poniedziałek, 30 stycznia 2017

RECENZJA: Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu - Anna Lange

Powszechne zachwyty nad debiutanckim dziełem Anny Lange zachęciły mnie do życzliwego spojrzenia na historię tytułowego Clovisa LaFay. Książka ta, szumnie zapowiadana jako wiktoriańskie Archiwum X,  z akcją rozgrywającą  się w XIX wieku i opisującą losy uzdolnionego użytkownika mocy magicznych, rozbudzała naprawdę spore nadzieje.
 
Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście strasznie lubię niesamowite historie o duchach, niewyjaśnionych morderstawach, tajemnicach rodzinnych czy zaginionych, magicznych przedmiotach. A tu jeszcze główny bohater miał stać się częścią policyjnego wydziału zajmującego się niewyjaśnionymi i trudnymi do rozwiązania sprawami. Nastawiłem się więc na to wszystko bardzo, i jak już przyszło co do czego, z chęcią zagłębiłem się w lekturę. A to, że owa powieść została napisana przez Polską autorkę (ukrywającą się pod pseudonimem), dodatkowo pobudzało moją ekscytację.
Niestety, nie po raz pierwszy (i zapewne nie ostatni) - jak to często ze mną bywa - to, co tak bardzo podoba się innym, mi przechodzi przez przełyk niezbyt gładko.
 
Krótko pisząc, zawiodłem się tą książką. I nie dość, że nie otrzymałem w niej tego, czego się spodziewałem, to jeszcze sposób w jaki została napisana, pozostawia wg mnie sporo do życzenia.
Czy to jednak znaczy, że nie uświadczyłem tutaj historii o czarach, duchach i morderstwach? Przeciwnie i jak najbardziej, ale nie w taki sposób jakiego oczekiwałem.
 
Przede wszystkim chodzi o to, w jakich ilościach autorka podaje czytelnikowi te niesamowite atrakcje. A serwuje je w porcjach bardzo oszczędnych i wręcz wybiorczych. Kiedy nasz bohater (choć tak naprawdę głównych postaci w powieści mamy aż trzy) wyrusza na spotkanie z duchem, z którego ma wyciągnąć istotne dla śledztwa informacje lub przeprowadzić czar egzorcyzmów, nie uczestniczymy już wraz z nim w tym zabiegu. O jego przebiegu dowiadujemy się później z krótko streszczonej relacji słownej z pozostałymi postaciami. Podczas kolejnego śledztwa nad opętaniem więcej śledzimy rozmów poszczególnych postaci niż dowiadujemy się o samym wydarzeniu. I tak niestety dzieje się tutaj wiele razy. Czy to jest film, gdzie zabrakło funduszy na ukazanie efektów specjalnych? A może coś jest nie tak z wyobraźnią autorki? Nie sądzę. 
 
Druga sprawą (choć bardzo związaną z pierwszą) jest sam ton opowieści, dla którego Anna Lange zrezygnowała z pogrążania nas w tajemnicach na rzecz przedstawiania pozornie zwykłej historii rodzinnej. Mało tego, przez całą lekturę miałem wrażenie, że czytam jakiś obyczajowy romans, zaledwie rozgrywający się w świecie wszechobecnej magii. A to Clovisa i Alicję dręczą niewyznane miłosne fascynacje, to znowu w retrospekcjach śledzimy historię rodzącej się przyjaźni pomiędzy młodym LaFay'em i Johnem Dobsonem w szkole dla magów. Za chwilę z kolei nasz protagonista boryka się z dziedzictwem rodzinnym, które niszczyło jego przeszłość i w destruktywny sposób wpływa na teraźniejszość. I tak dalej, i tak dalej... Taki trochę magiczny Klan.
 
Na niewielki plus wychodzą same czary. O nich na szczęście jest sporo i choć nie dowiadujemy się jak dokładnie działają, to nazwy poszczególnych czarów oraz magicznych profesji szybko zapadają w pamięć. Bohaterowie posługują się i mówią o nich naprawdę często.
 
Warto też wspomnieć o samym języku. Przez zdecydowaną większość lektury autorka buduje zdania wielokrotnie złożone, przez co należy czytać książkę w sporym skupieniu. Nie pomaga to przy poznawaniu historii, która jak mniemam została skierowana raczej dla piękniejszej części czytelniczego świata.
 
Na szczęście, w drugiej połowie Anna Lange rezygnuje z językowych zawiłości, i co najważniejsze, wprowadza więcej dynamicznej akcji. Monotonne wątki rodzinne zaczynają się zacieśniać i wreszcie można cieszyć się lekturą. Na sam koniec dostajemy nawet kilkadziesiąt stron całkiem dobrej lektury.

Magiczne Akta Scotland Yardu przypadną do gustu tym z Was, którzy oprócz mrocznych opowieści lubują się przede wszystkim w historiach obyczajowych. Atutem lektury są ciekawie wykreowane postacie, a także próba ukazania czaru epoki, która wyszła autorce lepiej niż poprawnie.
Lecz jeśli tak jak ja myśleliście, że przeczytacie o przygodach kogoś w stylu Muldera i Scully, niestety obejdziecie się smakiem. Za mało tu tajemnic i mrocznych sekretów, a duchów jest tu jak na lekarstwo.

Moja ocena: 3/6.
 

sobota, 28 stycznia 2017

RECENZJA: Justice League Vs Suicide Squad (DC Rebirth)

Pierwszy cykl, łączący postacie z kilku osobnych serii komiksowych  od czasu inauguracji DC pod inicjatywą Rebirth rozpoczął się w grudniu zeszłego roku i doprowadził do konfrontacji dwóch najbardziej znanych drużyn z kart wydawnictwa. Oczywiście chodzi tu o Ligę Sprawiedliwości (Batman, Superman, Flash, Wonder Woman, Cyborg, Aquaman i Green Lanterns)  oraz Legion Samobójców (Deadshot, Harley Quinn, Killer Croc, Captain Boomerang, Enchantress, Killer Frost oraz El Diablo.
 
Jak to w ogóle się stało, że te tak różniące się supergrupy weszły ze sobą w szranki i co z tego wynikło? Nie chcę psuć Wam radości z samodzielnego odkrywania tej historii, napiszę więc tylko tyle, że niejaki Maxwell Lord włamał się do tajnej bazy Death Valey w Kaliforni, skąd uwolnił kilku najbardziej groźnych super-złoczyńców (m.in. Lobo, Doctor Polaris, Rustam). Jaki był jego cel? Otóż Max, który posiada możliwość kontrolowania i wpływania na myśli innych osób, postanowił z pomocą oswobodzonych skazańców zdobyć tajną broń, za pomocą której zaprowadzi ład i porządek na świecie. Tymczasem Batman, zaniepokojony odkryciem nieoficjalnej jednostki Task Force X (kierowanej przez Amandę Waller), zbiera Ligę Sprawiedliwości celem dyskusji nad rozwiązaniem zaistniałego problemu. I tu zaczyna się właściwa historia, rozpisana na sześć głównych zeszytów i kilka wątków pobocznych, zilustrowanych w 2 osobnych seriach (5 zeszytach) o supergrupach (tzw. tie-inach).
 
No cóż, muszę napisać że jako podstawowa całość, ten crossover prezentuje się zaledwie średnio. Tak jak przeładowane graficznie były główne wersje okładek serii, podobnie jest z samą zawartością komiksów. Jeśli ktoś lubi długotrwałą nawalankę pomiędzy superbohaterami lub wymyślane na szybko rozwiązania problemów, to będzie opowieść dla niego. Reszta, oczekująca ciekawej, nieco zaskakującej i głębszej historii niestety obejdzie się smakiem. Nie uświadczymy tu zbyt wielkiego nakreślenia charakterów pojedynczych postaci i choć rozumiem, że jest to trudne przy aż tylu bohaterach, Joshua Williamson nie postarał się o to prawie wcale. Prawie, bo są trzy lub cztery momenty, kiedy indywidualny pomysł jednostki błyszczy, ale dość szybko niknie to w gąszczu intensywnej i jak dla mnie, nie zawsze wciągającej akcji. A przy tej ilości stron (i papieru) to chyba troszkę za mało.
 
 
Tymczasem zupełnie inaczej ma się sprawa z wątkami w tie-inach. Zarówno wprowadzenie Killer Frost, historia pierwszego Suicide Squadu czy epilog historii (ukazujący gorzką prawdę o Amandzie Waller) są w sumie ciekawsze niż główny wątek. I nawet historyjka o Stevie Trevorze, który zmaga się z niebezpieczną rzeczywistością podczas działania diamentu Eclipso, dość fajnie pokazuje to, co dzieje się podczas takiego kryzysu w życiu zwykłych ludzi.
 
Mam też niestety wrażenie, że cały crossover powstał głównie po to, aby wprowadzić na rynek nową serię o superherosach (Justice League of America) oraz rozwinąć postacie Lobo i Killer Frost. I właśnie kwestia Lobo. Niestety, nie znam komiksów z tą postacią, ale słyszałem kiedyś, że to taki typ wesołka, który kozaczy, choćby nie wiem co się działo (Deadpool?). No, tutaj nie do końca odniosłem takie wrażenie i to właśnie za sprawą zbyt krótkiego czasu który dostają poszczególne postacie. Może, gdyby seria liczyła o dwa zeszyty więcej, wyszłoby jej to na lepsze? Choć z drugiej strony są wydarzenia, które z satysfakcjonującą nutą wybrzmiewają na łamach zaledwie trzech lub czterech wydań.
 
Każdą z części zilustrował inny grafik. Mamy tu więc (mojego ulubionego) Jasona Faboka, Tony S. Daniela, Jesusa Merino, Fernando Pasarina, Howarda Portera i Robsona Rochę. Każdy z artystów stworzył spójną z ideologią scenarzysty wizualizację, jednocześnie zachowując charakterystyczne cechy własnej twórczości. I jest to rzecz godna pochwały. Rysunki w tej serii to zdecydowany plus całości.
  
 
Pozostaje zatem mieć nadzieję, że JLA będzie fajniejsza niż stworzony specjalnie dla niej prolog. Prolog, który jest w jakimś sensie satysfakcjonujący, ale na pewno mógł być dużo, dużo lepszy. 
  
JL vs SS to komiks średni, który ratują świetne ilustracje oraz wątki poboczne, które w znaczny sposób wspomagają opowiadaną historię. I właśnie za to daję nieco wyższą ocenę całości. 
Jeśli więc lubicie wybuchowe historie, gdzie dzieje się dużo i kolorowo, to pozycja dla Was. Gdy jednak szukacie czegoś bardziej intrygującego i wciągającego, nie musicie bardzo spieszyć się z czytaniem.
 
Moja ocena: 4/6. 
 

piątek, 27 stycznia 2017

Nowe plakaty z Pięknej i Bestii.

Dzisiejszego poranka obrodziło nowymi plakatami z filmu Piękna i Bestia. 
Zapraszam do oglądania. Premiera filmu 17 marca b.r.
 

wtorek, 24 stycznia 2017

RECENZJA: Żywe Trupy, tom 25 - Bez Odwrotu

Najnowsza, dwudziesta piąta odsłona serii Kirkmana i Adlarda jak żadna inna wywoływała wielkie emocje jeszcze przed samą premierą. Stało się tak za sprawą niezwykłego suspensu, który zostawił nas na krawędzi czytelniczego fotela, a chęć poznania dalszych losów Ricka i jego ludzi była wręcz nie do opanowania. Wreszcie, po niecałych dwóch miesiącach oczekiwania Taurus Media uraczył nas nowym tomem Żywych Trupów - Bez Odwrotu. Dziś wszedłem w jego posiadanie i wręcz na gorąco opisuję swoje przemyślenia po lekturze.
 
Tytuł definiuje czas i miejsce, bo taka jest też ostatecznie sytuacja bohaterów. Pod koniec lektury okaże się, że było tak od samego początku, lecz zanim do tego dojdziemy, autorzy zabiorą nas w podróż, podczas której uzmysłowią i pokażą nam w jakim miejscu znalazły się lubiane przez nas postacie.
 
Od wojny z poplecznikami Negana minęły przynajmniej dwa lata. Ten czas pozwolił ludziom zorganizować życie i zajęcia, podporządkowując je zachowaniu bezpieczeństwa i stabilności wszystkich wspólnot. Problemy były, oczywistym przykładem jest choćby egzekucja Gregory'ego, ale generalnie przez cały czas życie w osadach toczyło się niezmiennym nurtem. I jak się właśnie okazało, był to taktyczny, choć przez nikogo nie zawiniony błąd. Błąd, który kosztował życie dwunastu niewinnych i kochanych osób. Niestety, Rick i jego drużyna zbyt długo pozostawali w bezpiecznym miejscu, niepostrzeżenie pozwalając, aby instynkt przetrwania został uśpiony i bezwolny. Dlatego właśnie zbrodnia szeptaczy tak bardzo wstrząsnęła całą społecznością. Sprawa oczywiście w największej mierze dotyczy Ricka, który jako przywódca ludzkości musi borykać się z nowymi przeciwnościami, lecz tak naprawdę nie był on nigdy szkolony w sztuce przewodzenia (choć ma naturalny dar) i nie wie jak sprytnie wykorzystywać daną mu przez los sytuację, aby kierować i płynnie nadzorować ludzi. Doszło do tego, że w kilku chwilach Grimes przypomina mi nawet zbyt ostrożnych przywódców z wcześniejszych odsłon cyklu (Douglas, Hershel, Gregory). Tą właśnie ułomność ostatecznie wytyka mu nie kto inny jak Negan, który, choć okrutny i niemoralny, dawniej umiał śpiewająco wykorzystać swój potencjał przywódczy.  Teraz, mimo tego, że siedzi zamknięty w piwnicy, najwyraźniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
 
Wiele dzieje się w tym tomie, choć jak na razie nie są to wydarzenia przesadnie wybuchowe, lecz raczej pokazane w świetle pewnej niezwykle istotnej, opisanej przeze mnie powyżej sytuacji. Wszystko co najciekawsze, stanie się dopiero w kontynuacji. A ta, jak sądzę także będzie rozgrywać się niespiesznie, bo widać, że Kirkman zaplanował sobie dokładnie tą historię, i będzie przedstawiał ją na wielu planszach jednocześnie. Do tego potrzeba mu czasu i ściśle określonego tempa.
I teraz wrócę jeszcze na chwilę do wątku Negana, bo choć nie ma go tu dużo, to jednak bardzo wrył mi się w pamięć. Autorzy chyba celowo kreują go na swoiste uzupełnienie Ricka. To, czego nie umie lub z pewnych względów moralnych nie chce zrobić Grimes, potrafi i może z łatwością osiągnąć Negan (oraz na odwrót).
Samej treści tomu już bardziej wnikliwie nie opiszę, nakreśliłem jedynie swoje odczucia odnośnie fabularnej podstawy opowieści. Po przeczytaniu sami ocenicie czy jest tak w istocie.
 
Tak jak w kwestii scenariusza, graficznie album również trzyma standardowy poziom, choć w/g mnie najlepiej rysowanymi tomami były dotychczas 21 i 22. Nie jest tu tak "artystycznie niedbale" jak we wcześniejszych odsłonach, ale w sumie nie mam się czego czepiać. Żywe Trupy w końcu zawsze stały historią, a nie grafiką.
 
Koniec końców, Bez Odwrotu to solidna, dobrze poprowadzona opowieść. Chyba jeszcze bardziej niż dotychczas opisuje nas, ludzi, którzy często borykają się z własnymi emocjami, nie wiedząc jak znaleźć dla nich ujście. I co najzabawniejsze, w świetle wydarzeń z naszego, realnego świata, pojęcia przewodnictwa, powinności i posłuszeństwa nabierają teraz zupełnie innej, jeszcze prawdziwszej wymowy.
 
Ps. Jeśli się nie mylę, to chyba pierwszy tom z serii, w którym nie pojawia się ani jeden szwędacz (no, może za wyjątkiem tej jednej, przygnębiającej sceny na początku)...
 
Moja ocena: 4,5/6.
  

poniedziałek, 23 stycznia 2017

RECENZJA: Legenda Robinii - Elena Kedros

Od razu zaznaczę, że Legenda Robinii to bardzo przyjemna i w sumie zgrabna książeczka. Taka na każdą okazję i pogodę. Od zawsze cenię sobie dobrą powieść młodzieżową, bo przy niezbyt zawiłym języku autora łączy wciągające historie wraz ze sprawną przyswajalnością tekstu. Czyli coś, czego potrzebujemy kiedy chcemy się odprężyć, lecz powiedzmy, niekoniecznie poszerzać nowe obszary intelektu. Tak jest i w tym przypadku. Wciągająca fabuła i ogólnie przyjemny ton powieści sprawiły, że te prawie trzysta stron "łyknąłem" w niecałe trzy dni.

O czym zatem opowiada ta lekka i przyjemna lektura? Mamy tu do czynienia z historią młodej dziewczyny, która straciwszy rodzinę w rozpaczy skrywa się w lesie, gdzie wkrótce dołącza do grupy wyjętych z pod prawa złodziejaszków. Z ich pomocą obmyśla plan zemsty na mordercy rodziców, gdy tymczasem dochodzą do głosu tajemnice, które mocno zmodyfikują dość przewidywalny tor tej opowieści.

Myślałem że Legenda Robinii będzie taką trochę dziewczyńską powieścią z drobnymi miłostkami i problemami typu "co ja teraz zrobię" lub "którego z nich wybiorę", ale na swoje szczęście pomyliłem się bardzo. Bohaterka przechodzi istotną przemianę, ucząc się jak radzić sobie w nowym świecie, do życia w którym została zmuszona przez brutalny los. Także pozostałe postacie (te dobre i złe) naszkicowane zostały solidną kreską, dzięki czemu nie mamy wątpliwości kto jest kim i czego się po nim spodziewać.
 
Ogólnie, mamy tu do czynienia ze sprawnie poprowadzoną historią awanturniczo-przygodową spod znaku łuku i strzały. Na tyle dobrą, że może sięgnąć po nią praktycznie każdy - nastolatek lub emeryt. Emocje iskrzą się na każdej stronie, a poczynania bohaterów są interesująca na tyle, aby kibicować im, wypatrując satysfakcjonującego zakończenia.

Polecam więc ją tym z Was, którzy gustują w legendach o silnych bohaterach i ich perypetiach. A w szczególności czytelnikom, kórzy lubią wyraziste kobiece postacie. Pełno ich teraz w literaturze i filmie, więc czemu nie poznać tej dawnej legendy z kobiecej perspektywy i centrum wydarzeń?
 
Moja ocena: 5/6.
 

niedziela, 22 stycznia 2017

RECENZJA: Nowy Świt - John Jackson Miller

Lubię Rebeliantów, uwielbiam Gwiezdne Wojny. Wiele potrafię tej serii z owej miłości wybaczyć. Z książkami jest różnie. Nie czytałem wielu pozycji z obecnych Legend, chwalę sobie jednak Drogę Zagłady, Moc Wyzwoloną, Trylogię Thrawna oraz Czarnego Lorda - Narodziny Dartha Vadera. To dobre, solidne lektury.
Tu, czyli przy Nowym Świcie J. J. Millera poległem. Nie dałem rady. Przeczytałem 320 z 480 stron. W sumie niewiele brakowało... Poddałem się po dwóch tygodniach męczarni.
 
Przecież to nie mogło się nie udać! Pierwsze, historyczne i owiane swoistą legendą spotkanie Kanana Jarrusa z Herą Syndullą, zaczątek załogi Ducha, oglądanej co tydzień na ekranach telewizorów! Były padawan Jedi i wielce utalentowana pani pilot przeżywają swoją pierwszą przygodę. Ech, a jednak...
Nie sądziłem że wstep do udanego serialu animowanego może być aż tak mało ciekawy oraz pozbawiony klimatu telewizyjnej produkcji. Rozumiem, że docelowym odbiorcą był w zamierzeniu nieco starszy czytelnik, i może w innych okolicznościach łatwo bym to przełknął, ale co jak co, lecz klimat w Gwiezdnych Wojnach to absolutna podstawa! Tu jakiś szczątkowy klimat niby jest, ale jego źródło to na pewno nie gwiezdna saga. A to poważne uchybienie.
Nie będę rozwodził się nad fabułą, szkoda na to miejsca. Uwierzcie mi na słowo, ta książka to prawdziwy usypiacz dla każdego czytelnika ceniącego wartką akcję. Reszta, uwielbiająca długaśne opisy i głębokie wynurzenia autora może być nawet zachwycona.
 
Bo co tak naprawdę tu nie gra? Kilka istotnych rzeczy.
Na minus idzie akcja, która jak przystało na tematykę Star Wars powinna śmigać jak pojazd Anakina z wyścigów w Mrocznym Widmie. Niestety, tego w powieści nie uświadczymy. Jest tu co prawda parę ciekawych zwrotów akcji, ale są zbyt krótkie i występują tak rzadko, że zwyczajnie zapominamy o nich w gąszczu nawarstwiającej się pomiędzy nimi nudy.
Po drugie, miejsce wydarzeń. Tylko jedna planeta i jej księżyc? No przepraszam, cała galaktyka czeka na wykorzystanie i jęczy niezaspokojona. Każda gwiezdno-wojenna historia toczy się na przynajmniej kilku planetach. A tu co? Bida z nędzą.
Po trzecie postacie. Poprowadzone niby dobrze, rys psychologiczny jest i nawet można się odrobinę utożsamić, ale zbyt wiele opisów ich przemyśleń i rozterek napompowało moją głowę niczym ogromny balon.
Nie podobał mi się też ten wspomniany powyżej zbyt poważny ton powieści, która w założeniu jest przecież wprowadzeniem do telewizyjnego serialu dla dzieci. Jak dla mnie, to za bardzo gryzie w oczy. Nie wierzę, że dzieciaki z własnej woli sięgną po tą książkę.

Reasumując - Nowy Świt to nużąca, zbyt ambitna jak na rozrywkową fantastykę dla młodzieży i straszliwie rozwlekła lektura. Polecam ją więc tylko i wyłącznie tym fanom SW, którzy z założenia czytają wszystko jak leci. Reszta, marsz przed telewizory. Zaraz puszczają Rebeliantów. Tam jest znacznie lepsza rozrywka.
 
Moja ocena: 1/6.
 

czwartek, 19 stycznia 2017

RECENZJA: Aquaman vol. 1 - The Drowning

Od jakiegoś czasu Aquaman jest jednym z moich ulubionych (obok Flasha) bohaterów DC Comics. Muszę też nadmienić, że znam jego losy wyłącznie z komiksów New 52, a wcześniejsze przygody na razie czekają na odkrycie.
Historie o królu Atlantów przypadły mi do gustu przede wszystkim za sprawą opowieści, w jaką się układają. Zmagania z własną przynależnością do obcej rasy, brzemię władzy oraz niesamowita ilość przygód, intryg i komplikacji szybko zdobyła moje serce. To zupełnie inna jakość w dość specyficznym (a nawet hermetycznym), superbohaterskim świecie. I może Aquaman jest też członkiem Ligii Sprawiedliwości, lecz na kartach własnego komiksu jawi się jako ktoś zupełnie inny niż klasyczny heros. Tym chętniej sięgnąłem po pierwszy zbiorczy tomik z nowej serii Rebirth, aby poznać najnowsze losy pół-człowieka, pół-atlanty - Arthura Curry. I nie zawiodłem się.
 
Dan Abnett wymyślił intrygującą fabułę. W nieco Hitchkockowskim stylu już na samym początku sprawił, że zadrżała ziemia, aby następnie intensywnie podkręcać śrubę, aż do wybuchowego (choć wcale nie ostatecznego) finału. Pozwólcie jednak, że nakreślę wszystko od początku.
 
Po powstrzymaniu przez Aquamana wywrotowej atlantydzkiej jednostki zwanej The Deluge (Potop), która zamierzała zaatakować wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Arthur organizuje spotkanie dla prasy i międzynarodowych agencji w lądowej ambasadzie Atlantydy nazywanej Spindrift w Massachusetts. Wydarzenie to ma na celu zacieśnienie wzajemnych stosunków pomiędzy ludźmi i atlantami. Niestety, Spindrift staje się nieoczekiwanie celem ataku Czarnej Manty, który wciąż nie może pogodzić się ze swoją przeszłością, o którą nieustannie obwinia Aquamana. Po zaciekłej walce przestępca zostaje powstrzymany, lecz policyjna eskorta zostaje zaatakowana w drodze do aresztu przez nieznanych sprawców, którzy transportują Mantę na opuszczone lotnisko w Maine. Tam Manta poznaje jedną z członkiń organizacji - Black Jack, która składa mu ofertę nie do odrzucenia.
Tymczasem rząd USA cofa status suwerenności Spindriftu i do czasu wyjaśnienia sprawy zamyka ambasadę na wyłączność. Aquaman wraz ze swoją narzeczoną Merą nie mają wyjścia i czym prędzej udają się do Waszyngtonu. W Białym Domu spotykają się z szefem sztabu, G. Gantrym, celem wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jednak w tym samym czasie, na Południowym Atlantyku dochodzi do militarnego ataku na statek marynarki wojennej Stanów i jak się wkrótce okazuje, było to dzieło Atlantów. Na nic zdają się zapewnienia Arthura o pomyłce i honorowych intencjach jego ludu. Władca podwodnego ludu zostaje natychmiast aresztowany.
 
 
Kto i dlaczego działa na niekorzyść kruchego sojuszu pomiędzy światem podwodnym  i lądem? Jaka organizacja uprowadziła Czarną Mantę i co jest ich celem? Co zrobi Mera, aby wyswobodzić Aquamana z aresztu? To pytania, na które już nie odpowiem, bo zepsułbym Wam frajdę z czytania.
Zapewnię tylko, że dzieje się tu naprawdę dużo i ciekawie. A to dopiero początek, bo pojawienie się w finale jednego z członków Ligi Sprawiedliwości wróży jeszcze ciekawsze wydarzenia w drugim tomie.

Warto też przez pryzmat tego albumu spojrzeć na samą postać Aquamana. Komiks w ciekawy sposób pokazuje go jako najmniej kochaną postać z Ligi. Poprzez pochodzenie z innego świata, który jest tak bliski naszemu, a zarazem zupełnie nieznany, aż do błędnego odczytania jego motywacji nawet przez przyjaciół z super-zespołu. Sam bohater w pełni zdaje sobie z tego sprawę i ta świadomość jest mu solą w oku.
Za sprawą dobrego scenariusza czytelnik doskonale rozumie wewnętrzne rozterki Arthura, ale otoczenie nie, i to właśnie przez to łatwo jest się z nim zaprzyjaźnić i utożsamić.
 
Strona graficzna albumu stoi na bardzo wysokim poziomie. Artyści Scot Eaton, Oscar Jimenez i Mark Morales stanęli na wysokości zadania. Ich kreska jest dynamiczna, dokładna, a całość cieszy oczy wyrazistymi, żywymi kolorami. To właśnie barwy sprawiają, że świat morza i lądu przedstawia się tak rzeczywiście. To kolejny plus komiksu.

Ostatnie strony wydania to tradycyjne szkice artystów. Dobrze jest móc zapoznać się z pracą grafików od kuchni.

Podsumowując, ciekawa fabuła, wielowątkowość historii, sporo postaci i wysoki poziom grafiki czynią z Aquamana rozrywkę, którą można jak najbardziej polecić. Jeśli ten poziom utrzyma się w kolejnych tomach, Aquaman z pewnością nie przestanie być jednym z moich ulubieńców. Czego i Wam wszystkim życzę.

Moja ocena: 5,5/6.
 

środa, 18 stycznia 2017

Piękna i Bestia w stylu Funko Pop!

Wygląda na to, że zbliżająca się wielkimi krokami premiera filmu Disney'a, Piękna i Bestia przyniesie ze sobą wysyp wszelkich kolekcjonerskich gadżetów. Wkrótce na każdym kroku nie odpędzimy się od wszelkiego rodzaju naklejek, książeczek, gazetek, pluszaków, zabaweczek itd.
 
Na szczęście jasnym światełkiem jest jak zawsze firma Funko, która już wkrótce wypuści na rynek kilka figurek z tego filmu, godnych prawdziwego zbieracza.
Ponieważ jakiś czas temu Funko wprowadziło na rynek swoje wersje postaci z klasycznej animacji, poniżej zamieszczam swoiste porównanie Popów z nowego filmu z tamtymi wariantami. 
 
Muszę Wam przyznać, że te wcześniejsze podobają mi się trochę bardziej, ale jest jeszcze jedna rzecz, która przychodzi mi do głowy. Jeśli postawilibyśmy na antycznych meblach nowego Płomyka, Trybika oraz Panią Imbryk z Bryczkiem, zapewne niejedna osoba dałaby się nabrać, że to najprawdziwsze, klasyczne elementy wystroju wnętrza.
 
Zresztą popatrzcie, porównajcie i oceńcie sami:
 
 
film aktorski
 
animacja
 

film aktorski
 
animacja
 
 

wtorek, 17 stycznia 2017

RECENZJA: Tuf Wędrowiec - George R. R. Martin

Czasem trafia nam się taka powieść, przy której wyraźnie czujemy, że opisane w niej zdarzenia i przygody były jedynie pretekstem dla autora do przedstawienia swych przemyśleń na z gruntu wcześniej zaplanowane tematy. Tak właśnie jest w przypadku Tufa Wędrowca - G. R. R. Martina.

Otóż bowiem nie same perypetie tytułowego Havilanda Tufa, podróżnika i kupca (który pewnego dnia wchodzi w posiadanie ogromnego statku-bazy Inżynierskiego Korpusu Ekologicznego, rozpoczynając karierę samozwańczego ekologa na usługach potrzebujących) są tu najważniejsze. Choć oczywiście przygody tego dobrodusznego i łebskiego miłośnika kotów wciągają nas jak diabli, tryskają dobrym pomysłem i przewrotnym humorem, to jednak przemyślenia na ponadczasowe tematy są głównym daniem tej niecodziennej powieści. I jest to jej niewątpliwa zaleta, bowiem literatura, która skłania do myślenia oraz wyrabiania własnych opinii jest jak najbardziej drogocenna.

Choć Tuf Wędrowiec powstał ponad trzy dekady temu i jest jak najbardziej rasową książką fantastyczną, tematy które podejmuje nie zestarzały się dosłownie ani o sekundę. Dotyczą one nie tylko obcych ras w kosmosie, ale przede wszystkim nas, ludzi - tutaj, na Ziemi. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że owe problemy są nam dziś zasadniczo bliższe, niż w połowie odległych lat 80-tych. Przeludnienie, głód, nadmierna prokreacja, niesprawiedliwość wobec słabszych, dręczenie zwierząt, chciwość, choroby, chęć wykorzystania potężnych zasobów energii do celów zdobywczych i najzwyczajniejsza małostkowość, to najważniejsze z podejmowanych przez autora tematów. Wszystko to obleczone zostało we wciągającą,  przygodową opowieść, gdzie spryt i pomysłowość głównego bohatera niejednokrotnie pomagają mu wyjść cało z opresji.

rys. derek stenning
 
 
Z jednej strony jest więc Tuf Wędrowiec świetną, inteligentną książką na każdą okazję, a z drugiej, po wnikliwszym zapoznaniu ujrzymy w niej ukryte dno, które zmusi nas do niejednej ciekawej refleksji. I to w moim odczuciu stanowi główną siłę powieści.
George R. R. Martin jest absolutnym mistrzem, a dowiódł tego nie tylko tworząc wspaniałą Pieśń Lodu i Ognia czy Ostatni Rejs Fevre Dream, ale właśnie postać Havilanda Tufa i jego bandę przeuroczych kotów z międzygwiezdnej Arki (z niesamowitym telepatą Daxem na czele).

Moja ocena: 5/6.
 

piątek, 13 stycznia 2017

RECENZJA: Superman vol. 1 - Son of Superman (DC Rebirth)

Miesiąc temu zamieściłem materiał o tym, co ciekawego moim zdaniem ma w swojej ofercie wydawnictwo DC. Pośród krótko omówionych tytułów (m.in. Titans, Flash czy Wonder Woman) zabrakło najstarszej i najbardziej ikonicznej postaci - Supermana.
Dziś nadrabiam tą zaległość, ponieważ udało mi się przeczytać pierwszy tom wydawanego w ramach inicjatywy Rebirth komiksu Superman - Son of Superman.
 
Superman z New 52 nie żyje. Podczas dramatycznej próby ratowania ludzkości przed tajemniczą, ognistą istotą Człowiek Ze Stali spada na ziemię i bezpowrotnie umiera. Ziemia opłakuje swego wybawcę, lecz tymczasem na świecie pojawia się nieoczekiwanie nowy Superman. Jest nim żyjący do tej pory w ukryciu Clark Smith, mieszkający na farmie w Hamilton County wraz ze swoją żoną Lois oraz synkiem Jonathanem.
Clark jest tak naprawdę Supermanem z odległych czasów, który poległ w walce z Doomsdayem, a teraz powrócił do życia, postanawiając zająć miejsce dotychczasowego Supermana. I jakkolwiek to wprowadzenie może wydawać się dziwne lub zagmatwane, nie należy traktować go zbyt poważnie. To już kwestia dla starych wyjadaczy DC, którzy śledzą losy bohaterów wydawnictwa od wielu, wielu lat. Istotne jest tylko to, że tu właśnie zaczyna się nasza historia.
 
A jest to opowieść rodzinna, i choć możecie być tym zdziwieni, jako taka sprawdza się wprost idealnie. Clark jest może i superbohaterem, ale na kartach tej historii to przede wszystkim ojciec i mąż. Wierzcie lub nie, ale naprawdę świetnie czyta się komiksy gdzie postacie (choćby nie wiem jak dziwne by nie były) zbudowane są z krwi i kości. Superman boryka się z obowiązkami wobec najbliższych oraz wciąż kształtującymi się mocami Jona. I jest to pewien problem a także zagadka dla całej rodziny. Jonathan nie potrafi zapanować nad promieniami z oczu, nader często ulega również najróżniejszym urazom.
Cała intryga zawiązuje się, gdy Jon, pomagając ojcu w ratunku lodołamacza kaleczy się, zostawiając na śniegu kilka kropli krwi. Ślady te odnajduje sonda nieznanego pochodzenia, która wkrótce za sprawą dokonanego odkrycia transformuje się w Eradicatora. Ów robot okazuje się być maszyną z Kryptona, zaprogramowaną do odtworzenia cywilizacji zniszczonej planety. Aby to uczynić, potrzebny mu będzie Jon, a dokładniej kryptońska część jego natury. I na nic zdadzą się tłumaczenia Supermana, że za żadne skarby nie odda dla tej sprawy życia synka. No i oczywiście sprawy szybko idą na noże.

 
Son of Superman to bardzo dobry komiks, stawiający na piedestale wartości rodzinne, a także poruszający kwestie dziedzictwa i obowiązku jakie z niego wypływają. Do tego otrzymujemy dynamiczną akcję i walki, które narysowane zostały w całkiem klarowny i sugestywny sposób. Peter J. Tomasi i Patrick Gleason stworzyli wielce rozrywkową historię, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Samego Patricka w rysunkach wspomogli m.in. Doug Mahnke, Mick Gray oraz Jorge Jimenez.
Na minus albumu zaliczyłbym całą technologiczną otoczkę i nieco powtarzalną paplaninę Eradicatora. No cóż, nie jestem i nigdy nie byłem zbytnim fanem tego typu elementów w przygodach Supermana. Jednak tym z was, którzy lubią podobne rozwiązania fabularne, komiks będzie czytać się wyśmienicie.

Ogólnie, pierwszy zbiorczy tomik 6 zeszytów Człowieka Ze Stali (oraz wstępniaka z Rebirth) wypada bardzo obiecująco. Różnorodność kresek w każdej z części w sumie nie razi, a przedstawiona historia zasadniczo broni się sama.
Na końcu albumu znajdziemy też galerię okładek alternatywnych oraz kilka szkiców z objaśnieniami. Miły dodatek.

Jeśli rozpoczęte tu, rodzinne wątki będą z powodzeniem kontynuowane w następnych częściach, a ilość udziwnionego science-fiction nieco zmaleje, Superman będzie z pewnością lekturą obowiązkową dla wszystkich komiksomaniaków. Tymczasem polecam wszystkim niniejszy tom. Superman jest teraz naprawdę... Super!

Moja ocena: 4,5/6.
 

wtorek, 10 stycznia 2017

Lego Elves - Historia i 5 najlepszych zestawów.

Rok 2012 był szczególny w historii Lego, bowiem właśnie wtedy firma wprowadziła na rynek serię klocków skierowaną specjalnie dla dziewczynek. Premierę Lego Friends poprzedziły długie badania rynku i jak się szybko okazało, decyzja o skierowaniu uwagi młodocianej płci pięknej na zabawki z zasady przeznaczone dla chłopców, była strzałem w dziesiątkę. Bajeczne kolory, dziewczęca tematyka  oraz zastąpienie klasycznych minifigurek tzw. mini-laleczkami (minidolls) zapewniły sukces tak duży, że 3 lata później Lego zaprezentowało światu kolejną, jak mi się wydaje, jeszcze ciekawszą serię dla dziewczynek.  
W ten sposób narodziły się Elfy, a dokładniej Lego Elves. Fantastyczny świat pełen magii, nieznanych istot i przygód. A choć stylistyka zestawów z obu serii nie pozostawiała wątpliwości do kogo są one kierowane, sama tematyka okazała się ponownie wielce interesująca, aby po raz kolejny osiągając wielki sukces. To, oraz parę innych kwestii sprawiło, że postanowiłem omówić ją na tym, bądź co bądź, poświęconym fantastyce blogu.
 

niedziela, 8 stycznia 2017

RECENZJA: Autopsja Jane Doe

Autopsja Jane Doe to film, który w akademicki sposób pokazuje, jak operując zapożyczeniami, kliszami i wytartymi schematami można zniszczyć dobrze zapowiadający się koncept filmowy. Te wątpliwe w swej treści i przesłaniu dzieło popełnił norweski reżyser, Andre Ovredal. W rolach głównych wystąpili Brian Cox oraz Emile Hirsh.
 
O czym zatem opowiada ten tak zbesztany przeze mnie film? Otóż szeryf wezwany na miejsce domowego morderstwa, odkrywa w piwnicy na wpół odkopane ciało młodej dziewczyny. Czym prędzej zawozi znalezisko (którego w żaden sposób nie udaje się mu samodzielnie zidentyfikować) do siedziby koronera, aby ten przeprowadził sekcję, zdobywając odpowiedzi na klasyczne pytania z cyklu: kto, jak, czym i kiedy. Zależy mu na czasie, toteż koroner wraz ze swoim synem od razu zabierają się do pracy.
I tu zaczyna się robić ciekawie. Zamglone źrenice dziewczyny świadczą o tym, że zmarła cztery dni temu, jednak jej ciało jest giętkie i nie zdradza śladów pośmiertnego odrętwienia. Płuca wykazują efekt spalenia, lecz skóra denatki jest nienaruszona. Nadgarstki ofiary zostały złamane, a język ucięty. Dodatkowo w jej nosie zalęgła się mucha. Wszystko to bardzo mocno nie pasuje do siebie, a takich dziwnych, niewyjaśnionych odkryć jest jeszcze wiele. Fajny to pomysł, bo potęguje zaciekawienie, na dodatek prawie sto procent akcji dzieje się w podziemnej kostnicy, więc klimat praktycznie powinien robić się sam.
 
Niestety wkrótce (tak mniej-więcej w połowie) wszystko stopniowo bierze w łeb. Oczywiście, tej nocy, kiedy przeprowadzana jest autopsja szaleje bardzo złowroga burza (jakżeby inaczej). Radio emituje dziwne dźwięki, a w najmniej oczekiwanym (choć i tak spodziewanym) momencie wysiada prąd. Nie można dostać się windą na górę, a złamane przez wichurę drzewo przywala dodatkowe wyjście z piwnicy. I to właśnie jest początkiem całej masy klisz i powtórzeń, które każdy fan filmów grozy widział już dziesiątki razy. Nie chcę już więcej spojlerować fabuły, ale wszystkie te przypadki umiejętnie zabijają pierwotny, całkiem ciekawy pomysł. Do tego dochodzi zachowanie bohaterów. Odkąd gaśnie światło, ich umysły przestają racjonalnie funkcjonować. Nienaturalne reakcje bohaterów na wszystko co dzieje się wokół, jeszcze bardziej kontrastują z zagadką tożsamości dziewczyny, którą mimo wszystko dziwnym trafem udaje się im rozwiązać w trzecim akcie filmu. Niestety, jak to bywa w horrorach, na ratunek jest już oczywiście za późno.
 
 
Smutne to wszystko, bo przecież wystarczyło posłużyć się niedopowiedzeniem, tak jak choćby w recenzowanej przeze mnie niedawno Czarownicy, aby uzyskać ciekawy, pełen wątpliwości klimat. Poza tym, twórcy filmu chyba zapomnieli, że najbardziej straszy to, czego tak naprawdę nie widać. Po co więc prezentują skrzypiące, otwierające się drzwi, kiedy mogli pokazać, że jakimś dziwnym trafem już stoją otworem?
 
Niestety, Autopsja Jane Doe marnuje potencjał, który w niej drzemał. To mógł być naprawdę niezapomniany film,  eksplorujący interesujące obszary z dawnych, nie do końca poznanych czasów. Tymczasem, postanowiłem zakopać go głęboko w swojej pamięci, aby nie wrócił nawiedzać mnie, jak tytułowa bohaterka dwóch bogu ducha winnych koronerów.
 
Moja ocena: 2/6. 

środa, 4 stycznia 2017

RECENZJA: Krew Stracharza - Joseph Delaney

Po raz dziesiąty Joseph Delaney zaprosił mnie do świata magii, grozy oraz nieustannej walki z nieznanym. Serię o Tomie Wardzie, uczniu stracharza Gregory'ego czytam już od jakiegoś czasu. Sięgnąłem po nią wkrótce po obejrzeniu wysoce nieudanego filmu na jej podstawie, który był zaledwie cieniem owego cyklu. Szkoda, ale przynajmniej dzięki niemu zajrzałem do źródła. I nie żałuję.
Seria o stracharzu jest w zamyśle kierowana do młodzieży, ale jednym z jej wielu atutów jest to, że z powodzeniem może czytać ją odbiorca w dowolnym wieku. Nawet ktoś taki jak ja, kto młodzieżą nie może mienić się od bez mała dwóch dekad.
 
Co więc spotka czytelnika w dziesiątym tomie historii zmagań z Mrokiem? Ano, wreszcie wracamy do narracji głównego bohatera, Toma (w dziewiątej części przewodnią postacią była wiedźma Grimalkin) i niemal od razu rzuceni zostajemy w intensywny wir zdarzeń. Choć do Chipenden wrócił pokój, możemy być pewni, że dla naszych bohaterów czas relaksu jest jeszcze odległy. Do odbudowującego wspólny dom stracharza i ucznia, docierają wieści od niejakiej jejmości Fresque, która zaprasza ich do swej posiadłości w Todmorden, celem sprzedaży ksiąg do spalonej biblioteki. Jak ważna jest zapisana wiedza dla walczących z Mrokiem, tego sympatykom cyklu wyjaśniać nie trzeba. Tak więc, po bardzo istotnej wyprawie Toma i Alice do Wieży Malkinów, chłopak wraz z Mistrzem wyruszają na umówione spotkanie z kobietą. Nie wiedzą jeszcze, że za sprawą intrygi, w którą wciągnięty został także Judd Brinscall, dawny uczeń Gregory'ego, przyjdzie im zmierzyć się nie tylko z narastającym Mrokiem, ale też grozą przychodzącą spoza granic Hrabstwa.
 
J. Delaney znów sprawnie prowadzi wszystkie zaplanowane wątki. Co ciekawe, również w tej części kolejny raz otrzymujemy coś nowego. Tematem przewodnim jest nadal walka z Mrokiem i samym Złym, jednak autor umiejętnie dorzuca nowe wątki, czyniąc historię pełniejszą, a zarazem jeszcze ciekawszą. Oprócz zwyczajowych utarczek z czarownicami, odsłania się przed nami (czy raczej przed bohaterami) niebagatelne zagrożenie ze strony krwiopijczych istot z Rumuni.
Mocną stroną książki jest również rozwój postaci. Stracharz jest oczywiście coraz starszy, nie może więc radzić sobie z walką jak za dawnych lat. Tom natomiast, z każdym rokiem terminu zdobywa wiedzę i umiejętności, które powoli czynią go coraz silniejszym. Młodzian poznaje coraz więcej sposobów na pokonanie zła, a do wielu z nich dochodzi sam (lub za sprawą sprzymierzeńców). Jest to niewątpliwym atutem cyklu. To właśnie z pomocą narracji i stopniowego odkrywania kart poprzez główną postać, czytelnik ma możliwość stopniowego wnikania w przedstawiony, fantastyczny świat.
 
Cóż tu więcej pisać? Jestem fanem książek o stracharzu. Choć najmniej podobało mi się Starcie Demonów, w finałowych tomach dostrzegam znów tendencję zwyżkową (najbardziej lubię trzy pierwsze części). I choć elementów składowych opowieści jest naprawdę sporo, napisana została tak, że nikt z pewnością się w tym wszystkim nie pogubi.
 
Zatem, kto jeszcze nie czytał, niech dłużej nie zwleka. Krew Stracharza to naprawdę dobra, wciągająca lektura. Oczywiście, nie polecam zaczynać od niej przygody z tym cyklem, lecz jeśli nie macie pod ręką poprzednich części, możecie spróbować. Sporo spraw z poprzednich części jest tu przystępnie wyjaśnionych.
Aha, i może faktycznie uważajcie - chwilami jest strasznie i krwawo. Lepiej czytajcie tą książkę za dnia. Po północy może potrzebny być stracharz...
 
Moja ocena: 5/6.
 

niedziela, 1 stycznia 2017

RECENZJA: Czarownica - Bajka Ludowa z Nowej Anglii

Różne bywają filmy grozy, tak samo jak różne są historie przez nie opowiadane. Czasami, aby przestraszyć lub wytworzyć pełną niepewności atmosferę nie trzeba wcale epatować wodospadami krwi lub setkami robaczywych truposzy wyskakujących bez ustanku z szafy. Wystarczy posłużyć się niedopowiedzeniem, klimatem oraz stylem narracji, który uśpi naszą świadomość, bezwolnie prowadząc nas w nieznane.
 
Z takim właśnie filmem mamy do czynienia w przypadku Czarownicy. Napisana i wyreżyserowana przez Roberta Eggersa, opowiada historię rodziny wypędzonej z nowoangielskiej osady, która zmuszona jest zamieszkać na odludziu, nieopodal lasu. William z Katherine oraz ich piątka dzieci muszą odtąd radzić sobie sami, żyjąc z dala od innych ludzi oraz cierpiąc wszelkie trudy owego losu. Ich ostoją zdaje się być wiara i to właśnie jej powierzają nieomal całkowicie swój nędzny los. A ten wkrótce doświadcza ich surowo, ponieważ w dziwnych i trudnych do zinterpretowania okolicznościach ginie im najmłodszy synek. Choć rodzina tłumaczy sobie, że śmierć dziecka była zapewne przyczyną ataku wilka, z upływem czasu i pewnych wydarzeń, winą za całe zajście obarczona zostaje najstarsza, dorastająca już córka, Thomasin. Niepewności dopełnia też istota obecności niejednokrotnie wspominanej czarownicy, rzekomo mieszkającej w głębi lasu.
 
Film Eggersa od samego początku operuje swoistą symboliką, zwodząc nas w różnych kierunkach, a żaden fakt nie zostaje podany bezpośrednio na tacy. Nie jestem do końca przekonany o słuszności takiego wyboru twórców, bo osobiście lubię filmy z większą ekspozycją czasu, postaci i miejsc, w których dzieje się akcja. Daje mi to możliwość głębszego wczucia w sytuację bohaterów.
Poetyka, którą operuje reżyser jest z jednej strony bardzo unikalna, ale też mocno balansuje na granicy realności. Klimatyczna, w kilku momentach niepokojąca muzyka, światło, zdjęcia i naturalistyczna gra aktorów stopniowo prowadzą nas w nieuniknione objęcia grozy. Choć tak naprawdę tej nie ma tu fizycznie zbyt wiele, sama wrażliwość widza ustali, jak silnie jest podany ten przekaz. Sądzę, że interpretacji tego filmu będzie tyle, ile osób go oglądających. Celowo nie napisałem więcej o fabule (choć bardzo bym chciał), bo tak naprawdę o treści tego filmu nie powinno się pisać zupełnie nic, albo zdradzać wszystko.
 
 
Z jednej strony Czarownica jest potężną krytyką bezwarunkowej, czy wręcz obezwładniającej wiary, z drugiej opowieścią o bezsilności ludzi wobec nieokiełznanych i niepokojących sił natury. Niejednokrotnie podczas seansu zastanawiałem się, co sam zrobiłbym w podobnej sytuacji, ciesząc się podświadomie, że na szczęście siedzę wygodnie w fotelu przed ekranem telewizora. Reżyser w dość jasny sposób pokazuje jak wyniszczające mogło być niegdyś osamotnienie oraz fanatyczna religijność.
Sam film straszy nas nie tylko gęstym klimatem opowieści, ale też sprytnie rozegraną symboliką, wziętą rodem z ludowych podań. Te aspekty obrazu przypadły mi do gustu najbardziej.
 
Po seansie Czarownicy zastanawiałem się długo jak właściwie ocenić ten film. Brać go takim jakim jest, czy doszukiwać się drugiego, ukrytego dna. I w sumie nadal nie wiem. Sądzę, że każde podejście jest dobre, a to, że film daje tak mocno do myślenia czyni go dziełem niecodziennym i nadzwyczaj ciekawym.
 
Moja ocena: 5,5/6.