środa, 20 lutego 2019

Jak powinna wyglądać godna kontynuacja na przykładzie Lego Przygoda 2 (2019)


Pięć lat temu w świecie współczesnej animacji dokonała się mała rewolucja. Na ekrany kin zawitał film Lego Przygoda (The Lego Movie), który oprócz opowiedzenia całkiem zgrabnej historii, w dość unikalny sposób wykorzystał liczne nawiązania do wielopokoleniowej tradycji układania klocków. Z oczywistych przyczyn szybko nazwano go także półtoragodzinną reklamą produktów firmy Lego, co jednak w żadnym stopniu nie przeszkodziło mu podbić serc widzów i pokazać, że w nowoczesny (m.in. stylizowany na animację poklatkową) sposób też da się opowiedzieć całkiem niezłą historię. Trzy lata później, na fali sukcesu wspomnianego filmu wypłynął The Lego Batman Movie (2017) oraz The Lego Ninjago Movie (2017). Choć wyniki finansowe powyższych produkcji utrzymywały tendencję spadkową, najzagorzalsi widzowie i tak po cichu czekali na obiecaną kontynuację przygód plastikowego wybrańca Emmeta, jego zaradnej towarzyszki Żylety, mrocznego Batmana, kosmonauty Benka oraz całej reszty tej niezwykle barwnej ferajny. Czy po spektakularnym pogodzeniu ludności Bricksburga ze złowrogim Lordem Biznesem oraz przełamaniu pokoleniowych różnic pomiędzy ojcem i synem, naszych bohaterów mogło spotkać jeszcze coś ciekawego?

Jak się okazało, najprostszym sposobem na kontynuację historii było wznowienie jej dokładnie w tym momencie, w którym rozstaliśmy się z naszymi ulubieńcami. Najazd potworków z planety Duplo (pod wodzą młodszej, dopuszczonej do wspólnej zabawy siostrzyczki) zrównał Bricksburg z ziemią, a wszelkie próby odbudowywania miasta za każdym razem kończyły się brutalnym nawrotem destrukcji. Tak minęło pięć lat, a niedobitki klockowej społeczności skryły się w Apokalipsburgu (patrz tu), próbując jakoś ułożyć sobie życie. I tylko Emmet pozostał tym samym beztroskim gościem, którym był chyba od zawsze. Kiedy jednak w okolicy pojawił się nowoczesny pojazd kosmiczny, sterowany przez Słodką Zadymę, poczucie zagrożenia powróciło ze zdwojoną siłą. Przedstawicielka obcej cywilizacji bezpardonowo porwała grupę najbliższych przyjaciół Emmeta. W tej sytuacji nasz bohater nie miał innego wyjścia, jak tylko wyruszyć z misją ratunkową. Czy taki obrót wydarzeń jest w stanie wykreować wciągającą historię, jednocześnie ukazując drogę przemiany naszego klockowego ulubieńca? To jedno z podstawowych zadań, z jakimi zmaga się Lego Przygoda 2. A jak mu to wychodzi?


Trzeba powiedzieć to sobie jasno: nowa odsłona przygód plastikowych postaci to film o zmianach. Tych na lepsze lub na gorsze, tych nieuniknionych oraz prawdziwie niespodziewanych. Ani jednych, ani drugich nie jesteśmy w stanie odrzucić, jednak cały sęk tkwi w tym, jak owe zmiany zinterpretujemy. Czasami to, co wydaje nam się białe wcale nie musi takie być, a dobre lub złe intencje często zależą od indywidualnego punktu widzenia. Lepiej całą problematykę wykłada oczywiście sam film, w tej chwili jednak najważniejsze jest, jak pomysłowo twórcy podeszli do powyższego zagadnienia. W Lego Przygoda 2 nie ma wyraźnego podziału na dobrych i złych. Choć sugeruje się nam, że ten czy ów jest podstępnym, złowrogim kolaborantem, zwrot akcji zaserwowany w trzecim akcie filmu trwale zmienia wszelką postać rzeczy. Nie chcę zdradzać dokładnie o co chodzi, lecz wyjawienie prawdy na temat tego, co tak naprawdę dzieje się w filmie, otwiera oczy dużym jak i małym widzom. Wzbogaca tym sposobem wartość intelektualną produkcji, przesuwając ją o kilka oczek wyżej w (obiektywnie rozumianej) filmowej punktacji.

Zmiany dotknęły także warstwy dźwiękowej opowieści. Lego Przygoda 2 pokazało swoje rozśpiewane oblicze i muszę przyznać, że taka zmiana wyszła produkcji na plus. Polski dubbing jest całkiem udany, szczególnie w warstwie melodycznej, gdzie piosenki działają jako rozwijające fabułę opowieści oraz samodzielne, chwytliwe przeboje. Jest nawet do rymu, co wcale nie jest przyjętą regułą i bynajmniej nie zdarza się często. Zmniejszono natomiast liczbę licencji, na których oparto większość pobocznych pomysłów z pierwszej części filmu. Takie działanie było ewidentnie celowe, najnowsza część wykorzystuje założenie kreatywnej zabawy ze zmniejszonym podziałem na bohaterów poszczególnych uniwersów. Zaowocowało to mniejszą ilością drugoplanowych gagów, lecz ich niedostatek w żaden sposób nie odbija się na jakości produkcji. Przynajmniej ja nie narzekam.


Lego Przygoda 2 nadal opiera swoją koncepcję na finałowej interakcji ze światem rzeczywistym. Tym razem część intrygi była dla mnie dość przewidywalna (kto by się nie domyślił, że w trakcie zapowiedzianego Armamagedonu główne skrzypce będzie grała szanowna rodzicielka młodocianych bohaterów?), ale i tak zaserwowała mi zaskoczenie, które utrzymywało się jeszcze jakiś czas po wyjściu z kina. Pomysł na realistyczne powiązania znacznie rozszerzono, jednak nie wywołało to poczucia przesytu lub spodziewanego zmęczenia formą. Wręcz przeciwnie, filmy Lego od samego początku udatnie budują swój świat w oparciu o takie właśnie wpływy i na tym polega ich urok. Wizualnie i kreatywnie film jest nadal utrzymany w takiej samej konwencji, toteż chyba nikogo nie zdziwi przesadna dbałość o szczegóły pokazywanych w nim plastikowych elementów. Na poszczególnych klockach widać ślady używania (zadrapania, odciski linii papilarnych, brokat itd.), a w chwilach budowania nowych modeli widzimy numery seryjne poszczególnych elementów.

Lego Przygoda 2 to bardzo mądry film. Pod przykrywką niezwykłej zabawy (wynikającej z połączenia charakterystycznego humoru i oczywistego źródła konwencji) uczy widzów kilku ważnych spraw. A co równie ciekawe, lekcja ta nie jest wyłożona nazbyt nachalnie, dając każdemu możliwość samodzielnego zastanowienia się nad jej ogólnymi zasadami. Przez cały czas kibicujemy bohaterom, w szczególności uwagę kierując na niepoprawnego Emmeta, którego usposobienie jest głównym elementem napędzającym film. I tak, docierając do pytania postawionego w tytule, właśnie w ten sposób powinno robić się kontynuacje. Pamiętając, co stanowiło o sukcesie poprzednika, należy umiejętnie wprowadzać nowe elementy, rozwijające dotychczasową fabułę. Trzeba pomysłowo balansować pomiędzy tym co sprawdzone, a jeszcze nie odkryte, opierając historię o wyraźny rozwój bohaterów. A jeszcze lepiej, jeśli całość będzie bazować na pytaniu dotyczącym zasadności wszelkich zmian. I właśnie to autorzy wypracowali w filmie najlepiej, umożliwiając głównemu protagoniście odnalezienie właściwej odpowiedzi. Bo czasami należy dokonać zmian nie tylko w sobie samym, ale przede wszystkim zaakceptować je w otaczającym nas świecie. Sądzę, że wtedy wszystko ułoży się tak jak powinno.



Tytuł: Lego Przygoda 2 (The Lego Movie 2: The Second Part)
Scenariusz: Phil Lord, Christopher Miller, Matthew Fogel
Reżyseria: Mike Mitchell
Obsada (dubbing): Chris Pratt, Elizabeth Banks, Will Arnett, Tiffany Haddish, Stephanie Beatriz, Alison Brie (Piotr Bajtlik, Ewa Andruszkiewicz, Natalia Sikora, Magdalena Wasylik, Krzysztof Banaszyk, Marta Dobecka)
Wytwórnia: Warner Bros.
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 8 lutego 2019 (USA), 8 lutego 2019 (Polska)
Czas trwania: 107 min.

wtorek, 19 lutego 2019

Dlaczego Alita: Battle Angel (2019) podobała mi się bardziej niż manga?


Jeśli czytaliście moją recenzję dwóch pierwszych tomów Ality (autorstwa Yukito Kishiro), zapewne wiecie, że manga ta nie do końca złapała mnie za serce. Owszem, dostarczyła godnej, bardzo ciekawej rozrywki, jednak pewne rozwiązania graficzne oraz fabularne (charakterystyczne dla tego stylu opowieści) zawiodły mnie, nie pozwalając umieścić tytułu wśród najbardziej ulubionych. Wraz z tym rozczarowaniem na swój sposób zmalało także moje zainteresowanie filmową adaptacją w reżyserii Roberta Rodrigueza. Wiecie, ja już tak mam, że należę do osób uważających oryginalne dzieła za wyznacznik jakości danego tytułu, toteż po lekturze mangi oraz pierwszej euforii, spowodowanej przedpremierowymi pokazami fragmentów filmu, postanowiłem nieco obniżyć oczekiwania. Na szczęście myliłem się i to bardzo. No cóż, życie chyba postanowiło mnie rozpieścić. ;-)

O procesie powstawania Ality: Battle Angel mówiło się tu i ówdzie głównie ze względu na dwa nazwiska związane z całą produkcją. Projektem żywo zainteresowany był od wielu lat sam James Cameron, lecz ze względu na rozliczne zajęcia (w tym pracochłonne przygotowania kolejnych odsłon Avatara), słynny reżyser nie mógł osobiście poświęcić się filmowi. Po napisaniu lwiej części scenariusza oddał swoją koncepcję Robertowi Rodriguezowi, nakazując mu dodanie poprawek oraz zajęcie się reżyserią całości. Oczywiście, Cameron nie porzucił całkiem swego "ukochanego dziecka", stale będąc w kontakcie z Rodriguezem i konsultując z nim każdy najdrobniejszy aspekt powstającej ekranizacji. Osobiście odniosłem wrażenie, że obaj panowie kręcą ten film "przez telefon" i coraz bardziej czułem, że oprócz znośnej historii nie dostanę tutaj wiele więcej. Na szczęście i w tym przypadku intuicja znów mnie zawiodła, a podczas wczorajszego seansu zrozumiałem, że czasem da się kręcić dobre filmy, konsultując większość spraw przez smartfona.


Alita: Battle Angel jest dziełem przemyślanym i bardzo dobrze rozplanowanym. Każdy aspekt fabuły (zaczerpnięty z mangi) został dostosowany do filmowych realiów, zmieniając się wraz z potrzebami scenariusza oraz tempa samej opowieści. Nie jest to dosłowna adaptacja, większość filmu skupia się na wydarzeniach zaprezentowanych w dwóch pierwszych (zbiorczych) tomach komiksu. Z oczywistych względów pewne wątki zostały skrócone, innych pozbyto się niemal całkowicie. Wszystko po to, aby uzyskać historię łatwiejszą w odbiorze (a także bardziej dynamiczną), skierowaną do ogólnoświatowego widza w wieku 10-50 lat. Niestety, z mangami już tak jest, że cechują się one pewną osobliwą nutą narracji oraz charakterystycznymi metodami prezentowania poszczególnych wydarzeń. W przypadku filmu Rodrigueza wszelkie zmiany względem wymienionych elementów zadziałały na niewątpliwą korzyść filmu. To, co tak bardzo uwierało mnie podczas lektury mangi Kishiro znikło, natomiast cała reszta nabrała znacznie klarowniejszej formy. Oczywiście, poprzez takie działanie film nie jest jest niczym innym jak porządnie skrojonym blockbusterem, lecz w błędzie byłby ten, kto zakładałby, że podobną historię da się w dzisiejszych czasach opowiedzieć w jakiś inny sposób. Warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że w oryginale poszczególne elementy fabularne rozgrywają się kolejno po sobie, tymczasem w filmie nieustannie krążą wokół głównej osi, którą w tym przypadku jest nasza tytułowa bohaterka - Alita. Chcecie tego czy nie, jest ona kolejnym jasnym punktem tego przedstawienia.

Alita (Rosa Salazar) to postać, której chce się kibicować już od pierwszych filmowych scen. To wraz z nią poznajemy realia Miasta Złomu, odkrywamy smak jedzenia, uczymy się zasad panujących wśród ludzi. Uczymy się na własnych błędach, jednak w głębi serca pozostajemy ufni, czyści i otwarci na wszelkie nowe doznania. Dlatego też każde wyzwanie czy osoba, jaka pojawia się w otoczeniu Ality, działa na nas podobnie jak na naszą bohaterkę. Wielka w tym również zasługa aktorów drugoplanowych, wiarygodnie kreujących osobowość postaci pokroju dr. Ido (Christoph Waltz) czy drobnego złodziejaszka Hugo (Keean Johnson). Świetnie wypadają także indywidua pełniące rolę czarnych charakterów. Łowca-android Zapan (Ed Skrein), Gerwishka (Jackie Earle Haley) czy kierujący niebezpiecznym Motorballem Vector (Mahershala Ali) wypełniają swoją charyzmą ekranowy czas, tworząc pamiętne, wyraziste kreacje. Nie są to oczywiście role na miarę Oscarów, ale wraz z całą historią działają bardzo dobrze. Podobnie jest z efektami specjalnymi. Alita: Battle Angel nie sprawia zawodu także na tym polu, dorównując (a może nawet przewyższając) inne dzieła w tym gatunku. Czy to w przypadku elektryzujących pościgów Motorballa, czy podczas brutalnych potyczek z łowcami, wszystko wygląda tu świetnie, pozwalając zapomnieć, że to co widzimy jest wyłącznym dziełem efektów komputerowych.


Jeśli miałbym wskazać na jeden punkt, w stosunku do którego w produkcji Rodrigueza i Camerona mam pewne zastrzeżenia (lub obawy), będzie nim nieodparta chęć twórców do uczynienia z Ality: Battle Angel dzieła, będącego pierwszą częścią większej, odgórnie zaplanowanej całości. Oczywistym jest, że manga Kishiro jest dziełem obszernym i jeden film nigdy nie zdoła wyczerpać całości tematu, lecz powściągliwość w dawaniu mi do zrozumienia, że ciąg dalszy nastąpi, jest zbyt wyraźna już od końcówki pierwszego aktu filmu. I w tym tkwi pewien problem, choć nie dotyczy on samej konstrukcji obrazu. Alita: Battle Angel stoi pewnie na własnych nogach, lecz jeśli dojdzie do sytuacji, w której sugerowana kontynuacja nie powstanie, ponowne oglądanie przygód bohaterki z pewnością będzie potęgowało u mnie uczucie niedosytu.

Tak czy inaczej, Rodriguez i Cameron stworzyli film, który porwał mnie fabułą, dynamiką wydarzeń, postaciami oraz niezwykłymi efektami specjalnymi. W kategorii największego widowiska filmowego w 2019 roku z pewnością ma zapewnione miejsce na podium, tym bardziej, że cała produkcja nie sili się na bycie czymś innym niż w istocie jest. Alita: Battle Angel to tytuł, który ma sprawić, że na dwie godziny zapomnimy o świecie poza kinową salą, dając nam tyle frajdy, ile tylko się da. I na tym polu sprawdza się idealnie, wykorzystując na swoją korzyść wszystkie mechanizmy języka filmowych adaptacji. Dlatego też uznaję powyższy tytuł jedną z tych wersji, która ujęła mnie bardziej niż ogólnie poważany oryginał. Wobec tego uparcie kibicuję wynikom finansowym filmu, mocno trzymając kciuki za powstanie kolejnych części. Przy tak dobrym pomyśle i materiale źródłowym nie powinno być mowy o porażce. Oby tylko jak najwięcej ludzi przekonało się do historii Ality. Tylko wtedy powrócimy do Miasta Złomu i Zalem. A to będzie naprawdę świetna rzecz.



Tytuł: Alita: Battle Angel
Scenariusz: James Cameron, Robert Rodriguez
Reżyseria: Robert Rodriguez
Obsada: Rosa Salazar, Christoph Waltz, Mahershala Ali, Ed Skrein, Jennifer Connelly, Keean Johnson, Jackie Earle Haley, Jeff Fahey
Wytwórnia: Twentieth Century Fox
Rok produkcji: 2018
Data premiery: 14 lutego 2019 (USA), 14 lutego 2019 (Polska)
Czas trwania: 122 min.

sobota, 16 lutego 2019

Lego Jurassic World powraca w 2019!

Fani klockowych dinozaurów mają nowe powody do radości! Firma Lego ogłosiła właśnie, że w drugiej połowie roku seria Jurassic World powróci z czterema nowymi zestawami oraz serialem tematycznym dla najmłodszych!


Lego Jurassic World: Legend of Isla Nublar to serial animowany, którego wydarzenia rozgrywają się przed pierwszą odsłoną drugiej trylogii o dinozaurach. Pierwszy sezon (o ile w ogóle powstanie drugi) będzie składać się z 13 odcinków. Jego akcja osadzona jest również krótko po wydarzeniach z telewizyjnej produkcji specjalnej Lego Jurassic World: The Secret Exhibit z 2018 roku.

Co do samych zestawów, to trzeba przyznać, że prezentują dość kreatywne i osobliwe podejście do tematu. Są jeszcze dziwniejsze niż to, co pokazano nam w filmach, jednak biorąc poprawkę na ogólną stylistykę klockowych kreacji, sądzę, że wszystkie wypadają dość interesująco. Moim faworytem jest 75938 (T. rex vs Dino-Mech Battle) oraz 75935 (Baryonyx Face-Off: The Treasure Hunt). Niesamowity Dino-Mech oraz groźnie wyglądający Baryonyx atakujący terenówkę z przyczepką, warte są rozważenia decyzji o zakupie.


75938 - Baryonyx Face-Off: The Treasure Hunt (716 elementów)




75937 - Triceratops Rampage (447 elementów)



75935 - Baryonyx Face-Off: The Treasure Hunt (434 elementów)



75934 - Dilophosaurus on the Loose (168 elementów)






piątek, 15 lutego 2019

Nowości The Lego Movie 2 i Harry Potter od wydawnictwa AMEET

Firma Lego robi wszystko co w jej mocy, abyśmy po wyjściu z kina nie zapomnieli o jej produktach. Półki sklepowe uginają się więc od niezliczonej wprost ilości tematycznych zestawów z filmu Lego Przygoda 2, a księgarnie i saloniki prasowe zalała fala nowych magazynów z najróżniejszymi łamigłówkami. Jeśli dodamy do tego informację, że od strony wydawniczej za te publikacje odpowiada AMEET, od razu możemy być pewni, że (przynajmniej w większości) cena za produkt będzie adekwatna do jakości. Czego więc można spodziewać się po nowych książeczkach z filmu? Zapraszam na mój krótki przewodnik po aktualnym, klockowo-czytelniczym temacie.


THE LEGO® MOVIE 2™. WITAJ W MOIM ŚWIECIE

THE LEGO® MOVIE 2™. WYZWANIA Z NAKLEJKAMI: NAKLEJKOWA INWAZJA

THE LEGO® MOVIE 2™. KOSMICZNY DUET

  
Te trzy albumy to prawdziwy raj dla młodych rozwiązywaczy łamigłówek i wielbicieli naklejkowych wyzwań. Znajdziecie tu wszystko, co Wasze pociechy lubią najbardziej! Labirynty, łączenie punktów, odnajdywanie różnic pomiędzy obrazkami, dopasowywanie fragmentów ilustracji, komiksy, a nawet wyzwania związane z tworzeniem własnych wersji najróżniejszych bohaterów. Wszystko podane w bardzo przejrzysty i atrakcyjny sposób za pomocą fantastycznych rysunków ze świata Lego. Niewątpliwie największą atrakcją (obok 500 naklejek w Wyzwaniach z naklejkami) będą tu zestawy klocków, dołączone do dwóch z powyższych wydań. Za pomocą jednego z nich złożycie aż trzy wersje Królowej Wisimi I'Powiewa (czyli niezwykłej władczyni kreatywności), a drugi przyniesie niezłomną postać Rexa Niebezpiecznika. Warto także zaznaczyć, że minifigurkę Rexa wyposażono w szybkostrzelny blaster, a Królową możecie w każdej chwili przebudować tak, jak uznacie to za najciekawsze.




THE LEGO® MOVIE 2™. OPOWIEŚĆ FILMOWA


Ta 168-stronicowa książka nie jest niczym innym, jak zwyczajną adaptacją filmu Lego Przygoda 2. Napisana na podstawie oryginalnego scenariusza do tej produkcji (autorstwa Phila Lorda, Christophera Millera i Matthew Fogela) przez utalentowaną Kate Howard, stanowi idealną okazję do powrotu w świat magicznych krain Lego. Można czytać ją nawet od razu po wyjściu z kina! Niestety, w powyższej publikacji jest też pewien zgrzyt. Choćbyście nie wiem jak mocno szukali, w książeczce nie znajdziecie żadnych ilustracji... Trochę to dziwne, bo przecież wszelkie rysunki są właśnie tym, co przyciąga do tego typu publikacji czytające (lub nie) dzieciaki. Dla mnie decyzja zachodniego wydawcy jest co najmniej niezrozumiała, sądzę jednak, że z tą opowieścią spokojnie będą mogli zapoznawać swych najmłodszych ci rodzice, którzy zazwyczaj czytają im do snu. Wtedy brak obrazków nie powinien stanowić żadnego problemu.


LEGO® HARRY POTTER™. WITAJ W HOGWARCIE


Na koniec czas na kolejną z tzw. activity books, czyli publikacji prezentujących najróżniejsze zadania i łamigłówki dla najmłodszych. I choć ten magazyn jest merytorycznie podobny do trzech opisywanych na początku tego tekstu, warto w nim zwrócić uwagę na bardzo pożądaną przez dzieciaki minifigurkę Harry'ego Pottera, dołączoną do tego zestawu. Za sprawą interesującego gadżetu Wasi milusińscy będą mieli okazję zdobyć postać swego ulubionego czarodzieja, ale również wyposażyć go w magiczną różdżkę (aż 2 sztuki), miotłę (Nimbus 2000), gazetę (Prorok Codzienny), a nawet sowę Hedwigę! Sporo tego prawda? Reszty radości przyniesie dzieciakom rozwiązywanie magicznych zadań, które z pewnością pomogą im rozwijać się kreatywnie. 



Jest zatem z czego wybierać, a jedyny problem w sklepie może polegać na decyzji, który tytuł sprezentować Waszemu dziecku. A może najlepiej rozwiązać tę kwestię zabierając swą pociechę do sklepu i po prostu kupić mu wszystkie? ;-)  


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 14 lutego 2019

Najlepsze związki miłosne w Grze o tron

Serial Gra o tron to nie tylko spiski, wojny i nieustające przygody w fantastycznym świecie Westeros. Produkcja HBO w sporej mierze stawia także na związki pomiędzy lubianymi bohaterami, wypełniając ekranowy czas miłością oraz zdradą, odsłaniając wszelkie kolory i odcienie ich miłosnych uniesień. Ponieważ dzisiejszy dzień sprzyja najróżniejszym romantycznym rozmyślaniom, a ja jestem akurat na świeżo po obejrzeniu wszystkich dotychczasowych sezonów serialu, postanowiłem wymienić cztery romantyczne związki z Gry o Tron, które na przestrzeni istnienia serialu urzekły mnie najbardziej. Poniższa lista nie jest numerowana, ponieważ ponownie nie umiałem zdobyć się na przypisywanie sztuce popularnej łatek w postaci bezdusznych numerków. I chyba nic nie szkodzi, bo przecież poniższe romanse przemawiają same za siebie! ;-)


Goździk & Samwell Tarly



Jest coś prawdziwie uroczego i czystego w miłości, która narodziła się pomiędzy Bratem z Nocnej Straży, a biedną, dziką dziewczyną (wykorzystywaną zresztą przez własnego ojca). Sam od pierwszej chwili okazał Goździk wiele troski, na szali stawiając nie tylko swój podupadający status w Nocnej Straży, ale również bezpieczeństwo pozostałych Braci. Jego nieugięta postawa pozwoliła uratować dziewczynie i jej nowo narodzonemu synkowi życie, a także stać się chłopakowi mężczyzną, o jakim bycie nawet się nie podejrzewał. To miłość do Goździk pozwoliła Samowi zabić Białego Wędrowca, usiec Thenna oraz sprzeciwić się Braciom ze Straży i własnemu ojcu. W nagrodę, coraz mocniej odwzajemniająca uczucia Sama, Goździk uznała chłopaka jako ojca swego dziecka. Największą nagrodą dla Samwella nie była jednak upragniona utrata dziewictwa z Goździk, ale chwila kiedy dziewczyna podziwiając jego umiejętność czytania powiedziała mu, że dla niej jest czarodziejem. A czarodziejem Sam chciał przecież zostać od swych najwcześniejszych, chłopięcych lat.


Daenerys & Khal Drogo



Ten tragiczny, krótki związek zawsze rozpala miłą iskierkę w moim sercu. Nieoczywista miłość oparta na sile i niezłomności pomiędzy sprzedaną przez brata księżniczką, a potężnym Khalem jest uosobieniem emocji zawartych w pierwszym sezonie Gry o tron. Dany musiała stoczyć wewnętrzną oraz zewnętrzną walkę, ujarzmiając nieszanującego ją męża i dostosować swe poczynania do wartości ogólnie cenionych przez Dorthraków. W nagrodę za ukazanie drzemiącej w niej siły, Drogo powołał się na Matkę Gór, obiecując jej królewski stołek w Westeros, zapowiadając zniszczenie wszystkich wrogów żony. Niestety, oboje padli ofiarą podstępu złej maegi, czarownicy, która okrutnie zemściła się za napaść na jej wioskę. Khaeleesi nie utrzymała upragnionej ciąży, a wkrótce zmuszona też była odebrać życie swemu ukochanemu. Los wynagrodził jej cierpienie trzema pięknymi, zrodzonymi w ogniu stosu pogrzebowego smokami, które Daenerys uznała za swoje własne dzieci. Scena z drugiego sezonu, gdzie Dany w Pałacu Czarowników ma wizję z Drogo i ich synkiem Rhaego, zawsze zmiękcza moje serce. Więcej takich miłości!


Missandei & Szary Robak



To chyba najbardziej niewinne, delikatne i czyste uczucie jaką zaoferował nam serial. Pozornie bez szansy na spełnienie, pokazuje jak miłość potrafi sprzeciwiać się wszelkiemu przeznaczeniu. Pozbawiony męskości wojownik oraz szkolona w dyscyplinie i karności dziewczyna odnajdują się na przekór okolicznościom, obdarzając głębokim, prawdziwym uczuciem. Ich miłość kiełkuje niezwykle powoli, lecz wydaje się tak realna bardziej za sprawą emocji, niż wypowiadanych słów. A najbardziej pamiętną sceną jest ta, kiedy Szary Robak opowiada Missandei o swym szkoleniu, kiedy wszystkich chłopców z oddziału poddawano próbom mającym na celu uodpornienie na strach. On jeden niczego się nie bał, ale teraz to Missandei jest jego słabą stroną, ponieważ boi się o jej życie i bezpieczeństwo. Czy może być coś bardziej romantycznego niż facet, który mówi swej ukochanej kobiecie o tym, że jedyny strach jaki odczuwa, dotyczy jej bezpieczeństwa?


Ygritte & Jon Snow



Na koniec zostawiłem bezsprzecznie najlepszy i najciekawszy związek miłosny z serialu. Rozwijająca się powoli, bazująca na wzajemnej fascynacji oraz stopniowo zdobywanym zaufaniu miłość Jona i Ygritte rozpaliła chyba wszystkie skute lodem serca na północy (i nie tylko!). Niezwykła chemia, jaka połączyła te dwie należące do odmiennych światów postacie iskrzy jasno w każdej scenie z ich wspólnym udziałem. Spójrzcie choćby na to, jak Jon zaznajamia Ygritte ze zwyczajami za Murem, a ona odpowiada mu pełnymi humoru ripostami. To jedna z tych miłości nazywanych niespełnionymi, która przerwana została spełnieniem przysięgi Jona, głęboko raniąc obie strony związku. Idelanie wybrzmiała w intymnej scenie w jaskini oraz nienawiści, jaką rozpaliły się uczucia dzikiej dziewczyny po ucieczce chłopaka. Ich spotkanie podczas bitwy w Czarnym Zamku, zwieńczone śmiercią Ygritte naprawdę złamało mi serce. Oboje byli do końca wierni swym uczuciom, gotowi oddać życie jedno za drugie, stojąc ramię w ramię przeciw całemu światu. Takie historie to tylko w książkach i filmach, proszę Państwa. I chwała im za to!


Miłości w Grze o tron było oczywiście znacznie więcej. Jeśli spojrzymy na to pod odpowiednim kątem, szybko okaże się, że to serial wręcz przesiąknięty uczuciami! Niestety, w powyższym zestawieniu zabrakło miejsca choćby dla Shae & Tyriona, Talisy Maegyr & Robba Starka, Cersei & Jamiego Lannistera, Catelyn & Eddarda Starków czy Meery Reed & Brana Starka. Jeśli w Waszych serduszkach miejsce zagościły właśnie te lub inne, nie wspomniane przeze mnie związki, napiszcie o tym w komentarzach. Tymczasem życzę Wam wszystkim szczęśliwych i bardzo zakochanych Walentynek! :-)

środa, 13 lutego 2019

RECENZJA: Battle Angel Alita, tomy 1-2 (Y. Kishiro)


Battle Angel Alita to kultowa seria autorstwa Yuikito Kishiro, powstała na początku lat 90-tych ubiegłego wieku. W Japonii znana jest pod tytułem Gunnm, w Polsce jej pierwszą publikację notuje się na lata 2003-2005. To ostatnie dotyczy wyłącznie serii głównej cyklu, czytelnicy z kraju nad Wisłą wciąż nie poznali dwóch dodatkowych tytułów (Last Order, Mars Chronicle). Przyznam, że jakoś nigdy nie było mi po drodze z Alitą, a moje jedyne wytłumaczenie, dlaczego 15 lat temu nie sięgnąłem po ten tytuł, mieści się w trzech krótkich słowach: Neon Genesis Evangelion. Na szczęście dla malkontentów mojego pokroju właśnie nadarzyła się nowa okazja poznania losów najbardziej ludzkiego robota z przyszłości, ponieważ wydawnictwo J. P. Fantastica właśnie wznowiło dwa pierwsze tomy tego popularnego cyklu. Powiększono format i ulepszono tłumaczenie, a jeśli dodać do tego, że film w reżyserii Roberta Rodrigueza już puka do sal kin na całym świecie, nie ma chyba lepszej okazji, aby zapoznać się z wiekopomnym dziełem Kishiro. Tak też uczyniłem.  

Battle Angel Alita to manga, którą można śmiało zaliczyć do nurtu cyberpunk. W komiksie przenosimy się w odległą przyszłość, do Miasta Złomu, metropolii żyjącej w cieni gigantycznego kolosa cywilizacyjnego dobrodziejstwa, czyli niedostępnego zwykłym śmiertelnikom miasta Zalem. Tu, podczas swych rutynowych poszukiwań, usprawniający droidy doktor Ido znajduje na wysypisku technologicznych odpadków idealnie zachowany korpus robota-dziewczyny. Zabiera go do swej pracowni i uruchamia. Ocaloną istotę nazywa Alitą, tymczasem już wkrótce na jaw wychodzą coraz bardziej zdumiewające zdolności androida. Dziewczyna wydaje się doktorowi nie tylko bardzo ludzka, okazuje się także bardzo wytrzymała i sprawna fizycznie, co doskonale sprawdza się podczas niebezpiecznych zadań wykonywanych nocą przez Ido. Podobnie jak jej wybawca, Alita wkrótce staje się łowcą, czyli najemnikiem tropiącym poszukiwanych (często groźnych i niebezpiecznych) przestępców. Okazuje się, że głębokie poczucie sprawiedliwości oraz empatii niejeden raz stanie na przeszkodzie przywróconej do życia Alicie. Wybór będzie szczególnie trudny, gdy do głosu dojdzie nowo poznane uczucie miłości do pewnego złodzieja części o imieniu Yugo. Czy to wystarczy aby zapomnieć o reszcie Miasta Złomu i na zawsze udać się do Zalem?


Tom pierwszy i drugi zdumiewają budową świata przedstawionego. Choć nie jest jasno powiedziane kiedy i w jakim miejscu świata dokładnie toczy się akcja, bardzo dobrze da się wczuć w klimat realiów Miasta Złomu. Od podupadających kafejek, przedziwnych konstrukcji mieszkalnych, miejsc mrocznych i niebezpiecznych, aż po wielkie, niedostępne budowle, wszystko służy tu nadaniu odpowiedniego klimatu, w którym dane jest czytelnikowi spotkać grupę dość osobliwych i kolorowych postaci. A te są oczywiście głównym motorem wycieczki po świecie Ality. Kishiro doskonale rozumie, że dobrą historię prowadzi się wyłącznie poprzez bohaterów. Ich radości, rozterki oraz kłopoty (z punktu widzenia rozwoju treści) będą dla nas ważniejsze niż np. liczne sceny akcji (których w komiksie też nie brakuje). To Alita jest naszą przewodniczką po Mieście Złomu i wraz z nią poznajemy zasady funkcjonowania zaprezentowanego świata, ale również podejmujemy wszelkie trudne decyzje. Bohaterka wzbudza sporo sympatii i nieustannie chce się jej kibicować. Mało tego, dziewczyna potrafiła mnie nawet raz czy dwa nieźle zaskoczyć, szczególnie podczas ekscytującego finału pierwszego tomu, gdzie wykazała się sprytem, o jaki wcale jej nie posądzałem (druga połowa pierwszego tomu z miejsca stała się moją ulubioną częścią obu tomów Ality). Sporo ciepłych uczuć budzi też sam Ido, który z jednej strony jawi się jako miły, dobroduszny człowiek, który posiada jednak drugą, dość mroczną stronę. Wierzcie mi na słowo, nie chcielibyście znaleźć się w ciemnej alejce stając przeciw niemu i jego młotowi.

Ciekawie rozwiązano wprowadzanie do mangi elementów wyjaśniających historię świata czy pewne nieznane okoliczności z przeszłości bohaterów. Nie dostajemy tego zbyt dużo, po prostu co jakiś czas pojawia się jakiś niewyraźny trop lub sugestia, a wszystko zostało poukładane tak, aby skupić należytą uwagę odbiorcy na głównych wydarzeniach. Kishiro co jakiś czas rzuca małą, intrygującą sugestię, robiąc to jednak tak, aby stale rozbudzać ciekawość odbiorcy. Pomimo sporej dozy intrygującej fabuły i solidnie nakreślonych postaci, Battle Angel Alita jest w lwiej części komiksem akcji. Walki pomiędzy łowcami-androidami oraz kluczowy dla fabuły drugiego tomu Motorball, wypełniają większość kadrów tej mangi. I tu niestety pojawia się mój pierwszy problem. O ile jestem w stanie zrozumieć intencje autora oraz ogólny charakter dalekowschodnich komiksów, sceny akcji zupełnie odrzuciły mnie od Ality. Jest ich zbyt wiele, zajmują za dużo miejsca, a sama kreska (która w innych sytuacjach jest raczej perfekcyjna) w tych fragmentach staje się nazbyt umowna, niewyraźna, a nawet nieczytelna. Nie lubię czytać czegoś, czemu nie mogę dobrze się przyjrzeć, toteż od wszelkich scen pościgów czy walk odbijałem się prawie natychmiast. Ich niemała ilość dodatkowo potęgowała uczucie dyskomfortu i bardzo cieszyłem się, gdy akcja zwalniała na rzecz ukazania bardziej przyziemnych historii.


Niesamowicie zawiodło mnie zakończenie drugiego tomu. Po odpowiednim budowaniu tajemnicy, kreśleniu tropów i sugerowania mi takiej, a nie innej budowy scenariusza, autor zaserwował najbardziej prostacką i oburzającą kulminację wydarzeń, na jaką tylko było go stać. Po najmniejszej linii oporu przywrócił z niebytu postać uśmierconą w finale pierwszego tomu (tzw. leniwe pisanie!), a całą intrygę zbudował wokół chorego umysłu pewnego naukowca. Czy to naprawdę wszystko na co było go stać? A może to się jeszcze jakoś rozwinie? Trudno ocenić... Poczułem się więc nieźle oszukany. Choć sam finał zostawił mnie z uczuciem troski o jedną z postaci, nic nie zmyje gorzkiego smaku tandety, o jaką otarło się ogólne zakończenie drugiego tomu.

Battle Angel Alita to manga, która uderza rozmachem, fabułą oraz grupą rewelacyjnie napisanych i poprowadzonych postaci. Wszystko tu rozgrywa się w oparciu o doświadczenia i przygody tytułowej bohaterki, rzucając nas w wir zdarzeń oraz emocji, które tylko podkreślają jak świetnie komiks został przemyślany. Niestety, nie jest tak przez cały czas. Często gubiłem się w zawiłościach i nieprzejrzystości ilustracyjnej najbardziej dynamicznych scen. Chaos i wizualny nieład kłócił się z moim poczuciem dobrego smaku, istne apogeum osiągając na płaszczyźnie fabularnej w finale drugiego tomu, gdzie autor częściowo zatracił pomysł i sens, osiągnięte podczas swej dotychczasowej pracy. Ponieważ mamy tu jednak do czynienia z dziełem znanym i kultowym, nie mogę odmówić mu pewnej rangi i statusu, tym bardziej, że wspomniane minusy nie czynią go dziełem absolutnie niegodnym polecenia. Wiele osób znajdzie w Alicie coś dla siebie, głównie za sprawą tego, że to bardzo złożona, wielowarstwowa opowieść. Odnajdziemy tu przygodę i miłość, walkę z przeznaczeniem oraz liczne filozoficzne rozważania nad emocjami. I tylko od Was będzie zależało, w jaki sposób one przemówią. Choć po finale tomu drugiego mocno zastanawiam się czy wracać jeszcze do komiksowych przygód Ality, z tego miejsca zachęcam Was do lektury. Nawet przy pewnego rodzaju zawodzie nie mogę nazwać czasu spędzonego z powyższą mangą za stracony.



Tytuł: Battle Angel Alita, tomy 1-2
Scenariusz i rysunki: Yukito Kishiro
Przekład: Paweł "Rep" Dybała
Wydawnictwo: J. P. Fantastica
Rok wydania: 2018 (tom 1), 2019 (tom 2)
Ilość stron: 460 (tom 1), 478 (tom 2)
Oprawa: miękka z obwolutą
Cena okładkowa: 73,50 zł


Za udostępnienie Ality do recenzji dziękuję wydawnictwu J. P. Fantastica


sobota, 9 lutego 2019

RECENZJA: Nienawidzę Baśniowa, tom 2 - Fujowy żywot (S. Young)


Po pierwszej, niezwykle satysfakcjonującej wizycie w uroczym Baśniowie, Skottie Young oraz "kilkuletnia" Gert znów zapraszają nas na rozbuchaną jazdę bez trzymanki po rzeczywistości, w której słodycz i przemoc wylewają się z kadrów niesłabnącym, barwnym strumieniem. Fujowy żywot to album, przed którym stało dość trudne zadanie. Choć niefrasobliwie zdałem sobie sprawę z tego faktu dopiero po zakończeniu lektury, w niczym nie zmienia to faktu wyboru przez autora jednakowo kreatywnego, co i dość niewdzięcznego tematu. Niestety, z seriami komediowymi bazującymi na dość prostym pomyśle często bywa tak, że na pewnym etapie zaczynają zjadać swój własny ogon. Temat szybko zostaje zaorany, żarty nie są w stanie wybić się ponad przeciętność, a fabuła nie potrafi zaciekawić żadnymi interesującymi rozwiązaniami. Na szczęście powyższe dywagacje nie dotyczą tomu drugiego! Wiem, zacząłem trochę od końca, ale co zrobić, jeśli lektura pozostawiła mnie z takim przemyśleniem? Tych z Was, którzy niecierpliwie oczekiwali dalszych losów Gert mogę od razu odesłać do sklepu z komiksami, a resztę zapraszam na moje krótkie wynurzenia dotyczące struktury, fabuły i odczuć po lekturze najnowszego tomu serii.

Gertruda została królową. Jej wieloletnie poszukiwania klucza do wyjścia awaryjnego z Baśniowa ostatecznie zakończyły się sukcesem, choć finał całej historii pokazał, jak bardzo nie warto ulegać niskim, łatwym do stłumienia pobudkom. Ten kto zabije królową, sam zasiądzie na tronie krainy - tak głosi prawo i teraz nasza bohaterka musi zmierzyć się z nowo nadanym dziedzictwem. A że władanie wychodzi jej podobnie jak poszukiwanie klucza, szybko okazuje się, że szkody i zniszczenia, których dokonała, zmuszają radę do usunięcia jej ze stanowiska władcy. Co to oznacza dla naszej bohaterki? Typowy powrót do korzeni, czyli beznamiętnego wałęsania się po Baśniowie (wraz z coraz bardziej zblazowanym Larrym) przy nieustannym poszukiwaniu sposobu na ucieczkę. Jeśli nawet nie zauważycie, że Young podjął dość nieoczywistą decyzję fabularną, to w trakcie lektury zrozumiecie, że robił co mógł, aby nie zgubić się w gąszczu stworzonych przez siebie schematów.


Kwestia tronu Baśniowa rozwiązuje się już w finale pierwszego rozdziału, co generalnie bardzo mnie zdziwiło. Sądziłem, że Young zechce eksplorować możliwości jakie dało mu uczynienie z Gert królowej, lecz autor miał najwyraźniej inny zamysł. I stara się dowieść słuszności swej decyzji w dalszej części komiksu, która pod względem konstrukcji różni się nieco od przełomowego I żyli długo i burzliwie. Zamiast jednej, długiej przygody, dostaliśmy więc kilka krótszych, opowiadających zamknięte, samodzielne historie. Widać wyraźnie, że twórca próbował bawić się tu trochę z formą, nadając bieżącym przygodom Gert czegoś interesującego. Nie w każdym przypadku udało mu się to idealnie, w ogólnym odczuciu nie mam jednak na co narzekać. Nie ma to wszystko tej samej świeżości co tom pierwszy, mimo to Young wychodzi obronną ręką z każdej zainaugurowanej przez siebie przygody. Wykorzystuje do tego celu klimat, w jakim utrzymany jest tytuł. Umieszczając postaci w stylistyce z gier wideo, czy też konfrontując je z własnymi wersjami z odległej przyszłości, trzyma się pomysłu i humoru, które są podstawą tej (nie aspirującej przecież do bycia najpoważniejszym komiksem świata) opowieści.

Pierwsze skrzypce w przygodach Gert i tak niezmiennie grają ilustracje. Kreska jest tym, co przyciąga i hipnotyzuje czytelnika w Nienawidzę Baśniowa od samej okładki aż po finałowe plansze. Cartoonowy feeling połączony ze specyficznym stylem graffiti sprawdza się w tej materii nienagannie, sprawiając że chłonąłem tę część podobnie jak jej poprzedniczkę. Jest coś uzależniającego w całej tej słodyczy i brutalności obrazu, podlanej gęstą porcją bajecznych kolorów i licznych (a nierzadko także obrzydliwych) szczegółów. Tymczasem, nawiązując do tego o czym wspominałem na początku, najtrudniejsze zadanie stać będzie przed Nienawidzę Baśniowa wraz z jego kolejnym tomem. Boję się, że Young nie da rady utrzymać tak wysokiego poziomu serii, a ona sama może paść brutalną ofiarą własnego pomysłu. Zobaczymy, warto jednak wspomnieć, że całość zamyka się w zaledwie czterech tomach. Póki co, Fujowy żywot prezentuje się bardzo przyzwoicie, przynosząc doskonałą porcję humoru, świetnej grafiki i kilku naprawdę niezłych pomysłów. Jeśli podobał się Wam tom pierwszy, śmiało łapcie za drugi. Tylko tu bezkarnie pośmiejecie się z konwencji, tonąc w monstrualnej ilości wywleczonych flaczków, odgryzionych łebków czy destrukcji najróżniejszych, często nadmiernie przesłodzonych stworzonek.



Tytuł: Nienawidzę Baśniowa, tom 2 - Fujowy żywot
Scenariusz i rysunki: Skottie Young
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Komiksy z serii Nienawidzę Baśniowa znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


poniedziałek, 4 lutego 2019

RECENZJA: Moc srebra - Naomi Novik


Wyobraźcie sobie, że umiecie zmieniać srebro w złoto. Najpierw tak normalnie, a dopiero później magicznie. "Zaraz, zaraz" - zapytacie. "Co to do licha znaczy normalnie?" Normalnie, czyli poprzez tradycyjną metodę handlową, która polega na przetopieniu srebra na coś cennego, a następnie sprzedanie tego za cenę złota. A magicznie? To już zupełnie inna historia... W każdym razie taki właśnie los spotkał Mirjem, córkę podupadającego żydowskiego lichwiarza. Widząc nędzę i bezsilność swych rodziców, dziewczyna postanowiła wziąć sprawy we własne ręce i polepszyć ich wspólny los. Nie tylko odzyskała rodzinny szacunek utracony wśród ludzi w miasteczku, ale też zdołała pomóc biednej, bardzo pokrzywdzonej przez los Wandzie oraz jej dwóm braciom. Nic nie trwa jednak wiecznie, a o zdobyte ciężką pracą szczęście zawsze trzeba walczyć. Umiejętnościami Mirjem zainteresował się bowiem władca Starzyków, lodowych istot, zamieszkujących ukrytą, śnieżną krainę. Gnany żądzą złota, wyznaczył dziewczynie trzy próby, a następnie zabrał ją do swego królestwa. Tam zniewolona bohaterka postanowiła sprzeciwić się woli swego oprawcy, przy okazji czyniąc jeszcze więcej dobra niż sama mogłaby się po sobie spodziewać.

Książka Moc srebra to kolejne (a w moim przypadku pierwsze) dzieło Naomi Novik, pisarki polskiego pochodzenia. Stanowi zręczne połączenie zreinterpretowanej baśni braci Grimm z własnym konceptem baśniowej, wielowątkowej opowieści o walce dobra ze złem. Autorka zaprasza do świata fantastycznego, brutalnego i urzekającego, a co najważniejsze, bardzo realistycznie wykreowanego. Choć znaczna część powieści to tradycyjne fantasy z wieloma istotnymi dla tego stylu elementami, znajdziemy tu również problematykę o wiele bardziej przyziemną. Kwestie biedy, rodzinnego ciepła oraz przemocy wobec najbliższych wypełniają tę część Mocy srebra, która nie opowiada o tajemniczych mocach zimowego ludu czy ognistych demonach, podstępnie wykorzystujących ludzkie dusze. I co ciekawe, wszystkie te elementy pasują do siebie jak ulał, uzupełniając się nawzajem.

Novik napisała książkę posługując się relacją pierwszoosobową. Niby nic nadzwyczajnego (masa autorów tak robi), ale jeśli podpowiem, że narratorem uczyniła nie jedną, ale kilka występujących w niej postaci, sprawa zaczyna przedstawiać się już znacznie ciekawiej. Mało tego, pisarka postanowiła nadać charakterologiczny styl poszczególnym fragmentom, w zależności od tego, jakiej osobie powierzyła narrację. Inaczej więc czyta się rozdziały, które poznajemy z punktu widzenia Mirjem, odmiennie odbieramy relacje z przygód wybranki cara, opanowanego przez nienasyconego demona, a jeszcze inaczej te, które snuje najmłodszy brat Wandy. Nie są to różnice znaczne, ale dla mnie były dość wyczuwalne i bardzo przypadło mi to do gustu. Niestety, podział na role nie wyszedł Novik idealnie w każdym z zaprezentowanych przypadków. Z chęcią pozbyłbym się kilku dodatkowych narratorów (np. Magrety, piastunki Iriny), ponieważ niektóre z tych rozdziałów nie wnoszą do treści nic ważnego lub są po prostu niepotrzebne.

Dla wielu czytelników Moc srebra może jawić się jako wciągająca, dobrze napisana powieść fantasy, lecz źródło jej piękna leży zupełnie w czymś innym. Dla mnie dzieło Novik to rewelacyjna książka o długach i konieczności ich spłaty. Widać to nie tylko poprzez przewijające się w treści żydowskie zasady, ale przede wszystkim za sprawą więzi, które rodzą się pomiędzy trzema głównymi bohaterkami. Autorka uczy czytelnika rozumieć, jak ludzkie decyzje wpływają na otoczenie oraz jaką cenę przychodzi płacić za nie osobom postronnym. Odkrywa przysłowiową drugą stronę medalu, udowadniając, że każdy krok ma dwie, zależne od siebie płaszczyzny. Jeśli nie zwrócicie na to uwagi, nic nie szkodzi. Tak czy inaczej, pozostanie Wam do odkrycia cała reszta fascynującej treści. A przecież nie ma nic lepszego, niż dać się pochłonąć fantastycznym światom, które choć mroźne i niebezpieczne, przynoszą również ducha przygody i walki o pożądane zwycięstwo dobra. Aby przekonać się czy w istocie tak jest, sięgnijcie po Moc srebra. Sądzę, że ulegniecie magii zawartej w tej lekturze. Tym bardziej, że aura za oknem sprzyja czytaniu podobnych powieści.


Tytuł: Moc srebra
Autor: Naomi Novik
Przekład: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 510
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


czwartek, 31 stycznia 2019

RECENZJA: Flash, tom 5 - Negatywny (J. Williamson, N. Googe, Ch. Duce)


Po ostatnich starciach z Łotrami (tom 3) oraz żądnym zemsty Eobardem Thawnem (tom 4), życie Barry'ego Allena uległo poważnym zmianom. Iris West po zabiciu Odwrotnego Flasha postanowiła odciąć się od swego ukochanego, a młody Wally West nadal przebywa w szpitalu (i wciąż ma do Flasha żal za długotrwałe ukrywanie prawdy). Choć w przeszłości nasz bohater często musiał mierzyć się z rzeczywistością wyłącznie własnymi siłami, tym razem naprawdę może czuć się osamotniony. W laboratorium nie układa mu się najlepiej, a na dodatek Negatywna Moc Prędkości skutecznie utrudnia mu bycie sprinterem. Nie potrafiąc zapanować nad jej destrukcyjną formą, Barry najczęściej wyrządza więcej szkód niż dobra. A wszystko to splata się ze sobą w najbardziej niekorzystnym momencie, kiedy nieznani antagoniści stopniowo zaczynają rosnąć w siłę. W nowym tomie Flash musi więc stoczyć walkę nie tylko z pionkami pokroju Szrapnela czy ogarniętego szaleństwem Bloodworka, ale również z sobą samym.

Negatywny w oczywisty sposób kontynuuje wątki rozpoczęte przez J. Williamsona w poprzednich częściach cyklu. Co ciekawe, tym razem mamy niepowtarzalną okazję skupić się w znacznej części na osobistym życiu naszego bohatera. Autor wykorzystał możliwości, jakie dało mu obdarzenie Flasha niebezpieczną i destrukcyjną mocą, pokazując, że owa siła może w podobny sposób wpływać również na jego codzienne alter ego. I ta negatywna siła destrukcji utrudnia sprinterowi życie bardziej, niż sam mógłby przed sobą przyznać. Powolne gojenie się ran, ciągłe napięcie i nerwowość w pracy nie tylko spowalniają go jako spieszącego na ratunek herosa, ale są też przyczyną poważnych kłopotów w pracy. Dla detektywa śledczego (którym w chwilach wolnych od biegania w kostiumie jest Allen) to bardzo poważny cios. Ignorowane powstałych wcześniej animozji pomiędzy nim, a resztą zespołu robi się coraz trudniejsze do wytrzymania, przez co cierpi nie tylko sam Barry, ale i jego koleżanka po fachu (Kristen Kramer).


Ukazanie problemów Flasha idzie w parze z zagadką kryminalną, którą rozwiązuje (w towarzystwie partnerów z wydziału) nasz protagonista. Śledztwo skupia się na poszukiwaniu sprawcy odpowiedzialnego za znikanie próbek i materiałów dowodowych z dawnych, często zamkniętych spraw. Mimo, że pod względem fabuły nie jest to może jakaś wielka (zaplanowana z nieoczekiwanym rozwiązaniem) afera, Williamson nieźle pokazuje jak Allen działa w skórze detektywa. Na dodatek, prowadzi nas do poznania kolejnego wymyślnego łotra ze stale powiększającej się galerii wrogów Flasha. Bloodwork ma umiejętność kontrolowania krwi i jest niebezpieczny zarówno jako przerażający potwór, ale również w swej niepozornej, ludzkiej postaci. Za sprawą powrotu Kid Flasha na chwilę pojawia się odrobina nadziei, jednak szybko niknie ona w świetle karnego przeniesienia Allena do odrębnej jednostki, którą okazuje się być więzienie Iron Heights. W Negatywnym widzimy zaledwie początek współpracy Barry'ego z gburowatym naczelnikiem Wolfem, lecz już po tych kilku stronach możemy być pewni, że będzie to bardzo intrygująca relacja.

Finał komiksu zaskakuje powrotem pewnej ważnej postaci. Za jej pojawieniem z pewnością kryją się dalsze tajemnice, ale z wszelkimi domysłami trzeba będzie zaczekać do kolejnej odsłony. W Negatywnym znalazło się jeszcze miejsce na krótką historię z zeszytu DC Holiday Special #1, pod tytułem Nadzieja na święta. Co prawda grudzień już za nami, ale póki śnieg za oknem, dobrze czyta się wszelkie (nawet tak przesłodzone jak ta) gwiazdkowe opowiastki. Za oprawę graficzną piątego tomu Flasha odpowiadają N. Googe, Ch. Duce oraz C. Di Giandomenico. Prace artystów dość znacznie różnią się od siebie, nie miałem jednak z tym większego problemu (jak było to w przypadku niedawno recenzowanych tomów Suicide Squadu). Najwyraźniej nad moją pozytywną oceną zaważyła sama wartość merytoryczna dzieła. Każdy z zatrudnionych artystów prezentuje indywidualny styl, którym potrafi pokazać zarówno troski Barry'ego jak i dynamiczne potyczki Flasha.

Negatywny jest zatem dobrym, godnym polecenia komiksem. Z racji trybu publikacji należy zrozumieć charakterystyczny styl przedstawiania przygód Flasha. Nadrzędną zasadą jest tu powrót z historią dwa razy w miesiącu, przy skromnym układzie zaledwie 20 stron. W tak zagospodarowanej przestrzeni tom piąty (podobnie jak poprzednie) sprawdza się wyśmienicie, dając czytelnikowi chwilę dobrej, przemyślanej rozrywki. Dostajemy bohatera z licznymi problemami oraz porządną porcję dynamicznej akcji. Całość nie razi sztucznością, należycie przyciągając uwagę od pierwszych do ostatnich stron. I nawet jeśli nie jest to pierwsza liga wśród ogólnoświatowych tytułów komiksowych, najnowsze przygody Flasha z powodzeniem udowadniają, że nie bez przyczyny jest on moim ulubionym superbohaterem z DC.



Tytuł: Flash, tom 5 - Negatywny
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Neil Googe, Christian Duce, Carmine Di Giandomenico
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy z serii Flash znajdziecie na stronie Egmontu


poniedziałek, 28 stycznia 2019

RECENZJA: The Goon - Kolekcja, tom 1 (E. Powell)


Jedną z najfajniejszych rzeczy w komiksach jest to, że w odróżnieniu od literatury (i większości filmów), potrafią trwale zespolić obraz z treścią, wywołując nieodparte wrażenie dominacji pierwszego z tych elementów. To właśnie wtedy powstają dzieła najbardziej pamiętne i wyraziste. Podobnie ma się sprawa z serią The Goon, tworzoną od dwóch dekad przez Erica Powella. Właśnie tutaj, w świecie będącym odbiciem licznych fascynacji autora, pomysł i scenariusz ulegają płynnemu zespoleniu z obrazem, nie pozwalając myśleć o sobie inaczej niż jako o spójnej całości. Dlatego nie ma szans aby ktokolwiek przeszedł obok Zbira obojętnie, bez względu na to, czy całość spodoba mu się bez zastrzeżeń, czy też zupełnie nie trafi w jego gust.

Zapewne już domyśliliście się, że będę chwalił ten tytuł. Czas zatem napisać, o czym traktuje zawarta w nim historia. The Goon to zbiór krótszych i dłuższych opowiastek, których głównym bohaterem jest tytułowy Zbir. Nasz przystojniak piastuje rolę etatowego mięśniaka na usługach niejakiego Labrazia. Muskularna postura, wystające zęby i szary kaszkiet dopełniają ujmującego wizerunku tej niebanalnej postaci. Najlepszym przyjacielem Zbira i jego prawą ręką jest Franky. To niewysoki cwaniaczek, ślepo wpatrzony w swego kompana, nie odstępujący go ani na krok. Dwaj przyjaciele co rusz angażują się w nową drakę, ponieważ w mieście trwa nieustanna walka o dominację pomiędzy ich szefem, a nikczemnym Kapłanem Zombie. Typ ten uparł się aby przejąć władzę, wykorzystując do tego chordy niebezpiecznych umarlaków. Lecz nie tylko ich, bo znajomość mrocznej magii pozwala mu mieć na swych usługach istoty o wile bardziej dziwaczne. To jednak dopiero początek atrakcji, które autor ma dla nas w zanadrzu. Powyższa idea jest zaledwie punktem wyjścia do ukazania znacznie szerszego spektrum treści i formy.


W pierwszej chwili The Goon jawi się jako typowa gangsterska opowieść, czerpiąca garściami z bogatej klasyki gatunku. Jest tak w istocie, lecz oprócz mafijnych, często mocnych i dość humorystycznych treści (polanych gęstym sosem stylu noir) mamy tu do czynienia z pierwszorzędnym horrorem przepełnionym całą gamą scen gore, wymyślnych potworów oraz innych obrzydlistw (jakie tylko był w stanie wymyślić sobie autor). Spaja się to ze sobą idealnie za sprawą rysunku, który uzasadnia wszelkie wariacje Powella. Jakby tego było mało, we wszystkim czuć też mocną inspirację kreskówkami z połowy ubiegłego wieku, a całości dopełnia mocno pastiszowy sznyt, kojarzący mi się z tzw. zinami, znanymi głównie ze szkolnej subkultury. Tak zarysowany chaos bynajmniej nie przeciąża tytułu, czyniąc z każdego z powyższych elementów jego wyraźny atut. Mało tego, pozorny bałagan służy twórcy do dalszej zabawy z treścią, którą wprowadza coraz odważniej w każdym nowym rozdziale.

Może i trudno w to uwierzyć, ale czego tu nie ma? Powell oddaje hołd klasyce popkultury w opowieściach czerpiących garściami z klasyki horroru, filmów o wielkich potworach czy miejskich legendach o tajemniczych, zaginionych skarbach. Wampiry, monstra rodem z Lovecrafta, zwariowane wróżki, a nawet sam Hellboy (który pojawia się gościnnie w jednej historyjce). Mało? Poszukajcie sami, z pewnością znajdziecie jeszcze więcej odniesień. Choć poszczególne opowiastki są w pewnym stopniu zamkniętą całością, stanowią część zaplanowanej, dłuższej treści. Dzięki temu mamy okazję obserwować rozwój głównego bohatera, a także poznawać coraz więcej nowych, pełnych kolorytu postaci, takich jak Sęp, Rybi Pete, Pająk, Dr. Aliaż czy Bracia Muł. Jeśli nawet humor nie siada w każdym dowcipie, a w pewnych scenkach autor trochę przesadził (mocno niesmaczny Brzoskwinek Walenty), całość jest prawdziwie kreatywną, bezpretensjonalną jazdą po bandzie w fascynującym świecie tytułowego bohatera.


To jednak rysunki stanowią o łatwości, z jaką przyswaja się wszystko co w komiksie serwuje nam Powell. Nieprzesycone treścią, z wyrazistą paletą barw, nie bojącą się wejść w mniej mroczne klimaty, bawią treścią scenariusza, który bez nich byłby czymś płaskim i jednowymiarowym. Nie wszystko jest w The Goon idealne (zbyt szybko wyjawiona tajemnica relacji pomiędzy Zbirem i Labraziem czy pospieszne zakończenia niektórych opowieści), ale ta niedoskonałość stanowi o paradoksalnej niepowtarzalności tytułu. Powell celowo nie odkrywa przed czytelnikiem wszystkich kart, pozostawiając w scenariuszu tropy, które zostaną wykorzystane w niedalekiej przyszłości (wydarzenia z Chinatown). Dzięki temu odniosłem wrażenie, że całość nie służy wyłącznie oddaniu hołdu swym fascynacjom oraz ogólnej zgrywie, ale z oczywistą świadomością rozwija treść we wszystkich jej istotnych aspektach. The Goon to dzieło dla poszukujących w komiksach czegoś nowego, zrywającego z ciągłą rutyną treści i formy. Jeśli tylko ujmie Was warstwa wizualna, po prostu zacznijcie go czytać. Zdziwicie się, jak wiele ma on do zaoferowania i jak bardzo nie będziecie chcieli później wracać do realnego świata.



Tytuł: The Goon - Kolekcja, tom 1
Scenariusz i rysunki: Eric Powell
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Dark Horse Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 496
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 119 zł


Komiksy z cyklu The Goon znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics


czwartek, 24 stycznia 2019

RECENZJA: Suicide Squad, tom 3 - Płonąca baza / tom 4 - Ziemianie w ogniu (R. Williams, J. Romita Jr., E. Barrows, T. S. Daniel)


Po ciekawym i satysfakcjonującym otwarciu serii (Czarne Więzienie) oraz nieprzemyślanym rozgardiaszu w tomie drugim (Przy zdrowych zmysłach), drużyna Amandy Waller powraca, aby ze znanym sobie urokiem ratować świat. O kim mowa? Oczywiście o Suicide Squad, czyli Oddziale Samobójców, w którego skład wchodzą największe szumowiny świata DC. Za obietnicę skrócenia wyroków oraz pod przymusem zdetonowania bomb wszczepionych w ich głowy, skazańcy zobowiązani są wykonywać najniebezpieczniejsze zadania, których nie podjąłby się żaden szanujący superbohater. Oczywiście, za każdym razem zrobią to w swoim niepowtarzalnym stylu i z wielkim urokiem. Będzie mnóstwo krwi, przekleństw i brutalnie tłumionej niesubordynacji. Przynajmniej takie jest ogólne założenie. Jak wobec tego radzą sobie nowe tomy i czy jakość komiksu znów wzrosła do oczekiwanego poziomu? Niestety, dla fanów Harley, Deadshota, Enchantress i reszty nieprzewidywalnej bandy nie mam zbyt dobrych wieści...

Kiedy postanowiłem, że przedstawię swoją opinię o dwóch tomach serii naraz, nie sądziłem nawet jak dobra będzie to decyzja. Za jej sprawą będę mógł napisać trochę więcej dobrego. Ale po kolei. Oba tomy snują luźno ciąg dalszy historii rozpoczętej w pamiętnym Justice League vs Suicide Squad. Żądny zemsty Rustam kompletuje drużynę łotrów o nazwie Płonący Świat, próbując zagrozić bezpieczeństwu narodowemu USA. Na szczęście Waller ma na swoich usługach Suicide Squad, a dobre pomysły na zdyskredytowanie wroga od dawna nie są dla niej pierwszyzną. Niestety, czasem bywa tak, że w swych zamierzeniach łatwo zapędzić się w kozi róg, toteż pani naczelnik podejmie w końcu dość nieprzemyślaną decyzję, za sprawą której na wolność wydostanie się sam generał Zod. Potężne zagrożenie, zdrady i tajemnicze układy w Oddziale Samobójców oraz istnienie tajnej organizacji, która pociąga za większość sznurków tylko spotęgują poczucie chaosu. Zapowiada się ciekawie? Jasne, tylko czy podobnie nie mogło być w samym scenariuszu?


Niestety, Płonąca baza w praktyce bardziej odstraszyła mnie, niż bawiła. Rob Williams popełnił największy grzech, zapominając o sile i kolorycie swoich bohaterów. W zamian uczynił z nich bezwolną masę na usługach przebiegłej Waller. Pomysł niezły, tylko że zaprezentowane wyrachowanie dowodzącej jest również dość pozorne. W rzeczywistości wygląda to tak, że ma ona plan na (dosłownie) każdą ewentualność. Na serio mam uwierzyć, że ktoś może być tak cwany? Za dużo pytań, zbyt wiele niewiadomych. Prawie nikt z Suicide Squadu nie wyróżnia się ponad przeciętną. Grupa jest wyjątkowo bezbarwna jako całość oraz z osobna. Znajdziemy tu jeden lub dwa niezłe dialogi, ale na cały tomik to o wiele za mało. Ponadto bohaterowie często posługują się sztucznymi i drętwymi tekstami, które kojarzą mi się z najbardziej infantylnymi komiksami dla dzieci. Za najlepszy przykład niech posłuży scena, gdzie złowroga drużyna przed atakiem chwali się Oddziałowi jakie moce posiada. Zostało to napisane bardzo źle, a na dodatek osłabia siłę zaskoczenia. Takich kwiatków znajdziemy dużo więcej. Szkoda, że Williams mając tak okazałą zbieraninę osobowości nie pokusił się o kilka bardziej kreatywnych pomysłów. Chyba nikt nie sięga po komiksy tego typu, aby czytać standardową historyjkę o bezmózgich złoczyńcach. Czytanie tego boli tym bardziej, ponieważ pierwotny pomysł na papierze musiał wyglądać bardzo atrakcyjnie. Zawiodła kreatywność scenarzysty w wykorzystaniu interesujących cech postaci oraz umiejętność pisania dialogów. Obrazu mojego niezadowolenia dopełniają rysunki. Czasem nie przeszkadza mi różnorodność stylistyczna poszczególnych artystów, ale kanciastość kreski Romity Jr. i przeplatana, malarsko-realistyczna estetyka Barrowsa także nie podeszła mi podczas lektury. Fakt, że za ilustracje i tusz w tomie odpowiada aż sześciu artystów, mówi chyba sam za siebie.


Nieco lepiej prezentuje się czwarta odsłona. Ziemianie w ogniu zrywają z wielowątkową, zawiłą fabułą, przedstawiając bardziej klasyczne bij-zabij z udziałem drużyny. Nie jest to komiks najwyższych lotów, ale przynajmniej nie łapałem się za głowę podczas czytania. Przewidywalna fabuła nie jest może mocną stroną tego tomu, ale scena z Zodem, który uwalnia się spod wpływu Waller mocno zapadła mi w pamięci. Ten gościu naprawdę wymiata! Nieźle wypada ostatnia część (zeszyt) tomu, gdzie ważą się decyzje odnośnie nowego przywódcy Oddziału. Historia June i Killer Crocka jest tak ujmująca, zabawna i w pewien sposób czarowna, że aż zdziwiło mnie, iż znalazła się w tej serii. A to tylko pokazuje, że jak się chce, to można, prawda? Rysunkom Daniela nie mam nic do zarzucenia. Od jakiegoś czasu obserwuję tego twórcę i sądzę, że oddaje klimat superhero jak należy, bez zbędnych upiększeń i przesady. Dynamika oraz wyrazistość postaci to jego stałe atuty. Na plus wychodzi również Sejic, którego prace są jak zawsze godne uwagi. Szkoda, że narysował tylko ostatnią część tomu.

Oba nowe tomy Suicide Squadu są niestety dalszym spadkiem formy. Za taki stan rzeczy winę ponosi głównie scenarzysta, który nie umiał w pełni zrozumieć, z jaką materią przyszło mu pracować. Nie docenił zabawy, jaką niesie ze sobą udział zbieraniny nieokrzesanych postaci, zanadto skupiając się na skomplikowanym planie Waller. Do tego niezamierzenie uczynił z komiksu zwyczajne, miejscami infantylne czytadło. Chwilowe przebłyski geniuszu to o wiele za mało, aby zapewnić czytelnikowi kilka kwadransów dobrej, bezpretensjonalnej zabawy. Przykro to pisać, ale Oddział Samobójców jest (z czytanych przeze mnie tytułów z DC Odrodzenie) najsłabszą, niewartą polecenia pozycją. Jeśli więc nie jesteście zagorzałymi fanami Suicide Squadu, którzy kolekcjonują wszystko jak leci, sięgnijcie raczej po inne tytuły z DC. Zastanawiam się również, czy nadal czytać tę serię. W sytuacji, kiedy na naszym rynku pojawia się coraz większa ilość dobrych tytułów, tracenie czasu na coś poniżej średniej nie wydaje mi się ani trochę atrakcyjne.



Tytuł: Suicide Squad, tom 3 - Płonąca baza / tom 4 - Ziemianie w ogniu
Scenariusz: Rob Williams, John Ostrander
Rysunki: John Romita Jr., Eddy Barrows, Tony S. Daniel, Stjepan Sejic
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018 (tom 3), 2019 (tom 4)
Ilość stron: 156 (tom 3), 108 (tom 4)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.