niedziela, 31 marca 2019

Avengers: Koniec gry od Funko

Funko atakuje niczym Thanos! Na ten rok, podobnie jak na poprzedni (patrz tutaj) firma zapowiedziała całą masę plastikowych atrakcji związanych z filmem Avengers: Koniec gry. Poniżej możecie zapoznać się z wszystkimi wersjami Pop!, Dorbz i Mystery Minis, jakie wkrótce pojawią się w sprzedaży. Trzeba przyznać, że za sprawą Funko w światowej fantastyce znów będzie słodko, ślicznie i kolorowo! :-)






piątek, 29 marca 2019

Nowe zestawy Lego Batman na 80-te urodziny Mrocznego Rycerza!

Jeśli nie jesteście na bakier z kalendarzem, zapewne już dawno obliczyliście, że w tym roku Batman obchodzi swoje 80-te urodziny. Dopiero co ukazał się tysięczny numer Detective Comics (gdzie Nietoperz przed laty debiutował), a już zapowiedziano kolejne niespodzianki! 

O niezwykłej rocznicy nie zapomniała oczywiście firma Lego, która na nadchodzące wakacje przygotowała kilka zestawów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej. Tym razem w projektach da się wyraźnie wyczuć inspirację klasycznym wyglądem Gacka, jego pojazdów oraz licznych przeciwników. Patrzcie i szykujcie portfele, bo prawie każdy z tych modeli wart jest grzechu!







Premierę powyższych zestawów zapowiedziano na sierpień. Na chwilę obecną nie są znane ich ceny. Który podoba się Wam najbardziej?


poniedziałek, 25 marca 2019

RECENZJA: Dracula (R. Thomas, M. Mignola)


W 1992 roku Francis Ford Coppola zachwycił świat swoją wersją klasycznej prozy Brama Stokera. Rzecz dotyczyła oczywiście najbardziej znanego wampira, hrabiego Vlada Draculi, zamieszkującego stare zamczysko na pograniczu Transylwanii, Mołdawii i Bukowiny. Film o pradawnym władcy najdzikszych rejonów średniowiecznej Europy nieomal z miejsca stał się wielkim światowym hitem, pozostając do dziś wyznacznikiem dobrego, stylowego kina grozy. Jako siedemnastoletni dzieciak z niecierpliwością czekałem na premierę tej produkcji i muszę przyznać, że w owym okresie widziałem ją chyba ze trzy razy. Niebagatelną rolę w obrazie Coppoli pełnili najbardziej rozchwytywani aktorzy. Do ścisłej czołówki obsady zaliczali się Anthony Hopkins, Gary Oldman, Keanu Reeves, Winona Ryder oraz Tom Waits. Dzieło okazało się na tyle dobre, że przez trzy dekady nie zestarzało się ani trochę i do dziś jest np. stałym elementem mojego filmowego maratonu na Halloween. Zakładam, że każdy kinoman zna tę historię na pamięć, pomijam więc streszczenie fabuły i od razu przechodzę do tematu poniższej recenzji.

W tym samym czasie co film, powstał również komiks, który był wierną adaptacją ekranowej historii. Zadanie przeniesienia klasycznej opowieści powierzono Royowi Thomasowi. Autor musiał zmierzyć się z wielowątkowym, dość rozbudowanym dziełem, będącym swoistym połączeniem romantycznej legendy oraz brutalnej przypowieści grozy. Zadanie wykonał co najmniej poprawnie, ponieważ tytuł szybko zniknął ze sklepowych pólek w USA i... nie pojawił się na nich przez najbliższe dwadzieścia sześć lat. Dracula z miejsca stał się komiksem prawdziwie kultowym, tzw. białym krukiem, o którym słyszeli prawie wszyscy wielbiciele historii obrazkowych, lecz niewielu miało okazję mieć go w swoich rękach. Sytuacja zmieniła się dopiero w zeszłym roku, kiedy dzieło Thomasa i Mike'a Mignoli ponownie pojawiło się na światowych półkach. I dobrze się stało, bo sami chyba przyznacie, że warto oddawać podobne owoce dziedzictwa obrazkowego w ręce nowych pokoleń. Tym bardziej, że tym razem zrezygnowano z oryginalnej wersji kolorowej, ukazując kunszt scenarzysty i rysownika w gustownej (ale także niepokojącej) czerni i bieli.


O pracy Thomasa nad scenariuszem nie da powiedzieć się wiele ponad fakt, że wywiązał się ze swej pracy bardzo skrupulatnie. Komiks jest dokładnym przełożeniem filmowej historii, z zaledwie kilkoma niewielkimi rozszerzeniami fabularnymi, mającymi zastosowanie w paru króciutkich scenach. Prawda o Draculi jest jednak taka, że to autor rysunków do albumu, Mike Mignola jest w nim prawdziwie błyszczącą gwiazdą. Znany dziś najbardziej z prac nad genialnym Hellboyem, Mignola był w tamtych czasach w początkowej fazie swej kariery. Miał już jednak mocno wyrobiony styl, co zauważy każdy, kto choćby przelotnie przejrzy zawartość komiksu. Ilustrator obdarzył opowieść Thomasa swą charakterystyczną, szkicową kreską, wypełniając wszystkie kadry cieniami oraz głęboką czernią, świetnie współgrającą z grozą i napięciem całości. Na poszczególnych obrazkach widać klasyczne ujęcia wyjęte żywcem z filmu, przy czym nie ulega żadnej wątpliwości, że styl Mignoli dominuje wizualnie nad mrokiem opowieści. W całej swej technicznej umowności autor potrafił oddać też niesamowite podobieństwo do poszczególnych postaci (oraz aktorów). Za sprawą doskonałego opanowania artystycznego rzemiosła, legenda o Draculi naprawdę błyszczy, sprawiając wrażenie, że to film oparto na komiksie, a nie odwrotnie.

Jeśli tak jak ja, lata temu zakochaliście się w filmowym Draculi, upewnijcie się, że dzieło Thomasa i Mignoli trafi jak najszybciej w Wasze ręce. Ta klasyka gatunku została podana przez nich w najwyższej obrazkowej formie, przenosząc wrażenia z filmu Coppoli na nowy, równie atrakcyjny grunt. Jestem prawie pewien, że tak jak pamiętna hollywoodzka produkcja, komiksowy Dracula również przejdzie próbę czasu, bawiąc i strasząc czytelników przez wiele najbliższych dekad (a może i dłużej, w końcu tytułowy hrabia jest nieśmiertelny, prawda?). Dodatkowym atutem przemawiającym na korzyść posiadania albumu są zamieszczone na końcu wydania szkice artysty, przygotowane do pokrycia tuszem przez Johna Nyberga. Można dzięki temu prześledzić proces twórczy, jeszcze bardziej doceniając technikę oraz graficzne sedno historii. Nie zwlekajcie więc dłużej i dopilnujcie, żeby te kultowe dzieło jak najszybciej trafiło pod Wasze strzechy. A jeśli będziecie czytać je po zmroku, pamiętajcie żeby mieć w zanadrzu osinowy kołek i główkę świeżego czosnku. W końcu nigdy nie wiadomo co czai się w ciemnościach za oknem... ;-)



Tytuł: Dracula
Scenariusz: Roy Thomas
Rysunki: Mike Mignola
Tusz: John Nyberg
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Kboom
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 138
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79 zł


Komiks Dracula znajdziecie na stronie wydawnictwa Kboom.


niedziela, 24 marca 2019

To my (2019) niepokoi, straszy i... zmusza do myślenia


Przyznam się Wam, że nieraz miewam dziwnie niepokojące myśli. Najczęstszą z nich jest ta, w której wracając z żoną do domu, we własnym oknie widzimy samych siebie. Czy oznaczałoby to, że znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra? A może niepostrzeżenie wkroczyliśmy w strefę mroku? Najgorsze wydaje się jednak to, że moglibyśmy okazać się jakimiś dziwnymi kopiami samych siebie... Na szczęście nie jestem jedynym, komu wyobraźnia płata podobne figle. Jak wynika z najnowszego filmu To my, reżyser i scenarzysta Jordan Peele też czasem lubi pobawić się konceptem zakrzywionej rzeczywistości. Od momentu obejrzenia filmowego zwiastuna, jego pomysł ujął mnie na tyle, że po niesamowicie słabym Uciekaj! (2017) postanowiłem obdarzyć twórcę drugą szansą i przekonać się, co zrobi z tak fascynującym pomysłem. Zabawa zapowiadała się przednia, toteż ubrałem się i ochoczo pognałem do kina. Na szczęście obyło się bez zawodu i już teraz mogę napisać, że To my trafi do grona najbardziej udanych produkcji grozy 2019 roku.

Historia Peele'a jest na tyle specyficzna, że naprawdę ciężko jest streścić ją bez zdradzania istotnych szczegółów. Mamy więc czteroosobową rodzinę, która wybiera się na małe wakacje do Santa Cruz. Adelaine (Lupita Nyong'o) nie jest zachwycona miejscem wakacji, ponieważ przed laty przeżyła w tam pewne niepokojące zdarzenie. Nie chcąc jednak odmawiać mężowi (Winston Duke) robi dobrą minę do złej gry i stara się bawić z całą resztą. Dziwne obawy narastają w bohaterce coraz bardziej, aż do chwili, gdy ciemną nocą przy wejściu na teren ich wypoczynkowej posiadłości pojawia się kilka złowrogich osób. Jak się wkrótce okaże, cztery mroczne postacie są dziwnymi wersjami naszych bohaterów, a ich cele z pewnością nie pokrywają się z beztroską, letnią zabawą. Od tej pory rozpocznie się dramatyczna walka o życie i bezpieczeństwo państwa Wilsonów, która poprowadzi ich na skraj szaleństwa oraz wyjaśnienia tajemnicy, która pragnie zniszczyć ich szczęśliwe życie. I choć taki zarys fabuły nasuwa natychmiastowe skojarzenia z wieloma niezbyt satysfakcjonującymi produkcjami, twórca podczas seansu pokazał mi dobitnie, że panuje nad opowieścią, a także wszystkimi wykorzystanymi w niej elementami.


To my bazuje na bardzo prostym, choć niezwykle kreatywnym pomyśle, który Peele wykorzystuje do opowiedzenia swej w pełni autorskiej historii. Powyższe streszczenie stanowi więc zaledwie pomysłowy punkt wyjścia, za pomocą którego twórca filmu zabiera widza do wnętrza swojej niepokojącej wyobraźni. Posługując się znajomością konwencji licznych filmów grozy, reżyser bawi się formą, dodając do niej najróżniejsze składniki. Są one często niejednoznaczne, wymagając od widza samodzielnego łączenia pewnych faktów. I to chyba jest w tym filmie najlepsze. Pozornie prosta historia prowadzona jest tak, aby przez cały czas wzmagać chęć poznania odpowiedzi. Angażujące wydarzenia zaopatrzono w należytą dozę grozy, co sprawiło, że przez cały czas siedziałem na krawędzi fotela martwiąc się o bohaterów, ale również chcąc zrozumieć ukryty sens wydarzeń (oraz tego, co jest ich przyczyną). Odpowiedzi oczywiście nadeszły, choć nie były one wyłożone zbyt prosto. Peele zdał się na inteligencję widzów, podając kilka luźniejszych tropów, które dopiero po pewnym zastanowieniu objawiły sens całej układanki. A kiedy finałowe sceny odkryły szokującą prawdę, wiedziałem, że mam do czynienia z dziełem prawie idealnym.

Dobrego odbioru To my należy szukać także w rolach aktorskich. Nyong'o dzielnie dźwiga większość filmu na swoich barkach (w obu swych wersjach), choć reszta jej ekranowej rodziny wypada niemniej przekonująco. Duke dodaje do całości lekkiego wydźwięku komediowego, natomiast dzieciaki (Shahadi Wright Joseph i Evan Alex) zachowują się tak naturalnie, jak tylko potrafią młodociani aktorzy. Sprawdza się tu też bardzo ważna zasada, według której dobrze prowadzony horror powinien mieć bohaterów, którym będziemy mogli kibicować. Byłem więc w stanie martwić się o losy wszystkich postaci, często zastanawiając się co zrobiłbym na ich miejscu. Co ciekawe, zadziałało to nawet w scenach, niepotrzebnie kopiujących najgorsze horrorowe schematy (na szczęście w stopniu nieporównywalnie mniejszym niż w ostatnim akcie Uciekaj!). Dodało to do seansu istotną nutę realizmu, co zgrało się z nieoczekiwanym szokiem, jaki zaserwował mi finał. Indywidualizm twórcy pozwolił uniknąć filmowi popadaniu w najbardziej ograne ekranowe sztuczki. Jeśli uwielbiacie tzw. jumpscare'y, musicie nastawić się na srogie rozczarowanie - to nie ten typ rozrywki.

Nowe dzieło Peele'a jest filmem, który z pewnością spodoba się widzom szukającym w kinie grozy czegoś nowego i niepowtarzalnego. Choć wiele elementów To my oparto na klasycznych wzorcach, całość sporządzono według dość nowatorskiego pomysłu, pozostawiającego sporo miejsca na indywidualny odbiór. Wraz z reżyserem udajemy się w mroczną podróż pełną niespodzianek, ułożoną według jego własnej receptury. Przypomina to trochę wejście do przysłowiowej króliczej nory, gdzie określone zasady już nie obowiązują, a pozostałe całkowicie złamano. Produkcja dostarcza wielu emocji, rodzi pytania i woła o właściwe odpowiedzi, ale to od Was samych będzie zależeć czy w pełni kupicie tak zaprezentowaną wizję. Film jest przede wszystkim świetną, sprytnie podaną rozrywką, która zmusza szare komórki do pracy, wywołując jednocześnie gęsią skórkę na całym ciele. Dzięki temu każdy będzie mógł inaczej spojrzeć na świat, wiedząc, że czasem rzeczy ukryte w cieniu nie muszą być tym, za co je powszechnie uważamy. A jeśli kiedyś na czyimś progu stanie odziany na czerwono osobnik, dzierżący w dłoni długie złote nożyczki, nikt nie będzie mógł zarzucić twórcy, że go nie ostrzegał.



Tytuł: To my (Us)
Scenariusz: Jordan Peele
Reżyseria: Jordan Peele
Obsada: Lupita Nyong'o, Winston Duke, Elizabeth Moss, Tim Heidecker, Shahadi Wright Joseph, Evan Alex
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 22 marca 2019 (USA), 22 marca 2019 (Polska)
Czas trwania: 116 min. 

piątek, 22 marca 2019

PATRONAT SKRZYDEŁ GRYFA: Do Gwiazd - Brandon Sanderson


Brandon Sanderson jest jednym z najlepszych pisarzy współczesnej fantastyki. Z tym zdaniem zgodzi się chyba każdy, kto choć raz zetknął się z jego twórczością. Jest też niezwykle płodnym artystą. To chyba też nie ulega wątpliwości, ponieważ autor już nieraz z powodzeniem pracował nad kilkoma tytułami naraz. Taka podzielność uwagi skutkuje sporą ilością powieści, które pojawiają się na rynku w ciągu każdego roku. Niemniej istotnym jest, że jakość owych dzieł nigdy nie pozostawia wiele do życzenia. W jego książkach znajdą coś dla siebie starsi, bardziej wymagający czytelnicy (seria Archiwum Burzowego Światła), sympatycy nieco lżejszej, bardziej rozrywkowej literatury (cykl Mściciele) oraz młodsi, dopiero zaczynający swoją fantastyczną przygodę odbiorcy (Rytmatysta). W tym roku Sanderson zabiera nas w fantastyczną podróż do odległej przyszłości, na otoczoną pasami kosmicznego złomu planetę Detritus, gdzie niegdyś rozbiły i schroniły się niedobitki ludzkości. Tu też poznamy bohaterkę powieści, Spensę, która ponad wszystko chce zostać pilotem myśliwca, walczącym z nieprzyjacielskimi, obcymi Krellami. Witajcie w uniwersum Skyward. Sięgnijcie Do Gwiazd.

Na siedemnastoletniej Spensie ciąży mroczne wydarzenie sprzed lat. Jej ojciec, jeden z najlepszych pilotów, zdezerterował podczas niezwykle ważnej potyczki z wrogiem, niespodziewanie opuszczając swą jednostkę. W odwecie myśliwiec Śmiałego został zestrzelony, on sam obwołany zdrajcą i tchórzem, a jego rodzinie odebrano wszystkie należne przywileje. Pomimo niechęci dowodzącej latającymi jednostkami admirał, Spensa przystępuje do egzaminu wstępnego do szkoły dla pilotów. Żyjąca wielkimi marzeniami wie, że nie została stworzona do zbierania jadalnych roślin czy wykonywania nudnych prac technicznych w podziemnych, otoczonych skałami bazach. Ona chce latać, walcząc o wolność współmieszkańców, ale przede wszystkim oczyścić zszargane imię ojca. A nie będzie jej łatwo, ponieważ jak się zdaje, wszystko sprzysięgło się przeciw niej. Nadzieją dziewczyny pozostanie jej niezwykły upór, który przekuje wszelkie oczekiwania w siłę, tak potrzebną do realizacji celu oraz stopniowego zjednania otoczenia.

W Do Gwiazd Sanderson zapoznaje nas z młodą bohaterką, która kierowana marzeniami, wyrusza w długą podróż, przynoszącą jej wiele bólu, ale też bardzo istotnych zmian. Spin (jak nazywają ją najbliżsi) szybko orientuje się, że świat nie jest skonstruowany według jej fantazji, a o wszystko trzeba nieustannie walczyć. Szczególnie, kiedy jest się osobą niejako odsuniętą na margines społeczeństwa. Na szczęście dziewczyna rozumie stawkę i płynnie dostosowuje się do wszelkich niedogodności. Dla dobra sprawy gotowa jest wyrzec się wszystkiego. Jak to bywa w dobrze skonstruowanych historiach, w odpowiednim momencie wokół niej pojawia się kilka przychylnych osób. Na pierwszy plan wysuwa się kolega z dzieciństwa Rig oraz kapitan Cobb, starszy instruktor lotów. Swoistym przełomem okazuje się być chwila, w której Spin znajduje w częściowo zawalonej jaskini model starego, uszkodzonego myśliwca. Nawiązanie kontaktu z układem sterującym (M-Bot'em) będzie początkiem powolnego podążania dziewczyny ku obranym celom.

Brandon Sanderson stworzył opowieść, która ujmie wielu czytelników. Do najważniejszych elementów z pewnością będzie należeć silna, przekonana o swojej racji bohaterka, która uczy się i zmienia podczas przebytej drogi. Znajdziemy tu również ekscytującą tajemnicę, której rozwiązanie wiąże się z oczyszczeniem ojca Spin z jego winy. Podobnie jak w Drodze Królów, autor stworzył świat, który targany jest brakiem istotnych informacji o własnej przeszłości. Kim są Krelle? Dlaczego ojciec Spin zdradził? Czemu ludzie na Detritusie są nieustannie nękani przez obcych? To tylko niektóre z pytań, lecz bądźcie pewni, że wraz z finałem historii otrzymacie wszystkie oczekiwane odpowiedzi. Nie bez znaczenia jest też budowa postaci drugoplanowych. W treści książki nie ma wyraźnego podziału na czerń i biel. Twórca daje czytelnikowi poznać motywacje wszystkich bohaterów, a tylko od jego uznania zależeć będzie, jak to zinterpretuje. Nie należy również obawiać się nachalnego wątku romantycznego. Nic z tych rzeczy! Choć Spensa jest młodą dziewczyną, jej umysł (przynajmniej na razie) zajmują znacznie ważniejsze sprawy niż chodzenie z chłopcami za rękę.

Do Gwiazd to z oczywistych przyczyn książka o pilotach, toteż jasnym jest, że jej lektura sprawi wiele radości entuzjastom powietrznych bitw i potyczek. Autor poświęca wiele czasu na ukazanie treningu kadetów oraz technicznej stronie lotów myśliwcami. Robi to jednak w bardzo przystępny sposób, wobec czego nawet najmniej zorientowani czytelnicy szybko zorientują się, co oznaczają poszczególne komendy oraz na czym polegają manewry wykonywane przez pilotów w kokpitach. Sanderson zaplanował tę powieść jako pierwszą część trylogii Skyward, toteż trzeba mieć świadomość, że na tym tomie nie skończą się przygody Spin. Na szczęście nie mamy tu do czynienia z nowicjuszem, toteż nie trzeba się obawiać kopiowania formuły w kolejnych odsłonach cyklu. Sekrety zostaną rozwiane, bohaterka przejdzie do kolejnego etapu swej podróży, a cały przedstawiony na kartach powieści świat ukaże w finale swą drugą twarz. Nie ma więc obawy, że za jakiś czas czytać będziemy znów to samo. Tematyka z pewnością pozostanie bez zmian, lecz pewne elementy fabularne i treść przeniosą się w zupełnie inne rejony.

Brandon Sanderson napisał powieść, która najbardziej przypadnie do gustu czytelnikom lubiącym historie wypełnione ekscytującą akcją, charakternymi postaciami i intrygującą tajemnicą. Jest to dość tradycyjne, przygodowe science-fiction (napisane zrozumiałym językiem), nie silące się na bycie czymś więcej niż w istocie jest. Książka oferuje zgrabną, świetnie przemyślaną fabułę, która sprawi, że przy tych kilkuset stronach tekstu nie spędzicie więcej niż kilka dni. Choć główna bohaterka ma zaledwie siedemnaście lat, czytelnicy w każdym wieku odnajdą się w stylistyce zaproponowanej przez autora. Podczas poznawania przygód Spensy zdziwicie się, jak bliskie i wciągające staną się Wam jej zmagania. Trudno stworzyć opowieść, która dotrze do jak największego grona odbiorców, sądzę jednak, że Sandersonowi wyczyn ten udał się wyśmienicie. Do Gwiazd nie jest młodzieżową przygodówką, wypełnioną tanimi chwytami oraz nadmiernie przesłodzonym romantyzmem, ale pełnoprawną powieścią fantastyczną z krwi i kości. Mam nadzieję, że jak najwięcej osób sięgnie po tę historię. Ci, którzy to zrobią, trafią do nieznanego, fascynującego świata, gdzie wraz ze Spin wyruszą na jedną z najbardziej niezwykłych przygód. I jestem pewien, że nie będą tej decyzji żałować.


Do Gwiazd - Brandon Sanderson
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2019
Przekład: Zbigniew A. Królicki
ISBN: 978-83-8116-574-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 606
Cena okładkowa: 39,90 zł



środa, 20 marca 2019

RECENZJA: Superman - Action Comics, tom 5 - Booster Gold (D. Jurgens, B. Booth, W. Conrad)


Action Comics to jeden z trzech cykli (obok Supermana oraz Ligi Sprawiedliwości), przedstawiających burzliwe losy Człowieka ze Stali. Jak wskazuje sama nazwa tej serii, skupia się ona na ukazaniu jak największej ilości wydarzeń, obfitujących w dynamiczną akcję oraz niesamowite potyczki. Oprócz nich, treść poszczególnych historii często wypełniały niezwykle istotne kwestie, zbliżające nas do głównego bohatera. Dowodem tego są poprzednie tomy (Efekt OzaNowy świat, OdrodzonyLudzie ze stali, Powrót do Daily Planet), które miałem przyjemność omawiać na łamach Skrzydeł Gryfa. Jeśli jesteście ciekawi co tym razem przygotował dla swoich czytelników scenarzysta serii - Dan Jurgens, zapraszam na poniższą recenzję. Nie zabraknie w niej pewnych pochwał, ale będę też zmuszony wylać sporo żalów, dotyczących charakteru samej opowieści.

Przejdźmy więc do rzeczy. Nie wiem czy to tylko ja, czy Jurgens powoli traci dobre pomysły na ten tytuł. Oczywiście, przy ogólnym spojrzeniu na Boostera Golda da się zauważyć, że jest to kolejny odcinek tej samej serii, jednak pewna sztampowość w budowaniu pomysłów coraz bardziej rzuca mi się w oczy. Tytuł jest bezpośrednią kontynuacją tomu Efekt Oza. Dostajemy w nim ciąg dalszy tajemnicy dotyczącej tożsamości oraz pojawienia się Jor-Ela. Wyruszającemu po odpowiedzi Supermanowi towarzyszy nieoczekiwany sojusznik, Booster Gold - bohater pochodzący z dalekiej przyszłości, strzegący czasowego kontinuum. Podróżujący przez czas i przestrzeń herosi odwiedzą kilka wielce interesujących miejsc, gdzie dojdzie do całej masy wybuchowych i nieprzewidzianych wydarzeń. I właśnie z tym elementem miałem podczas lektury największy problem.

Action Comics coraz mocniej zatraca swą unikalną treść, stając się w tym tomie typowym "akcyjniakiem" bez większego polotu. Choć Jurgens stara się jak może, wprowadzając mniej znanego bohatera (tytułowy Booster Gold) oraz przenosząc swe postaci do dość niespodziewanych miejsc, całość jest w większości tak miałka, jak mogą być tylko komiksy o naładowanych testosteronem bohaterach. Czyta się to paradoksalnie dość dobrze (w końcu to superhero), lecz największy problem pojawia się już po piętnastu minutach od odłożenia komiksu na półkę. Naprawdę trudno jest przypomnieć sobie o co dokładnie w nim chodziło, a ja przed napisaniem tej recenzji musiałem kilkakrotnie przekartkować tom, aby odświeżyć sobie wszystkie istotne wydarzenia. Szkoda, bo autor sprowadził tu Supermana do roli zwyczajnego mięśniaka, który oprócz wykorzystywania swej siły nie robi prawie nic innego.


Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie odnotował kilku kwestii, które w moich oczach podwyższają jakość tego komiksu. O Boosterze już wspominałem, fajnie jest móc zrozumieć tą postać i zobaczyć co tak naprawdę nią kieruje. Gold nieźle uzupełnia Supermana, dodając do jego nawalanek pewnego rodzaju świeżość. Ciekawie wypada także dron/droid Skeets, który oprócz nieustannego zagadywania bohaterów ma do odegrania pewną dość ważną rolę. Nieoceniony jest w tym tomie wątek rodzinny Kentów, lecz na dobrą sprawę nie jest on niczym nowym. Przeplatanie głównej akcji sekretną misją Lois, która rusza na pomoc swemu ojcu jest ciekawe, tym bardziej, że koegzystuje z wątkiem poszukiwań odpowiedzi na temat powrotu ojca Supermana. Tutaj dochodzimy też do najlepszego elementu Boostera Golda, którym jest zacieśnienie więzów pomiędzy ukochaną Clarka, a generałem Lane'm. Ta część wreszcie pokazuje prawdziwą siłę Supermana, biorącą się nie z siły mięśni, ale wprost z jego serca.

Ilustracyjnie tom stoi na wysokim, choć dość różnorodnym poziomie. Dan Jurgens i Will Conrad prezentują standardowe podejście do przedstawiania komiksowego Supermana, natomiast Brett Booth pokazuje bardziej dynamiczną stronę jego zmagań. Styl tego artysty bardzo mi odpowiada, choć mam wrażenie, że niektórych czytelników nie do końca przekona jego mocno przesycona, ekspresyjna estetyka. W każdym z tych przypadków rysunki dobrze korespondują z treścią, uzupełniając ją o należytą wizualizację, która wzbogaca opowieść o należyte barwy i szczegóły.

Pomimo moich narzekań Booster Gold to nadal niezła rozrywka, niestety sprawdzająca się wyłącznie na raz. Fabuła komiksu jest przemyślana, nie drażniąc przesadnie głupimi rozwiązaniami, lecz nie zaprezentowała się na tyle unikalnie, aby trwale zachwycić mnie jako odbiorcę. Nie znalazłem tu niczego, czego w przygodach Supermana ani Action Comics bym jeszcze nie czytał. Główna historia to typowa, przepełniona akcją nawalanka, w której wykorzystano oklepany do bólu wątek podróży w czasie. Końcówka tomu szczęśliwie oferuje pewną zmianę treści, choć nie jest ona na tyle istotna, aby zmyć wrażenie wtórności wcześniejszej części komiksu. Pomimo tego, należy stwierdzić jasno, że Dan Jurges odwalił we wszystkich tomach Action Comics kawał dobrej roboty. Pokazał Supermana jako odpowiedzialnego obrońcę Metropolis i reszty planety, umiejącego połączyć obowiązki herosa z ciepłym życiem rodzinnym. Choćby z tej przyczyny warto przeczytać wszystkie tomy cyklu spod szyldu DC Odrodzenie. I nawet słabsza kondycja najnowszej odsłony losów Człowieka ze Stali nie odbierze temu tytułowi wysokiej jakości, którą wyrobił sobie w ostatnim czasie.



Tytuł: Superman - Action Comics, tom 5 - Booster Gold
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Dan Jurgens, Brett Booth, Will Conrad
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiksy z serii Action Comics i Superman znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 15 marca 2019

Do Gwiazd Brandona Sandersona pod patronatem Skrzydeł Gryfa!

Skrzydła Gryfa nie ustają w polecaniu ciekawych i wartościowych tytułów. Kolejną książką, która zostaje objęta opieką medialną bloga jest najnowsza powieść niekwestionowanego mistrza fantastyki, Brandona Sandersona! Jestem niezmiernie podekscytowany, że już dziś mogę polecić Wam kolejne dzieło jednego z moich najbardziej lubianych pisarzy! 

Do Gwiazd to pierwsza część trylogii Skyward, skierowanej do młodych sympatyków fantastyki. Jest to pasjonująca opowieść o nieustraszonej dziewczynie, która chce zostać pilotem myśliwca w czasach najazdu ludzkości przez okrutną rasę obcych.

Tytuł ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, a na półkach księgarskich możecie szukać go od 25 marca b. r. Już za tydzień zaproszę Was na przedpremierową recenzję, a w dniu pojawienia się powieści w sprzedaży nie zapomnijcie odwiedzić profilu Skrzydeł Gryfa na facebook'u, gdzie rozpocznie się konkurs, w którym do wygrania będzie kilka egzemplarzy książki!



BRANDON SANDERSON - DO GWIAZD

"Świat Spensy jest atakowany od setek lat. Obcy zwani Krellami przypuszczają jeden powietrzny atak za drugim, prowadząc niekończącą się kampanię, której celem jest zagłada ludzkości. Jedyną obroną przed nimi są eskadry myśliwców walczące z wrogiem w przestworzach. Piloci są bohaterami niedobitków ludzkiej rasy. Spensa zawsze marzyła, że zostanie jedną z nich, że będzie latać i dowiedzie swojej odwagi. Jednak ciąży na niej niesława jej ojca - zestrzelonego przed wieloma laty pilota, który nieoczekiwanie zdezerterował, praktycznie przekreślając szanse Spensy na przyjęcie do szkoły pilotów.

Ludzie nigdy nie pozwolą Spensie zapomnieć o tym, co zrobił jej ojciec, lecz ona mimo to postanowiła latać. A Krelle właśnie to umożliwili. Podwoili liczebność swojej powietrznej armady, jeszcze bardziej zagrażając światu Spensy. Rozpaczliwa walka ludzkości o przetrwanie pozwoli spełnić jej marzenie życia..." 


czwartek, 14 marca 2019

RECENZJA: Vision (T. King, G. H. Walta, M. Walsh)


Vision to postać, z którą fani komiksowych adaptacji po raz pierwszy zetknęli się w filmie Avengers: Czas Ultrona (2015). Myślący syntezoid, który miał służyć jako broń i unowocześniona wersja Ultrona (ale został ostatecznie sprzymierzeńcem Avengers), jest jedną z ciekawszych, ale też chyba nie do końca wykorzystanych postaci w kinowym uniwersum Marvela. Niestety, nie mogę poszczycić się większą znajomością historii tego bohatera ponad to, co widziałem w kinie oraz czytałem w kilku komiksach (gdzie niestety nie odgrywał on głównej roli). Tym chętniej sięgnąłem po chwalone w tu i ówdzie dzieło Toma Kinga, opowiadające samodzielną historię Visiona. Całość, w oryginale zebrana w dwunastu standardowych amerykańskich zeszytach, jest o tyle interesująca, ponieważ nie oferuje typowo klasycznej superbohaterskiej treści. Tym, co jest w niej najciekawsze, dotyczy dość nowatorskiego spojrzenia na istotę człowieczeństwa oraz sposobu jego odbierania przez istoty podobnych cech pozbawione.

Jeśli moje słowa zaciekawiły Was na tyle, aby czytać dalej, to muszę jeszcze dodać, że Vision jest najlepszym komiksem Marvela jaki udało mi się zgłębić od dłuższego czasu. Co ciekawe, sama historia prezentuje się jednak bardzo zwyczajnie i aż dziw bierze, że Kingowi udało się w tak prostej oraz generalnie mało odkrywczej fabule upchnąć tyle fascynujących elementów. Komiks w głównej mierze skupia się oczywiście na Visionie, który wraz ze swoją nową rodziną (stworzoną z jego syntetycznego ciała) zamieszkuje w małym domu na przedmieściach Arlington (stan Wirginia). Czteroosobowa familia Visionów pragnie tylko jednego - spokojnego i normalnego życia. Virginia, żona Visiona pełni więc rolę gospodarnej pani domu, a ich dzieci - Viv i Vin dzielą swój czas na naukę w szkole oraz wspólne spędzanie czasu z rodzicami. Pan domu, oprócz rodzinnych obowiązków przyjmuje także zgłoszenia od drużyny Avengers, gdzie jego działania przybliżają go do trzydziestej ósmej próby uratowania świata. Z początku wszystko układa się jak należy, choć oczywistym jest, że siłą rzeczy Visionowie będą przyciągać niemałą uwagę otoczenia. Niestety, ich familijna sielanka zostaje wkrótce zakłócona przez Mrocznego Żniwiarza, który brutalnie wdziera się do ich domu. Po tym wydarzeniu nic nie jest już takie jak dawniej, a nasi bohaterowie poznają smak zmian, które prowadzą ich w rejony, w jakich nigdy nie oczekiwali się znaleźć.


W tak ujętej fabule ujawnił się prawdziwy kunszt twórczy Kinga, który z mistrzowską precyzją użył zwyczajnej opowieści o rodzinie, aby odpowiedzieć na kilka najważniejszych ludzkich pytań. Kim jesteśmy? Jak dążyć do szczęścia i normalności? Jak możemy rozwiązać nasze problemy? Autor zabiera nas w niesamowitą podróż, pełną psychologicznych pytań i niełatwych odpowiedzi.  Komiks przepełniają niezwykle mądre myśli, które być może zostaną zapamiętane przez czytelników i kiedyś posłużą jako popularne cytaty. Lecz to nie wszystko, co ma do zaoferowania Vision. Komiks ten jest wbrew pozorom dość dynamiczną opowieścią, z kilkoma ciekawymi (i niespodziewanymi) zwrotami akcji. Właśnie te wydarzenia dźwigają na swych barkach całą fabułę. Wszystko co w zamyśle zaplanował sobie King, płynnie łączy się w spójną, bardzo atrakcyjną treść. Pomysł i historia zapewniają świetną rozrywkę, nieustannie przyciągając uwagę czytelnika. Od początku do końca widać, że autor postanowił zaprezentować opowieść bliską swojemu sercu. Dodatkowo, ubarwił ją w sposób atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, a całość komiksu dobrana została tak, że z powodzeniem mogą czytać go także ci, którzy z nie mieli wcześniej do czynienia z tytułami Marvela. Nawiązania do uniwersum nie stanowią głównej osi opowieści, a kwestie wymagające odpowiedniego wyjaśnienia zostały umiejętnie wplecione w treść.

Vision to komiks prawdziwie unikalny. Za sprawą wciągającej fabuły przybliża nam problemy istot, które tylko z czystego założenia mogłyby być takie jak my. Pokazuje, że życie bez uczuć, polegające na wyłącznym kalkulowaniu możliwych rozwiązań jest niewłaściwe i pozbawione większego sensu. Uświadamia, czemu próba zgłębienia własnego przeznaczenia jest z góry skazana na niepowodzenie. Mówi o tym, jak przy braku istotnych, ludzkich cech nieoczekiwanie pojawia się oddanie i poświęcenie. W lepszym odbiorze tej dość filozoficznej otoczki pomagają prace Gabriela Hernandeza Walta i Michaela Walsha. Artyści operują przemyślaną prostotą obrazu, sprawiając, że cały czas pozostajemy w (pozornie) zwyczajnej, łatwej do zaakceptowania rzeczywistości. To właśnie dzięki temu zamysły Kinga mogą trafić na podatny grunt, gdzie czytelnik w bardzo osobisty sposób odbierze cały ładunek emocjonalny opowieści. Aż chce się stwierdzić, że Vision to komiks, który na nowo ustala sposób opowiadania historii superhero, lecz jest on czyś znacznie większym. Bez wątpienia znajdziemy tu wszystko, co czyni dobre opowieści bliskie naszym sercom. Wydźwięk całości jest tak ludzki, jak mogą być tylko historie o najprawdziwszych uczuciach. A najdziwniejsze, że ubrane zostało to w swoistą baśń o syntezoidach, czyli w pełni syntetycznych, zaawansowanych technologicznie istotach. Naprawdę warto zgłębić ten temat. Rzeczy, które uświadomicie sobie po lekturze będą niezwykle cenną nauką. Korzystajcie z niej, bo w tym temacie z pewnością szybko nie pojawi się nic równie dobrego.  



Tytuł: Vision
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Gabriel Hernandez Walta, Michael Walsh
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 272
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Komiks Vision znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


poniedziałek, 11 marca 2019

RECENZJA : Odrodzenie, tom 4 - Ucieczka do Wisconsin (T. Seeley, M. Norton)


Ech... Są takie serie, które powinno się czytać dopiero po wydaniu wszystkich tomów. Nie musielibyśmy wtedy oczekiwać w napięciu na kolejną część, a wciągająca intryga nie kryłaby zbyt długo swych mrocznych sekretów. Niestety, nie zawsze tak się da, dlatego też trzeba honorowo przełknąć gulę niecierpliwości, spokojnie delektując się fabułą w odcinkach. To, co właśnie napisałem, ma idealne zastosowanie w stosunku do serii Odrodzenie (autorstwa Tima Seeley'a i Mike'a Nortona). To właśnie taki cykl, w przypadku którego czekanie na kolejny tom jest prawdziwą katorgą, a sama lektura trwa szybciej niż poznawanie treści innych tytułów.

Niezwykle zajmujący jest już główny koncept opowieści. W małym miasteczku zwanym Wausau (stan Wisconsin), dwadzieścia parę zmarłych niedawno osób powraca do życia. Wydarzenie to wstrząsa natychmiast całą Ameryką, podważając wszelkie znane prawa i religie, czyniąc życie w mieścinie (i okolicach) prawdziwą katorgą. Blokada wszystkich dróg, ścisła kwarantanna oraz wyczerpujące śledztwo w widoczny sposób utrudniają życie związanych ze sprawą ludzi, lecz jest to zaledwie początek historii. Dana Cypress, córka szeryfa, włączona do osób prowadzących śledztwo odrodzonych, szybko przekonuje się, że cała sprawa ma drugie, a może nawet trzecie dno. Wraz z rozwojem wydarzeń oraz poznawaniem kolejnych, często niejasnych do końca faktów, oczywistym staje się, że droga do poznania prawdy będzie długa i kręta. A na dodatek Em, siostra Dany okazuje się być jedną z przywróconych, przy czym dziewczyna nie pamięta chwili swej śmierci, a tym bardziej tego, kto ją zamordował. W Wausau tak już po prostu jest, że niemal każdy kryje jakąś mroczną tajemnicę...

Ucieczka do Wisconsin skupia się na dwóch głównych elementach. Ważniejszy z nich opowiada o wyjeździe Dany do Nowego Jorku. Doszło tam niepokojących do wydarzeń, prowadzących śledczych z FBI do zaginionych braci Check. Ponadto, miejskie kamery zarejestrowały wizerunek pewnego jegomościa, który w przedziwny sposób wywinął się z brutalnego napadu. Drugim wątkiem jest ciąg dalszy tajemnicy, skrywającej okoliczności morderstwa oraz nowego życia Em. To jednak nie wszystko. Nadal idziemy tropem tajemniczych duchów, tu też okazuje się, że to co powiedziano nam w tomie trzecim było zaledwie półprawdą. Na jaw wychodzą sekrety nowych odrodzonych, śledzimy kolejne zdarzenia związane ze spożywaniem ich ciał, do akcji wkraczają nieznane wcześniej postacie. Słowem, dzieje się dużo. Fabuła budowana jest tak, że palące pytania z finału ostatniej części zostają chwilowo odłożone na bok, robiąc miejsce dla nowych, równie wciągających wątków.


Tim Seeley sprytnie żongluje fabułą, pokazując nam tylko te elementy, które w danej chwili powinny pełnić istotną rolę. Jeśli więc z niecierpliwością oczekujecie na wyjaśnienie śmierci profesora Weimara lub rozwinięcia wątku małej Jordan, jesteście pod złym adresem. Autor stosuje technikę jednego kroku w przód oraz dwóch w tył, jednak w przypadku Odrodzenia sprawdza się to doskonale. Wodzeni za rączkę, wchodzimy ze scenarzystą w coraz ciemniejszy las, a powstrzymując pierwotny strach, co jakiś czas zostajemy nagrodzeni kilkoma dobrymi tropami. Seeley celowo zatacza pełne okręgi, niespiesznie prowadząc akcję do celu, a my, mając świadomość, że to dopiero połowa drogi, musimy uzbroić się w żelazną cierpliwość. Być może będzie to dziwne porównanie, ale autor, niczym dobry rzemieślnik w pocie czoła pracuje nad tym fragmentem, który jest dla niego najbardziej istotny. Mike Norton dzielnie partneruje mu w tym trudzie, tworząc swą kreską świat tak realny, jak tylko się da. Mrok i niepewność, połączone ze zwyczajnym obrazem rzeczywistości tworzą prawdziwie sugestywną mieszankę, trwale niepokojącą swą bezpośrednią bliskością.

Tom czwarty Odrodzenia jest kolejną stacją w pasjonującej i wciągającej przygodzie z tajemnicami stanu Wisconsin. Jeśli lubicie klimaty (zwiastowanego na każdej okładce) prowincjonalnego noir, powinniście niezwłocznie sięgnąć po ten tytuł. Gęsty klimat Miasteczka Twin Peaks miesza się tu z sekretami rodem z Archiwum X, a za sprawą unikalnego talentu twórców całość przybiera kształt wciągającej czytelnika przepaści. O uroku nowego tomu mógłbym pisać jeszcze długo. Nie ma to jednak najmniejszego sensu, ponieważ jest to komiks, o którym nie powinno się wygłaszać zbyt długich kazań. Znacznie lepiej poświęcić ten czas na jego czytanie, co niniejszym bardzo Wam polecam. Wracam zatem do lektury, mając nadzieję, że być może uda mi się odnaleźć jakąś wskazówkę, która przybliży mnie do rozwiązania całej tajemnicy. Jeśli z kolei Wy znajdziecie jakiś godny wspomnienia szczegół, nie zapomnijcie napisać mi o tym w komentarzu. ;-)


Ps. Dodatkową atrakcją dla części fanów będzie być może (zamieszczona na ostatnich stronach komiksu) historia, stanowiąca połączenie Odrodzenia z serią Chew. Mnie nie przypadła ona specjalnie do gustu, ponieważ jest zbyt krótka i nie wnosi nic szczególnie przełomowego do cyklu.


Tytuł: Odrodzenie, tom 4 - Ucieczka do Wisconsin
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Komiksy z serii Odrodzenie znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


niedziela, 10 marca 2019

Kapitan Marvel (2019), czyli jak zrobić kolejny film superhero bez polotu


Na nowy film Marvel Studios czekaliśmy... chyba tak samo, jak na każdy poprzedni. Za sprawą pozycji, w której znajduje się wytwórnia, publiczność z większą lub mniejszą ekscytacją czeka na kolejną produkcję opatrzoną rozpoznawalnym logo. Niezależnie od tego, czy poznamy przygody zupełnie nowego herosa, czy pokazane zostaną nam zmagania uwielbianej już grupy bohaterów, na filmy z gatunku superhero czeka się jak na dostawę gorącego pieczywa. Nie inaczej miała się sprawa z Kapitan Marvel, a podniecenie tłumów potęgował fakt, że miał to być pierwszy pełnoprawny film studia o (silnej) postaci kobiecej. Niestety, "nie wszystko złoto co się świeci" i nie zawsze dane nam jest otrzymać produkt spełniający wszystkie pokładane w nim nadzieje. Czy zatem nowy film Marvela zawodzi? Generalnie nie, ale ciągnie za sobą masę konkretnych (i bardzo przeszkadzających) problemów. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Najgorszym elementem Kapitan Marvel okazała się nieoczekiwanie sama bohaterka. Przykro mi to pisać, ale Carol Danvers (Brie Larson) cierpi z tym filmie na bycie tzw. Mary Sue. Zawsze wszystko jej się udaje, nie musi mierzyć się z czymś ponad jej siły, nie stoi przed nią stawka zagrażająca jej życiu lub osobom jej bliskim. Nie od dziś wiadomo, że dobrze zbudowany bohater powinien sięgnąć dna, aby na oczach widzów (lub czytelników, w zależności od źródła) móc zmierzyć się ze swoimi słabościami lub przeciwnościami losu. Tu tego nie znajdziecie. Co prawda, Carol staje do walki o odzyskanie pamięci i odkrywa tajemnicę, która mocno zaważyła na jej obecnym życiu, ale nigdy nie znajduje się w sytuacji, w której musiałbym jej gorąco kibicować (lub martwić się o jej bezpieczeństwo). Dziewczyna zawsze znajdzie dobry sposób aby się uratować, albo ktoś z otoczenia wyjdzie z genialnym pomysłem na pomoc w tarapatach. Jest to poważny problem tego filmu, ponieważ przez to zabrakło w nim m. in. poczucia odpowiednio wysokiej stawki. Nie jest tego w stanie rozwiać nawet sympatia, jaką widz (mimo wszystko) obdarza tytułową postać. 


Mocno przesadzono także z wątkiem feministycznym. To prawda, że Marvel oddał w nasze ręce pierwszy film o silnej bohaterce, ale dlaczego zrobił to w tak męczący i nie szanujący inteligencji widza sposób? Czy naprawdę co 10 minut musiałem napotykać uporczywe przypomnienia, że Carol walczy ze społecznymi stereotypami dotyczącymi roli kobiet we współczesnym (lub niegdysiejszym, biorąc pod uwagę czas akcji) świecie? Jak zwykle ktoś znów zapomniał, że pewne kwestie powinny być ukazane bez dodatkowego komentarza. Gdyby rozwiązano to mądrze, umysł każdego widza automatycznie przyswoiłby informację, bez potrzeby męczenia odbiorców powszechną łopatologią stosowaną. Być może kinomani na zachodzie potrzebują takiego dydaktyzmu, tymczasem w kraju nad Wisłą sami umiemy rozpoznać to, co widzimy na ekranie. Przykre, tym bardziej, że obniżyło to wartość filmu o ten tak oczekiwany (przez niektórych) element.

Ostatnim, ale nie mniej ważnym elementem, do którego się przyczepię, będzie ogólna budowa Kapitan Marvel. Po tak wspaniałych produkcjach, wyraźnie odciskających indywidualizm twórców (Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, Strażnicy Galaktyki vol. 2 czy Thor: Ragnarok) znów dostałem standardową (wręcz do bólu) produkcję studia. Porcja akcji, ładni bohaterowie, szczypta humoru, niezłe efekty specjalne (w większości w kosmosie, więc trudno narzekać na realizm) i... to w zasadzie tyle. A gdzie niepowtarzalny styl reżysera? Gdzie unikalne zdjęcia i niemożliwy do podrobienia charakter całości? Nie ma. Zabrakło. Nie dowieźli... Honory muszę jednak oddać samej konstrukcji filmu, jako opowieści o genezie bohaterki. Tym razem postawiono na nielinearną prezentację wątków, gdzie przeszłość późniejszej Kapitan ukazana została jako tzw. flasbacki, a także solidny zwrot akcji, zaprezentowany w trzecim akcie. To w pewien sposób urozmaiciło seans, lecz na pewno nie było w stanie pomóc całości.


Czy warto więc wybrać się na ten film, szczególnie kiedy wielkimi krokami zbliża się premiera Avengers: Koniec gry? Jeśli lubicie produkcje Marvela i tak nic nie odwiedzie Was od kupna biletów, a to co zobaczycie, na swój bezpieczny i wykalkulowany sposób raczej nie obrazi niczyjej wrażliwości. Dostaniecie solidną porcję niezobowiązującej rozrywki, lecz absolutnie nic ponadto. Wieloletnich fanów cyklu kupią nawiązania do przeszłości uniwersum (młody Fury, początkujący Coulson, powrót Ronana Oskarżyciela oraz bogate realia połowy lat 90-tych), a pędzącym na seans rodzinom zapewni się chyba najbardziej familijny seans w historii wszystkich komiksowych produkcji studia. 

Kapitan Marvel to wykalkulowany produkt, który ma zabawić Was przez dwie godziny, wprowadzając nową postać do panteonu superbohaterskich sław. Rozrywka, którą oferuje jest bezpieczna, nie proponująca niczego, czego jeszcze w tym kinie gatunkowym nie pokazano. Całe moje narzekanie wynika z tego, że w filmowym Marvelu bywało już znacznie lepiej, a po tylu latach istnienia uniwersum mam prawo oczekiwać pewnych zauważalnych zmian. Patrząc na wyniki finansowe powyższej produkcji, moje dywagacje wydają się być zupełnie nieuzasadnione, ale jako osoba płacąca za bilet mam przecież prawo do własnej, subiektywnej oceny. To też powyższym uczyniłem i oczekuję od Was podobnego zaangażowania w komentarzach. Piszcie jak oceniacie Kapitan Marvel. Śmiało, Skrzydła Gryfa to miejsce dla nas wszystkich. :-)



Tytuł: Kapitan Marvel (Captain Marvel)
Scenariusz: Anna Boden, Ryan Fleck
Reżyseria: Anna Boden, Ryan Fleck
Obsada: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Ben Mendelsohn, Jude Law, Annette Bening, Lashana Lynch, Clark Gregg
Wytwórnia: Walt Disney Pictures, Marvel Studios
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 8 marca 2019 (USA), 8 marca 2019 (Polska)
Czas trwania: 124 min.

czwartek, 7 marca 2019

Śmierć (czyli dobry sequel) nadejdzie dziś 2 (2019)


Czyżby rok 2019 miał być czasem renesansu kontynuacji filmowych? Dopiero zaczął się marzec, a ja miałem przyjemność obejrzeć w kinie drugi sequel, który poziomem nie odstaje (a pod pewnymi względami jest być może lepszy) od swego poprzednika. Pierwszym zaskoczeniem był oczywiście Lego Przygoda 2 (Bumblebee nie liczę, to był niejako tzw. soft reboot), a dziś dołącza do niego Śmierć nadejdzie dziś 2, czyli kontynuacja halloweenowego przeboju z 2017 roku. Konkretnego przepisu na udany filmowy ciąg dalszy nie zna chyba nikt, toteż nawet nie będę próbował sugerować czegokolwiek od siebie. Napiszę tylko pokrótce, dlaczego nowy film Christophera Landona tak bardzo mi się podobał i co zaważyło na tym, że dobrze się go ogląda.

Na samym początku należy powiedzieć sobie jasno: produkcja Śmierć nadejdzie dziś odświeżyła skostniały (i nieco zapomniany) gatunek horrorów, zwany slasherem. Za sprawą ryzykownego kroku, polegającego na wykorzystaniu nieco ogranego motywu utknięcia w czasie przez bohaterkę (a konkretnie w tym samym dniu), twórcom udało się stworzyć coś całkiem kreatywnego. To ciekawe, że nawet przy oczywistej świadomości oglądania czegoś, co już widziałem (choćby w pamiętnym Dniu Światska), za sprawą umiejętnego pokierowania częściami składowymi fabuły pokazano mi widowisko, które jest zabawne i angażujące od samego początku do końca. Czułem jednak wyraźnie, że to uczucie jest wyłącznie jednorazowe i za nic na świecie nie da się go osiągnąć po raz drugi. Tymczasem, kilka dni temu do polskich kin zawitała druga część filmu i... okazała się rewelacyjna!

Jest kilka elementów, które sprawiły, że owo karkołomne zadanie stworzenia udanego sequela wyszło Scottowi Lobdellowi i Christopherowi Landonowi tak perfekcyjnie. Obaj panowie, pisząc scenariusz postanowili przemyśleć co było mocną stroną oryginału, a pewne istotne elementy pokazać od zupełnie innej, a co najważniejsze nieoczekiwanej strony. Dzięki temu cały show nadal ciągnie na swych barkach niesamowita Jessica Rothe. Po seansie zastanawiałem się, czy jest ona faktycznie tak dobrą aktorką, czy zwyczajnie castingowy wybór tak dobrze dopasował ją do roli. Odpowiedzi na te pytania nadejdą z pewnością z czasem, teraz nie pozostaje wszak nic innego, jak tylko dać się oczarować postaci Tree. Zaangażowanie Rothe w rolę i lekkość przekazywania przez nią emocji sprawia, że widz mocniej zwraca uwagę na akcję, będącą udziałem jej bohaterki. A to w horrorach jest zawsze bardzo ważne. Nie można również zapominać o reszcie obsady. Wszyscy młodzi aktorzy dodają sporo do ogólnego uroku filmu. Dzięki tym elementom ogląda się go jak dobrą, młodzieżową historię.


Za sprawą pomysłowości twórców Śmierć nadejdzie dziś 2 odchodzi jeszcze bardziej od konwencji kina grozy, iskrząc się niesamowitym humorem! Nie klasyfikowałbym więc tej produkcji jako typowego filmu o zabójcy z nożem. Dowcip działa w tej odsłonie wprost rewelacyjnie i jest go znacznie więcej niż w pierwszej części. Mocny akcent postawiono także na emocje, toteż Tree ma jeszcze jedną okazję, aby odsłonić przed nami swoją bardziej uczuciową twarz. Ładunek humoru i wzruszeń jest w drugiej połowie filmu tak duży, że mało brakowało, a całość w pewnym momencie zawaliłaby się pod ich ciężarem. Na szczęście reżyser bacznie pilnował swego dzieła, trzymając wszystko na smyczy, więc we właściwych chwilach wszystko wracało na odpowiedni tor. Kolejną dobrą decyzją było wyjaśnienie przyczyny, przez którą główna bohaterka utknęła w pętli czasowej. Wiązało się to z odwróceniem osi filmu i to w największym stopniu sprawiło, że całość oglądało się z tak wielkim zainteresowaniem.

Śmierć nadejdzie dziś 2 to film, który z powodzeniem dorównuje swemu poprzednikowi. Ciężar jego struktury oparto o wiele nowych elementów, dzięki czemu wrażenie świeżości utrzymuje się przez gro ekranowego czasu. Mamy tu nadal do czynienia z lekkim slasherem przywracającym lubianą, charakterną bohaterkę, jednak tym razem twórcy raczą nas większą ilością humoru oraz nieustannej zabawy z formą. Działa to naprawdę atrakcyjnie i we właściwy sposób angażuje widza. Wydarzenia rozgrywają się szybko, nie sposób nudzić się nawet przez chwilę, a zagadka mordercy i sposobu odwrócenia wydarzeń pochłania w jednakowym stopniu oglądających oraz bohaterów. Mimo wszystko przed seansem polecałbym przypomnieć sobie pierwszą część filmu. Dzięki temu niektóre wątki wybrzmią w Waszej świadomości lepiej, sprawiając, że jeszcze bardziej docenicie pomysłowość twórców. Cieszy mnie, że druga odsłona filmu Landona okazała się sukcesem, nie sądzę jednak, że uda mu się to po raz trzeci. Powyższy film tak ładnie pozamykał wszystkie wątki, że zwyczajnie nie widzę sensu, aby po raz kolejny wracać do tematu. Tymczasem, znając pazerność wytwórni filmowych wiem, że moje życzenie okaże się zwykłą mrzonką. Wszak scena po napisach sugeruje taki właśnie obrót spraw... ;-)



Tytuł: Śmierć nadejdzie dziś 2 (Happy Death Day 2U)
Scenariusz: Christopher Landon, Scott Lobdell
Reżyseria: Christopher Landon
Obsada: Jessica Rothe, Israel Broussard, Phi Vu, Rachel Matthews, Suraj Sharma, Sarah Yarkin, Ruby Modline
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 13 lutego 2019 (USA), 1 marca 2019 (Polska)
Czas trwania: 100 min.

wtorek, 5 marca 2019

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości, tom 5 - Dziedzictwo (B. Hitch, F. Pasarin)


Wszyscy czytelnicy mający styczność z poprzednimi tomami przygód Ligi Sprawiedliwości z DC Odrodzenie wiedzą, że poziom tej serii jest, delikatnie mówiąc, dość różny. Po patetycznym i górnolotnym tomie pierwszym, kolejne odsłony podjęły próbę prezentacji nieco przystępniejszego poziomu, lecz cały czas nie wykraczały one poza tzw. standardowe czytadło (zazwyczaj dające frajdę wyłącznie na raz). Za taki stan rzeczy odpowiada w głównej mierze Bryan Hitch, scenarzysta losów Ligi, któremu powierzono opiekę nad tym tytułem od jego startu pod nowym sztandarem. Choć osobiście jestem daleki od plucia na pomysły Hitcha (co podkreślałem już w poprzednich recenzjach), nadal uważam, że mógłby on podarować prowadzonej przez siebie serii znacznie więcej serca i przemyślanych pomysłów. Stare przysłowie mówi, że dobre rzeczy nadejdą dla tych, którzy cierpliwie czekają, dlatego też miło jest mi donieść, że najnowszy, piąty tom Ligi Sprawiedliwości jest najlepszym z dotychczasowych pisanych przez tego autora.

Jedno, czego nie można odmówić Hitchowi to fakt, że próbuje on w krótszych formach zmieścić bardzo epickie historie. Czasem wychodzi mu to kiepsko, innym razem tak sobie, ale w Dziedzictwie wreszcie znalazł sposób, aby podobny układ oblec prawdziwie wciągającą fabułą. O dziwo, dokonał tego za pomocą wykorzystania pomysłu na podróże w czasie oraz walką z nieuchronnym przeznaczeniem. A przecież są to elementy, które w jego przypadku mogły z łatwością skreślić cały pomysł na starcie. Co więc ciekawego dzieje się w tym bardzo obiecującym tomie? W niedalekiej przyszłości Ziemia stanie się nieprzyjaznym, niemal pozbawionym życia pustkowiem, którym z przerażającą zajadłością władać będzie niejaka Monarchini. W sytuacji, kiedy cała Liga zostanie unicestwiona, nieoczekiwanie ostatnią nadzieją dla świata stanie się jej obdarzone mocami potomstwo. Młodociani bohaterowie spróbują podjąć desperacką podróż w czasie, pragnąc odnaleźć swoich rodziców i sprawić, aby straszliwe wydarzenia nigdy nie doszły do skutku.


Podróże w czasie i przestrzeni są oczywiście pomysłem starym jak świat, eksploatowanym w popkulturze praktycznie do znudzenia. Hitchowi udało się jednak przyciągnąć moją uwagę za sprawą wyznaczenia nieznanej dotąd linii czasowej oraz wprowadzenia bohaterów, o których istnieniu w komiksach DC jeszcze nie słyszałem. W ten sposób poznałem Cruise (Norę Allen), Huntera, Cube'a (George'a Stone), Serenity (Eldoris Curry) oraz Jenny i Jasona (rodzeństwo Latarników). Trzeba przyznać autorowi, że ta barwna zbieranina młodziaków prezentuje się dość ciekawie, ponadto nieźle udało mu się nakreślić ich indywidualne cechy charakteru. Oprócz nich, na scenę wkracza dwójka interesujących antagonistów (specjalnie nie zdradzę kto jest tym drugim), przykuwająca uwagę odbiorcy za sprawą swego wyglądu, tożsamości oraz angażujących działań. Najważniejsze jednak, że wszystko to wpływa na powstanie dobrej konstrukcji fabularnej, która potrafi skutecznie zaangażować czytelnika. 

W Dziedzictwie wracamy poniekąd do wydarzeń z dość męczącego tomu pierwszego (Maszyny zagłady), jednak tym razem Hitch tak posłużył się zaprezentowaną tam Rodziną, że uzyskał punkt zaczepienia z nową, o wiele bardziej zajmującą historią. Wprowadził tu też podwójną tajemnicę, polegająca na pewnych niedopowiedzeniach pomiędzy bohaterami. Służą one do zaprezentowania paru istotnych dla treści, choć też dość nieoczekiwanych informacji. Cieszy mnie również, że autor nie zapomniał o więzach łączących poszczególnych bohaterów, dzięki czemu cieplejszy wydźwięk zyskało kilka rodzinnych scen. Wreszcie możemy ujrzeć w lubianych herosach odbicie normalności, która jest zawsze niezbędna przy budowaniu więzi pomiędzy postaciami, a czytelnikiem. W ten sposób Batman, Flash czy Superman nabierają życia, nie będąc wyłącznie papierowymi wycinkami wygłaszającymi sztuczne przemówienia.


Rysunki w piątym tomie są dziełem Fernando Pasarina, który pracował nad losami Ligi już w poprzednim tomie. Prace artysty są z pewnością klasą samą w sobie (potrafi on idealnie oddać szczegóły na obrazkach i każdy, nawet najdrobniejszy detal wypada wręcz znakomicie), lecz pewien problem stanowią dla mnie ukazywane przez niego twarze. Może to tylko ja, ale w tym tomie każdy bohater wygląda jakby był żywym klonem osoby stojącej obok. Sam nie wiem, może to dlatego, że Pasarin wszystkim rysuje identyczne nosy, a może chodzi tu o specyficzny sposób szkiców twarzy, jednak dla mnie wszyscy wyglądają tu tak, jakby byli ze sobą zbyt mocno spokrewnieni. Efekt ten nie zmienia oczywiście faktu, że piaty tom Ligi Sprawiedliwości i tak ogląda się z wielką przyjemnością.

Dziedzictwo to komiks, w którym pomimo nieodłącznej szczypty patosu znajdziemy też ciekawy koncept oraz sporą ilość niezłych rozwiązań fabularnych. Całość znów udało się upchnąć tak, że w dość skondensowany i przejrzysty sposób prezentuje zaplanowaną historię od początku do końca. Hitch stanął wreszcie na wysokości zadania, tworząc barwną opowieść, która przyciąga ciekawą akcją, ale także grzeje serce nadzieją, jaka od niej bije. Ortodoksyjni fani nie mają się jednak czego obawiać - wersji przyszłości jest wiele, toteż jeśli ta zaprezentowana tutaj nie przypadła Wam do gustu - wszystko jeszcze może się zdarzyć. Rozumiem też, jeśli komuś nadal nie będzie podchodzić specyficzny sposób pisania autora, sądzę jednak, że w przypadku piątego tomu mamy do czynienia z wyraźnym przełomem. Jeśli więc jeszcze nie znudziło się Wam wałkowanie odkręcania przeszłości i podróże w czasie, bierzcie się za tą część Ligi Sprawiedliwości. Myślę, że tym razem historia może zostać z Wami na dłużej.



Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 5 - Dziedzictwo
Scenariusz: Bryan Hitch
Rysunki: Fernando Pasarin
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie tomy Ligi Sprawiedliwości znajdziecie na stronie Egmontu.