wtorek, 28 lutego 2017

RECENZJA: Star Wars Komiks (1/17) - Poe Dameron: Eskadra Czarnych

Epizod VII pozostawił pewien niedosyt związany z sytuacją  Galaktyki trzydzieści lat po akcji  przedstawionej w  Powrocie Jedi. Nie dowiedzieliśmy się jak dokładnie powstał Najwyższy Porządek, dlaczego Luke ukrył się przed resztą przyjaciół, kim jest Snoke i skąd wziął się zakon rycerzy Ren. Zapewne na odpowiedzi przyjdzie nam  poczekać do premiery Ostatnich Jedi, bo choć na rynku pojawiło się już wiele publikacji około-tematycznych z Przebudzenia Mocy, to każda z nich jak ognia unika poruszania powyższych tematów.
 
Tak jest też w przypadku wydanego u nas komiksu, Poe Dameron: Eskadra Czarnych. Choć akcja opowieści w nim zawartej rozgrywa się na kilka miesięcy przed wydarzeniami z Epizodu VII, to nie uchyla nawet rąbka wyczekiwanej przez nas tajemnicy. Jako czytelnikom pozostaje nam się z tym pogodzić i bez żalu zagłębić w przygody najlepszego pilota Nowej Republiki.
A przygód tych jest tutaj sporo, bowiem naszego asa przestworzy zastajemy w chwili, gdy Generał Leia Organa zleca mu misję odnalezienia Lor San Tekki, podróżnika, który mógłby rzucić nieco światła na temat miejsca przebywania Luke'a Skywalkera. Misja jest o tyle ważna, ponieważ Najwyższy Porządek w tylko sobie znanym celu również poszukuje dawnego rycerza Jedi. Poe dobiera więc sobie ludzi, wskakuje do swego czarnego X-winga i rusza za tropem podanym przez panią Generał.
 
Młody dowódca eskadry nawet nie podejrzewa, dokąd zaprowadzi go ta misja. Odwiedzi najniebezpieczniejsze, podziemne rejony Jaskini Opiekunów, gdzie za sprawą podstępu zmierzy się z niejakim Agentem Terexem oraz pozna istoty opiekujące się od wielu lat tajemniczym, fluorescencyjnym jajem. Wraz ze swoimi ludźmi spotka Hutta Grakkusa, niebezpiecznego bandytę, uwięzionego w kompleksie Megalox Beta. Będzie musiał wykazać się hartem ducha, sprytem i odwagą aby zdobyć tajne informacje, a także wyjść z tych wszystkich sytuacji cało - tym bardziej, że los nie zawsze zechce mu sprzyjać.
 
 
Tak w skrócie przedstawia się zawartość tego albumu i muszę zauważyć, że dostarcza on rozrywki na całkiem niezłym poziomie. Fani rycerzy Jedi i walk na miecze świetlne raczej nie mają tu czego szukać, natomiast ci z Was, którzy lubią awanturnicze historie opisujące niebezpieczne misje pilotów, będą z pewnością zadowoleni. Charles Soule postawił na szybką akcję, wyraziste, przekonujące postacie i ciekawe spojrzenie na nowe wydarzenia, zapewniając czytelnikom kilka kwadransów naprawdę godnej rozrywki.
 
Rysunki Phila Noto są bardzo realistyczne, choć jednocześnie proste. Postacie bezbłędnie przypominają swoje filmowe pierwowzory, ilustracje X-Wingów i TIE Fighterów są bardzo czytelne i klarowne, a szerokie plany oraz intensywne zbliżenia nie rażą przesadnością  lub  zbyt małą dbałością o szczegóły.
 
Poe Dameron: Eskadra Czarnych to komiks nie tylko dla sympatyków Gwiezdnych Wojen. Choć jego akcja jest powiązana bezpośrednio z Przebudzeniem Mocy, nawet nieobeznany z kinowym uniwersum czytelnik bez problemu odnajdzie się w akcji opowieści. Choć brak tu odpowiedzi na ważniejsze pytania, a cała historia przedstawiona jest wyłącznie z punktu widzenia pilotów, warto poświęcić chwilę aby zagłębić się w przygody Poe i jego załogi. Tym bardziej, że to jeszcze nie koniec. Zakończenie zapowiada równie interesujący ciąg dalszy.
Zatem wierzcie mi na słowo - w oczekiwaniu na Epizod VIII, w komiksach z tego przedziału czasowego nie znajdziecie na ten moment nic lepszego.
 
Moja ocena: 4,5/6.
 

piątek, 24 lutego 2017

Wojownicze Żółwie Ninja od DreamEX

Wojownicze Żółwie Ninja mają się dobrze i ani myślą odejść w zapomnienie. Komiksy, pamiętny serial z przełomu lat 80/90-tych, obecna animacja stacji Nickelodeon oraz filmy kinowe to jednak nie jedyny dorobek tej fascynującej marki.
Uczniowie Splintera błyszczą od wielu lat na rynku zabawkarskim i kolekcjonerskim. Klocki inspirowane ich losami produkowała kilka lat temu firma Lego, a wszelkiego rodzaju pluszaki, gry czy figurki akcji zna każde (małe i dorosłe) dziecko. 
Niesamowite potyczki i przygody Żółwi  nie są także obojętne firmie DreamEX, która właśnie zapowiedziała nowe figurki Żółwi, wykonane w skali 1/6.
 
 
Każdy z bohaterów ma wysokość około 27 cm i wyprodukowany został z trwałego, realistycznie wyglądającego tworzywa. Figurki mają wiele punktów artykulacji, jak również prawdziwie imponującą liczbę akcesoriów. W komplecie z ulubionymi wojownikami znajdziecie ich klasyczne bronie, dodatkowe elementy stroju, deskorolki, kawałki pizzy, zapasowe ręce, komunikatory, a nawet dodatkowe główki wyrażające odmienną mimikę. Możliwość prezentacji takich postaci na półce nie ma więc praktycznie żadnych ograniczeń.
 
Muszę przyznać, że wygląda to niesamowicie, ale w tym całym dobrodziejstwie najbardziej odstrasza cena. Choć w zamierzeniu Żółwie zostały wyprodukowane na rynek Chiński, można zamówić je na stronie www.bigbadtoystore.com w cenie 190 $ za sztukę. Leonardo i Raphael pojawią się w sprzedaży w pierwszym kwartale, natomiast Michelangelo i Donatello w drugim kwartale tego roku.
 
Jeśli macie na nich chrapkę, zapraszam do kupna i z całego serca zazdroszczę! :-)

 


 
 

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dlaczego w Polsce nie kręci się fantastyki?

Męczy mnie taka właśnie tytułowa kwestia. Od najwcześniejszych lat ukochałem sobie zmyślone, wyssane z palca historie. Mądrzy ludzie dumnie nazwali je fantastyką. Ba, byli nawet tak sprytni, że podzielili ten termin na kilka innych, pomniejszych. Tak narodziło się science-fiction, fantasy i horror. A nawet te gatunki dzielą się na podgatunki. Wiecie o tym Wy, wiem o tym ja. Lecz nie w tym dziś rzecz.

Jestem zaspokojony w mojej miłości. Oglądam filmy, czytam komiksy, książki, lubuję się w gadżetach. Podobno jestem jakimś geekiem (tak to nazywają). Prowadzę bloga. Napisałem książkę fantasy Cienie Stalodrzewa (choć jak na razie nie wydaną). Czy czegoś mi brakuje? Nie! Chwilę, a może jednak?...
W porządku, przyznaję się, brakuje. Cierpię na niedosyt Polskich filmów fantastycznych. Snując się po mieście oglądam plakaty coraz to nowszych komedii romantycznych, filmów biograficznych, wojennych i kryminalnych. A gdzie w tym kraju podziała się fantastyka?

Pan Kleks

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Zacznijmy od najważniejszego. Czego szukam w literaturze i filmie? Rzeczy, których nigdy nie doświadczę w prawdziwym życiu. Oczywiście, chcę aby problemy i wyzwania bohaterów były w jakiś sposób odzwierciedleniem moich własnych, jednak sama otoczka czy świat musi być... po prostu nie z tego świata. A tego rodzime kino od dłuższego czasu mi nie dostarcza.

Fakt, są Legendy Polskie Tomasza Bagińskiego. Oceniam je bardzo wysoko. Dobry scenariusz, świetni aktorzy, efekty specjalne na standardowym, światowym poziomie. Jest tylko jeden szkopuł. To miniatury, kilkunastominutowe krótkie formy i choć ciepło przyjmowane przez widzów, są jak przysłowiowa jaskółka. Wiosny nie czynią.

Kołysanka
A kiedyś bywało lepiej. Robiliśmy fantastykę. Filmy o Panu Kleksie Gradowskiego, Seksmisja, Hydrozagadka, Przyjaciel Wesołego Diabła, Kołysanka, nawet ten cały Wiedźmin... Było tego sporo. A ostatnio? Dla dzieciaków pojawił się chyba tylko Za Niebieskimi Drzwiami. Cóż za dramatyczna posucha.

Wszystko rozbija się o sytuację ekonomiczną, podpartą spojrzeniem producentów i twórców.
Nie mamy rynku zbytu na nasze produkcje. Fantastyka kosztuje. I to nie tylko efekty specjalne. To często także stroje, dekoracje, lokacje. Nie są niezbędne, oczywiście można napisać scenariusz bez kosmitów, czarów czy gigantycznych robotów. To mogłaby być choćby historia o ataku sobowtórów. Komu jednak sprzedalibyśmy taką (czy jakąkolwiek) produkcję? Amerykanom? Francuzom? Nie żartujmy. Może Rumunom (w końcu mają nasze drobne)? Nie da rady. Za duże pieniądze czy nie, jesteśmy zbyt małym rynkiem, ze słabą siłą przebicia.
To, że czasem mówi się o Polsce w kategoriach artystycznych, wynika z czegoś innego. Okazjonalne nominacje do Oscarów pojawiają się tylko w kategorii film nieanglojęzyczny. W końcu jakieś muszą tam wybierać, prawda? Statuetka dla Wajdy za całokształt to z kolei odrębne zjawisko.
Nie istniejemy więc w szerszej skali w umysłach świata jako kraj wielu dobrych filmów. Jakichkolwiek.

W końcu każde studio filmowe wydaje na produkcje pieniądze i zawsze na początku zadaje sobie pytanie: "Po co ryzykować pójście w inną formułę, skoro ludzie i tak lecą jak szaleni na komedie romantyczne lub biografie. Zarobiliśmy na nich raz, zarobimy po raz drugi." W ten sposób odgrzewają to samo raz za razem. W ten sposób kasa się zgadza i miejsca w kinach są wypełnione.

Wiedźmin
A filmy animowane? To z kolei drugi temat. U sąsiadów je robią, wychodzi jak wychodzi, ale przynajmniej coś jest. My nie robimy. Nie na skalę komercyjną Chyba rok czy dwa lata temu było coś o nowej, kinowej (jeśli się nie mylę) wersji Misia Uszatka. Od tamtej pory cisza. Jak nie ma Uszatka, to ja sobie tu marzę o smokach czy kosmitach?...

I co mam biedny począć? Nic. Nadal cierpliwie czekać, wymyślając oryginalne wykręty, kiedy ludzie wokół dziwią się: "Nie idziesz na Bogów?", "Dlaczego nie chcesz zobaczyć Wołynia?", "Sztuki Kochania nie obejrzysz?". Nie obejrzę, bo to nie mój temat. Nie moje zainteresowania. Mam do tego prawo. I mam prawo narzekać. I tylko to mi zostaje, bo jak to mówią wyżej d... nie podskoczysz.
Mam jednak nadzieję. W końcu tylko ona jest za friko.
A może kiedyś przyjdzie taki wyśniony czas, kiedy kupię bilet i będę pokazywał go dumnie wszystkim, których spotkam, mówiąc: " Kupiłem bilet na Polską fantastykę. To już trzeci raz w tym miesiącu". Możliwe? Kto wie, a jak fajnie już brzmi, prawda?

Zapraszam do dyskusji.

piątek, 17 lutego 2017

RECENZJA: Niesłychane Losy Ivana Kotowicza tom I i II - M. Ambrzykowski, K. Kusina

 
 
Nieczęsto w ostatnich latach miałem okazję czytać komiksy rodzimych twórców, bo albo scenariusz nie robił na mnie wrażenia, albo graficznie owe dzieła nie mieściły się w subiektywnych ramach dobrego smaku. Żeby jednak nie być całkowicie odizolowanym od Polskiej literatury obrazkowej, zachęcony pozytywnymi recenzjami postanowiłem sięgnąć po nowe wydawnictwo duetu Kusina/Ambrzykowski. W zasadzie aż po dwa wydawnictwa, ponieważ odniosę się w poniższym tekście do obu części Niesłychanych Losów Ivana Kotowicza. 
 
Jak głosi tekst na odwrocie okładki pierwszego tomu, komiks ten to swojego rodzaju "weird fiction", czyli dość szeroko pojmowany nurt, łączący tematykę naukową z fantastyczną. I zaiste jest tak w tym przypadku, choć ów termin stanowi zaledwie cząstkę materii z tej wielce zajmującej opowieści. Mamy tu bowiem wątki przygodowe, rodzinno-obyczajowe i humorystyczne. Prawdziwy kalejdoskop, który jak się okazuje sprawdza się w tej formule doskonale.
 
Ivan Kotowicz to szesnastoletni obywatel niewielkiej rybackiej wsi znajdującej się na pograniczu Rosji i Azerbejdżanu. Jego ojciec był niegdyś wojskowym, matka natomiast pochodzi z wielodzietnej rodziny szewskiej. O naszym bohaterze można powiedzieć, że w chwili rozpoczęcia komiksu nic szczególnego nie odróżnia go od reszty jego rówieśników. Nic, poza niepochamowaną chęcią poznania świata. Tymczasem, dnie spędza na pomaganiu ojcu, który cieszy się tytułem stachanowca, czyli rybaka osiągającego dwukrotne wyniki w połowach.
Wszystko zmienia się w życiu Ivana, kiedy do wioski na kilka dni przybywa niejaki Malinow, dawny kompan Siergieja Kotowicza z wojska. Młody chłopak podgląda nocą, jak przybysz pokazuje jego ojcu dziwną lampę wypełnioną krwistoczerwoną substancją. Ivan z trudem powstrzymuje się z pytaniami. Jakiś czas później Siergiej otrzymuje list, w którym Malinow wzywa go do stawienia się w tajnej kopalni na dalekiej Syberii. Okazuje się, że ojciec Ivana jest w istocie dezerterem z wojska, któremu groziło niebezpieczeństwo z powodu członkostwa w grupie propagującej idee komunizmu. Dawny kolega pod przykrywką obowiązku dla ojczyzny wciąga go w spisek, którego konsekwencje będą bardzo poważne dla naszych bohaterów. Ojciec i syn ruszają w długą drogę na północ, gdzie w pilnie strzeżonej kopalni-fabryce wydobywa się i prowadzi eksperymenty nad widzianą wcześniej przez Ivana, dziwną substancją o nazwie stalinium. Jak twierdzi Malinow, jej moc pozwoli wpłynąć na losy całego świata.  Ivan i Siergiej nie wiedzą jeszcze, że na końcu podróży czeka na nich coś, czego się zupełnie nie spodziewają.
 
Tak w zarysie przedstawiają się pierwsze strony tomu pierwszego, a każda kolejna kartka przynosi ze sobą moc wydarzeń, tajemnic i wrażeń. Niezwykłe, prorocze sny tytułowego bohatera, nowi sprzymierzeńcy i wrogowie, dziwne stwory oraz ciepły humor przeplatają się z dynamiczną narracją przygód przyszłego żołnierza, Ivana.
Świat wykreowany przez Michała Ambrzykowskiego jest bardzo bliski czytelnikowi, a jego prawdziwie fantastyczne odmalowanie uwypukla cechy czyniące go niepowtarzalnym oraz naprawdę interesującym. Wielka też w tym zasługa Kajetana Kusiny, w którego głowie narodził się cały ten pomysł. Każda strona wciąga nowym pomysłem, a każda ilustracja zbliża nas do tego niezwykle ciekawego świata.
Warto też zaznaczyć, że jest to świat, w którym na równi żyją ludzie ze swoimi zwierzęcymi, spersonifikowanymi  odpowiednikami.  Jest to poprowadzone tak uroczo i sprawnie, że wcale nie stanowi problemu, a wręcz jest dodatkowym plusem historii. 
Ambrzykowski mocno naśladuje styl Mignoli z Hellboy'a, ale widzę tu też sporo oryginalnych elementów jego własnego stylu. Tak zarysowaną inspirację zaliczam więc na zdecydowany plus.
 
Oceniam oba tomy Kotowicza jednocześnie, ponieważ stanowią jednolitą strukturę fabularną.
Tu tkwi też pewna zagłostka. Te dotychczas wydane, dwie części przypominają mi trochę układ analogicznych sezonów serialu Lost. W Niesłychanych Losach mamy do czynienia z wielką tajemnicą. Jednak ani w końcówce pierwszej, ani drugiej części nie dostajemy prawie żadnych odpowiedzi na interesujące nas pytania. Powiedziałbym wręcz, że ilość zagadek mnoży się w stosunku do ilości przeczytanych stron. Nie jest to minus, ale mam cichą nadzieję, że w tomie trzecim dostanę coś, co pozwoli mi ukoić tak mocno rozbudzoną ciekawość. No i że autor scenariusza nie pogubi się w tych wszystkich wątkach.
 
Za sprawą świetnych ilustracji i (mam nadzieję) skrupulatnie przemyślanego scenariusza, dostałem komiks, który jest zwyczajnie bardzo dobry. Wciąga mnie wartką akcją, pozwala lubić i martwić się o bohaterów oraz dostarcza wielce intrygującej rozrywki.
Trzymam więc kciuki za autorów, życząc im niesłabnącej weny twórczej, aby czas spędzony na oczekiwaniu na trzeci tom minął jak najszybciej.
 
Moja ocena: 5/6.
 

poniedziałek, 13 lutego 2017

RECENZJA: Liga Sprawiedliwości, tom 7 - Wojna Darkseida (część 1)

Darkseid. Bezwzględny i potężny władca Apokolips.
Antymonitor. Niepowstrzymany i nieubłagany byt niszczący całe światy.
Liga Sprawiedliwości. Grupa obrońców planety Ziemia składająca się z jednostek obdarzonych niezwykłymi zdolnościami.
To właśnie oni stanowić będą o przyszłości naszej planety, wszechświata oraz całej rzeczywistości. 
 
Wszystkie poprzednie tomy Ligi Sprawiedliwości z New 52 (Nowe DC Comics) prowadziły do tego wydarzenia. Choć Darkseid został odparty przez Batmana, Supermana, Wonder Woman, Flasha, Green Lanterna i Cyborga, nadal nie zapomniał o Ziemi. Także o swojej córce, której tajemnica była przyczyną jego obecności na naszej planecie. Antymonitor zniszczył tymczasem jeden z równoległych światów, czego skutkiem była wizyta Syndykatu Zbrodni na Ziemi. Wiele wydarzeń, tony stron niesamowitych zmagań.
Lecz ta historia jeszcze się nie skończyła. Poprzednie wydarzenia można uznać zaledwie za jej preludium. Dopiero teraz Liga Sprawiedliwości znajdzie się w prawdziwym ogniu walki rozgrywającej się pomiędzy ich największymi wrogami.
A wszystko zacznie się, kiedy na jaw wyjdzie, że pamiętnej nocy, kiedy Diana przyszła na świat na Temiskirze, nie tylko władczyni Amazonek powiła niemowlę. Była też druga kobieta, a jej córka...
 
Nie, poczekajcie! Nie opowiem Wam przecież najnowszego tomu Ligi! Sami zrobicie to na pewno z dużo większą przyjemnością.
A dzieje się tutaj wiele. Wracają dawni wrogowie, a pewne tajemnice z przeszłości dopiero teraz nabiorą większego sensu.
Co zatem napisać o kolejnej odsłonie losów obrońców świata?
 
To bardzo dobrze narysowany i napisany komiks. Choć autorzy malują przed nami prawdziwie epicką historię z wieloma wątkami i postaciami, całość została przedstawiona tak, że nie idzie się w tym pogubić. Dodam nawet, że nadmiar wątków lub historii służy temu wydawnictwu jak najlepiej. Oczywiście, jeśli nie czytaliście poprzednich części, powinniście wrócić do początku, aby w pełni docenić całość intrygi, lecz jeśli tego nie zrobicie, nadal zrozumiecie właściwie wszystko co autorzy zaserwowali nam w tej odsłonie.
 
Wspaniałe rysunki Jasona Faboka (jednego z moich najulubieńszych rysowników) dodają realnego kształtu opowieści. To jak rysuje on postacie, tła, wnętrza i przedmioty to prawdziwa frajda dla oczu. Każda jego plansza - duża czy mała, świetnie nadaje się do długiego podziwiania w trakcie lektury, a także bezpośrednio po niej.   
 
Czy zatem są jakieś minusy tego wydania? Tak. Chociaż rozumiem, że jest to zaledwie połowa całej historii i pewne wydarzenia dopiero nabiorą tempa, to nie przypadł mi do gustu tak mały wpływ Ligi na to, co dzieje się wokół nich. Rozumiem, że zapewne jeszcze będą mieli swoje 5 minut, ale jak na razie najważniejszym elementem ich zmagań wydaje się wyprawa Batmana i Lanterna na planetę Qward, choć jak na razie nic z tego jeszcze nie wynikło. W tej chwili postacie drugoplanowe grają pierwsze skrzypce.
Poza tym,  nie do końca przekonuje mnie  jak po raz kolejny członkowie Ligi zostali wykorzystani przez złowrogie siły do zdobycia przewagi. Lecz jak już wspomniałem, to dopiero pierwszy tom. Na pewno nasi herosi ostatecznie będą górą. To w końcu ich historia.
 
Najnowsze wydawnictwo Ligią Sprawiedliwości to bardzo dobry komiks, tak pod względem graficznym jak i narracyjnym. Dla fanów superhero pozycja obowiązkowa. A dla reszty? Ludzie, na co Wy jeszcze czekacie?
 
Moja ocena: 5/6.

Ps. Druga część Wojny Darkseida ukaże się nakładem Egmontu w lipcu.
 

niedziela, 12 lutego 2017

RECENZJA: Scooby Apocalypse vol. 1

Któż z nas nie zna zwariowanego psa o imieniu Scooby oraz trójki jego ludzkich towarzyszy z vana zwanego Wehikułem Tajemnic? Filmy animowane z ich udziałem bawiły już co najmniej trzy pokolenia odbiorców i nie zanosi się na to, aby ta sytuacja miała się kiedyś zmienić. Dlatego też dobrze się stało, że wydawnictwo DC postanowiło trochę odwrócić sytuację, sprawdzając, czy ta ponadczasowa dziecięca formuła (czytelna dla widzów w każdym wieku) ma szansę na pewnego rodzaju odświeżenie. I dlatego właśnie w zeszłym roku powołany został do życia projekt mający na celu stworzenie serii komiksów, skierowanych do nieco starszego czytelnika.

Za projekt odpowiedzialni zostali rysownik Jim Lee (który stworzył nowe koncepcje graficzne bohaterów) wraz z Keithem Giffenem piszącym całą historię od nowa. Do pracy nad komiksem dołączyli również Howard Porter i J. M. Dematties. Tak utalentowany zespół wespół zabrał się do pracy, czego efektem jest kilkanaście (wydawanych w comiesięcznym cyklu) zeszytów, oraz jeden tomik zbiorczy. To właśnie o nim napiszę Wam dziś kilka słów.
Czy wspomnianym wyżej autorom udało się oddać ducha animacji przy jednoczesnym osiągnięciu zamierzonych celów?
Zanim przejdę do konkretów, tytułem wyjaśnienia zarysuję całą fabułę opowieści.

Akcja części pierwszej rozpoczyna się na Festiwalu Płonącego Człowieka odbywającego się na pustyni w Nevadzie, gdzie wśród tłumu rozbawionych ludzi poznajemy Daphne Blake i Freda Jonesa, niezbyt docenianych autorów sensacyjnego programu Tajemnicze Tajemnice. Na coroczną imprezę ściągnęła ich wiadomość od nieznanego informatora, który ma przekazać im ściśle tajne wieści. W tłumie rozbawionych imprezowiczów kręci się też dziwny (choć nie tak cudaczny jak reszta uczestników), brodaty gość, któremu towarzyszy pies rasy dog. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wspomniany pies mówi ludzkim głosem oraz przepada za pizzą czy hot-dogami. Na dodatek, na głowie ma zainstalowaną parę emotigogli (technologicznego ustrojstwa, ukazującego emotki z jego nastrojami).
Kiedy wreszcie dochodzi do spotkania Daphne i Freda z informatorem, na jaw wychodzi, że pod ziemią na terenie festiwalu znajduje się tajemna baza badawcza, gdzie od dłuższego czasu prowadzony był w sekrecie pewien kluczowy dla ludzkości eksperyment. Nosi on nazwę Elizjum. Wtyką dziennikarzy okazuje się być niejaka Velma Dinkley, pracująca z innymi naukowcami nad tym właśnie przedsięwzięciem. Co ciekawe, brodaty koleżka z psem zdają się dobrze znać ową Velmę. Pracownica stacji wyjaśnia ekipie, że celem projektu było wyeliminowanie negatywnych cech ludzkiej osobowości, lecz w czasie pracy odkryła, że za szczytną ideą może czaić się ukryte drugie dno. I właśnie w chwili, kiedy Velma miała zamiar zdemaskować swoich pracodawców, Projekt Elizjum zostaje nieoczekiwanie wprowadzony w życie. Trójka młodych ludzi wraz gadającym czworonogiem (który okazał się być uczestnikiem programu rozszerzania inteligencji u psów), oraz jego zatrudnionym w placówce opiekunem, Kudłatym, zostaje zamknięta w bunkrze. Tymczasem, na powierzchni dochodzi do aktywacji rozprowadzonego dużo wcześniej specyfiku, który nieoczekiwanie zmienia większość ludzi w przerażające monstra. Od tej pory, grupa bohaterów będzie musiała znaleźć wyjście z laboratorium, jednocześnie nie dając się pożreć dziesiątkom wygłodniałych potworów.

Tak to wszystko się zaczyna, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że każdy z zeszytów opowiada ciągłą historię, toteż tom pierwszy w żaden sposób nie wyjaśnia wszystkich tajemnic komiksu.

Uważam, że sam scenariusz jest ciekawy, dodatkowo mocno różniąc się od pomysłów wykorzystywanych w serialu. Jesteśmy świadkami poznania się bohaterów, oraz ich powolnego docierania się między sobą.
Zasadniczej zmianie uległo też sedno finału każdego prezentowanego w TV odcinka. Tu potwory są prawdziwe.
Scooby i spółka muszą nauczyć się współpracować ze sobą, co jest trudne nie tylko w zaistniałej sytuacji. Okazuje się, że Daphne nie ufa i nie lubi Velmy, a reszta bohaterów nie czuje (jeszcze) ze sobą tak ciepłej więzi jak w animacji (poza Kudłatym i Scoobym oczywiście). Sam Scooby, choć nieco tchórzliwy, często potrafi być waleczny. Bez namysłu spieszy z pomocą, gdy ktoś z grupy znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kudłaty ma nieco więcej oleju w głowie, choć nadal jest uroczym lekkoduchem i niepoprawnym obżartuchem. Najmniej inteligentnym członkiem zespołu zostaje Fred, którego główną cechą są częste oświadczyny Daphne, kończące się bolesnym fiaskiem.

Pewnym minusem tomu pierwszego jest duża ilość dialogów, które odbywają się kosztem płynności akcji. Mam jednak nadzieję, że w drugiej części twórcy zrezygnują ze zbyt częstych dyskusji na temat położenia bohaterów, mocno dynamizując tempo wydarzeń.
Szkoda też, że zabrakło tu miejsca na nieco więcej humoru. W dość posępnej rzeczywistości stanowiłoby to ciekawą przeciwwagę dla zmagań drużyny, co było przecież znakiem rozpoznawczym serialu.

Plusem tego tomiku są dwie historie (częściowo) poboczne. Pierwsza opowiada o poznaniu Kudłatego ze Scoobym, druga traktuje o dzieciństwie i karierze Velmy. Te elementy działają bardzo korzystnie, dodając interesujących informacji na temat postaci. Spodziewam się ich więcej w kolejnych odsłonach.


Graficznie album prezentuje się bardzo ciekawie. Oczywiście, nie wszystkim czytelnikom przypadną do gustu nowatorskie kreacje bohaterów, jednak są one znakiem rozpoznawczym serii i moim zdaniem wyszły artystom całkiem fajnie. Kreska jest bardziej realistyczna niż w serialu. Jednocześnie przez cały czas wiemy, że czytamy Scooby'ego, a nie nowego Batmana. Dzieje się tak również z powodu zastosowania szerokiej palety ciepłych barw.

Eksperyment z komiksowym unowocześnieniem serialu wypadł więc nad wyraz udanie. Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że po takim starcie twórcy ostro ruszą z wydarzeniami do przodu, nie zapominając o humorze i nieco krótszych dywagacjach naszych protagonistów. Bo dalej może być tylko lepiej, a już jest nawet bardziej niż ciekawie.

Moja ocena: 5/6.

piątek, 10 lutego 2017

RECENZJA: The Lego Batman Movie

 
Strzeżcie się filmów Lego! Jeśli oczekujecie nudy, ponurych min i nieśmiesznych sekwencji, to nie są filmy dla Was. Jeśli na co dzień chowacie się w smutnym, żałosnym świecie własnej egzystencji, a tak po prawdzie zamieszkujące najchłodniejsze rejony Krainy Deszczowców, to nawet nie zbliżajcie się do kina. Dlaczego? Bo Lego Batman to najfajniejszy, najbardziej zwariowany i śmieszny film tego sezonu! I nie ma w tym ani cienia przesady.

Jednak po kolei. The Lego Movie (Lego Przygoda) przetarł szlaki dla stylizowanej na poklatkową animacji, wykorzystującej w 100%-tach budowle oraz bohaterów skonstruowanych z klocków Lego. Sukces był ogromny, toteż tylko kwestią czasu było, kiedy powrócimy do tego kreatywnego, bajecznie kolorowego świata. I tak, właśnie dziś swoją premierę ma film, którego głównym bohaterem jest nie kto inny jak sam Mroczny Rycerz. Batman. Najbardziej rozpoznawalny superbohater komiksowy i filmowy wszechczasów.

Czy ta nowa produkcja była w stanie dodać coś nowego lub świeżego do tak już w sumie wymęczonego wizerunku obrońcy miasta Gotham? Okazuje się, że jak najbardziej! Batman z filmu Chrisa McKay'a to osobnik nieziemsko skupiony na sobie i swojej misji. Niezbyt chętnie zdejmuje maskę z twarzy nawet kiedy wraca do domu, a poza misją obrońcy sprawiedliwości nie dostrzega już zupełnie niczego. Być może zbyt długo przykładał się do obowiązków, aż zatracił się w nich tak, że przestał zauważać świat i bliskich mu ludzi. Tak moi Drodzy, bo Batman ma towarzyszy, którzy stoją zawsze po jego stronie. Tacy jak Alfred, wierny lokaj, albo chociaż Liga Sprawiedliwości, która nie mogąc znieść uporu mściciela aby zawsze działać solo, zaczęła sprawnie obchodzić się bez niego. Nawet Joker, główny złoczyńca i zaciekły przeciwnik Batmana błędnie sądzi, że jest jego największym wrogiem. Jakież jest więc jego zdziwienie, kiedy Gacuś oznajmia mu, że jest zaledwie jedną z wielu szumowin, z którymi tak uparcie walczy.
I tu pogrzebany jest główny wątek filmu. Batman jest tak skupiony na sobie, że nie dostrzega nawet tego, że adoptował niedawno chłopca z sierocińca. Tym chłopcem jest Dick Grayson. Kiedy Alfred "nieumyślnie" wpuszcza młodziana do Bat-Jaskini, zaczynają się kłopoty i zabawa, która doprowadzi Batmana do zmiany stanowiska w kwestii wielu życiowych spraw. A głównym sprawcą zamieszania, z jakim przyjdzie  zmierzyć się bohaterom,  będzie nie kto inny jak knujący w tajemnicy, niedoceniony Joker.

Ponieważ w Lego Batman zabawa jest najważniejsza, twórcy dosłownie bombardują nas przednim humorem i dynamiczną akcją, nie dając nam nawet chwili wytchnienia. I ja nie mam im tego za złe. Świat animacji Lego rządzi się swoim specyficznym klimatem, niemożliwym do skopiowania w innych produkcjach dla najmłodszych. Tylko tu absurd jest tak rozkosznie komiczny, dźwiękonaśladowcze sygnały zastępują dźwięki codzienności, a bohaterowie łamią prawa fizyki nie budząc naszego zdziwienia ani sprzeciwu. A gagi słowne i sytuacyjne następują po sobie tak często, że z pewnością trzeba będzie szybko wrócić do tego filmu, aby bawić się przy nich jeszcze raz.
To ile żartów, a co jeszcze ciekawsze, nawiązań do filmów, komiksów i seriali o Batmanie upchnięto do tej opowieści, budzi najprawdziwszy podziw. Już samo wyłapywanie tego wszystkiego stanowi niezłą sztukę i gimnastykę dla bat-fanów niezależnie od wieku. A mając nadzieję, że te smaczki zainspirują najmłodszych do samodzielnego odkrywania historii Mrocznego Rycerza udowadnia, że zadanie zrealizowano na tip-top.
Niemałą robotę odwalił tu też Will Arnet, który tak pięknie i dosadnie sportretował (werbalnie) naszego protagonistę, że charakterystyczny głos Batmana dźwięczy nam w uszach jeszcze kilka godzin po seansie.


Myślę, ze Lego Batman to obok Batmana Tima Burtona, najlepszy film o Gacku z Gotham.
Mamy tu wspaniałą historię o zdejmowaniu brzemienia z własnych ramion i budowania zaufania wobec bliskich. Zaserwowano tu nam nowe spojrzenie na popularnego bohatera, ciekawą historię z morałem akceptowalnym także dla dorosłych oraz prawdziwe tony humoru wraz ze wspaniałą animacją.
Ja nie wymagam niczego więcej. No, może poza tym, że sam chciałbym być Batmanem. ;-)

Moja ocena: 6/6.
 

poniedziałek, 6 lutego 2017

RECENZJA: Droga Królów - Brandon Sanderson

Podobno nastało nowe. Podobno objawił się niezwykły talent. Podobno nic już nie będzie takie jak wcześniej...
Jakiś czas temu czytałem podobne słowa na temat cyklu Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona, którego pierwszy tom nosi tytuł Droga Królów. Rzecz jasna, musiałem sam przekonać się czy to wszystko prawda, bo tak wielkie nagromadzenie entuzjastycznych opinii nie zdarza się często. Sądzę, że Ci z Was, którzy jeszcze tego nie zrobili, powinni wiedzieć dokładnie o co w tym wszystkim chodzi.
 
Droga Królów to historia z kilkoma głównymi postaciami. Pierwszoplanowe to Kaladin - młody wojownik, niedoszły chirurg, za sprawą podstępu rzucony jako niewolnik w wir bitwy na Strzaskanych Równinach świata Rosharu, oraz Dalinar Kholin - dowódca oddziałów Alethich, doświadczający niepokojących wizji, sprawiedliwy i dzielny mężczyzna. Pozostałymi bohaterami są Shallan - młoda dziewczyna pragnąca utrzymać wysoką pozycję swej rodziny, starając się o staż praktykantki u księżniczki Jasnah, planując w ten sposób zuchwały rabunek, i ostatni, Szeth - tajemniczy zabójca, niewolnik tajemniczej magii, nie mogący pogodzić się ze swymi brutalnymi czynami. To właśnie oni będą główną osią wydarzeń, które po przeszło kilku tysiącach lat na nowo rozegrają się w ich świecie.
rys. SDumagny

To co w Drodze Królów najciekawsze i co rzuca się od razu czytelnikowi w oczy, to sam świat książkowego uniwersum. Nie dość, że jest tak odmienny pod względem geografii czy zasiedlających go istot, roślin i duchów, to Brandon Sanderson opisał go tak, że dopiero po wielu stronach dociera do nas co i jak tu w ogóle się dzieje. Autor posłużył się nietypowym zabiegiem wprowadzenia nas w wir wydarzeń i opisów, bardzo powoli i pozornie przypadkowo tłumacząc nam funkcjonowanie owych prawideł. Może jest to z początku trochę deprymujące, ale w statecznym rozrachunku ciekawe.

Nie każdy pisarz jest w stanie dźwignąć tak złożoną historię (podobno autor planuje ten cykl na dziesięć tomów) i uczynić z niej ponad dziewięćset naprawdę pasjonujących stron. To sztuka. Choć ja w połowie tomu doznałem małego znużenia (zwolniona akcja, nagminne powtórki z dylematów bohaterów), zakończenie ostatecznie rozwiało moje wątpliwości. Tym razem ogólny zachwyt nad książką udzielił się także i mnie.
Jest to świetna opowieść. Bo należy wiedzieć o tym koniecznie - Droga Królów to książka, w której dobrzy bohaterowie wygrywają. Ich droga jest usłana cierniami, ale ostatecznie to oni podnoszą zwycięski puchar. Tak dzieje się przynajmniej w pierwszym tomie.
 
rys. mighty5cent

No i pozostaje jeszcze kwestia suspensu. Ukazuje on potęgę tej wielowątkowej historii, udowadnia jej szczegółowe opracowanie i zakres, którego (po przeczytaniu tej części) możemy się jedynie domyślać.
Nic tu nie dzieje się przypadkiem - prolog znajduje część swojego rozwiązania w epilogu, a to wszystko co działo się na każdej stronie z pewnością zaowocuje gigantycznym ciągiem dalszym. I będziemy tego doświadczać powoli, bowiem Brandon Sanderson jest mistrzem klimatycznego opowiadania historii, gdzie nie tylko liczy się fabuła, ale (a może przede wszystkim) narracja i sposób opowiadania historii. Taki, dzięki któremu możemy smakować ją jak najlepszy owoc.
 
Jest zatem Droga Królów książką dobrą. Nawet bardzo dobrą. Za sprawą wspomnianego spowolnienia i nie aż takiej ilości zdarzeń (których można by się spodziewać po tak grubej księdze) nie jest idealna, ale na pewno nie zawiedzie sympatyków gatunku fantasy. Nie może tak być, gdyż jednocześnie wprowadza oddech świeżości do tego specyficznego, i w sumie niezbyt elastycznego gatunku.
 
Moja ocena: 5/6.
 

czwartek, 2 lutego 2017

RECENZJA: The Monster (2016)

Bryan Bertino to gość, który ponad dekadę temu uraczył nas całkiem niezłym horrorem Nieznajomi z Liv Tyler w głównej roli. Dość długo nie dawał o sobie znać, aż wreszcie, kilka miesięcy temu powrócił z filmem The Monster. I napiszę od razu, że to taki typ kina grozy, który lubię najbardziej.
 
Film to w zasadzie prosta historia, którą da się streścić w jednym zdaniu. Matka i córka jadą samochodem nocą przez las, a kiedy pojazd ulega uszkodzeniu, stają twarzą w twarz ze strasznym potworem. Oczywiście, chce on je pożreć żywcem. I w sumie brzmi to jak setka innych oklepanych filmów tego typu, ale reżyser (i jednocześnie scenarzysta) umiejętnie wykorzystał ten temat, aby nieźle nas nastraszyć oraz mimochodem opowiedzieć całkiem poruszającą historię matki z córką (w tych rolach Zoe Kazan i Ella Balentine).
 
W The Monster pierwszy raz od dawna spotkałem się z horrorem, gdzie przerażenie bohaterów udziela mi się tak mocno, a jednocześnie ich strach i ból są dobrze zagrane i ukazane. Wielka w tym zasługa dwóch młodych aktorek oraz kunsztu narracyjnego reżysera. Bo klimat filmu jest gęsty, a nieustanna ciemność i deszcz potęgują poczucie odcięcia od świata. Napięcie rośnie stopniowo i nic nie jest tu nam pokazywane wprost. Szczególnie sam potwór, którego przez większą część filmu prawie nigdy nie widzimy dokładnie.
Trzeba zaznaczyć, że obraz umiejętnie korzysta z dobrych, klasycznych wzorców, nie popadając w zbyt rażące zapożyczenia czy filmowe klisze, a jeśli już, to robi to tak, żebyśmy nie przywiązywali do tego zbytniej uwagi. Straszy nas tym czego nie widać, nie przesadza z nagłym przerażaniem i co najważniejsze, wciąga gęstą atmosferą oraz tym, co nieznane.

The Monster przywodzi mi na myśl dobre produkcje grozy z lat 80-tych. Bardzo też przypomina (w dobrym sensie) pierwszą część cyklu Obcy (Alien). Ilość postaci jest ograniczona do minimum, po koniecznym wprowadzeniu zostaje nam ukazane sedno opowieści, a ataki potwora następują w systematycznych odstępach czasu, pozwalając nam na chwilę ochłonąć przed kolejnym straszeniem. Oczywiście, na końcu zdarzy się ostateczna konfrontacja z potworem o być albo nie być jednej z bohaterek.
I jeśli mogę się do czegoś przyczepić, to jedynie do samej postaci potwora. No cóż, po prostu mógłby być on nieco lepiej wymyślony. Na szczęście, sceny z jego udziałem i tak działają świetnie.

 
 
Na koniec zaś zostawiłem wątek wspomniany powyżej, czyli historię matki z córką. Ciekawe, że udało się to reżyserowi poprowadzić tak sprawnie. Choć ton filmu jest generalnie niespieszny, chwile oddechu od obecności potwora wypełniają m.in. krótkie retrospekcje z życia bohaterek. A bynajmniej nie są to sielankowe obrazki. To, jak traktowana była dziewczynka przez własną matkę i co robi z tym Bertino w ciągu całego filmu to swojego rodzaju historia w historii. W tak stworzonej konstrukcji walka o ich wspólne przetrwanie oraz rozwój wewnętrzny tym bardziej budzi nasze zaciekawienie i emocje.

Mamy więc w The Monster momenty krwawe i straszne, niepokojące poczuciem nieznanego oraz wzajemną walkę o przetrwanie. Zmagania, które w ostatecznym rozrachunku chwytają nas za serce, czego nigdy nie spodziewałbym się po filmie z tego gatunku. Bohaterowie przechodzą przemianę współgrającą z tonem opowieści, a choć zakończenie jest w oczywisty sposób przewidywalne, nie odbiera frajdy ze spędzonego w ten sposób czasu.
Moim zdaniem obraz Bryana Bertino wyszedł nadzwyczaj interesująco. Na tyle dobrze, że można go postawić na półce z innymi świetnymi horrorami obecnej dekady.

Moja ocena: 5/6.
 

środa, 1 lutego 2017

Powrót Shyamalana?

Najnowszy film M. Night Shyamalana - Split, zbiera w większości całkiem pozytywne opinie. W tym miejscu, zamiast standardowej recenzji, chciałbym na szybko określić to, co w związku z tą sytuacją chodzi mi po głowie.
 
 
O samym filmie napiszę tylko, że troszkę zawiódł moje oczekiwania. To oczywiście wciąż całkiem niezły Shyamalan, jednak sposób narracji i sama struktura filmu sprawiły, że nie przypadł mi do gustu, tak jak poprzednie dzieła reżysera. Problem leży w obu fabularnych wątkach, z których historia przemiany w Bestię jest w sumie OK, za to historia głównej dziewczęcej bohaterki Casey (tej, która ma problemy w komunikacji z otoczeniem) poprowadzona jest co najmniej dziwnie i bez oczekiwanego powiązania z głównym nurtem filmu. To, czego o niej się dowiadujemy i co próbuje ona zrobić aby wkupić się w łaski swego prześladowcy, nie wybrzmiewa na końcu w żaden sposób i zdaje się prowadzić donikąd. Konstrukcja obrazu oraz znajomość twórczości reżysera skłaniają widza do podobnych oczekiwań, jednak nie zostają one spełnione. Także przez to, na sam koniec wątek Kevina (oczywiście, James McAvoy jest w swojej roli świetny) pozostaje nieco standardową, (choć co prawda) mroczną historią o przemianie. I nawet końcowy twist fabularny umiejscawiający Split w uniwersum Niezniszczalnego nie ratuje tak nierównie poprowadzonego filmu.
 
Przejdę teraz do głównego tematu moich dywagacji, czyli rzekomego powrotu Shyamalana.
Reżyser twierdzi, że pomysł na postać chorego psychicznie Kevina miał w zamyśle już podczas pracy nad Niezniszczalnym. Nie zrealizował go jednak wtedy, bo w/g niego nie przysłużyłoby się to filmowi na dobre, więc porzucił ideę i sięgnął po nią dopiero teraz.
Nawiązując do zachwytów nad odrodzoną formą twórcy zastanawiam się więc, czy jest to faktycznie powrót do formy? Dlaczego? Skoro zamysł na fabułę pochodzi z czasów, kiedy Shyamalan miał swoje najlepsze momenty w Hollywood, a teraz tylko wykorzystał go z powrotem, to czy można traktować to jako faktyczny powrót? A co, jeśli kolejny film reżysera będzie znów tak słaby jak Ostatni Władca Wiatru lub 1000 Lat po Ziemi?
Moje ulubione produkcje Shyamalana to Znaki, Osada, Szósty Zmysł, Kobieta w Błękitnej Wodzie i Wizyta. Generalnie nie należę do osób, które mówiły że "Shyamalan się skończył" i twierdzę, że jak każdy twórca ma on swoje lepsze i słabsze momenty. Następny film reżysera może więc namieszać w oczekiwaniach tych, którzy dziś wiwatują w obliczu jego rzekomego, wielkiego powrotu. Ja wolę być powściągliwy.
 
Resztę wniosków postawiam do Waszej oceny i oczywiście zapraszam do dyskusji.