czwartek, 15 kwietnia 2021

Ruchomy chaos (2021), czyli niezły film na podstawie świetnej książki


Na ostrzu noża Patricka Nessa to jedna z fajniejszych książek, jakie miałem okazję przeczytać w zeszłym roku. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że w naszym kraju pojawił się właśnie drugi tom cyklu Ruchomy chaosPytanie i odpowiedź. Recenzując powyższe tytuły wspominałem, że w Hollywood szykuje się filmowa adaptacja serii Nessa z Tomem Hollandem i Daisy Ridley w rolach głównych. Tak się właśnie złożyło, że kilka dni temu miałem okazję zobaczyć rzeczoną produkcję. Ze względu na trwającą pandemię oraz wszelkie ograniczenia trudno stwierdzić, kiedy polskim widzom dane będzie ujrzeć Ruchomy chaos w kinach. Niech zatem moje wrażenia posłużą za wstępną wytyczną, czy w ogóle warto czekać nad Wisłą na ten tytuł.  

Reżyserii filmu podjął się Doug Liman, czyli facet, który przed laty podarował nam świetną komedię akcji Pan i pani Smith (2005). Aby zachować ducha książkowego pierwowzoru, do napisania scenariusza wraz z Christopherem Fordem, współtwórcą tekstu do Spider-Man: Daleko od domu (2019), zaproszono samego Patricka Nessa. Czy coś takiego mogło się nie udać? Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, nie dam rady obejść się bez licznych porównań do pierwszej książki z cyklu. Tak więc już teraz napiszę krótko i dosadnie: Ruchomy chaos to przykład, jak można bogatą fabularnie powieść spłycić do granic możliwości, ale w rezultacie otrzymać całkiem niezły film. No cóż, obraz Limana pokazuje sztandarowo, że język literacki i wymowa filmowa znacznie różnią się od siebie i aby zachować pożądany kształt całości, czasem należy dokonać drastycznych cięć. Tym bardziej wtedy, kiedy chce się sfilmować tylko pierwszą część serii (pozbawiając ją końcowego zwrotu akcji), celem uzyskania wyczerpującego i (raczej) zamkniętego finału.

Na szczęście udział Nessa w pracach nad scenariuszem sprawił, ze kastracja wątków odbyła się w miarę bezboleśnie, choć z pewnością każdy kto czytał Na ostrzu noża, podczas seansu złapie się za głowę na myśl o wątkach i faktach, których zabrakło w filmie. Ruchomy chaos stoi jednak twardo na własnych nogach, przynosząc widzom historię w pełni zrozumiałą bez znajomości książki (w sumie trudno, żeby było inaczej). Pewne skróty myślowe wymuszone rodzajem nośnika treści mocno zubożyły ten fantastyczny świat, jednak jego główne założenia pozostały bez zmian. Przenosimy się więc w czasie i przestrzeni do dość odległej przyszłości (2257 rok), na planetę zwaną Nowym Światem, gdzie ludzkość podjęła pierwszą w swej historii próbę kolonizacji. Niestety, specyfika globu wpłynęła na naszą fizjonomię, wywołując u osobników rodzaju męskiego kłopotliwe zjawisko zwane "szumem". Objawia się ono możliwością słyszenia własnych myśli, w nieprzerwanym potoku słów i mniej lub bardziej czytelnych obrazów. Naszym przewodnikiem po świecie przedstawionym jest Todd Hewitt, młody chłopak wychowywany w osadzie zamieszkanej wyłącznie przez mężczyzn. Jak jest mu tłumaczone, wszystkie kobiety (a w tym również jego matka) zostały zabite przez groźną rasę tubulców, zwanych Szpaklami. Wkrótce na drodze Todda staje jednak młoda dziewczyna Viola, ocalała z katastrofy statku zwiadowczego. Jej obecność oraz mroczna tajemnica z przeszłości sprawia, że dwójka bohaterów musi podjąć karkołomną i pełną niebezpieczeństw ucieczkę.


To, na co Ness miał odpowiednie miejsce i czas w książkach, w filmie musi być przedstawione w sposób znacznie bardziej skondensowany. Twórcy Ruchomego chaosu pozbawili więc widzów przyjemności odkrywania tajemnicy mężczyzn z osady zarządzanej przez burmistrza Prentissa, ograniczając ją do skrótowego i niezbędnego minimum. Ucierpiał na tym m.in. wątek szalonego kaznodziei Aarona, który w Na ostrzu noża był w moim odczuciu głównym przedstawicielem zła, uparcie ścigającego parę bohaterów. Podobny los podzielili również najróżniejsi przedstawiciele planetarnej fauny (co gorsza, zabrano im też niezwykle interesującą umiejętność mowy). Zapewne stało się tak za sprawą cięcia kosztów na efekty specjalne, które w głównej mierze skupiły się na wizualizacji "szumu". I trzeba tu przyznać, że wspomniany element wyszedł twórcom doskonale. Zjawisko jest nie tylko atrakcyjne dla oka, ale w znaczny sposób współgra też z elementami narracji. Po raz pierwszy otrzymaliśmy też możliwość ujrzenia na ekranie myśli bohaterów, a to przecież nie byle co!  

Pewnej zmianie i uproszczeniom uległ również główny bohater historii. Todd jest tu postacią inną niż w książce, struktura scenariusza pozbawiła go całkowicie wątku niewinności, tak istotnego w powieści. W zamian otrzymaliśmy więc dzielnego chłopaka, który bez większych problemów porusza się po nie do końca znanym mu świecie. W filmie jakoś to działa, stratę (i pewną niekonsekwencję) dostrzegamy dopiero przy porównaniu z literackim pierwowzorem. Viola nie utraciła wiele ze swej charyzmy, jest to nadal ta sama dziewczyna, która ze zlęknionej przybyszki stopniowo zmienia się w pełną wigoru uciekinierkę. Psi towarzysz Todda, Manczi jest takim samym, rezolutnym czworonogiem, choć odjęcie mu daru mowy zubożyło nieco jego ekspresyjny charakter.

Ruchomy chaos jest filmem, który w interesujący sposób przedstawia historię zawartą w książkach. Dla widza nieobeznanego z uniwersum Nessa to spotkanie przebiegnie w dość bezbolesny sposób, natomiast fanom prozy pisarza nie starczy palców u rąk, aby wyliczyć zmiany i skróty, jakich dokonano w fabule. Mimo wszystko oceniam seans jako całkiem udany. Podczas śledzenia ucieczki Todda i Violi bawiłem się świetnie, głównie za sprawą dobrego tempa filmu oraz ciekawego ujęcia efektu "szumu", który wcześniej wydawał mi się wręcz niemożliwy do ukazania. Aktorzy wypełnili swe zadanie zgodnie z oczekiwaniami. Postacie wywołują pożądane emocje, niosąc fabułę na własnych barkach. Pewnym minusem jest ubogie zobrazowanie świata przedstawionego, który w mało przekonujący sposób udaje obcą planetę. Produkcja Limana nie będzie raczej filmem roku, ale z nawiązką wynagradza prawie dwie godziny spędzone przed ekranem. Finał nie sugeruje jakiegokolwiek ciągu dalszego, ale jest na tyle otwarty, że gdyby film okazał się sukcesem, być może będzie jeszcze okazja wrócić do Nowego Świata i zobaczyć jak dalej potoczą się losy Todda i Violi. A jeśli nie, zawsze zostają doskonałe książki. Tam przygoda bohaterów trwa znacznie dłużej.      



Tytuł: Ruchomy chaos (Chaos Walking)
Scenariusz: Patrick Ness, Christopher Ford
Reżyseria: Doug Liman
Obsada: Tom Holland, Daisy Ridley, Mads Mikkelsen, David Oyelowo, Demian Bichir, Cynthia Erivo, Nick Jonas i inni
Wytwórnia: Lionsgate
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 5 marca 2021 (USA)
Czas trwania: 109 min.
 

sobota, 10 kwietnia 2021

Kolekcjonerskie minifigurki Lego Looney Tunes atakują!

Wszystko wskazuje na to, że to będzie bardzo dobry rok dla Królika Bugsa i spółki. Latem w kinach rozpocznie się kolejny Kosmiczny mecz: Nowa era, a już w maju bohaterowie popularnych kreskówek trafią na sklepowe półki w wersji Lego! Nowa kolekcja minufigurek, dedykowana Looney Tunes składać będzie się z 12 kultowych postaci - z Bugsem, Daffym i Sylwestrem na czele! 

Trzeba przyznać, że seria prezentuje się znakomicie, warto więc będzie postarać się zebrać ją w całości. Co prawda wśród radosnej gromadki brakuje Yosemite Sama czy Elmera Fudda, ale nie bądźmy drobiazgowi. W końcu już dawno nie dostaliśmy w serii minifigurek Lego czegoś naprawdę tak ciekawego. :-) 


środa, 7 kwietnia 2021

Bałagan fabularny, czyli Tom i Jerry (2021) zagubieni w rzeczywistości


Tom i Jerry to obok Myszki Miki, Kaczora Donalda oraz postaci z animacji Looney Tunes najpopularniejsi bohaterowie kreskówek dla najmłodszych. I chyba nie tylko ich, bo przecież radosne pościgi i zasadzki sprytnego Jerry'ego i upartego Toma od dekad śmieszą do łez także dorosłych. Para wciąż popularnych zwierzaków powraca w tym roku w dużym filmie, łączącym klasyczną animację z filmem fabularnym. Para zadziornych przeciwników idzie więc śladami długouchych kolegów po fachu - Bugsa (Kosmiczny mecz) oraz Rogera (Kto wrobił Królika Rogera?). I choć ta forma wizualnej kreacji jest już dziś nieco zapomniana, starają się jak mogą, aby zapewnić nas, że w całym tym przedsięwzięciu (a przede wszystkim w nich samych) jest jeszcze na tyle ognia, aby zapewnić widzom półtorej godziny godnej rozrywki. Tylko czy aby na pewno...?  

Fabuła Toma i Jerry jest dość prosta. Otóż w słynnym nowojorskim hotelu Royal Gate o pracę stara się niewykfalifikowana, choć dość zaradna życiowo Kayla. W tym samym czasie do miasta przybywają nasi animowani bohaterowie. Po kilku dość wybuchowych pościgach ich kroki kierują się do wyżej wymienionego przybytku. Niezauważony przez nikogo Jerry z powodzeniem lokuje się w wygospodarowanym dla siebie, malutkim apartamencie, natomiast niezbyt ogarnięty Tom wciąż stara się przeniknąć do środka. Kiedy Kayla za sprawą niegodnego pochwały podstępu zyskuje atrakcyjną posadę, jej głównym zadaniem staje się urządzenie przyjęcia weselnego pewnej niezwykle popularnej pary celebrytów. W tym celu będzie musiała zadbać o bezwypadkowy przebieg uroczystości. Tylko jak tego dokonać, skoro po tak znamienitym hotelu zaczęła biegać wszędobylska mysz? No cóż, najlepiej w pozbyciu się takiego dzikiego lokatora poprosić o pomoc jakiegoś kota. 


Za reżyserię Toma i Jerry'ego odpowiada sprawca dwóch filmów o Fantastycznej Czwórce, czyli Tim Story. Tak samo jak w przypadku tamtych produkcji, tutaj też nie popisał się on umiejętnością przygotowania dobrego, angażującego dla widza spektaklu. Ten film cierpi na wiele przypadłości, ale chyba największą jest fabularny i narracyjny bałagan, jaki panuje w nim od pierwszych scen. Nie zostaje wyjaśnione dlaczego Tom i Jerry przybywają do Nowego Jorku. Krótki wstęp do tego mogliśmy oglądać w zwiastunie - z niezrozumiałych przyczyn tej sceny zabrakło w samym filmie... Wątek tytułowej pary nie współgra z historią Kayli, sceny animowane oraz tradycyjne zdają się należeć do dwóch zupełnie innych produkcji. Nie zadbano, aby uściślić zasady przenikających się światów (animacji z rzeczywistością), przez co niektóre zwierzęta (a warto zaznaczyć, że wszystkie zwierzaki są tu narysowane) mówią, a niektóre nie. Wśród ludzkich bohaterów trudno znaleźć takich, których dałoby się polubić lub w jakikolwiek sposób się z nimi identyfikować. Aktorzy odgrywają swoje role w mocno przerysowany sposób (szczególnie Chloe Grace Moretz), tak jakby za wszelką cenę chcieli pokazać młodym widzom, że Tom i Jerry to film skierowany specjalnie dla nich. Słowem bajzel, w którym sceny potyczek tytułowych postaci przenikają się z mało angażującą historią młodej pracowniczki hotelu.

Na szczęście sprawy poprawiają się nieco w trzecim akcie filmu, co sprawia, że zakończenie opowieści jest na jakimś etapie strawny. Oczywiście nie ma tu cudów, tym razem obraz staje się standardową i zajeżdżoną do granic możliwości historyjką dla maluchów, w finale której wszyscy naprawiają swe błędy i wypaczenia, radośnie pędząc do mety. Niestety, po drodze nie obyło się bez głupich żarcików z wywołującego szereg dyskusji "genderu", nieśmiesznego przedrzeźniania nazw mediów społecznościowych oraz dowcipów z psią, śmierdzącą kupą w roli głównej. Naprawdę, szkoda potencjału, jaki niósł w sobie ten projekt. Być może za całe to zamieszanie z tempem i ogólnym bałaganem odpowiada montaż całości, ponieważ sama fabuła, którą przedstawiłem powyżej, nie nosi znamion aż takich komplikacji. Nawet gdybym bardzo chciał, nie polecam nikomu seansu z Tomem i Jerrym. To mocno chaotyczny, pozbawiony elementów atrakcyjnych dla widza gniot, w którym fajnie wypadają chyba jedynie pościgi pary głównych postaci (klasyka!) oraz przepełniona lekkimi, hiphopowymi beatami muzyka. Mimo wszystko, kot, mysz i ich widzowie zasłużyli na znacznie lepszy powrót w konwencji animowano-fabularnej. Dzieło pana Story wypadło w tej próbie bardzo mizernie, zachęcając odbiorców, aby jak najszybciej zapomnieli o tym męczącym seansie. A ci, którzy go nie widzieli, przynajmniej nie muszą liczyć straconych minut.    


  
Tytuł: Tom i Jerry (Tom and Jerry)
Scenariusz: Kevin Costello
Reżyseria: Tim Story
Obsada: Chloe Grace Moretz, Michael Pena, Jordan Bolger, Rob Delaney, Patsy Ferran, Pallavi Sharda, Colin Jost, Somi De Souza i inni
Wytwórnia: Warner Animation Group, Hanna Barbera Productions
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 26 lutego 2021 (USA/HBO Max)
Czas trwania: 101 min.

wtorek, 6 kwietnia 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 45 (Trolle z Troy tom 4, Lucky Luke tom 21, Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków, Ms Marvel tom 9, Przygody Żąbielka)

Sporo dobrych i różnorodnych rzeczy znalazło się w tym wydaniu naszego działu. Dominują historie polskie lub europejskie, stylistyka superhero jest tym razem lekko w odwrocie (zobaczymy jak to będzie w przyszłości) - na szczęście na straży pozostaje Ms Marvel! Cóż więcej dodać słowem wstępu? Chyba tylko życzyć Wam miłej lektury! :-)


Trolle z Troy - tom 4

Mam wrażenie, że Trolle z Troy to najbardziej rozrywkowa seria w cyklu wymyślonym przez Christophe Arlestona. Dziwię się więc trochę sam sobie, że czwarty tom zbiorczy jest pierwszym, o jakim w ogóle piszę na stronie. Powodem takiego stanu rzeczy jest rytm wydawania rzeczonych komiksów w naszym kraju. Moja domowa kolekcja zawiera tomy 1-12, czyli te, które pojedynczo wydawane były jeszcze na długo przed założeniem bloga. Najnowszy album zawiera oryginalne części 13-16, toteż ja sam oraz inni, nieco starsi czytelnicy mogą wreszcie (po dziesięciu latach!) poznać ciąg dalszy przygód tych "uroczych" stworzeń z osady Falomp. Trolle ze świata Troy są prawdziwie niezwykłymi istotami. Żyją w zorganizowanych wioskach, zakładają rodziny, polują (najchętniej na ludzi, ale nie pogardzą też smokiem), lubią ostro imprezować, ale ponad wszystko cenią sobie dobrą wyżerkę (najchętniej z ludzi). Boją się tylko jednego - wody (jeszcze tylko tego brakowało, żeby nagle stały się czyste!). W czwartym tomie zbiorczym otrzymujemy cztery albumy pełne ich absurdalnych, wesołych i bezkompromisowych przygód. Wraz z Tetramem, Wahą, Haigwepą, Profim oraz uroczymi maluchami Tyneth i Gnompomem śledzić będziemy ciąg dalszy historii rozpoczętej w albumie Trolle w szkole (Wojna żarłoków), zgłębimy tajemnicę adopcji Wahy (Historia Wahy) oraz poznamy niebezpieczeństwa i zalety wynikające z poddania się czarowi pomniejszania (Pomniejszenie i Kudłacze na smokach). 

Trolle z Troy cechuje nie tylko wspaniały, zadziorny humor, ale przede wszystkim niezwykła lekkość fabuły. Akcja pędzi do przodu, ale w centrum zainteresowania czytelnika nieustannie pozostają główne postacie, skutecznie budujące czar opowieści. To ich pełne żywiołowości i czasem dość brutalne zachowania kształtują ton historii oraz wszelkie przynależące do niej elementy. Zastanawiałem się nieraz, co czyni Trolle tak bliskimi odbiorcy i doszedłem do wniosku, że są one po prostu bardzo podobne do nas samych. Cenią te same przyjemności i w gruncie rzeczy wyznają bardzo podobny punkt widzenia (rodzina, rozrywka, swoboda w podejmowaniu decyzji). No, może jedzą tylko troszkę więcej od nas, ale przecież nikt nie jest doskonały... Najlepsza w powyższym wydaniu okazuje się być Historia Wahy, głównie ze względu na rozwiązania zastosowane w narracji albumu. Okoliczności przygarnięcia ludzkiego niemowlęcia przez żarłoczne i krwiożercze Trolle podane są za pomocą rozbrajających, kilkuplanszowych historyjek (Nauka latania wymiata!), powiązanych ze sobą motywem poszukiwań prowadzonych przez Czcigodnego Furiatu. Taka odmiana dobrze robi całej serii. Sukcesu Trolli z Troy należy również upatrywać w ilustracjach Jeana-Louise'a Mouriera. Artysta prezentuje kreskę komiksową należącą do tych, które upodobałem sobie najbardziej. Jego rysunki są niezwykle żywiołowe, do  bólu szczegółowe (co przy tego typu stylistyce nie jest zbyt częstym przypadkiem), a każdy kadr aż krzyczy nieskrępowaną radością tworzenia. Odbija się to pozytywnie na wizerunku całego uniwersum, kipiącego kreatywnymi pomysłami, których na próżno szukać w dziełach innych twórców. Nic więc dziwnego, że z aż taką estymą wypowiadam się o powyższym komiksie. Upust swej miłości do serii ze świata Troy dałem jakiś czas temu w zestawieniu 10 najlepszych komiksów (lub serii komiksowych), a na stronie możecie przeczytać jeszcze recenzję Zdobywców Troy. Jeśli jeszcze nie znacie uniwersum Arlestona, teraz jest do tego najlepsza okazja. Egmontowe wydania zbiorcze Lanfeusta z Troy, Odysei Lanfeusta czy poprzednie tomy Trolli z Troy to wyjątkowa gratka dla każdego fana dobrej, humorystyczno-przygodowej fantasy. Nic, tylko czytać i czytać!

Tytuł: Trolle z troy - tom 4
Scenariusz: Christophe Arleston
Rysunki: Jean-Louis Mourier
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 192
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Lucky Luke, tom 21 - Góry Czarne

Gdyby nie Lucky Luke, współczesna Ameryka na pewno nie wyglądałyby dziś tak samo... To oczywiście żart, wszak dzielny kowboj z Dzikiego Zachodu jest postacią typowo fikcyjną, tymczasem nie można przecenić jego wpływu na kształt szeroko rozumianej popkultury komiksowej (i nie tylko!). W ręce fanów kowboja strzelającego szybciej od własnego cienia trafia właśnie 21 album serii, oryginalnie wydany w 1963 roku. Scenariusz Gór Czarnych napisał niezastąpiony Rene Goscinny, a rysunki wykonał jedyny w swoim rodzaju Morris. Tym razem Luke otrzymuje ambitne i trudne zadanie poprowadzenia wyprawy naukowej poza tytułowe Góry Czarne, celem oceny przydatności terenów pod przyszłą kolonizację. Jak to bywa w przypadku przygód naszego rewolwerowca, niebezpieczeństwa czają się na każdym kroku, a dodatkową przeszkodą są zasadzki zastawiane przez bandytę Bulla Bulletsa, wynajętego przez pewnego nieuczciwego senatora. 

Jak zawsze przygody Lucky Luke'a aż kipią od przygód i dobrego humoru. Świetnym rozwiązaniem okazało się wprowadzenie do fabuły czterech nieco oderwanych od rzeczywistości naukowców, którzy stanowią przeciwwagę dla zmagań Luke'a z Bulletsem. Z kolei ten ostatni, oprócz roli głównego antagonisty pełni też funkcję komediową, szczególnie uwypukloną w drugiej połowie tomu (z początku udaje mu się uzyskiwać przewagę nad Lukiem, co zmienia się dramatycznie, gdy zaczyna odgrywać rolę podobną do Kojota w animacjach o Strusiu Pędziwiatrze). Wspomniani profesorowie nie są także wyłączną ozdobą służącą ukazaniu perypetii naszego kowboja. Są liczne chwile, kiedy za ich sprawą akcja zmienia swój bieg, a wydarzenia zaskakują swą nieprzewidywalnością. Czyta się to wszystko lekko i wesoło - i nic dziwnego, w końcu albumy pisane przed duet autorów (szczególnie w tamtym okresie) są od lat uważane za najlepsze w cyklu. Dodatkową atrakcją tomu jest obecność nieodzownego papierosa w ustach Lucky Luke'a, z którego zrezygnowano w późniejszym czasie w ramach kampanii antynikotynowej (o słuszności tego ruchu możemy spierać się w nieskończoność - w/g mnie był on jednak całkowicie niepotrzebny). Klasyka komiksu europejskiego wybrzmiewa w Górach Czarnych z całą swą siłą, a powyższe wydanie jest oczywistym "musisz-mieć" dla każdego fana dobrych historii obrazkowych. Polecam go zatem wszystkim sympatykom inteligentnie pisanych opowieści komediowych. Z dumą i zadowoleniem możecie postawić go na swojej półce.  

Tytuł: Lucky Luke, tom 21 - Góry Czarne
Scenariusz: Rene Goscinny
Rysunki: Morris
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków

Jak dziś pamiętam, gdy w 1987 roku po szkole poszliśmy wraz z kumplami do firmowej księgarni Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na ulicy Wilczej w Warszawie. Rankiem tego samego dnia dowiedzieliśmy się od kolegów ze starszej klasy, że właśnie ukazał się nowy, niepublikowany w Świecie Młodych komiks z przygodami Kajka i Kokosza. Jego tytuł brzmiał W krainie Borostworów. Kurczę, zapowiadało się co najmniej ciekawie! Podekscytowanie było wielkie, z poważnymi minami i w świetnych humorach stanęliśmy więc w dość długiej kolejce do wspomnianego przybytku, aby wycyganione od rodziców pieniądze przeznaczyć na najważniejszy komiks tamtego roku. I naprawdę było warto! Nowe dzieło Janusza Christy w ciągu kilku następnych tygodni zaczytałem tak bardzo, że na wyrywki umiałem cytować dialogi poszczególnych postaci. Po dziś dzień wracam do niego co jakiś czas, ponieważ tak samo jak pozostałe komiksy Mistrza, nie zestarzało się ani troszeczkę.

W krainie Borostworów było pierwszym wyłącznie albumowym wydaniem perypetii Kajka i Kokosza. W związku z tym zmienił się układ graficzny opowieści, który został podzielony na sześć rozdziałów, natomiast rysunki ułożono w nim nie w czterech, a trzech (powiększonych) rzędach. Była to zmiana jedynie kosmetyczna, mniejsza ilość obrazków przełożyła się w wypadku kunsztu Christy na jeszcze piękniejsze ilustracje, które w tym albumie wręcz oszałamiają (szczególnie działa to na przykładzie zobrazowanej przyrody, która wprost kipi od kolorów i szczegółów). Aby dziedzictwo autora nie zostało zapomniane, a Polacy mogli zaznajomić się z walorami języków regionalnych, Egmont wydał właśnie ową historię w wersji śląskiej, zatytułowanej We krajinie Borostraszków. To oczywiście nie pierwszy tego typu zabieg. W poprzednich latach ukazały się już komiksy z Kajkiem i Kokoszem w edycji góralskiej, kaszubskiej, francuskiej, a nawet esperanto. Każde takie wznowienie cieszy, pozwala bowiem lepiej zrozumieć i poznać język lub gwarę regionalną, tak charakterystyczne i ciekawe. Zamiast Zbójcerzy We krajinie Borostraszków dostajemy więc Chacharcerzy, zbój Łamignat nosi imię Kościoszczyrk, a jego powiedzonko to teraz "Jernika Piernika" ("Lelum Polelum"). W przypadku tej edycji zabrakło standardowego słowniczka wyrazów, który był obecny w poprzednich wersjach językowych. Nic straconego, gwara śląska jest na tyle czytelna, że bez większego problemu nawet mieszczuchy z centrum kraju zrozumieją prawie wszystkie występujące tu wyrazy. Kajko i Kokosz to prawdziwa legenda, nikogo chyba nie trzeba więc dodatkowo zachęcać do kolejnego sięgnięcia po ich przygody. Przeczytajcie zatem raz jeszcze opowieść o dwóch dzielnych wojach, którzy wybierają się aż do odległej siedziby Pani Przyrody, aby odzyskać wodę ze studni, utraconą za sprawą niecnej dywersji Zbójcerzy. Sprawdźcie jak pięknie wybrzmiewa tu wątek przyjaźni oraz ekologii i nie bójcie się tytułowych Borostraszków - choć są dość dziwne, potrafią być także bardzo sympatyczne.

Tytuł: Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Przekład: Grzegorz Buchalik
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 52
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Ms Marvel, tom 9 - Teenage Wasteland

Ms Marvel powraca! A nie, czekaj... Niezupełnie. Kamala Khan zniknęła i tak samo stało się z jej alter ego, czyli bohaterką Jersey City - Ms Marvel. Po ostatnich wydarzeniach, opisanych w tomiku Mekka, nasza heroska poczuła się nie do końca potrzebna, zaszywając się w odosobnieniu i dając sobie czas na zrozumienie pewnych, targających nią kwestii. W tym samym czasie jej rolę przejmuje odważnie grupa najbliższych przyjaciół, z różnorakim skutkiem próbująca zaprowadzić porządek w mieście. Niby proste zadanie, ale teraz, kiedy tytułowej bohaterki nie ma w pobliżu, nagle wszyscy zaczynają rozumieć jak wiele jej zawdzięczali. Sytuacja komplikuje się, kiedy na scenę wkracza dawny wróg Ms Marvel, planujący okrutną zemstę. A nie będzie to jedyny złol występujący w tej części! Nie obejdzie się więc bez wielkich powrotów, wyjaśniania trudnych życiowych kwestii oraz radosnej rozwałki - a wszystko to podane zostaje na talerzu przygotowanym dla młodszej grupy odbiorców, którzy oprócz świetnej treści w Teenage Wasteland otrzymają też coś, co pomoże im uporać się z ich własnymi problemami.

G. Willow Wilson świetnie rozumie umysły młodzieży, pisząc Ms Marvel tak, aby treść komiksu i poruszane w nim problemy świetnie korespondowały z ich codziennymi problemami. Przygody Kamali to komiks pisany lekką ręką, bardzo naturalny i nawet wszystko to, co jest w nim typowo "superbohaterskie", wychodzi autorce zupełnie bez przymusu (nawet ogromne, zagrażające miastu robo-gady). To chyba jego największa zaleta (druga to oswajanie z odmiennością obcych kultur - choć akurat ten aspekt w nowej części potraktowano dość marginalnie), sprawiająca, że komiks dobrze czyta się też osobom, które atrakcje dorastania dawno mają już za sobą. Dobrze jest jednak znów poczuć się młodym, toteż problematyka pierwszych porywów serca czy źle zinterpretowane poczucie odtrącenia przypomniały mi, jak to było ze mną samym te dwie, trzy dekady wstecz. Wszystkie te psychologiczne zabiegi pozwalają Wilson pchnąć do przodu nie tylko rozwój niezwykle sympatycznej, tytułowej bohaterki, ale również licznych postaci drugoplanowych, z którymi jako wierny czytelnik zdążyłem zżyć się mocno na przestrzeni ostatnich dziewięciu tomików. Rysunki do Teenage Wasteland wykonał powracający do ilustrowania przygód Ms Marvel Nico Leon. Strasznie brakowało mi jego bezkompromisowej zabawy dalszymi planami, choć akurat w tej odsłonie nie dostarczył mi aż tak wiele frajdy, jak oczekiwałem. Na szczęście sama fabuła komiksu wciągnęła mnie na tyle, że w trzy kwadranse rozprawiłem się z jego treścią, a teraz niecierpliwie wypatruję ciągu dalszego. Kontynuacja będzie niestety pożegnaniem z Wilson w roli scenarzystki - spodziewać się więc można domykania wielu wątków. Jakby nie patrzeć, na pewno będzie ciekawie!

Tytuł: Ms Marvel, tom 9 - Teenage Wasteland
Scenariusz: G. Willow Wilson
Rysunki: Nico Leon
Przekład: Anna Tatarska
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Przygody Żąbielka i inne opowieści

Szarlota Pawel należy do zacnego grona twórców komiksowych, których po dziś dzień cenię ponad miarę. Porwanie księżniczki to pierwszy komiks, który jako siedmiolatek przeczytałem w całości w Świecie Młodych, a z przygód Kubusia Piekielnego zaśmiewałem się przez całą szkołę podstawową. Swą estymę wobec autorki wyraziłem w moim prywatnym zestawieniu 10 najlepszych komiksów, gdzie przygody Jonki, Jonka i Kleksa znalazły się na w pełni zasłużonej, trzeciej pozycji. Nie zważając na ogrom ukazujących się obecnie komiksów, nieustannie wracam do prac Pawel, wspominając nie tylko swe najmłodsze lata, ale również dostrzegając jak (poza pewnymi aspektami) dzieła artystki niewiele się do dziś zestarzały. Dodatkowa okazja do celebracji talentu Szarloty Pawel nadarzyła się właśnie teraz, przy okazji wydania zbioru Przygody Żąbielka i innych opowieści, czyli komiksów nigdy wcześniej nie zebranych w wydaniu albumowym. Po upadku gazety harcerskiej Świat Młodych, Pawel znalazła swe miejsce w redakcji Uśmiechu Numeru, magazynu będącym w pewien sposób następcą tej popularnej gazety. To tam powstały historyjki oraz ilustracje z tytułowym bohaterem, z wyglądu jawiącym się jako przesympatyczny zajączko-kurczaczek z żądełkiem. W późniejszych latach artystka tworzyła serie dla Super ExpressuKomputer Świata, podręcznika do nauki jęz. angielskiego Magic Words, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów czy Centrum Onkologii w Warszawie. Wszystkie te prace znalazły się w powyższym albumie. Oprócz nich w Przygodach Żąbielka i innych opowieściach znajdziemy też kilka krótszych komiksów z lat 80. ubiegłego stulecia, tworzonych dla Świata Młodych, dotyczących bezpieczeństwa w szkole, na ulicy czy podwórku. Dodatkową atrakcją wydania są liczne plansze lub ilustracje wykonywane na przestrzeni całej kariery Pawel.

Przygody Żąbielka i inne opowieści ukazały się w dwóch wersjach - podstawowej i kolekcjonerskiej. Tę drugą wydawca zaopatrzył w odmienną okładkę, kilka kartek świątecznych oraz prawdziwy rarytas dla fanów - odręczny rysuneczek Żąbielka wykonany przez samą autorkę! Liczba egzemplarzy jest mocno ograniczona, warto więc spieszyć się z decyzją o zakupie albumu. Sądzę, że drugiej takiej okazji już raczej nie będzie. Szarloty Pawel od kilku lat nie ma z nami, a biorąc pod uwagę, co stało się jakiś czas temu z jej pracami oraz resztą dobytku zgromadzonego przed śmiercią, raczej nie odnajdą się żadne inne pamiątki, które fani mogliby umieścić w swoich kolekcjach. Pawel tworzyła komiksy z pasją, kierując ich większą część do najmłodszych. Tymczasem, za sprawą jej pełnego humoru podejścia do życia i celnej satyrze na rzeczywistość, często świetnie odnajdują się w nich także dorośli. W Przygodach Żąbielka i innych opowieściach jest całkiem sporo treści dla wszystkich, za przykład czego może posłużyć cykl Interfejs z ludzką twarzą, pouczające Zakupy z Maxem albo Kodeks zdrowego życia. Moimi ulubionymi historyjkami są Żąbiel story (absolutnie bezbłędne!), Miś na cały rok oraz Sopel i reszta. Dziś, kiedy autorki nie ma już wśród nas, szczególnie żałuję że nie powstało więcej pasków tego ostatniego tytułu. Rodzinka z psem Soplem, tak bardzo przypominająca kultowych już państwa Piekielnych zdecydowanie zasługuje na więcej, niż tylko dziesięć odcinków serii. Najnowszy zbiór komiksów Szarloty Pawel z biegu zyskuje status pozycji "musisz mieć". To prawdziwa gratka dla wszystkich fanów autorki, pozwalająca przyjrzeć się jej mniej znanym pracom, choć równie interesującym co te najbardziej podziwiane.

Tytuł: Przygody Żąbielka i inne opowieści
Scenariusz: Szarlota Pawel, Konrad T. Lewandowski
Rysunki: Szarlota Pawel
Wydawnictwo: Ongrys
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 216
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 89 zł (wersja podstawowa), 120 zł (wersja kolekcjonerska)


Komiksy z serii Trolle z Troy, Lucky Luke, Kajko i Kokosz oraz Ms Marvel 
znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


piątek, 2 kwietnia 2021

Garść plakatów do filmu Kosmiczny mecz: Nowa era (2021)

Lubicie koszykówkę? A Looney Tunes? Jeśli przynajmniej na jedno z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco (a tak było właśnie w moim przypadku) to zapewne ucieszy Was wiadomość, że już tego lata na ekranach kin (jeśli tylko pandemia pozwoli) pojawi się dłuuugo oczekiwana kontynuacja filmu Kosmiczny mecz (1996)! Bugs, Daffy, Tweety, Speedy i cała reszta wracają w towarzystwie niejakiego, mocno brodatego LeBrona Jamesa, aby znów bawić nas w nieco zapomnianym połączeniu filmu aktorskiego z animacją. O fabule produkcji Kosmiczny mecz: Nowa era jak na razie nie mówi się za wiele, ale za to mamy piękne plakaty z drużyną naszych prześmiesznych postaci. Podziwiajcie i szykujcie się na JAM!



czwartek, 1 kwietnia 2021

Godzilla vs. Kong (2021) vs. moje wrażenia


Nie jestem fanem poprzednich produkcji z Monsterverse, czyli uniwersum wielkich potworów. Jeśli czytaliście kilka lat temu moją recenzję filmu Kong: Wyspa Czaszki (2017), to wiecie doskonale, że oceniłem go dość chłodno. Natomiast zupełnie nie podszedł mi seans Godzilli: Króla potworów (2019). Na szczęście odbyłem go w domowym zaciszu, korzystając z jego obecności na Netflixie. Było to dzieło tak durne i puste, że czułem się obrażany przez twórców w każdej minucie spędzonej przed ekranem. Trochę lepiej było w przypadku pierwszej Godzilli (2014), która otwierała cały cykl, co na dłuższą metę i tak nie zmienia mojego stosunku do całości. Korzystając z obecności najnowszej, najbardziej wyczekiwanej (przez fanów) odsłony potwornej serii na platformie HBO Max, sięgnąłem po Godzillę vs. Kong w reżyserii Adama Wingarda. Ku swojemu zdumieniu bawiłem się na tym filmie wprost znakomicie!

Fabuła jest oczywiście szczątkowa i stanowi zaledwie pretekst do pojedynku dwójki Tytanów. Widzimy więc Konga znajdującego się pod kontrolą na Wyspie Czaszki oraz Godzillę, która niespodziewanie atakuje siedzibę firmy Apex na Florydzie. To właśnie tam prowadzone są badania nad uzyskaniem potężnej energii mogącej odmienić losy świata. Mając świadomość materiału z jakim mają do czynienia, twórcy odwołali się do tropów pozostawionych w poprzednich produkcjach, umiejętnie wykorzystując siłę rozwiniętych tam wątków oraz podbudowy uniwersum. Dlatego też Godzilla vs. Kong nie bawi się w niepotrzebne (czy też zbyt przydługie) wyjaśnienia, od razu wrzucając nas w wir akcji. Akcji, która siłą rzeczy nie jest obecna w każdej sekundzie filmu, pozostawiając pole do popisu postaciom ludzkim. Powracają bohaterowie z poprzednich odsłon Monsterverse, lecz główne skrzypce gra kilka zupełnie nowych osób. Dialogi obsady nie rażą głupotą tak bardzo jak w Godzili: Królu potworów. Wypowiadane przez nich kwestie są dość naturalne, a kilka wyszło nawet całkiem zabawnie. Proporcje czynnika ludzkiego zostały więc rozłożone tu bardzo zgrabnie (oczywiście pamiętajmy, że jest to tylko popcornowy blockbuster), a poszczególne postacie są naszymi przewodnikami po wydarzeniach rozgrywających się na ekranie. Fajnie wypadło też podzielenie bohaterów na dwie grupki (śmiało można ich nazwać drużyną Godzilli i teamem Konga), które przez cały film ani na chwilę nie spotykają się ze sobą.


"Creme de la creme" obrazu to oczywiście tytułowe starcie Tytanów i wypada ono nad wyraz poprawnie. Potyczki pomiędzy Kongiem i Godzillą budują napięcie, wywołują nieoczekiwane (ale jak najbardziej pożądane) emocje, a ich realizacja nie pozostawia zbyt wiele do życzenia. Efekty komputerowe tylko czasem wydają się być nienaturalne (Kong rozbryzgujący wodę na swojej wyspie lub w czasie posiłku rybami), dlatego film przez większość czasu daje naprawdę sporo frajdy. No i co najważniejsze, można bez problemu wybrać sobie swojego faworyta, któremu będzie się kibicować. Godzilla vs. Kong zdumiewa także tempem prowadzenia historii oraz ilości poszczególnych składników fabularnych, wprowadzonych w czasie trwania tego prawie dwugodzinnego filmu. Nieustannie przemieszczamy się więc z miejsca na miejsce i żadna ze scen nie zdaje się być niepotrzebna czy zmarnowana. Zyskuje też mitologia świata przedstawionego, oferująca nowe, wielce intrygujące elementy. Co ciekawe, druga połowa produkcji uwydatnia nieoczekiwany (i nienachalny) morał, mówiący o szacunku dla równowagi przyrody, a także o naszym niszczycielskim wpływie na nią (wynikającym oczywiście z pozornej chęci rozwoju technologicznego, lecz tak naprawdę z chciwości). Na tym tle konflikt Tytanów jest tylko i wyłącznie ludzką sprawką.

Po licznych narzekaniach na Monsterverse, otrzymałem wreszcie film, który bawił mnie jak żaden z dotychczasowych w tym cyklu. Godzilla vs. Kong to oczywiście produkcja w pełni świadoma swego charakteru i nie starająca się być czymś innym jak tylko zwykłą, odmóżdżającą zabawą. Nie obraża jednak inteligencji widza tak jak jej poprzednik, dając tyle frajdy, ile tylko może zaoferować tego typu kino. Jeśli ja jestem pod wrażeniem, nie mogę wyobrazić sobie, jak cieszyć będzie ten obraz fanów całej serii. Jest to chyba oczywiste, że film Wingarda stanowi idealne zwieńczenie kilku lat spędzonych z uniwersum potworów. Czasu, w większości uznanym przeze mnie za stracony, ale którego właśnie obejrzany finał ukontentował mnie ponad miarę. Mam więc nadzieję, że kolejne filmy z uniwersum będą równie atrakcyjne, jeszcze bardziej korzystając z otwartej mitologii świata i bawiąc nas tak dobrze jak powyższa produkcja. I choć nie zdradzę, który z dwójki potworów wygrał tytułowe starcie, napiszę, że moim faworytem po seansie jest Kong. Bo król może być tylko jeden! ;-) 



Tytuł: Godzilla vs. Kong (Godzilla vs. Kong)
Scenariusz: Eric Pearson, Max Borenstein
Reżyseria: Adam Wingard
Obsada: Alexander Skarsgard, Rebecca Hall, Millie Bobby Brown, Brian Tyree Henry, Shun Oguri, Kyle Chandler, Demian Bichir, Eiza Gonzalez i inni
Wytwórnia: Warner Bros., Legendary Entertainment
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 31 marca 2021 (USA, HBO Max)
Czas trwania: 113 min.

sobota, 27 marca 2021

Personalne plakaty bohaterów filmu Suicide Squad (2021)

Coraz lepiej dzieje się w filmowym świecie uniwersum DC! Po wielce udanych produkcjach, takich jak Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn (2020) oraz Shazam! (2019) tego lata na ekrany kin trafi wreszcie porządna wersja Suicide Squadu w reżyserii Jamesa Gunna (znanego m.in. ze Strażników Galaktyki vol. 2). Już sam zwiastun filmu zapowiada prawdziwie bezpretensjonalną jazdę bez trzymanki z całą gamą niebezpiecznych i niezrównoważonych, ale co ważniejsze - dających się lubić postaci. 

W ramach promocji filmu pojawiły się spersonalizowane plakaty wszystkich członków filmowej drużyny. Popatrzcie więc uważnie na aktorskie interpretacje Bloodsporta, Harley Quinn, Kapitana Boomeranga, Ricka Flaga, Savanta, Peacemakera, King Sharka oraz stojącej za ich ciężką dolą Amandą Waller i szykujcie się na prawdziwą jazdę bez trzymanki! Lato 2021 roku z pewnością zapisze się w naszej pamięci jako prawdziwie wybuchowy czas! :-)



czwartek, 18 marca 2021

RECENZJA: Pytanie i odpowiedź - Patrick Ness


Na ostrzu noża to niewątpliwie jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w ubiegłym roku. Zawzięcie walczyła o zwycięstwo w moim prywatnym podsumowaniu znanym jako Wielka Trójka 2020, okazało się jednak, że o przysłowiową "długość nosa" wyprzedził ją inny, niemniej udany tytuł. Tym bardziej z wielkim zainteresowaniem wypatrywałem drugiego tomu Ruchomego chaosu, czyli trylogii Patricka Nessa o świecie, w którym wśród mężczyzn dominuje zjawisko zwane Szumem, pozwalające słyszeć i widzieć nawet najskrytsze myśli. I tak, po roku od wznowienia pierwszego rozdziału tej świetnej serii w klimacie science-fiction, do moich rąk trafiło Pytanie i odpowiedź. Czy jest to książka, która oferuje odpowiedzi na wszystkie kwestie, jakie pozostały do wyjaśnienia po niesamowitym zwrocie akcji w finale tomu pierwszego? Kolejne pytanie stanowi rozważanie o słuszność tej lektury jako bycia godną kontynuacją pierwszej odsłony serii. Przekonajmy się o tym wszystkim już teraz.  

Na samym początku warto w ogóle zwrócić uwagę, że Pytanie i odpowiedź to książka pod wieloma względami odmienna od swej poprzedniczki. Z jednej strony oferuje nam oczywisty ciąg dalszy zmagań Todda i Violi, których ucieczkę przed wojskiem burmistrza Prentissa obserwowaliśmy w tomie pierwszym. Szczęśliwie dla rozwoju akcji oraz postaci, Ness skupia się w niej na zupełnie innych kwestiach niż poprzednim razem. To nadal ta sama fantastyczna opowieść o planecie zwanej Nowym Światem, gdzie zjawisko Szumu, które opanowało umysły mężczyzn doprowadziło do wielu dramatycznych i nieprzyjemnych wydarzeń. Zmianie ulega natomiast podejście do tematu, wynikające z już częściowo udzielonych wyjaśnień na temat natury zjawiska oraz wydarzeń z niego wynikających. O ile w Na ostrzu noża byliśmy obserwatorami zmagań dwójki bohaterów w walce z nieznanym, tak tutaj doświadczamy pełni otwartej wojny, w jaką zostają oni wplątani niejako bez swej woli. Odmianie ulega też sama narracja powieści, nie będąc już jedynie przemyśleniami Todda, ale również wspomnieniami Violi. Ich słowa przeplatają się w tym tomie nawzajem, uzupełniając i wzbogacając historię, ale co jeszcze ciekawsze - służąc także pokazaniu racji poszczególnych stron dominującego w treści książki konfliktu.

Wspomniany konflikt Ness uczynił centralną kwestią powieści, pokazując jak działają mechanizmy nim sterujące i na czym konkretnie on polega. Podał to wszystko za pomocą intrygującej fabuły, w której czytelnik wie dokładnie tyle, ile dwójka głównych postaci. Ta sama zasada obowiązywała także w pierwszej części Ruchomego chaosu i można się spodziewać, że identycznie będzie w przypadku kolejnej. Znów działa tu metoda dwóch kroków w przód i jednego w tył, choć jest może nieco mniej wyrazista niż w pierwszej części. Wszystko to służy temu, aby nieustannie trzymać czytelnika na krawędzi fotela. Rewelacyjnie wypada główny antagonista serii, czyli burmistrz Prentiss. Z łatwością i wyprzedzeniem pociąga za wszystkie sznurki, umie zapanować nad sobą, ale też tymi, którymi steruje lub wciąga w swoją paskudną intrygę. To taki typowy diabeł w przebraniu, choć początkowo podczas lektury nie raz łapałem się na myśli, że może faktycznie dąży on do czegoś (pokrętnie) dobrego. Na jego godną przeciwniczkę wyrasta stopniowo nowa postać - mistrzyni Coyle, jedna z najważniejszych uzdrowicielek w dawnej Przystani (od finału Na ostrzu noża przejętej przez burmistrza jako Nowe Prentisstown). Z czasem staje się ona kolejnym "złym" powieści, służąc autorowi za zmyślny trybik w ukazaniu odrębnych ścieżek rozdzielonych ze sobą Todda i Violi.

Pytanie i odpowiedź to książka, która potrafi wciągnąć czytelnika na długie godziny. Ness stworzył w niej wspaniałą opowieść o kolonizacji nieznanego świata, wykorzystując do tego dość znane motywy, które mogą kojarzyć się z wydarzeniami znanymi z historii, albo nawet z teraźniejszego, domowego podwórka. Co rusz zaskakuje odbiorcę czymś nowym, co wprowadza zaplanowane zamieszanie do rozpędzonej fabuły. Pokazuje jednocześnie, że walka o wolność i sprawiedliwość w odległej części kosmosu może toczyć się według dobrze znanych z historii zasad. Najważniejsze jednak pozostają tu pozytywne cechy pary naszych głównych bohaterów, którzy choć przez większość czasu są oddaleni od siebie, nie chcą ugiąć się pod drastycznymi naciskami otoczenia. Ness pokazuje tym sposobem, że właściwy upór oraz dobre serca zawsze zwyciężą, nawet jeśli droga do wiktorii będzie prawdziwie syzyfową pracą. Końcowy zwrot akcji stawia także pytanie o słuszność decyzji, które podjął Todd wobec jednego ze Szpakli, czyli rdzennych mieszkańców planety. Czy okazane przez niego dobre serce przechyli szanse na korzyść bohatera? O tym przekonamy się dopiero w trzecim tomie... 

W chwili kiedy piszę te słowa, na ekrany kin w USA weszła zapowiadana ekranizacja pierwszej powieści z cyklu. Niestety, większość krytyków postawiła na Ruchomym chaosie krzyżyk, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo po obejrzeniu zwiastuna do filmu miałem raczej dobre przeczucia. Na szczęście widzowie ocenili produkcję z Tomem Hollandem i Daisy Ridley znacznie lepiej, czekam więc z niecierpliwością na chwilę, gdy będę mógł sam ją obejrzeć. Do tej chwili pozostaje mi towarzystwo wspaniałych książek Nessa. A są one nie byle czym, bo wśród literatury fantastycznej nieczęsto można trafić na lekturę tak angażującą, zmuszającą do myślenia i satysfakcjonującą jak powyższy tytuł. Wybór krytyków potwierdza dobitnie, że oryginalne dzieło zawsze będzie lepsze niż jego adaptacja, tym bardziej warto zapoznać się z serią Nessa. I choć na ostateczne odpowiedzi i wyjaśnienia przyjdzie poczekać do finału trzeciego tomu, jestem niezmiernie zafascynowany lekturą.   


  
Tytuł: Pytanie i odpowiedź
Autor: Patrick Ness
Przekład: Agnieszka Hałas
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 528
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 45 zł
 

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


środa, 10 marca 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 44 (Isola tom 1, OKP Dolores tom 3, DCEased. Niezniszczalni, Kaczogród - Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950)

Kaczki, królowe zmienione w tygrysy, magiczne kryształy i superherosi przeobrażeni w zombie - to wszystko jakimś cudem udało się upchnąć w nowym wydaniu naszego działu. Sporo, prawda? Jest zatem co czytać, nie przedłużam więc i gorąco zapraszam do wspólnej dyskusji o komiksach. Kiosk z komiksami jest otwarty dla wszystkich! :-)


Isola - tom 1

Isola
to historia, która zrodziła się w umysłach jej twórców jeszcze za ich szczenięcych lat, a ostateczny kształt wyklarował się w czasie, gdy zaangażowani byli wspólnie w projekty dla różnych wydawnictw. Brenden Fletcher i Karl Kerschl spełnili tym samym dawne pragnienie opowiedzenia baśni rozgrywającej się w świecie, za którego zasady i postacie odpowiadałaby wyłącznie ich wyobraźnia. Tak powstała historia władczyni zamienionej w tygrysicę oraz jej dzielnej wojowniczki, która chroni królową podczas niebezpiecznej podróży do mitycznego świata Isoli. Zarówno scenariusz jak i warstwa graficzna komiksu nawiązują do kultury i wierzeń Dalekiego Wschodu, przywołując odpowiednie skojarzenia za sprawą budowy poszczególnych elementów uniwersum. Być może dzięki temu Isola (która tak naprawdę opowiada dość prostą historię), jawi się czytelnikowi jako coś naprawdę unikalnego. Poprzez skrupulatne opracowanie wszystkich części składowych, takich jak historia świata przedstawionego, jego magia, fauna oraz obowiązujące w nim zasady, Fletcher i Kerschl stworzyli komiks, w którym czytelnika przyciąga też to, co nie jest bezpośrednio związane z jego głównym wątkiem. Równie ciekawe jest, że te poszczególne cząstki autorzy ujawniają przed odbiorcą stopniowo i dość niespiesznie. Z pełna premedytacją wrzucają go w sam środek konfliktu, z każdą stroną powoli wyjaśniając mu wszystko, co tylko chciałby (i w danym momencie powinien) wiedzieć. Dzięki temu zyskuje on czas, aby docenić każdy detal opowieści.

Graficznie Isola stoi na bardzo wysokim poziomie. Kerschl rysuje plansze cienkimi liniami, skrupulatnie dbając o szczegóły i dynamikę wydarzeń. Niestety, efekt jego ciężkiej pracy często psują wszędobylskie cienie, które w połączeniu z ciemnymi barwami komiksu sprawiają, że zdecydowana większość kadrów jest trudniejsza w odczytaniu. Jeśli czyta się komiks przy mocnym świetle, nie stanowi to aż tak wielkiego problemu, inaczej sprawa ma się podczas lektury Isoli przy słabszym oświetleniu. Oczywiście, powyższe spostrzeżenie wynika wyłącznie z mojego punktu widzenia, może zwyczajnie lubię komiksy tworzone w jaśniejszych barwach (choć z drugiej strony nawet zastosowanie ciemniejszych kolorów nie powinno odbywać się kosztem utraty przejrzystości...). To chyba jedyne zastrzeżenie jakie mam do pierwszego tomu. Dzieło Fletchera i Kerschela z powodzeniem przemówi do odbiorców ceniących sobie dobrze zaplanowane historie, utrzymane w nieco tajemniczej i poetyckiej aurze. Takie, w których mamy czas nacieszyć się światem, w jakim rozgrywają się przygody bohaterów, stopniowo wsiąkając w atmosferę i strukturę zaprezentowanej treści. To także komiks, którego kolejne czytanie odsłoni jeszcze więcej miłości autorów do swej opowieści, którą starają się zarazić czytelnika. Oceńcie sami, czy im się udało. ;-)   

Tytuł: Isola - tom 1
Scenariusz: Brenden Fletcher, Karl Kerschl
Rysunki: Karl Kerschl
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 47 zł


OKP Dolores, tom 3 - Czerwony kryształ

Mony i Kash Oprawca powracają w trzeciej odsłonie swych przygód, zatytułowanej Czerwony kryształ. Dwie poprzednie części OKP Dolores przypadły mi do gustu tak bardzo, że bez wahania umieściłem je w swoim zestawieniu Wielka Trójka 2020. Jak widać w pełni zasłużenie, ponieważ seria Didiera i Lyse Tarquin nadal wzbudza we mnie wyłącznie pozytywne wrażenia. No, może nie od samego początku, bo tu rozczarowałem się troszkę, sądząc że Kash został uśmiercony w finale Sierot z Fortu Messaoud. Już na wstępie okazało się, że jest inaczej, na szczęście ten zabieg fabularny w żaden sposób nie obniżył komiksowi poprzeczki. Nie byłoby chyba takiej możliwości, ponieważ państwo Tarquin doskonale zaplanowali swoją historię, urzekając mnie zarówno jej ciągiem dalszym, jak i kapitalnym rozwiązaniem. Nie zdradzę dokładnie jakie przygody czekają na naszą parę bohaterów w finale kosmicznej wędrówki, możecie natomiast być pewni, że w nowym tomie będzie działo się dużo, szybko, krwawo i konkretnie. Do tego stopnia, że para autorów potrzebowała kilkunastu plansz więcej (i chwała im za to), aby doprowadzić do końca swą fantastyczną opowieść.

OKP Dolores to cykl, który nie odkrywa niczego nowego, przy jednoczesnym dostarczaniu materiału na zmyślną, prawdziwie niepowtarzalną historię (taki twórczy paradoks). Jest tu pełno odniesień do popkultury i fantastyki - palców u rąk i nóg nie starczyłoby na wyliczanie wszelkich nawiązań, smaczków czy inspiracji, z których Tarquinowie tkają sieć spowijającą sedno komiksu. Jednocześnie tak dobrze rozgrywają swoją fabułę, że cała ta otoczka jest jedynie miłym dodatkiem do zagadki pochodzenia Mony i jej pełnej niebezpieczeństw podróży. Najważniejsze jednak jest to, że w Czerwonym krysztale dostajemy odpowiedzi na wszystkie pytania, które dręczyły nas od Ścieżki nowych pionierów. A jeszcze lepsze jest to, że nie są to rozwiązania banalne. Z przyjemnością dałem się im zaskoczyć i choć wiem, że za taki stan rzeczy odpowiada też nieco odwracająca uwagę czytelnika, przebogata struktura uniwersum, to i tak jestem pełen szczerego podziwu dla autorów. Standardowo wraz z bohaterami odwiedzamy kolejne miejsca i poznajemy nowe, dość ważne postacie. Wszystkie części składowe opowieści prowadzą nas do jej imponującego zakończenia, dzięki czemu OKP Dolores czyta się jednym tchem. Jest to świetnie napisana i niegłupia historia przygodowa w stylu najlepszej klasyki gatunku. Jeśli wspomnimy też o wspaniałych ilustracjach Didiera (niezwykle barwne i diablo szczegółowe, czasem zajmujące nawet dwie strony komiksu), sprawa stanie się w pełni oczywista. Sądzę że tytuł ten może służyć za żelazny przykład idealnego, nowoczesnego komiksu frankofońskiego, tak odmiennego od tego, co często tworzy się w USA. Szkoda więc żegnać się z Moną i Kashem, na szczęście Tarquinowie zostawili sobie w finale tego tomu małą furtkę, która być może kiedyś zaprowadzi nas znów do ich uniwersum. Byłoby świetnie, tym bardziej, że ma ono jeszcze sporo do zaoferowania.   

Ps. Szukałem kilkakrotnie, jednak tym razem nie znalazłem w Czerwonym krysztale żadnych ukrytych zadań dla spostrzegawczych. Spróbujcie sami poszukać zagadek ilustratora i jeśli je wyłapiecie, napiszcie mi o nich komentarzach. ;-) 

Tytuł: OKP Dolores, tom 3 - Czerwony kryształ
Scenariusz: Didier Tarquin, Lyse Tarquin
Rysunki: Didier Tarquin
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,99 zł


DCEased. Niezniszczalni

DCEased. Nieumarli w świecie DC to jeden z tych komiksów, który łączy w sobie lekkość opowiadanej historii z prawdziwą pasją jej twórców. Tom Taylor, wraz z kilkoma utalentowanymi rysownikami zabrał nas w nim do świata DC opanowanego przez wygłodniałe, krwiożercze zombie. Plaga żywej śmierci dotknęła nie tylko zwykłych ludzi - jej ofiarami stała się również większość superbohaterów i łotrów, co stanowiło doskonały punkt wyjściowy dla całego przedsięwzięcia. A jak w ogóle do tego doszło? Otóż Darkseid, który został powstrzymany przez Ligę Sprawiedliwości przy okazji napaści na Ziemię, za pomocą uprowadzonego Cyborga źle dobrał składniki mające na celu zapanowanie nad równaniem Antyżycia. Skażona energia dotarła wraz z Victorem na naszą planetę, aby poprzez urządzenia elektryczne oraz krew dostać się do ludzkich organizmów. I nagle było po sprawie. Prawie cała rozumna część globu zmieniła się w wygłodniałe, brutalne monstra. DCEased. Nieumarli w świecie DC to doskonała, bardzo przystępna (choć dość obrzydliwa wizualnie) lektura, stanowiąca niejako zamkniętą fabularnie całość. Tym większa jest moja radość, że Taylor nie poprzestał na jednym tomie i wraz z Karlem Mostertem szybciutko wysmażył jej kolejną część. W ten sposób do rąk czytelników spragnionych widoku flaków, krwi i dynamicznej akcji spod znaku żywych trupów, trafia DCEased. Niezniszczalni - kontynuacja przerażająco dobrego cyklu od DC.

Pamiętając co zdarzyło się w finale tomu pierwszego, cofamy się w czasie do samego początku epidemii, aby ujrzeć całe zamieszanie oczami Deathstroke'a i innych, sprzymierzonych z nim łotrów. W ten sposób wraz ze Sladem Wilsonem i jego córką przenosimy się na pewną opuszczoną wyspę, gdzie Vandal Savage zgromadził niedobitki ocalałych złoli. Są wśród nich Lady Shiva, Cheetah, Bane, Deadshot i paru innych odrażających okrutników. W tym samym czasie, uciekający z Gotham Jason Todd wraz z komisarzem Gordonem i Batgirl (Cassandrą Cain) odnajdują schronienie w obleganym przez zombie sierocińcu. Na skutek pewnych dramatycznych wydarzeń (w które mocno zamieszana okazuje się przemieniona Wonder Woman) obie grupy wkrótce spotykają się w Bludhaven. Stamtąd wspólnie ruszają do jedynego znanego im miejsca, gdzie nie dotarła jeszcze plaga zarażonych. Taylor ma dobrą rękę do pisania szybkich, łatwo przyswajalnych fabuł. Akcja w DCEased. Niezniszczalnych pędzi na złamanie karku, jednak odbiorca nawet na chwilę nie gubi się w gąszczu zdarzeń. I choć wszystko jest podane w odpowiedni dla tego typu historii sposób (czyli dość krwawo), ani na chwilę nie tracimy z oczu dobrej zabawy, jaką ten komiks oferuje. Bo w sumie najbardziej o samą zabawę formą tu chodzi - wśród setek tytułów z nurtu superhero niewiele pojawia się takich, które zdolne byłyby przełamać pewne schematy, oferując czytelnikom porcję dobrej, niewymagającej znajomości całego uniwersum rozrywki. Pomysłom Taylora wiernie towarzyszy kreska Mosterta i choć nie jest to jeden z moich ulubionych artystów, jakimś cudem jego nieco przesadzony styl pasuje do całości. DCEased. Niezniszczalni ma jeszcze jedną, wartą odnotowania zaletę. Z powodzeniem można czytać go, nie znając nawet tomu pierwszego. Wszystko jest w nim jasno przedstawione (no, może poza samą genezą epidemii - ale tą przedstawiłem powyżej), co sprawia, że od pierwszych kadrów zabawa wskakuje na najwyższy poziom. Czy potrzeba jeszcze jakiejś rekomendacji? Moim zdaniem nie, zachęcam więc do zapoznania się z tym tytułem. 

Tytuł: DCEased. Niezniszczalni
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Karl Mostert
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 59,99 zł


Kaczogród (Carl Barks) - Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950

Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950
to już jedenasty album z serii Kaczogród Carla Barksa, który otrzymują do swych rąk polscy czytelnicy. Mistrz Barks był prawdziwym gigantem światowego komiksu. Szczycił się nie tylko dobrym zdrowiem, które pozwoliło mu dożyć sędziwego wieku 99 lat, ale podczas swej zawodowej kariery na przestrzeni prawie trzech dekad stworzył wprost niewiarygodną ilość historyjek obrazkowych z Kaczkami w rolach głównych. Najnowszy tom obejmuje historie narysowane pod koniec lat 40. ubiegłego wieku i jak wszystko, czego dotknął się autor, są po prostu doskonałe. W przeciwieństwie do znakomitej większości graficznych publikacji z tamtego okresu, idealnie oparły się upływowi czasu, po dziś dzień zachowując charakterystyczną dla Disney'a lekkość i ponadczasowość. Barks tworzył komiksy przeznaczone dla odbiorcy w każdym wieku. Brak w nich przemocy czy wszelkich udziwnień fabularnych, natomiast na całość autorskiego konceptu składają się elementy takie jak humor, pochwała uczciwości oraz wielka przygoda. Przyznacie, że to doskonała mieszanka, zapewniająca wieloletni sukces. Jednak co tak łatwo jest napisać, często trudno osiągnąć w praktyce. Na szczęście Mistrz Barks powyższe przepisy opanował do perfekcji. I znów mamy okazję się nimi cieszyć. 

W skład Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950 wchodzi aż jedenaście historii obrazkowych, z tytułową opowieścią na czele. Czy jest ona najlepsza w tym zbiorze? Moim zdaniem nie, okazuje się być po prostu jedną z bardziej znanych, a dodatkowo kojarzy się z nią pewna anegdota związana z tłumaczeniem. Po szczegóły odsyłam do zawartej w tomie przedmowy. Oprócz Donalda, jego siostrzeńców i wujka Sknerusa w tej części większą rolę odgrywa także kuzyn Goguś. Wysoki poziom szczęścia, jakim los obdarza tego kaczora, jest doskonałą siłą napędową wielu niezapomnianych, prawdziwie komicznych sytuacji. Moim ulubionym komiksem ze zbioru jest Wudu dla ludu, czyli opowieść, która mocno powiązana jest z inną historyjką, zawartą w Życiu i czasach Sknerusa McKwacza. Warto tu odnotować, że wszystkie wątki dziejów życia Sknerusa zostały w nim dopowiedziane przez słynnego Dona Rosę (w tym przypadku chodzi o kwestię plantacji kauczuku w Afryce, którą Sknerus podstępnie przywłaszczył od pewnego groźnego, parającego się magią wudu plemienia). Wspomniana opowiastka jest tego najlepszym przykładem, warto zatem poznać dwie strony medalu. Od dłuższych, rozbudowanych fabularnie fragmentów, aż po kilka jednostronicowych anegdotek - Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950 dostarcza przedniej zabawy dla każdego. Wierzcie mi na słowo, jeśli nawet nie jesteście wielkimi fanami komiksów z Kaczogrodu, i tak spędzicie miłą godzinkę przy lekturze powyższego tomu. To niewątpliwie czar kaczek, ale przede wszystkim wielkie mistrzostwo autora, któremu w zakresie zachodniego komiksu humorystyczno-przygodowego zawdzięczamy naprawdę bardzo wiele.   

Tytuł: Kaczogród (Carl Barks) - Na dalekiej północy i inne historie z lat 1949-1950
Scenariusz i rysunki: Carl Barks
Przekład: Marcin Mortka, Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 224
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


Tom pierwszy Isoli znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.



Komiksów z serii OKP Dolores, Kaczogród oraz DCEased szukajcie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 8 marca 2021

Siła zaufania i jedności, czyli Raya i ostatni smok (2021)


Kumandra - fantastyczna, będąca niegdyś oazą spokoju i dobrobytu kraina, leżąca gdzieś na obrzeżach znanego nam Dalekiego Wschodu. Na skutek pojawienia się złowrogich stworów zwanych Druunami od pięciu stuleci trwa podzielona pomiędzy pięć niezależnych prowincji. I choć każda z nich w nazwie ma inną część ciała smoka, te mityczne i prawdziwie wielbione istoty pozostają zaklętym w kamień, bardzo odległym wspomnieniem. Smoki poświęciły wiele, aby ludność Kumandry mogła przetrwać, lecz ludzie często są tylko ludźmi i ostatecznie zwrócili się z pożądaniem ku magii klejnotu, który pozostał jedyną pamiątką po walce tych istot ze złem. W ten sposób do pięciu krain powrócił złowrogi cień, zamieniający wszystkie żywe istoty w kamień... Tu rozpoczyna się droga Ray'i, córki strażnika smoczego klejnotu. Wraz ze swym nieodłącznym wierzchowcem Tuk Tukiem, dziewczyna wyrusza na poszukiwania Sisu - ostatniego ze smoków, który może pomóc jej zaprowadzić ład w podzielonej Kumandrze.

Disney ma dobrą rękę do tworzenia pełnych przygód, rodzinnych animacji - ta sytuacja nie zmienia się od lat 30. ubiegłego wieku. Kiedyś co roku, teraz za sprawą rozwoju technologii oraz współpracy ze studiem Pixar, znacznie częściej - wytwórnia legendarnego wujaszka Walta rozpieszcza nas historiami o zwycięstwie dobra nad złem, sile prawdziwej przyjaźni i walce o ideały. Nie inaczej sprawy mają się w najnowszym dziele studia, zatytułowanym Raya i ostatni smok, którego premiera odbyła się jednocześnie na platformie Disney+ oraz (ze względu na wciąż szalejącą pandemię) wybranych kinach świata. Twórcy tej animacji przedstawiają nam kolejną barwną księżniczkę Disney'a, jednak wzorem trendu na tworzenie silnych postaci kobiecych jest to dziewczyna "nie dająca sobie w kaszę dmuchać". Raya podróżuje z ważną misją i nic nie jest w stanie jej przeszkodzić. Tylko czy aby na pewno? Na jej drodze niespodziewanie staje dawna towarzyszka z dzieciństwa, obecnie oślepiona chęcią zapewnienia  bezpieczeństwa poddanym swej matki. 


W tej historii twórcy odchodzą od klasycznego podziału na bohaterów dobrych i złych, pokazując widzowi, że czasem zło wynika z niezrozumienia obustronnych racji oraz klasycznego konfliktu interesów, który łatwo można rozwiązać za pomocą odrobiny zaufania. Tylko jak zaufać sobie nawzajem, skoro od wielu lat trwa rozłam pomiędzy ludnością fantastycznej krainy? To podstawowa mądrość, jaka wypływa z Ray'i i ostatniego smoka. Wzajemna gonitwa za nieosiągalnym celem nie może się udać, jeśli realizować będziemy go w pojedynkę. Aby uzmysłowić odbiorcy tę prostą prawdę, twórcy uciekają się do ukazania niesamowitej przygody, w której akcja pędzi na łeb, na szyję, bawiąc i zachwycając go kunsztem realizacyjnym produkcji. W trakcie swej wędrówki Raya lepiej pozna sytuację wszystkich prowincji Kumandry, napotykając postacie, które podobnie jak ona, za sprawą magii Druunów utraciły coś najcenniejszego. Ta dziwna kompania pozostanie z nią do samego końca, walcząc o wspólny, najważniejszy cel.

W centrum wydarzeń na stałe wpisują się relacje Raya - Sisu oraz Raya - Namaari. Smok jest niewątpliwie najjaśniejszym punktem filmu, który został dograny w każdym, nawet najdrobniejszym detalu. Charakter, sposób animacji, dubbing i ogólny wydźwięk tej postaci są prawdziwym magnesem na widza, który przykuwa go do ekranu przez większą część seansu. Konflikt pomiędzy tytułową bohaterką, a wojowniczą córką przywódczyni Kłów równomiernie przybiera na sile, osiągając spodziewany punt krytyczny, pozwalający na świetny zwrot akcji w finale. Pozostali członkowie ekipy Ray'i - Tuk Tuk, Tong, Boun czy Noi dzielnie dotrzymują jej kroku, bawiąc i ekscytując odbiorcę podczas obserwowania ich kolejnych zmagań. Wszystkie te atrakcje rozgrywają się szczęśliwie bez udziału wszędobylskich piosenek, wynagradzając nam tę "stratę" dynamicznymi scenami walk oraz szalonymi pościgami. Przez chwilę produkcja zaczyna niebezpiecznie przypominać grę komputerową, ponieważ odnajdywanie kolejnych fragmentów klejnotu wyzwala w Sisu nowe moce. Na szczęście dzieje się to tylko przez pewną część filmu i jest słusznie podyktowane budową świata przedstawionego. Takie potknięcie można więc jakoś wybaczyć.


Raya i ostatni smok to absolutny majstersztyk wizualny. Gdyby nie "laleczkowe" twarze postaci, spoglądając na wygląd otoczenia, przyrody (wody!), ubioru czy przedmiotów, którymi posługują się bohaterowie, można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z prawie idealnym odtworzeniem rzeczywistości. Tak samo sprawa ma się w przypadku scen akcji. Najnowsza animacja Disneya zapiera dech w piersiach wszystkimi składowymi projektu, swobodnie dając ponieść się wyobraźni twórców. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, w końcu to film przeznaczony dla młodszej części widowni, natomiast samo uniwersum oferuje o wiele więcej niż dane jest to nam zobaczyć na ekranie. Warto założyć, że być może powstanie jeszcze kontynuacja przygód Ray'i i Sisu - jeśli nie w postaci filmu, to może jakiegoś serialu. Szkoda byłoby nie wykorzystać takiego potencjału Kumandry.

Nowy film Disneya to wspaniała przejażdżka po nieznanej, ekscytującej krainie, z postaciami, które na dłużej pozostają w naszym sercu. Raya i ostatni smok oferuje wzruszającą historię, uczącą rzeczy oczywistych i ważnych, choć zazwyczaj tak trudnych do spostrzeżenia. Za sprawą dopieszczonej animacji wgniata widza w fotel, a swym wszechobecnym bogactwem zachęca do ponownego seansu. Czy można napisać coś więcej? Przygody Ray'i i Sisu to wspaniała opowieść dla każdej rodziny, historia przeznaczona dla widza w dowolnym wieku. Swobodne wykorzystanie motywów Dalekiego Wschodu wspaniale zgrało się z kształtem zaprezentowanej treści, która doprawiona odpowiednią ilością humoru i wzruszenia z miejsca staje się czymś niezapomnianym. To niewątpliwie jedna z najlepszych animacji Disney'a, stojąca w moim prywatnym rankingu na równi z doskonałym Zwierzogrodem (2016). Jeśli dawno nie oglądaliście czegoś w tym stylu, warto sięgnąć po Ray'ę i ostatniego smoka. Moim zdaniem będzie to wybór idealny.



Tytuł: Raya i ostatni smok (Raya and the Last Dragon)
Scenariusz: Qui Nguyen, Adele Lim
Reżyseria: Don Hall, Carlos Lopez Estrada
Obsada (dubbing): Kelly Marie Tran, Awkwafina, Izaac Wang, Gemma Chan, Daniel Dae Kim, Benedict Wong, Sandra Oh, Thalia Tran i inni
Wytwórnia: Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 5 marca 2021 (USA/Disney+)
Czas trwania: 107 min.

niedziela, 7 marca 2021

Wanda i jej Vizja szczęścia, czyli serial WandaVision (2021) na Disney+


Ponad dekadę od startu MCU oraz długich miesiącach oczekiwania, które minęły odkąd Disney/Marvel zapowiedział serialową inwazję na swojej streamingowej platformie, wreszcie otrzymaliśmy inauguracyjne dzieło, skupiające się na dwójce mniej rozpoznawalnych bohaterów tego uniwersum. WandaVision to pierwszy serial dostępny na platformie Disney+, który stanowi integralną część z resztą filmów zapoczątkowanych obrazem Iron Man z 2008 roku. Oczywiście, przygoda Marvela z serialami zaczęła się nieco wcześniej na konkurencyjnym Netflixie, jednak dziś tytuły tam prezentowane (jakkolwiek udane by one nie były) traktuje się niekoniecznie kanonicznie, często odsuwając je na bok, z nadzieją, ze widzowie jakoś o nich zapomną. Tym niemniej ciekawym było, jak wypadnie oficjalny mariaż Marvela z telewizją streamingową, która już w samym swym założeniu daje sporą szansę rozszerzenia tytułowej oferty oraz znaczącego powiększenia świata znanego z wielkiego ekranu.

Czy fakt, że postawiono na Wandę Maximoff i Visiona, którzy dotąd pozostawali w cieniu figur takich jak wspomniany Iron Man, Thor, Hulk czy Strażnicy Galaktyki, dał twórcom szansę na stworzenie czegoś interesującego? Już na wstępie trzeba przyznać, że w samym sednie koncepcji zadbano, aby wszelkie detale zagrały w jak najczystszej tonacji, pokazując nam co stało się z Wandą bezpośrednio po wydarzeniach zaprezentowanych w Avengers: Koniec gry (2019). I tak, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, odnajdujemy naszą obdarzoną tajemniczymi mocami kinetycznymi bohaterkę wraz ze swym mężem Visionem, zamieszkujących przytulny domek na przedmieściach jednego z niewielkich miasteczek w USA. O wiele bardziej zdumiewające jest jednak to, że akcja obrazu widzianego na małym ekranie rozgrywa się w latach 50. ubiegłego wieku, a wszystko do złudzenia przypomina pewien słynny sitcom z tamtego okresu. Zachowany został nawet czarno-biały koloryt produkcji.


Tym sprytnym zabiegiem Marvel oddał piękny hołd klasyce TV, z odcinka na odcinek nawiązując do innej serii komediowej, która w swoim czasie gromadziła przed szklanymi ekranami całe rodziny. Nie wyszło to chyba tak płynnie jak zakładano (przywrócenie klimatu sprzed wielu dekad w ostatecznym rozrachunku okazało się podobnie toporne jak dzisiejsze oglądanie oryginału), jednak ziarno fascynacji zostało zasiane i co tydzień wracaliśmy do przytulnego Westview, aby sprawdzić co takiego zdarzy się u naszej nietypowej rodzinki. Niestety, pomimo usilnych starań twórców, już w trakcie drugiego odcinka jasnym stało się, co tak naprawdę uczyniła Wanda aby znów być z Visionem (wiemy przecież, że nasz bohater dokonał żywota w trakcie walki z Thanosem). Ta sztucznie podsycana, przedwcześnie przewidywalna tajemnica nie dawała nam spokoju aż do samego finału serii. I tak jak rozwiązanie całej zagadki, na której w większej mierze opierał się cały serial okazało się dość rozczarowujące, tak samo prezentacja fabuły podzielonej na cotygodniowe części nie sprzyjała odnalezieniu odpowiedniego tempa podczas oglądania produkcji.

WandaVision to serial, który (choć może nie dało się tego odczuć na początku) niespodziewanie i ponad wszystko gloryfikuje siłę miłości. Ten aspekt prezentuje się w nim wprost rewelacyjnie, uderzając w wyobraźnię widza w dwóch ostatnich odcinkach tak bardzo, że wszelkie minusy wynikające z wcześniejszej przewidywalności czy nadmiernej sztuczności fabuły odchodzą (częściowo) w zapomnienie. Zanim zostaniemy wzruszeni pięknym finałem (chusteczki do ocierania łez są jak najbardziej wskazane), warto zwrócić uwagę na to, że pomimo wszelkich zapowiedzi, streamingowy tytuł Marvela zdaje się być mocno powściągliwą produkcją. Nie oferuje akcji ani dynamiki na poziomie kinowych przebojów, oszczędzając nam gościnnego udziału wielkich tego uniwersum, rzucając w nas jakimiś ochłapami w postaci gościnnego udziału Moniki Rambeau, Darcy Lewis czy Jimmy'ego Woo. Pojawienie się pewnej postaci z bliźniaczego uniwersum było jak najbardziej OK, ale to również nie była wizyta wielkiego kalibru. Niefajne jest też to, że tytułowa bohaterka na końcu zostaje w tym samym miejscu co na początku swej serialowej drogi. Oczywiście, rozwinęła się jako postać - to znów jeden z mocniejszych aspektów tytułu - ale tematycznie, jako podbudowa pod kolejną odsłonę przygód Dr. Strange'a (jak jest to przynajmniej zapowiadane) serial oferuje raczej niewiele.


Najnowsze odsłona filmowo-komiksowego uniwersum Marvela wywołuje we mnie wiele sprzecznych uczuć. Z jednej strony jest to niezwykle kreatywne widowisko, pokazujące, że studio doskonale wie co robi i stara się ze wszystkich sił zainteresować odbiorcę, tymczasem z drugiej zabrakło tu czegoś, co pomogłoby tytułowi stać się naprawdę godnym zapamiętania. Jestem zachwycony jak pięknie pogłębiono postacie Wandy i Visiona, pokazując że są naprawdę świetnymi postaciami, mocno spłaszczonymi i ograniczonymi przez dotychczasowe wielkoekranowe produkcje. Finał serialu wbił mnie w fotel za sprawą potężnej dawki emocjonalnej, której podświadomie oczekiwałem. Udowodnił i przypomniał, że to, co na zawsze stracone, nigdy do nas nie wróci, nawet jeśli dysponujemy nieograniczonymi magicznymi mocami. To może drobiazg - zawiodłem się niepotrzebnym rozdzieleniem fabuły na cotygodniowe odcinki - serial powinien pojawić się na Disney+ od razu w całości. Pomimo zastosowanych nawiązań do historii TV, nie była to produkcja przystosowana do pokazywania raz na tydzień (głównie za sprawą przeciąganego i niewiele wnoszącego tempa fabuły). Tak czy inaczej, odczuwam zadowolenie z przebycia tej nieco wyboistej drogi. Pomijając wspomniane minusy bawiłem się na WandaVision bardzo dobrze, a świat lubianych herosów zyskał więcej głębi przydatnej do dalszej eksploracji uniwersum. Będę dobrze wspominał tę produkcję. W wyraźny sposób udało jej się pokazać coś nowego i bardzo kreatywnego, a to już nie lada wyczyn. I pewnie z tego powodu, pomimo dzisiejszego narzekania któregoś dnia i tak do niej powrócę.



Tytuł: WandaVision
Scenariusz: Peter Cameron, Mackenzie Dohr, Jac Schaeffer
Reżyseria: Matt Shakman
Obsada: Elizabeth Olsen, Paul Bettany, Kathryn Hahn, Teyonah Parris, Josh Stamberg, Kat Dennings, Randall Park, David Payton i inni
Wytwórnia: Marvel Studios/Walt Disney Company
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 15 stycznia 2021 (Disney+)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 9
Czas trwania odcinka: około 35 min.