wtorek, 27 czerwca 2017

RECENZJA: Jak Ciotka Fru-Bęc Uratowała Świat od Zagłady - Anna i Tadeusz Baranowscy

Napiszę to wprost: Tadeusz Baranowski jest jednym z moich ulubionych twórców komiksów wszechczasów.
Jego rysunki towarzyszą mi od wczesnych lat dziecięcych, kiedy to  z wypiekami na twarzy śledziłem na łamach Świata Młodych przygody Profesorka Nerwosolka, Orient-Mena czy Smoka Diplodoka. Jego niepowtarzalna, bardzo plastyczna kreska natychmiast stała się dla mnie synonimem niczym nie ograniczonej wyobraźni, która w dużej mierze ukształtowała moje dzisiejsze upodobania.
A do tego ten humor! Tak charakterystyczny i  kreatywny, wynikający z umiejętności spoglądania na świat z wnętrza krzywego zwierciadła.
Tak, jeśli chodzi o Tadeusza Baranowskiego, nie umiem być obiektywny. I nie będę też obiektywny w ocenie jego najnowszego (choć tak naprawdę wznowionego po 28 latach) dzieła, Jak Ciotka Fru-Bęc Uratowała Świat od Zagłady.
 
Tym razem Mistrz wraz ze swoją żoną przygotował opowieść dla najmłodszych. I jako taka spełnia ona wszystkie założenia dziecięcej historyjki. Jest prościutko, wesoło, a czasem nawet bardzo, bardzo naiwnie. I tak właśnie ma być. To komiks dla 7/10-latków.
Jednak czar Baranowskiego sprawia, że nawet dorosły, w pełni świadomy czytelnik historyjek obrazkowych nie może przejść obok niego obojętnie. I to nie tylko za sprawą legendy, jaką jest sam autor. Doświadczcie tego świata, tych rysunków, tej wyobraźni! Toż to piękno, pomysł i radość w najczystszej formie.
 
Cała historia bierze swój początek, gdy dwójka zakochanych do szaleństwa Fruwaczków - Amadynka i Huzarek zostają uprowadzeni do mrocznej siedziby Czarnego Ptaszyla. Ten niecny łobuz planuje  zapanować nad złem tego świata,  lecz aby tego dokonać musi najpierw położyć swe śmierdzące łapska na nasieniu Kwiatu Zła.
Do czego więc są mu potrzebne Bogu ducha winne Fruwaczki? Otóż ich przywódca, czcigodny Kakapo jest jedyną istotą, która wie gdzie dokładnie znajduje się Tęczowa Dolina, bo właśnie tam ów poszukiwany Kwiat Zła rośnie. Oczywiście Amadynka z Huzarkiem odmawiają pomocy Ptaszylowi, za co  ten  obiecuje zgładzić  ich następnego dnia o świcie. Tymczasem w krainie Fruwaczków, świadomy  powagi sytuacji  Kakapo organizuje wyprawę, w której skład wchodzą starannie dobrani śmiałkowie. Oczywiście jest wśród nich Ciotka Fru-Bęc, która będzie odtąd dobrym duchem wyprawy, a ponieważ zna zaginionych od dziecka, bardzo zależy jej na ich ocaleniu.
 
Anna i Tadeusz Baranowscy stworzyli cudowny, wprost bajeczny świat, gdzie zło jest przepięknie przerysowane, a bohaterowie mogą liczyć na pomoc od wielu niecodziennych sojuszników. Oczywiście, jest to epicka opowieść, w której dość często trzeba będzie podejmować karkołomne decyzje, lecz silna wola sprawi, że wszystko i tak potoczy się zgodnie z oczekiwaniami czytelnika.
 
Prostota albumu niestety nie uchroniła scenariusza przed kilkoma nieścisłościami, które w innym przypadku napiętnowałbym z wielką przyjemnością. Logika scenariusza czasem całkiem bierze w łeb, a tytułowa bohaterka nie ma aż tak znaczącej roli w ratowaniu całego świata.
Jednak (co dobitnie zaznaczyłem powyżej) nie taki stary dziad jak ja powinien być głównym odbiorcą tej opowieści. Wybaczam więc pokornie Mistrzowi to co tu uczynił, jednocześnie zapewniając Was, że pomimo tych kilku zgrzytów lektura  będzie  co najmniej  satysfakcjonująca.
 
Warto też nadmienić, że ten tom stanowi zaledwie początek przygód  Fruwaczków. Dalsze  losy naszych bohaterów  oraz Czarnego Ptaszyla znajdują się w kolejnym albumie, To Doprawdy Kiepska Sprawa Kiedy Bestia się Pojawia.
 
Jak Ciotka Fru-Bęc Uratowała Świat od Zagłady to świetny komiks dla wszystkich, w których wciąż drzemie nieokiełznany dzieciak. Znajdziecie tu emocje, ponadczasowe prawdy, ale przede wszystkim świat, który mógł wyjść wyłącznie spod dłoni jednego z najlepszych rodzimych komiksiarzy. I choćby dlatego warto zerknąć na tę historię. Przygoda odnajdzie Was sama. 
 
Moja ocena: 5/6.
 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

RECENZJA: Wielka Księga Legend Warszawy - Anna Wilczyńska, Małgorzata Lewandowska

Ile znacie legend poświęconych części kraju w której żyjecie? Dwie, trzy?... To na pewno. Ale czy to jedyne przypowieści jakie nagromadziły się przez lata o miejscu bliskiemu Waszemu sercu?
 
Jak Polska długa i szeroka, każdy rejon, okręg czy miasto ma swoje własne legendy.  Oczywiście najwięcej posiadają  ich Kraków i  Zakopane, lecz niemniejszą ilością może pochwalić się  również Warszawa. To głównie tu, w rejonach Starego i Nowego Miasta oraz obu brzegów Wisły rozegrały się wydarzenia, które jeszcze przed przyjęciem Chrztu  zaczęły kształtować  naszą świadomość oraz kulturę.  
Stolica Polski najbardziej słynie z czterech charakterystycznych przypowieści.  Bazyliszek, Syrenka, Wars i Sawa oraz Złota Kaczka - te legendy znane są  również poza granicami naszego kraju. Jednak  rodzima historia  oraz wyobraźnia sięgają  znacznie dalej.
 
Anna Wilczyńska, autorka Wielkiej Księgi Legend Warszawy  przy pracy nad swoim dziełem  postanowiła zgłębić temat, ambitnie sięgając do samych źródeł,  odnajdując w mrokach dziejów   mity  mniej znane.  Stworzyła tym samym całkowicie autorskie wersje przekazywanych z ust do ust opowieści.
A czego tu nie ma! Historia szabli króla Zygmunta III Wazy, Kupalnocka w Kamionie, tajemnicza studnia Stanisława Augusta Poniatowskiego, opowieść o początkach Wilanowa z czasów Jana III Sobieskiego, legenda mostu Zygmunta Augusta, mroczna przypowieść o cmentarzu przy kościele św. Jerzego czy wspomnienie o losach dziadów z Powązek. To oczywiście tylko niektóre z nich.
 
Jak sama autorka podkreśla, większość zapisanych w książce  podań  jest jedynie wytworem jej wyobraźni. Lecz czy nie właśnie tak powstały te najbardziej znane? Wystarczy jedno magiczne wspomnienie, wierność faktom historycznym (przy osadzeniu podania w konkretnej epoce) i już powstaje najprawdziwsza legenda! Później pozostaje tylko zadbać, aby taka opowieść przekazywana była dalej, żyjąc odtąd swym własnym życiem.
 
Autorka uporządkowała wszystkie legendy w kolejności chronologicznej. Taki zabieg sprawił, że łatwiej połapać się w odmętach historii,  podczas których  rozgrywała się akcja  wszystkich wydarzeń. Księgę rozpoczyna przypowieść o Warsie i Sawie, a kończy historia dzwonu na Kanonii za katedrą św. Jana.
Oczywiście, w książce nie zabrakło też  postaci historycznych. Królowie, wynalazcy, pisarze, rzemieślnicy i artyści faktycznie żyjący w stolicy, pełnią rolę swoistego kręgosłupa przytaczanych treści. W ostatnim rozdziale autorka składa im jeszcze jeden hołd, nawiązując do swych inspiracji, oraz tłumacząc jak rodzą się kreatywne pomysły na mity i wspomnienia. Ten mały zabieg sprawił, że cała książka jest dziełem poukładanym oraz głęboko przemyślanym.
 
Wspaniałą częścią Wielkiej Księgi Legend Warszawy są ilustracje Małgorzaty Lewandowskiej.
Jej obrazy przeplatają się z opowiadanymi historiami, pomagając wyobraźni w kreowaniu wizerunku zamierzchłych czasów. Obie autorki ściśle współpracowały ze sobą w trakcie powstawania książki, co zaowocowało spójną wizją prezentowanego dzieła.
Stworzenie indywidualnej szaty graficznej  bardzo przysłużyło się  wydaniu. Sądzę, że gdyby wykorzystano kopie jakichś istniejących już  prac, takie połączenie psułoby odbiór zbioru jako kompletnej całości.
 
Nie wyobrażam sobie  polskiego (a tym bardziej warszawskiego) domu, w którego księgozbiorach brakuje tej jednej, tak charakterystycznej pozycji. Pozycji, która  została celowo skierowana do czytelnika w każdym wieku.
Wielka Księga Legend Warszawy to książka dla ludzi, którym wyobraźnia i szacunek dla dziedzictwa naszego kraju  pomaga otworzyć się na piękno wspomnień i historii. A przecież to właśnie stanowi sedno naszej rodzimej świadomości.
 
Moja ocena: 6/6.

Moje spotkanie z autorkami podczas Warszawskich Targów Książki 2017
 

sobota, 24 czerwca 2017

Malutka Wonder Woman od Quantum Mechanix

Quantum Mechanix zapowiedziało właśnie nową figurkę z serii Q-Fig Max. Jest nią oczywiście Wonder Woman w wersji z tegorocznego przeboju filmowego produkcji Warner Bros.

Ta urocza statuetka ma zaledwie 12 cm wysokości i 15 szerokości, więc bez problemu zmieści się nawet na bardzo niewielkim czy zawalonym papierami biurku.
Oczywiście sama Diana uchwycona została w bardzo charakterystycznej, wojowniczej pozie, a choć figurka jest naprawdę niewielka, wszystkie detale dają się łatwo dostrzec i niewątpliwie cieszą oko.


 

Quantum Mechanix zapowiedziało, że Wonder Woman jest pierwszą z serii wielu nadchodzących statuetek, nawiązujących do bohaterów DC.
Diana oraz jej rumak będą wkrótce do zamówienia na stronie producenta w cenie 29,95 $.


czwartek, 22 czerwca 2017

RECENZJA: Lament (The Wailing) 2016

W ostatnich latach z dobrymi filmami grozy bywa różnie. Jeśli akurat nie ma  szału na daną tematykę podgatunkową, to poszczególne produkcje prezentują bardzo różny, często niezbyt zadowalający poziom. W takim układzie zdarzeń najlepszą formę pokazują twórcy spoza Hollywood, ponieważ nie nękają ich wielkie wytwórnie żądne wpływów z kas, a co za tym idzie, mają oni większą swobodę twórczą w przekazywaniu tego co dla nich istotne. No i jakoś tak w ogóle chyba bardziej im się chce.
 
Jedną z  perełek  spoza USA jest  Lament zrealizowany w Południowej Korei. Film mroczny, klimatyczny i co najważniejsze, bardzo specyficzny. Specyficzny w kontraście tego, co produkuje się obecnie na zachodzie. Nie znajdziemy tu wyskakujących z szafy potworów, komputerowo wygenerowanych duchów czy hektolitrów bryzgającej, sztucznej krwi.
W swoim filmie  Hong-jin Na (odpowiedzialny za reżyserię do własnego scenariusza) postawił na sedno opowieści i tego, co chce przekazać widzowi.  Otworzył przed odbiorcami swój umysł, uzewnętrzniając głęboki niepokój, a do tego całość zrealizował tak, żeby te tłumione pod skórą uczucia udzieliły się w czasie seansu zaproszonemu do zaprezentowanego świata gościowi.

Muszę przyznać, że z początku obraz Hong-jin Na nie za bardzo mnie do siebie przekonał. Pierwsze dwa kwadransy spędziłem zastanawiając się co i dlaczego usiłuje mi się pokazać. Na szczęście był to zaledwie wstęp do tego co zaplanowano na później.
Film rozpoczyna się w momencie, gdy policjant Jong-goo (Do-Won Kwak) żyjący w  małej, oddalonej od reszty cywilizacji miejscowości  zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Tam okazuje się jednak, że nie jest to przypadek w jakikolwiek sposób  podobny do  innych. Powszechnie wiadomo, że takie dramatyczne  incydenty często burzą spokój i poukładany tryb wydarzeń niewielkich społeczności. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Gdy do głosu dochodzą wkrótce nowe, szokujące wydarzenia, trop prowadzi naszego bohatera ku postaci niejakiego Japończyka, tajemniczego mężczyzny żyjącego samotnie w górach. Co ciekawe, człowiek  ten zaczyna pojawiać się też w dręczących go  snach. Kiedy do całej gęstwiny spowitych dreszczem grozy wydarzeń dochodzi dziwne zachowanie kilkuletniej córki naszego bohatera, dla Jong-goo wreszcie zaczyna być jasne, że nie tak łatwo przyjdzie mu rozwiązać tą obezwładniającą, straszliwą zagadkę.
Na tym etapie film zdążył nabrać właściwego tempa, zmierzając niespiesznie ku nieoczekiwanemu finałowi, który sprawił, że wszystko co oglądałem na początku nabrało zupełnie innego znaczenia. Nie zamierzam jednak pisać o treści już nic więcej, samo odkrywanie poszczególnych kart scenariusza jest ucztą, którą należy delektować się samodzielnie.


Jak wspomniałem  powyżej, Lament  nie jest  filmem, który straszy widza wymyślnymi, wizualnymi rozwiązaniami. To obraz, jaki wbija nam do głowy pytanie o sens  walki z wszechmocnym złem. Złem, od którego nie ma ucieczki, a które wciąż łapie nas w swe sidła. Pokazuje jak beznadziejna może być sytuacja, kiedy znajdziemy się w polu działania sił, na które w żaden sposób nie mamy wpływu.
Co jeszcze ciekawsze, film Hong-jin Na pozwala na pewną dowolność interpretacji sensu wydarzeń. Dzieje się tak za sprawą zachowania powściągliwości twórcy w bezpośredniej styczności z tematem. Na samym końcu wszystkie wydarzenia układają się w spójną całość, którą porządkowałem w głowie jeszcze wiele godzin po obejrzeniu filmu.
Lament jest zjawiskowy także za sprawą budowy całej historii. Mieszanka stylów, którą operuje reżyser z pewnością zepsułaby niejedną inną produkcję. Mamy tu mistycyzm, elementy komedii i pastiszu, dramat rodzinny, a całość przypomina kolaż inspiracji zaczerpniętych z najróżniejszych filmów grozy.  Jednak reżyser doskonale wie z jakim materiałem pracuje, więc ani tematyka zombie, istota opętania oraz obecność zła czy nawet przedziwne wizje nie są w stanie zachwiać stabilnej i dokładnie przemyślanej konstrukcji filmu.

Aktorsko film prezentuje się bez najmniejszych zgrzytów. Nie ma tu wielu ról zapadających głęboko w pamięć (w końcu w jakim horrorze były?), ale można śmiało stwierdzić, że postacie zbudowane są poprawnie. Tkwią mocno w opowiadanej historii, dodając niezbędne emocje, aby widz był w stanie zaangażować się w opowieść i odczuwać wszelkie koncepcje twórców.
Muzyka pomaga budować napięcie oszczędzając na swej formie, ale w pewnych momentach robi naprawdę kolosalne wrażenie. W pamięci szczególnie zapada podróż egzorcysty, pościg za Japończykiem oraz głośna scena okiełznywania zła.


Lament jest filmem, o którym wiele można powiedzieć, ale żadna rozprawa o nim nie zastąpi ponad dwu i półgodzinnego seansu. To produkcja przemyślana i odważna. Za sprawą odmiennej kultury, w której powstała, wyjątkowo tajemnicza dla widza z zachodu. Prowokuje pytania, na które odpowiedzi każdy z nas udzieli sobie sam, a tyle ile widzów, tyle cennych przemyśleń pojawi się w ich głowach.
Dla sympatyków kina grozy to pozycja obowiązkowa i trochę szkoda, że film na świecie przeszedł nieco niezauważony. Często tak bywa, że wytwórnie stawiają na prostotę straszenia, kiedy tuż obok  powstaje historia godna zapamiętania i dyskusji. Dlatego zachęcam Was do obejrzenia Lamentu. To naprawdę świetny, głęboko przerażający film.

Moja ocena: 6/6.
 

sobota, 17 czerwca 2017

Fourmille Gratule (Ekho) autorstwa Nielsa Timmermana

Tym razem w kolekcjonerskim kąciku Skrzydeł Gryfa przedstawiam figurkę, której nie kupicie w żadnym sklepie.
 
 
Niels Timmerman, artysta-amator, który prezentuje swoje prace na stronie therookies.co stworzył fantastyczny model Fourmille z serii komiksowej Ekho.
The Rookies to inicjatywa pozwalająca uzdolnionym grafikom prezentowanie swojej twórczości szerokiemu gronu odbiorców, a co najważniejsze, pomagająca osiągnąć liczne zawodowe cele w przyszłości.
 
Projekt Fourmille oraz sama rzeźba wraz z kolorami powstały w programie ZBrush, a tekstura i renderowanie wykonane zostało w V-Ray. Pomysł na model twórca zaczerpnął oczywiście z oryginalnych prac Christophe Arlestona.
 
 
  
 
Musicie chyba przyznać, że Niels wykonał kawał dobrej roboty. Figurka Fourmille zadziwia precyzją i szczegółowością wykonania, a wszystkie detale bez żadnych wątpliwości mówią o jej komiksowym pochodzeniu.
Z pewnością każdy sympatyk serii Arlestona i Barbucciego chciałby postawić ją u siebie na biurku.
 

czwartek, 15 czerwca 2017

RECENZJA: Ekho, tom 5: Sekret Preshaunów - Ch. Arleston, A. Barbucci

Seria Arlestona i Barbucciego o fantastycznym, lustrzanym świecie Ekho jawi się jako graficzna perełka na światowym rynku komiksowym. Autorom z powodzeniem udało się połączyć sympatyczną, bardzo szczegółową kreskę przywodzącą na myśl dorosłe animacje Disney'a, z lekkim, nieco humorystycznym scenariuszem przygodowym. Po trzech rewelacyjnych  tomach oraz nieco słabszym czwartym, cykl o przygodach długonogiej Fourmille znów wraca do formy.

W tej części razem z naszą bohaterką, jej towarzyszem Yurim oraz puchatym Sigisbertem  przenosimy się do Rzymu. Tam bowiem mieści się najwyższa instytucja preshaunów, zwana Watyshaunem. Tym z Was, którzy jeszcze nie poznali tej serii, na szybko wytłumaczę, o co w tym wszystkim chodzi.

Otóż Fourmille wraz z Yurim zostali za sprawą nieznanych mocy przeniesieni do dziwnego, fantastycznego świata zdominowanego przez wiewiórkopodobne stworzenia, zwane preshaunami. Ekho jest jakby zakrzywionym odbiciem naszej rzeczywistości. Występują tu te same metropolie i kontynenty, z tą tylko różnicą, że zamieszkują je wszelkiego rodzaju istoty rodem z książek i filmów fantasy. Podróże odbywają się na smokach, zamiast metra pasażerów pod ziemią przenoszą na swoim grzbiecie gigantyczne gąsienice, natomiast podróże morskie odbywają się na pokładach zbudowanych na wielkich kałamarnicach. 
Same preshauny zdają się w jakiś sposób kierować całym Ekho, lecz ich istnienie otoczone jest pewną niezbadaną tajemnicą. Otóż, aby pozostać na stałe w swej postaci, muszą regularnie pić... herbatę. Jeśli tego nie zrobią, zamieniają się w wielkie, krwiożercze bestie, nade wszystko łaknące ludzkiego mięsa.
Jakby tego wszystkiego było mało, Fourmille od czasu przybycia do Ekho  bywa  często nawiedzana przez duchy niedawno zmarłych osób. Jest to o tyle niezręczne, że następuje najczęściej w niespodziewanych momentach, i to zupełnie bez przyzwolenia samej bohaterki.

Tak więc trójka naszych przyjaciół dociera do Rzymu, gdzie na czas pobytu osiada w posiadłości niedawno poznanego hrabiego Francesco Castiglione-Borghese. Fourmille ma zamiar spotkać się z Mistrzem Glontodarge, który może pomóc odpowiedzieć jej czemu znalazła się w lustrzanym świecie.
I już w tym momencie wiadomo, że nic nie pójdzie tak jak zaplanowano. Sigisbert wyjawi przyjaciołom nieoczekiwane informacje o preshaunach, a przedziwne sploty wydarzeń poprowadzą bohaterów do poznania prawdy na temat największej tajemnicy Ekho.

Piąta odsłona Lustrzanego Świata pozostawia po sobie same dobre wrażenia.
Największym plusem tomu jest wyjaśnienie zagadki preshaunów. I choć nie jest to nic bardzo rewolucyjnego (ci sprytniejsi mogli częściowo podejrzewać jak to się potoczy), to fajnie że twórcy nie trzymali tego sekretu w nieskończoność. Ileż to serii cierpiało w przeszłości na skutek nieustannego przeciągania tajemnicy, wciąż oblekanej nowymi zagadkami?...
Akcja w Sekrecie Preshaunów toczy się szybko, Fourmille raz po raz wpada w nowe tarapaty, aby na końcu dzięki zdobytemu doświadczeniu ostatecznie zapanować nad sytuacją. Fabuła stale zaskakuje, każdy drobny element ma swój uzasadniony miejsce i czas.
Satyra  nie jest elementem dominującym, zresztą  ta seria nigdy nie miała podobnego charakteru. Ekho to zwyczajnie lekko humorystyczny komiks, przy którym uśmiech nie będzie schodził Wam z twarzy. Tym bardziej, że Alessandro Barbucci rysuje Fourmille tak apetycznie (i często dość kusząco), że czytelnicy reprezentujący brzydszą płeć na pewno dokładniej przyjrzą się niektórym kadrom.

I właśnie w rysunkach tkwi chyba największy czar tej opowieści. Idealnie oddają zamysł scenarzysty (Christophe Arleston), pokazując niecodzienność i piękno świata Ekho, wraz z dynamiką wydarzeń i kolorytem wszelkich postaci. Przy całym swoim bogactwie potrafią być jednocześnie bardzo klarowne, do tego stopnia, że nawet dalsze plany zachowują należytą szczegółowość.

Sekret Preshaunów to komiks dla wszystkich, którzy lubią awanturnicze, przygodowe historie podane w lekki, wesoły sposób.  Bez cienia wątpliwości mogę nazwać go pięknie narysowaną, dynamiczną jazdą bez trzymanki, która pozwoli na niecałą godzinkę odpłynąć z naszego szarego świata. W moim odczuciu właśnie temu służy dobra literatura, więc czegóż można wymagać więcej?

Moja ocena: 5,5/6.

Ps. Na końcowych stronach komiksu znajdują się szkice postaci Fourmille. Prawdziwa gratka dla fanów!


środa, 14 czerwca 2017

RECENZJA: Elektrodziewczyna - Jo Cotterill

Czy w świecie zdominowanym przez gry komputerowe, komórkowe Pokemony  i filmy o superbohaterach literatura ma jeszcze szansę dotrzeć do młodszych czytelników? Czasy Harry'ego Pottera zdają się być już częściowo za nami, a serii o podobnym oddziaływaniu na próżno wypatrywać na międzynarodowym rynku... 
Na szczęście czasem pojawia się jakaś książka, która w pewien sposób próbuje złamać tą niepisaną przypadłość. Taką właśnie lekturą jest Elektrodziewczyna, autorstwa Jo Cotterill z ilustracyjnymi wstawkami Cathy Brett.
 
Holly Sparkes jest zwyczajną nastolatką, która spędza dni na nauce w szkole i spotkaniach ze swoją  najlepszą przyjaciółką, Imogeną Clump. Wszystko w jej życiu wydaje się zwyczajne i poukładane, aż do pewnego feralnego dnia, gdy zostaje porażona piorunem.
Pewnie myślicie, że dwunastolatka (ani ktokolwiek inny) nigdy nie przeżyłaby podobnego wypadku? Oczywiście macie rację, ale piorun, który poraził Holly nie był tak do końca zwyczajny. Pod jego wpływem dziewczyna otrzymała tajemnicze zdolności kontrolowania energii elektrycznej. Od tej chwili potrafi włączać lub niszczyć wszelkiego rodzaju urządzenia, a nawet miotać błyskawicami prosto z dłoni.
Jakby było tego mało, owo niezwykłe wydarzenie zbiegło się z rozpadem przyjaźni Holly z Imogeną. A wszystko przez złowrogą profesor Macavity i firmę technologiczną CyberSky, która rozdała wszystkim mieszkańcom Blueheaven nowoczesne telefony komórkowe. Od tamtej pory Imogena przestała zwracać uwagę na Holly, poświęcając cały wolny czas na rozwiązywanie dziwnych quizów w telefonie. A to oczywiście dopiero początek kłopotów, ponieważ za tajemniczą zmianą charakteru przyjaciółki kryje się coś naprawdę złowieszczego i niepokojącego...

Jo Cotterill w swej powieści umiejętnie buduje przygodowy świat, barwnym, zrozumiałym językiem przedstawiając nastoletnią codzienność. Wszystko tu jest na czasie - zainteresowania, otoczenie, problemy. Każdy dzieciak bez trudu odnajdzie się w tak przedstawionej rzeczywistości.
Książkę czyta się szybko i przyjemnie, fabuła jest spójna i dobrze nakreślona. Zdolności Holly są tu oczywiście najważniejszym elementem, jednak nie dominują opowieści. Służą jedynie jako narzędzie w rękach autorki do opowiedzenia niezwykłej historii o przyjaźni, która słusznie jawi się tu jako wartość dużo ważniejsza niż pęd za technologicznymi nowinkami.
Elektrodziewczyna jest  bowiem pewną próbą  krytyki stylu życia  uzależnionego od technologii.  Dobitnie pokazuje plusy i minusy nadmiernego korzystania ze zdobyczy nauki. Tłumaczy, jak łatwo uzależnić się od wirtualnych rozrywek, oraz jak dzisiejsza młodzież posługuje się nimi aby dominować wśród rówieśników.
Za sprawą mocy głównej bohaterki, cieszą też liczne nawiązania do świata superbohaterów. Znawcy oklepanego stylu budowania komiksowo-filmowych historii znajdą też kilka fragmentów, które wywołają u nich szczery uśmiech na twarzy (szczególnie kiedy Joe, młodszy brat Holly uczy ją, jak powinna zachowywać się superbohaterka).

Dodatkowym atutem książki są liczne wstawki komiksowe, które skupiają się wokół najbardziej dynamicznych wydarzeń. Co najciekawsze, rysunki w żadnym stopniu nie zastępują tekstu, lecz są jego naturalną kontynuacją. Choćby z tego względu warto przedstawić tę powieść młodym czytelnikom. Być może dzięki niej ci najbardziej oporni przychylniejszym okiem spojrzą na słowo pisane?
Ja jednak na miejscu autorek pokusiłbym się o znaczne wydłużenie tych wstawek. Gdyby też Cathy Brett wzbogaciła ilustracje większą ilością dymków (czyniąc je przy okazji mniej infantylnymi), książka znacznie lepiej zsynchronizowałaby się z formą opowiadania obrazkowego.

Choć powieść czyta się szybko, po lekturze pozostał mi pewien niedosyt. Może to dlatego, że moim gustom bardziej odpowiada wielotorowa intryga fabularna. Tego niestety tutaj mi zabrakło. Gdyby autorka dodała kilka nowych postaci lub rozwiązań, umieszczając wydarzenia w kilku miejscach na raz,  zmagania głównej bohaterki wciągnęły by mnie jeszcze  bardziej, nie  pozostawiając tego "płaskiego" wrażenia.

Elektrodziewczyna świetnie spełnia swą rolę, będąc powieścią dla młodzieży, która czerpie wzorce z aktualnego świata zainteresowań i pasji młodych ludzi. Znajdziemy tu przyjaźń, uwielbienie dla superbohaterów, dość ciekawy czarny charakter oraz interesującą przygodę. Bohaterom chce się kibicować, a ich losy wciągają czytelnika za sprawą dobrego warsztatu pisarskiego autorki.
Dla dzieciaków w wieku 9-12  lat  będzie to prawdziwie zajmująca lektura, natomiast starsi czytelnicy na pewno nie odniosą wrażenia, że ktoś obraża ich inteligencję. Gdyby jeszcze pokusić się o rozszerzenie całej historii i wydłużenie wstawek komiksowych, moglibyśmy otrzymać prawdziwą książkę dla wszystkich.
Tak czy inaczej nie jest źle, a rodzice, którzy chcą odciągnąć swe pociechy od tableta, wreszcie mają do tego odpowiednie narzędzie.
Ostatnia strona powieści zdradza,  że na horyzoncie widać już  kolejną część cyklu - Elektrodziewczyna i Śmiercionośny Rój. Może tam autorka pójdzie na całość w stylu jaki lubię najbardziej?

Moja ocena: 4/6.

Dziękuję wydawnictwu Akapit Press za udostepnienie książki do recenzji.

 

sobota, 10 czerwca 2017

RECENZJA: Batman, tom 9 - Bloom

Czy zastanawialiście się kiedyś co działoby się w Gotham, gdyby zabrakło tam Batmana? Ostatnie tomy serii będącej częścią Nowego DC Comics opowiadają właśnie taką historię. Historię, w której Bruce Wayne, po ostatecznej potyczce z Jokerem omal nie stracił życia, lecz zapłacił za to utratą pamięci i osobowości, a jego wierny sprzymierzeniec, Jim Gordon na skutek specjalnego programu policyjnego, mającego na celu utrzymanie porządku w mieście, sam przywdziewa nowoczesny strój Nietoperza.

Początek tej opowieści mieliśmy okazję poznać w tomie ósmym serii, zatytułowanym Waga Superciężka. Nowa, dziewiąta odsłona jest jej bezpośrednią kontynuacją. No  i cóż tam  ciekawego się dzieje? - zapytacie.
Scott Snyder i James Tynion IV brawurowo zacieśniają pętlę intrygi, w którą uwikłali dwóch głównych bohaterów. Jim dalej boryka się z problemem Blooma, który wyrósł na bardzo potężnego przeciwnika, a pogrążony w nowym świecie Bruce stopniowo uświadamia sobie kim tak naprawdę powinien być.

Bloom to zdecydowanie komiks akcji, który nie pozostaje obojętny na swoje postacie. Każda ma tutaj jakąś rolę, nikt nie snuje się po kadrach niepotrzebnie. Obserwujemy dojrzewanie nowych bohaterów (moją uwagę zwrócił szczególnie bardzo fajny wątek Duke'a Thomasa, który wyrasta na samozwańczego pomocnika Batmana), a ci dawni są przeciwwagą dla nieco nowatorskiego potraktowania historii Nietoperza.
Tajemnica Blooma zostaje umiejętnie rozwinięta, szybko też dostajemy jej satysfakcjonujące rozwiązanie. Sądzę, że obok kolorytu osobowości komiksu to postać głównego antagonisty jest jego najmocniejszą stroną. I nie chodzi tylko o to, kto ukrywa się za postacią Blooma. To jak powstał, jakie były motywacje stojące za jego genezą oraz jaki wpływ ma na wszelkie wydarzenia w mieście przyciągało mnie w czasie lektury najbardziej.
Dobrze było też zobaczyć Bruce'a jako zwykłą, spełnioną w swoim życiu osobę. Choć już po okładce łatwo zorientować się, że ta sielanka nie będzie trwałą wiecznie, te kilkanaście plansz z Wayne'm pozbawionym mroku swego alter-ego będzie interesująca dla większości sympatyków serii.

Choć nie oceniam tego na minus, sądzę, że nie wszystkim przypadnie w tym tomie sposób przywrócenia Bruce'a do roli Batmana. Został już on zasygnalizowany w Wadze Superciężkiej, teraz bez ogródek zostaje wprowadzony w życie. W sumie nie widzę sposobu aby można było w tej historii poprowadzić to inaczej. Ton opowieści oraz jej fabularna złożoność niejako wymusiła na scenarzystach takie rozwiązanie. A rozmowa z tajemniczą postacią na ławce, jakkolwiek intrygująca, nie byłaby w stanie wskrzesić zagubionej woli nocnego stróża prawa. Nie dokonałoby tego także żadne inne wydarzenie, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Aby w pełni to zrozumieć, należy przeczytać komiks. Tego, kim stał się Bruce nie odwróci bowiem nawet najbardziej traumatyczne przeżycie, ani fakt, że on sam wie jak powinno wyglądać jego życie.


Rysunki Grega Capullo są rewelacyjne. Uwielbiam ten przepych graficzny w jego ilustracjach. Jednocześnie potrafi tworzyć klarowne kadry, co tylko dodaje prestiżu i swoistego komiksowego realizmu jego pracom.
W tej odsłonie wspomogli go również Yanick Paquette i Sean Murphy. Ten pierwszy niezbyt pasuje do tonu albumu, ponieważ jego duże, raczej oszczędne i stwarzające wrażenie zatrzymanych w kadrze plansze wybijają opowieść ze swego zawiłego rytmu. No, ale w końcu mistrz Capullo musiał kiedyś jeść i spać, toteż nie był w stanie sam narysować wszystkiego.
Murphy rysuje tylko krótką historyjkę na końcu albumu i taka uzupełniająca forma nieco szkicowych kadrów sprawdza się tu znacznie lepiej.

Batman Bloom to świetny most łączący wydarzenia z Ostatecznej Rozgrywki, z tym co nadejdzie w finale jego przygód w Nowym DC Comics.
Nie będzie to zapewne komiks, który trafi do wszystkich sympatyków Nietoperza, lecz ja oceniam go bardzo pozytywnie. Dobrze jest czasem zaburzyć nurt historii, żeby pokazać coś innego, tym bardziej, że mówimy tu o kultowej postaci, która w popkulturze istnieje już od bardzo wielu dekad. A że to wszystko zostało nieźle przemyślane i narysowane, to chyba tylko dobrze, prawda?

Moja ocena: 5/6.
 

środa, 7 czerwca 2017

RECENZJA: Zemsta Robinii - Elena Kedros

Zemsta Robinii, to po Wyborze Robinii oraz Legendzie Robinii, trzeci, ostatni tom fantastycznego cyklu  Eleny Kedros. Historia młodej dziewczyny przewodzącej grupie ludzi żyjących w lesie podbiła serca czytelników w wielu krajach, a dzięki wydawnictwu Akapit Press możemy czytać ją również w Polsce.
Jakkolwiek bardzo spodobał mi się  pierwszy tom  opowieści,  drugi niestety  nie do końca spełnił pokładane w nim nadzieje. Tym bardziej cieszę się, że udostępniona mi ostatnia część jest znów świetna.
 
Podkreślę to po raz kolejny - przygody Robinii to seria z założenia skierowana do dzieci i młodzieży. Autorka posługuje się w niej specyficznym, dość prostym językiem, mającym  tendencje do częstego naśladownictwa stylu fabularnych streszczeń. Dlatego też ci z Was, którzy nie przepadają za taką formułą, lepiej darują sobie lekturę.
Reszta, której to nie przeszkadza, a także lubująca się w brawurowych przygodach oraz nieoczekiwanych zwrotach fabularnych, bez zwłoki powinna przeczytać ten cykl. Tym bardziej, że powyższych elementów jest w ostatnim tomie bez liku.
 
Na skutek pewnej intrygi nasza bohaterka opuszcza leśne królestwo, obwiniając się za tragedię, jaka dotknęła jej przyjaciół. Drogi losu prowadzą Robinię do Newcastle, gdzie pomocną dłoń okazuje jej pewna kramarka wraz z pracującą u niej praktykantką. Kiedy na jaw wychodzi, że Robinia została podstępnie zmanipulowana przez jednego ze swoich ludzi, wszelkie niezwykłe wydarzenia nabierają niesamowitego tempa, prowadząc czytelnika do przepełnionego emocjami i akcją finału. Finału, który zamyka wszystkie rozpoczęte w poprzednich tomach wątki.
Choć wiem, że moje słowa brzmią trochę jak reklamowy tekst z ostatniej strony okładki, wierzcie mi, że jest tak naprawdę. Elena Kedros jest bowiem mistrzynią w sprytnym tkaniu zawiłości fabuły oraz żonglowaniu tajemnicą. Takiej, która choć często jest na wierzchu, pozostaje niezauważona do ostatnich stron.
Więcej o treści książki nie napiszę, musicie to poznać już sami.
 
W tym tomie, podobnie jak w poprzednich, podoba mi się swoista epickość, polegająca na rozpisaniu historii na wiele postaci (z tytułową w centrum, oczywiście), oraz akcji rozgrywającej się w kilku miejscach na raz. Dzięki temu, dzieciaki zachwycone lekturą za jakiś czas chętniej sięgną po poważniejsze powieści z gatunku.
Warto też zaznaczyć, że autorka nie upraszcza zbytnio realiów średniowiecza. Wszystkie problemy i decyzje mają tu swoje naturalne konsekwencje, dzięki czemu, choć czytamy powieść przeznaczoną dla młodego czytelnika, wszystkie aspekty ówczesnego świata pozostają zachowane. Widać to najbardziej w końcowej części książki, kiedy do głosu dochodzą efekty knowań Hrabiego Nickolausa z Warchesteru.
Pisarka nie przesyciła nadmiernie treści wątkami miłosnymi, właściwie dopiero w tym tomie dochodzi do głosu uczucie Robinii i Roberta. To dobry krok, ponieważ chyba tylko nieliczni lubią ckliwe, romantyczne historyjki.
Jeśli miałbym typować najważniejszy minus serii jako całości, będzie to brak wszelkiej magii lub nieznanych stworzeń, które w tej zmyślonej historii znalazłyby z pewnością swoje miejsce.
 
Zatem odpowiedź na pytanie: "Czytać Robinię czy nie?" jest raczej jednoznaczna. Tak.
Choć to powieść, przy której należy przymknąć oko na jej specyficzną formę, sama fabuła, postacie i pomysł z nawiązką wynagradzają spędzony z nią czas. I choć bohaterka jest dziewczyną, nie jest to wcale "dziewczyńska" historia.
"To co teraz?" - zapytacie. Łuki w dłoń i do lektury!
 
Moja ocena: 5/6.
 
Dziękuję wydawnictwu Akapit Press za udostępnienie książki do recenzji.

 


 

wtorek, 6 czerwca 2017

RECENZJA: Wonder Woman (2017)

Nie mamy wielu filmów o superbohaterkach w światowej filmografii, oj, nie mamy... Czy aby na pewno?
Jeden i to naprawdę konkretny już jest!

Diana Prince, szerszej publiczności znana jako Wonder Woman właśnie wkroczyła do kin na całym świecie i jak pokazują pierwsze sondaże finansowe, jej pochód jest co najmniej udany. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, ponieważ najwyższy był to czas, aby zdjąć wreszcie ciążące nad DCEU fatum wiecznego niezadowolenia i gorzkiego rozczarowania fanów. Na szczęście ja do tej grupki wzajemnej adoracji się nie zaliczam (no, może poza kwestią Suicide Squad), tym większą mam też frajdę, że film zyskuje przychylne opinie widzów oraz wszelkich wąsatych, spoconych krytyków.

Co zatem otrzymaliśmy tym razem i jak to się różni od poprzednich produkcji z cyklu?

Po pierwsze, kolejne, choć dość ciekawie poprowadzone "origin story", gdzie towarzyszymy głównej bohaterce (Gal Gadot) w jej drodze ku przeznaczeniu. Jest to ciekawe z tego względu, że reżyserka (Patty Jenkins) i scenarzysta (Allan Heinberg) postanowili mocno zmienić komiksową historię. Osadzili losy Wonder Woman sto lat wstecz, w czasie ostatnich miesięcy I Wojny Światowej. Oczywiście, to zmiana ogólna, ale pewne sprawy nie uległy aż takiej transformacji.
Poznajemy Dianę jako córkę Hipolity, królowej Amazonek na wyspie Themyscira, gdzie pod okiem czujnej pani Generał Antiopy (Robin Wright) uczy się wszelkich sztuk walki. Dzieje się to poza wiedzą władczyni, a Diana, choć ma świadomość, że została ulepiona z gliny i obdarzona życiem przez Zeusa (niestety, tej sceny zabrakło w filmie), nie domyśla się nawet kim (lub czym) tak naprawdę jest. My widzowie, też tego z początku nie wiemy, dlatego przemilczę ową puentę, aby nie zepsuć seansu tym z Was, którzy w kinie jeszcze nie byli.
Pewnego pięknego, słonecznego dnia na Temyskirę dociera niejaki Steve Trevor (Chris Pine), którego nieoczekiwana  obecność będzie przyczyną wędrówki oraz życiowej decyzji tytułowej bohaterki. Steve okazuje się bowiem wojskowym szpiegiem działającym na niekorzyść Niemców. Jego opowieści o wojnie oraz atak grupy żołnierzy na siedzibę Amazonek skłonią Dianę do opuszczenia swego świata, celem zakończenia potężnego wpływu boga wojny Aresa na świat ludzi.

Po drugie, Wonder Woman to dobrze  wymyślona historia z wyraźnymi postaciami i nieźle wyłożonym przesłaniem. Diana ma konkretną misję, a w czasie jej realizacji widz doświadczy mnogości akcji, humoru a nawet paru krótkich wzruszeń. Scenariusz krok po kroku łączy wszystkie elementy, które mają czas aby odpowiednio wybrzmieć na ekranie. Różnorodność ludzkich charakterów nie jest tu pozostawiona sama sobie i z prawie każdego zwrotu akcji wynika kolejny splot fabularny. Dobór aktorów do ról wojennych towarzyszy Wonder Woman był kolejnym świetnym posunięciem. Odmienność ich osobowości oraz wzajemne interakcje bawią i nieustannie przyciągają uwagę.
Film mówi w prosty sposób o tym, że choć jako ludzkość nie jesteśmy pozbawieni strasznych wad, warto dać sobie nawzajem szansę. Na drodze ku temu celowi powinno leżeć wspólne działanie, niezależnie od tego jak wysoka będzie jego cena. Nie należy przy tym zapominać o drobnych, zwykłych radościach, jakimi są wierni przyjaciele oraz ulubione rzeczy.

Jakkolwiek dobrze ogląda się dzieło Patty Jenkins, ma ono kilka niepotrzebnych elementów, na które muszę zwrócić uwagę.
Najważniejsze z nich to wszędobylskie "slow motion" oraz mrok obecny w każdym filmie z DCEU. Omówię to po kolei.
Czy naprawdę każdą scenę akcji trzeba było ukazywać w ten charakterystyczny, kontemplacyjny sposób? Zwolnienie akcji dobrze działa przy scenach gwałtownych lub takich, gdzie zachodzi potrzeba zbudowania odpowiedniego napięcia. Tu niestety, doświadczamy tego w ponad połowie wszystkich scen walk, przez co została mi odebrana pewna przyjemność z ich oglądania.
Ponadto, zabieg ten sprawił, że Diana jawi się jak bohaterka niepotrzebnie obdarzona mocami Flasha. Te kilka ujęć, gdzie obserwujemy ją jak przygląda się lecącym w jej stronę kulom, wypadło w kontekście realizmu postaci i rzeczywistości dość nieciekawie.
Mrok jest w tym filmie częściowo uzasadniony (na szczęście nie doświadczamy go przez cały czas - sceny na Themyscirze rozgrywają się w pełnym słońcu), ponieważ mamy tu do czynienia z okresem wojny. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że jest to już czwarty film z komiksowego cyklu, nie jest to podejście zbyt oryginalne (ponadto, zwiastuny Ligi Sprawiedliwości pokazują, że na jesieni czeka nas jeszcze jedna powtórka z rozrywki).
W filmie znalazło się też sporo drobnych błędów, które nie wpłynęły na odbiór opowieści jako takiej. Czasem przed moimi oczami pojawiało się coś, o czym już zapomniałem, albo prawa fizyki zaprzeczały obserwowanym sytuacjom. Wiele produkcji tak ma, ten nie jest wyjątkiem.
Ludendorff (Danny Huston) i Dr Maru (Elena Anaya) jako główni antagoniści wypadają dość blado, lecz jeśli weźmiemy pod uwagę, że w istocie gra toczy się na zupełnie inną skalę, ich role i postacie nabierają pewnego marginalnego znaczenia.
Szkoda też, że zabrakło czasu na rozwinięcie kolejnego przesłania, które nieśmiało pojawiło się w kilku scenach. Problem braku odpowiedzialności za innych, reprezentowany przez bezwzględnych dowódców bez mrugnięcia skazujących żołnierzy na froncie miał szansą dodać ważną kwestię do obrazu. Na szczęście główna myśl wyklarowała się w Wonder Woman należycie.


Na koniec warto napisać o roli Gal Gadot i kreacji Wonder Woman jako takiej. Aktorka w pełni udźwignęła tę postać. Odniosłem pewne wrażenie, że ta rola była nawet częściowo pisana pod jej możliwości.
Sama Diana natomiast, to przykład tej kobiety, która w swym majestatycznym pięknie nie została ani trochę przerysowana. Choć nosi obcisły, skąpy strój, nie jest wyzywająca czy wulgarna. To ważne, jeśli przed oczami będziemy mieli postać, która potrafi współczuć i pomagać innym, przy jednoczesnym byciu osobą w pełni niezależną.

Wonder Woman jest więc filmem wielce satysfakcjonującym, nie udało mu się jednak uniknąć paru błędów. Na szczęście nie wpływają one aż tak bardzo na ogólny odbiór widowiska, co sprawia, że większość z Was powinna bawić się na nim bardzo dobrze.
Czy jest to najlepszy film z dotychczasowych w DCEU? Być może tak, ale to każdy musi ocenić już sam.

Moja ocena: 5/6.