wtorek, 30 lipca 2019

RECENZJA: Wizje twórców Star Wars™: Przebudzenie Mocy - Phil Szostak

Nieco ponad pół roku temu recenzowałem dla Was album Phila Szostaka, opowiadający o artystycznym procesie powstawania filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017). Tekst znajdziecie w tym miejscu, gorąco polecam zapoznanie się z nim, jeśli wcześniej nie mieliście ku temu okazji. Tym razem postanowiłem iść za ciosem, sięgając po wcześniejszą publikację tego autora, w identyczny sposób traktującą o produkcji Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015). Choć od premiery wspomnianego obrazu minęły już prawie cztery lata, musimy mieć świadomość, że stykamy się tu z materią Star Wars, czyli marką, która tak naprawdę nigdy się nie starzeje. A tak samo jak filmy, nie starzeją się również prace artystów koncepcyjnych, pracujących nad kreacjami wizualnymi, niezbędnymi do stworzenia niesamowitego świata odległej galaktyki.

Wizje twórców Star Wars™: Przebudzenie Mocy to tzw. coffee table book, czyli album przeznaczony bardziej do oglądania niż czytania. 90% książki wypełniają wizualizacje graficzne, które w niektórych przypadkach zajmują jedną, a czasem nawet aż dwie strony! Całość podzielono na cztery działy (Faza "obrazowości ukierunkowanej", Preprodukcja, Produkcja, Postprodukcja), które w klarowny i przystępny sposób poprowadzą Was przez arkana planowania oraz procesów twórczych zachodzących w trakcie powstawania filmu. Gwiezdne wojny to tytuł, który jak żaden inny uzależniony jest od prac grafików i artystów koncepcyjnych. Warto zauważyć, że większość istotnych pomysłów powstaje jeszcze przed zarysowaniem ostatecznej wersji scenariusza do filmu. To m.in. dzięki nim reżyser oraz scenarzyści mogą posiłkować się twórczo w trakcie klarowania wszelkich pomysłów fabularnych. 


Dzięki albumowi Szostaka zrozumiecie jak długą i skomplikowaną drogę przeszedł Wasz ulubiony film. Znajdziecie tu oczywiście wiele ciekawostek, a wśród nich takie, które mają szansę zabłysnąć dopiero w kolejnych filmach z serii. Na szczególną uwagę zasługują rysunki stworzone w procesie preprodukcji, dotyczące pewnego pomysłu wykorzystania sali tronowej Imperatora z drugiej Gwiazdy Śmierci. Choć nie pojawiły się one w Gwiezdnych wojnach: Przebudzeniu Mocy, wiemy już, że znajdą swoje zastosowanie w kolejnej odsłonie cyklu (patrz zwiastun do Gwiezdnych wojen: Skywalker - odrodzenie). Bardzo interesujący wydał mi się też fakt długiej (i mozolnej) pracy nad ostatecznym wyglądem  przebrania Kylo Rena, który ostatecznie zaakceptowano tuz przed rozpoczęciem zdjęć do filmu (czyli ponad rok od rozpoczęcia wstępnych prac). Podobnie sprawa miała się z wyglądem zbroi szturmowców.

Wizje twórców Star Wars™: Przebudzenie Mocy to książka dla każdego fana Star Wars. Masę ciekawych i inspirujących kwestii znajdą w niej również wszyscy fani dobrej fantastyki (oraz historii świata filmu), którzy umieją docenić piękno odległego uniwersum tworzonego wyłącznie na papierze. Wejście w świat projektów oraz pomysłów twórczych odsłoni przed każdym czytelnikiem nieco inny klimat Gwiezdnych wojen, niż ten znany na pamięć z sali kinowej. To otoczenie znacznie bogatsze, niezwykle intensywne, przyciągające swą surowością i nieposkromioną wyobraźnią, wyrażoną przez dłonie i zmysły wielu utalentowanych artystów. Warto dać ponieść się swej pasji jeszcze mocniej, aby lepiej zrozumieć, dlaczego to co kochamy przemawia do nas w tak niesamowity sposób. Ten album z pewnością pomoże w tych odkryciach, prowadząc Was drogą, której jeszcze nie znaliście.




Tytuł: Wizje twórców Star Wars™: Przebudzenie Mocy
Autor: Phil Szostak
Przekład: Marcin Bauer
Wydawnictwo: AMEET
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 256
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


piątek, 26 lipca 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 13 (Invincible tom 4, Superman tom 6, Batman Metal tom 3)

Czy numer trzynaście jest dla Was pechowy? Dla mnie nie, toteż w kieszeń schowajcie wszelkie uprzedzenia, weźcie coś dobrego do picia i usiądźcie wygodnie w fotelu, aby przeczytać o kilku komiksach, które ostatnio wpadły w moje ręce. Przed Wami solidna porcja adrenaliny, podlana gęstym sosem superhero. Wszak nie może być inaczej, kiedy do najnowszych przygód stają najwięksi bohaterowie Image Comics oraz DC Comics! Czy jednak wszystkie zaprezentowane tytuły zdobyły moje serce? Sprawdźcie to sami! ;-)


Invincible, tom 4 (R. Kirkman, R. Ottley)

Czy w najnowszym, czwartym tomie Invincible nadal jest tak dobry jak w części pierwszejdrugiej i trzeciej? Kirkman już na starcie wali nas po głowie akcją z Reanimenami, jednak jest to zaledwie rozgrzewka przed tym, co autor szykuje dla nas tym razem. Pierwsza połowa czwartego tomu skupia się w większości na akcji prewencyjnej prowadzonej przez Strażników Planety, mającej na celu zniszczenie plagi mózgonogów z Marsa, zanim dotrą one na naszą planetę. W tym samym czasie druga część zespołu przeciwstawia się akcji terrorystycznej Ligi Jaszczurów, która opanowała amerykańską bazę nuklearną. W międzyczasie Mark targany jest przez dylematy natury moralnej, pragnąc pogodzić własne życie w roli Invincible'a z uczuciami jakie żywi wobec Amber. Myślicie, że to koniec? O nie, nic z tego! Choć gęstej akcji w dalszej części tomu jest już znacznie mniej (w końcu trzeba złapać oddech), nie oznacza to jednak, że w tym samym momencie emocje również opuściły tę niesamowitą serię. Przyjrzymy się więc bliżej wątkowi, który od samego początku napędza powyższy tytuł. Kwestie związane z Omnimanem powracają co rusz, stopniowo ewoluując i szykując nas na coś większego. Co to będzie? No cóż... najwyraźniej trzeba czytać Invincible'a dalej!

Odpowiedź na pytanie postawione we wstępie nasuwa się chyba sama. Kirkman nadal wie co robi, tkając na naszych oczach historię złożoną, wielowątkową, ale też bardzo przemyślaną. A co najważniejsze, nie spieszy się z wrzucaniem i rozwijaniem pewnych jej elementów, decydując się wyłącznie na te ruchy, które w danej chwili są dla akcji i rozwoju bohaterów najbardziej istotne. I zgodnie z wszelkimi założeniami działa to świetnie, co tylko motywuje mnie do coraz bardziej zachłannego śledzenia przygód Marka. Pomimo bogactwa świata przedstawionego jest to wciąż historia o nim, żadne inne wydarzenie nie jest w stanie odebrać tej kwestii palmy pierwszeństwa. Rysunki Ryana Ottleya to już zupełnie inna historia. Paradoksalne połączenie prostoty i szczegółowości uderza mnie za każdym razem gdy sięgam po ten komiks. Warto też zauważyć, że pod względem dynamiki artysta osiąga coraz większe umiejętności. To jeden z naprawdę nielicznych tytułów, w których rysunki po prostu się pożera. Naprawdę (przynajmniej ja tak mam). Tak więc, zarówno dzięki warstwie wizualnej jak i tekstowej, najnowszy tom Invincible'a to wciąż najwyższa półka superhero. Bierzcie i czytajcie, zanim we wrześniu b.r. pojawi się kolejny tom!

Tytuł: Invincible, tom 4
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Egmont Polska/Image Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 336
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Superman, tom 6 - Imperius Lex (P. J. Tomasi, P. Gleason, D. Mahnke, J. Mendoza)

Wydarzenia z najnowszego, szóstego tomu Supermana mogą wydawać się nieco obce dla tych z Was, którzy nie czytali losów Ligi Sprawiedliwości w cyklu Nowe DC Comics (The New 52). Tam bowiem opisane były wydarzenia, jakie doprowadziły Lexa Luthora na tron Apokolips. Do tego wątku odnosi się właśnie jedna z trzech historii zaprezentowanych w Imperius Lex. Co ciekawe, autorzy komiksu zadbali o to, aby osoby nie znające dokładnie tamtych wydarzeń mogli maksymalnie cieszyć się lekturą, upraszczając wprowadzenie tak bardzo, jak tylko się dało. Na niespełna stu stronach opowiedzieli historię niezwykle epicką, z wieloma istotnymi bohaterami, ani na chwilę nie zapominając o głównym bohaterze całego zamieszania, czyli Supermanie (a także uwikłanej we wszystko rodzinie naszego herosa). Porwany przez jedną z uczestniczących w wojnie domowej frakcji Luthor, przenosi na Apokolips Supermana i jego bliskich. Na skutek teleportacji rodzina zostaje rozdzielona, a Człowiek Ze Stali ma wkrótce stać się narzędziem w rękach podstępnego Lexa. Gleason i Tomasi świetnie budują postać tytułową, pokazując, że Superman to nie tylko mięśnie i nadnaturalne moce. Na jaw nie może wyjść fakt, że Clark ma rodzinę, autorzy wprowadzają więc dość proste rozwiązanie, które zapobiega odkryciu przez Luthora niepożądanych rewelacji. Przygoda, dynamiczna walka, a nawet szczypta humoru sytuacyjnego przeplatają się ze sobą w historii, która pokazuje ponad wszystko, że wielowątkowe treści można opowiadać szybko i na temat.

Dwie pozostałe przygody nie odstają poziomem od tytułowej. Obie pokazują Supermana jako czułego opiekuna i niezłomnego obrońcę, który zrobi wszystko, aby ocalić życia nawet nieskorych do korzystania z pomocy istot. Szczególnie za serce łapie historia Na Księżyc i z powrotem, w której Człowiek Ze Stali odwiedza w szpitalu grupę nieuleczalnie chorych dzieci, a następnie zabiera je do kosmicznego Obserwatorium Ligi Sprawiedliwości. Prostota i dusza, którą scenarzyści obdarzyli ten rozdział jest w stanie wycisnąć kilka łez, uświadamiając nam, że ludzkie uczucia Supermana zawsze powinny być przykładem postępowania dla nas wszystkich. Imperius Lex to kolejny tom z DC Odrodzenie, który można polecić wszystkim sympatykom Kal-Ela. Znajdziecie tu lekką (choć nie pozbawioną ważnych kwestii), satysfakcjonującą treść, pokazującą dobitnie, kto jest najważniejszym bohaterem uniwersum DC. Dla fanów Supermana absolutne musisz-mieć

Tytuł: Superman, tom 6 - Imperius Lex
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, James Robinson
Rysunki: Doug Mahnke, Jaime Mendoza, Ed Benes, Jack Herbert, Travis Moore
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Batman Metal, tom 3 - Mroczny wszechświat (S. Snyder, J. Tynion IV, G. Capullo, D. Mahnke)

Poprzednim odsłonom cyklu Batman Metal dałem pewien kredyt zaufania (pisałem o tym tu i tu), ponad wszystko starając się cieszyć tym, co przygotowali dla mnie twórcy. Jednocześnie instynktownie wstrzymywałem się z ostatecznym werdyktem na temat całości. Niestety, miałem nosa... Przykro mi to pisać (moja powściągliwość okazała się niebezpodstawna), ale Mroczny wszechświat zawiódł mnie prawie na całej linii. Szkoda, bo stało się to w chwili, gdy sądziłem, że wreszcie znajdzie się tytuł, który przełamie u mnie złą passę wielkich wydarzeń w uniwersum DC Comics.

Tak, wszelkie kryzysy i crossovery mają to do siebie, że zazwyczaj prezentują treść przystępną wyłącznie dla najbardziej oddanych, a co najważniejsze, zorientowanych w temacie fanów. Do tego świata nie mają wstępu czytelnicy, którzy dopiero zaczynają  swą przygodę z przebogatą historią wydawnictwa. Choć sam w żadnym wypadku nie mogę nazwać się nowicjuszem (komiksy DC śledzę uważnie już od ponad czterech lat), trzeci, finałowy tom Batman Metal zawiódł moje wszelkie oczekiwania. Popsuł też skutecznie zabawę, jaką miałem z czytania jego poprzednich odsłon. O fabule tej części nawet nie ma co pisać. Jest to zlepek przypadkowo wyciąganych (niczym z kapelusza) rozwiązań, które w danej chwili wydawały się twórcom na rękę. Jasne, podobnie jak poprzednio gloryfikują one przebogatą (a także bałaganiarską) historię uniwersum, ale tym razem wywołały u mnie jedynie chaos, zniechęcenie i (dosłowny) ból głowy. Nieprzystępny ton opowieści szokuje mnie tym bardziej, kiedy porównam go do w miarę poukładanej fabuły poprzednich odsłon cyklu (tam zachwycił mnie ruch oporu w Gotham oraz historia Batmanów z mrocznego multiwersum). Jeszcze dziwniejszym jest, że nawet niezwykle kreatywna zabawa formą i treścią zamieniła się tu w śmietnik najróżniejszych koncepcji. Czyta się to ciężko, a wszystko wygląda tak, jakby poszczególne idee wymyślane były w czasie tzw. burzy mózgów, lecz nie poddano ich później żadnemu fabularnemu uporządkowaniu. Przy braku klarownej treści jedyną radość z czytania Mrocznego wszechświata dają rysunki wspaniałych artystów, którzy pomagali Snyderowi i Tynionowi IV w kształtowaniu ich szalonej wizji. Dla mnie to jednak trochę za mało. Batman Metal wyznacza nową drogę dla przygód superherosów z DC, biorąc jednak pod uwagę to, co Snyder pokazał w powyższym tomie, mocno obawiam się o kondycję Ligi Sprawiedliwości, którą przejął on po wydarzeniach opisanych w powyższym tomie. Jak mu to wyszło, przekonamy się już jesienią, kiedy w Polsce ukaże się nowy tom z ich przygodami.

Tytuł: Batman Metal, tom 3 - Mroczny wszechświat
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV, Jeff Lemire, Grant Morrison
Rysunki: Greg Capullo, Doug Mahnke, Brian Hitch
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 264
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 89,99 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


piątek, 19 lipca 2019

Niezwykłe plakaty do filmu To: Rozdział 2

Nie jestem zwolennikiem nowej wersji horroru To (2017). Swoje żale wylałem jakiś czas temu w tym poście, przyznam jednak, że kampania promocyjna kontynuacji tej produkcji przybiera bardzo interesujące kształty. Po dwóch dość obiecujących zwiastunach, w nasze ręce trafia komplet naprawdę fantastycznych plakatów. Przedstawiam je Wam z wielką przyjemnością, przypominając, że film wejdzie do naszych kin z początkiem września.






Czy Król Lew (2019) nadal zasiada na filmowym tronie?


Rok 1994 to były czasy bez internetu, facebooka czy YouTube'a. A jednak na Króla Lwa czekałem wówczas równie mocno jak na obecne premiery Gwiezdnych wojen lub filmów Marvela. Było coś magicznego w tamtym okresie, a co ciekawe - brak nowoczesnych, wszechobecnych mediów wcale nie utrudniał podtrzymywania szumu medialnego związanego z wypatrywaną premierą tej (już dziś absolutnie) klasycznej animacji Disney'a. Miałem wtedy 19 lat i w zasadzie nie powinienem był interesować się filmami dla dzieci. No cóż, ja zawsze byłem inny i na szczęście nigdy w pełni nie dorosłem (co się nawet nieźle składa, bo bez tego nie mógłbym prowadzić tego bloga). Historia Simby była dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń lat 90-tych w światowym kinie, a sam film oglądałem od tamtej pory niezliczoną ilość razy. Ostatni seans zaaplikowałem sobie (dokładnie) wczoraj, czyli tuż przed wieczornym, przedpremierowym seansem nowej wersji Króla Lwa.

Disney teraz tak ma, że z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie przeróbki najbardziej popularnych animacji. Licząc na przechowywane w sercach widzów uczucia nostalgii pragnie wyciągnąć od nas dodatkowe złotówki, po raz wtóry oferując coś, co tak dobrze już znamy. Nie wszystkim się to podoba, malkontenci są jednak w mniejszości, ponieważ wpływy światowego box office'u pokazują dobitnie, jak bardzo ludzkość pragnie podobnych zabiegów. Swoje zdanie w tej materii wyraziłem jakiś czas temu w tym materiale, tam też napisałem, że fabularną (aktorską/live action) wersję Króla Lwa biorę bez mrugnięcia okiem. No i wziąłem. Pozwólcie więc, że teraz na szybko napiszę co i jak (mimo, że wszyscy i tak ogólnie wiedzą o co w tym temacie chodzi).


Czy to był dobry pomysł i czy wszystko wyszło OK? Moim zdaniem tak. Jeśli ktoś sądził, że pod względem fabuły czy narracji dostanie coś zupełnie nowego, to chyba pomylił planety. Nie reperuje się czegoś, co nie jest zepsute, a chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby majstrować przy klasyce o takim kalibrze jak wspomniany film. Identyczne jest zresztą podejście studia Disney'a, które po raz kolejny (może poza Czarownicą z 2014 r.) oddało w nasze ręce nieomal niezmieniony produkt. Jeśli to Wam odpowiada, będziecie Królem Lwem zachwyceni. Bo też jest czym! To film wizualnie olśniewający. Wprost trudno uwierzyć, że żaden kadr, żadne zwierzę czy fragment flory nie został sfilmowany w swoim naturalnym środowisku. Wszystko jest tu dziełem utalentowanych grafików komputerowych oraz najnowocześniejszej technologii kreowania obrazu. Dzisiejsze CGI czyni prawdziwe cuda, a przygody Simby i przyjaciół warto zobaczyć choćby wyłącznie dla wspomnianego, niesamowitego efektu. W sferze fabularnej to nadal ta sama, prawie identyczna historia. Reżyser (Jon Favreau) wprowadził zaledwie kilka, nieomal niezauważalnych różnic. Są one widoczne choćby przy dialogach kultowych już kwestii Timona i Pumby.

Muzycznie film również wypada tak samo jak swój słynny poprzednik. Produkcją piosenek oraz nuty ilustracyjnej (autorstwa Hansa Zimmera) zajął się Pharrell Williams. Aranżacje utworów są nieomal identyczne jak przed laty, na otarcie łez otrzymaliśmy za to kilka nowych, śpiewanych utworów (m.in. Beyonce, Elton John i Lebo M.). Ciekawe czy wyłapiecie króciutkie nawiązanie do Pięknej i Bestii podczas jednego z utworów śpiewanych przez Timona i Pumbę...? Niestety, znalazłem w Królu Lwie pewną drobną nieścisłość fabularną. Aby uniknąć spoilerów nie napiszę dokładnie o co chodzi, zdradzę tylko, że błąd dotyczy sceny, w której Skaza nakazuje Zazu wezwanie lwic do wąwozu, gdzie Mufasa walczy o życie Simby. Co ciekawe, podobnej nieprawidłowości nie było w wersji animowanej (a dokonano tego za pomocą bardzo prostego zabiegu - ciekawe czemu tutaj nie zdecydowano się na coś podobnego?). W tej kwestii zapraszam do komentarzy pod recenzją.

Król Lew w swojej nowej wersji nadal pozostaje świetną opowieścią o przeznaczeniu i walce o należne miejsce w otaczającym nas świecie. Wzrusza, bawi i straszy tak samo jak w swojej oryginalnej postaci. Nowa forma produkcji pozwala zachwycić się dokonaniami dzisiejszej technologii oraz pokazać to dzieło nowemu, niedoświadczonemu życiowo pokoleniu. Jeśli cenicie jednak wyłącznie nowatorskie, uwspółcześnione (i pozmieniane) wersje znanych historii, nie będzie to niestety film dla Was. Opowieść przynosi dokładnie tą samą treść, zmianie uległ wyłącznie wizualny środek przekazu. Pomimo wszystko, widać w tym dziele serce, jakie włożyli w nie twórcy. I jeśli tak jak większość ludzkości, lubicie tylko te piosenki, które już dobrze znacie, na pewno udacie się do kina odwiedzić Lwią Skałę. Nostalgiczna podróż gwarantowana!



Tytuł: Król Lew (The Lion King)
Scenariusz: Jeff Nathanson
Reżyseria: Jon Favreau
Obsada (dubbing): Chiwetel Ejiofor, John Oliver, James Earl Jones, John Kani, Seth Rogen, Billy Eichner, Beyonce, Donald Glover, Florence Kasumba
Wytwórnia: Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 19 lipca 2019 (USA), 19 lipca 2019 (Polska)
Czas trwania: 118 min.

niedziela, 14 lipca 2019

Annabelle wraca do domu (2019), lecz nie przynosi ze sobą nic ciekawego...


Nasza ulubiona lalka powraca do kin już po raz trzeci, aby skutecznie straszyć widzów oraz zapewnić im kilka prawdziwie bezsennych nocy. Wszystko niby fajnie, cieszy mnie niezmiernie, że uniwersum Obecności rozrasta się coraz bardziej, niestety druga połowa poprzedniego zdania nie ma zbytniego zastosowania w praktyce. Reżyserię Annabelle wraca do domu powierzono Gary'emu Daubermanowi, człowiekowi, który dotąd odpowiadał za scenariusze do poprzednich filmów z cyklu (a także fabułę najnowszej ekranizacji To). Z założenia jest to więc człowiek obeznany z materią, w jakiej dane mu jest się poruszać. Widać to w kilku dość ważnych aspektach na ekranie, bynajmniej znajomość rzemiosła przez twórcę nie przełożyła się na stworzenie w pełni satysfakcjonującej historii. Choć chciałbym napisać, że nowy film z pewnością będzie pamiętną cegiełką wśród reszty tytułów w tej święcącej finansowe triumfy marce, za nic w świecie nie mogę tego zrobić.

Co zatem jest dobre, a co złe w tym filmie? Akcja Annabelle wraca do domu rozgrywa się rok po odebraniu lalki jej pierwotnym właścicielom (tym w/g prawdziwej historii), a głównym katalizatorem makabrycznych wydarzeń uczyniono koleżankę nastoletniej opiekunki córki Warrenów, która wprasza się do posesji demonologów podczas nieobecności jej właścicieli. Dauberman odrobił pracę domową w paru wymiarach tworzenia satysfakcjonującego horroru. Od razu rzuca się w oczy portretowanie głównych bohaterów opowieści. Nie od dziś wiadomo, że dobry odbiór filmu grozy zależy od tego, jak bardzo zaakceptujemy i polubimy występujące w nim postacie. Pod tym względem córka Warrenów Judy, opiekunka Mary, jej koleżanka Daniela, a nawet pojawiający się od czasu do czasu Bob (ten "Wyposażony") doskonale sprawdzają się jako charaktery, przez które poznawać będziemy ową historię. Autentycznie da się lubić te dzieciaki (przynajmniej ja tak miałem), których poziom drażnienia widza zmniejszono do niezbędnego minimum. Przez to wszystkie zaprezentowane na ekranie sceny zagrożenia życia wypadają znaczniej autentycznie oraz bardziej angażująco. Nie bez znaczenia jest tu również motywacja, którą nosi w sobie Daniela włamując się do zamkniętej piwnicy z demonicznymi artefaktami. Mało tego, wątek ten powraca w całym filmie jak bumerang, pomagając budować istotną nić fabularną.


Dobrze jest również w kwestii stopniowania napięcia produkcji. Dwa pierwsze akty zwiastują naprawdę udany film (co prawda bez kreatywnych fajerwerków i zaskoczeń, wszak wszyscy wiemy z jakim cyklem mamy tu do czynienia), wszystkie elementy poukładane są tak, jak powinno to mieć miejsce w dobrze skrojonym horrorze. W Annabelle wraca do domu znajdziemy nawet kilka smaczków przeznaczonych dla oddanych fanów serii. Najciekawszym będzie ukazanie piwnicy Warrenów w całej swej okazałości (czekałem na to przez wszystkie te lata!) oraz wizerunek oryginalnej laleczki Annabelle podczas transmisji fragmentu programu telewizyjnego (dla bardziej spostrzegawczych). W tym momencie kończą się moje słowa uznania dla powyższego filmu, czas zatem nazwać po imieniu rzeczy, które reżyserowi się zupełnie nie udały.

Najbardziej zawodzi trzeci akt filmu, który jest istnym pokazem horrorowych fajerwerków w całkiem negatywnym znaczeniu tego określenia. Dauberman wrzucił do swojego filmu wszystko co tylko mógł, aby upewnić się, że jako widzowie poczujemy się wielce usatysfakcjonowani poziomem ekranowego straszenia. Niestety nic z tego nie wyszło. Co za dużo to niezdrowo, jak mówi stare przysłowie, a reżyser mógł pamiętać o zminimalizowaniu zastosowanych środków przekazu. Przez to produkcja cierpi na podobną przypadłość co zeszłoroczna Zakonnica, która po niezłym starcie i wprowadzeniu do historii szybko stała się parodią samej siebie. Straszenie opiera się tutaj głownie na licznych jumpscare'ach oraz chodzeniu po domu przy całkowicie zgaszonym świetle. Szybko staje się to nudne i przewidywalne, zabijając jakąkolwiek frajdę z mroku opowiadanej historii. Istotny błąd wynika także ze scenariusza, który zakładał pojawienie się w domu naszych bohaterów wszystkich demonów oraz złowrogich zjawisk, z jakimi tylko mieli oni wcześniej do czynienia. Coś, co wyglądało dobrze na papierze, nie sprawdziło się w kontekście do wizualizacji, która jest przecież głównym środkiem filmowego wyrazu. Nie przekonało mnie również cukierkowe, pozbawione istotnych wyjaśnień zakończenie, mocno spłycające wszystkie dotychczasowe zmagania trójki głównych postaci. Kilka scen wywołało mój niezamierzony uśmiech. Wśród nich prym wiedzie całonocne bieganie Boba wokół domu Warrenów (już scena w kurniku była średnio udana).

Annabelle wraca do domu jest filmem, który spodoba się Wam, jeśli tylko mocno obniżycie swoje oczekiwania. To produkcja dobra na miłe spędzenie kilku niezobowiązujących kwadransów w kinie, kiedy w domowym VOD obejrzycie już wszystko co ciekawe. Choć nie obiecywałem sobie po tej produkcji niczego specjalnego, trochę boli mnie, jak uniwersum stworzone przez Jamesa Wana stopniowo rozmienia się na drobne. Jestem sympatykiem obu części Obecności oraz poprzednich historii o Annabelle, sądziłem więc, że zeszłoroczna, gorsza kondycja Zakonnicy jest tylko stanem przejściowym. Niestety, choć nowy film oceniam w tej kategorii troszkę wyżej, nadal czuję niedosyt oraz małe ukłucie żalu. W tym miejscu pozostaje mi tylko polecić Wam sięgnięcie po dwie dostępne na naszym rynku książki o małżeństwie Warrenów (Ed i Lorraine Warren. Demonolodzy, Nawiedzenia. Historie prawdziwe), które opisują ich wieloletnie zmagania z duchami i demonami. Jako, że jest to lektura z natury dokumentalna, nie mogę zrecenzować ich na moim poświęconym fantastyce blogu. Zapewniam jednak, że dostarczą Wam solidnej porcji obaw i przemyśleń, czego raczej nie znajdziecie w najnowszej odsłonie Annabelle.



Tytuł: Annabelle wraca do domu (Annabelle Comes Home)
Scenariusz: Gary Dauberman, James Wan
Reżyseria: Gary Dauberman
Obsada: Vera Farmiga, Patrick Wilson, Mckenna Grace, Madison Iseman, Katie Sarife, Michael Cimino, Samara Lee
Wytwórnia: New Line Cinema
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 26 czerwca 2019 (USA), 12 lipca 2019 (Polska)
Czas trwania: 106 min.

czwartek, 11 lipca 2019

RECENZJA: Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow - Jessica Townsend


W nieskończoność mógłbym wymieniać przypadki, kiedy wchodząca na rynek książka dla młodzieży była reklamowana nawiązaniami do dziedzictwa Harry'ego Pottera. Choć sama strategia nie dziwi mnie specjalnie (w końcu tak naprawdę od czasu, kiedy J. K. Rowling zaprosiła nas do swojego magicznego świata, wielu autorów usiłowało powtórzyć jej niebywały sukces), wszak każde wydawnictwo chce, aby jego tytuł zyskał zaufanie czytelników już na starcie. Niestety, w prawie każdym przypadku książka okazywała się kalką popularnej serii, a w dodatku była to kalka nadzwyczaj odtwórcza lub zwyczajnie nieciekawa (o byciu niegodną jakichkolwiek porównań nawet nie wspomnę). Toteż, kiedy na tegorocznych Warszawskich Targach Książki odwiedziłem stoisko wydawnictwa Media Rodzina, zaciekawiła mnie okładka pierwszego tomu serii autorstwa Jessici Townsend. Oczywiście, z miejsca pomyślałem, że to znów coś w tym samym stylu, co zresztą potwierdziło się, kiedy otworzyłem pierwszą stronę okładki. Jestem niepoprawnym dzieckiem reklamy, dlatego ładne opakowanie i sposób podania towaru ma dla mnie często diametralne znaczenie (tym bardziej, że stand, na którym wydawca umieścił dwa tomy serii był naprawdę gustownie zrobiony). Złamałem się więc i w ten sposób książka znalazła się u mnie w domu.

Pierwsze przeczytane strony utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak będzie to ta gorsza powtórka z rozrywki. Myliłem się jednak bardzo, ponieważ z każdym kolejnym rozdziałem Townsend była coraz dalej od Rowling. Choć z drugiej strony, wcale nie aż tak daleko. To naprawdę niebywałe, lecz pewne elementy Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow są dokładnie takie same jak u konkurencji. Pomimo tego, powieść szturmem zdobyła moje serce. Dlaczego? Jak pisałem już wcześniej na Instagramie, książka młodej australijki pod względem formy, klimatu i dynamiki bardzo przypomina pierwsze tomy Harry'ego Pottera. To jednak nie zarzut, bo Townsend świadomie pozostaje w rysach gatunku zaproponowanych przez Rowling (a ja od dawna chciałem przeczytać coś dokładnie w takim stylu). Czy zaakceptujecie takie rozwiązanie czy nie, to już Wasz wybór, ja jednak polecam pochylić się nad powyższym zagadnieniem. W końcu kilka innych gatunków literackich bez zgrzytu bazuje na standardach wypracowanych przez swe pierwowzory (np. kryminał, gdzie do bólu powtarzane są te same zasady budowania następujących po sobie elementów fabuły). Już wyjaśniam dokładnie o co w tym przypadku mi chodzi?

Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow (tłumaczenie tytułu jest nieco dziwne - oryginalne słowo "trials" oznacza "próby" i ono sprawdza się znacznie lepiej w kontekście treści książki) mają wiele pomysłów podobnych lub wręcz zapożyczonych z historii młodego czarodzieja. Spójrzmy zatem na naszą główną bohaterkę. Jedenastoletnia Morrigan mieszka ze swoją rodziną, która prawie jej nie kocha. Powodem jest dziwna klątwa, którą dziewczyna jest obarczona od swego urodzenia. Aby ratować swe życie, bohaterka wyrusza ze swego świata do nowego, nieznanego miejsca pod opieką niejakiego Jupitera Northa. W Nevermoor musi zmierzyć się z kilkoma trudnymi (odsłaniającymi jej talent) zadaniami, po przejściu których dostąpi zaszczytu bycia członkinią pewnego elitarnego stowarzyszenia. Po drodze nawiązuje wiele ciekawych relacji, ale co najważniejsze, wbrew jej wszelkim oczekiwaniom zacieśnia się także tajemnica przeznaczenia samej Morrigan, oraz wróg, który zbliża się coraz bardziej do realizacji swego nikczemnego planu. Jak widać z tego krótkiego streszczenia, mamy tu do czynienia z bardzo podobnym schematem (czyli tym samym, co wciąż obowiązuje w przypadku innych, podlegających stagnacji strukturalnej gatunków), lub po prostu wyraźną inspiracją twórczą autorki. Tymczasem sama fabuła znacząco różni się od tego, co znamy na pamięć z popularnej klasyki gatunku.

Townsend wspaniale inspiruje się drogą otworzoną przez Rowling, budując na tej bazie całkowicie pełną, stojącą na własnych nogach opowieść. Otrzymujemy w niej wyrazistą bohaterkę, wraz z którą poznajemy przebogaty, fantastyczny świat. To właśnie za przewodnictwem Morrigan stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o towarzyszącej jej zmaganiom tajemnicy. Autorka nie traci czasu na zbyteczną ekspozycję, wszystkie istotne elementy uniwersum podaje czytelnikowi w chwili, gdy jest to w pełni uzasadnione fabularnie (świetnym przykładem jest wunder - inspirujące źródło energii w Nevermoor oraz generator wielu ciekawych wynalazków). Dzięki temu powieść śledzi się świetnie nie tylko ze względu na samą treść, ale również (dość nieczęstą) naturalność w ukazywaniu zasad i prawideł przedstawionego świata. Lekkość języka oraz plastyczność opisów (na szczęście nie ma tu ich zbyt wiele) pozwala płynnie zatopić się w świat, w którym przebywa tytułowa protagonistka. Przygoda, tajemnica i szczypta humoru czynią z Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow kawał pierwszorzędnego czytadła dla młodych (choć nie tylko!). Townsend wie jak napisać dobrą powieść, nie zaniedbując ani jednego elementu, który musi wybrzmieć, aby dzieło zwieńczone zostało sukcesem. Jak to zwykle bywa, nie wszystkie kwestie znalazły w powyższym tomie swe rozwiązane, z niecierpliwością czekam więc, kiedy zacznę czytać drugą odsłonę tej tak obiecująco rozpoczętej serii. A mój (opisany we wstępie) przykład dobitnie pokazuje, że warto czasami zaufać słowom na okładce. Pomimo tego, że niejednokrotnie nas zawiodły, mogą niekiedy zwiastować coś interesującego i prawdziwie zaskakującego.


Tytuł: Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow
Autor: Jessica Townsend
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 432
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39 zł

sobota, 6 lipca 2019

Spider-Man: Daleko od domu (2019), czyli świetna komedia młodzieżowa na lato (a przy okazji całkiem niezły film superhero)


Tytuł tej recenzji z pewnością wiele powie Wam o tym, jak odebrałem najnowszą produkcję Marvela. Od razu wyłapiecie, że bawiłem się świetnie i nie będzie w tym stwierdzeniu ani krzty fałszu. Spider-Man: daleko od domu to naprawdę kapitalna młodzieżowa komedia, która nieomal przypadkiem jest również pełnoprawnym filmem superhero. Wrażenie dobrej zabawy podczas pierwszego kwadransa seansu utrzymywało się we mnie na tyle wyraźnie, że w pewnej chwili spojrzałem na żonę, stwierdzając, że w tym filmie nie potrzeba już nawet Człowieka-Pająka. Wszystko na ekranie zdawało się potwierdzać ów stan rzeczy. Peter Parker wraz z całą klasą wybrał się w wakacyjną podróż po Europie. W planach była Wenecja, Paryż oraz Londyn (choć po drodze wyskoczyło również kilka innych miejsc). Wspólna podróż oraz niezliczone zabawne sytuacje przywołały we mnie ducha młodości, pozwalając odnaleźć samego siebie sprzed wielu lat. Jak się wkrótce okazało, stary kontynent nawiedziła plaga żywiołaków z innego świata, które spędzają sen z oczu nie komu innemu, jak samemu Nickowi Fury'emu. I tu film z miejsca przeskakuje w znany już dobrze rytm, pokazujący zmagania bohatera z dużo większym zagrożeniem. W Wenecji Peter jest świadkiem ataku potężnej, wodnej istoty, którą unieszkodliwia nowy superbohater, nazywany Mysterio. Na miejscu pojawia się oczywiście Fury, proponujący Peterowi współpracę z herosem z innego uniwersum. Tak przedstawia się zarys niezwykłego mariażu dwóch filmowych stylów, które dość rzadko łączą się w jednej (a w tym wypadku bardzo zgranej) produkcji.

Spider-Man: Daleko od domu urzeka nie tylko kombinacją stylistyczną całej opowieści. To naturalnie ostatni film z tzw. trzeciej fazy Marvel Cinematic Universe, zapoczątkowanej jedenaście lat temu pierwszym obrazem o przygodach Iron Mana. Nawiązania do ostatnich wydarzeń w ekranowym świecie wytwórni są tu bardzo widoczne, ale najważniejsze, że w swym zamierzeniu stanowią również w pełni integralną część narracji. Niestety, w jednym z takich przypadków dostrzegłem niewielki zgrzyt produkcji. Na myśli mam motywację głównego antagonisty, która jest niestety dość powtarzalna (widzieliśmy coś bardzo podobnego w jednym z wcześniejszych filmów z cyklu), a co gorsza, zwyczajnie nudna. Na szczęście tę niedogodność przysłaniają dwie ważne i dość ciekawie zaprezentowane kwestie. Pierwsza ostrzega nas przed zawiścią ludzi z naszego najbliższego otoczenia (nie wszyscy, którzy są z nami blisko muszą mieć dobre intencje, szczególnie kiedy w dobrej wierze udaremnimy im realizację własnych zamierzeń), druga pokazuje jak świetnie Marvel wykorzystuje wcześniej wprowadzone pomysły. Zamiast głowić się nad czymś zupełnie nowym, twórcy kreatywnie korzystają z wcześniej wprowadzonych wynalazków, spajając prezentowaną historię z resztą uniwersum. Wybaczcie, że piszę strasznymi ogólnikami, zwyczajnie staram się ochronić część z Was przed niechcianymi spoilerami. Po obejrzeniu filmu wróćcie tu więc koniecznie, w komentarzach chętnie wyjaśnię i rozwinę wspomniane kwestie.


Kontynuując zachwyty nad nową przygodą Spider-Mana, muszę zaznaczyć, że żaden dobry film nie obejdzie się bez grupy wyrazistych postaci. To przecież im chcemy kibicować w dramatycznych zmaganiach oraz utożsamiać się z nimi, zauważając łączące nas podobieństwa. Paczka najbliższych znajomych Petera oraz on sam, nie tylko przypomniała mi szczenięce lata, ale również sprawiła, że ich przygody oglądało mi się bez najmniejszego poczucia fałszu. To zdumiewające, jak nowy film o Spider-Manie sprawdza się w ramach historii o problemach nastolatków (w większości przesyconej naprawdę niezłym humorem), a jednocześnie jest kapitalną, spójną z resztą uniwersum produkcją superhero. Na ekranie przez cały czas coś się dzieje, komiczne sytuacje mieszają się z wysokobudżetowymi efektami i walkami, a żadna scena nie jest tu wprowadzona na siłę, pchając do przodu wątki lekkie, jak i te poważniejsze, niezbędne dla całej historii. Nie czułem też poczucia żadnego przeładowania, ponieważ pomimo sporego bagażu, który dźwiga powyższa produkcja, całość sprawia niezwykle lekkie wrażenie. Jest tu tyle prawdziwej szczerości i luzu, że bez zająknięcia mogę uznać film za najlepszy letni blockbuster od lat. Nie bez znaczenia jest też obecność wszystkich lokacji, w których rozgrywają się przygody naszego bohatera. Najbardziej znane miasta Europy dodają filmowi wiele ze swojego uroku i oryginalności. No i po prostu fajnie jest zobaczyć Spider-Mana w Londynie czy Wenecji. Super, że Marvel nie sili się, aby od razu pokazać fanom komiksów wszystko to, co już znamy z komiksów. Tym przyjemniej oglądałem rozwijający się związek Petera z MJ, który za sprawą swojej naturalności i uroku jest jednym z moich ulubionych wątków w całym filmie. Kto wie, może wyrośnie z tego nasza ulubiona para nowej dekady?

Spider-Man: Daleko od domu to chyba pierwszy obraz wytwórni, w którym obie umieszczone po napisach sceny są tak ważne dla całego filmu. Podejrzewam nawet, że gdyby nie wypracowana stylistyka produkcji Marvela, z pewnością znalazłyby się one jeszcze przed napisami. Koniecznie zostańcie więc do końca filmu, bo tym razem naprawdę warto. Co więcej, teraz pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość, aby zobaczyć jak sprawy w życiu Pająka potoczą się dalej. Tymczasem należy cieszyć się świetnie przygotowaną historią, w której co prawda nie uniknięto pewnych schematów (jak choćby standardowy, do bólu nudny antagonista), ale idealnie przesłonięto je angażującą widza zawartością. Cieszę się niezmiernie, że zgodnie z moimi wcześniejszymi marzeniami, historie z uniwersum odznaczają się coraz większą świadomością, oferując unikalne, w pełni zamierzone podejście twórców. Jest to niezbędne, aby utrzymać uwagę widzów oraz zapewnić nieustający rozwój filmowego świata. A o to jestem akurat spokojny, bo wszystkie te lata coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że Marvel wie co robi. Spider-Man: Daleko od domu świetnie kończy niezwykle ekscytujący etap uniwersum, zostawiając nas w niepewności o dalsze losy tytułowego bohatera. Jeśli mieliście wątpliwości, czy warto szturmować kina i oglądać najnowsze zmagania Pajączka, to mam nadzieję, że moja recenzja wskazała Wam właściwy kierunek działania. Jeśli lubicie młodzieżowe komedie przeplatane walką superbohaterów o los całego świata, będziecie zachwyceni tym co zobaczycie.

Ps. Dodatkowo polecam galerię unikalnych plakatów do filmu, które znajdziecie tutaj.



Tytuł: Spider-Man: Daleko od domu (Spider-Man: Far from home)
Scenariusz: Chris McKenna, Erik Sommers
Reżyseria: Jon Watts
Obsada: Tom Holland, Samuel L. Jackson, Jake Gyllenhaal, Marisa Tomei, Zendaya, Jon Favreau, Jacob Batalon, Tony Revolori
Wytwórnia: Marvel Studios, Columbia Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 2 lipca 2019 (USA), 5 lipca 2019 (Polska)
Czas trwania: 129 min.

piątek, 5 lipca 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 12 (Niezwyciężony Iron Man, Staruszek Logan tom 3, Batman - Detective Comics tom 5)

W tym wydaniu Waszego ulubionego komiksowego działu (przynajmniej taką mam nadzieję), omawiam dwa tytuły pochodzące z wydawnictwa Marvel oraz jeden z DC Comics. Który z nich sprawił mi większą radość, a na którym ogromnie się zawiodłem? Zapraszam do czytania, a następnie dzielenia się Waszymi spostrzeżeniami w komentarzach (oczywiście, jeśli już przeczytacie poniższe tytuły). ;-)


Niezwyciężony Iron Man (B. M. Bendis, M. Deodato Jr., D. Marquez)

Niezwyciężony Iron Man to pierwszy (nie licząc tytułów wydawanych w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela) pełnoprawny komiks z przygodami Tony'ego Starka w naszym kraju. Niemniej interesujący jest fakt, że od razu otrzymujemy podwójne wydanie przygód latającego w ultranowoczesnej zbroi superbohatera. Zapewne głównym powodem takiej decyzji jest związek przyczynowo-skutkowy tego tomu z nadchodzącym eventem II Wojna Domowa. Znajdziemy tu więc wprowadzenie do owej historii, oczywiście przedstawione z punktu widzenia tytułowego bohatera. No dobrze, powiecie, ale jak ten komiks broni się jako samodzielna całość? No cóż, nie będę owijał w bawełnę - nie bardzo. Autorem scenariusza jest Brian M. Bendis, twórca znany z wielu niezłych scenariuszy do komiksów Marvela (ze szczególnie udanym Ultimate Spider-Manem na czele). Niewątpliwym walorem tego twórcy jest umiejętność rozpisywania dialogów pomiędzy postaciami. W Niezwyciężonym Iron Manie nic w tej kwestii nie ulega zmianie, poza tym, że jest to zwyczajnie nudny komiks. Fabuła opowiadająca o pogoni Starka za niejaką Madame Masque, która prowadzi naszego bohatera do odkrycia wrogów dysponujących bardzo niebezpieczną bronią, z powodzeniem zmieściłaby się na połowie poświęconych jej stron. Poza świetnie rozpisanymi relacjami pomiędzy Starkiem, pułkownikiem Jamesem Rhodesem czy powracającym na łono sprawiedliwości Victorowi Von Doomowi, całość przedstawia się jednak niezbyt interesująco.

Jakby tego było mało, ostatnie strony tomu poświęcono opowieści Potężni Avengers, która jest po prostu beznadziejną nawalanką drużyny z Doktorem Doomem. Na tę totalnie odmóżdżoną kalkę wszystkiego co najgorsze w nurcie superhero najlepiej więc spuścić zasłonę milczenia. Pochwała należy się natomiast rysownikom odpowiadającym za graficzne ujęcie zamieszczonych w komiksie historii. M. Deodato Jr., D. Marquez i M. Bagley stanęli na wysokości zadania, prezentując dość różnorodne, ale jednak satysfakcjonujące podejście do prezentowanej treści. Niestety, komiks to zazwyczaj nie tylko rysunki. Sama historia oprócz nieźle nakreślonych postaci musi także przyciągać czymś uwagę, tymczasem na tym polu dzieło Bendisa dość mocno daje ciała. Nie polecam go zatem nikomu, komu (tak jak mnie) Iron Man najbardziej kojarzy się z zacnymi filmami wytwórni Marvel. Mam nadzieję, że Bendis, który aktualnie pisze przygody Supermana dla DC Comics, nie zawiedzie moich oczekiwań w zapowiadanych na jesień b.r. tytułach z tym bohaterem. W przeciwnym razie nie zostawię na nim ani jednej suchej nitki. ;-)

Tytuł: Niezwyciężony Iron Man
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mike Deodato Jr., David Marquez, Mark Bagley
Przekład: Weronika Sztorc
Wydawnictwo: Egmont Polska/Marvel
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 384
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 89,99 zł


Staruszek Logan, tom 3 - Na granicy (J. Lemire, A. Sorrentino)

Uwielbiam Wolverine'a. I nawet nie chodzi o to, że jest jednym z moich faworytów w komiksowym świecie Marvela. Po prostu Logan uosabia wszystko to, co jest dla mnie najważniejsze w ujęciu klasycznego bohatera. Skłócony ze światem, dążący do akceptacji otoczenia, nieustannie uznawany za niegodnego zaufania lub potencjalnie niebezpiecznego. Wewnętrznie rozdarty za sprawą swojej powierzchowności, pragnący być blisko tych, na których mu zależy. Oddany, bezkompromisowy, odważny, nieokiełznany... OK, już chyba wiecie o co mi chodzi. Postaci podobnych do Logana jest w popkulturze bez liku, jednak to on był pierwszym, z którym się spotkałem (i który zrobił na mnie takie wrażenie!). To było w jednym z komiksów TM-Semic z serii The Amazing Spider-Man (rysowany chyba przez Todda McFarlane'a, niestety nie pamiętam numeru ani tytułu historii - wybaczcie, to było prawie 30 lat temu...). W każdym razie, w tej opowieści Pająk spotyka Wolverine'a na dachu jakiegoś niewysokiego budynku, z którego Logan obserwuje pewien obskurny magazyn naprzeciwko. Ten przerażający gość z facjatą pokrytą czarną szczeciną, burzą drapieżnie ułożonych włosów i z wysuwającymi się z dłoni stalowymi szponami jest kumplem Spider-Mana? Znajomość znajomością, ale przysięgam, w tamtej chwili za nic nie chciałem być na miejscu Parkera. A tu nagle ten mutant (dosłownie!) mówi, że czeka na dobrą okazję, aby odbić z owego magazynu przetrzymywaną przez gangsterów dziewczynkę. Że co...?! Ten niebezpieczny i przerażający typ jest na tyle czuły, że chce ratować niewinne dziecko? To naprawdę zrobiło na mnie wrażenie! Dalsze spotkania z Rosomakiem tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, jak bardzo wyjątkowy i nieszablonowy jest to bohater. To ktoś, z kim na pewno nie chcesz zadzierać, ale w razie kłopotów będzie twoim pierwszym, naturalnym wyborem na towarzysza.

Być może właśnie dlatego zaryzykowałem i zapoznałem się z trzecim tomem nowej serii Staruszek Logan, autorstwa Jeffa Lemire'a i Andrea Sorrentino. Zaryzykowałem, bo niestety nie przeczytałem jeszcze dwóch poprzednich tomów (wiem, jako fan Wolverine'a mocno biję się w pierś), a co gorsza nie wiedziałem nawet, dlaczego tytułowy bohater nagle tak bardzo posunął się w latach. To wszystko jest jednak nieważne, tego co istotne dowiedziałem się z redakcyjnego wstępu do wydania. Tymczasem najważniejsze, że komiks nieoczekiwanie okazał się być w miarę zamkniętą historią, do zrozumienia której potrzebowałem jedynie znajomości samej postaci, a nie ostatnio wydawanych z nią opowieści. W Na granicy Logan udaje się (oczywiście samotnie) w daleką, sentymentalną podróż. Wyprawa ma pomóc mu uporządkować pewne sprawy, jego wyborem jest więc Alaska. Wkrótce dociera do niewielkiego, wywołującego istotne wspomnienia miasteczka na północy. Oczywiście, tam gdzie pojawia się Wolverine, pojawiają się także kłopoty. Rosomak z rozżaleniem dowiaduje się, że nawet będąc starym i zmęczonym trudami życia, nigdy nie rozstanie się ze swą pechową karmą, która nieustannie ściąga kłopoty na niego oraz osoby z nim związane. Lemire oddał w moje ręce Logana takiego, jakiego kocham najbardziej. Pragnącego spokoju, nieustannie uwikłanego w krwawe dramaty, bezkompromisowego i oczywiście cierpiącego. Westernowy klimat odosobnienia, niepokojące rysunki Sorrentino oraz dobrze poprowadzona (choć nieco przewidywalna) fabuła dała mi trzy kwadranse całkiem niezłej zabawy! Być może dla fanów zaznajomionych z wszystkimi przygodami Wolverine'a komiks ten nie będzie niczym niezwykłym. Dla mnie jednak był powrotem do klasyki tej postaci oraz wspomnianego pierwszego wrażenia, jaki niegdyś na mnie wywarła. Zatem krótko i konkretnie - polecam.

Tytuł: Staruszek Logan, tom 3 - Na granicy
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Przekład: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Egmont Polska/Marvel
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 108
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Batman - Detective Comics, tom 5 - Życie w samotności

Komiksy z Batmanem, Supermanem i Ligą Sprawiedliwości pozostają jedynymi, jakie po solidnych ograniczeniach wydawniczych ostały się w egmontowskiej ofercie z DC Odrodzenie. I choć szkoda wielka, że rodzimy czytelnik nie pozna dalszych przygód Aquamana, Flasha, Green Arrowa czy Harley Quinn (o wszystkich przeczytacie na blogu!), warto mieć nadzieję, że aktualne propozycje utrzymają należycie wysoki poziom (choćby dla otarcia łez zawodu). No cóż, cała sytuacja nie jest najszczęśliwsza, dlatego też wypada nam cieszyć się tym, co pozostało. Szczególnie w sytuacji, gdy jeden z dwóch sztandarowych tytułów DC Comics wciąż pozostał na placu boju. A trzeba otwarcie przyznać, że jak dotychczas trzyma on całkiem porządną jakość. Batman - Detective Comics, bo o nim tu oczywiście mowa, już od pierwszego tomu odcina się wydarzeń opisywanych w "konkurencyjnym" cyklu Batman. W żadnym stopniu nie umniejsza tamtych historii, prezentując zupełnie nowe, rozgrywające się równolegle z tamtymi zdarzenia. Życie w samotności wraca do kontynuowania wątku zaginionego Tima Drake'a, który jest więziony (w nieznanym czasie i miejscu) przez tajemniczego Pana Oza. Tożsamość owego gentlemana wychodzi wkrótce na jaw (o całym jego obszernym "coming oucie" mogliście przeczytać w komiksie Superman - Action Comics - Efekt Oza), a za sprawą szczęśliwych okoliczności Tim może wreszcie podjąć upragnioną próbę ucieczki. Co ciekawe, wkrótce dołącza do niego pewna dość zdumiewająca postać, bez pomocy której Robin z pewnością nie wróciłby do Gotham. Prawdziwa jazda zaczyna się jednak chwilę po pojawieniu obu bohaterów w mieście Mrocznego Rycerza. Okazuje się, że towarzysz Tima nie ma zbyt pokojowych planów, a za ich sprawą stanowi olbrzymie zagrożenie dla nowej drużyny Batmana.

Powyższa historia zajmuje lwią część piątego tomu, natomiast jego końcówka ilustruje zdarzenia rozgrywające się chronologicznie nieco wcześniej. O ile Życie w samotności jest nieźle skrojonym kawałkiem historii, to kończące to wydanie Utopia i Dystopia skierowane zostały już do bardziej oddanych fanów serii. Chodzi głównie o to, w jaki sposób rozwijają pewne zaprezentowane wcześniej wątki. Co niemniej interesujące, dość sprytnie otwierają również kilka pomysłów na przyszłość. Ponieważ nie jestem obciążony bagażem emocjonalnym związanym z postacią Tima, ciekaw jestem, z jaką reakcją wśród najbardziej oddanych fanów spotka się przedstawiony w komiksie pomysł twórców. Dla mnie uchylenie rąbka przyszłości tego bohatera oraz zmagań, jakie na niego czekają, było jednym z ciekawszych rozwiązań piątego tomu. Jak zawsze fajnie prezentuje się również reszta drużyny Batmana, a choć czasu na każdą z tych postaci nie dało się poświęcić zbyt wiele, za sprawą dobrze prowadzonego scenariusza (co procentuje już od pierwszego tomu) najważniejsze elementy wybrzmiały dokładnie tak jak powinny. Batman - Detective Comics jest tytułem, który z pewnością ma swoje lepsze i słabsze chwile, jednak w ogólnym rozrachunku daje sympatykom Nietoperza i jego przyjaciół sporo naprawdę dobrej zabawy. Wyraźnie widać cel, jaki przyświeca twórcom przy tworzeniu całej tej historii, a poszczególne fragmenty wyraźnie układają się w większą, wielowątkową całość. Jeśli czytaliście poprzednie tomy, z pewnością sięgniecie także po najnowszy, a jeśli jeszcze tego nie zrobiliście - tym bardziej zachęcam.

Tytuł: Batman - Detective Comics, tom 5 - Życie w samotności
Scenariusz: James Tynion IV, Christopher Sebela
Rysunki: Eddy Barrows, Alvaro Martinez, Carmen Carnero
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.