niedziela, 10 marca 2019

Kapitan Marvel (2019), czyli jak zrobić kolejny film superhero bez polotu


Na nowy film Marvel Studios czekaliśmy... chyba tak samo, jak na każdy poprzedni. Za sprawą pozycji, w której znajduje się wytwórnia, publiczność z większą lub mniejszą ekscytacją czeka na kolejną produkcję opatrzoną rozpoznawalnym logo. Niezależnie od tego, czy poznamy przygody zupełnie nowego herosa, czy pokazane zostaną nam zmagania uwielbianej już grupy bohaterów, na filmy z gatunku superhero czeka się jak na dostawę gorącego pieczywa. Nie inaczej miała się sprawa z Kapitan Marvel, a podniecenie tłumów potęgował fakt, że miał to być pierwszy pełnoprawny film studia o (silnej) postaci kobiecej. Niestety, "nie wszystko złoto co się świeci" i nie zawsze dane nam jest otrzymać produkt spełniający wszystkie pokładane w nim nadzieje. Czy zatem nowy film Marvela zawodzi? Generalnie nie, ale ciągnie za sobą masę konkretnych (i bardzo przeszkadzających) problemów. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Najgorszym elementem Kapitan Marvel okazała się nieoczekiwanie sama bohaterka. Przykro mi to pisać, ale Carol Danvers (Brie Larson) cierpi z tym filmie na bycie tzw. Mary Sue. Zawsze wszystko jej się udaje, nie musi mierzyć się z czymś ponad jej siły, nie stoi przed nią stawka zagrażająca jej życiu lub osobom jej bliskim. Nie od dziś wiadomo, że dobrze zbudowany bohater powinien sięgnąć dna, aby na oczach widzów (lub czytelników, w zależności od źródła) móc zmierzyć się ze swoimi słabościami lub przeciwnościami losu. Tu tego nie znajdziecie. Co prawda, Carol staje do walki o odzyskanie pamięci i odkrywa tajemnicę, która mocno zaważyła na jej obecnym życiu, ale nigdy nie znajduje się w sytuacji, w której musiałbym jej gorąco kibicować (lub martwić się o jej bezpieczeństwo). Dziewczyna zawsze znajdzie dobry sposób aby się uratować, albo ktoś z otoczenia wyjdzie z genialnym pomysłem na pomoc w tarapatach. Jest to poważny problem tego filmu, ponieważ przez to zabrakło w nim m. in. poczucia odpowiednio wysokiej stawki. Nie jest tego w stanie rozwiać nawet sympatia, jaką widz (mimo wszystko) obdarza tytułową postać. 


Mocno przesadzono także z wątkiem feministycznym. To prawda, że Marvel oddał w nasze ręce pierwszy film o silnej bohaterce, ale dlaczego zrobił to w tak męczący i nie szanujący inteligencji widza sposób? Czy naprawdę co 10 minut musiałem napotykać uporczywe przypomnienia, że Carol walczy ze społecznymi stereotypami dotyczącymi roli kobiet we współczesnym (lub niegdysiejszym, biorąc pod uwagę czas akcji) świecie? Jak zwykle ktoś znów zapomniał, że pewne kwestie powinny być ukazane bez dodatkowego komentarza. Gdyby rozwiązano to mądrze, umysł każdego widza automatycznie przyswoiłby informację, bez potrzeby męczenia odbiorców powszechną łopatologią stosowaną. Być może kinomani na zachodzie potrzebują takiego dydaktyzmu, tymczasem w kraju nad Wisłą sami umiemy rozpoznać to, co widzimy na ekranie. Przykre, tym bardziej, że obniżyło to wartość filmu o ten tak oczekiwany (przez niektórych) element.

Ostatnim, ale nie mniej ważnym elementem, do którego się przyczepię, będzie ogólna budowa Kapitan Marvel. Po tak wspaniałych produkcjach, wyraźnie odciskających indywidualizm twórców (Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, Strażnicy Galaktyki vol. 2 czy Thor: Ragnarok) znów dostałem standardową (wręcz do bólu) produkcję studia. Porcja akcji, ładni bohaterowie, szczypta humoru, niezłe efekty specjalne (w większości w kosmosie, więc trudno narzekać na realizm) i... to w zasadzie tyle. A gdzie niepowtarzalny styl reżysera? Gdzie unikalne zdjęcia i niemożliwy do podrobienia charakter całości? Nie ma. Zabrakło. Nie dowieźli... Honory muszę jednak oddać samej konstrukcji filmu, jako opowieści o genezie bohaterki. Tym razem postawiono na nielinearną prezentację wątków, gdzie przeszłość późniejszej Kapitan ukazana została jako tzw. flasbacki, a także solidny zwrot akcji, zaprezentowany w trzecim akcie. To w pewien sposób urozmaiciło seans, lecz na pewno nie było w stanie pomóc całości.


Czy warto więc wybrać się na ten film, szczególnie kiedy wielkimi krokami zbliża się premiera Avengers: Koniec gry? Jeśli lubicie produkcje Marvela i tak nic nie odwiedzie Was od kupna biletów, a to co zobaczycie, na swój bezpieczny i wykalkulowany sposób raczej nie obrazi niczyjej wrażliwości. Dostaniecie solidną porcję niezobowiązującej rozrywki, lecz absolutnie nic ponadto. Wieloletnich fanów cyklu kupią nawiązania do przeszłości uniwersum (młody Fury, początkujący Coulson, powrót Ronana Oskarżyciela oraz bogate realia połowy lat 90-tych), a pędzącym na seans rodzinom zapewni się chyba najbardziej familijny seans w historii wszystkich komiksowych produkcji studia. 

Kapitan Marvel to wykalkulowany produkt, który ma zabawić Was przez dwie godziny, wprowadzając nową postać do panteonu superbohaterskich sław. Rozrywka, którą oferuje jest bezpieczna, nie proponująca niczego, czego jeszcze w tym kinie gatunkowym nie pokazano. Całe moje narzekanie wynika z tego, że w filmowym Marvelu bywało już znacznie lepiej, a po tylu latach istnienia uniwersum mam prawo oczekiwać pewnych zauważalnych zmian. Patrząc na wyniki finansowe powyższej produkcji, moje dywagacje wydają się być zupełnie nieuzasadnione, ale jako osoba płacąca za bilet mam przecież prawo do własnej, subiektywnej oceny. To też powyższym uczyniłem i oczekuję od Was podobnego zaangażowania w komentarzach. Piszcie jak oceniacie Kapitan Marvel. Śmiało, Skrzydła Gryfa to miejsce dla nas wszystkich. :-)



Tytuł: Kapitan Marvel (Captain Marvel)
Scenariusz: Anna Boden, Ryan Fleck
Reżyseria: Anna Boden, Ryan Fleck
Obsada: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Ben Mendelsohn, Jude Law, Annette Bening, Lashana Lynch, Clark Gregg
Wytwórnia: Walt Disney Pictures, Marvel Studios
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 8 marca 2019 (USA), 8 marca 2019 (Polska)
Czas trwania: 124 min.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz