czwartek, 31 stycznia 2019

RECENZJA: Flash, tom 5 - Negatywny (J. Williamson, N. Googe, Ch. Duce)


Po ostatnich starciach z Łotrami (tom 3) oraz żądnym zemsty Eobardem Thawnem (tom 4), życie Barry'ego Allena uległo poważnym zmianom. Iris West po zabiciu Odwrotnego Flasha postanowiła odciąć się od swego ukochanego, a młody Wally West nadal przebywa w szpitalu (i wciąż ma do Flasha żal za długotrwałe ukrywanie prawdy). Choć w przeszłości nasz bohater często musiał mierzyć się z rzeczywistością wyłącznie własnymi siłami, tym razem naprawdę może czuć się osamotniony. W laboratorium nie układa mu się najlepiej, a na dodatek Negatywna Moc Prędkości skutecznie utrudnia mu bycie sprinterem. Nie potrafiąc zapanować nad jej destrukcyjną formą, Barry najczęściej wyrządza więcej szkód niż dobra. A wszystko to splata się ze sobą w najbardziej niekorzystnym momencie, kiedy nieznani antagoniści stopniowo zaczynają rosnąć w siłę. W nowym tomie Flash musi więc stoczyć walkę nie tylko z pionkami pokroju Szrapnela czy ogarniętego szaleństwem Bloodworka, ale również z sobą samym.

Negatywny w oczywisty sposób kontynuuje wątki rozpoczęte przez J. Williamsona w poprzednich częściach cyklu. Co ciekawe, tym razem mamy niepowtarzalną okazję skupić się w znacznej części na osobistym życiu naszego bohatera. Autor wykorzystał możliwości, jakie dało mu obdarzenie Flasha niebezpieczną i destrukcyjną mocą, pokazując, że owa siła może w podobny sposób wpływać również na jego codzienne alter ego. I ta negatywna siła destrukcji utrudnia sprinterowi życie bardziej, niż sam mógłby przed sobą przyznać. Powolne gojenie się ran, ciągłe napięcie i nerwowość w pracy nie tylko spowalniają go jako spieszącego na ratunek herosa, ale są też przyczyną poważnych kłopotów w pracy. Dla detektywa śledczego (którym w chwilach wolnych od biegania w kostiumie jest Allen) to bardzo poważny cios. Ignorowane powstałych wcześniej animozji pomiędzy nim, a resztą zespołu robi się coraz trudniejsze do wytrzymania, przez co cierpi nie tylko sam Barry, ale i jego koleżanka po fachu (Kristen Kramer).


Ukazanie problemów Flasha idzie w parze z zagadką kryminalną, którą rozwiązuje (w towarzystwie partnerów z wydziału) nasz protagonista. Śledztwo skupia się na poszukiwaniu sprawcy odpowiedzialnego za znikanie próbek i materiałów dowodowych z dawnych, często zamkniętych spraw. Mimo, że pod względem fabuły nie jest to może jakaś wielka (zaplanowana z nieoczekiwanym rozwiązaniem) afera, Williamson nieźle pokazuje jak Allen działa w skórze detektywa. Na dodatek, prowadzi nas do poznania kolejnego wymyślnego łotra ze stale powiększającej się galerii wrogów Flasha. Bloodwork ma umiejętność kontrolowania krwi i jest niebezpieczny zarówno jako przerażający potwór, ale również w swej niepozornej, ludzkiej postaci. Za sprawą powrotu Kid Flasha na chwilę pojawia się odrobina nadziei, jednak szybko niknie ona w świetle karnego przeniesienia Allena do odrębnej jednostki, którą okazuje się być więzienie Iron Heights. W Negatywnym widzimy zaledwie początek współpracy Barry'ego z gburowatym naczelnikiem Wolfem, lecz już po tych kilku stronach możemy być pewni, że będzie to bardzo intrygująca relacja.

Finał komiksu zaskakuje powrotem pewnej ważnej postaci. Za jej pojawieniem z pewnością kryją się dalsze tajemnice, ale z wszelkimi domysłami trzeba będzie zaczekać do kolejnej odsłony. W Negatywnym znalazło się jeszcze miejsce na krótką historię z zeszytu DC Holiday Special #1, pod tytułem Nadzieja na święta. Co prawda grudzień już za nami, ale póki śnieg za oknem, dobrze czyta się wszelkie (nawet tak przesłodzone jak ta) gwiazdkowe opowiastki. Za oprawę graficzną piątego tomu Flasha odpowiadają N. Googe, Ch. Duce oraz C. Di Giandomenico. Prace artystów dość znacznie różnią się od siebie, nie miałem jednak z tym większego problemu (jak było to w przypadku niedawno recenzowanych tomów Suicide Squadu). Najwyraźniej nad moją pozytywną oceną zaważyła sama wartość merytoryczna dzieła. Każdy z zatrudnionych artystów prezentuje indywidualny styl, którym potrafi pokazać zarówno troski Barry'ego jak i dynamiczne potyczki Flasha.

Negatywny jest zatem dobrym, godnym polecenia komiksem. Z racji trybu publikacji należy zrozumieć charakterystyczny styl przedstawiania przygód Flasha. Nadrzędną zasadą jest tu powrót z historią dwa razy w miesiącu, przy skromnym układzie zaledwie 20 stron. W tak zagospodarowanej przestrzeni tom piąty (podobnie jak poprzednie) sprawdza się wyśmienicie, dając czytelnikowi chwilę dobrej, przemyślanej rozrywki. Dostajemy bohatera z licznymi problemami oraz porządną porcję dynamicznej akcji. Całość nie razi sztucznością, należycie przyciągając uwagę od pierwszych do ostatnich stron. I nawet jeśli nie jest to pierwsza liga wśród ogólnoświatowych tytułów komiksowych, najnowsze przygody Flasha z powodzeniem udowadniają, że nie bez przyczyny jest on moim ulubionym superbohaterem z DC.



Tytuł: Flash, tom 5 - Negatywny
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Neil Googe, Christian Duce, Carmine Di Giandomenico
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z serii Flash znajdziecie na stronie Egmontu


poniedziałek, 28 stycznia 2019

RECENZJA: The Goon - Kolekcja, tom 1 (E. Powell)


Jedną z najfajniejszych rzeczy w komiksach jest to, że w odróżnieniu od literatury (i większości filmów), potrafią trwale zespolić obraz z treścią, wywołując nieodparte wrażenie dominacji pierwszego z tych elementów. To właśnie wtedy powstają dzieła najbardziej pamiętne i wyraziste. Podobnie ma się sprawa z serią The Goon, tworzoną od dwóch dekad przez Erica Powella. Właśnie tutaj, w świecie będącym odbiciem licznych fascynacji autora, pomysł i scenariusz ulegają płynnemu zespoleniu z obrazem, nie pozwalając myśleć o sobie inaczej niż jako o spójnej całości. Dlatego nie ma szans aby ktokolwiek przeszedł obok Zbira obojętnie, bez względu na to, czy całość spodoba mu się bez zastrzeżeń, czy też zupełnie nie trafi w jego gust.

Zapewne już domyśliliście się, że będę chwalił ten tytuł. Czas zatem napisać, o czym traktuje zawarta w nim historia. The Goon to zbiór krótszych i dłuższych opowiastek, których głównym bohaterem jest tytułowy Zbir. Nasz przystojniak piastuje rolę etatowego mięśniaka na usługach niejakiego Labrazia. Muskularna postura, wystające zęby i szary kaszkiet dopełniają ujmującego wizerunku tej niebanalnej postaci. Najlepszym przyjacielem Zbira i jego prawą ręką jest Franky. To niewysoki cwaniaczek, ślepo wpatrzony w swego kompana, nie odstępujący go ani na krok. Dwaj przyjaciele co rusz angażują się w nową drakę, ponieważ w mieście trwa nieustanna walka o dominację pomiędzy ich szefem, a nikczemnym Kapłanem Zombie. Typ ten uparł się aby przejąć władzę, wykorzystując do tego chordy niebezpiecznych umarlaków. Lecz nie tylko ich, bo znajomość mrocznej magii pozwala mu mieć na swych usługach istoty o wile bardziej dziwaczne. To jednak dopiero początek atrakcji, które autor ma dla nas w zanadrzu. Powyższa idea jest zaledwie punktem wyjścia do ukazania znacznie szerszego spektrum treści i formy.


W pierwszej chwili The Goon jawi się jako typowa gangsterska opowieść, czerpiąca garściami z bogatej klasyki gatunku. Jest tak w istocie, lecz oprócz mafijnych, często mocnych i dość humorystycznych treści (polanych gęstym sosem stylu noir) mamy tu do czynienia z pierwszorzędnym horrorem przepełnionym całą gamą scen gore, wymyślnych potworów oraz innych obrzydlistw (jakie tylko był w stanie wymyślić sobie autor). Spaja się to ze sobą idealnie za sprawą rysunku, który uzasadnia wszelkie wariacje Powella. Jakby tego było mało, we wszystkim czuć też mocną inspirację kreskówkami z połowy ubiegłego wieku, a całości dopełnia mocno pastiszowy sznyt, kojarzący mi się z tzw. zinami, znanymi głównie ze szkolnej subkultury. Tak zarysowany chaos bynajmniej nie przeciąża tytułu, czyniąc z każdego z powyższych elementów jego wyraźny atut. Mało tego, pozorny bałagan służy twórcy do dalszej zabawy z treścią, którą wprowadza coraz odważniej w każdym nowym rozdziale.

Może i trudno w to uwierzyć, ale czego tu nie ma? Powell oddaje hołd klasyce popkultury w opowieściach czerpiących garściami z klasyki horroru, filmów o wielkich potworach czy miejskich legendach o tajemniczych, zaginionych skarbach. Wampiry, monstra rodem z Lovecrafta, zwariowane wróżki, a nawet sam Hellboy (który pojawia się gościnnie w jednej historyjce). Mało? Poszukajcie sami, z pewnością znajdziecie jeszcze więcej odniesień. Choć poszczególne opowiastki są w pewnym stopniu zamkniętą całością, stanowią część zaplanowanej, dłuższej treści. Dzięki temu mamy okazję obserwować rozwój głównego bohatera, a także poznawać coraz więcej nowych, pełnych kolorytu postaci, takich jak Sęp, Rybi Pete, Pająk, Dr. Aliaż czy Bracia Muł. Jeśli nawet humor nie siada w każdym dowcipie, a w pewnych scenkach autor trochę przesadził (mocno niesmaczny Brzoskwinek Walenty), całość jest prawdziwie kreatywną, bezpretensjonalną jazdą po bandzie w fascynującym świecie tytułowego bohatera.


To jednak rysunki stanowią o łatwości, z jaką przyswaja się wszystko co w komiksie serwuje nam Powell. Nieprzesycone treścią, z wyrazistą paletą barw, nie bojącą się wejść w mniej mroczne klimaty, bawią treścią scenariusza, który bez nich byłby czymś płaskim i jednowymiarowym. Nie wszystko jest w The Goon idealne (zbyt szybko wyjawiona tajemnica relacji pomiędzy Zbirem i Labraziem czy pospieszne zakończenia niektórych opowieści), ale ta niedoskonałość stanowi o paradoksalnej niepowtarzalności tytułu. Powell celowo nie odkrywa przed czytelnikiem wszystkich kart, pozostawiając w scenariuszu tropy, które zostaną wykorzystane w niedalekiej przyszłości (wydarzenia z Chinatown). Dzięki temu odniosłem wrażenie, że całość nie służy wyłącznie oddaniu hołdu swym fascynacjom oraz ogólnej zgrywie, ale z oczywistą świadomością rozwija treść we wszystkich jej istotnych aspektach. The Goon to dzieło dla poszukujących w komiksach czegoś nowego, zrywającego z ciągłą rutyną treści i formy. Jeśli tylko ujmie Was warstwa wizualna, po prostu zacznijcie go czytać. Zdziwicie się, jak wiele ma on do zaoferowania i jak bardzo nie będziecie chcieli później wracać do realnego świata.



Tytuł: The Goon - Kolekcja, tom 1
Scenariusz i rysunki: Eric Powell
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Dark Horse Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 496
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 119 zł


Komiksy z cyklu The Goon znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics


czwartek, 24 stycznia 2019

RECENZJA: Suicide Squad, tom 3 - Płonąca baza / tom 4 - Ziemianie w ogniu (R. Williams, J. Romita Jr., E. Barrows, T. S. Daniel)


Po ciekawym i satysfakcjonującym otwarciu serii (Czarne Więzienie) oraz nieprzemyślanym rozgardiaszu w tomie drugim (Przy zdrowych zmysłach), drużyna Amandy Waller powraca, aby ze znanym sobie urokiem ratować świat. O kim mowa? Oczywiście o Suicide Squad, czyli Oddziale Samobójców, w którego skład wchodzą największe szumowiny świata DC. Za obietnicę skrócenia wyroków oraz pod przymusem zdetonowania bomb wszczepionych w ich głowy, skazańcy zobowiązani są wykonywać najniebezpieczniejsze zadania, których nie podjąłby się żaden szanujący superbohater. Oczywiście, za każdym razem zrobią to w swoim niepowtarzalnym stylu i z wielkim urokiem. Będzie mnóstwo krwi, przekleństw i brutalnie tłumionej niesubordynacji. Przynajmniej takie jest ogólne założenie. Jak wobec tego radzą sobie nowe tomy i czy jakość komiksu znów wzrosła do oczekiwanego poziomu? Niestety, dla fanów Harley, Deadshota, Enchantress i reszty nieprzewidywalnej bandy nie mam zbyt dobrych wieści...

Kiedy postanowiłem, że przedstawię swoją opinię o dwóch tomach serii naraz, nie sądziłem nawet jak dobra będzie to decyzja. Za jej sprawą będę mógł napisać trochę więcej dobrego. Ale po kolei. Oba tomy snują luźno ciąg dalszy historii rozpoczętej w pamiętnym Justice League vs Suicide Squad. Żądny zemsty Rustam kompletuje drużynę łotrów o nazwie Płonący Świat, próbując zagrozić bezpieczeństwu narodowemu USA. Na szczęście Waller ma na swoich usługach Suicide Squad, a dobre pomysły na zdyskredytowanie wroga od dawna nie są dla niej pierwszyzną. Niestety, czasem bywa tak, że w swych zamierzeniach łatwo zapędzić się w kozi róg, toteż pani naczelnik podejmie w końcu dość nieprzemyślaną decyzję, za sprawą której na wolność wydostanie się sam generał Zod. Potężne zagrożenie, zdrady i tajemnicze układy w Oddziale Samobójców oraz istnienie tajnej organizacji, która pociąga za większość sznurków tylko spotęgują poczucie chaosu. Zapowiada się ciekawie? Jasne, tylko czy podobnie nie mogło być w samym scenariuszu?


Niestety, Płonąca baza w praktyce bardziej odstraszyła mnie, niż bawiła. Rob Williams popełnił największy grzech, zapominając o sile i kolorycie swoich bohaterów. W zamian uczynił z nich bezwolną masę na usługach przebiegłej Waller. Pomysł niezły, tylko że zaprezentowane wyrachowanie dowodzącej jest również dość pozorne. W rzeczywistości wygląda to tak, że ma ona plan na (dosłownie) każdą ewentualność. Na serio mam uwierzyć, że ktoś może być tak cwany? Za dużo pytań, zbyt wiele niewiadomych. Prawie nikt z Suicide Squadu nie wyróżnia się ponad przeciętną. Grupa jest wyjątkowo bezbarwna jako całość oraz z osobna. Znajdziemy tu jeden lub dwa niezłe dialogi, ale na cały tomik to o wiele za mało. Ponadto bohaterowie często posługują się sztucznymi i drętwymi tekstami, które kojarzą mi się z najbardziej infantylnymi komiksami dla dzieci. Za najlepszy przykład niech posłuży scena, gdzie złowroga drużyna przed atakiem chwali się Oddziałowi jakie moce posiada. Zostało to napisane bardzo źle, a na dodatek osłabia siłę zaskoczenia. Takich kwiatków znajdziemy dużo więcej. Szkoda, że Williams mając tak okazałą zbieraninę osobowości nie pokusił się o kilka bardziej kreatywnych pomysłów. Chyba nikt nie sięga po komiksy tego typu, aby czytać standardową historyjkę o bezmózgich złoczyńcach. Czytanie tego boli tym bardziej, ponieważ pierwotny pomysł na papierze musiał wyglądać bardzo atrakcyjnie. Zawiodła kreatywność scenarzysty w wykorzystaniu interesujących cech postaci oraz umiejętność pisania dialogów. Obrazu mojego niezadowolenia dopełniają rysunki. Czasem nie przeszkadza mi różnorodność stylistyczna poszczególnych artystów, ale kanciastość kreski Romity Jr. i przeplatana, malarsko-realistyczna estetyka Barrowsa także nie podeszła mi podczas lektury. Fakt, że za ilustracje i tusz w tomie odpowiada aż sześciu artystów, mówi chyba sam za siebie.


Nieco lepiej prezentuje się czwarta odsłona. Ziemianie w ogniu zrywają z wielowątkową, zawiłą fabułą, przedstawiając bardziej klasyczne bij-zabij z udziałem drużyny. Nie jest to komiks najwyższych lotów, ale przynajmniej nie łapałem się za głowę podczas czytania. Przewidywalna fabuła nie jest może mocną stroną tego tomu, ale scena z Zodem, który uwalnia się spod wpływu Waller mocno zapadła mi w pamięci. Ten gościu naprawdę wymiata! Nieźle wypada ostatnia część (zeszyt) tomu, gdzie ważą się decyzje odnośnie nowego przywódcy Oddziału. Historia June i Killer Crocka jest tak ujmująca, zabawna i w pewien sposób czarowna, że aż zdziwiło mnie, iż znalazła się w tej serii. A to tylko pokazuje, że jak się chce, to można, prawda? Rysunkom Daniela nie mam nic do zarzucenia. Od jakiegoś czasu obserwuję tego twórcę i sądzę, że oddaje klimat superhero jak należy, bez zbędnych upiększeń i przesady. Dynamika oraz wyrazistość postaci to jego stałe atuty. Na plus wychodzi również Sejic, którego prace są jak zawsze godne uwagi. Szkoda, że narysował tylko ostatnią część tomu.

Oba nowe tomy Suicide Squadu są niestety dalszym spadkiem formy. Za taki stan rzeczy winę ponosi głównie scenarzysta, który nie umiał w pełni zrozumieć, z jaką materią przyszło mu pracować. Nie docenił zabawy, jaką niesie ze sobą udział zbieraniny nieokrzesanych postaci, zanadto skupiając się na skomplikowanym planie Waller. Do tego niezamierzenie uczynił z komiksu zwyczajne, miejscami infantylne czytadło. Chwilowe przebłyski geniuszu to o wiele za mało, aby zapewnić czytelnikowi kilka kwadransów dobrej, bezpretensjonalnej zabawy. Przykro to pisać, ale Oddział Samobójców jest (z czytanych przeze mnie tytułów z DC Odrodzenie) najsłabszą, niewartą polecenia pozycją. Jeśli więc nie jesteście zagorzałymi fanami Suicide Squadu, którzy kolekcjonują wszystko jak leci, sięgnijcie raczej po inne tytuły z DC. Zastanawiam się również, czy nadal czytać tę serię. W sytuacji, kiedy na naszym rynku pojawia się coraz większa ilość dobrych tytułów, tracenie czasu na coś poniżej średniej nie wydaje mi się ani trochę atrakcyjne.



Tytuł: Suicide Squad, tom 3 - Płonąca baza / tom 4 - Ziemianie w ogniu
Scenariusz: Rob Williams, John Ostrander
Rysunki: John Romita Jr., Eddy Barrows, Tony S. Daniel, Stjepan Sejic
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018 (tom 3), 2019 (tom 4)
Ilość stron: 156 (tom 3), 108 (tom 4)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Invincible, tom 2 (R. Kirkman, R. Ottley)


Pierwszy tom Invincible porządnie wstrząsnął moim komiksowym światem. Uderzenie Kirkmana, Ottley'a i Walkera była na tyle mocne, że umieściłem pierwszą część ich serii w Wielkiej Trójce 2018, uprzednio wychwalając ją w osobnej recenzji. Fakt, cykl autora Żywych Trupów jest czymś bardzo solidnym w świecie współczesnej popkultury, zdaje się bowiem czerpać z dawno ustalonych wzorców, tworząc jednocześnie indywidualną jakość, skupiającą się na kilku równorzędnych płaszczyznach. Brzmi górnolotnie? Może i tak, w każdym razie prawdą jest, że Invincible to po prostu świetna, bardzo wciągająca historia z ciekawymi postaciami, angażującą akcją i niezłymi zwrotami akcji. A co najważniejsze, autor nie gubi się w ilości elementów, na których buduje swoją opowieść. Tak było w części pierwszej. A jak jest w drugiej?

Jest trochę inaczej. Jak w posłowiu wyjaśnia sam Kirkman, podczas tworzenia pierwszych zeszytów nikt jeszcze nie wiedział jak tytuł zostanie przyjęty wśród odbiorców. Pomimo wielkich planów, zdecydowano się nieco zawęzić historię, nie wprowadzając do niej zbyt przytłaczającej ilości elementów. Na szczęście komiks okazał się wystarczającym sukcesem, toteż autor mógł zacząć realizować swe dalekosiężne plany. I efekty tego widzimy już w tomie drugim. Twórca przyznaje, że najbardziej lubi historie, które składają się ze sporej liczby wątków pobocznych. Jego celem było wprowadzenie wielu mniejszych, urwanych w pewnym momencie zdarzeń, które swój finał znalazłyby w dalszej przyszłości. W międzyczasie w komiksie zdążyłyby wybrzmieć kolejne wypadki, a całość ostatecznie przeplatałaby się ze sobą, nieustannie zaskakując czytelnika. Muszę przyznać, że ten cel udało mu się osiągnąć.


Invincible w tomie drugim robi naprawdę imponujące wrażenie. O ile w recenzji pierwszej części pisałem, że nie ma w niej czasu na nudę, nowa odsłona przygód Marka jest pod tym względem jeszcze bardziej rozbudowana. Całość zaskakuje prawdziwą miksturą wątków oraz coraz mocniej eksplorowanym uniwersum. Już od pierwszych stron Kirkman wali z grubej rury. W konsekwencji zabicia Aquarusa przez Omni-Mana, Invincible zmuszony zostaje do zawarcia związku małżeńskiego z wdową po podwodnym członku Strażników Planety. Kiedy tylko naszemu bohaterowi udaje się znaleźć wyjście z sytuacji, zostaje wysłany przez Cecila na Marsa, gdzie ma pilnować bezpieczeństwa załogi badawczego wahadłowca. Czy aby na pewno będzie to zwykła misja? Po powrocie Mark zostaje wciągnięty w aferę z udziałem największego gangstera w kraju, a chwilę później wyrusza do Nocnego Miasta rozprawić się z miejscowym złoczyńcą. Po powrocie wpada znów na reanimowanego Reanimena. Mało? No to dodajmy jeszcze, że pewien pochodzący z innego wymiaru mężczyzna, zatrudnia Maulerów do wykonania bardzo podejrzanej operacji... A to jeszcze nie wszystko! Wierzcie mi na słowo, że nie wymieniłem chyba połowy z wszystkich opisanych w komiksie wydarzeń. Zgodnie ze słowami autora, do większości z nich wrócimy jeszcze w niedalekiej przyszłości, najważniejsze jednak, że całość utrzymana jest w dobrym tempie, dzięki czemu nie miałem wrażenia, że jakiejś kwestii poświęcono za mało uwagi. 


W parze z ekscytującymi przygodami idzie też życie osobiste tytułowego bohatera. Skupia się ono w większości na skomplikowanym związku Marka z Amber oraz traumą jego matki po odejściu ojca. Przynajmniej tutaj wszystko rozgrywa się dość nieśpiesznie, dając czas na wytchnienie od bardziej wybuchowej części wydarzeń. Kirkman doskonale rozumie jak pisać dobrą historię, dlatego też tak ważne dla niego są kwestie rodzinne i uczuciowe. Dzięki temu uzyskuje balans pomiędzy akcją, a psychologicznym rysem najważniejszych postaci. W rozbudowywaniu świata przedstawionego niebagatelne znaczenie mają także dalsze losy Allena the Aliena oraz krótkie origin-story ważniejszych superbohaterów. Nie zabrakło też szczypty samoświadomości, którą autor tak zręcznie żonglował w tomie pierwszym. Wydaje mi się jednak, że jest jej nieco mniej niż ostatnim razem. Rysunki Ryana Ottleya nadal urzekają pewnym rodzajem prostoty, ale po dokładnym przyjrzeniu potrafiły urzec mnie detalami, widocznymi szczególnie na drugim planie. Choć jego kreska nie kojarzy się może typowo z komiksami o podobnym charakterze, w tej chwili nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli głównego ilustratora serii. Podobnie jak w pierwszym tomie, w najnowszym również zamieszczono sporo stron ze szkicami koncepcyjnymi. Wraz z ciekawym komentarzem doskonale uzupełniają one proces powstawania albumu.

Drugi tom Invincible to nadal świetna jazda bez trzymanki, dająca masę frajdy i czysto komiksowych emocji. Choć po rewelacyjnej części pierwszej przez chwilę nie potrafiłem wbić się w mnogość wydarzeń, moje ostateczne wrażenie z lektury jest co najmniej pozytywne. Dzieło Kirkmana to pozycja typowo rozrywkowa, skupiająca się w równej mierze na akcji jak i życiu osobistym bohaterów. Komiks pisany jest z wielkim wyczuciem tematu, widocznym m.in. w obranej konwencji, bogatym czerpaniu z historii gatunku i kreatywnej zabawie formą. Jedynym minusem serii jest jej długość. Trudno wyobrazić sobie miejsce na półkach, które muszą znaleźć wszyscy chcący posiadać pełną kolekcję tomów (a będzie ich w sumie aż dwanaście!). Boję się też myśleć, jak ułoży się moje zestawienie najlepszych komiksów z bieżącego roku. Będzie trzeba kombinować, w Wielkiej Trójce 2019 nie będzie przecież miejsca dla wszystkich tomów Invincible, jakie wyjdą u nas w ciągu dwunastu miesięcy. 



Tytuł: Invincible, tom 2
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 352
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Komiksy z serii Invincible znajdziecie na stronie Egmontu


piątek, 18 stycznia 2019

Glass (2019), czyli rozbite nadzieje na udany finał serii M. Night Shyamalana


Prawie dwie dekady temu M. Night Shyamalan nakręcił Niezniszczalnego (2000), jedno ze swoich najjaśniejszych dzieł. Film szybko okrzyknięto objawieniem, nic zresztą dziwnego, reżyser, scenarzysta i producent w jednej osobie zaprezentował w nim kwestie, których na próżno było szukać w ówczesnym, popkulturowym świecie. Za pomocą obrazu zrekonstruował klasyczną wizję postaci z komiksów superbohaterskich, robiąc to w czasie, kiedy o spójnym uniwersum Marvela czy DC nikt nawet nie marzył. Pomysłowemu i kreatywnemu twórcy wyszło dzieło ponadprzeciętne. Mroczna, oszczędna formą i snuta niespiesznie opowieść, zabrała widza w ciemne zakamarki ludzkiej duszy, ukazując odwieczne zależności dobra i zła, łącząc je z ekscytującą historią o bohaterze i złoczyńcy. Kilkanaście lat później, w obliczu zniechęcenia publiczności coraz słabszymi produkcjami, reżyser sięgnął po ideę, która towarzyszyła mu od czasów pamiętnego dzieła z przełomu wieków. Tak powstał Split (2017), który w przewrotny sposób splatał się z Niezniszczalnym. Choć film miał swoje prawdziwie genialne momenty, niestety nie sprostał powierzonemu mu zadaniu (tak w warstwie ukazywania zależności pomiędzy postaciami, jak i ogólnemu sensowi fabuły). Nieco więcej pisałem o tym przy okazji jego premiery (zapraszam tutaj). W tym roku na ekrany kin wszedł Glass, dzieło mające być w zamierzeniu połączeniem treści obu poprzedników, oferujące pełne zamknięcie tej niezwykłej opowieści. Niestety, oczekiwany finał historii nawet w połowie nie dorównuje hitowi sprzed dwóch lat, o pierwszej części cyklu nawet nie wspominając...

M. Night Shyamalan najwyraźniej zapomniał co stanowiło o sile Niezniszczalnego. Z drogi tej zboczył już przy Splicie, jednak wtedy nie było to aż tak zauważalne (głównie za sprawą ogólnego tonu filmu oraz fenomenalnej roli Jamesa McAvoya). W Glass zaprzepaścił wszystko, co zbudował tamtymi produkcjami. Znikło napięcie, zabrakło ciemnych filtrów i specyficznego prowadzenia kamery, a co najgorsze, bezpowrotnie przepadło to niepokojące wejrzenie w psychikę postaci, które ukazywało nam ich w bardzo charakterystyczny (i możliwy do różnorakiej interpretacji) sposób. Nie znalazłem tu też elementów, które w tak oczywisty sposób klarowały wizję twórcy. Co zatem dostałem? No cóż, zobaczyłem film, który po dość dobrym pierwszym akcie, z każdą minutą zaczyna sypać się jak przysłowiowy domek z kart. Postaci zachowują się zupełnie inaczej niż w poprzednich odsłonach, ich motywacje zostają wyprane z jakiegokolwiek charakteru i tempa, a co najgorsze, reżyser marnuje również sens poszczególnych scen, który tak wiele znaczył w przypadku oryginalnej historii. Narastająca głupota przybiera na sile w trakcie oglądania Glass na kształt pędzącej, śnieżnej kuli. Im dalej, tym gorzej. Od połowy filmu każda z trzech głównych postaci nieustannie krzyczy o pojawieniu się prawdziwych superbohaterów, robiąc rzeczy, które swe zaszczytne miejsce mają wyłącznie w kinie klasy B. Ogląda się to okropnie, szczególnie w przypadku, kiedy świeżo w pamięci pozostają doskonałe chwile z poprzednich odsłon cyklu.


Każdy element wprowadzony do fabuły powoduje zamęt i zniechęcenie widza. Przez zmianę tempa i stylistyki, Glass bardziej przypomina kolejne części niechcianych horrorów, niż finalny rozdział (niegdyś) świetnej opowieści. Shyamalan powiela też błędy znienawidzone przeze mnie w Splicie. Swój udział w wydarzeniach ma znów udręczona Casey. Jeśli nie kupiliście przemiany tej postaci poprzednim razem, teraz będzie jeszcze gorzej. Bohaterka wciąż pisana jest nierealistycznie i strasznie sztucznie. Razi to tym bardziej, ponieważ grająca ją aktorka ma spory potencjał. Anya Taylor-Joy robi co może, aby wyprowadzić swoją postać na prostą. Niestety, nie jest w stanie przeskoczyć tego, co przygotował dla niej reżyser. Głupota scenariusza (który przez ostatnie 40 minut osiąga prawdziwe apogeum) zabija możliwości uznanych aktorów (James McAvoy, Bruce Willis, Samuel L. Jackson), którym powierzono najważniejsze role. Naprawdę, trudno w Glass szukać jakichkolwiek elementów pozytywnych, choć po pewnym zastanowieniu wskazałbym wspominany początek filmu oraz genialną rolę McAvoya (choć jego możliwości poznaliśmy już w Splicie). Całość najbardziej psuje zmiana charakteru opowieści, odpuszczenie realistycznego, klimatycznego wydźwięku oraz ostatni, wręcz tragiczny akt. Podczas finału kilkanaście razy złapałem się za głowę (a zazwyczaj tego nie robię), nie dowierzając temu, co widzę na ekranie.

Glass wygląda na produkcję totalnie nieprzemyślaną, świadczącą o upadku jego twórcy. M. Night Shyamalan najwyraźniej zapomniał w jaki sposób i z jaką myślą przewodnią tworzył poprzednie części cyklu. Być może winę za taki stan rzeczy ponosi czas jaki minął od powstania Niezniszczalnego, a może reżyser faktycznie całkiem się już wypalił. Choć dotychczas jak ognia unikałem tego określenia (lubię niektóre z jego dzieł powszechnie uważanych za gnioty), dziś widzę wyraźnie, że stało się ono straszliwą prawdą. Zamiast rozwijać koncept i dostosowując go do zmieniających się czasów, Shymalan skupił się na najmniej istotnym elemencie historii. Nadmiernie podkreślił wątek komiksowych korzeni, trwale zaprzepaszczając możliwość swobodnego odbioru obrazu. Sprawił ponadto, że film ogląda się jak niezamierzoną komedię, mocno urągającą inteligencji widza. Na chwilę obecną widzę Glass jako jedno ze swoich największych rozczarowań tego roku, co boli mnie tym bardziej, ponieważ uważałem postać twórcy za jednostkę niezwykle kreatywną i utalentowaną, darząc ją (jak niewiele innych osobowości popkultury) wielką estymą. Bańka mydlana pełna marzeń pękła, a ja zadaję sobie pytanie, czy w powiedzonku o tym, że nic co piękne nie trwa wiecznie jest jakaś przewrotna, okrutna prawda. Jeśli tak, to ma ona zastosowanie również w stosunku do nieprzeciętnych talentów, co boli mnie jeszcze bardziej.



Tytuł: Glass
Scenariusz: M. Night Shyamalan
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Obsada: James McAvoy, Samuel L. Jackson, Bruce Willis, Sarah Paulson, Anya Taylor-Joy, Spencer Treat Clark, Charlayne Woodard
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 18 stycznia 2019 (USA), 18 stycznia 2019 (Polska)
Czas trwania: 129 min.

środa, 16 stycznia 2019

RECENZJA: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 4 - Rozłam (R. Venditti, E. V. Sciver, R. Sandoval)


DC Odrodzenie nadal atakuje. Na rynku pojawiają się kolejne tomy poszczególnych tytułów, tymczasem recenzje wielu z nich znajdziecie na tym blogu (zachęcam do korzystania z prostej wyszukiwarki umieszczonej na prawym marginesie). Nie inaczej jest w przypadku serii Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, której poszczególne tomy omawiałem tutu i tu. OK, ale o czym w ogóle jest ta seria? Tłumacząc komuś, kto nigdy nie miał styczności z tytułem, powiedziałbym, że jest to coś na kształt kumplowskiej historii osadzonej w realiach kosmicznych policjantów. Dziwne? No cóż, bywało dziwniej i nikt specjalnie nie narzekał. Jednak jak zawsze w przypadku pasjonującej opowieści, najważniejszy jest dobry pomysł i należyte poprowadzenie bohaterów. Czy mamy do czynienia z czymś podobnym w czwartym tomie Latarników?

Rozłam dzieli się na dwie (częściowo) niezależne od siebie historie. W pierwszej na jaw wychodzi tajemnicze morderstwo na członku Korpusu Sinestro, którego dokonał nie kto inny, jak jeden z Zielonych Latarników. Tak poważna zbrodnia może zagrozić nie tylko dobrej opinii, którą cieszy się Korpus Hala Jordana, ale co gorsza, zaprzepaścić udane próby połączenia obu frakcji. Ambitne plany Johna Stewarta niechybnie spalą na panewce, chyba że uda się zrobić coś, co pomoże powstrzymać nadchodzącą eskalację niechęci żółtych i zielonych policjantów. Niestety, pewna tajemnica, którą zataił przed Soranik Kyle Rayner, będzie miała kluczową rolę w intrydze... W drugiej części komiksu napotkamy jednego z Nowych Bogów - Oriona, który ścigany jest przez potężnego goliata, miotającego zabójczymi promieniami Omega. Owo monstrum, wykonujące polecenia Yugi Khana - pradawnego tyrana, wraz z innymi sobie podobnymi zagraża spokojowi w kosmosie. Oczywiście nie trzeba być wielkim geniuszem, aby domyślić się, że w całe zamieszanie wplątają się również nasi Latarnicy.


Trzeba przyznać, że Robert Venditti ma dobrą rękę do pisania Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni. Od samego początku obdarza serię masą interesujących wydarzeń, nie zapominając o licznych bohaterach, którzy na własnych barkach dźwigają wielowątkową fabułę. Każdy z policjantów dostaje tu swoje pięć minut, a wykreowani są na tyle wyraźnie (i różnorodnie), że bez problemu można identyfikować się z kimkolwiek z nich. A wspomniana fabuła jest na tyle interesująca, że chęć czytania dalszych przygód Latarników nie znika po przeczytaniu pojedynczego tomu. Nie inaczej jest w przypadku Rozłamu. Tu również występują podobne elementy. Scenarzysta kontynuuje snucie historii rozpoczętej w tomie pierwszym, nieustannie dokładając elementy, które urozmaicają wciągającą historię, którą czyta się lekko i przyjemnie.

Są jednak rzeczy, które w tym tomie wyszły lepiej lub gorzej. Nie do końca podobało mi się rozwiązanie zagadki tożsamości oraz motywów poszukiwanego zabójcy. Cały wątek posłużył Vendittiemu wyłącznie do wybrzmienia kwestii tytułowej, sprowadzając bardzo intrygująco rozpoczętą zagadkę, do trywialnej roli typu przyczyna-skutek. Szkoda, bo całe zamieszanie robiło nadzieję na coś więcej, tym bardziej, że początkowo w wydarzenia zamieszany był syndykat Łupieżców z Cephei. Świetnie z kolei wypadł rozdział, w którym Hal nawiązuje pewnego rodzaju kontakt ze swoim zmarłym ojcem. Takie właśnie chwile sprawiają, że seria błyszczy najbardziej, pokazując, że oprócz rozwałki na wielką skalę ma także do zaoferowania coś, co chwyci czytelnika za serce. Leć z bogiem to chyba najlepszy fragment komiksu. Należy też zwrócić uwagę na pojawienie się N-tego Metalu. Nie wiem, czy wydarzenia z Rozłamu będą miały wpływ na zbliżające się wypadki w uniwersum DC (seria Metal), ale nie można nie odnotować ich obecności w przygodach Latarników.

Tak czy inaczej, czwarty tom losów Hala i reszty Korpusu to kawał solidnego czytadła. Oczywiście, nie wszystko musi się tu każdemu podobać. Venditti wprowadził do scenariusza tak wiele elementów, że wręcz niemożliwym jest, aby każdy z nich był bezbłędnym strzałem w dziesiątkę. Najważniejsze jednak, że Rozłam i tak broni się jako całość, dając czytelnikowi godzinkę nieskrępowanej zabawy w bezkresnym, pełnym niebezpieczeństw kosmosie. Całości dopełniają doskonałe rysunki Ethana Van Scivera i Rafy Sandovala, którzy przekuwają wyobraźnię autora na niezwykle dynamiczne, wypełnione wieloma planami obrazy. Czasami ilość szczegółów oraz postaci w komiksie jest tak wielka, że najlepiej jest po przeczytaniu przekartkować komiks jeszcze raz, aby zwrócić uwagę na wszystkie te niesamowite detale. Jeśli nie czytaliście jeszcze Hala Jordana i Korpusu Zielonych Latarni, a lubicie awanturnicze historie w kosmosie, nie wahajcie się ani chwili dłużej. W przypadku tej serii raczej nie powinniście żałować.



Tytuł: Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, tom 4 - Rozłam
Scenariusz: Robert Venditti
Rysunki: Ethan Van Sciver, Rafa Sandoval
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Coś dla młodziaków (i nie tylko!), czyli nowe tytuły od AMEET

Co jakiś czas zamieszczam na blogu interesujące tytuły od wydawnictwa AMEET. Nie inaczej będzie i w tym miesiącu! Sądzę, że warto spojrzeć na ich kilka nowych publikacji, tym bardziej, że są one kierowane do młodszych sympatyków fantastyki oraz niezastąpionych klocków Lego. :-)


LEGO® STAR WARS™. GWIEZDNE ROZGRYWKI


Książeczek z tej serii chyba nie muszę nikomu bliżej przedstawiać. Omawiałem je na Skrzydłach Gryfa już wiele razy (choćby tu czy tu). Uważam jednak, że należy skorzystać z każdej okazji umożliwiającej przyjrzenie się nowemu numerowi. W tym wydaniu treść Gwiezdnych rozgrywek skupia się na wydarzeniach z VII i VIII epizodu, lecz wciągające atrakcje znajdą też wielbiciele Powrotu Jedi czy Nowej nadziei. I jak zwykle będzie co czytać i co rozwiązywać! Dobry nastrój obiecuje już żartobliwy, rysunkowy wstęp z pierwszej strony, a kolejne kartki obfitują w pasjonujące łamigłówki, labirynty i malowanki (a także krótki komiks!). W książeczkach z serii niezmiennie ujmują mnie wspaniałe ilustracje, przez które zawsze trochę żałuję, że nie mam już siedmiu lat. Wisienką na torcie dla każdego młodego legomaniaka będzie figurka niezawodnego robota R2-D2, którego towarzystwo na pewno doda odwagi przy samodzielnym rozwiązywaniu zadań. Bardzo polecam.



LEGO® NINJAGO®. ZESTAW KSIĄŻEK Z KLOCKAMI LEGO®


Co może kryć w sobie tajemnicze, metalowe pudełko z wizerunkiem Kaia? Nikt nie wie tego na pewno, lecz pamiętajcie, że otwieracie je wyłącznie na własną odpowiedzialność! Jeśli jesteście dzielnymi wojownikami Ninja, na pewno moje słowa Was nie powstrzymają. I chyba dobrze, bo wówczas stracilibyście kawał niezłej zabawy! Wewnątrz szkatułki znajdziecie dwie kolorowe książeczki oraz mały woreczek z klockami. Pierwsza z nich, Czytaj, twórz, baw się zabierze Was w świat opowiadań i komiksów (także takich, których treść będziecie musieli wymyślić sami), a druga, Projekt: Ninja! zachęci do rysowania, projektowania i malowania niesamowitej krainy Ninjago. To jednak nie wszystko, bo jak wcześniej wspomniałem, do pudełka dołączono specjalną minifigurkę Wojownika Cynobru. Teraz specjalna misja Ninja będzie wreszcie kompletna. Ruszajcie na ratunek potrzebującym i niech ogranicza Was tylko własna wyobraźnia!

  

STAR WARS™. GWIEZDNE QUIZY


Ostatnia z dzisiejszych nowości przeznaczona jest dla nieco starszych fanów Gwiezdnych wojen. Sądzicie, że wiecie wszystko na temat swoich ulubionych filmów? Jeśli tak, to być może musicie zadać sobie to pytanie jeszcze raz! W niewielkim, tekturowym pudełeczku znajduje się dwadzieścia obustronnych kart z pytaniami, które podzielono na cztery grupy tematyczne (bohaterowie i stworzenia, miejsca i planety, statki i pojazdy, wydarzenia) oraz cztery niebagatelne poziomy trudności. Teraz będziecie mogli sprawdzić sami siebie, a także wszystkich swoich znajomych, przekonując się ostatecznie jak wielka jest Wasza znajomość Mocy. Gra daje możliwość korzystania ze swych zasobów aż pięciu uczestnikom, ale zabawa może być przeznaczona także dla tylko jednej osoby. I choć taka zgadywanka może wydać się niektórym z Was nazbyt łatwa (czy niezbyt poważna), wiedzcie, że ja sam przeglądając karty, złapałem się na nieznajomości odpowiedzi na kilka z trudniejszych pytań! Jeśli więc na najbliższej domówce jakimś cudem zabraknie Wam tematów do rozmów, sięgnijcie po Star Wars™. Gwiezdne quizy. Dobra zabawa gwarantowana!



Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


sobota, 12 stycznia 2019

Ralph Demolka w internecie (2018), czyli kontynuacja może być udana!


Przyznam, że na pierwszego Ralpha Demolkę (2012) szedłem bez specjalnych oczekiwań. Ot, był to kolejny, dobrze wypromowany i ciekawie zapowiadający się film. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, jak bardzo ta produkcja uderza w moje indywidualne poczucie nostalgii (takie prawdziwe, nie sztucznie podkręcane przez media po sukcesie Stranger Things czy nowej wersji To), wywołane nienazwaną tęsknotą za salonami z automatami do gier czy wielu godzin spędzonych przez komputerem Atari. Tak, to były czasy mojego dzieciństwa. Sam film poruszył we mnie bogatą nutę wspomnień, ale także przedstawił konkretną, angażującą historię opowiedzianą za pomocą przygód pary sympatycznych bohaterów. Dlatego też bałem się, że twórcom nie uda się wejść ponownie do tej samej wody, głównie ze względu na kształt planowanej kontynuacji. Ralph Demolka w internecie nie miał bowiem podstaw do wywołania jakichkolwiek skojarzeń z przeszłości, dlatego też podejrzewałem, że samo oparcie fabuły na głównych postaciach może zwyczajnie nie wystarczyć (a sugerowały to choćby zwiastuny). Ponadto, temat internetu jest dość specyficzny i ukazanie go od tej drugiej, baśniowo-komediowej strony mogło rzeczonej produkcji bardziej zaszkodzić niż pomóc. 

Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne! Co w tym wszystkim najciekawsze, bardzo kreatywnie potraktowano istotę internetu. Treść animacji skupia się na kłopotach, które (jak zwykle) Ralph wywołał w grze Sugar Rush. Skutkuje to realną groźbą wycofania automatu z salonu i aby odkręcić cały bałagan, przysadzisty rozrabiaka i jego najlepsza kumpela Wandelopa muszą udać się do samego centrum internetu. Tam, na aukcji w eBay'u planują zakupić nową kierownicę do gry. Zaskoczyło mnie, jak gładko twórcy potrafili przenieść akcję do tak złożonego medium, zręcznie unikając pułapek, które czyhały na nich przy tej okazji. Cieszy mnie niezmiernie, że zachowano zasady budowy i funkcjonowania świata, obowiązujące w poprzednim filmie. Dzięki temu otrzymałem bardzo naturalne i zupełnie nienatarczywe ukazanie istoty sieci. Oczywiście, na każdym kroku widzimy tu znane aplikacje, programy czy strony, ale na szczęście ich obecnością i zasadami nie rzuca się widzowi w twarz. Nikt nie wyjaśnia tu natrętnie co jest czym, ani nie traktuje oglądającego jak ostatniego głupka. Sami skojarzycie czy dana postać jest jakimś programem czy witryną, a zasady działania zostają wytłumaczone bardzo domyślnie. Dzięki temu można samodzielnie wyłapywać wszelkie skojarzenia (a tych jest tu naprawdę bez liku!) oraz cieszyć się pomysłowo wplecionym humorem.


A tego nie zabraknie przy okazji odkrywania nawiązań do przepastnej zawartości internetu, ale również i w innych sytuacjach. Za przykład niech posłuży mi wątek niezliczonej ilości postaci pobocznych. Prym w tym dobrobycie wiedzie bezsprzecznie grupa księżniczek Disneya. Ich samoświadomość stanowi trafne podsumowanie i wyjątkowo udaną parodię stylu, jaki króluje w animacjach wytwórni od wielu dekad. Twórcy posunęli się nawet do tego, że podarowali Wandelopie własną piosenkę, robiąc to z prawdziwym jajem i pomysłem. A skoro jesteśmy tu przy naszej wyścigówie, nie można zapominać o głównych bohaterach. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że są oni drugą (obok rewelacyjnie ukazanego świata) podporą filmu. Relacje Ralpha i panny von Cuks bazują na wzajemnym przywiązaniu, które jest też przyczyną kłopotów, które biorą górę w trzecim akcie historii. Przy okazji wyłania się z nich pewien istotny morał, który (jak to często bywa w produkcjach dla dzieciaków) jest może zbyt nachalnie wyłożony, ale jednak spełnia swe zadanie. To jak Ralph i Wandelopa radzą sobie z nauką, którą niesie ze sobą ich wspólna przygoda, idealnie splata się z realiami świata, w którym oboje się znaleźli. Wszystko co robią wynika z ich zdolności i charakterów, co celowo splata i uzupełnia się z interesującą fabułą obrazu. Widać wyraźnie, że twórcy przez cały czas panują nad materią, w której się poruszają. Dzięki temu minuty spędzone w kinie płyną szybko i przyjemnie.

Ralph Demolka w internecie to film, który pokazuje, że prawdziwej przyjaźni nie można zamykać pod kloszem, a dopiero poprzez swobodę wyborów prawdziwie umacniamy nasze związki. Produkcja, podobnie jak swój poprzednik zachwyca historią i miejscem akcji, nie siląc się na rewolucję w sposobie narracji oraz kształtowania fabuły. To jeden z tych filmów, który mogą oglądać dzieci i rodzice, internetowi laicy oraz wybitni znawcy sieci. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zwracając uwagę na inne, równorzędne elementy. Nowe lokacje, nieznani wcześniej bohaterowie (wśród których warto wyróżnić piękną i zdolną Shank) oraz solidna dawka przygód skutecznie przykuwa wzrok do ekranu. Jeśli miałbym wskazać jakieś wady tej produkcji, byłoby to chyba samo tłumaczenie, które w kilku momentach chce być koniecznie śmieszniejsze niż oryginał. Najważniejsze jednak, że film stawia w równej mierze na atrakcyjność świata jak i drogę dwójki postaci, znajdując idealny balans pomiędzy tymi dwoma składnikami. Jest więc dość świeżo i oryginalnie, przy czym z powodzeniem zachowano ducha części pierwszej. Nie spodziewałem się tego, ale w sumie chyba właśnie o to chodziło. Jeśli chodziłbym do kina dostając za każdym razem coś, co dałoby się z góry przewidzieć, nie byłoby w tym żadnej zabawy. Po dobrym filmie dla dzieci nie mogę oczekiwać niczego więcej, dlatego też bardzo polecam Wam tę produkcję.



Tytuł: Ralph Demolka w internecie (Ralph Breaks the Internet)
Scenariusz: Phil Johnston, Pamela Ribon
Reżyseria: Phil Johnston, Rich Moore
Obsada (dubbing): John C. Reilly, Sarah Silverman, Gal Gadot, Taraji P. Henson, Jack McBrayer, Jane Lynch (Olaf Lubaszenko, Jolanta Fraszyńska, Anna Gorajska, Katarzyna Dąbrowska, Edyta Krzemień, Jan Dąbrowski)
Wytwórnia: Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 21 listopada 2018 (USA), 11 stycznia 2019 (Polska)
Czas trwania: 112 min.

czwartek, 10 stycznia 2019

RECENZJA: Nastoletni Tytani, tom 2 - Wejście Aqualada (B. Percy, K. Pham)


Po wydarzeniach opisanych w pierwszym tomie Damian wie lepiej, Nastoletni Tytani wracają, aby stawić czoła całkiem nowym wyzwaniom. W Wejściu Aqualada wątek Ra's al Ghula całkowicie znika nam z oczu, a w jego miejsce pojawiają się nowe, niecodzienne problemy. Z początku w ich centrum znajdzie się głównodowodzący drużyną Robin (i jego dość apodyktyczny charakter), lecz w świetle nadchodzących zdarzeń, męczące metody zgrania zespołu szybko staną się nic nie znaczącą fanaberią. Kiedy za sprawą rozgłosu, jaki próbuje nadać grupie Beast Boy, znika zaproszona do Wieży Nastoletnich Tytanów reporterka, drużyna musi działać. Szybko okazuje się, że za porwaniem kobiety stał sam King Shark, który zbiegł z więzienia Del Sur. Jakby tego było mało, na horyzoncie pojawia się nowy kandydat na członka grupy, który nawet o tym nie wiedząc, ściągnie na siebie i resztę kolejne kłopoty.

Tyle słowem wstępu, do wyjaśnienia pozostaje jednak jeszcze jedna, dość ważna kwestia. Z przyczyn nieznanych zwykłym śmiertelnikom, Egmont nie zdecydował się wydać w Polsce tomu specjalnego The Lazarus Contract (Kontrakt Łazarza), stanowiącego crossover pomiędzy trzema tytułami z cyklu DC Odrodzenie (Tytani, Nastoletni Tytani, Deathstroke). Pozornie nic wielkiego, jednak opisane tam wydarzenia miały niemały wpływ na sytuację bohaterów powyższej serii. Co gorsza, akcja rzeczonego tomu rozgrywa się dokładnie w połowie Wejścia Aqualada. Wielka to szkoda, na szczęście wydawca zrobił co w jego mocy, aby naprostować sytuację. We wstępie do tego tomu opisane zostały w skrócie wszystkie zdarzenia wspomnianego crossoveru. Pamiętajcie tylko, aby wprowadzenie przeczytać dopiero po zapoznaniu się z dwoma pierwszymi rozdziałami (zeszytami) Wejścia Aqualada.


Fabuła komiksu skupia się w znacznej części na prezentacji nowej postaci - Jacksona Hyde'a. Pomimo decyzji o wprowadzeniu kolejnego bohatera już w drugim tomie, która mogłaby wydawać się nieco ryzykowna (z pewnością nie zdążyliśmy jeszcze zżyć się z resztą postaci), Benjamin Percy całkiem nieźle wkomponował Aqualada w wydarzenia będące główną osią intrygi. Mamy tu też wszystko, co jest potrzebne przy kreowaniu genezy nowej postaci. Wraz z rozwojem fabuły poznajemy codzienne życie Jacksona oraz jego niełatwe stosunki z matką (tajemnica, którą rodzicielka zataiła przed synem, zaważy ostatecznie nad wydarzeniami tego tomu!). Wspólnie z chłopakiem odkrywamy też jego moce. A te okażą się niezwykle przydatne nie tylko podczas ratowania skóry Robina przed atakiem King Sharka, ale również w ekscytującym finale opowieści. Aqualad, jako nowy członek drużyny jest niewątpliwie najciekawszym elementem tego tomu. A co z resztą?

Choć autor dwoi się i troi, aby zbliżyć i zaprezentować nam dokładniej pozostałych Nastoletnich Tytanów, poza jedną czy dwoma scenami niespecjalnie mu to wychodzi (no i może poza samym Robinem). Dzieje się tak, ponieważ położył zbyt duży nacisk na pęd wydarzeń, uniemożliwiający głębsze ukazanie poszczególnych członków drużyny. Czy takie podejście Was usatysfakcjonuje, będziecie musieli ocenić już sami. Ja bynajmniej nie narzekam. W końcu w tym przypadku mamy do czynienia z gatunkiem superhero, a więc mnogość przygód i bijatyk jest niejako wpisana w koncept przedsięwzięcia. Należy też pamiętać, że Wejście Aqualada jest komiksem przeznaczonym dla nieco młodszego czytelnika. Widać to nie tylko w dialogach, ale i ogólnym rozplanowaniu fabuły. Zastosowane uproszczenia nie są oczywiście zbyt infantylne, ale już od pierwszych stron czuje się wyraźnie, że najcieplej ten tytuł przyjmą głównie nastolatkowie (w końcu nazwa drużyny zobowiązuje, prawda?).


Drugi tom Nastoletnich Tytanów to dość prosty, niezobowiązujący komiks. Czyta się go szybko, ale jeśli macie już ponad dwadzieścia lat, możecie po lekturze odczuć pewien niedosyt. Nie znaczy to oczywiście, że jest to tytuł przeznaczony wyłącznie dla dzieci. Ja podczas lektury bawiłem się wyśmienicie, a to głównie za sprawą dynamicznej akcji oraz interesującego, tytułowego bohatera. Mocną stroną albumu są także rysunki Khoi Phama, które, choć bardzo kolorowe, zachowują ducha właściwego rasowym historiom superhero. Wejście Aqualada najlepiej sprawdzi się więc jako prezent dla młodszego brata, który przed sięgnięciem po rzeczy bardziej poważne, chciałby zapoznać się z nieco prostszymi opowieściami. Nie róbcie też sobie wyrzutów, jeśli sami będziecie go ukradkiem podczytywać. W końcu najważniejszy jest sposób, w jaki dana historia układa się na papierze. A tego w żadnym wypadku nie można Nastoletnim Tytanom odmówić.



Tytuł: Nastoletni Tytani, tom 2 - Wejście Aqualada
Scenariusz: Percy Jackson
Rysunki: Khoi Pham, Pop Mhan
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z serii Nastoletni Tytani znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 9 stycznia 2019

RECENZJA: Letnia noc - Dan Simmons


Był taki czas we wczesnych latach 90-tych, kiedy wydawnictwo Amber powołało do życia inicjatywę, pod szyldem której w kraju nad Wisłą zaczęły ukazywać się liczne horrory. Miałem wtedy około piętnastu lat i mój obudzony do bardziej dorosłego myślenia umysł rozpaczliwie wołał o literaturę, będącą wcześniejszym uosobieniem dziecięcych obaw i strachów. Amber Horror zdziałał na tym polu rzeczy niezwykłe, bo zarówno ja, jak i moi koledzy ze szkoły wręcz zaczytywaliśmy się w powieściach grozy autorów takich jak Graham Masterton, Stephen King czy James Herbert. Ich książek wychodziło wówczas od groma, a zarówno rynek jak i myśli odbiorców przez pewien czas okazały się niezwykle chłonne dla takich treści. W podobnym czasie na zachodzie ukazała się książka amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa, zatytułowana Letnia noc. Choć w tamtym okresie nie dane mi jej było poznać, rozpoczęta kilka dekad później lektura na dobre obudziła we mnie powyższe wspomnienia. Dlatego też uznałem, że fajnie będzie je Wam przytoczyć. Jest jeszcze jeden, nie mniej istotny powód moich reminiscencji. Mam tu na myśli beztroski czas wakacji i szkoły, który w oczywisty sposób łączy się z owymi wspomnieniami. W Letniej nocy wkroczyłem bowiem do świata, który za sprawą bohaterów przypomniał mi czasy własnej młodości.

Któż z nas nie lubił szkoły? Ja bynajmniej lubiłem ją dość średnio, choć obecnie z rozrzewnieniem wspominam pewne osoby i wydarzenia, które wywarły na mnie największy wpływ. Być może iskrą do napisania powyższej powieści były dla Dana Simmonsa jego własne, uczelniane przygody. Jeśli nie, to jak inaczej można wyjaśnić uczynienie źródłem głównego książkowego zła wiekowy budynek szkoły? A wszystko w Letniej nocy zaczyna się właśnie od gmachu Old Central School, znajdującej się w niewielkim miasteczku Elm Haven w Illinois. Po wielu dekadach niesienia edukacji młodym umysłom, zostaje podjęta decyzja, aby budynek zamknąć i wyburzyć. Niby prosta sprawa, tylko czy ktoś w ogóle zadał sobie pytanie o wszelkie tajemnice, które na temat szkoły od lat krążyły po miasteczku? Wakacje są tuż za pasem, odbywają się finalne lekcje, tymczasem w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają ginąć uczące się w Old Central dzieciaki. Grupa uczęszczających do szkoły młodzików zmuszona jest przeprowadzić dochodzenie, mające na celu odkrycie zatajonej prawdy. Trop prowadzi ich do sekretu zapomnianego dzwonu, który niegdyś spoczywał w dzwonnicy starej szkoły. Nie wiedzą jednak, że nie będzie to typowa wakacyjna zabawa. Na ich życia czyhają nie tylko zmanipulowani złem nauczyciele, ale również coś, czego nigdy nie chcieliby spotykać...

Podczas lektury Letniej nocy bardzo często łapałem się na skojarzeniach z To Stephena Kinga. I chyba niebezpodstawnie, ponieważ książka Simmonsa jest zbudowana według dość podobnego schematu. Mógłbym nawet stwierdzić, że autor mocno inspirował się powieścią kolegi po fachu. Tak czy inaczej, nie umniejsza to dziełu Simmonsa ani trochę, ponieważ udało mu się stworzyć treść angażującą, nieźle przemyślaną, a co najważniejsze, bardzo dobrze napisaną. Jej głównym motorem jest grupka kolegów, którzy w miarę postępujących wydarzeń stają się sobie coraz bliżsi. Dale, Mike, Kevin, Lawrence, Herlen i reszta po raz pierwszy w życiu mają okazję odkryć znaczenie pojęć takich jak odwaga czy zaangażowanie. Simmons świetnie kreuje postacie młodych bohaterów, umiejętnie analizując ich nastoletnią psychikę. Tam gdzie można, obdarza chłopców unikalnymi charakterami, zestawiając ze sobą ich różne punkty widzenia oraz różnice w wychowaniu. Poprzez te zabiegi autor unika stworzenia tzw. bohatera zbiorowego, co przy podobnej konstrukcji powieści mogłoby znacznie obniżyć jej czytelnicze walory.

Letnia noc to przede wszystkim powieść grozy i na tym polu z pewnością nie ma sobie równych. Jest niesamowicie wciągająca, długa (ponad 720 stron!), a napisana została tak, aby stopniować napięcie i trzymać czytelnika w nieustannym lęku. Simmons starannie dozuje informacje, nie wykładając od razu wszystkich kart na stół. Groźną tajemnicę poznajemy wraz z bohaterami, na każdym etapie nie wiedząc wiele więcej od nich. Szczególnie zaintrygował mnie zwrot akcji, w którym ginie jeden z chłopaków. Oczywiście nie jest to pierwsza ofiara panoszącego się w miasteczku zła, ale dzieciak znajduje się w czołówce najważniejszych bohaterów powieści. W ten sposób Simmons osiągnął dwa cele - pokazał, że w jego książce może zginąć każdy, a z drugiej strony wzbudził moje zainteresowanie wstrzymaniem akcji w najbardziej interesującym momencie (nastolatek był w posiadaniu kluczowych informacji dla wyjaśnienia zagadki szkoły i dzwonu). Jakby tego było mało, najlepsze nadchodzi oczywiście w finale, który czyta się po prostu jednym tchem.

Adrenalina, groza i niebezpieczeństwo - tak w skrócie można określić tę powieść. Śledząc losy przyjaciół czułem się, jakbym brał wraz z nimi udział we wszystkich mrożących krew w żyłach wydarzeniach. Jedno jest pewne - lubiliście chodzić do szkoły czy nie, Letnia noc zmrozi was swym klimatem, przypominając dawne, szczenięce lata. Nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia, że akcja książki rozgrywa się przed sześćdziesięciu laty, w miasteczku bardzo oddalonym od Polski. Jej konstrukcja pozwoli każdemu czytelnikowi przeżywać przygody nastolatków tak, jakby były jego własnymi. Dan Simmons stworzył dzieło kompletne, z niesamowitą tajemnicą, mocnymi scenami grozy i bohaterami, których niewątpliwie da się lubić. Dzięki temu ja jestem kupiony, gorąco polecając Wam powyższą powieść. Szczególnie teraz - zimą, kiedy każdemu z nas przyda się wspomnienie gorącego, beztroskiego lata. Nawet jeśli nie bez powodu boicie się ciemności...


Tytuł: Letnia noc
Autor: Dan Simmons
Przekład: Arkadiusz Nakoniecznik
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 726
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 55 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


sobota, 5 stycznia 2019

Bumblebee (2018) czyli kino familijne rodem z ubiegłego stulecia


Nigdy nie byłem fanem oryginalnych Transformers. Po pierwsze, początek lat 90-tych zastał mnie w wieku, w którym świadome interesowanie się zabawkami i animacjami mogło być przyczyną poważnych drwin rówieśników, a po drugie, jakoś nigdy nie przekonywał mnie koncept samochodów zmieniających się w roboty (lub odwrotnie). Moje podejście zmieniło się w 2007 roku, kiedy na ekrany kin trafił pierwszy film z serii Transformers, w reżyserii Michaela Baya. Zdumiało mnie ogromnie, w jak wielkim błędzie byłem sądząc, że z prostej animacji oraz durnowatej linii zabawek nie uda się stworzyć czegoś, co ma ręce i nogi, a na dodatek opowiada całkiem zajmującą historię. Dobre wrażenie pozostało niezmienne, ponieważ do dziś ciepło myślę i wypowiadam się o rzeczonej produkcji. Mój entuzjazm opadł drastycznie przy premierze drugiej części filmu i niestety do historii Autobotów oraz Deceptikonów nie powróciłem już nigdy więcej... Aż do dziś! Skuszony obietnicą odsunięcia ze stołka reżyserskiego coraz bardziej psującego wydźwięk marki Baya (i zdegradowaniu go do roli producenta) oraz informacjami o tzw. soft reboocie cyklu (przy jednoczesnym byciu prequelem pierwszego filmu), postanowiłem wybrać się do kina. Czy dawny czar wrócił, a ja dałem się porwać ekranowej historii, chłonąc wszystko co pokazano mi podczas seansu? I tak i nie... Już tłumaczę dlaczego.

W moim odczuciu Bumblebee popełnia wszelkie błędy familijnego kina, wzorując się na filmach sprzed prawie trzech dekad. Z jednej strony dostałem bardzo spójną historię z wyrazistym bohaterem (o tym poniżej), lecz z drugiej film wypełnia wiele elementów, które skutecznie zabijają przyjemność z odbioru produkcji. Weźmy na przykład sam początek obrazu. Na odległej planecie Cybertron trwa wielka wojna pomiędzy Deceptikonami i Autobotami. Z przebiegu akcji nie dowiaduję się o co w niej chodzi, która ze stron może mieć rację, ani słowem nie wspomina się, jak doszło do eskalacji konfliktu. Rozumiem, że seria Transformers jest ogólnie znanym światowym fenomenem, jednak jakieś wyjaśnienie dla laika chyba nie zrobiłoby nikomu krzywdy? Wiem, że na moje pytanie odpowiedział w pewnym sensie pierwszy film z serii, ale co byłoby, gdybym go jeszcze nie widział? Kolejna kwestia to język robotów. Rozumiem, że  powyższy cykl jest z nami od zamierzchłych lat 80-tych (oczywiście jako animacja), lecz czy przedstawiciele obcej, zaawansowanej technologii nie mogliby posługiwać się językiem innym niż angielski? Brzmiałoby to o wiele autentyczniej, tym bardziej, że w obecnym świecie kina coraz bardziej zwraca się uwagę na podobne szczegóły.


Przykładów psucia seansu jest więcej. Koszmarnie wypadają wątki bohaterów drugoplanowych. Zarówno relacja głównej bohaterki, Charlie (Hailee Steinfeld) z matką i resztą swej rodziny, jak i postać zadurzonego w dziewczynie Memo (Jorge Lendeborg Jr.) wołają o przysłowiową pomstę do nieba. O ile ten drugi element w miarę seansu rozwija się w pożądanym kierunku (choć chłopak tak naprawdę jest wciąż kulą u nogi Charlie), to postać matki napisana została tragicznie. Jej beztroska i łatwe odrzucenie pamięci o zmarłym mężu wypadają strasznie sztucznie, nie znajdując należytej przeciwwagi w cierpieniu Charlie. Nie najlepiej wygląda też łatwowierność wojska w obliczu kontaktu z obcą cywilizacją. Rozumiem wyjaśnienie o zimnej wojnie, ale czy na serio dorośli ludzie muszą zachowywać się jak dzieci, idące za miłym panem do jego domu po cukierki... (wiecie o co mi chodzi, prawda?).

Koniec narzekań, bo jeszcze pomyślicie, że Bumblebee to jakiś filmowy koszmarek! A to byłaby oczywista nieprawda. Film stoi przede wszystkim tytułowym bohaterem, czyli Autobotem B-127. To niesamowite, jak zmieniły się obecnie realia przedstawiania postaci wygenerowanych komputerowo. Piszę o tym nie bez powodu, bo Bumblebee w nowej wersji cyklu jest postacią, z którą da się w pełni utożsamić. Tak, wbrew pozorom to nie Charlie skradła moje serce, choć do roli Steinfeld nie mam większych zastrzeżeń. Swoje uczucia w całości oddałem upodobnionemu do Volkswagena Beetle Autobotowi, który na dużym ekranie wypada bardzo autentycznie. Czy to w dynamicznych, wciskających w fotel scenach walk, czy w bardziej emocjonujących chwilach ze swą ziemską przyjaciółką, Bumblebee skupia moją uwagę w stu procentach, wynagradzając swą historią wszystkie (wspomniane powyżej) mankamenty filmu. Jego droga od pierwszych, niezwykle dynamicznych scen na Cybertronie (a później na Ziemi), poprzez utratę pamięci i nawiązanie przymierza z Charlie, aż do finałowej walki o wielką stawkę, zwyczajnie zachwyca sprawiając, że przez większość seansu bawiłem się po prostu znakomicie. Warto też podkreślić, że B-127 to przede wszystkim żołnierz i z takiego punktu widzenia poprowadzono większą część jego historii. W tym kontekście świetnie wypadają też sceny z udziałem agenta Burnsa (John Cena), który nieźle wypada jako postawiony przed niejasnym wyborem wojskowy.

Bumblebee sporo traci na korzystaniu z zapomnianych filmowych wzorców, lecz mimo wszystko potrafi obronić się jako angażująca historia z niecodziennym, świetnie wykreowanym bohaterem. Od samego początku zostałem wessany do wnętrza tej niezwykłej (choć mocno przewidywalnej) opowieści, która pozwoliła mi poznać losy jednego z najbardziej lubianych robotów na świecie (dodatkowo zdumiał mnie fakt, że film okazał się być całkiem udanym prequelem, ładnie wyjaśniając pewne luki fabularne z pierwszej odsłony cyklu). Nie jest to więc obraz pozbawiony wad, ale wszelkie niedociągnięcia giną pod natłokiem dobra, które ten film ze sobą niesie. Miejscami dowcipny, chwilami wzruszający, jest przede wszystkim niezobowiązującą historią o oddaniu i przyjaźni. Dla najmłodszych będzie ważną lekcją o przywiązaniu i odpowiedzialności, natomiast dorośli (jeśli tylko przymkną oko na mniej udane elementy filmu), znajdą w nim dawną historię o własnych, skrytych marzeniach. Bumblebee sprawdza się więc jako lekka zabawa dla całej rodziny, pozwalając oderwać się od zwyczajnych, szarych spraw. I dzięki temu ja jestem na swój sposób kupiony, czego życzę i Wam podczas najbliższej wizyty w kinie.



Tytuł: Bumblebee
Scenariusz: Christina Hodson
Reżyseria: Travis Knight
Obsada: Hailee Steinfeld, Jorge Lendeborg Jr., John Cena, Pamela Adlon, Len Cariou, John Ortiz
Wytwórnia: Paramount Pictures
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 21 grudnia 2018 (USA), 4 stycznia 2019 (Polska)
Czas trwania: 114 min.