piątek, 18 października 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 17 (Kraina Ruin, Invincible tom 5, Batman tom 7)

W tym wydaniu naszego pełnego komiksów działu na tapetę biorę przygody bandy gadających zwierzaków, dalsze losy niepokonanego Marka Graysona oraz ślub pewnego Mrocznego Rycerza z Gotham. Jak zawsze zapraszam Was także do dyskusji o innych ciekawych historiach obrazkowych, na jakie na pewno natknęliście się w ostatnim czasie. Pamiętajcie, dział komentarzy jest zawsze do Waszej dyspozycji! :-)


Kraina Ruin. Oko za oko

Jestem zwolennikiem teorii, że najtrudniejszym zadaniem podczas tworzenia komiksów jest symultaniczne opanowanie sztuki godzenia rysunku ze scenariuszem. Powszechnie znane są przypadki, kiedy wybitni autorzy z powodzeniem potrafili okiełznać obie te umiejętności, samodzielnie tworząc dzieła, które tak graficznie jak i tekstowo prezentowały wręcz nienaganną całość. Jakby nie patrzeć, w dzisiejszych czasach znakomita większość tytułów opiera się na współpracy dwóch lub więcej twórców. Powoduje to, że z coraz większym zainteresowaniem sięgam po w pełni autorskie, samodzielne dzieła jednostek. Takim tytułem jest bez wątpienia Kraina Ruin. Oko za oko, czyli prawdziwie awanturnicza opowieść o czwórce antropomorficznych poszukiwaczy magicznych broni i artefaktów, którzy podążając za skarbem mrocznego pirata Ramola stale pakują się w coraz bardziej niewiarygodne tarapaty. Autorem tej uroczej historii jest Derek Laufman, człowiek znany z wcześniejszej współpracy z Marvelem czy firmą Hasbro, który początki swej zawodowej pracy spędził w firmach produkujących liczne gry komputerowe. Swe najnowsze dzieło skierował do dość młodego odbiorcy, dopiero stawiającego swe pierwsze kroki w przebogatym, komiksowym świecie. I trzeba o tym pamiętać, bo sięganie po przygody Reksa, Pogo i reszty ferajny z bardziej wysublimowanymi oczekiwaniami (szczególnie w sferze fabularnej), narazi Was na szybki zawód. Nie oznacza to automatycznie, że powyższy tytuł jest niewart niczyjej uwagi. Plusów jest chyba nie mniej niż minusów, uważam jednak, że Laufman jest przykładem rysownika, który opanował do perfekcji wyłącznie wizualną stronę przedsięwzięcia.

A o tej mógłbym pisać długo i namiętnie! Kreska autora jest wręcz stworzona dla dzieciaków, choć dorośli również złapią się na gapieniu w ładnie wykadrowane obrazki. Jak nigdzie indziej dynamika zdarzeń miesza się tu z ekspresyjnością wszelkich postaci oraz bogactwem świata przedstawionego. Laufman rewelacyjnie kreuje obraz całej historii, przyciągając uwagę czytelnika barwą i szczegółem, a co ciekawsze - ujmującą prostotą pomysłowo rozrysowanych sekwencji. Jest więc Kraina Ruin. Oko za oko komiksem rewelacyjnie narysowanym, lecz w sferze fabularnej nie wykraczającym poza dawno już ograne schematy. Cały pomysł scenariusza polega na prowadzeniu bohaterów od punktu A do Z, gdzie po drodze muszą zaliczyć wszystkie literki alfabetu. Starszy czytelnik zmęczy się tą wycieczką już po drugim rozdziale, brnąc do przodu wyłącznie za sprawą energicznie rozpisanej akcji. Piszę o tym, ponieważ lubię, gdy opowieści dla najmłodszych skonstruowane są tak, aby zaskoczyć i dać jak najwięcej frajdy także dojrzalszemu (lub bardziej wymagającemu) odbiorcy. Tu tego wyraźnie zabrakło, wypadałoby więc polecić go wyłącznie dzieciakom, które nie skończyły jeszcze 12 lat. Niestety, widać tu wyraźnie, że nie zawsze jeden autor jest w stanie dźwignąć ciężar obu filarów komiksowego tworzywa. U Laufmana w kwestii warsztatu i pomysłowości mocno wybija się styl nabyty podczas pracy nad grami video, choć nie twierdzę, że straciłem czas podczas lektury powyższego tytułu. Po prostu spodziewałem się czegoś bardziej uniwersalnego i otwartego na czytelnika w każdym wieku. Mam jednak świadomość, że gdyby Kraina Ruin. Oko za oko była jednym z pierwszych komiksów, z którym miałbym styczność w szczenięcych latach, zakochałbym się w nim bez pamięci.     

Tytuł: Kraina Ruin. Oko za oko
Scenariusz i rysunki: Derek Laufman
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Kboom
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 55 zł


Invincible - tom 5

Ech... Invincible to jeden z tych nielicznych komiksów, o których w każdej recenzji muszę w zasadzie pisać to samo. Że Kirkman jest świetnym scenarzystą, który planuje wszystko z dużym wyprzedzeniem, mistrzowsko panując nad akcją, treścią i rozwojem bohaterów. Że tworzy pełnoprawny świat superhero, który nie przysłania czytelnikowi losów tytułowego bohatera, szczególnie kiedy ten musi być herosem także w swym prywatnym życiu. Że rysunki są tak oszczędne jak tylko się da, a jednocześnie sprawiają, że komiks można wręcz jeść łyżkami (ach, te kolory!). No dobra, wiecie to już od dawna, więc dajmy już sobie spokój. Invincible w piątym tomie nadal jest tak samo świetny jak w czterech pozostałych. Przejdźmy więc teraz do recenzji Batmana...

Zaraz! Nie tak szybko! Przecież nie napisałem jeszcze co wydarzyło się w życiu Marka Graysona odkąd zostawiliśmy go ostatnim razem. A zdarzyło się jak zawsze sporo! Akcja w najnowszym tomie zawiązuje się wraz z atakiem potworów Doca Seismica na prawie wszystkich bohaterów broniących spokoju naszej planety. Nawet nasz tytułowy ulubieniec nie jest w stanie przeciwstawić się sile despotycznego złoczyńcy, toteż Cecil Stedman wprowadza do akcji... Reanimenów! Ta decyzja (jak również pojawienie się Darkwinga) doprowadza do pierwszego poważnego rozłamu pomiędzy Markiem, a szefem Globalnej Agencji Obrony. Powiedzieć rozłamu, to jednak nie powiedzieć nic. Nie zdradzę na razie więcej, w każdym razie Invincible od tej chwili postanawia działać solo. W tym czasie ma okazję zająć się swoim młodszym bratem Oliverem, którego szkolenie ujawnia dziwne nastawienie chłopca do pojęcia moralności i odpowiedzialności. Rola Marka będzie tym trudniejsza, ponieważ wkrótce zmierzy się nie tylko z trudami nauczania czy ewoluującym związkiem z Eve, ale także nowymi, trudnymi do pokonania przeciwnikami. I tak jak pisałem na wstępie, Kirkman dalej snuje swą fascynującą opowieść, wciągając czytelnika w ten pięknie wymyślony, barwny superbohaterski świat. Znów pokazuje, że tylko jeden człowiek wystarczy aby stworzyć pasjonujące i w pełni autonomiczne uniwersum, które w innych przypadkach (i z najróżniejszym skutkiem) musi tworzyć cały sztab autorów. A że w ilustrowaniu całości towarzyszy mu niezastąpiony Ryan Ottley wraz z kilkoma innymi, równie utalentowanymi artystami, nie musicie bać się o efekt końcowy. Invincible tom 5 to kolejna, warta posiadania, komiksowa cegła! 

Tytuł: Invincible, tom 5
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Jason Howard
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Batman, tom 7 - Ślub


Batman bierze ślub! Wreszcie, po ośmiu pełnych dekadach panowania na stronach komiksów, ten dość wiekowy już kawaler zdecydował się połączyć węzłem małżeńskim z Seliną Kyle (aka Catwoman). Ich chwile przed pojawieniem się przy ołtarzu spisali wierni kronikarze Gotham, Tim Seeley i Tom King. Żarty żartami, pomyślcie jednak jak trudne zadanie stało przed scenarzystami, którzy mieli ukazać tak niecodzienne wydarzenie... Jak myślicie - czy powinni przedstawić pełną zaskakujących zwrotów akcji opowieść, która ckliwym zakończeniem wycisnęłaby nam łzy z oczu? A może lepszym rozwiązaniem byłoby pokazanie dramatu dwojga ludzi szukających miłości pośród zniewolonego zbrodnią świata? Nic z tych rzeczy! Autorzy podeszli do tematu bardzo kreatywnie, opowiadając swą historię z zupełnie nieoczywistego punktu widzenia. Naturalnie, nie zapomnieli przy tym, jak ma ona wpłynąć na ostateczne losy naszego tytułowego bohatera.

Ślub składa się z kilku krótszych epizodów, w których King i Seeley bawią się czystą formą opowieści. Na pierwszy rzut idzie historyjka o Boosterze Goldzie, który zaoferował Gackowi i Kotce pewien dość niecodzienny prezent (uwielbiam sposób w jaki zaprezentowano tu zabawę z czasem i rzeczywistością!). Po niej następuje seria opowiastek, których głównymi bohaterami są m.in. Batgirl, Robin, Nightwing oraz... Joker. Tak, to właśnie jego postać, pałająca pożądaniem otrzymania zaproszenia na ślub, spaja wszystkie te rozdziały, będąc ich wspólnym mianownikiem. Przy okazji odgrywa też niemałą rolę w finale. Choć ton poszczególnych epizodów jest raczej swobodny (i całe szczęście, w końcu ślub to bardzo radosna sprawa), Kingowi od samego początku prac nad serią przyświecał pewien z góry upatrzony cel. Jest nim mocno filozoficzna kwestia, czy Batman w ogóle może być szczęśliwy i czy nie zburzyłoby to jego wizerunku jako pogrążonego w smutku Mrocznego Rycerza. Efekt tych rozważań jest prawdziwie zaskakujący (ci z Was, którzy śledzą wieści z komiksowego świata na pewno już o nim słyszeli) i na pewno nie zadowoli wszystkich. King ma dalekosiężne plany wobec Nietoperza, toteż barwnie i dość poetycko snuje finał tej opowieści, zmuszając nas do zajęcia konkretnego stanowiska w sprawie. W ten sposób Ślub staje się komiksem wielu kontrastów. Z jednej strony jest dość nowatorski (głównie pod względem potraktowania tak szczególnego tematu), czasem lekki i zabawny, a jednocześnie zmuszający czytelnika do chwilki głębszej refleksji. Przyznam, że takie podejście wzięło mnie nieco z zaskoczenia, choć ostatecznie nawet przypadło do gustu. Ciekaw jestem więc, co Wy będziecie o tym sądzić. Tak czy inaczej, warto Ślub przeczytać, bo podobnie emocjonujące wydarzenie w życiu Batmana nie trafi się nam prędko. Pewnie przyjdzie na nie poczekać kolejne osiemdziesiąt lat...

Tytuł: Batman, tom 7 - Ślub
Scenariusz: Tom King, Tim Seeley
Rysunki: Mikel Janin, Tony S. Daniel, Clay Mann
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Za udostępnienie komiksu Kraina Ruin dziękuję wydawnictwu Kboom.
Komiksy z serii Invincible i Batman znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 12 października 2019

RECENZJA: Smocza Perła - Yoon Ha Lee


Powieści młodzieżowe to ten rodzaj literatury, który (choć czasem niedoceniany) daje naprawdę sporo czytelniczej satysfakcji. Myliłby się jednak ten, kto powodowany stereotypami sądziłby, że są to książki cechujące się słabszą treścią czy uboższą formą języka. Oczywiście, wśród pozycji z tej kategorii znajdzie się sporo niepożądanych aberracji, a pewnego rodzaju przeszkodą może być również swoista powtarzalność stosowanych w tej literaturze schematów... Co zrobić, pułapek na współczesnego czytelnika jest wiele, dlatego też warto zasięgać języka na blogach aby uniknąć wszelkich nieporozumień. Na szczęście, pomimo ewentualnych obaw jakie mogą wystąpić przy wyborze powieści Yoon Ha Lee (która należy właśnie do tego typu literatury), mogę polecić Wam ją z czystym sercem. Dlaczego? A choćby dlatego, że Smocza Perła to naprawdę dobra i całkiem wciągająca książka. 

Choć na wstępie pozwoliłem sobie na dość żartobliwe podejście do tematu, zapewniam że powyższy tytuł ma w sobie wszystko, co plasuje go na pozycji lidera. Jest pomysłowy, czaruje odbiorcę ciągłą akcją, a co najważniejsze i jeszcze bardziej niecodzienne - przemyca kulturowe nawiązania z dalekiego wschodu. W takich właśnie okolicznościach przyrody poznajemy naszą główną bohaterkę. Min pochodzi z pradawnej rasy lisich duchów, lecz ze względu na niepewny status, jakim cieszą się istoty tego typu, ukrywa się w typowej ludzkiej formie. Jak każda młoda dziewczyna marzy o wyrwaniu się z rodzinnego, pełnego zasad domu. Jednak jej największym pragnieniem jest wyruszenie na poszukiwanie przygód wraz ze swym starszym bratem Junem. Min nawet nie podejrzewa, jak szybko przyjdzie jej ziścić swe oczekiwania i opuścić planetę Jinju. Niestety, okoliczności tej wyprawy nie są wcale radosne, bowiem pewnego dnia okazuje się, że Jun, będący członkiem elitarnych Sił Kosmicznych został posądzony o dezercję. Wieść głosi, że zbuntował się wobec przełożonych i wyruszył na poszukiwanie tajemniczej Smoczej Perły, potężnego artefaktu obdarzonego niezwykłą mocą. Min nie wierzy w winę brata, toteż wbrew swej matce i reszcie bliskich ucieka z domu. Chce odnaleźć brata i dowiedzieć się, co tak naprawdę się z nim stało. W ten sposób zaczyna się jej kosmiczna przygoda, której finału nie jest w stanie przewidzieć nasza bohaterka, ani śledzący jej poczynania czytelnik.  

Prawdziwie zaskakujący jest fakt, jak wiele dzieje się w tej powieści. Wraz z Min odwiedzamy nowe, nieznane miasta i planety, dziwne miejsca oraz przybytki hazardu pełne niebezpiecznych gości. Podróżujemy w kosmosie poznając wielkie zagrożenia, tworzące ten barwny, książkowy świat. Nieustannie pakujemy się w tarapaty, podejmując trudne decyzje, które jednają nam sojuszników lub dyskredytują w oczach otoczenia. Min jest postacią zdeterminowaną (co ma swoje naturalne uzasadnienie w fabule), która za sprawą podejmowanych przez siebie decyzji uczy się dorosłego i odpowiedzialnego życia. Choć autor nadał jej zmiennokształtne cechy, dar ten tylko w pewnym stopniu ułatwia jej poszukiwania brata. Tak naprawdę to dzięki własnemu sprytowi oraz kilku oddanym sprzymierzeńcom nasza bohaterka jest w stanie zrealizować swój cel. Smocza Perła jest książką, która zadziwi Was mądrze wplecioną koreańską mitologią, która w niecodzienny (i bardzo udany) sposób łączy się z fantastycznym światem opowieści. Wszelkiego rodzaju wierzenia, zwyczaje czy obowiązkowa obecność duchów szczelnie wypełniają strony powieści, idealnie balansując pomiędzy dalekowschodnim klimatem, a tematyką pokroju przygodowego science-fiction. Jest to największa zaleta dzieła Lee, która czyni je łatwo rozpoznawalnym i bardzo charakterystycznym wśród innych tytułów tego pokroju.

Zdumiało mnie jak wiele dobra znalazło się na tak niewielkiej ilości stron i choćby dlatego polecam powieść o przygodach Min. To książka, którą czyta się szybko, całkowicie pogrążając w wymyślonym przez autora świecie. Wiele jego aspektów czeka na rozszerzenie i dalszą eksplorację, w związku z tym mam nadzieję, że Lee w miarę szybko dostarczy nam dalszy ciąg. Wyjaśnienie okoliczności dezercji Juna jest prawdziwym zaskoczeniem, przyznam szczerze, że w ogóle nie spodziewałem się podobnego obrotu spraw. Z kolei otwarty finał daje możliwości kontynuacji w zupełnie innym, bardzo interesującym (i kreatywnym) stylu. Yoon Ha Lee za sprawą Smoczej Perły pokazuje, że w kwestii powieści dla młodego czytelnika da się pisać ciekawie, nie zapominając o poważnym traktowaniu odbiorcy, stale wymyślając coś, czego w powieściach tego typu jeszcze nie poznaliśmy. Wielkim plusem książki jest wszechobecny, nieczęsto spotykany klimat orientu, a sprawny warsztat autora maskuje wszelkiego rodzaju uproszczenia, na które skazana jest tego typu literatura. Jeśli więc szukacie książki, która zapewni Wam ekscytującą rozrywkę, sięgnijcie po przygody Min. Przez te kilka dni, kiedy zanurzycie się w odległym uniwersum Lee, będziecie zdziwieni jak szybko minął Wam czas. I zapewniam, że na pewno nie pójdzie on na marne.

Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Przekład: Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 36,90 zł

niedziela, 6 października 2019

Inktober 2019 Meago i Delisi

Dwa lata temu pokazywałem Wam prace Enrico Mariniego, wykonane w ramach inicjatywy Inktober  2017 (znajdziecie je w tym miejscu). W tym roku, do grona twórców uczestniczących w przedsięwzięciu dołączyła nasza znajoma artystka Meago (Magda Kania), którą możecie znać z komiksów o Delisiach (Dollicious) czy Emilce Sza (tworzonych wspólnie z Maćkiem Kurem). 

Inktober to coroczna, październikowa zabawa wymyślona przez Jake'a Parkera, polegająca na codziennym zamieszczaniu jednej pracy (koniecznie wykonanej tuszem) na temat obowiązujący danego dnia. Prace poszczególnych autorów można podziwiać na ich facebookowych i instagramowych profilach.

Meago w pracach z  tegorocznego Inktobera wykorzystuje postacie Delisi, czyli dziewczynek łączących w sobie cechy najróżniejszych smakołyków. Podziwiajcie (i wspierajcie) jej codzienne dzieła na facebookowym profilu oraz Instagramie. Są po prostu przepyszne!

RING

MINDLESS

BAIT

czwartek, 3 października 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 16 (Nienawidzę Baśniowa tom 3, Odrodzenie tom 6, Człowiek ze Stali)

Dzień dobry! W tym wydaniu Kiosku z komiksami będzie kolorowo i słodko, ale też brutalnie i tajemniczo... Jak zawsze oferta jest dość spora, macie więc okazję wybrać z poniżej zaprezentowanych tytułów taki, który podejdzie Wam najbardziej. Do wspólnej lektury zaprasza mała rezolutna dziewczynka, odrodzeni mieszkańcy Wisconsin oraz najpotężniejszy superbohater świata. Usiądźcie wygodnie bo zaczynamy!


Nienawidzę Baśniowa, tom 3 - Grzeczna dziewczynka

Autorska seria Skottiego Younga jest z pewnością komiksem przykuwającym uwagę, lecz jak okazuje się po nieco wnikliwszym poznaniu, nie zanosi się na to, aby mógł on być lekturą dla najmłodszych. Da się w nim spostrzec wyraźną inspirację kultowym animowanym serialem Happy Tree Friends, lecz w Nienawidzę Baśniowa artysta potraktował tematykę słodkiej brutalności całkowicie po swojemu. Historia Gertrudy uwięzionej w magicznej krainie (oraz w swym znienawidzonym, dziecięcym ciele) nie jest bowiem zbiorem krótkich humorystycznych historyjek (jak wspomniany serial), ale skrupulatnie zaplanowaną historią, która konsekwentnie prowadzi czytelnika od punktu A do B. Muszę się przyznać, że tę zależność spostrzegłem dopiero przy najnowszym tomie. Czemu tak późno? O ile pierwsza część (I żyli długo i burzliwie) przedstawiała kompletną opowieść o podróży Gert i muchy Larry'ego (jej wiernego przewodnika), zakończonej nieszczęśliwym objęciem tronu przez bohaterkę, tak druga (Fujowy żywot) zrywała z podobną narracją, rozwijając wątki w zupełnie nieoczekiwany sposób. W ten sposób Young dalej bawił się formą i treścią, nie sugerując odbiorcy większego planu na kształt całości. Tymczasem był to sprytny wybieg, którego celowość świadomie spostrzegłem właśnie przy lekturze Grzecznej dziewczynki.

Tom ten pozornie odbiera się jako zbiór luźno powiązanych ze sobą, soczystych i krwawych gagów, jednak kontrowersyjna decyzja, którą podejmuje Gert pod wpływem poznania swojej nieznośnej psychofanki Złosi, ma szansę doprowadzić naszą bohaterkę do ostatecznego opuszczenia krainy. Podczas śledzenia losów Gert uwypukla się większy sens wielu pomysłów, jakie Young przedstawiał do tej pory na stronach swego komiksu. Wielkie brawa dla niego, ponieważ w tytułach tak zwariowanych jak powyższy, cenię sobie umiejętność twórcy do tworzenia dokładnie przemyślanej historii (a może nawet troszkę pouczającej), ukrytej pod przykrywką beztroskiej, obrazoburczej zgrywy. Tymczasem, nie dajcie się zwieść moim powyższym dywagacjom (lubię sobie czasem porozkminiać co chodziło twórcy po głowie). Grzeczna dziewczynka to nadal kawał brutalnego i prześmiesznego komiksu z rysunkami, od których wprost trudno oderwać wzrok. Dobra zabawa w 100% gwarantowana! I tylko szkoda, że finał serii poznamy już w kolejnym, czwartym tomie...

Ps. Kto wypatrzy w komiksie Kokosza, otrzymuje dodatkowy punkt! ;-)

Tytuł: Nienawidzę Baśniowa, tom 3 - Grzeczna dziewczynka
Scenariusz i rysunki: Skottie Young
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Odrodzenie, tom 6 - Lojalni synowie i córki

Kto by pomyślał, że po niespełna dwóch latach od wydania pierwszego tomu serii Odrodzenie w nasze ręce trafi szósta część tego niecodziennego cyklu. Do tytułu Tima Seeleya i Mike'a Nortona przyzwyczaiłem się przez ten czas tak bardzo, że niezwykle trudno mi będzie pożegnać się z nim w przyszłym roku. To właśnie wtedy na sklepowe półki trafią jego dwa finalne rozdziały. Tymczasem cieszę się tym co mam, ponieważ w pewnym stopniu komiks ten rządzi się specyficznymi zasadami, niczym ze znanej piosenki z króliczkiem - nie chodzi o to "by go złowić, ale by gonić go". I właśnie tak sprawy mają się z zagadką, dotykającą pewnego zimowego poranka małą, prowincjonalną społeczność. W Wisconsin zmarli wracają do życia i ten przedziwny incydent odsłania prawdziwą lawinę tajemnic oraz nieustających pytań, którymi umiejętnie karmią nas twórcy. Drążenie ich źródła stanowi przyjemność samą w sobie, być może większą od uzyskania tak wypatrywanych odpowiedzi. A że ponad wszystko stanowi to kwintesencję Odrodzenia, wie o tym każdy, kto choć raz sięgnął po ten tytuł. 

Seeley umiejętnie miksuje zagadkę z mrocznymi sekretami poszczególnych postaci, na co dowód znajdziemy także w Lojalnych synach i córkach. Akcja tego tomu skupia się początkowo na pościgu za Blainem Ablem oraz przejęciu dowództwa w sztabie kryzysowym przez nową zwierzchniczkę - generał Louise Cale. Podchodzi ona do powierzonego jej zadania w sposób niezwykle subiektywny, ostro mobilizując podległych jej ludzi. Jednocześnie rozpoczyna eksperymenty na przywróconych do życia, którzy od zdarzenia z wybuchem przetrzymywani są w placówce retencyjnej zwanej pieszczotliwie "Farmą". W drugiej połowie tomu do głosu dochodzą bardzo osobiste wątki Dany i Em, które rzucają nieco światła na ich wzajemne relacje oraz przemilczane dotychczas tajemnice rodziny. Zyskuje na tym klimat samej historii, która łapie drugi oddech, zmuszając nas do zastanowienia się nad samą istotą powrotu do życia - jakim zmianom ulega postrzeganie świata oraz poszczególnych wartości wśród osób, które nie muszą już bać się śmierci. Nie ulega też wątpliwości, że przyczyna zabójstwa Em będzie miała diametralne znaczenie dla rozwiązania głównej zagadki. Sądzę, że to w jaki sposób zginęła, będzie mocno powiązane z ujawnieniem tożsamości sprawcy odrodzenia. Może wydawać się, że Lojalni synowie i córki nieco zwalniają tempo. Jest to oczywiście wrażenie pozorne (pierwsza połowa tomu wręcz kipi od wydarzeń), tym bardziej, że w warstwie uczuciowej dostajemy prawdziwy kocioł emocji. I to właśnie dzięki podobnym zabiegom tak trudno myśli się o rychłym końcu serii. Seeley i Norton mocno zaleźli mi za skórę swoją opowieścią, przez co nie tylko nie mogę doczekać się jej ciągu dalszego, ale również nie wyobrażam sobie jej końca. Przez to tkwię w tym przedziwnym kuriozum, lecz bez wątpienia świadczy ono o wysokim poziomie tytułu.  

Tytuł: Odrodzenie, tom 6 - Lojalni synowie i córki
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł


Człowiek ze Stali

Wraz z siódmym tomem przygód Supermana (KzK nr 15) z serią pożegnali się Peter J. Tomasi i Patrick Gleason. Ich rolę w opowiadaniu losów Ostatniego Syna Kryptona przejął niejaki Brian Michael Bendis, scenarzysta znany m.in. z rewelacyjnego cyklu Ultimate Spider-Man czy eventu Wojna Domowa II Marvela. Autor ten objął prowadzenie serii w idealnym momencie. Jej pozycja na rynku była wciąż bardzo mocna, większość czytelników z prawdziwym zaciekawieniem obserwowała poczynania największego superbohatera świata oraz jego ukochanej rodziny. Bendis nie musiał więc wywindować jej pozycji na rynku, a jedynie utrzymać dotychczasowy poziom, mając do wyboru dwie (równie atrakcyjne) opcje działania. Mógł snuć opowieść dalej w tym samym klimacie, albo zaproponować odbiorcom coś na swój sposób nowego, co po dwóch udanych latach choć częściowo odświeży wizerunek tytułu. Nasz utalentowany twórca postawił na tę drugą opcję i w moim przekonaniu był to krok nader udany. Nie tylko lekko zmienił klimat Supermana, ale wprowadził też kilka elementów, które jeszcze bardziej rozpaliły moje zainteresowanie losami Kryptończyka.

Fabuła Człowieka ze Stali komponuje się z paru pomysłów, które w ciekawy sposób zazębiają się ze sobą nawzajem. Najważniejszym z nich jest przybycie na Ziemię niejakiego Rogola Zaara, który za wszelką cenę pragnie oczyścić planetę z kryptońskiego nasienia. Dochodzi do dramatycznej walki potężnego złola z Supermanem i Supergirl. Na tym jednak nie koniec. Najeźdźca dostaje się do kryjówki tytułowego bohatera na północy, gdzie bezpardonowo dokonuje kilku bestialskich czynów. Bendis dba o utrzymanie akcji w komiksie na najwyższym poziomie, nie zapominając o innych potrzebach scenariusza (jak i czytelników). Główną oś zagadki Człowieka ze Stali stanowi tajemnica wiążąca się ze zniknięciem z życia Clarka Lois i Jona. Drugą kwestią jest fala pożarów w Metropolis. Jest wielce prawdopodobne, że za przyczyną ich powstania stoi jakaś konkretna osoba. Tu akcja rozwija się powoli, dopiero otwierając wrota do kolejnych wydarzeń. W związku z tym należy mieć na względzie, że opisane sytuacje są zaledwie wprowadzeniem do dłuższego runu, który szykuje dla nas Bendis. Jeśli nie jesteście cierpliwi, możecie uznać ten komiks za zbyt mało rozwojowy (czytałem już takie opinie), choć w moich oczach będzie to jednak spore niedopatrzenie. Dzieje się tu naprawdę dużo, scenarzysta kładzie jednakowy nacisk na angażujące wydarzenia oraz wiarygodne zarysowanie postaci. Dzięki temu początek dalszych losów Kal-Ela uważam za bardzo satysfakcjonujący i z niecierpliwością czekam na ich kontynuację. Powyższy tom mocno zaostrzył mój apetyt na to, co będzie miała mi do zaoferowania ta seria. 

Tytuł: Człowiek ze Stali
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Jim Lee, Jose Luis Garcia-Lopez, Ivan Reis, Jason Fabok, Ryan Sook, Steve Rude
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 184
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Serie Nienawidzę Baśniowa i Odrodzenie znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.
Komiks Człowiek ze Stali znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 27 września 2019

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie i The Mandalorian od Funko

Przez ostatnie kilka lat Funko tak dobrze rozgościło się na rynku, że w chwili obecnej chyba trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek filmową czy serialową premierę bez nowych gadżetów tej firmy. Nie inaczej jest w przypadku Gwiezdnych wojen, tym bardziej, że koniec obecnego roku jest wyjątkowo szczególny dla starwarsowych maniaków. Za niecałe trzy miesiące na ekrany kin trafi IX epizod słynnej sagi, czyli Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie, a na połowę listopada wyznaczono start serialu The Mandalorian, do którego wyłączność ma nowa stacja streamingowa Disney+. 


Funko trzyma więc rękę na plusie zapowiadając nowe, przesłodkie figureczki, przedstawiające kluczowych bohaterów z obu produkcji. Patrzcie, wybierajcie i piszcie w komentarzach, które z nich podobają się Wam najbardziej. A potem zróbcie trochę miejsca na półce, bo sądzę, że na pewno się przyda. ;-)



czwartek, 26 września 2019

RECENZJA: Strażnicy Starego Lasu. Księga pierwsza. Biała Wieża - Grzegorz Gajek


Jest takie powiedzonko, które mówi "cudze chwalicie, swego nie znacie" i bez wątpienia niesie ono ponadczasową prawdę, którą bez problemu można zastosować również w kwestii literatury. Piszę o tym, ponieważ takie właśnie skojarzenie przyszło mi na myśl w trakcie lektury najnowszej powieści Grzegorza Gajka - Strażnicy Starego Lasu. Księga pierwsza. Biała wieża. Jest to bowiem tytuł sięgający w swym zamyśle do samych korzeni naszych pradawnych, czysto słowiańskich czasów. Często zachwycamy się światami funkcjonującymi w zagranicznych klasykach, które pełnymi garściami czerpią z wierzeń i folkloru tamtejszych regionów. Bacznie obserwujemy próby przeniesienia tychże realiów na nasz rodzimy grunt, lecz jednocześnie zbyt rzadko dane jest nam obcować z własną, najprawdziwszą mitologią. A przecież ona wyrosła dokładnie tu, gdzie żyjemy. Świetnym przykładem zebrania wszelkich legend, podań czy wierzeń z czasów przedchrześcijańskich są dwa tomy Bestiariusza słowiańskiego autorstwa Pawła Zycha i Witolda Vargasa. To wspaniały, barwnie ilustrowany leksykon zawierający elementy świata, który przy odpowiednim potraktowaniu może zachwycić nie mniej, niż historie samego Tolkiena. Inspiracji tejże publikacji uległ wyraźnie twórca Strażników Starego Lasu, zabierając nas w podróż do uniwersum, które swe korzenie zapuściło na naszej własnej ziemi. 

Tak oto poznajemy czwórkę bohaterów nowego cyklu Gajka. Dwójkę przedstawicieli rasy leszych - Lelka z plemienia Olszyborów i Modraszkę z Matecznika, a także dzielnego skrzata Fafkela oraz Mojmira, zadziornego woja z plemienia ludzi. Choć przez większość czasu ta interesująca grupka będzie działać razem, nie dajcie się zwieść pozorom. To Lelek jest główną postacią tej powieści. Jako opiekun powierzonej mu części lasu, ten nieco podobny do żubra młodzieniec dowiaduje się o niebezpieczeństwie, które może zagrozić przyszłości i bezpieczeństwu całego leśnego świata. Tajemnicza mgła spowija wszystko dookoła, a z przyrodą zaczynają dziać się najróżniejsze, bardzo niepokojące rzeczy. Podczas gdy inni strażnicy kniei winą za taki stan rzeczy obarczają nadchodzących ze wschodu ludzi, nasz bohater uparcie twierdzi, że prawdziwą przyczyną może być pojawienie się siedmiu gwiazd, które niedawno spadły na Ziemię. Zbiera się więc na odwagę i wyrusza celem odnalezienia tych niecodziennych obiektów. Chce w ten sposób zrozumieć i zaradzić prawdziwej przyczynie niepokoju.

W pierwszym tomie Strażników Starego Lasu autor zabiera nas w prawdziwie inspirującą podróż. Jej celem jest nie tylko opowiedzenie ciekawej historii, ale również zaproszenie nas do tego dawnego, wyrosłego na legendach słowiańskiego świata. Gdyby nie ów element, całość byłaby raczej standardową, poprawnie napisaną książką dla młodzieży. To jednak koloryt całego uniwersum, jaki wprowadza do swej powieści Gajek powoduje, że wyróżnia się ona na tle dzisiejszych pozycji dla młodych czytelników. Co ciekawe, autor nigdy nie przesadza z ekspozycją, pokazując nam tylko te elementy krain, które w danej chwili mają istotne znaczenie dla fabuły. Dzięki temu nie skupiamy się na nadmiernym przesyceniu treścią (które mogłoby odwracać naszą uwagę niepotrzebnymi atrakcjami), koncentrując uwagę wyłącznie na postaciach oraz przygodach, które są ich udziałem. Zabieg ten pozwala czytać książkę szybko i przyjemnie, zatapiając się w wyprawie czwórki przyjaciół oraz wszelkich rozgrywających się w powieści wydarzeniach. Sporą rolę w moim postrzeganiu całości ma też język, jakim pisana jest historia. Twórca często używa nieco zapomnianej stylistyki oraz słów, które nierzadko wyszły już użycia. Na szczęście nie powoduje to żadnego dyskomfortu, wręcz dodając tytułowi niezwykłego kolorytu.

Pewnym minusem są dla mnie historie (tzw. backstory) głównych bohaterów. Chociaż da się z nimi zaprzyjaźnić i zaangażować w ich niebezpieczne losy, to jednak niewiele dowiedziałem się o nich samych. Tajemnicą jest większość wydarzeń z ich przeszłości, a nawet sekrety, które przed sobą skrywają. Paradoksalnie, wiąże się to z kwestią owego braku przesytu, o którym wspominałem powyżej. Sądzę jednak, że te elementy autor nadrobi z powodzeniem w drugim tomie, toteż uważam, że jest jeszcze na co czekać. Do gustu przypadło mi także zakończenie, które wymyka się standardowemu podejściu, tak często stosowanemu w powieściach przygodowych. Jeśli spodziewacie się happy endu, to nie jest ten rodzaj baśni. Warto zauważyć, że Gajek szanuje czytelnika, nie podstawiając mu pod nos najbardziej prostych i mało oryginalnych rozwiązań. Pisarz stara się, aby każdy element fabuły wynikał z wcześniejszych wydarzeń lub charakterów jego postaci. Dlatego też pod tym względem książka powinna spodobać się również starszym odbiorcom, spragnionym przemyślanej, choć nieco lżejszej rozrywki.

Autorem kilku ilustracji do Strażników Starego Lasu jest Witold Vargas, twórca rysunków do wspomnianego Bestiariusza słowiańskiego. Ten miły akcent pozwala lepiej przyswoić sobie aparycje bohaterów, tworząc pewnego rodzaju myśl, pomysłowo łączącą oba tytuły. Jako sympatyk wszelkiego rodzaju legend, pradawnych podań i zapomnianych dziś istot, jestem niezwykle szczęśliwy, że taka książka powstała. Być może jako dorosły czytelnik chciałbym otrzymać coś bardziej kompleksowego i rozbudowanego, nie będę jednak wybrzydzał. Czytając pierwszy tom trylogii Gajka bawiłem się naprawdę świetnie, a czas z lekturą książki zleciał mi niezwykle szybko. Jeśli więc cenicie sprawnie napisaną przygodę, klimat swojskich baśni oraz dobrze rozpisane postacie i świat przedstawiony, śmiało sięgajcie po tę powieść. Gwarantuję, że dacie się ponieść zapomnianym krainom, które za sprawą autora nie żyją już wyłącznie w dawnych bajaniach. Ich nowe miejsce jest teraz tu, w naszej wyobraźni!


Tytuł: Strażnicy Starego Lasu. Biała Wieża.
Autor: Grzegorz Gajek
Ilustracje: Witold Vargas
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: miękka 
Cena okładkowa: 34,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Jaguar.


poniedziałek, 23 września 2019

Zagrałem w DC Pojedynek Superbohaterów i DC Strażnicy od Egmontu

Przez większość mojego dorosłego życia radości obcowania z najróżniejszymi grami dziwnie mnie omijały. Na palcach jednej ręki mogę wymienić tytuły, które w jakiś sposób zapadły mi w pamięć. Do najważniejszych należy bez wątpienia legendarna Magia i Miecz, nad którą jako nastolatek spędziłem w towarzystwie ówczesnych znajomych naprawdę wiele godzin. Później nadeszły czasy Playstation, które wyryło w mojej pamięci serię o smoku Spyro czy kilka przyjemnych pozycji spod szyldu zręcznościówek Lego. I na tym w zasadzie lista się kończy, ponieważ wymieniłem pozycje, które udało mi się przejść do samego końca. Pomimo szczerych chęci, kilka innych prób zakończyło się przerwaniem rozgrywki po kilku godzinach. Wynikało to chyba z mojego znudzenia formułą, która w takiej właśnie postaci zupełnie do mnie nie przemawia. Ostatnio jednak dowiedziałem się o grze karcianej, poświęconej jednemu z moich ukochanych komiksowych uniwersów. Czy mogłem przejść obok tej pozycji obojętnie? Być może znów uległem jakiejś niezrozumiałej nadziei, że tym razem złapię bakcyla i czym prędzej sięgnąłem po ten interesujący tytuł.


A jest nim gra DC Pojedynek Superbohaterów, czyli coś, co w fachowym języku nazywa się deck building game. Krótko tłumacząc, w zabawie tej zadanie graczy polega na zebraniu jak najsilniejszej talii kart, zdobywając możliwie najwyższą ilość punktów. Widząc na pudełku obrazek przedstawiający moich ulubionych herosów DC Comics jak najszybciej zapragnąłem poznać zasady rozgrywki, prosząc żonę, aby zechciała towarzyszyć mi w zabawie. Po pewnych namowach i negocjacjach zgodziła się, więc najtrudniejsze zadanie miałem już za sobą. Po otwarciu sporego pudełka naszym oczom ukazało się wiele pięknie zadrukowanych kart. Wydanie gry absolutnie nie pozostawia wątpliwości odnośnie wysokiej jakości produktu, jaki trafia w nasze ręce. Obrazki wybrane do użycia w batalii są naprawdę dobrze dobrane, co jest niezmiernie ważne przy pierwszym wrażeniu oraz ogólnej przyjemności w trakcie planowania poszczególnych starć. Na DC Pojedynek Superbohaterów składa się 7 kart z członkami Ligi Sprawiedliwości (Batman, Flash, Aquaman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Cyborg), 12 kart z wizerunkami superłotrów (m.in. Ra's Al Ghul, Joker, Deathstroke, Czarna Manta czy Antymonitor), 88 kart sygnujących ciosy, słabości lub kopniaki oraz zasadnicza talia główna, w której skład wchodzi aż 114 kart. To właśnie one prowadzą gracza przez świat wyzwań i potyczek świata DC, gdzie trzeba będzie dokonać właściwych wyborów, starając się pokonać pozostałych uczestników zabawy.


Po zapoznaniu się z instrukcją usiedliśmy do gry. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jest ona przeznaczona dla liczby od 2 do 5 uczestników, z których każdy powinien mieć ponad 14 lat (choć znając szybkość rozwoju i przyswajania wiedzy dzisiejszych dzieciaków, sądzę, że nawet dziesięciolatek bez problemu odnajdzie się w tej rozgrywce). Czas zabawy podany na pudełku wynosi 45 minut. Jest to oczywiste przekłamanie, albo to ja źle odczytałem symbol, ponieważ w naszym przypadku pierwsza gra trwała aż 3 godziny. Bawiliśmy się z małżonką sami, sądzę jednak że wraz ze zwiększeniem liczby graczy, czas zmagań powinien skrócić się co najmniej o połowę (starcie będzie wyglądało też inaczej, kiedy już dobrze pozna się i zapamięta wszystkie zasady). DC Pojedynek Superbohaterów łączy w sobie przypadkowość najbardziej prostych gier karcianych (np. Wojna) z nieco bardziej strategiczną rozgrywką. Oprócz losowania przypadkowo wybranych kart trzeba podejmować istotne decyzje, od których zależy ostateczny wynik gry oraz ilość zdobytych punktów. Do naszej talii trafią wkrótce inni bohaterowie, przydatne przedmioty oraz zdolności czy lokacje. Będą one przydatne lub lub przeszkodzą w osiągnięciu ostatecznego celu. Za sprawą kart losowanych przez rywali, nasz pęd do wygranej może być znacznie utrudniony. Za ich sprawą mogą oni wpływać na naszą przewagę, zmuszając nas do odrzucania kart lub osłabiania talii poprzez pobieranie kart słabości. Jest to bez wątpienia najciekawsza i najbardziej satysfakcjonująca część starcia (a także samo sedno tej gry). Pozwala ona poczuć zadowolenie z dobrze dokonanego wyboru oraz nieźle rozruszać szare komórki.


Po kilku partyjkach z DC Pojedynek Superbohaterów dobrze jest sięgnąć po pierwsze (jak na razie) rozszerzenie tej gry, czyli DC Strażnicy. Jak bardzo lubię klasyczny komiks Moore'a i Gibbonsa mogliście przekonać się czytając moją listę 10 najlepszych komiksów. Teraz, dzięki dodatkowym kartom z bohaterami pokroju Komedianta czy Ozymandiasza można uczynić komiksową batalię jeszcze ciekawszą, wyznaczając losowo wybranym uczestnikom tajne role. Losowo wytypowany gracz staje się wówczas spiskowcem, którego reszta uczestników stara się wykryć i powstrzymać. Istnieje też opcja wprowadzenia tej talii do starcia przy ilości zaledwie dwóch graczy, więc jak widać pomyślano o wszystkim. Nie ulega wątpliwości, że DC Strażnicy polepszają dynamikę rozgrywki, choć jest to opcja raczej dla tych, którzy w pełni odnajdą się w podstawowej wersji gry.


Jak zatem po czasie spędzonym przy DC Pojedynek Superbohaterów i DC Strażnicy zapatruję się na wszelkiej maści gry? Choć przyznam, że karciana rywalizacja z żoną była całkiem przyjemna, chyba nie zapałałem wielką miłością do tego rodzaju rozrywek. Najważniejsze jednak, że dzięki powyższym tytułom poznałem na czym polega struktura podobnych batalii i w pełni rozumiem graczy, którzy spędzają długie godziny oddając się takiej właśnie rozrywce. Mogę zatem polecić ją tym z Was, którzy również chcieliby spróbować jak prezentuje się tego typu gra. Tym bardziej, że została ona obleczona w bardzo atrakcyjną komiksową stylistykę uniwersum DC. Niestety, czuję też, że dla starych wyjadaczy nie będzie ona chyba niczym szczególnym. Na pewno na rynku istnieją wydawnictwa jeszcze bardziej kompleksowe, które mocniej urzekają światem przedstawionym, zyskując na większej mnogości zadań i decyzji, które trzeba w nich podejmować. Jeśli jednak chcecie oddać się ciekawej, fajnej i lekko angażującej partyjce, DC Pojedynek Superbohaterów i DC Strażnicy będą dla Was w sam raz. To gry, która ukradną Wam naprawdę sporo czasu, ale satysfakcja ze wspólnej rozgrywki powinna bez problemu wynagrodzić wszelkie poświęcone jej minuty. A zatem, warto spróbować!


Tytuł: DC Pojedynek Superbohaterów i DC Strażnicy
Wydawca: Cryptozoic Entertainment/Egmont Polska
Silnik gry: Matt Hyra i Ben Stoll
Typ gry: Deck Building Game
Ilość graczy: 2-5
Ograniczenie wiekowe: 14+
Czas rozgrywki: około 45 minut
Cena: 129,99 zł (DC Pojedynek Superbohaterów), 59,99 zł (DC Strażnicy)


Za udostępnienie gier do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


piątek, 20 września 2019

RECENZJA: Zimowe nawiedzenie - Dan Simmons


Zimą tego roku poznałem historię i bohaterów powieści Letnia noc. Teraz, kiedy lato ma się już powoli ku końcowi, powróciłem do Elm Haven, gdzie po ponad czterech dekadach znów pojawia się Dale Stewart, niegdysiejszy członek rowerowego patrolu i jeden z głównych bohaterów poprzedniej książki Dana Simmonsa. Tymczasem, już na samym wstępie tej recenzji muszę stwierdzić, że jako kontynuacja Zimowe nawiedzenie jest książką dość nietypową. Nie jest to bowiem ciąg dalszy ujęty w tradycyjnym tego tego słowa znaczeniu. Autor dość konsekwentnie zrywa z zasadami (czy tez utartymi schematami), często mającymi zastosowanie w najróżniejszych literackich sequelach. Oczywiście, upływ czasu odciska tu swoje piętno podobnie jak w innych tego typu tytułach, jednak większość pozostałych elementów rządzi się już dość odmiennymi (a nawet nieoczekiwanymi) zasadami. Na pierwszy rzut oka zmiany widać choćby po samej długości dzieła, które jest o połowę krótsze od swego poprzednika. Nie oznacza to jednak wcale, że wiąże się z tym faktem jakiś spadek jakości. 

Historię z Zimowego nawiedzenia poznajemy z perspektywy dwóch osób. Jedną z nich jest wspomniany już Dan, druga to zmarły tragicznie latem 1960 r. Dale McBride. To właśnie on jest narratorem tej opowieści, przybliżając nam obecne oraz przeszłe wydarzenia z życia swego dawnego przyjaciela. Pomysł Simmonsa jest w tym przypadku o tyle ciekawy, że z początku trudno zrozumieć po co konkretnie przybliżane są nam informacje o dotychczasowych przejściach Dana. Choć już na wstępie wydaje się, że nie są one dla tej historii w jakiś szczególny sposób istotne, w miarę czytania jasnym staje się ukryty zamysł autora, aby uczynić z nich motyw napędowy wydarzeń, prowadzących do przełomowego zwrotu akcji. Gdy ten w końcu następuje, szybko okazuje się, że większość informacji mieliśmy od samego początku przed nosem. Sprytnie poprowadzona narracja ukrywa je przed czytelnikiem, aby ten oddał się lekturze, nie podejrzewając o co dokładnie tu chodzi. Dość przewrotne i pomysłowe, a dodatkowo dzięki temu od samego początku autor uświadamia odbiorcy, że nie jest to kontynuacja, której mógłby się po nim spodziewać.

Jakby nie patrzeć, Zimowe nawiedzenie jest książką o duchach. Jeśli ten element nie jest Wam obcy, z pewnością ucieszycie się informacją, że tej tematyce poświęcona jest lwia część powieści. Na każdym kroku w domu dawnego przyjaciela Dale'a (gdzie profesor Stewart przyjechał pozbierać się po nieudanym romansie, rozpadzie rodziny oraz próbie samobójczej) naszego bohatera napotykają rzeczy dziwne i niepokojące. Po części jest to straszenie w klasycznym klimacie powieści grozy, lecz i tutaj w kilku istotnych aspektach Simmons przykładnie zadbał, aby jego książka prezentowała odmienne podejście do tematu. Nie wszystkim musi przypaść to do gustu (mnie np. niezbyt podeszły zagadkowe rozmowy z tajemniczym bytem, manifestującym swą obecność na ekranie startowym komputera), warto jednak docenić starania autora, aby uczynić niepokój tej powieści jak najbardziej intrygującym. Tym bardziej, że wszelkich strachów znajdziecie w tej lekturze bez liku. Od niewyjaśnionych zdarzeń, demonicznych dźwięków czy obecność tajemniczych czarnych psów, aż po niepokojące wizje oraz dziwne zaniki pamięci Dana (który z wydarzeń opisanych w Letniej nocy pamięta bardzo niewiele). 

Choć nie mogę nazwać powyższego tytułu książką, która pochłonęła mnie bez reszty, z łatwością uległem pomysłowi Simmonsa na opowiedzenie ciągu dalszego znanej historii w dość przekorny i nieoczywisty sposób. Zimowe nawiedzenie to horror potrafiący nieźle wystraszyć, ale także zmuszający do myślenia poprzez analizowanie wydarzeń z życia głównego bohatera. Niektóre elementy powodowały w trakcie lektury moją lekką irytację, jednak ostatecznie książka podobała mi się na tyle, że z pełną odpowiedzialnością mogę polecić ją fanom twórczości autora. Jeśli mimo tego co napisałem powyżej, nadal będziecie oczekiwać standardowej powtórki z rozrywki (serwowanej w dziewięciu na dziesięć przypadków kontynuacji), wiedzcie, że zawiedziecie się sromotnie. Druga część historii Simmonsa nie ma w sobie nic z porównywanego do niej dzieła Stephena Kinga - To. Wszelkie podobieństwo jest zwyczajnie pozorne, a wynika ono wyłącznie z zastosowania zbliżonego pomysłu (powrót po latach celem konfrontacji z przeszłością). Reszta Zimowego nawiedzenia opiera się już na zupełnie odmiennej, w pełni autorskiej fabule. I właśnie dlatego bardzo doceniam tę książkę. Pomimo pewnych zgrzytów czytało mi się ją szybko, a fabuła w sporej części wynagrodziła zaangażowanie w jej treść. 


Tytuł: Zimowe nawiedzenie
Autor: Dan Simmons
Przekład: Mariusz Warda
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 45 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


czwartek, 12 września 2019

Słodko-gwiazdkowa Chatka z piernika (10267) od Lego

Lego nieustannie zaskakuje ciekawymi i coraz bardziej kreatywnymi pomysłami. Dopiero co przedstawiałem Wam Gwiezdnego Niszczyciela Imperium (75252), a tu już pojawiła się kolejna zapowiedź ekskluzywnego zestawu świątecznego. 10267 Gingerbread House (Chatka z piernika) to następny w kolekcji  modeli z popularnej gwiazdkowej serii, znanej pod nazwą Winter Village. Tym razem zamiast budowania świątecznej poczty, budynku straży pożarnej czy wigilijnego targowiska mamy szansę odwiedzić magiczny domek najprawdziwszej piernikowej rodziny!


Zestaw składa się z 1477 elementów, zawiera dwie minifugurki przedstawiające Panią i Pana Piernik oraz całą masę dodatków, które sprawią, że święta z takim zestawem będą jeszcze bardziej czarowne. Liczba szczegółów naprawdę robi wrażenie (kolekcja prezentów, sypialnia, kuchnia, łazienka i kominek, który wyposażono w funkcję specjalnego podświetlanego klocka Lego), pewnym minusem jest jednak postać latorośli Państwa Piernik, która zamiast małej figurki dostała dziwną podobiznę nadrukowaną na niewielkiej płytce.




Tak czy inaczej zestaw jest naprawdę przesmaczny! Chatka ma po złożeniu 21 cm wysokości, 26 cm szerokości oraz 13 cm głębokości. Na stronie Lego Shop@Home dostępna będzie już w przyszłym tygodniu (dla uczestników programu VIP, dla wszystkich od 1 października). Jej cena wyniesie 419,99 zł.


środa, 11 września 2019

RECENZJA: Imperium Ciszy - Christopher Ruocchio


Do sloganów reklamowych umieszczanych na okładkach książek zawsze należy podchodzić z pewną rezerwą. Często są to bowiem pobożne życzenia wydawcy lub pełne uwielbienia cytaty innych autorów, w jakiś sposób zamieszanych w cykl propagowania tytułu. Nawet jeśli nie zawsze mijają się z prawdą, zwyczajnie mogą stanowić przeciwieństwo Waszych subiektywnych poglądów. Nie ukrywam, że jako uzależnione dziecko reklamy często ulegam czarowi podobnych zapewnień, niekoniecznie mają one cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Przy Imperium Ciszy mam do czynienia z takim właśnie przypadkiem... Wszelkie ochy i achy nijak nie znajdują zastosowania w kontekście do moich odczuć po właśnie zakończonej lekturze. Choć debiutującemu tą powieścią Christopherowi Ruocchio nie mogę odmówić pewnych oczywistych zalet, czytanie pierwszego tomu serii Pożeracz Słońc było dość poważną stratą czasu. Aby pozostać w pełni sprawiedliwym, zachęcam do zapoznania się z moimi wrażeniami z tą Epicką SF w najczystszej formie (jak zapewnia nas z okładki James S. A. Corey).

Nie bez powodu posiłkuję się tym cytatem, ponieważ Imperium Ciszy epickie z definicji raczej nie jest. Epicka fantastyka zazwyczaj opiera się na wielowątkowości oraz pokaźnej liczbie bohaterów, na dodatek akcja takich utworów często rozgrywa się w wielu miejscach naraz. Tymczasem w powieści Ruocchio mamy do czynienia z jednym głównym bohaterem (niejakim Hadrianem Marlowe'm), otoczonym wianuszkiem postaci drugo i trzecioplanowych, natomiast akcję poznajemy wyłącznie z jego punktu widzenia. Trochę słabo, prawda? Nie lepiej przedstawia się również sama fabuła powieści, którą można streścić w kilku krótkich zdaniach. Otóż syn pewnego możnowładcy ucieka z ojczystej planety, ponieważ nie godzi się z losem jaki zaplanował dla niego ojciec. Nieszczęśliwie dociera do nieznanego świata, gdzie bez środków do życia ląduje w rynsztoku. Przez pewien czas pełni rolę bezdomnego i wyrzutka, lecz w końcu udaje mu się zdobyć fach wojownika na wielkiej arenie. Wkrótce, za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności ląduje na dworze pewnego możnowładcy, wikłając się w niekorzystną sieć gierek i układów. Tak właśnie przedstawia się treść tej książki. Raczej niewiele jak na prawdziwie epicką historię, prawda? Jeśli jednak sądzicie, że zdradziłem za dużo, spieszę z informacją, że (prawie) to samo jest wydrukowane na ostatniej stronie okładki. 

Teraz, kiedy jasnym jest, jak niewiele dzieje się w Imperium Ciszy, warto zwrócić uwagę dlaczego książka licząca prawie siedemset stron oferuje czytelnikowi tak mało atrakcji. Ruocchio ma dziwną manierę przytłaczania odbiorcy nieistotną ekspozycją, przeciąganymi w nieskończoność opisami oraz długimi, niepotrzebnymi rozważaniami głównego bohatera. O ile w przypadku wielowątkowych dzieł fantastyki w pełni uzasadnione jest ukazanie zasad i mechanizmów świata przedstawionego, mile widziane jest, aby te informacje miały jakiekolwiek znaczenie dla fabuły. W tej powieści tak się niestety nie dzieje. Wszystko zdaje się być tu tylko po to, aby upiększyć samą opowieść, nie dając odbiorcy zupełnie nic w zamian. Jeśli mimo wszystko lubujecie się w tego typu narracji, nie powinno stanowić to dla Was problemu. Jak napisałem we wstępie, autor może pochwalić się niebagatelną umiejętnością budowania literackiego klimatu, lecz przesadne wypełnienie treści książki podobną zawartością raz za razem oddalało mnie od istoty treści oraz fabuły. Niewiele dobrego mam też do powiedzenia na temat Hadriana Marlowe'a, czyli pierwszoplanowej postaci powyższej powieści. Jako główny protagonista jest on wręcz nijaki, a jego decyzje na każdym etapie są nieciekawe i mało kreatywne. Nie jest to człowiek, za którym chce się podążać na stronach powieści, a co dopiero w rzeczywistości (zakładając, że jest to w ogóle możliwe). Często w przypadku niezbyt wyrazistego charakteru pierwszoplanowej postaci, autorzy otaczają ją wianuszkiem różnorodnych bohaterów, których usposobienie może mocno z nią kontrastować. Na tej zasadzie działają m.in. Gwiezdne wojny (też epickie science fiction), gdzie mocno przeciętnego Luke'a uzupełniają dynamiczny Han Solo, oddany i dzielny Chewbacca, rozważna księżniczka Leia oraz pragmatyczny Obi-Wan Kenobi. W Imperium Ciszy nie znajdziecie podobnych indywidualności, a jeśli nawet, ich rola jest zwyczajnie słaba i zbyt mocno marginalizowana.

Czy zatem dzieło Christophera Ruocchio można zupełnie spisać na straty? Niekoniecznie, ponieważ ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, na ostatnich stu stronach książki zaczyna dziać się naprawdę wiele interesujących rzeczy. Autor wreszcie pozbywa się swej przytłaczającej, opisowo-filozoficznej maniery, prezentując wydarzenia, które wciągają i zastanawiają bardziej, niż wszystko co zamieścił w swej powieści do tej pory. Takie podejście dobrze nastraja w kontekście nadchodzącej kontynuacji, jednak na ile warto dać pisarzowi kredyt zaufania, musicie już ocenić sami. Dobrze, że choć w finale Imperium Ciszy coś się ostatecznie ruszyło, nie wiem jednak czy będę miał ochotę wracać do świata wykreowanego na kartach tej opowieści. Pierwszy tom Pożeracza Słońc jest dość nudną prozą o charakterze fantastycznym, nie ujmującym mnie nawet w kontekście interesujących zwrotów akcji (tych zwyczajnie brakuje, oprócz wspomnianego zakończenia naliczyłem tylko jeden taki przypadek). Bohaterowie nie przechodzą żadnego istotnego rozwoju ani przemian, akcja ciągnie się niemiłosiernie, nie potrafiąc zaangażować nawet bogato opisaną historią świata. Pomimo fajnego tempa i ciekawej fabuły zaserwowanej w końcówce powieści, nie mogę uznać książki Ruocchio za dzieło w pełni satysfakcjonujące. Z gwarantowanego w cytatach z okładki rozmachu, politycznej złożoności czy genialnej wizji bohatera-tyrana nie zostaje wiele. Dlatego też odradzam Wam sięganie po ten tytuł. W dzisiejszych czasach, kiedy czas jest dla nas wszystkich coraz bardziej cenny, warto spożytkować go na coś znacznie lepszego.     


Tytuł: Imperium Ciszy
Autor: Christopher Ruocchio
Przekład: Jerzy Moderski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 724
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


sobota, 7 września 2019

10 najlepszych komiksów (lub serii komiksowych)

Komiksy towarzyszą mi od najmłodszych lat. Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi, kiedy tylko odrosłem od ziemi i zacząłem rozpoznawać poszczególne literki. Swój oczywisty udział w zapoznaniu mnie z historyjkami obrazkowymi mieli starsi członkowie mojej rodziny. To właśnie oni w zamierzchłych latach 80. ubiegłego stulecia przykładnie dbali, abym mógł nieustannie rozwijać się, łącząc beztroską zabawę z edukacją. W latach dzieciństwa nie miałem takiego dostępu do komiksów jak teraz, niemniej jednak pasja czytania czegoś innego niż książki przetrwała we mnie do dziś. W życiu zdarzyło mi się kilka chwil oderwania od obrazkowego świata, mimo tego w zanadrzu zawsze pozostawała przynajmniej jedna seria, którą nieprzerwanie śledziłem. Polski rynek komiksowy na przełomie wieków kilkakrotnie zaliczał wzloty i upadki, tymczasem ja nigdy nie zapomniałem o pasji i radości, którą daje mi śledzenie tego niezwykle kreatywnego medium. Przez wszystkie lata nazbierało się naprawdę sporo tytułów, które znaczą dla mnie (jako czytelnika i człowieka) bardzo wiele. Postanowiłem więc wykorzystać sposobność jaką daje prowadzenie bloga, aby przedstawić Wam topkę dziesięciu najlepszych i najważniejszych dla mnie komiksów (lub serii komiksowych). Zacznijmy więc wyliczankę. 


10. STRAŻNICY (A. Moore, D. Gibbons)



Komiks rozpoczynający to zestawienie, a jednocześnie będący jedynym przedstawicielem nurtu superhero, to prawdziwa klasyka gatunku. Stworzony przez Alana Moore'a, absolutną legendę złożonego, obrazkowego świata, od 1986 roku rozbudza wyobraźnię fanów na całym świecie. Strażnicy odnoszą się w oczywisty sposób do stylistyki mocarnych herosów, jednocześnie proponując odmienne ujęcie tematu. To historia ukazująca alternatywną linię zdarzeń, w której superbohaterowie istnieli naprawdę, lecz na skutek politycznych represji zmuszeni zostali do zawieszenia działalności (a prezydent Nixon uniknął afery Watergate i został wybrany na trzecią kadencję). W tak skonstruowanym, przepełnionym strachem przed wojną ze Związkiem Radzieckim, niesamowicie bogatym (biorąc pod uwagę skromną ilość dwunastu zeszytów) uniwersum, Moore na każdym kroku zachwyca swą nieskrępowaną wyobraźnią. Mamy tu do czynienia z wciągającą historią o zdradzie, pasji oraz najskrytszych ludzkich pragnieniach. Jesteśmy też świadkami uwikłania grupy odartych z idealizmu postaci w intrygującą zagadkę kryminalną. Moore umiejętnie rozkłada stylistykę superhero na części pierwsze, tworząc z niej coś całkowicie własnego i zgoła osobliwego. Strażników poznałem w 2009 roku za sprawą głośnej adaptacji filmowej, będąc jednak zwolennikiem formuły wyższości pierwowzoru, do dziś bardziej cenię sobie komiksowy oryginał. Nie bez powodu uznaje się go za dzieło absolutnie kultowe. Fanom tytułu polecam też cykl poboczny Strażnicy Początek, który rozwija wątki głównych postaci jak i całego uniwersum.   


9. HELLBOY (M. Mignola)



Hellboya po raz pierwszy przeczytałem dobrych kilkanaście lat temu i choć z początku nie przekonywała mnie specyficzna kreska Mike'a Mignoli, po pewnym czasie dałem się uwieść tej nietypowej historii. Nietypowej o tyle, że posiadającej bardzo specyficznego bohatera. Hellboy jest bowiem pomiotem z ciemnych odmętów piekieł, który za sprawą dawnych faszystowskich machinacji został przeniesiony na Ziemię. Tu, pod czujnym okiem profesora Bruttenholma otrzymał odpowiednie wykształcenie i wychowanie, co uczyniło z niego istotę na wskroś ludzką. Jest więc Hellboy postacią bezkompromisową, pełną pulsujących emocji, a także nie przebierającą w środkach. Co jednak najważniejsze, Piekielny Chłopiec jest niezwykle oddany wszelkim ponadczasowym ideałom. Pozostając w konflikcie ze swoim dziedzictwem, nieustannie siłuje się, aby nie zatracić w sobie osobliwej cząstki dobra. Nasz bohater na co dzień jest jednym z agentów BBPO (Biura Badań Paranormalnych i Obrony), gdzie wraz z innymi, równie barwnymi postaciami zajmuje się rozwikływaniem zagadek, uniemożliwiając ciemnym mocom przenikanie do naszego świata. Umiejętność Mignoli w łączeniu tak nietuzinkowej postaci jak Hellboy z mitami, mrocznymi baśniami i przypowieściami z całego świata, bezsprzecznie tłumaczy moje wieloletnie uwielbienie dla tej serii. Zaowocowało też powstaniem dość sporego uniwersum, co tylko podkreśla nietuzinkowość powyższego tytułu.


8. SAGA O ŚWIECIE TROY (S. Arleston)



Poszukujecie dobrej, rozrywkowej serii fantasy, doprawionej bezpretensjonalnym humorem, szczyptą golizny oraz garścią soczystych, krwawych scen? Jeśli tak, w cyklu komiksów ze świata Troy będziecie czuć się niczym ryby w wodzie! Pędząca na łeb na szyję akcja, nietuzinkowe postacie oraz pełen magii świat, kreatywnie czerpią z klasyki gatunku, zapewniając każdemu fanowi fantastki godziny niezapomnianych wrażeń. Scotch Arleston wraz z plejadą znakomitych ilustratorów (m.in. D. Tarquinem i J. L. Mourierem) stworzyli coś, co ujęło mnie już od pierwszego spotkania z Lanfeusem, młodym kowalem z Glininu, posiadającym zdolność topienia metalu wzrokiem. A to jeszcze nic, bo liczba serii ze świata Troy jest naprawdę imponująca (Lanfeust z Troy, Trolle z Troy, Odyseja LanfeustaZdobywcy Troy, Lanfeust w kosmosie - to tytuły wydane w Polsce, lecz stanowiące zaledwie szczyt góry lodowej). Troy to taki świat, gdzie każdy (ludzki) mieszkaniec posiada jakiś tajemniczy dar, podtrzymywany magiczną aurą grupy mędrców z Eckmul. Owe zdolności mogą być bardzo niebezpieczne (umiejętność wywoływania płomieni), niezwykle przydatne (możliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce), dość dziwne (wywoływanie czkawki u każdej napotkanej osoby) lub kompletnie bezużyteczne (zaplatanie warkoczyków siłą woli). Od razu da się wyczuć, że w Troy nic nie będzie takie samo jak gdzie indziej! A jeśli dodamy do tego obecność żywiących się ludźmi trolli, potężnych fetaurów, smoków czy samego Magohamotha (potężnej istoty odpowiedzialnej za magię świata), jasnym będzie, że komiksy Arlestona są lekturą wręcz obowiązkową. Po raz pierwszy sięgnąłem po cykl Lanfeust z Troy w 2001 roku i do dziś pozostaję wierny przygodzie, akcji oraz wspaniałej szacie graficznej, która tworzy tę prawdziwie niezapomnianą serię komiksową.


7. SZNINKIEL (J. Van-Hamme, G. Rosiński)



Zapewne wielu dzisiejszych czterdziestolatków z rozrzewnieniem wspomina ten komiks. I to nie tylko przez wzgląd na świetną, nieznaną polskiemu czytelnikowi w latach 90. historię, ale ową pamiętną scenę przepowiedni, która (chyba bardziej niż widok księżniczki Lei z Powrotu Jedi) utkwiła każdemu młodemu chłopakowi w głowie. Jeśli wiecie o co mi chodzi, witajcie w klubie. Reszcie powiem tylko, że Szninkiel to rewelacyjne połączenie wątków historycznych, biblijnych i fantastycznych, opowiedzianych w mistrzowski sposób przez parę autorów, którym zawdzięczamy niezapomniane przygody Thorgala. W tamtych czasach był to prawdziwy ewenement nie tylko ze względu na grubość (oraz czarno-białe wydanie) tego komiksu. Wreszcie, po latach traktowania historii obrazkowych jako standardowych głupotek dla najmłodszych, Polacy mogli przekonać się na własne oczy, czym jest prawdziwy komiks dla dorosłych. I to nie tylko za sprawą kuszących wdzięków Volgi czy krągłości G'Wel, ale przede wszystkim poprzez bardzo dojrzały ton dzieła, które do dziś nie doczekało się niczego lepszego w swojej kategorii. Absolutny klasyk i moja wielka miłość od pierwszej lektury. ;-)


6. THE WALKING DEAD (R. Kirkman, Ch. Adlard)



O The Walkng Dead pisałem ostatnio w swoich wspomnieniach dotyczących zakończenia serii (czytajcie tutaj). Nie będę się więc powtarzał, a z redakcyjnego obowiązku dodam tylko, że jest to jedyny komiks, który mając w tytule słowo "trupy" składa ogromny hołd życiu i temu, jak ciężką walkę należy podjąć, aby uczynić je godnym. Wspaniałe, pełnokrwiste postacie, niesamowite zwroty akcji i nietuzinkowa wyobraźnia Roberta Kirkmana, uczyniły z tego komiksu prawdziwe arcydzieło o ludzkich zmaganiach w skrajnie nieprzyjaznym i obdartym z człowieczeństwa świecie. Jeśli znacie tylko serial TV (który powstał na podstawie tego komiksu), to niczego jeszcze nie znacie!


5. ASTERIX (R. Goscinny, A. Uderzo)



"Jest rok 50. przed narodzeniem Chrystusa...". Ten tekst zna chyba każdy szanujący się komiksomaniak, a dla wielbicieli pełnych humoru i przygód opowieści o dwóch Galach jest to wstęp do rzeczy prawdziwie kultowej. Rene Goscinny stworzył wiele interesujących postaci (jak choćby Mikołajek czy Lucky Luke) jednak to Asterix i Obelix są jego najbardziej rozpoznawalnymi dziećmi. To także pierwszy na mojej liście tytuł, który bez problemu trafia do czytelnika w każdym wieku. Kolorowe, nieco karykaturalne i bardzo dynamiczne ilustracje świetnie współgrają z fabułą, która choć mocno zmyślona, fajnie koresponduje w odległymi, historycznymi wydarzeniami. W latach mojego dzieciństwa nie wszyscy znali komiksy o dwóch sympatycznych bohaterach. Na szczęście rozpoznawalność tytułu gwarantowały niezwykle popularne animacje, przekazywane sobie z rąk do rąk na kopiowanych na potęgę kasetach wideo. Kiedy wraz z początkiem lat 90. Egmont Polska rozpoczął publikację klasycznych albumów z Asterixem, wprost nie posiadałem się ze szczęścia. Odtąd regularnie wypatrywałem kolejnych tomików w księgarni. No i mogłem wreszcie znieść do piwnicy tych kilka zachodnich wydań, jakie nabyłem przed laty na giełdzie Stadionu Skry. 


4. KOMIKSY TADEUSZA BARANOWSKIEGO (T. Baranowski)



Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa, Podróż smokiem Diplodokiem, Skąd się bierze woda sodowa, Antresolka Profesorka Nerwosolka, W pustyni i w paszczy, Przepraszam, remanent... Mam wymieniać dalej? Chyba nie ma takiej potrzeby, wszak każdy szanujący się czytelnik komiksów zna i od lat ceni prace Tadeusza Baranowskiego. Niezwykłe, fantazyjne rysunki oraz specyficzny, często opierający się na żarcie słownym humor, bawiły i bawią kolejne pokolenia odbiorców. Bo Baranowski nie ograniczał się do przelewania na papier swojej nieokiełznanej wyobraźni! Pokazał także, że komiks może być przekorny i inteligentny, łamiąc wszelkie bariery konwencji, w sposób nie znany nawet na Zachodzie. Dzięki temu już jako ośmiolatek mogłem rozwijać samodzielne myślenie i ojczysty język, którego specyfikę tak bardzo upodobał sobie autor. A kiedy tylko w Świecie Młodych pojawiały się nowe przygody Profesorka Nerwosolka i jego gospodyni Entomologii Motylkowskiej, co sił w nogach pędziłem do kiosku, aby na bieżąco śledzić ich niezapomniane perypetie.


3. JONKA, JONEK I KLEKS (S. Pawel)



Pierwszą trójkę zestawienia otwiera komiks typowo dziecięcy, jednak wpływ jaki miały na mnie przygody Jonki, Jonka i Kleksa trudno przecenić nawet teraz, kiedy na karku mam już ponad czterdzieści lat. Co więc jest takiego niezwykłego w komiksie, który swe największe triumfy święcił w latach 80. ubiegłego wieku? Wyobraźnia, drodzy czytelnicy! Choć realia, w których śledziliśmy przygody sympatycznego atramentowego duszka i dwójki jego nastoletnich przyjaciół dość mocno opierały się o ówczesną, PRL-owską rzeczywistość, Szarlota Pawel nie traciła czasu na komentowanie aktualnej sytuacji gospodarczo-społecznej w kraju (tym dywagacjom służył jej po części zupełnie inny tytuł). Traktując szarą codzienność jedynie jako punkt wyjścia, śmiało zabierała bohaterów w podróże do odległych krain (Porwanie księżniczki, Smocze jajo, W krainie zbuntowanych luster), bogatego i niedostępnego wówczas USA (Pióro contra Flamaster) czy odległe rejony świata (Złoto Alaski, W pogoni za czarnym Kleksem, Szukajmy ciotki Plop!). A wszystko to za sprawą wyobraźni, która poprzez zdolności magiczne Kleksa przenosiła bohaterów tam, gdzie tylko chcieli. I ja wyruszałem razem z nimi, nieustannie chłonąc przygody, które z polotem tworzyła autorka. Dziś myślę, że chyba z tych podróży jeszcze do końca nie wróciłem, bo losy przyjaciół wciąż czyta mi się tak samo dobrze jak wtedy, gdy miałem te 7-14 lat.


2. THORGAL (J. Van-Hamme, G. Rosiński)



O Thorgalu powiedziano i napisano już chyba wszystko. Prawdą jest oczywiście, że w ostatnich latach serii nie wiedzie się najlepiej, a pierwsze kłopoty zaczęły się wraz z odejściem z ekipy Jeana Van-Hamme'a. Problemy problemami, lecz i tak nic nie odbierze Dziecku z Gwiazd zaszczytnej, srebrnej pozycji na mojej liście! Od wczesnych lat 90. (kto z Was pamięta wydania Orbity i KAW-u?) z wielką ekscytacją śledziłem losy ciemnowłosego chłopaka przygarniętego przez Wikingów, który za nic miał sobie wszelkie niebezpieczeństwa. Thorgal to komiks, który oprócz świetnej, pełnej przygód i niebezpieczeństw narracji mocno stawiał na nieprzejednany honor głównego bohatera. Thorgal był wojownikiem, który zawsze starał się znaleźć wyjście (nawet z najbardziej niebezpiecznej) sytuacji, na pierwszym miejscu stawiając bezpieczeństwo swych bliskich. Jego uczucie do Aaricii mogłaby posłużyć za inspirację wielu piosenek o miłości, a wszelkie podróże i wyzwania, które podejmował mogłyby posłużyć za inspirację dla niejednego filmu lub serialu. Do dziś wśród fanów jako najlepsze albumy z serii wymienia się Łuczników, Alinoe, Gwiezdne dziecko, Krainę Qa czy Wilczycę. I chyba nie bez powodu, bo zarówno pod względem fabularnym jak i ilustracyjnym stoją one na niesłychanie wysokim poziomie. Dla mnie Thorgal to nieprzerwane pasmo rewelacyjnych historii aż do 23 albumu (Klatka) oraz powód do dumy, że od samego początku współtworzy ją mój rodak, niezastąpiony Grzegorz Rosiński.


1. KAJKO I KOKOSZ (J. Christa)



Podobnie jak wiele wcześniejszych pozycji na tej liście, także miejsce pierwsze może wywołać zdziwienie u wielu fanów obrazkowych historii. Dla mnie prawda jest jednak taka, że żaden komiks nie może równać się z tym, co w Kajku i Kokoszu stworzył niezrównany Janusz Christa! Przygody dwójki dzielnych wojów Mirmiła to nie tylko najprawdziwsze słowiańskie fantasy, przepełnione błyskotliwym żartem oraz niezliczoną ilością niezapomnianych przygód (jak również licznych nawiązań do realiów końca XIX w.). Dla mnie jest to także pierwszy komiks, z którym zetknąłem się jako mały chłopiec. Pamiętam jak dziś dzień, kiedy mój dziadek przyniósł do domu Świat Młodych, w którym aktualnie drukowany był Festiwal czarownic. Był początek lat 80., a ja niczym zaczarowany wpatrywałem się w poszczególne obrazki, z dziecięcą fascynacją chłonąc historię ze Zbójcerzami, oszukującymi jury podczas tytułowego święta (pamiętacie magiczną miskę z kaszą?). Oczywiście, to nie dlatego Kajko i Kokosz zajęli pierwsze miejsce na tej liście (lecz nie oszukujmy się, element nostalgii ma tu niebagatelne znaczenie). Stało się tak za sprawą ogólnego wydźwięku tej wspaniałej komiksowej serii. Właśnie w niej znajduję to, co jest kwintesencją ponadczasowego dzieła. Christa za sprawą niepodrabialnych rysunków i fabuły stworzył opowieść dla wszystkich, poruszającą w subtelny sposób podstawowe, życiowe prawdy. Pieczołowite dopracowanie poszczególnych postaci również pozwoliło mi zakochać się w tych historiach bez pamięci. Któż nie wspomina dziś sprytu Kajka, uporu Kokosza, nieustannego lamentowania Mirmiła, zdecydowania Lubawy czy nagminnej naiwności Łamignata? Wciąż z wielką radością sięgam po te kultowe komiksy i jeżeli mógłbym zabrać na bezludną wyspę tylko jeden tytuł, bez wątpienia byłby to Kajko i Kokosz. A gdybym miał do wyboru dziesięć... No, przynajmniej teraz już wiecie, na co bym się zdecydował.



W ten sposób dotarliśmy do finału mojego zestawienia najlepszych komiksów wszech czasów. A jak wyglądałaby Wasza lista? Napiszcie w komentarzach, jakie historie obrazkowe cenicie sobie najbardziej i do których wracacie bez względu na czas lub inne okoliczności. Piszcie śmiało, gusta są zawsze różne, tym niemniej warto o nich rozmawiać! :-)