodziewajcie się paru pomysłów, które usadzą Was na samej krawędzi fotela. Jak to zwykle u tego autora bywa, wiele spraw jest mocno rozwojowych i także tutaj zasiano kilka ziaren, których plony zbierzemy w nadchodzących odsłonach. The Walking Dead od samego początku jest serią, która oferuje idealne połączenie pełnokrwistej (oraz postapokaliptycznej) historii grozy z pełnym serca, ludzkim dramatem. Tym razem środek ciężkości celowo przesunął się w kierunku tej drugiej kwestii, jednocześnie znacznie ją łagodząc. Co ciekawe, pozwoliło to kilkakrotne wywołać uśmiech na mojej twarzy. Ortodoksyjnych, spragnionych mocnych wrażeń czytelników ten tom zapewne niezbyt do siebie przekona, wydaje mi się jednak, że jeśli mamy dalej brnąć w niekończące się pomysły autorów, musimy też co jakiś czas przyjrzeć się postaciom z innej, bardziej ludzkiej strony. Tylko wtedy będziemy mogli z nowymi siłami i zapałem śledzić ich dalsze przygody. A nowe, ekscytujące wydarzenia z pewnością nadchodzą, świadczy o tym dobitnie zakończenie przedostatniego zeszytu zamieszczonego w tym tomie. Będzie się dziać!

Tytuł: The Walking Dead, vol. 29 - Lines We Cross
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 16,99 $


Here's Negan! (R. Kirkman, Ch. Adlard)

Założę się, że jeśli tylko rozmawiacie z kimś o serii The Walking Dead, Wasze myśli od razu spieszą do jednej charakterystycznej postaci, która w pewnym momencie zdominowała sobą cały cykl. Oczywiście, chodzi mi o Negana. Negan to brutalny i bezwzględny przywódca Zbawców, niezwykle roszczeniowej grupy ocalałych z apokalipsy, która napotkała bohaterów pod przewodnictwem Ricka Grimesa. Od swojego pierwszego pojawienia (Powód do strachu) aż do obecnie wydawanych tomów, pozostaje on w centrum wszelkich wydarzeń. Nawet po utraceniu roli lidera nieustannie fascynuje, zmuszając każdego czytelnika do uważnego śledzenia jego poczynań. Negan to perfekcyjny antagonista (a w chwili obecnej antybohater). Nie przebierający w środkach złoczyńca, który potrafi wzbudzać w ludziach najbardziej skrajne emocje, jednocześnie elektryzując swą charyzmą, inteligencją oraz okrucieństwem. Kocha się go i nienawidzi jednocześnie. Jakie były jednak jego początki? Co sprawiło, że stał się właśnie taki? A co jeśli nigdy nie był inny? Na te pytania odpowiada wydanie specjalne The Walking Dead - Here's Negan! stworzone przez stałych autorów serii.

Robert Kirkman postanowił odrzeć z tajemnicy jedną z najważniejszych postaci swego cyklu. W tym niezbyt obszernym (nieco ponad 70 stron) komiksie, pokazuje początki Negana, zanim jeszcze ten późniejszy złoczyńca trafił do grupy Zbawców. No proszę, właśnie zdradziłem Wam, że Negan nie zawsze szedł drogą twardej ręki i sadyzmu. Zresztą nieważne, sami odkrylibyście to podczas lektury, ponieważ ta informacja wychodzi na jaw już na pierwszych stronach tytułu. O wiele bardziej istotne jest natomiast to, jak potoczyły się losy Negana, które doprowadziły go na szczyt drabiny władzy. I z tym Kirkman ma naprawdę przednią zabawę. Here's Negan! to opowieść bardzo dynamiczna (czasem nawet mocno wzruszająca lub zabawna), w dość skrótowy, ale nie pomijający niczego sposób przybliżająca początki przemiany tej postaci. O ile droga Negana nie jest istotna dla czytelnika dopiero poznającego pierwsze tomy The Walking Dead z jego udziałem, tak już przy ostatnich częściach serii pomaga znacznie lepiej zrozumieć motywy postępowania naszego antagonisty. Co tu dużo pisać, scenarzysta serii odwalił w tym komiksie kawał dobrej roboty! Szkoda, że całość została wydana jako osobny tytuł, ponieważ wydaje mi się, że z łatwością dałoby się wpleść retrospekcje Negana w poszczególne tomy głównego cyklu. Nie zamierzając rozwodzić się więcej nad wysoką jakością tego komiksu, zachęcam abyście sięgnęli po niego jak najprędzej. To kawał dobrej historii o przemianie człowieka postawionego wobec drastycznych zmian na świecie oraz częściowo samodzielna opowieść, dopowiadająca brakujące szczegóły do znanej i lubianej serii. Choćby dlatego warto ją przeczytać.

Tytuł: Here's Negan!
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 72
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 19,99 $


The Walking Dead, vol. 30 - New World Order (R. Kirkman, Ch. Adlard)


Przyznaję, że po zakończeniu zaserwowanym w poprzednim tomie The Walking Dead spodziewałem się zupełnie innego obrotu spraw. O ile Lines We Cross stawiało na bardziej obyczajową stronę serii, New World Order jeszcze bardziej odchodzi od przerażających historii z trupami, stawiając nacisk na zupełnie inną stronę opowieści. Grupa bohaterów wysłana na spotkanie z tajemniczą Stephanie natrafia na uzbrojony po zęby oddział, wysłany celem zweryfikowania ich celów i zamiarów. Jednostce towarzyszy niejaki Lance Hornsby, który po początkowej słownej przepychance decyduje się zabrać Eugene'a i resztę do miasta. Tuż przed wjazdem na teren bohaterowie odkrywają pewne miejsce, które zmieni wszystko w życiu jednego z nich, lecz jest to dopiero początek niezwykłych wydarzeń! Jak się wkrótce okaże, Wspólnota (bo tak nazywa się miejsce do którego dotarli) składa się z imponującej liczby mieszkańców, którzy żyją w zupełnie innych warunkach niż ludzie Ricka, tworząc społeczeństwo będące lustrzanym odbiciem sytuacji sprzed apokalipsy. Czy jednak trwały byt na wzór tego co zostało utracone jest w ogóle możliwy? Już teraz możecie domyślać się, że kryje to w sobie wiele sekretów i potencjalnych niebezpieczeństw...

New World Order skupia się w większej mierze na ukazaniu działania ludzkiej populacji w społeczeństwie zaadoptowanym do sztucznego podziału na lepszych i gorszych. Całą Wspólnotą kieruje gubernator Pamela Milton, która przy współpracy osobistych popleczników oraz imponującego zaplecza wojskowego bacznie pilnuje zasad obowiązujących w olbrzymim (około 50 tys. mieszkańców) obszarze. Oczywiście, podobna utopia najczęściej nigdy nie ma oczywistego prawa bytu, toteż i tutaj Kirkman sprytnie uwydatnia problemy, które niczym rak, niespiesznie toczą pozornie beztroską zbiorowość. Rozkład zaczyna się od środka i widać to we wszystkich scenach będących udziałem naszych bohaterów. Najciekawsze jest jednak to, jak poszczególne postacie reagują na to, co dane jest im we Wspólnocie doświadczyć. Wbrew pozorom zdają się oni akceptować zastany stan rzeczy, a poszczególne przesłanki, mówiące o drugim dnie niektórych postaci zdają się schodzić na drugi plan. Na szczęście podział według statusu społecznego sprzed końca świata nie może mydlić oczu wszystkim, toteż kiedy Rick osobiście spotyka się z gubernator Milton, na światło dzienne wychodzi różnica zdań, która stawia mur pomiędzy zasadami wyznawanymi przez każde z nich. Na tym etapie Kirkman uwydatnia niezły zamysł, który posłuży mu (z pewnością) do eksploracji dalszych wydarzeń. Tymczasem, po raz kolejny prezentuje nam bardziej spokojną stronę The Walking Dead. Mało jest w tym tomie Ricka, sceny ze szwędaczami są prawie nieobecne (poza dosłownie dwoma), ale mimo wszystko czyta się New World Order dobrze i szybko. Nie zabrakło kilku emocjonujących chwil, wątek jednej z bohaterek mocno chwyta za serce, ale mimo wszystko czuję wyraźnie, że najlepsze dopiero nadejdzie. To już drugi z nieco spokojniejszych tomów, przeczuwam jednak znacznie większy udział akcji oraz napięcia w kolejnych odsłonach. Sądzę, że tam wreszcie adrenalina skoczy na dalece wyższy poziom. Tymczasem i tak doceniam talent twórców, pamiętając, że przy trzydziestym tomie cyklu podobne zabiegi urozmaicające fabułę są praktycznie niezbędne.

Tytuł: The Walking Dead, vol. 30 - New World Order
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 16,99 $