sobota, 5 stycznia 2019

Bumblebee (2018) czyli kino familijne rodem z ubiegłego stulecia


Nigdy nie byłem fanem oryginalnych Transformers. Po pierwsze, początek lat 90-tych zastał mnie w wieku, w którym świadome interesowanie się zabawkami i animacjami mogło być przyczyną poważnych drwin rówieśników, a po drugie, jakoś nigdy nie przekonywał mnie koncept samochodów zmieniających się w roboty (lub odwrotnie). Moje podejście zmieniło się w 2007 roku, kiedy na ekrany kin trafił pierwszy film z serii Transformers, w reżyserii Michaela Baya. Zdumiało mnie ogromnie, w jak wielkim błędzie byłem sądząc, że z prostej animacji oraz durnowatej linii zabawek nie uda się stworzyć czegoś, co ma ręce i nogi, a na dodatek opowiada całkiem zajmującą historię. Dobre wrażenie pozostało niezmienne, ponieważ do dziś ciepło myślę i wypowiadam się o rzeczonej produkcji. Mój entuzjazm opadł drastycznie przy premierze drugiej części filmu i niestety do historii Autobotów oraz Deceptikonów nie powróciłem już nigdy więcej... Aż do dziś! Skuszony obietnicą odsunięcia ze stołka reżyserskiego coraz bardziej psującego wydźwięk marki Baya (i zdegradowaniu go do roli producenta) oraz informacjami o tzw. soft reboocie cyklu (przy jednoczesnym byciu prequelem pierwszego filmu), postanowiłem wybrać się do kina. Czy dawny czar wrócił, a ja dałem się porwać ekranowej historii, chłonąc wszystko co pokazano mi podczas seansu? I tak i nie... Już tłumaczę dlaczego.

W moim odczuciu Bumblebee popełnia wszelkie błędy familijnego kina, wzorując się na filmach sprzed prawie trzech dekad. Z jednej strony dostałem bardzo spójną historię z wyrazistym bohaterem (o tym poniżej), lecz z drugiej film wypełnia wiele elementów, które skutecznie zabijają przyjemność z odbioru produkcji. Weźmy na przykład sam początek obrazu. Na odległej planecie Cybertron trwa wielka wojna pomiędzy Deceptikonami i Autobotami. Z przebiegu akcji nie dowiaduję się o co w niej chodzi, która ze stron może mieć rację, ani słowem nie wspomina się, jak doszło do eskalacji konfliktu. Rozumiem, że seria Transformers jest ogólnie znanym światowym fenomenem, jednak jakieś wyjaśnienie dla laika chyba nie zrobiłoby nikomu krzywdy? Wiem, że na moje pytanie odpowiedział w pewnym sensie pierwszy film z serii, ale co byłoby, gdybym go jeszcze nie widział? Kolejna kwestia to język robotów. Rozumiem, że  powyższy cykl jest z nami od zamierzchłych lat 80-tych (oczywiście jako animacja), lecz czy przedstawiciele obcej, zaawansowanej technologii nie mogliby posługiwać się językiem innym niż angielski? Brzmiałoby to o wiele autentyczniej, tym bardziej, że w obecnym świecie kina coraz bardziej zwraca się uwagę na podobne szczegóły.


Przykładów psucia seansu jest więcej. Koszmarnie wypadają wątki bohaterów drugoplanowych. Zarówno relacja głównej bohaterki, Charlie (Hailee Steinfeld) z matką i resztą swej rodziny, jak i postać zadurzonego w dziewczynie Memo (Jorge Lendeborg Jr.) wołają o przysłowiową pomstę do nieba. O ile ten drugi element w miarę seansu rozwija się w pożądanym kierunku (choć chłopak tak naprawdę jest wciąż kulą u nogi Charlie), to postać matki napisana została tragicznie. Jej beztroska i łatwe odrzucenie pamięci o zmarłym mężu wypadają strasznie sztucznie, nie znajdując należytej przeciwwagi w cierpieniu Charlie. Nie najlepiej wygląda też łatwowierność wojska w obliczu kontaktu z obcą cywilizacją. Rozumiem wyjaśnienie o zimnej wojnie, ale czy na serio dorośli ludzie muszą zachowywać się jak dzieci, idące za miłym panem do jego domu po cukierki... (wiecie o co mi chodzi, prawda?).

Koniec narzekań, bo jeszcze pomyślicie, że Bumblebee to jakiś filmowy koszmarek! A to byłaby oczywista nieprawda. Film stoi przede wszystkim tytułowym bohaterem, czyli Autobotem B-127. To niesamowite, jak zmieniły się obecnie realia przedstawiania postaci wygenerowanych komputerowo. Piszę o tym nie bez powodu, bo Bumblebee w nowej wersji cyklu jest postacią, z którą da się w pełni utożsamić. Tak, wbrew pozorom to nie Charlie skradła moje serce, choć do roli Steinfeld nie mam większych zastrzeżeń. Swoje uczucia w całości oddałem upodobnionemu do Volkswagena Beetle Autobotowi, który na dużym ekranie wypada bardzo autentycznie. Czy to w dynamicznych, wciskających w fotel scenach walk, czy w bardziej emocjonujących chwilach ze swą ziemską przyjaciółką, Bumblebee skupia moją uwagę w stu procentach, wynagradzając swą historią wszystkie (wspomniane powyżej) mankamenty filmu. Jego droga od pierwszych, niezwykle dynamicznych scen na Cybertronie (a później na Ziemi), poprzez utratę pamięci i nawiązanie przymierza z Charlie, aż do finałowej walki o wielką stawkę, zwyczajnie zachwyca sprawiając, że przez większość seansu bawiłem się po prostu znakomicie. Warto też podkreślić, że B-127 to przede wszystkim żołnierz i z takiego punktu widzenia poprowadzono większą część jego historii. W tym kontekście świetnie wypadają też sceny z udziałem agenta Burnsa (John Cena), który nieźle wypada jako postawiony przed niejasnym wyborem wojskowy.

Bumblebee sporo traci na korzystaniu z zapomnianych filmowych wzorców, lecz mimo wszystko potrafi obronić się jako angażująca historia z niecodziennym, świetnie wykreowanym bohaterem. Od samego początku zostałem wessany do wnętrza tej niezwykłej (choć mocno przewidywalnej) opowieści, która pozwoliła mi poznać losy jednego z najbardziej lubianych robotów na świecie (dodatkowo zdumiał mnie fakt, że film okazał się być całkiem udanym prequelem, ładnie wyjaśniając pewne luki fabularne z pierwszej odsłony cyklu). Nie jest to więc obraz pozbawiony wad, ale wszelkie niedociągnięcia giną pod natłokiem dobra, które ten film ze sobą niesie. Miejscami dowcipny, chwilami wzruszający, jest przede wszystkim niezobowiązującą historią o oddaniu i przyjaźni. Dla najmłodszych będzie ważną lekcją o przywiązaniu i odpowiedzialności, natomiast dorośli (jeśli tylko przymkną oko na mniej udane elementy filmu), znajdą w nim dawną historię o własnych, skrytych marzeniach. Bumblebee sprawdza się więc jako lekka zabawa dla całej rodziny, pozwalając oderwać się od zwyczajnych, szarych spraw. I dzięki temu ja jestem na swój sposób kupiony, czego życzę i Wam podczas najbliższej wizyty w kinie.



Tytuł: Bumblebee
Scenariusz: Christina Hodson
Reżyseria: Travis Knight
Obsada: Hailee Steinfeld, Jorge Lendeborg Jr., John Cena, Pamela Adlon, Len Cariou, John Ortiz
Wytwórnia: Paramount Pictures
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 21 grudnia 2018 (USA), 4 stycznia 2019 (Polska)
Czas trwania: 114 min.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz