poniedziałek, 19 listopada 2018

Dollicious: Gniazdka na ratunek! od Kura & Meago


Nie po raz pierwszy zachęcam Was do odwiedzenia strony Magdy "Meago" Kani, która wraz z Maćkiem Kurem tworzy niezwykle kreatywne przygody Delisi (Dollicious) oraz Emilki Sza. Tym razem pozostajemy wśród makaronowych dziewuszek, sprawdzając, co mają ze sobą wspólnego igła do włosów i owocowy koktail. 

Wpadajcie na MEAGOLICIOUS.COM, gdzie przeczytacie najnowszego shorta tej dwójki niezwykle utalentowanych autorów! :-)


niedziela, 18 listopada 2018

Fantastyczne zwierzęta Newta Scamandera od Funko

Funko stało się w ostatnich latach jednym z wiodących producentów pamiątek i gadżetów związanych z popkulturą. Obecnie obserwujemy największy w historii zalew produktów tej firmy, co sprawiło, że chyba nawet najbardziej oddanym fanom zaczyna powoli brakować miejsca na figurki przedstawiające ich ulubionych bohaterów.

Premiera filmu Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda była oczywistą okazją, aby zaprezentować sympatykom magicznego świata J. K. Rowling kilka nowych, oraz od dawna lubianych postaci. Popatrzcie i napiszcie, który z poniższych Funko Pop!-ów podoba się Wam najbardziej. Mój głos idzie na chupacabrę i dzieciaki niuchacze! ;-)




sobota, 17 listopada 2018

Czy Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda (2018) to film dla każdego?


Dwa lata minęły, odkąd J. K. Rowling po raz pierwszy zabrała nas w podróż w czasie i przestrzeni, ukazując nam historię świata znanego z książek o Harrym Potterze. Znaleźliśmy się w Nowym Yorku z lat 20-tych ubiegłego wieku, gdzie wraz z Newtem Scamanderem i jego nowo poznanym towarzyszem, Jacobem Kowalskim, śledziliśmy nieznane gatunki magicznych zwierząt. Przyznam, że po pierwszym seansie nie byłem zbytnio zachwycony filmem, lecz po drugim (a w szczególności trzecim) pokazie przekonałem się do koncepcji autorki scenariusza i w pełni kupiłem całą filmową wizję. Dlatego w tym roku z jeszcze większą chęcią powróciłem do czarodziejskiego świata, gotów chłonąć każdy aspekt drugiej produkcji z tej serii.

Minęło trochę czasu od schwytania złego czarodzieja Grindelwalda (Johnny Depp). Przetrzymywany jest w lochach nowojorskiego Ministerstwa Magii niczym sam Hannibal Lecter, nie mając nawet cienia szansy na ratunek. Czy aby na pewno? Życie często pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a Grindelwald świetnie radzi sobie z podstępnym wpływaniem na słabe umysły... Tym bardziej nikogo nie powinna dziwić jego spektakularna ucieczka. Korzystając ze stale rosnącej grupy popleczników, nasz antagonista pojawia się wkrótce w Paryżu, pragnąc ponad wszystko zrealizować cel, którego nie udało mu się osiągnąć poprzednim razem. Jego uwaga skupia się na odnalezieniu Credence'a (Ezra Miller), obskurodziciela, w którego potężnej mocy czarodziej upatruje sukcesu swych przyszłych planów. Na szczęście, z identyczną z misją odnalezienia chłopaka wysyła Newta Scamandera (Eddie Redmayne) sam Albus Dumbledore (Jude Law), jeden z najlepszych nauczycieli w szkole magii Hogwartu. Razem z naszym miłośnikiem fantastycznych zwierząt, w podróż wyruszają także jego starzy znajomi, Queenie (Alison Sudol) oraz wybranek jej serca, Jacob Kowalski (Dan Fogler).


Najbardziej podczas seansu Fantastycznych zwierząt: Zbrodni Grindelwalda rzuca się w oczy fakt, że J. K. Rowling nie jest scenarzystką filmową. Pisarka swój pomysł na film kreuje w ten sam sposób, w jaki tworzyła książki ze świata Harry'ego Pottera. Przez to film cierpi na szczątkową fabułę, liczne dłużyzny, masę niepotrzebnych postaci i nadmierną zawiłość fabularną, której nie powstydziłby się niejeden kryminał. Z tego względu całość ledwie stoi na własnych nogach, lecz... mi się to podoba. W tym miejscu chyba należy postawić sobie pytanie, do kogo jest adresowany ten film? Z pewnością nie będzie niczym ciekawym dla przeciętnego widza, który o magicznym świecie Rowling słyszał tylko przelotnie. Takie osoby nie połapią się w całym dobrodziejstwie inwentarza, który przynosi ze sobą najnowsza produkcja. Szybko zniechęci też do siebie widzów, na pierwszym miejscu stawiających uporządkowaną strukturę filmową i klasyczną budowę narracji. Niestety, najnowsza część przygód Newta (podobnie jak i pierwsza odsłona jego historii) to film skierowany wyłącznie do oddanych fanów. Tylko my będziemy w stanie docenić wszelkie starania autorki, dążące do stworzenia dzieła spójnego z wykreowanym w dotychczasowych książkach i filmach uniwersum. Począwszy od bogactwa świata (wyrażającego się w ilości nawiązań, rodzajów czarów, istot, magicznych przedmiotów oraz historii), występujących w nim postaci, a także wszelkich smaczków, twórcy filmu prowadzą widzów w gęsty, czarodziejski las, w którym nie zgubi się tylko ktoś, kto zna drogę powrotną.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda zaskakują złożonością fabuły przy ogólnym odczuciu prostoty pomysłu. Ten paradoks wywołuje masa elementów, wprowadzonych wyłącznie z potrzeby zaprezentowania jak najbogatszej wersji tego uniwersum. Wątek Lety Lestrange i Credence'a Barebone'a (a szczególnie jego zawiłe rozwiązanie) nadmiernie wysila szare komórki widza, dlatego uważam, że samo zmuszenie do takiego wysiłku odrzuci większość niedzielnych odbiorców. Masa nieistotnych postaci, które nie mają wyraźnego udziału w fabule (Nagini, Nicolas Flamel czy Bunty) także nie ułatwiają odbioru filmu. Z reguły nie wprowadza się do opowieści postaci, których celem jest samo snucie się po ekranie. Momenty nie wnoszące nic do fabuły (jak choćby sceny pokazujące obcowanie Newta ze zwierzętami) również nie spodobają się widzom liczącym na wartką akcję. Warto też zwrócić uwagę na specyficzną strukturę kryminalną, jaką cechowały się również filmy z serii o Harrym Potterze. Przez cały czas trwania obrazu, prowadzi nas on do rozwiązania intrygującej zagadki, a będąc już u zrozumienia całej intrygi, zostajemy pozostawieni w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia.


Zaskakująco dobrze wypadły w filmie cztery dodatkowe aspekty. Aktorzy stają na wysokości zadania i chyba nie umiałbym wskazać nikogo, kto nie podołałby powierzonej mu roli. Postacie wykreowane zostały z sercem, humorem i świetnym wyczuciem, co najbardziej widać w przepełnionych emocjami scenach. Grindelwald to postać stanowcza i opanowana, która wie z czym musi się mierzyć, w pełni znając swoje możliwości. Świetnie ogląda się go na ekranie. Podobnie można wypowiedzieć się o głównej roli Scamandera. To nadal ten sam uroczy, nieco niezdarny bohater, choć zauważyłem też pewien rozwój postaci od ostatniego filmu. Wątki romantyczne zostały rozwinięte perfekcyjnie (był to element szczególnie lubiany przeze mnie w poprzedniej części), nie rażą sztucznością, a co najciekawsze, niejednokrotnie posuwają akcję do przodu. Efekty specjalne dopieszczono pod wieloma względami, dzięki czemu przygody magów ogląda się bez poczucia fałszu, gładko zatapiając w wykreowanej rzeczywistości. CGI często zapiera dech w piersi, szczególnie w scenach, które są udziałem fantastycznych zwierząt, hodowanych przez Newta. W zdecydowanej większości są to nowe gatunki (zarówno duże jak i małe), co z pewnością zachwyci sympatyków tego charakterystycznego elementu produkcji. W przytłaczającej ilości wymienionych powyżej elementów widać jednak wyraźnie, że Rowling ma niebanalny pomysł na całość. Krok po kroku realizuje swój plan, mający na celu wzbogacenie historii świata, jak i ukazania ciekawej historii, rozgrywającej się wiele lat przed przybyciem Harry'ego do Hogwartu.

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to film satysfakcjonujący wyłącznie dla oddanych fanów świata wykreowanego w wyobraźni Rowling. Znajdziemy tu niezwykle obszerne uniwersum, które w strukturze przyjętej na ekranie sprawia, że produkcja bardziej przypomina książkę, niż klasyczne filmowe dzieło. Nie wróżę jej sukcesu wśród widzów nieobeznanych z tą materią, natomiast fani twórczości pisarki z pewnością będą nią zachwyceni. Wyszedłem z kina bardzo zadowolony. Cały czas zastanawiam się jak udało się sprawić, że tak dziwny twór da się jednak oglądać, a co najważniejsze, w jaki sposób wywołał on u mnie aż tyle radości. W filmie nie zabrakło również elementów bezsprzecznie doskonałych, dlatego polecam Wam indywidualną wizytę w kinie i samodzielną ocenę tej produkcji. Nawet jeśli zniechęcą Was wskazane przeze mnie elementy, z pewnością docenicie olbrzymią wyobraźnię autorki scenariusza. Bo to jej zawdzięczamy to wszystko. A bez wyobraźni fantastyka nie miałaby najmniejszego prawa bytu.



Tytuł: Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda
Scenariusz: J. K. Rowling
Reżyseria: David Yates
Aktorzy: Eddie Redmayne, Johnny Depp, Zoe Kravitz, Ezra Miller, Jude Law, Dan Fogler, Callum Turner, Alison Sudol, Katherine Waterston
Wytwórnia: Warner Bros.
Data premiery: 16 listopada 2018 (USA), 16 listopada 2018 (Polska)
Czas trwania: 134 min.

piątek, 16 listopada 2018

Książeczki Lego® Harry Potter™ (Wizarding World™) od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET sprawiło właśnie nie lada niespodziankę najmłodszym fanom Harry'ego Pottera oraz klocków Lego. Na rynku pojawiły się dwie interesujące książeczki, które pozwolą małoletnim sympatykom czarodzieja opowiedzieć jego przygody za pomocą naklejek, a także udekorować pokój niesamowitymi plakatami! 



Dzięki Lego® Harry Potter™. Naklejkowe scenki, młodzi magicy powrócą do najbardziej pamiętnych wydarzeń z wszystkich książek i filmów. Zabawa z książeczką polega na kreatywnym wypełnianiu wolnych miejsc na ilustracjach, z użyciem dołączonych do niej naklejek (w zestawie mamy ich aż 250 sztuk!). Tylko od wyobraźni dziecka zależeć będzie, jak tym razem potoczą się przygody w Hogwarcie. Być może zechcą zmienić przebieg kultowych meczy quidditcha, a może podczas wizyty przyjaciół w chatce Hagrida zdarzy się coś bardzo nieoczekiwanego? Możliwości jest wiele, a dodatkową atrakcją są dwie rozkładane plansze z widokiem na zamek oraz miasteczko Hogsmeade. W samodzielnym czytaniu pomocne okażą się krótkie teksty zamieszczone na każdej stronie, bezpośrednio nad rysunkami. 



Lego® Harry Potter™. Kolekcja plakatów przynosi z kolei aż 16 mini-plakatów (w formacie 24 🇽 33 cm), które można powiesić w dziecięcym pokoju. Tu również mamy do czynienia z najbardziej pamiętnymi oraz ikonicznymi scenami, lecz równie ciekawe jest to, że obrazki można pozostawić bez wyjmowania ich z książeczki. W ten sposób będziemy posiadać nienaruszoną pamiątkę z wizyty w magicznym świecie czarodziejów. Warto odnotować, że na odwrocie każdego z plakatów znajdziemy cenne informacje, przybliżające dane wydarzenie. Moim ulubionym jest ostatni z nich, przedstawiający Voldemorta z Nagini.



Oba wydania będą na pewno świetnym upominkiem dla Waszych pociech, ze szczególnym zwróceniem uwagi na pierwszy z tytułów. Zabawa w wyklejanie, połączona z próbami czytania oraz własną interpretacją zdarzeń, wydaje mi się bardzo atrakcyjna nawet dla tych nieco starszych sympatyków Harry'ego... ;-)


Za udostępnienie książeczek do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 15 listopada 2018

RECENZJA: Superman, tom 4 - Czarny świt (P. J. Tomasi, P. Gleason, D. Mahnke)


Superman z cyklu DC Odrodzenie przez większość czytelników uważany jest za najlepszy tytuł z tej aktywowanej kilka lat temu serii. Choć sam niekoniecznie oddałbym mu pierwszeństwo w tej materii, trudno odmówić przygodom Clarka i jego najbliższych pomysłowości oraz polotu. Z pewnością jest to nie bez znaczenia w przypadku przygód bohatera, obecnego w popkulturze od tak wielu dekad. Powyższe słowa nabierają jeszcze większego sensu za sprawą wątków rodzinnych, ponieważ w znacznej części to właśnie na nich oparto nowe historie z udziałem Człowieka ze Stali. A że bezpieczeństwo Lois i Jona są dla Clarka kwestią nadrzędną, nie będzie to chyba niczym dziwnym dla obeznanych z wcześniejszymi tomami odbiorców.

W najnowszym tomie, zatytułowanym Czarny świt, Kentom przyjdzie zmierzyć się z niebezpieczeństwem, czyhającym na nich od chwili, gdy tylko zamieszkali w hrabstwie Hamilton. Pewnej nocy na farmie pojawia się Batman z Damianem (Robinem), przynosząc informacje o stanie mocy młodego Jona. Okazuje się, że za sprawą niejasnych okoliczności Superboy nie może rozwinąć pełni swojego potencjału. Mroczny detektyw postanawia na miejscu przyjrzeć się sprawie, która prowadzi go do farmy mlecznej rodziny Cobbów, od dłuższego czasu zaprzyjaźnionych z najbliższymi Clarka. Niestety, Nietoperz nawet nie domyśla się, na jakie niebezpieczeństwo go to naraża. Oczywiście, prawda wkrótce wychodzi na jaw, nie przypomina jednak niczego, z czym Superman czy jakikolwiek inny bohater mógłby się dotychczas mierzyć.


Trzeba przyznać, że Peter J. Tomasi i Patrick Gleason świetnie zaplanowali swoją opowieść. Powiedziałbym nawet, że doskonale wiedzą do czego zmierzają wydarzenia pierwotnie wprawione w ruch już na samym starcie tej serii. Superman to jeden z tych komiksów, który snuje długą historię, z racji cyklu wydawniczego podzieloną na dość zamknięte rozdziały. Na szczęście, tak podana kompozycja złamana została pewnymi wątkami fabularnymi, wprowadzonymi w poprzednich odsłonach cyklu. Wzbogaciło to główną narrację, czyniąc odkrywanie wielowątkowej treści bardzo satysfakcjonującym zajęciem. W najnowszej odsłonie cały misterny plan scenarzystów powraca, prowadząc tą (częściowo) epicką opowieść do zaskakującego finału. Ponieważ dzieje się tu sporo, bez znajomości poprzednich tomów nawet nie ma mowy, aby w pełni docenić starania twórców.

W Czarnym świcie dominują trzy równorzędne wątki. Pierwszy stanowią wspomniane więzi rodzinne Kentów. Wybrzmiewają one w każdym zdarzeniu, którego uczestnikami są nasi bohaterowie. Wzajemne oddanie, troska i miłość spajają Supermana z żoną i synem. Nie inaczej jest w przypadku Jona i Lois. Autorzy umiejętnie kreują ten motyw, sprawnie unikając nadmiaru przesłodzenia lub niepotrzebnego dydaktyzmu. Drugą kwestią, biorącą początek już w pierwszym tomie Supermana, jest tajemnica, jaką kryje miasteczko Hamilton. Ten element, mający swój rodowód w klasycznych filmach grozy (gdzie nic nie jest takie jak się nam wydaje), wypada bardzo sprawnie. Trochę szkoda, że nie dostaje on szansy, aby wybrzmieć w pełni. Zagadka dość szybko zostaje wyjaśniona, a czytelnik mknie ku kolejnemu wirowi wydarzeń, będących prawdziwym sednem tej części. Jest nim pojawienie się głównego antagonisty, który z ukrycia pociągał za sznurki, sterując swą sprytną intrygą.


I tu pojawia się spora rysa na dość precyzyjnie skonstruowanej fabule. Manchester Black nie musi być znany wszystkim sympatykom Supermana (np. mnie), tym bardziej w tym aspekcie jego cele oraz motywacje pozostają mocno niejasne. Pomimo wielkiego potencjału, jawi się jako typowy czarny charakter, krzyczący i straszący wszystkich wokoło. Oczywiście, zagrożenie jakie sobą reprezentuje jest jak najbardziej realne, lecz mimo to, wciąż pozostaje plastikową kukiełką, obdartą z interesującego wnętrza i motywacji. Na plus można zaliczyć sam epilog tej postaci, mroczny, choć nie pozbawiony specyficznej nuty ironii.

Ilustracyjnie jest w Czarnym świcie dość różnorodnie, gdyż za oprawę graficzną odpowiada wielu uzdolnionych artystów. Jakkolwiek poszczególne prace (z kilkoma tylko wyjątkami) wypadają bardzo dobrze, nie zawsze komponują się ze sobą jako spójna całość. Prace Patricka Gleasona, Micka Gray'a i Joe Prado reprezentują nieco cartoonowy styl, natomiast Doug Mahnke tworzy opowieść nieco brudną, bardziej realistyczną kreską. Nie każdemu taki miks może przypaść do gustu, dlatego dobrze jest mieć to zawczasu na uwadze. Na szczęście warstwa fabularna z powodzeniem przysłania podobne niedogodności.

Najnowsza część Supermana jest bardzo udaną próbą połączenia kilku pomysłów, które autorzy pielęgnowali na stronach komiksu już od dłuższego czasu. Stanowi pewien finał oraz podsumowanie warstwy fabularnej, pozwalając śmiało ruszyć z nowymi przygodami. Warto docenić kreatywność zawartą w Czarnym świcie, nie zawsze bowiem mamy do czynienia z historią, która rozwija główne postacie, przy jednoczesnym zadbaniu o dynamikę akcji. Nie wszystko będzie tu oczywiste dla nowych czytelników, warto jednak przymknąć oko na wymienione powyżej zgrzyty, ponieważ komiks i tak spełnia powierzone mu zadanie. I choć w aktualnej ofercie DC są tytuły jeszcze lepsze (co jest oczywiście kwestią indywidualnego odbioru), zdecydowanie warto śledzić losy Człowieka ze Stali. Wszystkie dotychczasowe tomy udowadniają, że nie bez powodu uważany jest za jednego z najważniejszych superbohaterów na świecie.



Tytuł: Superman, tom 4 - Czarny świt
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Doug Mahnke, Patrick Gleason, Joe Prado, Scott Godlewski, Mick Gray
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiksy o Supermanie znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.



środa, 14 listopada 2018

RECENZJA: Astonishing X-Men, tom 1 (J. Whedon, J. Cassaday)


Na kilka lat przed wyreżyserowaniem pierwszego filmu o Avengers, Joss Whedon zajął się pisaniem serii X-Men dla Marvela. I choć dorobek tego scenarzysty i reżysera bynajmniej nie kończy się na tych dwóch tytułach (jest też m.in. odpowiedzialny za seriale Buffy: Postrach wampirów i Firefly), fanom komiksów Marvela będzie najczęściej kojarzył się właśnie z cyklem o mutantach. Dlaczego? Ponieważ udało mu się poprowadzić wieloletnią serię ku dalszym sukcesom, umiejętnie wykorzystując istotne elementy fabularne, czyniąc z Astonishing X-Men bardzo dobry, a co najważniejsze, niezapomniany tytuł! Wydawnictwo Mucha Comics właśnie wznowiło pierwszy, zbiorczy tom tego cyklu.

Na przestrzeni ostatnich lat mutanci ze szkoły profesora Xaviera przeszli bardzo wiele. Walki z najróżniejszymi przeciwnikami odcisnęły na bohaterach wyraźne piętno. Oni sami także zmienili się, inaczej patrząc na otaczającą ich rzeczywistość. Szanowany założyciel szkoły dla uzdolnionych dzieci opuścił swoją trzódkę, opiekę nad uczniami pozostawiając Scottowi Summersowi. Wraz ze swoją nową wybranką serca, Emmą Stone i innymi mutantami, Cyklop stara się najlepiej jak umie dbać o powierzone mu dziedzictwo. Niestety, na przeszkodzie Scotta i reszty jego przyjaciół staje złowrogi Ord z Breakworldu oraz niezwykły specyfik, posiadający moc leczenia wszelkich możliwych mutacji. A to jeszcze nie wszystko, bo na horyzoncie czai się już nowe zagrożenie, pochodzące bezpośrednio z trzewi domu, stworzonego przez profesora X.


Whedon przejmując pieczę nad X-Men, pomysłowo postawił na to, co sprawdziło się w przypadku filmowych adaptacji losów mutantów, które wyszły spod ręki Bryana Singera. Zamiast pisać historię wikłającą olbrzymią liczbę postaci, wybrał kilku najważniejszych bohaterów, których umieścił w centrum wydarzeń swego komiksu. Dzięki temu mógł lepiej pokazać ich wzajemne relacje oraz to, co działo się wewnątrz nich samych. Aby zdynamizować opowieść, postawił na ciekawy zwrot fabularny oraz kilka istotnych tajemnic, które miały mocno wstrząsnąć światem mutantów. I był to strzał w dziesiątkę. Autor świetnie odnalazł się w tak podanej konwencji, udowadniając także, że bardzo dobrze rozumie świat Marvela. Bez większych problemów wymieszał powyższe składniki i niczym zręczny dyrygent nadzorował rozwój wydarzeń, obserwując bacznie, czy wszystko komponuje się ze sobą tak jak zaplanował.

Rzeczą, która Whedonowi wyszła w Astonishing X-Men najlepiej, jest stanowisko wobec leku, obrane przez poszczególnych członków społeczności mutantów. Myliłby się ten, kto myślałby, że większość bohaterów opowie się od razu po stronie zniszczenia specyfiku. Okazuje się, że możliwość prowadzenia normalnego życia jest równie atrakcyjna dla znacznej części z nich. Nie każdy mutant posiada bowiem zdumiewające, przydatne zdolności. Wśród nich wielu jest pokrzywdzonych przez deformacje czy niedogodności, których z chęcią pozbyliby się, aby móc prowadzić spokojne życie. Jakby tego było mało, pozostaje jeszcze kwestia wykorzystania leku przez rząd. Kto może mieć pewność, że wszyscy zmienieni genem X nie zostaną zmuszeni do wzięcia zastrzyku pod przymusem?


Kolejną sprawą jest przepowiednia, która sprowadziła bezwzględnego Orda na Ziemię. Oczywiście, w jej rozwiązaniu dopatruje się on korzyści wynikających z powstania specyfiku leczącego mutacje, a w swych poczynaniach otrzymuje przyzwolenie samej T.A.R.C.Z.Y. W kierunku niezłego science-fiction idzie też druga część tomu, która opowiada o sytuacji, w której zagrożenie dla bohaterów nadchodzi z zupełnie niespodziewanego miejsca. Jak mogą bronić się przed czymś, co kontroluje teren, na którym czują się bezpieczni? Tu też powstaje pytanie, jak bardzo mogli ufać człowiekowi, który poświęcił całe swe życie, aby uczynić otaczający ich świat tolerancyjnym miejscem...?

W centrum powyższych wypadków nieustannie pozostają nasi bohaterowie. To za sprawą ich spojrzenia poznajemy wszystkie rozgrywające się wydarzenia. Z całej grupy (Scott, Emma, Logan, Hank, Kitty, Peter) nikt nie dostaje za mało czasu. Każda postać ma swoje pięć minut. Co równie ważne, wątki poszczególnych X-Menów mają szansę wybrzmieć, scalając się z historią i wywołując oczekiwaną reakcję czytelnika. Historia została poprowadzona tak, aby wszelkie motywacje pozostały jasne i nawet w przypadku antagonistów były zrozumiałe dla odbiorcy. Ten aspekt Whedon opanował w Astonishing X-Men do perfekcji.


Autorowi scenariusza dzielnie partneruje John Cassaday, tworząc świetne, realistyczne obrazy. W jego pracach wszystko jest na swoim miejscu. Mimika postaci, cienie, dalsze plany oraz szczegóły, czynią całość równie interesującą co fabuła. Rysunki Cassadaya mają w sobie coś mięsistego, sprawiającego, że komiks bardziej ogląda się niż czyta. Doskonale nadają się do opowiedzenia historii bohaterów, jak i ukazania realiów niebezpiecznego świata.

Astonishing X-Men to komiks, w którym ciężko doszukać się słabych elementów. Joss Whedon doskonale rozumie opisywaną przez siebie rzeczywistość, tworząc barwne, nieomal namacalne postacie. Nie zapomina przy tym o interesującej historii, licznych zwrotach akcji, a także dynamicznych, pełnych emocji potyczkach. Dzięki jego zdolnościom otrzymujemy w tym tomie naprawdę świetne superhero, posiadające wszystkie elementy, które czynią ten gatunek popularnym. Autor potrafi również korzystać z wieloletniego dorobku serii, odważnie pchając ją na szerokie wody. To właśnie dzięki takiemu podejściu, X-Men nadal interesują czytelników Marvela, dając nam tony nowych, niezapomnianych przygód. I z takiego obrotu spraw należy się tylko cieszyć.



Tytuł: Astonishing X-Men, tom 1
Scenariusz: Joss Whedon
Rysunki: John Cassaday
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Marvel/Mucha Comics
Rok wydania: 2018
Oprawa: twarda
Ilość stron: 304
Cena okładkowa: 99,99 zł


Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję wydawnictwu Mucha Comics.


poniedziałek, 12 listopada 2018

RECENZJA: Królowie Wyldu - Nicholas Eames


Przyznam, że po mojej ostatniej lekturze Księżniczki Popiołu Laury Sebastian, potrzebowałem czegoś konkretnego na odtrutkę. Szczęśliwy traf sprawił, że na horyzoncie pojawiła się powieść Nicholasa Eamesa, zatytułowana Królowie Wyldu. Określana jako zręczne połączenie przygody, wojaczki i rock'n'rolla, zdawała się być tym, co wreszcie zaspokoi moje wygórowane czytelnicze oczekiwania. Autor okazał się być debiutantem, a sama powieść zdobyła cenną nagrodę dla najlepszej książki fantasy 2017 roku na The David Gemmell Morningstar Award oraz The Reddit/Fantasy Award. Czegóż więc miałem się obawiać?

Królowie Wyldu opowiadają historię pięciu najemnych rycerzy, którzy przed laty tworzyli grupę zwaną Sagą. Młodość wypaliła się z upływem czasu, życie pokazało swoje zmęczone oblicze, a pragnący spokoju bohaterowie po dokonaniu wielu chwalebnych czynów powoli odeszli w zapomnienie. Niestety, los nie zawsze daje nam to czego oczekujemy, toteż wszystko zmienia się w chwili, gdy Claya Coopera odwiedza jeden ze starych kompanów. Gabriel prosi dawnego towarzysza broni, aby ten porzucił wygodne, rodzinne gniazdko i wyruszył z nim na misję ratowania jego córki. Latorośl wojownika zaginęła wraz ze swoją drużyną w Castii, mieście obleganym przez hordę z Wyldu. Problem w tym, że ich cel znajduje się na drugim krańcu świata, a wspomniana horda to potężne zbiorowisko najbardziej przerażających i niebezpiecznych stworzeń, jakie tylko był w stanie wydać ze swego łona świat. Clay nie ma wyjścia. Czego bowiem nie robi się dla oddanych przyjaciół, nawet jeśli dni chwały dawno przeminęły, a brzuchy zaokrągliły się z biegiem czasu? Zanim jednak dotrą do Castii, będą musieli skrzyknąć drużynę i nakłonić resztę chłopaków na wspólną misję. Już samo to zadanie nie będzie przysłowiową bułką z masłem...

Porzuciwszy możliwe obawy, zagłębiłem się w świecie wyczarowanym w wyobraźni Eamesa. I muszę napisać, że ta nie sprawiła mi większego zawodu. Już sama mapka świata Sagi sugerowała, że będę miał do czynienia z ciekawą rzeczywistością, a pokonywanie kolejnych stron książki tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Autor kreuje realia opowieści opierając się na znanych wzorcach gatunku, jednak dodaje do tego swój rozkwitający talent oraz dobrze przemyślane pomysły. Tym, co zwróciło moją uwagę od pierwszych stron, była niezwykła mnogość wydarzeń, postaci czy istot zamieszkujących książkowy świat. Królowie Wyldu to powieść, w której nieustannie coś się dzieje. Czytelnik nie ma nawet małej chwilki na odpoczynek. Każdy rozdział to nowa przygoda, każda przewrócona strona pokazuje nam ogrom rozwiązań i mnogość radości, które daje zanurzenie się w tym świecie fantasy. A w centrum wszystkiego nieustannie pozostaje grupa pięciu wojowników. którzy toczą bój z całym światem o odzyskanie własnej wartości oraz utrwalenia więzów przyjaźni i braterstwa.

Królom Wyldu wychodzi bardzo dobrze ukazanie wzajemnych relacji pomiędzy głównymi bohaterami. Każdy z nich jest kimś innym i czuje się to bardzo wyraźnie. Pozorna niezdarność Korga, nieporadność życiowa Matricka czy bezwzględność Ganelona doskonale uzupełniają się w akcji, tworząc swoisty taniec charakterów, który autor sprawnie wplata w kłopoty, które co chwila są udziałem członków Sagi. W książce Eamesa nie ma niepotrzebnych pomysłów. Każde zdarzenie czy każda przeszkoda służą opowiedzeniu fajnej historii, która wzbogaca i tak niemałe doświadczenie postaci. Na tym jednak nie koniec. Co rusz autor rzuca nam przed oczy nowego uczestnika wydarzeń, a niektórzy z nich pozostają w grze aż do samego końca. W tym aspekcie na pierwszy plan wysuwa się łowczyni nagród, zwana Ostróżką. To przykład silnej, kobiecej postaci, która ostatecznie przejdzie ciekawą, niebanalną przemianę charakteru.

Nie wszystko jest jednak w debiucie Eamesa idealne. Paradoksalnie, część rzeczy stanowiących o sile utworu była też dla mnie pewnym minusem. Królowie Wyldu nierzadko przypominają grę komputerową. Wydarzenia toczą się od przeszkody do przeszkody, pokonanie kolejnych przeciwników czy kłopotów prowadzi do odkrycia kolejnych (będących jeszcze większym wyzwaniem) niebezpieczeństw. Zawiódł mnie też ogólny wydźwięk książki. W nieustannej pogoni za przygodą zabrakło tu jakiegoś nieuchwytnego ducha całości, który, choć ciężki do sprecyzowania, unosi się nad większością największych dzieł gatunku. Często odnosiłem też wrażenie, że powieść była pisana w założeniu możliwego prequela, co przejawiało się w postaci nadmiernego wspominania wcześniejszych losów Sagi. Podczas lektury doświadczyłem tego zbyt wiele razy, co raziło mnie, sprawiając wrażenie wyciągania pewnych pomysłów z kapelusza. Nie specjalnie podszedł mi też humor. Choć zaśmiałem się w czasie czytania parę razy, wydaje mi się, że większość komicznych scen znacznie lepiej zaprezentowałaby się w ewentualnej ekranizacji. Po prostu nie każdy żart sprawdza się tak samo w rzeczywistości, co na papierze.

Pomimo tych drobnych niedogodności, mogę bezsprzecznie nazwać Królów Wyldu bardzo udaną opowieścią. Dostarcza oczekiwanej rozrywki, ukazuje ciekawych bohaterów w pożądany sposób, a zaprezentowana akcja nie nudzi ani przez chwilę, dając tak wiele radości, jak tylko można się tego spodziewać. Książka Eamesa nie łamie żadnych schematów, nie jest też niczym przełomowym w dzisiejszej fantastyce. Na jej korzyść przemawia przede wszystkim lekkość pióra autora oraz dynamika przygód, będących udziałem grupy sympatycznych wojowników. Jeśli chcecie oderwać się od rzeczywistości, czytając bezpretensjonalną, ekscytującą i pełną kolorytu książkę, Królowie Wyldu będą dla Was jak znalazł. W swojej kategorii powieść Eamesa plasuje się idealnie, łącząc lubianą klasykę z jeszcze rozwijającym się, lecz bardzo interesującym stylem pisarza. A że w przyszłości usłyszymy o nim jeszcze niejedno, nie ulega żadnej wątpliwości. W końcu otrzymane nagrody zobowiązują, prawda?


Tytuł: Królowie Wyldu
Autor: Nicholas Eames
Przekład: Robert J. Szmidt
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 528
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie powieści do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


niedziela, 11 listopada 2018

Dollicious: Makaronowe wojny! od Kura & Meago


Magda "Meago" Kania (autorka m.in. przepięknej grafiki tytułowej Skrzydeł Gryfa), wraz z Maćkiem Kurem przygotowali kolejny, wesoły odcinek Delisi! 

Na swojej stronie internetowej autorka zdradza, że gotowe są już scenariusze na cały album Dollicious, lecz na ten projekt przyjdzie nam jednak chwilę zaczekać. Trzymamy więc mocno kciuki i życzymy powodzenia!

Tymczasem zapraszam Was na stronę MEAGOLICIOUS.COM, gdzie możecie zapoznać się z oryginalną, jak i angielską wersją najnowszego shorta. Tym razem przepyszne dziewczyny stoczą wielce ekscytującą, makaronową wojnę. Miejcie się więc wszyscy na baczności! ;-)



czwartek, 8 listopada 2018

RECENZJA: Wonder Woman, tom 4 - Godwatch (G. Rucka, B. Evely)


Najnowsze przygody Diany z Temiskiry, to oprócz komiksów o Aquamanie najlepsze superhero, odcinające się od swej oryginalnej przynależności. Nie znajdziemy tu zbyt wiele odniesień do klasyki gatunku, a sama Wonder Woman nie będzie na każdej stronie walczyć z podstępnym, czarnym charakterem lub ratować świata przed wielkim kataklizmem. Greg Rucka w swym najnowszym dziele postawił na uporządkowanie bałaganu, jaki powstał w historii naszej bohaterki na przestrzeni kilku dekad. Ubrał więc nową historię w przemyślane i fabularnie inspirujące poszukiwanie prawdy o tym, co tak naprawdę działo się w życiu Wonder Woman.

Tą niecodzienną opowieść Rucka postanowił opowiedzieć nielinearnie. I tak w pierwszym tomie (Kłamstwa) autor wrzucił nas w środek ekscytującego wiru wydarzeń, ledwie zaznaczając samo wprowadzenie, w drugim (Rok Pierwszy) ukazał na nowo genezę bohaterki oraz jej przybycie do naszego świata. Trzecia część (Prawda) była swoistym zamknięciem wątków, prezentującym ambitne i epickie zakończenie, tymczasem najnowszy, ostatni tom - Godwatch, przybliża historię rozgrywającą się pośrednio przed finałem. I choć komuś może wydawać się, że brak chronologii wydarzeń spowoduje pewien zamęt, o niczym podobnym tak naprawdę nie może tu być mowy. Fakt, przy lekturze trzeba czasami przypomnieć sobie to i owo, dlatego też najlepiej czytać Wonder Woman z DC Odrodzenie jednym ciągiem. Wtedy najlepiej widać złożoność i doskonałe rozpisanie całej opowieści.


Fabuła Godwatch w większej części skupia się na wydarzeniach mających miejsce kilka miesięcy po walce Diany z Aresem. Co ciekawe, zdarzy się tutaj niejeden przesk w czasie, jednak tym razem nie będziemy już wracać do przeszłości, lecz przenosić się w akcji tomu na przestrzeni ponad ośmiu lat. W centrum wydarzeń Rucka umieścił Veronicę Cale, szefową Empire Industries. Jeśli znacie poprzednie tomy Wonder Woman, zapewne pamiętacie, że kobieta ta, odpowiedzialna za działania organizacji Godwatch, była w znacznym stopniu uwikłana w poszukiwania Temiskiry. Czemu to robiła i co właściwie było przyczyną kłopotów ściągniętych na Dianę i Barbarę Ann? Wszystko wyjaśni się w tej części. Co ciekawe, wszystkie luźne wątki ostatecznie poskładają się w jedną, spójną całość. Całość, którą widzę teraz jako przemyślane i doskonale zaplanowane dzieło. Wierzcie lub nie, ale mnogość wątków z pewnością przerosłaby niejednego scenarzystę, tymczasem Rucka radzi sobie ze wszystkim z cyrkową gracją. Nie będę zdradzał co dokładnie dzieje się w tym tomie, jestem bowiem więcej niż pewien, że sami zechcecie zgłębić ostatni fragment tej niezwykłej układanki.

W nowej odsłonie Wonder Woman oprócz fabuły, na pierwszy plan wysuwa się również trio głównych bohaterek komiksu. Diana, Veronica Cale i Barbara Ann to kobiety, które na własnych barkach niosą ciężar całej opowieści. Szczególnie wyróżnia się tu szefowa Godwatch, której charakter i motywacje dopiero teraz mamy szansę poznać i lepiej zrozumieć. Droga tej postaci skupia uwagę czytelnika przez większą część tomu. To z jaką stratą jest jej dane się mierzyć i co musiała zrobić lub poświęcić, interesowało mnie chwilami bardziej, niż nie mniej istotne losy naszej tytułowej amazonki. Chyba wszyscy lubimy wielowymiarowe postacie, toteż wszystkich Was na pewno ucieszy fakt, że Veronica stała się w najnowszej części jeszcze ciekawszą osobą. Rucka zadbał, żebyśmy zrozumieli jej działania, przez co wcześniejsze wydarzenia, w których brała udział, zostaną postawione w zupełnie innym świetle.


Na osobną uwagę zasługuje krótka historyjka, umieszczona na końcu tomiku. Nosi tytuł Pierwsze spotkanie i opowiada o tym, jak Wonder Woman poznała Supermana i Batmana. Być może nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie rewelacyjne zarysowanie postaci na tak niewielkiej ilości stron. To jak przedstawiona została tu trójka najważniejszych bohaterów DC, jest swoistym mistrzostwem świata. Kontrast charakterów, humor i dobre oddanie wzajemnych relacji, czyni z tej krótkiej formy prawdziwą perełkę. Przeczytajcie koniecznie!

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyczepić, są rysunki Bilquis Evely. Największym problemem, jaki mam z pracami artystki jest oddanie płynnego ruchu postaci. Sztywne i często nienaturalne pozycje, w których umieszcza poszczególnych bohaterów, mocno psuły mi frajdę ze śledzenia fabuły komiksu. Na szczęście pozostałe aspekty pracy ilustratorki nie pozostawiają już wiele do życzenia. Oprócz Evely, w poprzednich odsłonach nad wizualizacją scenariusza pracowali Liam Sharp oraz Nicola Scott i to ich prace zdecydowanie bardziej przemówiły mi do gustu. W jednej historii rysunki do Godwatch wykonała Mirka Andolfo (możecie znać ją z rewelacyjnej serii Wbrew naturze). Będzie ona odpowiedzialna za większość prac do kolejnego tomu, więc na Serce Amazonki czekam z wielką niecierpliwością.

Nowy tom Wonder Woman utrwalił moją opinię o rewelacyjnym poziomie całej serii. Greg Rucka postawił na tajemnicę i przygodę, nie zapominając o wyprostowaniu błędów przeszłości oraz przemyślanym nakreśleniu charakteru najważniejszych bohaterów. Uczynił czytanie Godwatch niezwykłą frajdą, mieszając w chronologii wydarzeń tak bardzo, jak tylko mógł. Jednocześnie bacznie pilnował, aby czytelnik pragnący zgłębić losy Diany nie pogubił się w gąszczu wszelkich informacji. To właśnie dlatego ten tom czyta się tak dobrze. Widać konkretny plan i konsekwencję w dążeniu do jego zrealizowania. Dzięki temu otrzymałem komiks, który jest niesamowitą opowieścią o silnej bohaterce oraz wszelkim przeciwnościom, z jakimi przyszło jej się mierzyć. Najbardziej lubię historie, które oferują wciągającą fabułę i zwroty akcji, nieszablonowe postacie oraz uporządkowane zakończenie. To wszystko znalazłem w najnowszej Wonder Woman. Dlatego polecam ją Wam gorąco.



Tytuł: Wonder Woman, tom 4 - Godwatch
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Bilquis Evely, Nicola Scott, Mirka Andolfo
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie tomy Wonder Woman z DC Odrodzenie znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 5 listopada 2018

RECENZJA: Rat Queens, tom 4 - Najwyższe fantazje (K. J. Wiebe, O. Gieni)


Kolejny kwartał, kolejny komiks z serii Rat Queens. Tak, tak, to już czwarty tom przygód bandy niepokornych dziewczyn, tworzących silną, zbrojną grupę do wynajęcia. Jak zapewne pamiętacie, pierwsza część ich losów niespecjalnie przypadła mi do gustu. Na szczęście, sprawa mocno zmieniła się wraz z drugą i trzecią odsłoną cyklu. Niezły humor, ciekawy pomysł na kreację świata fantasy oraz wyraźne, nieszablonowe postacie uczyniły z lektury komiksu autorstwa Kurtisa J. Wiebe całkiem przyzwoitą rozrywkę. Jak więc wypada najnowszy, czwarty tomik Szczurzyc?

Zanim napiszę dokładnie co i jak, muszę zwrócić Waszą uwagę na pewien zabieg, który nieoczekiwanie zastosował autor scenariusza. Tworząc fabułę Najwyższych fantazji, Wiebe pominął istnienie poprzedniej, trzeciej części cyklu. Podobno uznał ją za zbyt mroczną i odstającą od reszty, toteż wydarzenia w poniższym tomie dzieją się jako pośrednia kontynuacja drugiego. Dla wielu czytelników może być to pewnego rodzaju punktem zwrotnym, bo jak zrozumiałem z lektury recenzji Demonów, nie wszystkim fanom przypadł on do gustu. Tak czy inaczej, w ten sposób otrzymaliśmy fragment interesującej alternatywnej historii, tymczasem przygody dziewczyn dalej toczą się wyznaczonym (nieco wcześniej) rytmem.

A toczą się bardzo miarowo, ponieważ jak to zwykle bywa w przypadku Rat Queens, o nudzie nie może być mowy. Nowe zadania, nowe znajomości, odmieniony (choć tak naprawdę tylko uzupełniony) skład grupy. Do Szczurzyc dołącza trollica Braga, a nasze pannice nieustannie balansują pomiędzy granicą dobrego smaku oraz nieprzewidywalną walką z przeciwnościami. W Najwyższych fantazjach poznają bliźniaczą drużynę Kocich Królów, stworzoną przez brata Violet, Barriego. Po zakrapianej imprezie wybiorą się do Parku Refleksji, gdzie Hannach narobi im kłopotów, pokazując swe nekromanckie zdolności, a później wyruszą na misję, celem odnalezienia dzikich białych winogron. Jak zawsze, całość nie obejdzie się bez tego niepowtarzalnego, bezkompromisowego czaru, który roztaczają wokół siebie najemniczki.


Muszę jednak napisać, że najnowszy tom prezentuje się nieco gorzej od dotychczasowych. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal fajna historia, pełna dosadnych żartów i całkiem niezłych absurdów. Mimo wszystko, czuję tu wyraźnie brak lepszego pomysłu na fabułę oraz pewne zmęczenie materiału. Zabrakło tej specyficznej iskry i ciekawszego zarysowania scenariusza, który oprócz tych kilkunastu niezłych żartów, pchałby akcję zdecydowanie mocniej do przodu. Tak naprawdę wszystko, z czym mamy do czynienia w Najwyższych fantazjach, widzieliśmy już w poprzednich tomach cyklu. Na szczęście, jest tu też kilka elementów, które być może zostaną rozwinięte w kolejnych odsłonach. Mam na myśli nową, tajemniczą sektę z Palisady, jak również drużynę Zbrojnego Ramienia Zjednoczonych Religii. Bardzo chciałbym wkrótce przeczytać o nich coś więcej.

Rysunkami w tym albumie zajął się Owen Gieni. Przyznam, że bardzo przypadły mi do gustu jego ilustracje. Artysta potrafi świetnie połączyć cukierkowy realizm z brutalnością świata przedstawionego. Umie pokazać dynamiczną bitwę, nie stroniąc od wszelkich ważnych szczegółów, jednocześnie rozwijając komediową mimikę postaci. Pomaga to stylistycznie dostosować komiks do pożądanej kategorii. Na osobną uwagą zasługują tła, które rysownik wykonuje akwarelami. Dalsze plany Gieni'ego powstają na późniejszym etapie, kiedy praca tuszem dobiegnie już końca. Wygląda to świetnie i dodaje wiele do unikalnego klimatu komiksu.

Najwyższe fantazje nie czynią wielkiej rewolucji w świecie Rat Queens, sprawdzają się jednak jako lekki, łatwy i przyjemny komiks, z którym niezobowiązująco spędzicie te trzy, cztery kwadranse. Wiebe zastosował znów te same składniki, które przesądziły o autentycznym czarze poprzednich części, niestety nie dopracował pewnych aspektów historii, które uczyniłyby czytanie tego tomu bardziej wciągającym. Wszystko jednak przed nami, mam wszak nadzieję, że kolejne przygody dziewczyn pokażą zdolności autora w nieco lepszym świetle. Tymczasem i tak polecam Wam najnowszą odsłonę serii, bo pomimo drobnych zgrzytów, nie schodzi ona poniżej pewnego poziomu. Jeśli lubicie Szczurzyce, z pewnością wiecie, na co się piszecie!



Tytuł: Rat Queens, tom 4 - Najwyższe fantazje
Scenariusz: Kurtis J. Wiebe
Rysunki: Owen Gieni
Przekład: Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Image/Non Stop Comics
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Wszystkie tomy Rat Queens znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


piątek, 2 listopada 2018

RECENZJA: Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć - Simon Hugo


Klocki Lego od wielu dekad rozpalają i kształtują wyobraźnię dzieciaków na całym świecie. Zresztą nie tylko ich, bo sami dorośli niezwykle często sięgają po tą niezwykle kreatywną zabawkę, aby dać upust swym stłamszonym przez codzienność marzeniom. Cały świat zna Lego i chyba nie będzie w tym ani odrobiny przesady, jeśli napiszę, że to najbardziej popularna zabawka na tej planecie. Wszystkim małym i dużym konstruktorom od czasu do czasu dedykowane są także wydawnictwa książkowe, przybliżające problematykę historii popularnych kloców oraz wszelkich serii i gadżetów, stale powiększających katalog duńskiej firmy. Najnowszą pozycją z tej serii, jaka ukazała się w naszym kraju, jest Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć, autorstwa Simona Hugo.

Ta książka to pozycja wyjątkowa. Za pomocą pozornie rozrzuconych faktów zbiera, tłumaczy i przybliża większość zagadnień związanych z seriami, tematyką czy historią popularnych klocków. Całość podzielono na działy, które porządkują album pod względem merytorycznym. W pierwszym, zatytułowanym Hocki-klocki dowiemy się nieco o historii firmy, systemie budowania, interesujących częściach i technicznych szczegółach. W drugim, Budowanie światów poznamy poszczególne serie i zestawy tematyczne. Od miasta Lego, po zestawy rycerskie czy pirackie, aż do kolekcji przeznaczonych dla starszych sympatyków budowania. Trzeci rozdział wyczerpuje temat wszelkich pojazdów, czwarty skupia się na kultowych już minifigurkach, a ostatni przybliża wszelkie zjawiska poboczne, takie jak gry Lego, świat Legolandu czy filmy oparte na popularnej franczyzie.


A wszystko to, choć sprawia wrażenie radosnego chaosu, posegregowano bardzo starannie i pieczołowicie, dostarczając setek (naprawdę!) informacji ważnych, ciekawych lub czasem nawet nieco mniej istotnych. Czy wiecie, że Kapitan Rudobrody i jego załoga byli pierwszymi minifigurkami, na których twarzach oprócz klasycznego uśmiechu Lego pojawiły się dodatkowe elementy? Czy zdajecie sobie sprawę, że pierwsze minifigurki z serii Space miały wyłącznie czerwone lub białe kombinezony? Czy jesteście świadomi, że pierwsze dinozaury Lego pojawiły się pod koniec lat 90-tych w serii Lego Duplo? Te i inne fakty z pewnością urozmaicą Wasze hobby, czyniąc je jeszcze ciekawszym i inspirującym.

Niezwykle barwnie przedstawiają się dwustronicowe plansze, przedstawiające historię ludzkości na przestrzeni wieków, współczesne zawody lub szczegółowy proces powstawania minifigurek. Świetnie, że autor pomyślał o użyciu elementów Lego nie tylko do przedstawienia faktów z historii marki, ale też poszerzając wartość wydania o konkretną warstwę edukacyjną. Dzięki temu Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć zyska w oczach rodziców, dbających o rozwój swych pociech, a być może nawet skłoni ich samych do zerknięcia na zawartość książki. 

Fani szeroko rozumianej fantastyki także znajdą tu coś dla siebie. Spora część albumu została poświęcona Gwiezdnym wojnom, zestawom z cyklu Harry Potter, komiksom wydawnictwa DC oraz wszystkim wymyślnym seriom, takim jak Castle, Space czy Atlantis. Rycerze Jedi, magowie oraz niesamowici bohaterowie Ninjago będą towarzyszyć Wam na kolejnych stronach książki, przedstawiając tony informacji i przydatnych ciekawostek. A wszystko po to, aby pasja Lego stała się jeszcze pełniejsza. Niestety, zawartość niniejszego wydania nie obyła się bez małego zgrzytu. Na skutek pewnych ograniczeń kontraktowych, Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć pomija popularne serie zestawów Marvela, Piratów z Karaibów czy Wojowniczych żółwi ninja. I choć tytuł sugeruje coś trochę innego, nie znajdziecie tu więc wszystkiego, czym Lego bawiło nas (lub bawi nadal) przez mijające lata.

Tak czy inaczej, książka Simona Hugo to pozycja obowiązkowa dla niejednego fana Lego. Szczególnie polecam ją interesującym się klockami starszym dzieciom, albo dorosłym fanom, którzy dopiero odkrywają zalety kreatywnych, plastikowych światów. Wytrawni wyjadacze (tacy jak ja) nie znajdą tu zbyt wielu nowych informacji, choć z pewnością zachwyci ich bogactwo zagadnień oraz sama koncepcja poniższego albumu. Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć sprawdzi się też jako prezent dla wszystkich popkulturowych geeków. Trudno przecież zaprzeczyć, że Lego wzięło szturmem także tą część medialnego świata, w której dominują filmy, komiksy czy seriale. A dla fanów fantastyki to przecież chleb powszedni. Z pewnością zechcą oni poszerzyć swą perspektywę i z przyjemnością sięgną do tego albumu.



Tytuł: Lego®. Absolutnie wszystko co trzeba wiedzieć
Autor: Simon Hugo
Przekład: Katarzyna Komorowska
Wydawnictwo: Ameet
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 240
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Za udostępnienie albumu do recenzji dziękuję wydawnictwu Ameet.



środa, 31 października 2018

Halloween (2018) wraca po czterech dekadach i... wciąż straszy!


Dokładnie czterdzieści lat temu John Carpenter zrealizował film, który nie tylko wpisał się na stałe do kalendarza dzisiejszego wesołego święta, ale przede wszystkim otworzył furtkę dla nowego nurtu w filmowym horrorze. Slashery, bo o nich tutaj mowa, narodziły się wraz z premierą kultowego Halloween (1978). Cały koncept tego typu produkcji polega na tym, że grupę niczego nie podejrzewających bohaterów ściga maniakalny oprawca z nożem w dłoni. Krew leje się więc równo, a trup ściele gęsto. Na przestrzeni dziesięcioleci gatunek przeszedł oczywistą transformację, często graniczącą z zarżnięciem samego konceptu i brutalnym zajechaniem formuły. Do tak zbrodniczego procederu przyczyniły się m.in. same kontynuacje Halloween, których na fali popularności tytułu powstało zdecydowanie zbyt wiele. 

W tym roku, reżyser i scenarzysta David Gordon Green, idąc śladami legendarnego twórcy cyklu, postanowił zmierzyć się z klątwą obłąkanego mordercy, Michaela Myersa. Opowiedział nam historię jego powrotu i zemsty, jaką zaplanował dla swej niedoszłej ofiary, Laurie Strode. Green sprytnie ominął wszystkie remake'i, kontynuacje i alternatywne wersje, skupiając się wyłącznie na ciągu dalszym opowieści rozpoczętej czterdzieści lat temu. Postawił na czar oryginału, swojej miłości do kina oraz metodyki tworzenia strasznych filmów, która rozwinęła się w kinematografii przez te wszystkie lata. I wykorzystał powyższe składniki z prawdziwą gracją i zręcznością!


Fabuła tegorocznego Halloween skupia się na ucieczce Myersa z zakładu dla obłąkanych oraz Laurie, która przez wszystkie lata od ostatniego ataku mordercy szykowała się na jego powrót. Niewiele osób zdaje sobie sprawę jak bezwzględnym złoczyńcą jest Michael. Jego leczenie nie przyniosło żadnych skutków, a głębokie odcięcie od kontaktu z otoczeniem sprawiło, że złoczyńca na stałe otoczył się murem złowrogiej psychozy. Świadoma zagrożenia Laurie, od długiego czasu szykując się na powtórkę z koszmaru, zniszczyła życie własnej córki i wnuczki, popadając w głęboką paranoję. Nieustannie kieruje nią przekonanie o zemście Myersa i wielkim zagrożeniu dla jej najbliższej rodziny. 

Film Greena opowiada ciąg dalszy oryginalnej historii w bardzo przemyślany sposób. Znajdziemy tu ogromny szacunek do pierwowzoru oraz inspirację, która pozwoliła twórcy zrealizować większą część scen w stylu zapoczątkowanym przez Carpentera. Niektóre z ujęć żywo przypominają kadry z klasycznego Halloween. Z pewnością szybko wyłapią i docenią je fani klasyka, jednak najważniejszym jest, że reżyser używa modelowej stylistyki do opowiedzenia czegoś nowego, co tylko korzysta z siły kultowego dzieła. Na szczęście film umie też pokazać widzowi współczesną twarz kina grozy, otwierając się na rozwiązania obecne w aktualnych produkcjach. Z korzyścią dla nas Green wybiera tylko dobre koncepcje, nie przesadzając z przesyconą stylistyką, będącą bolączką ostatnich lat w większości horrorów. Jest więc krwawo (choć bez przesady), nastrojowo i niebezpiecznie. Jumpscare'ów jest niewiele (jeden bardzo udany), wszystkie sceny z Myersem wybrzmiewają mocno, a tempo filmu jest dopracowane pod każdym względem.


Halloween to oczywiście produkcja wpisująca się w tradycyjną konwencję kina grozy, będziecie więc musieli przymknąć oko na pewne niedopowiedzenia czy uproszczenia. Michael Myers to zło wcielone, toteż trzeba mieć świadomość, że nie imają się go kule, nie da się go również zabić potrącając samochodem. Taka kreacja postaci nawiązuje do genezy gatunku, gdzie złoczyńca powraca raz za razem, czyniąc życie bohaterów istnym koszmarem. Warto też zwrócić uwagę na kilka ciekawych, dość niekonwencjonalnych zwrotów akcji, które zaserwował nam reżyser. Czerpiąc inspirację z klasyki, potrafił zmienić w swoim filmie to i owo, zaskakując mnie w pewnych kluczowych momentach. Na szczególną uwagę zasługuje scena z pomocną dłonią, jaką otrzymuje w drugim akcie Myers, oraz krótka chwila w trzeciej części filmu, podczas której, unikając oklepanego wzorca ofiara zamienia się miejscami z oprawcą.

Ciekawym zabiegiem było stylistyczne oddzielenie każdego z trzech filmowych aktów. W pierwszym mamy do czynienia z narastającym napięciem, kiedy obserwujemy Myersa zamkniętego w zakładzie dla obłąkanych, a także parę samozwańczych dziennikarzy, którzy próbują przygotować materiał o jego dokonaniach. Drugi to klasyczny slasher, gdzie sympatycy gatunku dostaną to, na co czekali, natomiast trzecia część stanowi już ostateczne stracie Laurie z Michaelem. Wszystkie te części sprawiają, że Halloween nie nudzi nawet przez chwilę. Mało tego, napięcie rośnie wraz z czasem trwania filmu, sprawiając, że z każdą minutą tylko mocniej wchodzimy w klimat produkcji.


Fantastycznie wypadła Jamie Lee Curtis, wcielając się w główną postać filmu. Jej obecność dodała historii autentyczności, tak potrzebnej w przypadku opowieści o fikcyjnym zabójcy. Za sprawą jej gry aktorskiej byłem w stanie uwierzyć, że naprawdę spędziła całe swe dotychczasowe życie na przygotowaniach do powrotu Myersa. Świetnie odegrała też sceny, w których ugina się pod ciężarem wieloletniej presji i postępującym załamaniem nerwowym. Film obfituje w kilka innych, silnych kobiecych ról. Zarówno, babcia, jak i matka oraz nastoletnia córka skupiają na sobie większość ekranowego czasu. Sympatycy feministycznych akcentów powinni być więc zadowoleni. Co ciekawe, w Halloween bardzo dobrze wypadają pozostałe postacie. Każda śmierć wywołuje uczucie żalu, ponieważ prawie wcale nie ma tu bohaterów, którzy działaliby mi na nerwy lub zwyczajnie bym ich nie lubił. 

Film Davida Gordona Greena jest bardzo udanym horrorem. Idealnie sprawdza się jako kontynuacja kultowego Halloween, pokazując jak powinno się tworzyć kolejne części tej serii. Prezentuje kilka ciekawych rozwiązań fabularnych, dumnie i z polotem czerpiąc z pierwowzoru. Nie boi się puszczać oka do wieloletnich sympatyków cyklu, umiejętnie rozwijając współczesny warsztat kina grozy. Jeśli odnajdujecie się w klimacie filmowych slasherów, najnowsza opowieść o morderstwach Myersa sprawi Wam wiele frajdy. To nie tylko idealny film na każde Halloween, ale też najlepszy horror, jaki widziałem w tym roku. Straszny, ciekawy, dobrze zrealizowany. Od dziś stanie się jedną z obowiązkowych pozycji podczas mojego maratonu z produkcjami grozy, a maska Micheala znów będzie ścigać mnie w snach. I choć wiem, że to tylko wymyślona historyjka, w każdy jesienny wieczór, idąc ciemna ulicą nieraz obejrzę się za siebie. Bo tak działa rozbudzona strasznymi historiami wyobraźnia. I wcale nie mam zamiaru tego zmieniać. ;-)



Tytuł: Halloween
Scenariusz: David Gordon Green, Danny McBride
Reżyseria: David Gordon Green
Aktorzy: Jamie Lee Curtis, Judy Greer, Andi Matichak, Nick Castle, Haluk Bilginer, Will Patton, Rhian Rees
Wytwórnia: Miramax/Universal Pictures
Data premiery: 19 października 2018 (USA), 26 października 2018 (Polska) 
Czas trwania: 106 min.