poniedziałek, 29 kwietnia 2019

RECENZJA: Wojna domowa - Stuart Moore


Wojna domowa to bardzo popularny komiks Marvela autorstwa Marka Millara i Steve'a McNivena. Wydany w 2006 roku posłużył za wzór do realizacji pamiętnego filmu Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów. Opowiadał o potężnym starciu do jakiego doszło pomiędzy superbohaterami uniwersum, na skutek wprowadzenia ustawy o rejestracji i kontroli wszelkich samozwańczych stróżów prawa. Niestety, jak dotąd nie udało mi się zgłębić tego dzieła (czeka na swoją kolej na półce z WKKM). Na szczęście kilka razy widziałem film z 2016 roku, który jest jego luźną adaptacją. O ile przeniesienie historii obrazkowej na wielki ekran jest w dzisiejszych czasach zabiegiem dość (lub nawet zbyt) powszechnym, niemniej interesujący okazał się fakt istnienia adaptacji książkowej powyższego crossovera. Choć może wydawać się to dziwne (podobnie jak papierowe wersje kinowych blockbusterów), wspomniany zabieg został urzeczywistniony za sprawą Stuarta Moore'a, człowieka dość mocno związanego ze stroną redakcyjną przemysłu komiksowego (autor ten jest odpowiedzialny za linie wydawnicze Marvela i Vertigo, został też wyróżniony prestiżową Nagrodą Eisnera). Moore podjął się dość ryzykownego manewru, który może wydawać się jednocześnie dziwny jak i dość bezsensowny. W końcu po co pisać (a co gorsza czytać) książkę, kiedy można sięgnąć po komiks?

Powyższa teza może mieć jednak zastosowanie w przypadku niemal każdej adaptacji. Przyczyn powstania tej powieści może być wiele, tymczasem faktem jest, że Moore podjął się zadania nietypowego, dzięki któremu zyskałem impuls do zapoznania się z jego wersją historii. Co zatem wyniosłem z lektury Wojny domowej? Jako najważniejszą zaletę książki uznaję przekonanie do wyższości scenariusza filmu nad jego komiksowym pierwowzorem. W tym momencie muszę optymistycznie założyć, że powieść Moore'a jest dość wierna ze scenariuszem kultowego komiksu. W świetle tego, treść zaprezentowana przez Millara nijak ma się do wspaniałości ekranowej wersji. Dla obu opowieści wspólny jest jedynie punkt zaczepienia - na skutek nieudanej operacji udaremnienia działań wrogo nastawionych złoczyńców dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele cywilnych ofiar. Rząd USA wraz z organizacjami bezpieczeństwa wprowadzają ustawę, na skutek której superbohaterowie będą działać wyłącznie na ich polecenie, działając w ścisłym zakresie obowiązków. Taki stan rzeczy prowadzi do podziału pomiędzy znanymi z kart komiksów postaci, przez co wśród nich wyodrębniają się dwie niezależne frakcje. Zwolennikami rejestracji kieruje Iron-Man, natomiast po stronie swobody wyboru opowiadają się postacie sprzymierzone z Kapitanem Ameryką. Na tym kończy się niestety lista elementów wspólnych, książka rzuca nas w konflikt obfitujący we wszelkiego rodzaju walki i potyczki, podczas gdy film skupiał się również na problemie Bucky'ego Barnesa, dawnego przyjaciela Kapitana. Prowadziło to do znacznie ciekawszych rozwiązań fabularnych (kluczowa kwestia użycia super-żołnierzy, a także podstępny spisek Zemo, mający na celu zniszczenie Avengers od środka) oraz emocji towarzyszących rozłamowi największej grupy Marvela.

Powieść Wojna domowa to w przeważającej części radosna nawalanka pomiędzy najważniejszymi uczestnikami konfliktu. Na plus wychodzi możliwość czytania książki przez osoby niezbyt zorientowane w świecie Marvela oraz ładne podbudowanie psychologiczne niektórych z ważniejszych postaci. Moore umiejętnie wnika w umysły Iron-Mana, Kapitana Ameryki, Spider-Mana czy Sue Storm, pokazując jak radzą sobie oni z dylematami moralnymi oraz sytuacjami, które są ich udziałem. Wspomniane kwestie nikną stosunkowo szybko w natłoku dynamicznych scen, które (choć po pewnym czasie robią się dość nużące) pokazują, że autor dobrze przygotował się do pisania tej (z zasady) dziwnej adaptacji. Podczas lektury czułem wyraźnie, że Moore porusza kwestie ukryte pomiędzy kadrami, dostarczając na piśmie to, co w komiksie rozgrywa się do pewnego stopnia intuicyjnie. Nie mogę więc odmówić mu talentu i zdolności, ponownie zastanawiając się jedynie nad ogólnym sensem powstania tej publikacji. Do kogo jest ona skierowana i kto na jej poznaniu skorzysta najbardziej? Szczerze mówiąc nie wiem. W moje ręce trafiła z czystej ciekawości i jestem więcej niż pewien, że gdybym znał wcześniej pierwowzór, za nic nie dałbym się namówić do jej przeczytania. Dla odbiorców nie interesujących się superbohaterską nawalanką zapewne też nie będzie ona niczym atrakcyjnym, pozostaje więc swoistym kuriozum wśród adaptacji najróżniejszych popkulturowych dzieł. Jeśli chcecie sprawdzić na własnej skórze jak działa podobny zabieg, sięgnijcie po tę (mimo wszystko dobrze napisaną i na swój sposób interesującą) powieść. W innym wypadku dajcie sobie spokój. Zaopatrzcie się w oryginał lub kolejny raz włączcie sobie film. Tak będzie chyba najlepiej dla wszystkich. 


Tytuł: Wojna domowa
Autor: Stuart Moore
Przekład: Paweł Podmiotko
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 392
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł

piątek, 26 kwietnia 2019

Niesamowite plakaty do filmu Avengers: Koniec gry (2019)

Zauważyłem, że ostatnio na blogu dość rzadko zamieszczam interesujące plakaty filmowe. Dziś naprawiam ten błąd, prezentując sześć świetnych prac, przygotowanych z myślą o premierze filmu Avengers: Koniec gry. Autorem posterów jest znany internetowy artysta BossLogic, który w poniższych dziełach skupił się na pierwszym składzie superbohaterskiej drużyny. W bardzo pomysłowy sposób ukazał na nich zmiany, jakie z biegiem czasu dokonywały się w wizerunkach naszych ulubionych postaci. Podziwiajcie. :-)







czwartek, 25 kwietnia 2019

Siła ekscytacji i nostalgii w Avengers: Koniec gry (2019)


Jak dziś pamiętam początek maja 2008 roku. To właśnie wtedy wybrałem się do kina Praga w Warszawie na pokaz najnowszej produkcji ze świata Marvela. Rzecz dotyczyła Iron-Mana, historii Tony'ego Starka - amerykańskiego playboya i filantropa, ale przede wszystkim jednego z największych światowych producentów broni. Film opowiadał o jego wewnętrznej przemianie, która za pomocą wynalezienia supernowoczesnej zbroi zagwarantowała światu pokój i bezpieczeństwo. Ta opowieść wzięła mnie tak bardzo, że kiedy wracałem wieczorem z kina do domu, wyobrażałem sobie, że mój samochód jest nowoczesną wersją zbroi Iron-Mana, którą samodzielnie pilotuję. Fascynację wymyślonym światem podtrzymały kolejne produkcje: Hulk, Iron-Man 2 i Thor. Kiedy do kin trafił film Avengers, pierwszy crossover pomiędzy zaprezentowanymi w solowych produkcjach bohaterami, czułem że moja sympatia do uniwersum Marvela została wynagrodzona w najwspanialszy ze sposobów. Dziś, po ponad dwudziestu filmach z cyklu i jedenaście lat później, usiadłem na kinowej sali pełen nadziei oraz głębokich obaw. Obaw o przyszłość lubianych postaci, a także nadziei na wspaniałe zakończenie serii. Jak zakończy się ta trwająca jedenaście lat przygoda, która dała mi wszystko co najlepsze? Jaki będzie finał opowieści, która zrewolucjonizowała rynek popkultury ostatniej dekady? Teraz wiem już na pewno - to była niezapomniana, długa przygoda, a jej epilog dowodzi serca i oddania, będącego udziałem widzów, jak i wielu utalentowanych twórców. Tak moi drodzy, piszę to z wielką radością: Avengers: Koniec gry jest filmem wspaniałym!

Trudno wspominać dzieło braci Russo bez wskazywania istotnych elementów fabuły. Nie zrobię więc nic podobnego, skupiając się tylko na tym, co bezpiecznie mogę Wam przekazać. Na chwilę obecną byłem na filmie dwa razy. Podjąłem dobrą decyzję, ponieważ po drugim seansie elementy, które chciałem wskazać jako minusy, odebrałem w zupełnie inny sposób. Dlaczego? Struktura produkcji dzieli się na trzy wyraźne części (popularnie nazywane aktami - wprowadzenie, rozwinięcie i zakończenie). Pierwsza z nich zapoznaje nas z aktualną sytuacją postaci, druga opowiada o krokach podjętych celem zrealizowania konkretnych zamierzeń, natomiast trzecia stanowi wspaniałe podsumowanie i finał dotychczasowej historii. Początkowo wyczuwałem pewnego rodzaju dłużyzny pod koniec pierwszego aktu i nazbyt skrótową akcję finału. Ponowne zgłębienie treści filmu inaczej rozłożyło poszczególne akcenty, dlatego też nie traktuję pierwszego wrażenia jako czegoś istotnego (ale i tak chciałem o tym wspomnieć). Avengers: Koniec gry jest więc zdecydowanie tym, czego oczekiwałem po tej produkcji. Twórcom udało się to, co (jak zakładałem już przy Avengers: Wojna bez granic) było zadaniem prawdziwie karkołomnym. Jak stworzyć opowieść z tak ogromną ilością bohaterów i pokazać ich dalsze losy bezpośrednio po klęsce i tragedii, która ich dotknęła? Trzeba naprawdę mieć łeb na karku, aby zgromadzić wszystkie istotne elementy, dając fanom to na co czekają, a jednocześnie stworzyć w pełni samodzielny, interesujący film. Zarówno scenarzyści jak i reżyserujący obraz bracia sprawili się w tej trudnej materii doskonale. 


Humor, wzruszenia i nowe drogi rozwoju. To największy skrót myślowy na jaki mogę zdobyć się po obejrzeniu filmu. Avengers: Koniec gry w ogromnym stopniu stawia na głębię postaci. Znamy ich od lat, ekscytowaliśmy się ich wszystkimi poczynaniami, czas zatem rozliczyć się ze wspólną przeszłością. A wszystko po to, aby móc ruszyć dalej. Czyli zupełnie jak w życiu... Bracia Russo stworzyli chyba najbardziej złożony film Marvela, bo zarówno fabuła, jak i rys psychologiczny bohaterów stoją tu na najwyższym poziomie (może nadal poza Thanosem, ale o nim wspomnę jeszcze poniżej). Dostajemy tony tzw. fan-serwisu, a jest to poukładane tak sprytnie, że służy przede wszystkim fabule, a nie pustemu zaspokajaniu oczekiwań widza. Rozbudzaniu emocji i powodów do śmiechu jest tu więc co niemiara, jednak wszystko przesłania solidne poczucie nostalgii. Wiemy, że coś się kończy i to przeświadczenie podsyca wiele przybliżających wnętrze postaci scen. Film tonie w odniesieniach do prawie wszystkich poprzednich części cyklu (już teraz zwanego dumnie Infinity Sagą), sprawiając, że wyłapywanie ich jest niesamowicie ekscytującą zabawą. Należy przy tym pamiętać, aby nie oglądać tej historii w towarzystwie osób nie obeznanych z uniwersum. Gwarantuję, że nie zrozumieją one z filmu zupełnie nic, wychodząc z seansu bez żadnych wrażeń. Jak napisałem, ze wszystkich filmowych postaci wciąż mam problem z Thanosem. Droga, którą wybiera w kontekście zaistniałych w filmie wydarzeń, jest zupełnie bezsensowna. Tak głupia, jak standardowa przemowa antagonisty (którą oczywiście wygłasza), zmieniająca dotychczasowo zaprezentowaną istotę tej postaci. W swoim szaleństwie Thanos był dotychczas przekonanym o swojej racji (okrutnym) pragmatykiem, tutaj zamienia się w monstrum oszalałe z powodu fiaska swej misji, pragnąc bestialsko unicestwić wszystkich i wszystko. Więcej nie zdradzę, nie chcę zepsuć Wam zabawy w kinie, jeśli chcecie, możemy dalej dyskutować o tym w komentarzach.

Avengers: Koniec gry ustanawia nowe rozwiązania, będąc wspaniałym finałem superbohaterskiej opowieści, którą większość z nas śledziła przez wiele ostatnich lat. Zaskakuje pomysłowym scenariuszem, wyrobionym przez lata wyczuciem aktorskich ról oraz nostalgią i zadumą nieobecną wcześniej w filmach tego typu. Samo zakończenie operuje pomiędzy smutkiem, uśmiechem i zadumą, co pozostawiło mnie z uczuciem głęboko rozbudzonej nadziei. Nadziei, której powszechnie dostarczają nam superbohaterowie. A są nimi nie ze względu na swe moce, ale za sprawą tego jak radzą sobie z tym, kim tak naprawdę są. Wewnętrzna walka z własnymi ograniczeniami naszych ulubionych postaci stanowi sedno tych produkcji, a Avengers: Koniec gry bezbłędnie uwypukla to jeszcze bardziej. Założę się o wiele, że ta (genialna i nieprzesłodzona) laurka dla całego uniwersum stanowi wielki krok w historii popkultury, pokazując, że filmy z gatunku superhero mają trwałe miejsce w dzisiejszych czasach. W tym wspaniałym finale kończą się drogi wytyczone w poszczególnych filmach z cyklu, udowadniając, że nawet drobne rzeczy nie pozostają bez znaczenia dla całości. I choć nie każdemu musi to przypaść do gustu, nie sposób nie docenić ogromu pracy twórców i niesamowitej frajdy, jaką daje ten film. O tym, co zrobiło studio będzie mówić się przez wiele nadchodzących miesięcy (a może nawet i lat) w kontekście historii kinematografii oraz emocji i przywiązania do tak rozpoznawalnych (i kochanych przez wielu) postaci. Należy się z tego cieszyć, zarażając innych swoją miłością do tej niesamowitej marki. Jest ona prawdziwym znakiem naszych czasów, który z pewnością posłuży przyszłym pokoleniom jako wzór do opowiadania nowych, ekscytujących treści. 



Tytuł: Avengers: Koniec gry (Avengers: Endgame)
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Obsada: Robert Downey Jr. Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Don Cheadle, Karen Gillan, Paul Rudd, Brie Larson, Jeremy Renner
Wytwórnia: Marvel Studios/Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 26 kwietnia 2019 (USA), 25 kwietnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 181 min.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 6 (Ultimate Spider-Man tom 3, Invincible tom 3, Avengers tom 2)

W dzisiejszym wydaniu Kiosku z Komiksami (to już trzecie w tym miesiącu!) omawiam dwa komiksy Marvela oraz jeden z Image Comics. Który z poniższych tytułów był kompletną stratą czasu, a który najbardziej chwycił mnie za serce...? Zapraszam do lektury!


Ultimate Spider-Man, tom 3 (B. M. Bendis, M. Bagley)

Człowiek-Pająk w interpretacji Bendisa to naprawdę świetna seria. Pełna ludzkich spraw i uczuć, w większej mierze stawiająca na codzienne losy głównych postaci, niż na niekończącą się, bezmyślną rozwałkę. Wątki superhero są tu naturalnie obecne, lecz przez odpowiednie dawkowanie, nie przesłaniają czytelnikowi zgłębiania życiowych rozterek Petera Parkera, chłopaka, który w wyniku ukąszenia przez napromieniowanego pająka zyskał nadnaturalne, potężne zdolności. Poniższy komiks stanowi również mocno odświeżone spojrzenie na postać Spider-Mana, umożliwiając wejście w temat nowym, nieobeznanym ze światem Pajączka czytelnikom. Cała seria Ultimate jest bowiem swoistym restartem, kreślącym na nowo historie herosów Marvela. Choć w przypadku tego tytułu mamy do czynienia dopiero z trzecim tomem, w życiu naszego bohatera wiele zdążyło się już wydarzyć. Galeria superłotrów wzbogaciła się o kilka interesujących nazwisk (Kingpin, Electro, Kraven, Osborn), a codzienne oraz uczuciowe życie Petera zaliczyło wiele zakrętów i rozczarowań. Jako największe z nich rysuje się rozstanie z Mary Jane, które wstrząsa naszym bohaterem w najmniej spodziewanej chwili. Jak się okazuje, ktoś stara się zdyskredytować działania Pająka, dokonując napadów i rozbojów w identycznym jak on przebraniu. Jakby tego było mało, odnowienie dawnej przyjaźni pchnie Petera ku odkryciu swojej mrocznej strony, które sprawdzi nie tylko jego siłę fizyczną, ale także potęgę ducha i umysłu.

Wspomniany element psychologiczny jest dość mocno zaakcentowany w drugiej połowie tomu. Peter mierzy się ze swoją mroczną stroną, będąc jednocześnie nękanym przez wspomnienia z przeszłości, dotyczące przełomowego (choć nie ukończonego) odkrycia swego ojca. Pech chce, że akurat ten wynalazek dopada Spider-Mana w chwili, gdy zupełnie nie radzi on sobie z podjętą misją. Bendis bezbłędnie wygrywa wszystkie nuty prowadzące nas przez życie bohatera, prezentując całą historię w prosty, a jednocześnie bardzo wciągający sposób. Nie pierwszy raz wyeksponowane motywy obyczajowe łączą się tu z superbohaterskimi, wpływając na siebie nawzajem przy maksymalnym skupieniu uwagi czytelnika. Pewien zgrzyt zauważyłem w pierwszej połowie komiksu. Kwestia tożsamości oraz motywacji pajęczego naśladowcy została potraktowana po macoszemu (dlaczego robił to wszystko i skąd brał na to środki, niestety pozostaje kwestią niewyjaśnioną). Rysunki Bagleya są świetne, jednak czasem razi w nich zbyt mocne przerysowanie postaci. Gdyby artysta nie podkreślał aż tak mocno wszelkich emocji (przy jednoczesnym wykrzywianiu twarzy bohaterów), z pewnością wyszłoby to całości na dobre. Tak czy inaczej, Ultimate Spider-Man to seria, którą jak najbardziej należy polecić. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego Spider-Mana, a zamierzacie skusić się na jakiś tytuł Marvela, nie czekajcie dłużej. To naprawdę dobrze opowiedziana historia, w której tak samo ważni są bohaterowie, jak ich zmagania z wszechobecnym złem.

Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 3
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 300
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Invincible, tom 3 (R. Kirkman, R. Ottley)

Seria Invincible jest często uznawana za najlepszy tytuł z gatunku superhero, nie powiązany z Marvelem lub DC. Gdybym nie wiedział, podobne zapewnienia (zamieszczane także na odwrocie okładek komiksu) szybko włożyłbym pomiędzy bajki. Na szczęście czytałem tom pierwszydrugi dzieła Kirkmana, toteż z całą odpowiedzialnością mogę zapewnić Was, że pozycja ta jest faktycznie tak dobra jak piszą. Długo można by dywagować dlaczego tak właśnie jest, najważniejsze jednak, że przygody Marka Graysona cechują się niezwykłą lekkością, wciągając czytelnika w nieustanny wir przygód głównego bohatera. Naprawdę, sam nie wiem jak Kirkman to robi, ale czytając Invincible zawsze mam wrażenie ogromnego luzu, który musiał towarzyszyć scenarzyście podczas pisania. Co ciekawe, wszystko w tej serii układa się w idealną, świetnie przemyślaną całość. Wątki superhero działają jak u konkurencji (lub lepiej), a motywy obyczajowo-dramatyczne (podobnie jak we wspominanym powyżej Ultimate Spider-Manie) ciekawią czytelnika bardziej, niż tradycyjne spiski czy potyczki z upartymi antagonistami. Wygląda więc na to, że czasem wymyślanie komiksów nie musi być katorżniczą pracą, a stworzone w ten sposób treści nie traktują siebie i czytelnika z przesadnymm napuszeniem, będąc po prostu świetną i wciągającą rozrywką.

W trzecim tomie Invincible napotka swojego ulubionego bohatera (oraz przekona się na ile jest to w ogóle możliwe), zmierzy się z łotrem zagrażającym jego rodzinie, wraz ze swoją dziewczyną Amber wybierze się na wycieczkę do Afryki, a co najważniejsze, poleci na inną planetę, gdzie spotka się... ze swoim ojcem! Tak, to wszystko (a nawet więcej!) zostało upchnięte na ponad trzystu stronach wspaniale narysowanych przez Ryana Ottleya. Grafiki tego artysty wspaniale kreślą świat wymyślony w głowie Kirkmana. cechując się pewnego rodzaju prostotą, nie pozbawioną jednak dobrze oddanej szczegółowości. Umiarkowana kolorystyka dodaje całości jeszcze większego luzu, co zapewne będzie sporym wizualnym zaskoczeniem dla osób rzadko sięgających po historie obrazkowe tego typu. Invincible to komiks, który nie nudzi nawet przez chwilę, z tomu na tom dając coraz więcej frajdy z lektury. Pomysłowość autorów zatacza coraz szersze kręgi, świat przedstawiony oraz poszczególni bohaterowie zdają się być coraz bardziej interesujący. Kirkman stworzył tasiemiec podobny do swojego późniejszego dzieła (The Walking Dead), w analogiczny (od strony techniczno-fabularnej) sposób przyciągając uwagę czytelnika. Ilość wprowadzonych w treść opowieści szczegółów jest prawdziwie imponująca, zapowiadając równie dobrą zabawę w nadchodzących tomach. Na koniec dodam tylko, że jak zawsze warto zerknąć na pokaźną ilość szkiców oraz alternatywnych grafik umieszczonych na końcu wydania. Dzięki nim z pewnością docenicie pracę autorów jeszcze bardziej.

Tytuł: Invincible, tom 3
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 336
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Avengers, tom 2 - Rodzinny interes (M. Waid, M. Asrar)

Po przeczytaniu tego tomu przygód Avengers nasuwa mi się pewna myśl. Czasem komiksu nie można oceniać wyłącznie podług siebie, należy bowiem mieć przed oczami znacznie szerszy obraz. Rodzinny interes jest tego najlepszym przykładem. To pozycja strasznie prosta i infantylna, a co gorsza, posiadająca wszelkie najmniej lubiane cechy stylistyki superhero (na dodatek wzięte z wzorców obowiązujących w tym medium kilka dekad wstecz). Ale co tam, niech będzie. To po prostu nie jest lektura przeznaczona dla mnie. Najwyraźniej Marvel postanowił kontynuować swą politykę docierania do młodszego grona czytelników, czego najlepszym przykładem był pierwszy tom opisujący losy tytułowej grupy (Siedmiu wspaniałych). O ile jednak w poprzedniej odsłonie dało się wyodrębnić elementy skierowane do czytelników w różnym wieku, w drugiej części autorzy zdecydowanie poszli na całość, dedykując swą opowieść głównie nastolatkom.

Jeśli przebrniecie przez wypełniające większość tego tomu walki w kosmosie oraz innym wymiarze (gdzie Avengersi wybrali się próbując odnaleźć ojca Novy), na deser otrzymacie historyjkę poświęconą nowej Wasp, która okazuje się być... nieznaną częścią rodziny Hanka Pyma. Wszystko tutaj sklecone jest prościutko i przystępnie. Nasi bohaterowie znajdują wyjście z każdej sytuacji, niestety, dzieje się to przy całkowitym braku poczucia stawki czy realnego zagrożenia (choć przeciwnik jest zdecydowanie z tych silniejszych). Należy jednak bezsprzecznie pochwalić elementy pracy zespołowej. Bez tego komiks z pewnością wiele by stracił. Sympatia do poszczególnych postaci pozwoliła mi jakoś przebrnąć do końca lektury, lecz nie sądzę, abym miał po tym ochotę na więcej. Rodzinny interes to pozycja zdecydowanie dla najmłodszych. Jeżeli macie młodszego brata, którego chcecie wciągnąć w świat bohaterów Marvela, śmiało podsuńcie mu ten tytuł. Sądzę, że będzie zadowolony.

Tytuł: Avengers, tom 2 - Rodzinny interes
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Mahmud Asrar, Alan Davis
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 17 kwietnia 2019

Wiosenne nowości od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET nie ustaje w rozpieszczaniu najmłodszych sympatyków fantastyki, regularnie wydając coraz to nowsze tytuły książkowe spod marki Lego. Tym razem przyglądam się czterem tytułom powiązanym z seriami i filmami The Lego Movie 2, Jurassic World, Star Wars oraz Ninjago.


THE LEGO® MOVIE 2™. EMMET RADZI JAK BYĆ FAJNYM


Wyposażona w twardą oprawę książeczka, z wielce pożądaną minifigurką Emmeta (oraz jego ukochanej roślinki), przynosi atrakcje dla dużych i małych sympatyków filmu The Lego Movie 2: The Second Part (Lego Przygoda 2). Co w niej znajdziemy? Naprawdę sporo, na wstępie należy jednak zaznaczyć, że zawartość tytułu wypełniają najrozmaitsze zagadnienia, głównie poszerzające świat filmu. Całość podzielono na osiem różnorodnych działów, w których nasz tytułowy bohater tłumaczy m.in. jak przetrwać w Apokalipsburgu, jak być twardym, jak zmienić się na lepsze oraz jak budować przyszłość. Tak zarysowana klasyfikacja służy do ponownego przedstawienia historii filmowej, lecz w całkowicie nieoczekiwany sposób. Znajdziemy tu sporo specyficznego humoru, dowiemy się co nieco o przeszłości postaci, a także jak radzić sobie z określonymi sytuacjami w życiu. Nie ma co martwić się o pozostałych bohaterów, ponieważ każdy z nich (Batman, Lucy, Benek) dostanie swoje pięć minut. Warto jeszcze raz zaznaczyć, że nie jest to książeczka wyłącznie dla najmłodszych. Sądzę, że każdy fan produkcji Lego znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Tym bardziej, że język którym posługuje się Emmet nie jest ani trochę infantylny. Całości dopełnia olbrzymia ilość fotosów z Lego Przygoda 2, które wspaniale współgrają z prezentowaną treścią. The Lego® Movie 2™. Emmet radzi jak być fajnym to chyba najciekawsza publikacja nawiązująca do tego filmu na naszym rynku.


LEGO® JURASSIC WORLD™. NA TROPIE DINOZAURÓW

LEGO® NINJAGO®. ULUBIENI WROGOWIE

LEGO® STAR WARS™. PRZYGODY SZTURMOWCÓW


Na drugi rzut idą trzy książeczki, które są zapewne dobrze znane stałym czytelnikom bloga. Zadania logiczne (labirynty, łączenie punktów, odnajdywanie różnic, kreatywne malowanie), opowiadania, komiksy oraz popularna minifigurka w zestawie, czynią z powyższych tytułów rzecz dla młodego konstruktora zwyczajnie niezbędną. Przez zabawę do wiedzy, za sprawą świetnie zilustrowanych zadań, dzieciaki z pasją będą rozwiązywać wszelkie zagadki, nieświadomie ćwicząc umysł w logicznym i kreatywnym myśleniu. A to da rodzicom chwilkę odpoczynku, co obu stronom z pewnością wyjdzie na dobre. Do tego popularni bohaterowie w klockowych wersjach, czyli coś co chyba zawsze będzie na czasie. Niska cena wydań jest również niebagatelnym czynnikiem. Nie po raz pierwszy - polecam.



Informacje o nowościach i zapowiedziach znajdziecie zawsze na stronie wydawnictwa AMEET


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 5 (The Walking Dead vol 29, Here's Negan!, The Walking Dead vol 30)

Witam w kolejnym wydaniu Kiosku z komiksami. Tym razem omawiam trzy komiksy w obrębie jednej serii. Mój wybór padł na The Walking Dead (Żywe Trupy), cykl uwielbiany przeze mnie już od ponad 10 lat. Poniżej prezentuję tomy nie wydane jeszcze w Polsce, mam jednak nadzieję, że zdecydujecie się sięgnąć po nie, nie czekając na rodzime wydania. Naprawdę warto! Na dodatek prezentuję tytuł poboczny, przedstawiający origin story największego antagonisty tej serii. Zapraszam.


The Walking Dead, vol. 29 - Lines We Cross (R. Kirkman, Ch. Adlard)

Po niezwykle burzliwych i emocjonujących wydarzeniach z poprzedniego tomu, w Lines We Cross seria The Walking Dead wraca na nieco spokojniejsze tory. Ale w tym przypadku spokojnie bynajmniej nie oznacza mniej interesująco! Fabuła tomu w większości skupia się na decyzji podjętej przez Ricka po odkryciu małego sekretu Eugene'a. Czy kontakt, który nawiązał samotny mężczyzna może być dla wszystkich grup zagrożeniem? W tomie znajdziemy także luźniejsze wątki obyczajowe, splatające się z pracami przy odbudowywaniu lokacji zniszczonych podczas wojny z Szeptaczami. Na skutek interwencji Grimesa, tajemnicza Stephanie zgadza się spotkać z niewielką grupą ludzi Ricka w pobliżu dość odległego Ohio. Pięcioosobowa drużyna pod przewodnictwem Michonne wyrusza w długą podróż, spotykając na swej drodze pewną niezwykle barwną postać (na tę chwilę moją ulubioną!). Dwight boryka się z własnymi demonami, Carl powoli układa sobie życie z Lydią, Jesus coraz bardziej zbliża do Aarona, natomiast Negan... O nie, o tym będziecie musieli już przeczytać sami (tej interesującej kwestii poświęcono masę miejsca w finałowej części tomu)!

Sporo w Lines We Cross wątków obyczajowych, lecz w związku z nieco lżejszym tonem tej odsłony wydaje się być to na porządku dziennym. Są one nie mniej interesujące od standardowego napięcia serwowanego zazwyczaj w serii, dlatego też taki zabieg wydaje mi się w pełni uzasadniony. Oczywiście, Kirkman nie byłby sobą, gdyby nie zaoferował nam kilku mocniejszych akcentów, dlatego też spodziewajcie się paru pomysłów, które usadzą Was na samej krawędzi fotela. Jak to zwykle u tego autora bywa, wiele spraw jest mocno rozwojowych i także tutaj zasiano kilka ziaren, których plony zbierzemy w nadchodzących odsłonach. The Walking Dead od samego początku jest serią, która oferuje idealne połączenie pełnokrwistej (oraz postapokaliptycznej) historii grozy z pełnym serca, ludzkim dramatem. Tym razem środek ciężkości celowo przesunął się w kierunku tej drugiej kwestii, jednocześnie znacznie ją łagodząc. Co ciekawe, pozwoliło to kilkakrotne wywołać uśmiech na mojej twarzy. Ortodoksyjnych, spragnionych mocnych wrażeń czytelników ten tom zapewne niezbyt do siebie przekona, wydaje mi się jednak, że jeśli mamy dalej brnąć w niekończące się pomysły autorów, musimy też co jakiś czas przyjrzeć się postaciom z innej, bardziej ludzkiej strony. Tylko wtedy będziemy mogli z nowymi siłami i zapałem śledzić ich dalsze przygody. A nowe, ekscytujące wydarzenia z pewnością nadchodzą, świadczy o tym dobitnie zakończenie przedostatniego zeszytu zamieszczonego w tym tomie. Będzie się dziać!

Tytuł: The Walking Dead, vol. 29 - Lines We Cross
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 16,99 $


Here's Negan! (R. Kirkman, Ch. Adlard)

Założę się, że jeśli tylko rozmawiacie z kimś o serii The Walking Dead, Wasze myśli od razu spieszą do jednej charakterystycznej postaci, która w pewnym momencie zdominowała sobą cały cykl. Oczywiście, chodzi mi o Negana. Negan to brutalny i bezwzględny przywódca Zbawców, niezwykle roszczeniowej grupy ocalałych z apokalipsy, która napotkała bohaterów pod przewodnictwem Ricka Grimesa. Od swojego pierwszego pojawienia (Powód do strachu) aż do obecnie wydawanych tomów, pozostaje on w centrum wszelkich wydarzeń. Nawet po utraceniu roli lidera nieustannie fascynuje, zmuszając każdego czytelnika do uważnego śledzenia jego poczynań. Negan to perfekcyjny antagonista (a w chwili obecnej antybohater). Nie przebierający w środkach złoczyńca, który potrafi wzbudzać w ludziach najbardziej skrajne emocje, jednocześnie elektryzując swą charyzmą, inteligencją oraz okrucieństwem. Kocha się go i nienawidzi jednocześnie. Jakie były jednak jego początki? Co sprawiło, że stał się właśnie taki? A co jeśli nigdy nie był inny? Na te pytania odpowiada wydanie specjalne The Walking Dead - Here's Negan! stworzone przez stałych autorów serii.

Robert Kirkman postanowił odrzeć z tajemnicy jedną z najważniejszych postaci swego cyklu. W tym niezbyt obszernym (nieco ponad 70 stron) komiksie, pokazuje początki Negana, zanim jeszcze ten późniejszy złoczyńca trafił do grupy Zbawców. No proszę, właśnie zdradziłem Wam, że Negan nie zawsze szedł drogą twardej ręki i sadyzmu. Zresztą nieważne, sami odkrylibyście to podczas lektury, ponieważ ta informacja wychodzi na jaw już na pierwszych stronach tytułu. O wiele bardziej istotne jest natomiast to, jak potoczyły się losy Negana, które doprowadziły go na szczyt drabiny władzy. I z tym Kirkman ma naprawdę przednią zabawę. Here's Negan! to opowieść bardzo dynamiczna (czasem nawet mocno wzruszająca lub zabawna), w dość skrótowy, ale nie pomijający niczego sposób przybliżająca początki przemiany tej postaci. O ile droga Negana nie jest istotna dla czytelnika dopiero poznającego pierwsze tomy The Walking Dead z jego udziałem, tak już przy ostatnich częściach serii pomaga znacznie lepiej zrozumieć motywy postępowania naszego antagonisty. Co tu dużo pisać, scenarzysta serii odwalił w tym komiksie kawał dobrej roboty! Szkoda, że całość została wydana jako osobny tytuł, ponieważ wydaje mi się, że z łatwością dałoby się wpleść retrospekcje Negana w poszczególne tomy głównego cyklu. Nie zamierzając rozwodzić się więcej nad wysoką jakością tego komiksu, zachęcam abyście sięgnęli po niego jak najprędzej. To kawał dobrej historii o przemianie człowieka postawionego wobec drastycznych zmian na świecie oraz częściowo samodzielna opowieść, dopowiadająca brakujące szczegóły do znanej i lubianej serii. Choćby dlatego warto ją przeczytać.

Tytuł: Here's Negan!
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 72
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 19,99 $


The Walking Dead, vol. 30 - New World Order (R. Kirkman, Ch. Adlard)


Przyznaję, że po zakończeniu zaserwowanym w poprzednim tomie The Walking Dead spodziewałem się zupełnie innego obrotu spraw. O ile Lines We Cross stawiało na bardziej obyczajową stronę serii, New World Order jeszcze bardziej odchodzi od przerażających historii z trupami, stawiając nacisk na zupełnie inną stronę opowieści. Grupa bohaterów wysłana na spotkanie z tajemniczą Stephanie natrafia na uzbrojony po zęby oddział, wysłany celem zweryfikowania ich celów i zamiarów. Jednostce towarzyszy niejaki Lance Hornsby, który po początkowej słownej przepychance decyduje się zabrać Eugene'a i resztę do miasta. Tuż przed wjazdem na teren bohaterowie odkrywają pewne miejsce, które zmieni wszystko w życiu jednego z nich, lecz jest to dopiero początek niezwykłych wydarzeń! Jak się wkrótce okaże, Wspólnota (bo tak nazywa się miejsce do którego dotarli) składa się z imponującej liczby mieszkańców, którzy żyją w zupełnie innych warunkach niż ludzie Ricka, tworząc społeczeństwo będące lustrzanym odbiciem sytuacji sprzed apokalipsy. Czy jednak trwały byt na wzór tego co zostało utracone jest w ogóle możliwy? Już teraz możecie domyślać się, że kryje to w sobie wiele sekretów i potencjalnych niebezpieczeństw...

New World Order skupia się w większej mierze na ukazaniu działania ludzkiej populacji w społeczeństwie zaadoptowanym do sztucznego podziału na lepszych i gorszych. Całą Wspólnotą kieruje gubernator Pamela Milton, która przy współpracy osobistych popleczników oraz imponującego zaplecza wojskowego bacznie pilnuje zasad obowiązujących w olbrzymim (około 50 tys. mieszkańców) obszarze. Oczywiście, podobna utopia najczęściej nigdy nie ma oczywistego prawa bytu, toteż i tutaj Kirkman sprytnie uwydatnia problemy, które niczym rak, niespiesznie toczą pozornie beztroską zbiorowość. Rozkład zaczyna się od środka i widać to we wszystkich scenach będących udziałem naszych bohaterów. Najciekawsze jest jednak to, jak poszczególne postacie reagują na to, co dane jest im we Wspólnocie doświadczyć. Wbrew pozorom zdają się oni akceptować zastany stan rzeczy, a poszczególne przesłanki, mówiące o drugim dnie niektórych postaci zdają się schodzić na drugi plan. Na szczęście podział według statusu społecznego sprzed końca świata nie może mydlić oczu wszystkim, toteż kiedy Rick osobiście spotyka się z gubernator Milton, na światło dzienne wychodzi różnica zdań, która stawia mur pomiędzy zasadami wyznawanymi przez każde z nich. Na tym etapie Kirkman uwydatnia niezły zamysł, który posłuży mu (z pewnością) do eksploracji dalszych wydarzeń. Tymczasem, po raz kolejny prezentuje nam bardziej spokojną stronę The Walking Dead. Mało jest w tym tomie Ricka, sceny ze szwędaczami są prawie nieobecne (poza dosłownie dwoma), ale mimo wszystko czyta się New World Order dobrze i szybko. Nie zabrakło kilku emocjonujących chwil, wątek jednej z bohaterek mocno chwyta za serce, ale mimo wszystko czuję wyraźnie, że najlepsze dopiero nadejdzie. To już drugi z nieco spokojniejszych tomów, przeczuwam jednak znacznie większy udział akcji oraz napięcia w kolejnych odsłonach. Sądzę, że tam wreszcie adrenalina skoczy na dalece wyższy poziom. Tymczasem i tak doceniam talent twórców, pamiętając, że przy trzydziestym tomie cyklu podobne zabiegi urozmaicające fabułę są praktycznie niezbędne.

Tytuł: The Walking Dead, vol. 30 - New World Order
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 16,99 $

niedziela, 14 kwietnia 2019

RECENZJA: Lego Star Wars Visual Dictionary. New Edition - Simon Beecroft, Jason Fry, Simon Hugo


Choć może trudno w to uwierzyć, do klockowej galaktyki Star Wars Lego zaprosiło nas aż dwie dekady temu. Sam pamiętam lato 1999 roku, kiedy w sklepie z zabawkami przy ul. Nowy Świat w Warszawie kupiłem mały zestawik przedstawiający walkę Mistrza Qui-Gona z bezwzględnym Darth Maulem. Co prawda był to jednorazowy (spowodowany oczekiwaniem na premierę nowego filmu) impuls, a prawdziwa fascynacja plastikowymi wersjami ukochanych bohaterów przyszła trochę później, dziś jednak trudno mi nie docenić roli, jaką odegrało Lego w propagowaniu fascynacji marką wśród fanów w najróżniejszym wieku. Pamiętało o tym wydawnictwo Dorling Kindersley, które po raz kolejny postanowiło podsumować miniony czas, wydając album poświęcony popularnemu uniwersum. Jak zapewne wiecie, podobnych tomów dostaliśmy w ostatnich latach kilka, tym razem jednak dodatkową okazją jest okrągła rocznica dwudziestu lat w świecie Lego Star Wars. Taka rocznica zobowiązuje, dlatego też z chęcią zaopatrzyłem się w kolejną wersję popularnej publikacji.


Nowa, składająca się ze 160, barwnie ilustrowanych stron edycja, przenosi nas w czasie do najciekawszych chwil, spędzonych z ulubionymi klockami. Autorzy podzielili całość na pięć tematycznych działów, poświęconych filmowym i serialowym wydarzeniom. Znajdziemy tu więc historie z upadku Republiki, galaktycznej wojny z Imperium oraz działań Nowego Porządku. Oczywiście, całość opowiedziano poprzez prezentację najciekawszych zestawów i minifigurek, nawiązujących do konkretnych scen lub lokacji. Dalszą część słownika wypełniają dwa rozdziały poświęcone kolekcjonerskiej stronie fascynacji Lego Star Wars, opisujące specjalistyczne zestawy, dedykowane serie czy kreatywny proces powstawania poszczególnych modeli. Nie zapomniano też o przedstawieniu najważniejszych postaci, takich jak Obi-Wan Kenobi, Anakin Skywalker, Rey czy Han Solo.


Lego Star Wars Visual Dictionary. New Edition pokazuje wszystko co najciekawsze z ostatnich dwudziestu lat franczyzy, choć oczywiście dobór poszczególnych modeli jest tu czysto subiektywny. Nawet w tak grubej księdze jak ta, nie dało się przypomnieć wszystkiego, co przez ten czas pojawiło się na rynku. Tym bardziej, że poszczególne statki i modele miały nieraz po kilka (stale ulepszanych) wersji. Dlatego też zdecydowano się na ukazanie najbardziej aktualnych wariantów, o interesujących poprzednikach wspominając jedynie za sprawą pomniejszych fotografii. Ciekawym zabiegiem (stosowanym zresztą w każdym tego typu słowniku) było zamieszczenie istotnych informacji technicznych na temat danego zestawu. Dowiecie się więc, jaki numer ma prezentowany set, w którym roku trafił na rynek, z ilu elementów został zbudowany oraz do której filmowej epoki należy go przypisać.


Oczywiście, w albumie nie zabrakło też silnego motywu kolekcjonerskiego. Wszystkich fanów i zbieraczy z pewnością ucieszy fakt, że w okładce do słownika znajduje się okienko ze specjalnie przygotowaną minifigurką. Jest to tradycja stosowana przez wydawnictwo od lat, w poprzednich edycjach albumów znajdowały się m.in. kolekcjonerskie wersje Luke'a oraz Boby Fetta. Tym razem do rąk zbieraczy trafia Finn odziany w specjalny strój wypełniony leczniczą bactą. Dla wszystkich pamiętających tę scenę z VIII epizodu (Ostatni Jedi), mnifigurka będzie z pewnością łakomym kąskiem. 

foto: Brickset
Jeśli miałbym wskazać minusy najnowszej edycji słownika, wspomniałbym o braku kompletnej listy zestawów, która obecna była w jednym z wcześniejszych wydań. Choć z drugiej strony rozumiem, że wyprodukowanych do tej pory modeli Lego Star Wars było tak dużo, że być może przygotowanie podobnego zestawienia zwyczajnie mijałoby się z celem. Oprócz wartości sentymentalnej i kolekcjonerskiej, poniższa publikacja kierowana jest w końcu do dzieciaków, a je najprawdopodobniej nie interesuje szczegółowy spis wszystkiego co dotąd pojawiło się na rynku. Pewnego rodzaju pocieszeniem jest zamieszczona na początku albumu linia czasowa, która na szybko podsumowuje obie dekady, wskazując wszelkie innowacje i zmiany, obecne w historii Lego Star Wars.


Jeśli jesteście sympatykami Lego, a w szczególności klockowych modeli z odległej galaktyki, z pewnością zainteresuje Was powyższa publikacja. Lego Star Wars Visual Dictionary. New Edition to nie tylko nostalgiczna podróż poprzez dwie minione dekady spędzone wśród klocków. To także zapis najważniejszych i najciekawszych zestawów, które miały niebagatelny wpływ na popkulturę oraz dzisiejsze postrzeganie gwiezdnowojennej marki. Od najlepszych modeli, poprzez kolekcjonerskie serie zestawów (Planet Sets, Microfighters, kalendarze adwentowe, Buildable Figures czy ogromne UCS-y), aż po bogatą historię postaci oraz najważniejszych graczy (Zakon Jedi, Republika, Imperium, Nowy Porządek) oraz wszystkie filmy i seriale - znajdziecie tu wszystko. Posiadacze wcześniejszych wersji słownika muszą sami ocenić na ile nowa wersja może okazać się im przydatna. Kolekcjonerska minifigurka jest z pewnością silnie kuszącym elementem, jednak sama zawartość z pewnością nie różni się aż tak bardzo od tego, co zaprezentowano w poprzednich edycjach. Jako fan Lego Star Wars, który posada dwie wersje z poprzednich lat, jestem bardzo zadowolony. Album mile łechce moje próżne ego zbieracza, a jego piękne wydanie oraz pieczołowicie przygotowana zawartość niewątpliwie dodają kolekcjonerskiego smaku. Dlatego też polecam. W końcu dwudziesta rocznica serii nie zdarza się codziennie.



Tytuł: Lego Star Wars Visual Dictionary. New Edition
Autor: Simon Beecroft, Jason Fry, Simon Hugo
Wydawnictwo: Dorling Kindersley
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 160
Oprawa: twarda z kolekcjonerską minifigurką
Cena okładkowa: 17,99£

wtorek, 9 kwietnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 4 (Batman - Detective Comics tom 4, Avengers. Impas - Atak na Pleasant Hill, Suicide Squad tom 5)

Po kilkunastu miesiącach nieobecności Kiosk z komiksami wraca na Skrzydła gryfa! Powrót rubryki ma na celu oszczędzić Wasz cenny czas, proponując w zamian szybką i bardziej rzeczową ocenę poszczególnych tytułów. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, od dziś będzie to obowiązująca forma recenzji historii obrazkowych. W poniższym wydaniu na warsztat biorę dwa tytuły z DC Comics oraz jeden z Marvela. Czy każdy z nich jest jednakowo godny polecenia? Zapraszam do lektury! :-)


Batman - Detective Comics, tom 4 - Deus Ex Machina (J. Tynion IV, A. Martinez) 

Po dwóch poprzednich, całkiem niezłych, choć nie do końca wykorzystujących swój potencjał tomach (patrz tu i tu), Detective Comics szczęśliwie wraca na właściwe tory. W Deus Ex Machina po raz kolejny odwiedzamy Gotham chronione przez Mrocznego Rycerza oraz świtę jego oddanych pomagierów. Tym razem myśli Batmana koncentrują się na wyczekiwanym olbrzymim zagrożeniu, w związku z czym udaje się on po pomoc do swej dawnej znajomej, Zatanny. Dysponująca potężnymi mocami czarodziejka jest w posiadaniu tzw. Maszyny Bogów, potężnego artefaktu umożliwiającego poznanie przyszłych wydarzeń. Wątek ten okazuje się być zaledwie częścią fabuły, ponieważ do miasta nadciąga tajemniczy i złowrogi Ascalon, będący na usługach Zakonu Świętego Dumasa. Za jego pomocą sekta pragnie ostatecznie oczyścić Gotham z wszystkich grzechów. Głównym motorem działań Ascalona staje się niespodziewanie Azrael, członek grupy superbohaterów Nietoperza. Wobec nadchodzącego niebezpieczeństwa, młodemu Jeanowi-Paulowi przyjdzie zmierzyć się nie tylko z własnymi słabościami, ale również z niejasną przeszłością.

James Tynion IV kontynuuje swą tradycję skupiania uwagi czytelnika na poszczególnych członkach drużyny Batmana. W tym tomie oczywisty wybór pada na Jeana-Paula i jest to bardzo dobry pomysł, ponieważ mistyczny wątek tego bohatera spaja się idealnie z wprowadzoną obecnością Zatanny. Za sprawą przemyślanego scenariusza magia i akcja tworzą w tym tomie udaną kompozycję, co z kolei współgra podczas prezentacji walki zmagającego się z poczuciem obowiązku Azraela. Nie bez znaczenia jest też powrót do przeszłości Bruce'a. Poznajemy nowe fakty sprzed kilkunastu lat, kiedy nieopierzony jeszcze gacek zdobywał siłę i wiedzę, aby stać się tym, kim jest obecnie. Wszystkie elementy fabuły poprowadzone są bardzo sprawnie. Każda postać ma swoje uzasadnione pięć minut, a główny wątek nie wydaje się być (wreszcie!) rozwiązany zbyt szybko. Poszczególne elementy mają w tej historii jasno określony cel, dzięki czemu nie widać niejasnych lub nagle urwanych wątków. W Deus Ex Machina znajdziemy szczyptę tajemnicy, mroczny, niepokojący klimat oraz obowiązkową, dynamiczną akcję. Dla sympatyków silnych kobiet odrębną atrakcję stanowić będzie krótka historia o Spoiler, zamieszczona na samym końcu wydania. Rysunki Alvaro Martineza trafnie oddają sedno historii, będąc na tyle realistyczne i czytelne, aby w pełni przenieść czytelnika do Gotham City zrodzonego w pełnej pomysłów głowie Tyniona. Najważniejsze jednak, że komiks wciąga i angażuje, spełniając oczekiwania stawiane dobrej superbohaterskiej historii.

Tytuł: Batman - Detective Comics, tom 4 - Deus Ex Machina
Scenariusz: James Tynion IV, Christopher Sebela
Rysunki: Alvaro Martinez, Carmen Carnero
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Avengers. Impas - Atak na Pleasant Hill (N. Spencer, M. Guggenheim, M. Bagley, J. Saiz)

Crossovery to dzieła specyficzne. Należą do tych wielkich wydarzeń, które porządkują lub ustanawiają nowy rozkład kart w komiksowym świecie superbohaterów. W większości zrozumiałe wyłącznie dla oddanych fanów, charakteryzują się pewnego rodzaju hermetycznością, przez którą trudno jest przebić się początkującym czytelnikom. Nie inaczej jest w przypadku Impasu - Ataku na Pleasant Hill, najnowszym zdarzeniu z nowo rozpoczętej serii wydawniczej Marvel Now! 2.0. Dzieło Nicka Spencera ma zadanie ustawienia nowej drogi pod przyszłe wydarzenia w uniwersum drużyny Avengers, ale też chce być w pełni samodzielną opowieścią, łączącą wiele wątków z kilku równorzędnie wydawanych serii. Aby w pełni doświadczyć planu autora, przenosimy się do położonego w malowniczej okolicy, niewielkiego miasteczka Pleasant Hill. Uliczki, skwery i domostwa tego uroczego miejsca zapełniają sami szczęśliwi mieszkańcy. Nad tą niezwykłą lokacją rozciąga się jednak pewna mroczna tajemnica, a większość spraw nie wygląda tu tak, jak może się to każdemu wydawać. Całość służy intrydze zapoczątkowanej i kierowanej przez Marię Hill, głównodowodzącą agencją bezpieczeństwa T.A.R.C.Z.A., która w Pleasant Hill pełni funkcję burmistrzyni. Więcej na tę chwilę nie zdradzę - o tym, jak tajemnica miasteczka połączy się z grupą największych bohaterów na Ziemi, będziecie musieli przeczytać już sami.

A nie napiszę nic więcej także z pewnego istotnego powodu - cały sekret wychodzi na jaw po zaledwie kilkudziesięciu z ponad czterystu stron komiksu. I jest to jeden z ważniejszych minusów tego albumu. Zabierając się do lektury, musicie być świadomi jednego: Impas - Atak na Pleasant Hill to crossover z wszystkimi wadami i zaletami tego typu publikacji. Choć sam pomysł na fabułę jest świetny, szybko zostaje zaprzepaszczony przez standardowe rozwiązania obowiązujące w historiach superbohaterskich. Intrygująca tematyka zostaje rozmyta przez klasyczną nawalankę, w której biorą udział wszyscy aktualnie dostępni herosi wydawnictwa. Dzieje się więc dużo, choć niekoniecznie ciekawie, a główny wątek powraca do życia sporadycznie, tylko w pewnych chwilach uświetniając swą obecnością lekturę. Mimo, że główna historia broni się zaledwie wystarczająco, poczucie zamieszania wywołują dodatkowe tie-iny, umieszczone w polskim wydaniu. Urozmaicają akcję, pokazując niektóre wydarzenia oczami kilku stron, lecz nie są niczym specjalnie porywającym, tym bardziej, że wraz z główną treścią niosą też własną (powiązaną z odmienną tematyką) fabułę. Co ciekawe, pomimo całego narzekania, nie mogę napisać, że dzieło Spencera zupełnie mi nie podeszło. Skupienie akcji na członkach nowej drużyny Avengers oraz postaciach związanych z wieloletnią historią Kapitana Ameryki zaowocowało kilkoma ciekawymi wątkami, pozwalającymi zbliżyć się do poszczególnych postaci i lepiej wsiąknąć w samą historię. Jeśli więc jesteście jako tako zaznajomieni z współczesnym uniwersum Marvela i nie straszna Wam będzie ta ciężka komiksowa cegła, szybko bierzcie się do lektury. To obrazkowy crossover, którego czytanie sprawia mimo wszystko sporo uciechy, ale niestety równie często wywołuje poczucie zażenowania i konsternacji.

Tytuł: Avengers. Impas - Atak na Pleasant Hill
Scenariusz: Nick Spencer, Marc Guggenheim, Gerry Duggan, Mark Waid
Rysunki: Mark Bagley, Jesus Saiz, German Peralta, Ryan Stegman, Adam Kubert
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 420
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 89,99 zł


Suicide Squad, tom 5 - Zabij swoich bliskich (R. Williams, J. Ferreyra, G. Vazquez, A. Padilla)

Piąty tom serii Suicide Squad kontynuuje wątki ze swej poprzedniej odsłony, jednocześnie próbując domknąć całość, rozpoczętą jeszcze w części pierwszej. Drużyna Amandy Waller pod tymczasowym dowództwem Harley Quinn wyrusza do Bułgarii, aby zlikwidować główną bazę organizacji zwanej Narodem. Tymczasem, po spotkaniu przed członkami Kongresu w Waszyngtonie, Amanda Waller zostaje nagle uprowadzona. Jak się wkrótce okazuje, poddano ją podstępnemu działaniu potężnej telepatki Gułag, za pomocą której naczelnik Narodu - Karla, zamierza podporządkować sobie szefową Oddziału X. Pozostawiona samą sobie, drużyna niepokornych złoczyńców (z Deadshotem, Enchantress, Killer Crockiem i Kataną na czele) nie podejrzewa nawet, że na całym świecie powołano w tajemnicy kilkanaście ściśle wyszkolonych jednostek, których jedynym celem jest unicestwienie wszystkich metaludzi. Bezpieczeństwo Ligi Sprawiedliwości i innych herosów wisi więc na włosku.

O serii Williamsa można napisać wiele, ale na pewno nie to, że jest ona pozycją godną polecenia. Po satysfakcjonującym pierwszym tomie, poziom tytułu z części na część systematycznie spadał, prawdziwe dno osiągając w pamiętnej trzeciej odsłonie. Tym razem autor szczęśliwie przerwał swoją złą passę i oddał w moje ręce komiks nie pozbawiony wad, ale na szczęście dający się czytać. W Zabij swoich bliskich scenariusz stawia wreszcie na głównych bohaterów, próbując choć w części ograć fabułę za sprawą ich charakterów. Za najlepszy przykład służy tu oczywiście Harley (jedyna nadzieja w Świruni!), podejmująca intrygujące decyzje podczas rozbrajania pewnej niebezpiecznej bomby. Nie w każdym przypadku taki zabieg wychodzi Williamsowi idealnie, ale przynajmniej całość czyta się dobrze, a treść nie powoduje uczucia kiepsko wykreowanego żartu. Autor skupił się wreszcie na dopięciu całego wcześniejszego bałaganu, dbając o konkrety i solidną dawkę akcji, która została rozpisana na kilka ram czasowych. Tym razem potrafiłem wciągnąć się w wir wydarzeń, bez niepotrzebnego obrażania mojej czytelniczej inteligencji. Dobrze wypadł też znaczący epizod z Batmanem, łączący piąty tom z akcją Justice League vs Suicide Squad oraz (niewydanym jeszcze w Polsce) cyklem Justice League of America. Lektura najnowszej części burzliwych przygód Oddziału Samobójców nie była więc jakąś okropną stratą czasu i chyba tylko dlatego nie skreślam potencjału tego tytułu w przyszłości. Nie mogę jednak odrzucić przekonania, że nie będzie on raczej nigdy jedną z lepszych pozycji w DC. W scenariuszach Williamsa wciąż brakuje umiejętnego podejścia do specyfiki tematu oraz czegoś prawdziwie magnetyzującego, co sprawiłoby, że zachwycę się pomysłem, treścią oraz prowadzeniem całej grupy tych nader kolorowych postaci.

Tytuł: Suicide Squad, tom 5 - Zabij swoich bliskich
Scenariusz: Rob Williams
Rysunki: Juan Ferreyra, Gus Vazquez, Agustin Padilla, Giuseppe Cafaro
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie komiksy z powyższego wydania Kiosku z komiksami znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 7 kwietnia 2019

Leśni Avengers od Tomasza Samojlika

Gorączka oczekiwania na wielki finał filmowej sagi Marvela dosięga dosłownie wszystkich. Wiernych sympatyków filmów i komiksów z tej serii można spotkać również pośród naszych rodzimych, komiksowych twórców. Jednym z nich jest Tomasz Samojlik, autor niesamowicie kreatywnych i pouczających historii obrazkowych z życia leśnej fauny i flory. Dzięki uroczej kresce i pomysłowym scenariuszom twórcy, wszystkie dzieciaki (i nie tylko!) od dawna zachwycają się Ryjówką przeznaczenia, Norką zagłady, Umarłym lasem czy Żubrem Pompikiem.

Pan Tomasz, opanowany gorączką zbliżającej się premiery Avengers: Endgame, postanowił na swoim koncie na Instagramie zaprezentować własne wersje zwierzaków Marvela. Tak oto powstali Steve Wolfers, The Mighty Lynx Lynxon, Iron Deer (Tony Stag), Black Weasel (Natasza Łasicznikow), Hedgehulk czy Scarlet Fitch (Wanda Tchórzoff). Po więcej leśnych wersji bohaterów Marvela zapraszam Was na konto autora, tym bardziej że naprawdę jest tam na co popatrzeć! :-)








sobota, 6 kwietnia 2019

Shazam! (2019) przywraca ducha młodości i wartości rodzinnych


Czemu niektóre filmy nie powstały w drugiej połowie lat 80-tych...? W najlepszym czasie mojego szczenięcego wieku, kiedy miałem szczególnie rozwiniętą wyobraźnię, film podobny do Shazama! mógłby na długo zawojować moim fantastycznym światem. Wszechmocne poczucie nostalgii, jakie poczułem po wyjściu z kina uparcie nie daje mi spokoju, zmuszając do snucia podobnych dywagacji. A wszystko za sprawą ogólnego wydźwięku ujrzanej produkcji oraz niesamowitej zabawy, jaka była moim udziałem. I sądzę, że nie jestem jedyny. Bo trzeba napisać to dobitnie (dlatego też zrobię to od razu) - Shazam! stanowi hołd dla naszych marzeń, który budzi dziecko w każdym, kto już dawno o tym zapomniał. Stawia na ponadczasowe wartości rodzinne, przyjaźń i oddanie, a choć nie jest filmem absolutnie idealnym, daje tyle samo radości, co nieskrępowana zabawa w wesołym miasteczku, nawet jeśli nie byliśmy w nim od najdawniejszych lat.

Film Davida F. Sandberga opowiada historię nastoletniego Billy'ego Batsona (Asher Angel), osieroconego chłopaka, który raz po raz trafia do domów dziecka oraz najróżniejszych rodzin zastępczych. Kiedy po kolejnych niechcianych przenosinach bohater próbuje zaaklimatyzować się wśród nowego otoczenia, wplątuje się w szkolną awanturę, która za sprawą pościgu na stację metra prowadzi go do pewnej tajemniczej, ukrytej w innym wymiarze świątyni. Tam, pośród zgliszczy dziedzictwa strażników świata poznaje wiekowego czarodzieja, który przekazuje mu potężną, niezwykłą moc. Od tej pory po wypowiedzeniu magicznego słowa "shazam", Billy rozporządzać będzie nie tylko ponadprzeciętną siłą, zdolnością latania i odpornością na pociski, ale co najciekawsze, jego świadomość zostanie przeniesiona w ciało dorosłego mężczyzny (Zachary Levi). Oczywiście, będzie zmuszony ganiać po mieście w obciachowym trykocie, ale taki jest już los superbohaterów. Postawiony wobec możliwości korzystania z wszechmocnego daru, chłopak szybko przekona się, czy wraz z olbrzymia potęgą odzyska wreszcie to, co w życiu jest najważniejsze.


A najważniejsza dla Billy'ego jest rodzina. Dlatego wciąż szuka swojej matki, za nic mając sobie ludzi, którzy pragną okazać mu serce i pomoc. Takie działanie jest w głównej mierze przyczyną jego wszelkich kłopotów oraz (paradoksalnie) zyskania potężnych mocy. I niczym Peter Parker w filmach Sama Raimiego, uczy się, że z wielką potęgą wiąże się wielka odpowiedzialność. Cały trik polega jednak na tym, jak zostało to rozegrane. Główny koncept filmu rozbija się o motyw trudnego nastolatka umieszczonego w ciele dorosłego superbohatera. Henry Gayden (scenariusz) mądrze wykorzystał motyw z komiksu Geoffa Johnsa (Shazam! z Nowego DC Comics), odrzucając dawniejszą inkarnację Kapitana Marvela, dając sobie możliwość kreatywnej kontroli nad nieokiełznaną naturą chłopaka. Dzięki temu zyskaliśmy niesamowite poczucie naturalności oraz humoru, którym iskrzy się cały film (najwięcej zabawy mieli twórcy z pokazywania nam jak przemieniony Billy z pomocą Freddy'ego z rodziny zastępczej stara się opanować i zrozumieć swoje moce). Sandberg i Gayden celowo odrzucili płaszcze swej dorosłości, zanurzając się w otchłani utraconej młodości. Na powrót stali się dziećmi, które ponad wszystko chcą broić, przeżywając ekscytujące i niekończące się nigdy przygody.

I wyszło im to nadzwyczaj dobrze. Shazam! jest filmem lekkim i wciągającym, który pomimo pewnych niedociągnięć ogląda się wprost rewelacyjnie. Choć znajdziemy tu wiele oczywistości, a niektóre kwestie fabularne są przewidywalne od samego początku, zapominamy o tym za sprawą młodzieńczego podejścia do tematu. Nawet słabsze efekty specjalne (widocznie szczególnie w obrazowaniu inkarnacji Siedmiu Grzechów) nie były w stanie popsuć mi zabawy. Przez cały seans byłem tak skupiony na bohaterach oraz ich zmaganiach, że nie zwracałem przesadnie uwagi na ten element obrazu. Ciekawie wypadł też główny antagonista filmu, czyli doktor Sivana (Mark Strong). Od jego historii zaczynają się pierwsze sceny filmu, przez cały seans poznajemy stopniowo wszelkie motywacje i pragnienia tej postaci. Na ekranie jest go sporo, a co najważniejsze, jako przeciwnik Shazama nie pełni specjalnie pretekstowej roli, służąc wyłącznie jako alter ego tytułowego bohatera. Zapewne spora w tym zasługa samego aktora, który wzbogaca produkcję w każdej scenie ze swoim udziałem. Jeśli już jesteśmy przy aktorach, nie można nie wspomnieć o duecie ekranowym Angel/Grazer. Chemia jaka widoczna jest pomiędzy Billy'm a Freddy'm wprost wylewa się z ekranu, będąc jednym z najfajniejszych elementów obrazu. Dzięki nim, Shazam! często skręca w kierunku tzw. buddy movie, gdzie dwóch kumpli nieustannie pakuje się w kłopoty, wynikające często z ich odmiennych charakterów. Grający Shazama Zachary Levi także świetnie odnajduje się w przyjętej konwencji. Jego wersja Billy'ego jest śmieszna i urocza, ale co najważniejsze, bardzo przekonująca.


Shazam! to pełen emocji i zabawy film, w którym wszelkie możliwe niedociągnięcia przesłania zamiłowanie twórców do stworzenia obrazu, który przypominałby im o powrocie do czasów młodości. Przewidywalność, średnie efekty specjalne czy powtarzalność pewnych wzorców przesłania w tym dziele niesamowita pasja, humor i pomysłowe podejście do tematu. Nie od dziś wiadomo, że dobrze skonstruowana opowieść jest w stanie zatuszować pewne niedociągnięcia, i w tej materii twór Sandberga wypada jako koronny dowód tej teorii. Mamy tu do czynienia z filmem pełnym dowcipu i wewnętrznego ciepła, w którym śledzimy losy bohaterów, którzy są nam bardzo bliscy. Mamy szansę obudzić w sobie dzieciaka, który spał w naszym wnętrzu przez wiele długich lat. Wyłożony bez ogródek dydaktyzm nie razi, przesłoniony ogólnym czarem produkcji, a wraz z trwaniem seansu zaczynamy też wchłaniać motyw rodzinny, tak ważny dla całej warstwy fabularnej. Mogę śmiało napisać, że gdybym miał znów dwanaście lat, Shazam! z miejsca stałby się moim ulubionym filmem superhero (sorry Avengers...). Ma on w sobie ducha młodości i fantazji, który nigdy we mnie nie umarł, a twórcom udało się go wreszcie obudzić. Seans był dla mnie jak powrót na ulubioną karuzelę, która nie nudzi się, nawet jeśli kręcimy się na niej już dwudziesty raz. To chyba czar młodości, prawda? Jestem niezmiernie szczęśliwy, że dane mi było do tego powrócić.



Tytuł: Shazam!
Scenariusz: Henry Gayden
Reżyseria: David F. Sandberg
Obsada: Zachary Levi, Mark Strong, Jack Dylan Grazer, Asher Angel, Marta Milans, Djimon Hounsou, Grace Fulton
Wytwórnia: Warner Bros./DC Entertainment
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 5 kwietnia 2019 (USA), 5 kwietnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 132 min.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Co zrobisz gdy twoim dzieckiem zawładnie Impostor (2019) ?


W dzisiejszym, popularnym kinie grozy nieczęsto zdarzają się tytuły, które budowałyby klimat poprzez niespieszną akcję, subtelną grę aktorów czy charakterystyczne, wypełnione niepokojem ujęcia. Najczęściej straszy się nas niedopracowanymi efektami specjalnymi, przesadzonymi (i stosowanymi nagminnie) jumpscare'ami albo niespodziewanie narastającą muzyką. Twórcy notorycznie zapominają, że widzów najbardziej przerażają wszelkie niedopowiedzenia, a odpowiednio potraktowany minimalizm naprawdę potrafi zdziałać cuda. Niedoścignionym przykładem takiego podejścia jest film Czarownica - Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015). Na szczęście nie jest to przykład jedyny, podobnych produkcji jest oczywiście znacznie więcej. Za sprawą właściwego podejścia i wyczucia filmowców wyłamują się one z ogólnego nurtu przesady i ogłupienia. Dzięki temu oferują odbiorcy coś, co z pewnością zostanie z nim na dłużej. W taki właśnie styl próbuje wpisać się Impostor, film charakteryzujący się niespiesznie snutą historią oraz mroczną, niepokojąco wybrzmiewającą nutą.

W dziele Lee Cronina (reżyser i scenarzysta) obserwujemy historię Sarah (Seana Kerslake) oraz jej syna Chrisa (James Qiunn Markey), którzy w ramach nowego startu przeprowadzają się na obrzeża niewielkiego miasteczka. Akcja filmu rozgrywa się w Irlandii, w częściowo odosobnionym i dość surowym leśnym otoczeniu. O parze naszych bohaterów nie wiemy zbyt wiele. Sarah jest prawdopodobnie po rozwodzie, nie znamy też dokładnej przyczyny jej przeprowadzki. Nie do końca jasnych kwestii jest zresztą w tej historii więcej. To właśnie one odpowiadają za tajemniczy i pełen niepewności klimat produkcji. Jedyne czego jesteśmy tu świadomi, to troska i miłość, którą nasza bohaterka obdarza swoje dziecko. Ponieważ mamy do czynienia z filmem grozy, oczywistym jest, że wkrótce w życiu tej dwójki zdarzy się coś przerażającego. Pewnego dnia Sarah i Chris odkrywają w lesie olbrzymią, tajemniczą dziurę. Nieświadomy ostrzeżeń swej rodzicielki chłopiec, ucieka pewnej nocy do lasu, aby po raz kolejny obejrzeć dziwne miejsce. Poszukująca go Sarah odchodzi od zmysłów, nie wie jednak, że to wydarzenie jest zaledwie początkiem jej zmartwień. W odnalezionym wkrótce Chrisie zaczynają stopniowo zachodzić pewne nietypowe zmiany. Tymczasem, prawie tak samo niepokojącym jak sama metamorfoza, jest fakt, że zdaje sobie z niej sprawę wyłącznie jego matka.


Mam nadzieję, że po tak zarysowanej fabule poczuliście się choć trochę zaintrygowani filmem. Zdaję sobie sprawę, że produkcji o odmienionych osobach (a często dzieciach) na przestrzeni kilku ostatnich dekad było całkiem sporo, lecz Impostor idzie wytrwale własną, dość niepowtarzalną drogą. Świadczy o tym choćby wspomniana powyżej sfera uczuciowa, która uwypuklona została przy ukazywaniu relacji pomiędzy postaciami. Pomijając wątek fantastyczny, film ukazuje pełną bliskości i troski rolę Sarah, której całe życie (poza jedyną sceną z wieczoru ze znajomymi) skupia się na opiece nad synem. Służy to też ułatwieniu widzowi interpretacji zdarzeń, które wiążą się z ich wspólną przeszłością. Działa to znakomicie, pomagając w pełnym utożsamieniu się z bohaterami. Dzięki umiejętnemu zarysowaniu wątku obyczajowego, na znaczeniu zyskuje tematyka grozy, która jest przecież najważniejszym elementem obrazu. To co dziwne i nienazwane narasta w Impostorze stopniowo. Cronin pieczołowicie buduje swój klimat grozy, niespiesznie zatapiając w nim odbiorcę, odrzucając tanie sztuczki z taśmowo produkowanych horrorów. Zmiany zachodzące w Chrisie są na tyle subtelne, że postronne osoby nie są tego w stanie w ogóle dostrzec. To doprowadza Sarah do coraz większego obłędu, a widz w pewnym  momencie nie jest już pewien, czy cała sytuacja nie jest wyłącznie chorą fantazją bohaterki. Jednocześnie sugeruje się mu też udział złowrogich sił. W pierwszej połowie filmu w budowaniu rosnącego napięcia pomaga reżyserowi wprowadzenie "demonicznej" postaci pani Brady (Kati Outinen). Według miejscowych opowieści, staruszka przed laty straciła syna, który podobnie jak Chris, zaczął wydawać się jej kimś zupełnie innym. Sfera uczuciowa i groza splatają się ze sobą, potęgując paranoję oraz przemożną chęć poznania odpowiedzi. Ich wspólne działanie skutkuje gęstym i mrocznym tonem filmu, który oprócz straszenia ma widzowi do oznajmienia coś jeszcze ważniejszego.

Impostor to historia matki, która jest gotowa poświęcić wszystko aby ocalić swego syna. Tylko ona jest w stanie dostrzec jego zmiany oraz odnaleźć w sobie odwagę, potrzebną podczas potyczki ze złowrogimi, groźnymi siłami. Cronin w swoim debiutanckim filmie pokazuje cienką granicę pomiędzy opowieścią przepełnioną miłością, a nastrojową powieścią o nieznanym. Udało mu się stworzyć obraz jednakowo niepokojący co wzruszający, choć oczywiście jego odbiór będzie różnił się w zależności od osobistego podejścia odbiorcy. Produkcja pokazuje jednocześnie, jak różnorodne może być współczesne kino grozy. Od oklepanych, nudnych przedstawień, przez przemyślane projekty, korzystające z klasyki gatunku i wyraźnego stylu reżysera, aż po pełne emocji i niespiesznej narracji dzieła, które straszą widzów lepiej niż hektolitry sztucznej krwi. Impostora docenią ci, którzy nad oczywistą wizualność i dosłowność przedkładają klimat oraz tempo prowadzonej akcji. Jeśli jesteście w stanie zachwycić się unikalnym charakterem śledzonej opowieści, nie będziecie tym filmem zawiedzeni. On wynagrodzi to Wam strachem i niepokojem, który z pewnością wzrośnie, kiedy wieczorem zostaniecie sami w domu. Bo nic nie straszy nas tak jak to, czego nie widać, a największe zmory rodzą się w naszej własnej wyobraźni. Dobrze, że wciąż są twórcy, którzy o tym wiedzą i potrafią pokazać to na wielkim ekranie.



Tytuł: Impostor (The Hole in the Ground)
Scenariusz: Lee Cronin, Stephen Shields
Reżyseria: Lee Cronin
Obsada: Seana Kerslake, James Quinn Markey, James Cosmo, Kati Outinen, Simone Kirby
Wytwórnia: Savage Productions
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 1 marca 2019 (USA), 5 kwietnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 90 min.