czwartek, 31 października 2019

RECENZJA: Osada - Camilla Sten


Lubicie Halloween? No jasne, że lubicie! W to święto wszystkiego co straszne i nieznane dobrze jest mieć pod ręką książkę lub opowieść, która zagwarantuje nam kilka kwadransów mocnych i prawdziwie niepokojących wrażeń. Do tytułów spełniających powyższe kryterium idealnie pasuje nowa powieść Camilli Sten, córki słynnej pisarki kryminałów Viveki Sten. Mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i choć z twórczością mamy naszej autorki nigdy nie było mi po drodze, muszę przyznać, że córcia z pewnością odziedziczyła talent po swojej znanej rodzicielce. Osada to książka na jaką podświadomie czekałem od dawna, dająca mi naprawdę wiele frajdy i niepokoju. I choć tytuł może nieodparcie kojarzyć się ze słynnym filmem M. Night Shyamalana, to poza tym jednym elementem oba dzieła nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego.

Osada opowiada historię piątki młodych, zdolnych ludzi, którzy wyruszają do oddalonej od wszelkiej cywilizacji wioski Silvertjarn, gdzie około sześćdziesięciu lat temu doszło do niepokojącego i bardzo tajemniczego wydarzenia. Grupie przewodzi niejaka Alice, młoda dokumentalistka, której marzeniem jest przygotować materiał filmowy na temat zniknięcia wszystkich mieszkańców tytułowej osady. Jej dążenie podsycane jest nie tylko zawodową iskrą ciekawości, ale również osobistym związkiem z wioską, gdzie w połowie ubiegłego wieku zamieszkiwała jej niedawno zmarła babcia. Pytania o logiczne wytłumaczenie tego, w jaki sposób prawie dziewięciuset mieszkańców Silvertjarn mogło przepaść bez śladu, motywują grupkę przyjaciół do przeprowadzenia prywatnego śledztwa. Nie zdają sobie oni jednak sprawy z tego, z czym przyjdzie im się zmierzyć na miejscu i jaki wpływ będzie miała wizyta w osadzie na życie każdego z nich.

Camilla Sten tworzy w Osadzie prawdziwie klaustrofobiczną konstrukcję, która ma na celu zaciekawienie i wystraszenie czytelnika. Niczym w klasycznym horrorze przechodzi od lekkiego dawkowania niepokoju aż po niespodziewany punkt kulminacyjny, który jest jednoczesnym rozwiązaniem zagadki. Pod pewnymi względami powieść nie wykracza poza standardowe ujęcie tematu, lecz autorka przezornie zadbała, aby nieustannie intrygować czytelnika, dzieląc swe dzieło na kilka filarów, wokół których osadzona jest akcja. Sten zastosowała zabieg, który polega na przeplataniu teraźniejszości z przeszłością oraz włączeniu pewnych osobistych wątków, dotyczących związków bohaterów z miasteczkiem. Babcia Alice nie jest bynajmniej jedynym z nich, a związek głównej protagonistki z jej towarzyszką Emmy sprytnie uzupełnia wątki fabularne o ważne elementy, silnie motywujące obie dziewczyny. Dzięki temu Osada nieustannie ciekawi, pozwalając nam poznać i zaangażować się w losy postaci, a także zgłębić dramatyczne wydarzenia sprzed lat oczami tych, którzy niegdyś żyli w wiosce. Sten osiąga to nie tylko za sprawą narracji, ale również listów, które dopowiadają istotne elementy z tej niecodziennej układanki.

Już przy pierwszym przekartkowaniu powieści rzuca się w oczy język, jakim została ona napisana. Mamy tu do czynienia z pierwszoosobowym czasem teraźniejszym, co w moim odczuciu nie jest najbardziej satysfakcjonującym sposobem narracji. Na szczęście kunszt pisarski Sten pozwolił mi szybko przyzwyczaić się do kształtu opowieści, w efekcie czego w ogóle nie zwracałem uwagi na tą specyficzną niedogodność. Na pochwałę zasługuje też umiejętność wyciągnięcia z kilkudniowej akcji (na dodatek rozgrywającej się na dość niewielkim obszarze) tyle dobra, aby starczyło go na prawie cztery setki stron. Przy tego rodzaju powieści, gdzie liczy się przede wszystkim zagadka, groza i klimat, pisanie w sposób lekki i maksymalnie angażujący czytelnika jest nie lada wyzwaniem. Sten wyszła z tego zadania prawdziwie zwycięsko.

Osada przywodzi na myśl klasyczne historie z dreszczykiem, gdzie grupka ludzi dociera do miejsca, z którego już wkrótce nie będzie mogła się wydostać. To jedna z tych opowieści, gdzie na życie bohaterów czyha jakaś nieznana siła lub obecność, lecz nie spodziewajcie się całkowitej powtórki z rozrywki. Sten dołożyła wszelkich starań, aby jej powieść miała Was czym zaskoczyć, a bez wahania założę się, że finał nie musi być oczywisty dla każdego. Pewne kwestie będziecie musieli dopowiedzieć sobie sami i tylko od indywidualnej wrażliwości zależeć będzie jak zinterpretujecie wydarzenia, które doprowadziły do wyludnienia Silvertjarn. W tym roku, pośród prawdziwego wysypu dobrych książek grozy Osada pozostaje jednym z najciekawszych tytułów. Z pewnością będzie walczyć o zaszczytny tytuł w moim prywatnym zestawieniu Wielka Trójka 2019 i kto wie, czy nie okaże się przysłowiowym "czarnym koniem". Tymczasem halloweenowo zachęcam Was do sięgnięcia po tę lekturę. Dreszczyk emocji i strachu jest gwarantowany, zapewniam także, że czas z nią spędzony minie każdemu niezwykle szybko.  


Tytuł: Osada
Autor: Camilla Sten
Przekład: Maciej Muszalski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 404
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



niedziela, 27 października 2019

Co ciekawego kryje kolejna wersja Rodziny Addamsów (2019)?


Któż z nas nie zna Rodziny Addamsów? Czy to za sprawą komiksu, serialu telewizyjnego czy cyklu niezwykle popularnych filmów z pierwszej połowy lat 90. ta potwornicka familia na dobre rozgościła się w świadomości wielu odbiorców popkultury. Tym bardziej karkołomny wydawał się pomysł wytwórni MGM, aby raz jeszcze reanimować tak znaną markę, a przecież wiemy jaki wygląd potrafią czasem przybrać takie odrodzone poczwary. Lecz sama reanimacja to w sumie jeszcze nic. Jak zawsze w takim przypadku pojawia się pytanie o zdolność twórców do przekazania nam filmem czegoś nowego, czego nie zrobiły jeszcze poprzednie odsłony cyklu. Czy w najnowszej wersji się to udało? Po części tak, choć raczej nie jest to film, który zostanie w naszej świadomości na przesadnie długi czas. 

Ogólny zarys pomysłu na Rodzinę Addamsów jest dobrze znany. Znów mamy tu do czynienia z pewną posępną, stroniącą od ludzi familią, ze szczególnym upodobaniem celebrującą mrok, makabrę lub wszelkiego rodzaju okropieństwa. Raz jeszcze zestawiona zostaje ona z blaskiem reszty kolorowego i wesolutkiego społeczeństwa, któremu tym razem prym wiedzie niejaka Margaux Needler. Margaux jest znaną prezenterką telewizyjną, z uporem maniaka dążącą do ujednolicenia wyglądu odnawianych w jej autorskim programie domostw. Tym razem na cel wzięła całe New Jersey, którego niechlubną ozdobą okazuje się być mieszcząca się na wzgórzu posesja Addamsów. Pod względem fabularnym to pewna zmiana, jednak jak się szybko okaże, nie wnosi ona do filmu nic szczególnie nowego. Nie piszę tego bynajmniej jako zarzut, uważam bowiem, że po tylu wersjach i adaptacjach (a także inspiracjach - patrz Hotel Transylwania) niezwykle trudno wymyślić w tym temacie coś bardzo odkrywczego. Tym niemniej warto zwrócić dodatkową uwagę na zamieszczone w Rodzinie Addamsów nawiązania i smaczki przypominające niezapomniane sceny z klasycznego kina grozy. Choć w wielu filmach robiono to już niejeden raz, tutaj podobny zabieg wypadł całkiem przekonująco. Zachęcam abyście wyłapali je sami.


Na nowe postawiono na pewno w kontekście samej animacji, która z założenia miała chyba nawiązywać do "poklatkowego" sposobu tworzenia filmów, co dało Rodzinie Addamsów dość intrygujący i cieszący oko wymiar. Tymczasem film urzeka nie tylko samą techniczną stroną. Warto podczas oglądania zwrócić uwagę na projekty postaci, planów, scenografii czy oświetlenia, bo to właśnie one w lwiej części odpowiadają za to, jak odbierzemy to, co ujrzymy na dużym (lub mniejszym, domowym) ekranie. A to właśnie ogólny klimat, w połączeniu z niezłym scenariuszem daje całkiem przyjemny (jeśli można tak twierdzić przy opowieści tego typu) wydźwięk całości, który przekłada się na to, jak fajnie ogląda się ów film. Bardzo ucieszyła mnie też historia opowiadająca o ślubie, wygnaniu i odnalezieniu własnego domu przez Morticię i Gomeza. To w sumie nic wielkiego, ale nie miałem jeszcze okazji aby prześledzić genezę tej niezwykle barwnej familii. 

Morał historii, w której zła prezenterka telewizyjna chce pozbyć się rodziny dziwolągów niszczących jej sen o doskonałości miasteczka jest dość łopatologiczny, lecz działa na kilku ważnych płaszczyznach. W pierwszym rzędzie twórcy stawiają  na wniosek, że nie wszystko co inne jest złe, lecz po chwili zastanowienia dojrzalsi odbiorcy zrozumieją, że jest to opowieść o wychodzeniu poza swoją (czytaj: rodzinną) strefę komfortu. Jest to o tyle trafne, ponieważ uświadamia nam, że obowiązuje nas nawet wtedy, gdy należymy do zdecydowanej (np. społecznej) mniejszości. Okazuje się, że również w środowisku dziwolągów znajdą się tacy, którzy nie zechcą kontynuować rodzinnych tradycji, ceniąc sobie wolność wyboru i spontaniczne poznawanie świata. A ponieważ mamy tu do czynienia z animacją dla dzieci, takie podejście do tematu wcale nie wypada tragicznie. Tym bardziej, że podane wnioski ubrano w atrakcyjne wizualnie szaty, pozbawiając filmu głupich i tępych żartów, opierających się na pierdzeniu, bekaniu lub kiepskich rymowankach.

Rodzina Addamsów zapewne nie jest filmem, który będziemy wspominać jako jeden z najlepszych w tym roku, sprawdza się jednak jako nieźle przemyślana produkcja dla najmłodszych. Co niemniej istotne, z nudów nie powinni zasnąć na niej nawet towarzyszący swym pociechom rodzice. W świetle nędzy i braku pomysłów, jaką prezentował sobą Hotel Transylwania 3 to naprawdę bardzo wysoka nota. Fani kultowej familii na pewno i tak pójdą przekonać się na własne oczy, jak wypadła jej kolejna inkarnacja, zatem ich nie trzeba specjalnie przekonywać. Wiem też, że w powyższym przypadku kreatywne podejście do upiornych tematów nie zawiedzie żadnego zwolennika komediowej makabry. Jeśli Wasze pociechy nie znają jeszcze przygód diabolicznej rodzinki, spokojnie polecam wizytę w kinie. A jeśli boicie się, że znów obejrzycie to samo, zapewniam, że odbędzie się to tak bezboleśnie, jak to tylko jest możliwe. A wręcz założę się, że wyjdziecie z sali całkiem zadowoleni. Bo tak było właśnie w moim przypadku.

Ps. Tematycznie polecam również moje wrażenia z teatralnego spektaklu Rodzina Addamsów, który miałem przyjemność obejrzeć w czerwcu tego roku.



Tytuł: Rodzina Addamsów (The Addams Family)
Scenariusz: Matt Lieberman, Pamela Pettler
Reżyseria: Greg Tiernan, Conrad Wernon
Obsada (dubbing): Oscar Isaac, Charlize Theron, Chloe Grace Moretz, Finn Wolfhard, Nick Kroll, Bette Midler, Allison Janney (Jarosław Boberek, Agnieszka Grochowska, Aleksandra Kowalicka, Jan Cięciara, Cezary Kwieciński, Danuta Stenka)
Wytwórnia: Metro-Goldwyn-Mayer (MGM)
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 11 października 2019 (USA), 25 października 2019 (Polska)
Czas trwania: 86 min.

czwartek, 24 października 2019

RECENZJA: Cieplarnia - Brian W. Aldiss


Dawno, dawno temu, a dokładnie sześć dekad wstecz, powstała bardzo intrygująca historia. Działo się to w czasie, kiedy mało kto myślał jeszcze o globalnym ociepleniu, a głowy ludzkości zaprzątały częściej wizjonerskie loty w kosmos, niż bezwiedne spoglądanie na zgubną przyszłość naszej planety. Tymczasem, zawsze czujni twórcy światowej fantastyki, tacy jak laureat nagrody Hugo - Brian Aldiss, oddawali się rozmyślaniom o bardzo odległych i niepokojących losach Ziemi. Efektem owych dywagacji, połączonych z niesamowitą przenikliwością, a także umiejętnością snucia wciągających historii jest powieść Cieplarnia. Stanowi ona znakomity przykład na to, że odkrywanie przeszłych dokonań literatury może być niemniej fascynujące jak poznawanie jej najbardziej aktualnych dzieł. Zdaje mi się, że w jakimś stopniu jestem straszliwym ignorantem, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałem o tej powieści. Na szczęście dzięki tegorocznemu wznowieniu mogłem zanurzyć się w niepokojący, lecz również fascynujący świat, który być może będzie miał prawo bytu za jakieś kilkadziesiąt milionów lat. Fantastyka często przewiduje najróżniejsze wynalazki, kto zatem wie, czy podobnie nie będzie w przypadku odległej wizji przyszłości?

Cieplarnia to książka wielu wspaniałych kontrastów. Z jednej strony stanowi sedno wspomnianych rozważań na temat dalszych losów planety, z drugiej jest niesamowicie wciągająca publikacją przygodową. Jakby tego było mało, sympatykom filozoficznego podejścia do kwestii bytu czy celu istnienia również oferuje kilka trafnych spostrzeżeń. Z powodzeniem można analizować je także nawet po zakończeniu lektury. Do mojego gustu najbardziej przemówił silny aspekt przygodowy i futurystyczny. Aldiss w swojej powieści tworzy przepiękny, barwny i niezwykle niebezpieczny świat. Oto przed naszymi oczami staje Ziemia, która zatrzymała się w miejscu, uwięziona jedną półkulą naprzeciw powoli umierającego i coraz bardziej rozgrzewającego się słońca. Sytuacja jest nie bez znaczenia dla wszelkiego życia, które w tych rejonach ginie lub przeobraża się w nieznany dotychczas sposób. Dominującym gatunkiem stają się wszelkie rośliny, skupione wokół rozrośniętego do planetarnych rozmiarów figowca. Niepodzielne panowanie przedziwnych rodzajów flory nie pozostaje bez znaczenia dla zdziesiątkowanego człowieka, który już od dawna jest cieniem dawnego siebie. W Cieplarni poznamy barwne losy naszych domniemanych potomków, którzy wyglądają dość inaczej, ale to nie wszystkie atrakcje i niespodzianki, jakie przygotował autor. Niespieszna ekspozycja zabiera czytelnika także w te rejony, których w ogóle nie dotyka światło dnia. Przekonacie się o tym sami, ja dodam jeszcze, że będzie to podróż wykraczająca poza ramy najdzikszej wyobraźni.

W powyższych okolicznościach przyrody poznajemy kilku przedstawicieli naszego gatunku, których oczami śledzić będziemy rozgrywające się w Cieplarni wydarzenia. Obojętnie kogo polubimy najbardziej, pewnym jest, że podobnie jak oni nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć, co zdarzy się na kolejnych stronach książki. Gdybym miał opisać dzieło Aldissa jednym zdaniem, stwierdziłbym, że to Avatar Camerona podniesiony do dziesiątej potęgi. Autor tworzy realia Ziemi z przyszłości w bardzo specyficzny sposób. Podaje czytelnikowi wszystkie wytyczne, lecz reszty musi dokonać już jego własna wyobraźnia. Dzięki temu czyta się to naprawdę świetnie, a szybka akcja niesie nas od rozdziału do rozdziału bez poczucia jakiegokolwiek znużenia. Twórca odważnie pozwala sobie na luksus wprowadzenia do fabuły elementów typowo bajkowych, co nie tylko wychodzi mu bardzo naturalnie, ale również zapewnia prawdziwie niepowtarzalny klimat książki. Aldiss definiuje także genezę ludzkiej inteligencji, pokazując jak może dojść do jej gwałtownego rozwoju i upadku. Jeśli miałbym wskazać jakieś minusy, byłoby to zbyt natarczywe filozofowanie, którego sporo pojawia się w trzeciej części Cieplarni. Nie jest to jakiś wielki problem, ale potrafił kilka razy mocno wybić mnie z rytmu czytania.

Tak czy inaczej, nie mogę wyjść z podziwu, że właśnie odkryłem tak osobliwy tytuł, który powstał  w sumie dość dawno temu. Jeszcze dziwniejsze jest to, że jest on zdumiewająco dobry i absolutnie nie zdradza upływu czasu, który dzieli nas od jego premiery. Cieplarnia to raczej krótka (zaledwie 300 stron), lecz niezwykle epicka i wciągająca historia. Zmusza do zastanowienia nad dalszymi losami matki Ziemi, bawi intensywną przygodą, suspensem i postaciami, a łakomym bardziej filozoficznego podejścia do tematu oferuje kilka chwil intensywnych rozmyślań. Czegóż zatem chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby jakiś filmowiec wziął się wreszcie do roboty i przeniósł na duży ekran tę fantastyczną wizję przyszłości Aldissa. Jestem przekonany, że efekt olśniłby nas wszystkich, choć pewnie miałbym zastrzeżenia w kwestii adaptacji samego wydźwięku powieści. W oryginalnej postaci jest on absolutnie nie do podrobienia. Jeśli więc lubicie rozważania o ewolucyjnych aspektach życia lub ciągnie Was do niezwykłych podróży w czasie, sięgnijcie po Cieplarnię. To świetne dzieło, które zapewnia rozrywkę i bogate przemyślenia, toteż nie sądzę, żebyście mieli tej decyzji żałować. Na pewno będzie warto.


Tytuł: Cieplarnia
Autor: Brian W. Aldiss
Przekład: Marek Marszał
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 312
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


piątek, 18 października 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 17 (Kraina Ruin, Invincible tom 5, Batman tom 7)

W tym wydaniu naszego pełnego komiksów działu na tapetę biorę przygody bandy gadających zwierzaków, dalsze losy niepokonanego Marka Graysona oraz ślub pewnego Mrocznego Rycerza z Gotham. Jak zawsze zapraszam Was także do dyskusji o innych ciekawych historiach obrazkowych, na jakie na pewno natknęliście się w ostatnim czasie. Pamiętajcie, dział komentarzy jest zawsze do Waszej dyspozycji! :-)


Kraina Ruin. Oko za oko

Jestem zwolennikiem teorii, że najtrudniejszym zadaniem podczas tworzenia komiksów jest symultaniczne opanowanie sztuki godzenia rysunku ze scenariuszem. Powszechnie znane są przypadki, kiedy wybitni autorzy z powodzeniem potrafili okiełznać obie te umiejętności, samodzielnie tworząc dzieła, które tak graficznie jak i tekstowo prezentowały wręcz nienaganną całość. Jakby nie patrzeć, w dzisiejszych czasach znakomita większość tytułów opiera się na współpracy dwóch lub więcej twórców. Powoduje to, że z coraz większym zainteresowaniem sięgam po w pełni autorskie, samodzielne dzieła jednostek. Takim tytułem jest bez wątpienia Kraina Ruin. Oko za oko, czyli prawdziwie awanturnicza opowieść o czwórce antropomorficznych poszukiwaczy magicznych broni i artefaktów, którzy podążając za skarbem mrocznego pirata Ramola stale pakują się w coraz bardziej niewiarygodne tarapaty. Autorem tej uroczej historii jest Derek Laufman, człowiek znany z wcześniejszej współpracy z Marvelem czy firmą Hasbro, który początki swej zawodowej pracy spędził w firmach produkujących liczne gry komputerowe. Swe najnowsze dzieło skierował do dość młodego odbiorcy, dopiero stawiającego swe pierwsze kroki w przebogatym, komiksowym świecie. I trzeba o tym pamiętać, bo sięganie po przygody Reksa, Pogo i reszty ferajny z bardziej wysublimowanymi oczekiwaniami (szczególnie w sferze fabularnej), narazi Was na szybki zawód. Nie oznacza to automatycznie, że powyższy tytuł jest niewart niczyjej uwagi. Plusów jest chyba nie mniej niż minusów, uważam jednak, że Laufman jest przykładem rysownika, który opanował do perfekcji wyłącznie wizualną stronę przedsięwzięcia.

A o tej mógłbym pisać długo i namiętnie! Kreska autora jest wręcz stworzona dla dzieciaków, choć dorośli również złapią się na gapieniu w ładnie wykadrowane obrazki. Jak nigdzie indziej dynamika zdarzeń miesza się tu z ekspresyjnością wszelkich postaci oraz bogactwem świata przedstawionego. Laufman rewelacyjnie kreuje obraz całej historii, przyciągając uwagę czytelnika barwą i szczegółem, a co ciekawsze - ujmującą prostotą pomysłowo rozrysowanych sekwencji. Jest więc Kraina Ruin. Oko za oko komiksem rewelacyjnie narysowanym, lecz w sferze fabularnej nie wykraczającym poza dawno już ograne schematy. Cały pomysł scenariusza polega na prowadzeniu bohaterów od punktu A do Z, gdzie po drodze muszą zaliczyć wszystkie literki alfabetu. Starszy czytelnik zmęczy się tą wycieczką już po drugim rozdziale, brnąc do przodu wyłącznie za sprawą energicznie rozpisanej akcji. Piszę o tym, ponieważ lubię, gdy opowieści dla najmłodszych skonstruowane są tak, aby zaskoczyć i dać jak najwięcej frajdy także dojrzalszemu (lub bardziej wymagającemu) odbiorcy. Tu tego wyraźnie zabrakło, wypadałoby więc polecić go wyłącznie dzieciakom, które nie skończyły jeszcze 12 lat. Niestety, widać tu wyraźnie, że nie zawsze jeden autor jest w stanie dźwignąć ciężar obu filarów komiksowego tworzywa. U Laufmana w kwestii warsztatu i pomysłowości mocno wybija się styl nabyty podczas pracy nad grami video, choć nie twierdzę, że straciłem czas podczas lektury powyższego tytułu. Po prostu spodziewałem się czegoś bardziej uniwersalnego i otwartego na czytelnika w każdym wieku. Mam jednak świadomość, że gdyby Kraina Ruin. Oko za oko była jednym z pierwszych komiksów, z którym miałbym styczność w szczenięcych latach, zakochałbym się w nim bez pamięci.     

Tytuł: Kraina Ruin. Oko za oko
Scenariusz i rysunki: Derek Laufman
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Kboom
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 55 zł


Invincible - tom 5

Ech... Invincible to jeden z tych nielicznych komiksów, o których w każdej recenzji muszę w zasadzie pisać to samo. Że Kirkman jest świetnym scenarzystą, który planuje wszystko z dużym wyprzedzeniem, mistrzowsko panując nad akcją, treścią i rozwojem bohaterów. Że tworzy pełnoprawny świat superhero, który nie przysłania czytelnikowi losów tytułowego bohatera, szczególnie kiedy ten musi być herosem także w swym prywatnym życiu. Że rysunki są tak oszczędne jak tylko się da, a jednocześnie sprawiają, że komiks można wręcz jeść łyżkami (ach, te kolory!). No dobra, wiecie to już od dawna, więc dajmy już sobie spokój. Invincible w piątym tomie nadal jest tak samo świetny jak w czterech pozostałych. Przejdźmy więc teraz do recenzji Batmana...

Zaraz! Nie tak szybko! Przecież nie napisałem jeszcze co wydarzyło się w życiu Marka Graysona odkąd zostawiliśmy go ostatnim razem. A zdarzyło się jak zawsze sporo! Akcja w najnowszym tomie zawiązuje się wraz z atakiem potworów Doca Seismica na prawie wszystkich bohaterów broniących spokoju naszej planety. Nawet nasz tytułowy ulubieniec nie jest w stanie przeciwstawić się sile despotycznego złoczyńcy, toteż Cecil Stedman wprowadza do akcji... Reanimenów! Ta decyzja (jak również pojawienie się Darkwinga) doprowadza do pierwszego poważnego rozłamu pomiędzy Markiem, a szefem Globalnej Agencji Obrony. Powiedzieć rozłamu, to jednak nie powiedzieć nic. Nie zdradzę na razie więcej, w każdym razie Invincible od tej chwili postanawia działać solo. W tym czasie ma okazję zająć się swoim młodszym bratem Oliverem, którego szkolenie ujawnia dziwne nastawienie chłopca do pojęcia moralności i odpowiedzialności. Rola Marka będzie tym trudniejsza, ponieważ wkrótce zmierzy się nie tylko z trudami nauczania czy ewoluującym związkiem z Eve, ale także nowymi, trudnymi do pokonania przeciwnikami. I tak jak pisałem na wstępie, Kirkman dalej snuje swą fascynującą opowieść, wciągając czytelnika w ten pięknie wymyślony, barwny superbohaterski świat. Znów pokazuje, że tylko jeden człowiek wystarczy aby stworzyć pasjonujące i w pełni autonomiczne uniwersum, które w innych przypadkach (i z najróżniejszym skutkiem) musi tworzyć cały sztab autorów. A że w ilustrowaniu całości towarzyszy mu niezastąpiony Ryan Ottley wraz z kilkoma innymi, równie utalentowanymi artystami, nie musicie bać się o efekt końcowy. Invincible tom 5 to kolejna, warta posiadania, komiksowa cegła! 

Tytuł: Invincible, tom 5
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Jason Howard
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Batman, tom 7 - Ślub

Batman bierze ślub! Wreszcie, po ośmiu pełnych dekadach panowania na stronach komiksów, ten dość wiekowy już kawaler zdecydował się połączyć węzłem małżeńskim z Seliną Kyle (aka Catwoman). Ich chwile przed pojawieniem się przy ołtarzu spisali wierni kronikarze Gotham, Tim Seeley i Tom King. Żarty żartami, pomyślcie jednak jak trudne zadanie stało przed scenarzystami, którzy mieli ukazać tak niecodzienne wydarzenie... Jak myślicie - czy powinni przedstawić pełną zaskakujących zwrotów akcji opowieść, która ckliwym zakończeniem wycisnęłaby nam łzy z oczu? A może lepszym rozwiązaniem byłoby pokazanie dramatu dwojga ludzi szukających miłości pośród zniewolonego zbrodnią świata? Nic z tych rzeczy! Autorzy podeszli do tematu bardzo kreatywnie, opowiadając swą historię z zupełnie nieoczywistego punktu widzenia. Naturalnie, nie zapomnieli przy tym, jak ma ona wpłynąć na ostateczne losy naszego tytułowego bohatera.

Ślub składa się z kilku krótszych epizodów, w których King i Seeley bawią się czystą formą opowieści. Na pierwszy rzut idzie historyjka o Boosterze Goldzie, który zaoferował Gackowi i Kotce pewien dość niecodzienny prezent (uwielbiam sposób w jaki zaprezentowano tu zabawę z czasem i rzeczywistością!). Po niej następuje seria opowiastek, których głównymi bohaterami są m.in. Batgirl, Robin, Nightwing oraz... Joker. Tak, to właśnie jego postać, pałająca pożądaniem otrzymania zaproszenia na ślub, spaja wszystkie te rozdziały, będąc ich wspólnym mianownikiem. Przy okazji odgrywa też niemałą rolę w finale. Choć ton poszczególnych epizodów jest raczej swobodny (i całe szczęście, w końcu ślub to bardzo radosna sprawa), Kingowi od samego początku prac nad serią przyświecał pewien z góry upatrzony cel. Jest nim mocno filozoficzna kwestia, czy Batman w ogóle może być szczęśliwy i czy nie zburzyłoby to jego wizerunku jako pogrążonego w smutku Mrocznego Rycerza. Efekt tych rozważań jest prawdziwie zaskakujący (ci z Was, którzy śledzą wieści z komiksowego świata na pewno już o nim słyszeli) i na pewno nie zadowoli wszystkich. King ma dalekosiężne plany wobec Nietoperza, toteż barwnie i dość poetycko snuje finał tej opowieści, zmuszając nas do zajęcia konkretnego stanowiska w sprawie. W ten sposób Ślub staje się komiksem wielu kontrastów. Z jednej strony jest dość nowatorski (głównie pod względem potraktowania tak szczególnego tematu), czasem lekki i zabawny, a jednocześnie zmuszający czytelnika do chwilki głębszej refleksji. Przyznam, że takie podejście wzięło mnie nieco z zaskoczenia, choć ostatecznie nawet przypadło do gustu. Ciekaw jestem więc, co Wy będziecie o tym sądzić. Tak czy inaczej, warto Ślub przeczytać, bo podobnie emocjonujące wydarzenie w życiu Batmana nie trafi się nam prędko. Pewnie przyjdzie na nie poczekać kolejne osiemdziesiąt lat...

Tytuł: Batman, tom 7 - Ślub
Scenariusz: Tom King, Tim Seeley
Rysunki: Mikel Janin, Tony S. Daniel, Clay Mann
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Za udostępnienie komiksu Kraina Ruin dziękuję wydawnictwu Kboom.
Komiksy z serii Invincible i Batman znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 12 października 2019

RECENZJA: Smocza Perła - Yoon Ha Lee


Powieści młodzieżowe to ten rodzaj literatury, który (choć czasem niedoceniany) daje naprawdę sporo czytelniczej satysfakcji. Myliłby się jednak ten, kto powodowany stereotypami sądziłby, że są to książki cechujące się słabszą treścią czy uboższą formą języka. Oczywiście, wśród pozycji z tej kategorii znajdzie się sporo niepożądanych aberracji, a pewnego rodzaju przeszkodą może być również swoista powtarzalność stosowanych w tej literaturze schematów... Co zrobić, pułapek na współczesnego czytelnika jest wiele, dlatego też warto zasięgać języka na blogach aby uniknąć wszelkich nieporozumień. Na szczęście, pomimo ewentualnych obaw jakie mogą wystąpić przy wyborze powieści Yoon Ha Lee (która należy właśnie do tego typu literatury), mogę polecić Wam ją z czystym sercem. Dlaczego? A choćby dlatego, że Smocza Perła to naprawdę dobra i całkiem wciągająca książka. 

Choć na wstępie pozwoliłem sobie na dość żartobliwe podejście do tematu, zapewniam że powyższy tytuł ma w sobie wszystko, co plasuje go na pozycji lidera. Jest pomysłowy, czaruje odbiorcę ciągłą akcją, a co najważniejsze i jeszcze bardziej niecodzienne - przemyca kulturowe nawiązania z dalekiego wschodu. W takich właśnie okolicznościach przyrody poznajemy naszą główną bohaterkę. Min pochodzi z pradawnej rasy lisich duchów, lecz ze względu na niepewny status, jakim cieszą się istoty tego typu, ukrywa się w typowej ludzkiej formie. Jak każda młoda dziewczyna marzy o wyrwaniu się z rodzinnego, pełnego zasad domu. Jednak jej największym pragnieniem jest wyruszenie na poszukiwanie przygód wraz ze swym starszym bratem Junem. Min nawet nie podejrzewa, jak szybko przyjdzie jej ziścić swe oczekiwania i opuścić planetę Jinju. Niestety, okoliczności tej wyprawy nie są wcale radosne, bowiem pewnego dnia okazuje się, że Jun, będący członkiem elitarnych Sił Kosmicznych został posądzony o dezercję. Wieść głosi, że zbuntował się wobec przełożonych i wyruszył na poszukiwanie tajemniczej Smoczej Perły, potężnego artefaktu obdarzonego niezwykłą mocą. Min nie wierzy w winę brata, toteż wbrew swej matce i reszcie bliskich ucieka z domu. Chce odnaleźć brata i dowiedzieć się, co tak naprawdę się z nim stało. W ten sposób zaczyna się jej kosmiczna przygoda, której finału nie jest w stanie przewidzieć nasza bohaterka, ani śledzący jej poczynania czytelnik.  

Prawdziwie zaskakujący jest fakt, jak wiele dzieje się w tej powieści. Wraz z Min odwiedzamy nowe, nieznane miasta i planety, dziwne miejsca oraz przybytki hazardu pełne niebezpiecznych gości. Podróżujemy w kosmosie poznając wielkie zagrożenia, tworzące ten barwny, książkowy świat. Nieustannie pakujemy się w tarapaty, podejmując trudne decyzje, które jednają nam sojuszników lub dyskredytują w oczach otoczenia. Min jest postacią zdeterminowaną (co ma swoje naturalne uzasadnienie w fabule), która za sprawą podejmowanych przez siebie decyzji uczy się dorosłego i odpowiedzialnego życia. Choć autor nadał jej zmiennokształtne cechy, dar ten tylko w pewnym stopniu ułatwia jej poszukiwania brata. Tak naprawdę to dzięki własnemu sprytowi oraz kilku oddanym sprzymierzeńcom nasza bohaterka jest w stanie zrealizować swój cel. Smocza Perła jest książką, która zadziwi Was mądrze wplecioną koreańską mitologią, która w niecodzienny (i bardzo udany) sposób łączy się z fantastycznym światem opowieści. Wszelkiego rodzaju wierzenia, zwyczaje czy obowiązkowa obecność duchów szczelnie wypełniają strony powieści, idealnie balansując pomiędzy dalekowschodnim klimatem, a tematyką pokroju przygodowego science-fiction. Jest to największa zaleta dzieła Lee, która czyni je łatwo rozpoznawalnym i bardzo charakterystycznym wśród innych tytułów tego pokroju.

Zdumiało mnie jak wiele dobra znalazło się na tak niewielkiej ilości stron i choćby dlatego polecam powieść o przygodach Min. To książka, którą czyta się szybko, całkowicie pogrążając w wymyślonym przez autora świecie. Wiele jego aspektów czeka na rozszerzenie i dalszą eksplorację, w związku z tym mam nadzieję, że Lee w miarę szybko dostarczy nam dalszy ciąg. Wyjaśnienie okoliczności dezercji Juna jest prawdziwym zaskoczeniem, przyznam szczerze, że w ogóle nie spodziewałem się podobnego obrotu spraw. Z kolei otwarty finał daje możliwości kontynuacji w zupełnie innym, bardzo interesującym (i kreatywnym) stylu. Yoon Ha Lee za sprawą Smoczej Perły pokazuje, że w kwestii powieści dla młodego czytelnika da się pisać ciekawie, nie zapominając o poważnym traktowaniu odbiorcy, stale wymyślając coś, czego w powieściach tego typu jeszcze nie poznaliśmy. Wielkim plusem książki jest wszechobecny, nieczęsto spotykany klimat orientu, a sprawny warsztat autora maskuje wszelkiego rodzaju uproszczenia, na które skazana jest tego typu literatura. Jeśli więc szukacie książki, która zapewni Wam ekscytującą rozrywkę, sięgnijcie po przygody Min. Przez te kilka dni, kiedy zanurzycie się w odległym uniwersum Lee, będziecie zdziwieni jak szybko minął Wam czas. I zapewniam, że na pewno nie pójdzie on na marne.

Tytuł: Smocza Perła
Autor: Yoon Ha Lee
Przekład: Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 352
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 36,90 zł

niedziela, 6 października 2019

Inktober 2019 Meago i Delisi

Dwa lata temu pokazywałem Wam prace Enrico Mariniego, wykonane w ramach inicjatywy Inktober  2017 (znajdziecie je w tym miejscu). W tym roku, do grona twórców uczestniczących w przedsięwzięciu dołączyła nasza znajoma artystka Meago (Magda Kania), którą możecie znać z komiksów o Delisiach (Dollicious) czy Emilce Sza (tworzonych wspólnie z Maćkiem Kurem). 

Inktober to coroczna, październikowa zabawa wymyślona przez Jake'a Parkera, polegająca na codziennym zamieszczaniu jednej pracy (koniecznie wykonanej tuszem) na temat obowiązujący danego dnia. Prace poszczególnych autorów można podziwiać na ich facebookowych i instagramowych profilach.

Meago w pracach z  tegorocznego Inktobera wykorzystuje postacie Delisi, czyli dziewczynek łączących w sobie cechy najróżniejszych smakołyków. Podziwiajcie (i wspierajcie) jej codzienne dzieła na facebookowym profilu oraz Instagramie. Są po prostu przepyszne!

RING

MINDLESS

BAIT

czwartek, 3 października 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 16 (Nienawidzę Baśniowa tom 3, Odrodzenie tom 6, Człowiek ze Stali)

Dzień dobry! W tym wydaniu Kiosku z komiksami będzie kolorowo i słodko, ale też brutalnie i tajemniczo... Jak zawsze oferta jest dość spora, macie więc okazję wybrać z poniżej zaprezentowanych tytułów taki, który podejdzie Wam najbardziej. Do wspólnej lektury zaprasza mała rezolutna dziewczynka, odrodzeni mieszkańcy Wisconsin oraz najpotężniejszy superbohater świata. Usiądźcie wygodnie bo zaczynamy!


Nienawidzę Baśniowa, tom 3 - Grzeczna dziewczynka

Autorska seria Skottiego Younga jest z pewnością komiksem przykuwającym uwagę, lecz jak okazuje się po nieco wnikliwszym poznaniu, nie zanosi się na to, aby mógł on być lekturą dla najmłodszych. Da się w nim spostrzec wyraźną inspirację kultowym animowanym serialem Happy Tree Friends, lecz w Nienawidzę Baśniowa artysta potraktował tematykę słodkiej brutalności całkowicie po swojemu. Historia Gertrudy uwięzionej w magicznej krainie (oraz w swym znienawidzonym, dziecięcym ciele) nie jest bowiem zbiorem krótkich humorystycznych historyjek (jak wspomniany serial), ale skrupulatnie zaplanowaną historią, która konsekwentnie prowadzi czytelnika od punktu A do B. Muszę się przyznać, że tę zależność spostrzegłem dopiero przy najnowszym tomie. Czemu tak późno? O ile pierwsza część (I żyli długo i burzliwie) przedstawiała kompletną opowieść o podróży Gert i muchy Larry'ego (jej wiernego przewodnika), zakończonej nieszczęśliwym objęciem tronu przez bohaterkę, tak druga (Fujowy żywot) zrywała z podobną narracją, rozwijając wątki w zupełnie nieoczekiwany sposób. W ten sposób Young dalej bawił się formą i treścią, nie sugerując odbiorcy większego planu na kształt całości. Tymczasem był to sprytny wybieg, którego celowość świadomie spostrzegłem właśnie przy lekturze Grzecznej dziewczynki.

Tom ten pozornie odbiera się jako zbiór luźno powiązanych ze sobą, soczystych i krwawych gagów, jednak kontrowersyjna decyzja, którą podejmuje Gert pod wpływem poznania swojej nieznośnej psychofanki Złosi, ma szansę doprowadzić naszą bohaterkę do ostatecznego opuszczenia krainy. Podczas śledzenia losów Gert uwypukla się większy sens wielu pomysłów, jakie Young przedstawiał do tej pory na stronach swego komiksu. Wielkie brawa dla niego, ponieważ w tytułach tak zwariowanych jak powyższy, cenię sobie umiejętność twórcy do tworzenia dokładnie przemyślanej historii (a może nawet troszkę pouczającej), ukrytej pod przykrywką beztroskiej, obrazoburczej zgrywy. Tymczasem, nie dajcie się zwieść moim powyższym dywagacjom (lubię sobie czasem porozkminiać co chodziło twórcy po głowie). Grzeczna dziewczynka to nadal kawał brutalnego i prześmiesznego komiksu z rysunkami, od których wprost trudno oderwać wzrok. Dobra zabawa w 100% gwarantowana! I tylko szkoda, że finał serii poznamy już w kolejnym, czwartym tomie...

Ps. Kto wypatrzy w komiksie Kokosza, otrzymuje dodatkowy punkt! ;-)

Tytuł: Nienawidzę Baśniowa, tom 3 - Grzeczna dziewczynka
Scenariusz i rysunki: Skottie Young
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Odrodzenie, tom 6 - Lojalni synowie i córki

Kto by pomyślał, że po niespełna dwóch latach od wydania pierwszego tomu serii Odrodzenie w nasze ręce trafi szósta część tego niecodziennego cyklu. Do tytułu Tima Seeleya i Mike'a Nortona przyzwyczaiłem się przez ten czas tak bardzo, że niezwykle trudno mi będzie pożegnać się z nim w przyszłym roku. To właśnie wtedy na sklepowe półki trafią jego dwa finalne rozdziały. Tymczasem cieszę się tym co mam, ponieważ w pewnym stopniu komiks ten rządzi się specyficznymi zasadami, niczym ze znanej piosenki z króliczkiem - nie chodzi o to "by go złowić, ale by gonić go". I właśnie tak sprawy mają się z zagadką, dotykającą pewnego zimowego poranka małą, prowincjonalną społeczność. W Wisconsin zmarli wracają do życia i ten przedziwny incydent odsłania prawdziwą lawinę tajemnic oraz nieustających pytań, którymi umiejętnie karmią nas twórcy. Drążenie ich źródła stanowi przyjemność samą w sobie, być może większą od uzyskania tak wypatrywanych odpowiedzi. A że ponad wszystko stanowi to kwintesencję Odrodzenia, wie o tym każdy, kto choć raz sięgnął po ten tytuł. 

Seeley umiejętnie miksuje zagadkę z mrocznymi sekretami poszczególnych postaci, na co dowód znajdziemy także w Lojalnych synach i córkach. Akcja tego tomu skupia się początkowo na pościgu za Blainem Ablem oraz przejęciu dowództwa w sztabie kryzysowym przez nową zwierzchniczkę - generał Louise Cale. Podchodzi ona do powierzonego jej zadania w sposób niezwykle subiektywny, ostro mobilizując podległych jej ludzi. Jednocześnie rozpoczyna eksperymenty na przywróconych do życia, którzy od zdarzenia z wybuchem przetrzymywani są w placówce retencyjnej zwanej pieszczotliwie "Farmą". W drugiej połowie tomu do głosu dochodzą bardzo osobiste wątki Dany i Em, które rzucają nieco światła na ich wzajemne relacje oraz przemilczane dotychczas tajemnice rodziny. Zyskuje na tym klimat samej historii, która łapie drugi oddech, zmuszając nas do zastanowienia się nad samą istotą powrotu do życia - jakim zmianom ulega postrzeganie świata oraz poszczególnych wartości wśród osób, które nie muszą już bać się śmierci. Nie ulega też wątpliwości, że przyczyna zabójstwa Em będzie miała diametralne znaczenie dla rozwiązania głównej zagadki. Sądzę, że to w jaki sposób zginęła, będzie mocno powiązane z ujawnieniem tożsamości sprawcy odrodzenia. Może wydawać się, że Lojalni synowie i córki nieco zwalniają tempo. Jest to oczywiście wrażenie pozorne (pierwsza połowa tomu wręcz kipi od wydarzeń), tym bardziej, że w warstwie uczuciowej dostajemy prawdziwy kocioł emocji. I to właśnie dzięki podobnym zabiegom tak trudno myśli się o rychłym końcu serii. Seeley i Norton mocno zaleźli mi za skórę swoją opowieścią, przez co nie tylko nie mogę doczekać się jej ciągu dalszego, ale również nie wyobrażam sobie jej końca. Przez to tkwię w tym przedziwnym kuriozum, lecz bez wątpienia świadczy ono o wysokim poziomie tytułu.  

Tytuł: Odrodzenie, tom 6 - Lojalni synowie i córki
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł


Człowiek ze Stali

Wraz z siódmym tomem przygód Supermana (KzK nr 15) z serią pożegnali się Peter J. Tomasi i Patrick Gleason. Ich rolę w opowiadaniu losów Ostatniego Syna Kryptona przejął niejaki Brian Michael Bendis, scenarzysta znany m.in. z rewelacyjnego cyklu Ultimate Spider-Man czy eventu Wojna Domowa II Marvela. Autor ten objął prowadzenie serii w idealnym momencie. Jej pozycja na rynku była wciąż bardzo mocna, większość czytelników z prawdziwym zaciekawieniem obserwowała poczynania największego superbohatera świata oraz jego ukochanej rodziny. Bendis nie musiał więc wywindować jej pozycji na rynku, a jedynie utrzymać dotychczasowy poziom, mając do wyboru dwie (równie atrakcyjne) opcje działania. Mógł snuć opowieść dalej w tym samym klimacie, albo zaproponować odbiorcom coś na swój sposób nowego, co po dwóch udanych latach choć częściowo odświeży wizerunek tytułu. Nasz utalentowany twórca postawił na tę drugą opcję i w moim przekonaniu był to krok nader udany. Nie tylko lekko zmienił klimat Supermana, ale wprowadził też kilka elementów, które jeszcze bardziej rozpaliły moje zainteresowanie losami Kryptończyka.

Fabuła Człowieka ze Stali komponuje się z paru pomysłów, które w ciekawy sposób zazębiają się ze sobą nawzajem. Najważniejszym z nich jest przybycie na Ziemię niejakiego Rogola Zaara, który za wszelką cenę pragnie oczyścić planetę z kryptońskiego nasienia. Dochodzi do dramatycznej walki potężnego złola z Supermanem i Supergirl. Na tym jednak nie koniec. Najeźdźca dostaje się do kryjówki tytułowego bohatera na północy, gdzie bezpardonowo dokonuje kilku bestialskich czynów. Bendis dba o utrzymanie akcji w komiksie na najwyższym poziomie, nie zapominając o innych potrzebach scenariusza (jak i czytelników). Główną oś zagadki Człowieka ze Stali stanowi tajemnica wiążąca się ze zniknięciem z życia Clarka Lois i Jona. Drugą kwestią jest fala pożarów w Metropolis. Jest wielce prawdopodobne, że za przyczyną ich powstania stoi jakaś konkretna osoba. Tu akcja rozwija się powoli, dopiero otwierając wrota do kolejnych wydarzeń. W związku z tym należy mieć na względzie, że opisane sytuacje są zaledwie wprowadzeniem do dłuższego runu, który szykuje dla nas Bendis. Jeśli nie jesteście cierpliwi, możecie uznać ten komiks za zbyt mało rozwojowy (czytałem już takie opinie), choć w moich oczach będzie to jednak spore niedopatrzenie. Dzieje się tu naprawdę dużo, scenarzysta kładzie jednakowy nacisk na angażujące wydarzenia oraz wiarygodne zarysowanie postaci. Dzięki temu początek dalszych losów Kal-Ela uważam za bardzo satysfakcjonujący i z niecierpliwością czekam na ich kontynuację. Powyższy tom mocno zaostrzył mój apetyt na to, co będzie miała mi do zaoferowania ta seria. 

Tytuł: Człowiek ze Stali
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Jim Lee, Jose Luis Garcia-Lopez, Ivan Reis, Jason Fabok, Ryan Sook, Steve Rude
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 184
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Serie Nienawidzę Baśniowa i Odrodzenie znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.
Komiks Człowiek ze Stali znajdziecie na stronie Egmontu.