czwartek, 28 września 2017

RECENZJA: Żywe Trupy, tom 14 - Bez Wyjścia na NIE TYLKO GRY

Zapraszam do zapoznania się z kolejną recenzją zamieszczoną na portalu Nie Tylko Gry. Tym razem są to Żywe Trupy - tom 14.
Od tego wydania powierzono mi opiekę nad recenzowaniem serii. Postaram się opisywać po dwa tomy miesięcznie, aż do najnowszych, aktualnych wydań. :-)
 
 
 

środa, 27 września 2017

Rezydencja Jokera 70922 z The Lego Batman Movie

The Lego Ninjago Movie jest najnowszą produkcją filmową marki Lego, jednak firma nie ustaje w promocji swojej poprzedniej premiery, czyli The Lego Batman Movie.

Na 24 listopada b.r. zapowiedziany został największy zestaw z tego niezwykle udanego filmu, a jest nim 70922 Rezydencja Jokera, składająca się z aż 3444 elementów!

Muszę przyznać, że ten zestaw robi na mnie nieco lepsze wrażenie niż opisywany ostatnio UCS Millennium Falcon, a to głównie za sprawą niesamowitego wyglądu i funkcjonalności. Bo czegóż tu nie ma? Niesamowity rollercoaster, zjeżdżalnia, kominek, liczne pomieszczenia, fortepian, bomby przy wejściu, napis "ha ha" oraz głowa Jokera wewnątrz budowli! A do tego aż 10 odjazdowych minifigurek, w tym cztery w imprezowych, białych smokingach!

Cały ten mój zachwyt studzi jednak cena zestawu. Będzie ona wynosić 1200 zł i choć jest prawie o 1/3 niższa niż wspomniany Sokół, to jednak wciąż pozostaje w sferze nieosiągalnych marzeń.

Jeśli jednak taki koszt nie jest Wam straszny, nie zapomnijcie wpaść w Czarny Piątek na stronę sklepu Lego, aby nabyć ten imponujący zestaw na własność. ;-)


wtorek, 26 września 2017

Makabra z humorem, czyli wszystkie przygody Szlurpa i Burpa w albumie Bezdomne Wampiry o Zmroku

Tadeusz Baranowski stworzył wiele ikonicznych postaci rodzimego komiksu. Profesorek Nerwosolek, Bombelek i Kudłaczek, Lord Hokus Pokus, Smok Diplodok, Orient Men, Praktyczny Pan czy Sherlock Bombel - lista zdaje się nie mieć końca...
Jednak najmroczniejszymi, najstraszniejszymi i najbardziej przerażającymi z nich wszystkich są niewątpliwie Szlurp i Burp. A kim w ogóle są Szlurp i Burp? Otóż proszę Państwa, są to wampiry. Najprawdziwsze z prawdziwych, z tą tylko różnicą, że te dwa cwaniaczki żyją sobie w Polsce. O, przepraszam, w Polsylwanii!
 
Stało się dokładnie tak, że właśnie w tych dniach wydawnictwo Kultura Gniewu wydało album zbierający ich  straszliwie zabawne  przygody. Przygody, których było wiele, lecz jakoś do tej pory nie wszystkie dało się upolować razem. Teraz jest taka szansa. Dwa pełnoprawne albumy, O Zmroku i Bezdomne Wampiry weszły w skład dzieła przełomowego, przerażającego i co najważniejsze, kompletnego - Bezdomne Wampiry o Zmroku.
 
A czegóż tu nie ma! Oprócz tradycyjnego straszenia czytelnika, mrocznych kadrów i dowcipów z dreszczykiem, znajdziemy całą masę klasycznych historyjek, które są może mniej znane, lecz w niczym nie gorsze od najbardziej popularnych dokonań Tadeusza Baranowskiego.
 
Tylko tu zobaczycie czego naprawdę boją się Szlurp i Burp, zrozumiecie jak trudno przeciętnemu wampirowi znaleźć coś na kieł, poznacie historię życia i pracy Zdzicha Kołka - zawodowego łowcy wampirów,  a także będziecie świadkami wielkiego sprzątania, jakie zaserwuje naszym bohaterom sama Janina Bond.
Lecz to jeszcze nie wszystko! Ohydne zombie profesora Fritzmachowskiego, Doktor Baron Franek Sztajn i jego łebski ochroniarz Borys Gałganow, a nawet sam Thorgal - wszyscy oni zaznaczyli swą obecność w tym komiksie. 
Czytając Bezdomne Wampiry o Zmroku, z pewnością zwrócicie uwagę na różnorodną kreskę autora. Powodem tej zmienności artystycznej jest pierwotne przygotowanie części albumu  dla  zachodnioeuropejskiego wydawnictwa Lombard. To jeszcze jeden z dowodów na niezawodność artystyczną twórcy. 
 
Nieraz już pisałem, że jestem wielkim fanem twórczości T. Baranowskiego. Przygody Nerwosolka i Entomologii pamiętam jeszcze z czasów publikacji jego komiksów w legendarnym Świecie Młodych. W związku z tym nie umiem  patrzeć na tego twórcę obiektywnie, ale jedna rzecz w najnowszym wydaniu mocno mnie zastanowiła.
Ponieważ treść dymków w albumie O Zmroku (którego scenarzystą był w oryginale Jean Dufaux) została przez autora zmieniona, martwię się, czy nowe teksty wytrzymają próbę czasu. Już teraz mocno widać, że pewne żarty (konkretnie te o sytuacji społeczno-politycznej w kraju) mocno się zdezaktualizowały. Dlatego a nie wiem, czy młodzi czytelnicy, którzy sięgną po dzieło za kilka lat, w ogóle będą wiedzieli o co chodzi. Piszę o tym, ponieważ jedną z  głównych cech  komiksów Baranowskiego była zawsze pewna ponadczasowość. Może jednak martwię się na wyrost i Szlurp i Burp wyjdą z tej potyczki zwycięsko. Oby tak się stało, szkoda byłoby ponownie zmieniać tekst kultowego już komiksu.
 
Tak czy owak, dwóch włóczących się nocą dżentelmenów o dość niepokojącej aparycji ponownie zdobyło moje serce. I choć nie zostało one przebite osikowym kołkiem, gorąco polecam zaopatrzyć się w najnowsze wydanie ich przygód. Dla niczym nieskrępowanej rozrywki, na wszelki wypadek i choćby z powodu tegorocznego Halloween, które już czai się za rogiem. A przede wszystkim ze względu na humor!

 

sobota, 23 września 2017

RECENZJA: Suicide Squad, vol. 1 - Czarne Więzienie

Są takie serie komiksowe, które bez zbędnego napuszenia i patosu prezentują dokładnie to, do czego zostały powołane. Jeśli ma być dynamicznie - będzie, jeśli powinno być śmiesznie - dadzą sobie z tym radę, jeśli trzeba wywołać chaos - tak właśnie się stanie. Suicide Squad jest właśnie czymś takim. To komiks, który niczym większość filmów sensacyjnych z lat 80-tych, ma zapewnić czytelnikowi kilkadziesiąt minut niezobowiązującej rozrywki. Tylko tyle i nic ponadto. Jeśli więc oczekujecie na taką formułę i nie zniechęcicie się nią po kilkunastu stronach, Czarne Więzienie z cyklu Odrodzenie jest komiksem dla Was.

Amanda Waller to twarda, nieustępliwa baba. Niewysoka, krępa, z napuszoną fryzurą, przypomina z pewnością niejeden nauczycielski postrach z podstawówki. Pod jej pieczą znajduje się Oddział Specjalny X, sekretna komórka powołana do rozwiązywania najbardziej trudnych, delikatnych i niewygodnych spraw. Oddział Waller jest tak tajny, że sam prezydent USA dowiedział się o nim przypadkiem, dopiero podczas swej drugiej kadencji. W skład drużyny podlegającej Waller w ramach tego projektu (nazywanego potocznie Suicide Squad) wchodzą przestępcy, którzy pod przymusem nakłaniani są do wykonywania wszelkich karkołomnych zadań. Zadań, które mają na celu obronę Ameryki. Zazwyczaj są to sytuacje, których rozwiązanie może przysporzyć o wiele więcej kłopotów niż ich samo powstanie, toteż drużyna skompletowana przez Waller jest już z zasady spisana na straty. Tak więc, wyłącznie od szczęścia oraz sprytu wybrańców okaże się, czy powrócą z poszczególnych misji w jednym kawałku.

Deadshot (strzelec doskonały), Harley Quinn (nieobliczalna wariatka), Enchantress (potężna czarodziejka zamieszkująca ciało June Moone), Kapitan Boomerang (mistrz śmiercionośnych bumerangów), Killer Croc (monstrum o łuskowatej skórze) i Katana (wojowniczka z zaklętym mieczem). To właśnie oni pod przywództwem porucznika Ricka Flaga wyruszą na tereny Rosji, aby odnaleźć i odzyskać tajemniczy obiekt, który spadł w okolicach Morza Łaptiewów. Nie mają innego wyjścia. Każda próba niesubordynacji lub ucieczki zaowocuje odpaleniem niewielkiego ładunku, który zawczasu umieszczono w ich głowach.
Szaleństwo, spryt, nieprzejednanie. Siła, determinacja i gniew. Emocje niejeden raz wezmą górę, kiedy sytuacja wyda się bez wyjścia. Czy nauczą się działać razem, a może ryzyko zadania zwyczajnie ich przerośnie?...

Początek komiksu przedstawia nam genezę trzonu Legionu Samobójców oraz ich pierwszą, krótką misję w Chinach. Philip Tan i Rob Williams narracyjnie wyjaśniają o co będzie toczyć się gra, dzięki czemu w dalszej części komiksu możemy podążać ku samemu sednu wydarzeń, które stanowią trzon tej opowieści.

Szybka akcja, niewybredny humor i ciekawe postacie to podstawowe atrybuty Czarnego Więzienia. Suicide Squad jest komiksem, który pokazuje, że nawet pozornie niedobrane osobowości, w obliczu zagrożenia mogą nauczyć się ze sobą współpracować. Nie liczy się pragnienie jednostki, tu na piedestale ustawiono wyłącznie nadrzędny cel. Do tego postacie skonstruowane są tak, że choć na pewno nie czujemy do nich sympatii, ich wszelkie relacje interesują nas równoznacznie z opowiadaną historią.

Co równie ciekawe, Czarne Więzienie wzbogacono o dodatkowe, krótkie historyjki przedstawiające wcześniejsze losy głównych bohaterów. Zabieg ten sprawdził się znakomicie poprzez umiejętne skondensowanie najważniejszych elementów danej historii i ciekawemu doborze poszczególnych twórców (J. Fabok, G. Frank, C. D'Anda, S. Williams). Jednak przy tej okazji niezamierzenie ucierpiało sedno głównej fabuły, która wydaje się być przez to opowiedziana nazbyt szybko. Gdyby nie to, że akcja w Rosji urywa się tak nagle, moje poczucie satysfakcji byłoby o wiele większe.

Rysunkami w tym tomie zajął się m.in. Jim Lee, od lat uważany za ikonę wśród ilustratorów komiksów DC. Jego grafiki są świetne, choć w porównaniu do rzeczy, które robił jeszcze pięć lat temu nie wypadają już tak oszałamiająco.

Czy zatem polecam Suicide Squad vol. 1?
Tak. To dobry, prosty i niezwykle energetyczny komiks, który nie udaje czegoś, czym nie jest. Brak mu może jakiegoś poważniejszego zawiązania akcji, większego spisku otaczającego całą wyprawę (na te rzeczy przyjdzie czas później), ale w to miejsce oferuje radosną rozwałkę w wykonaniu niecodziennych, często drugoplanowych postaci z DC.
Jeśli więc szukacie krótkiego oddechu od mrocznych, wielowątkowo skonstruowanych opowieści, Czarne Więzienie będzie dla Was całkiem miłą przerwą. No i pewnie zechcecie sięgnąć po drugi tom.

Moja ocena: 5/6.


piątek, 22 września 2017

RECENZJA: The Lego Ninjago Movie (2017)

Filmy Lego są wciąż czymś nowym i świeżym w filmowym świecie. Dlatego dobrze, że jak na razie nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Poziomu oczywiście wysokiego. The Lego Ninjago Movie jest już drugą w tym roku produkcją, która pojawia się w kinach. Jak wypada ten film w porównaniu do The Lego Batman Movie czy The Lego Movie? 
 
Ninjago City raz za razem najeżdża armia złego Lorda Garmadona. Plądrują miasto, niszczą, rozsypują klocki, słowem - same z nimi utrapienia. Na szczęście na straży tej pięknej, klockowej  metropolii  stoi drużyna zamaskowanych Ninja, składająca się z sześciu wybitnych jednostek, wyszkolonych przez nieocenionego Mistrza Wu. Za każdym razem gdy Garmadon zaczyna rozrabiać,  młodzi  wojownicy w swych odjechanych mechach powstrzymują jego niecne zapędy. I choć sekretne życie Ninja jest dla większości przyjaciół prawdziwym marzeniem, dla jednego z nich - Lloyda Garmadona często jawi się jako prawdziwa udręka. Co z tego, że jest uwielbianym zielonym Ninja (o czym nikt z mieszkańców Ninjago nie wie), skoro tak naprawdę znienawidzony przez wszystkich Garmadon to w istocie jego ojciec? To właśnie przez to Lloyd jest wyszydzany w szkole i w sąsiedztwie. Jedyne na czym może się oprzeć, to jego towarzysze broni. Jednak często przychodzą takie chwile, gdy i to nie wystarcza.
 
The Lego Ninjago Movie stawia  podobne pytania jak klockowy film o Batmanie. Rodzina, akceptacja, wewnętrzny spokój.  Jednak Batman jest postacią, z którą nieczęsto jest łatwo się utożsamić. Tymczasem nastoletni chłopak, który boryka się z brakiem zrozumienia w otoczeniu jest idealnym celem dla kierujących swe dzieło filmowców. Ich odbiorcą są dzieciaki, które często stykają się z podobnymi problemami co Lloyd.
Najbardziej wyeksponowanym wątkiem jest relacja ojca z synem. Garmadon, wieczny idealista dawno już zapomniał czym jest i powinna być rodzina, oddając się w nieskończoność swej chłopięcej pasji. Z drugiej strony barykady stoi jego syn. Zapomniany, czekający, gotów oddać wszystko za nauki lub ciepłe słowo ojca. Nie potrafiąc się ze sobą porozumieć, obaj ścierają się w bezsensownych utarczkach, gdzie najgorzej wypada oczywiście ten starszy. Dopiero kiedy sytuacja zmusi ich do większych interakcji, zaczną pobierać życiowe nauki, które pokażą im jak powinno wyglądać prawdziwe życie.

Sam Garmadon to bardzo ciekawa postać. Z jednej strony główny protagonista, przy dalszym poznaniu zyskuje wiele, a jego historia nie jest ani trochę szablonowa. Być może dlatego, że uosabia te cechy, które często  przypisuje się wiecznym dzieciom, naznaczonym brzemieniem Piotrusia Pana. To nieodpowiedzialny marzyciel, któremu po cichu się zazdrości, bo kto nie chciałby żyć w świecie gdzie nie istnieją żadne zasady, poza naszymi własnymi?
Doszło do tego, że w połowie filmu zacząłem mu cicho kibicować,  pragnąc jego pojednania z Lloydem tak samo ze względu na niego samego, jak i z powodu sympatii do syna. Na szczęście, jak to bywa w filmach dla najmłodszych, odpowiedzialność zapukała w końcu do drzwi Garmadona, dzięki czemu wszystko skoczyło się tak jak powinno.
 
A  w ogarnięciu tego wszystkiego przyszedł z pomocą  barwny,  wyznaczany granicami wyobraźni, klockowy świat Lego. Twórcy (Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan) dobrze wiedzieli jak pokazać to, co mają na myśli, korzystając z całego dobrodziejstwa inwentarza. Poprzez humor, szybkie, doskonale przygotowane ujęcia opowiadają historię która bawi, uczy i ekscytuje.
 
Jeśli do tej pory odpowiadała Wam wizualna strona produkcji Lego, Ninjago Movie w tej materii również nie sprawi Wam zawodu. To nadal ten sam, zbudowany z klocków świat, choć nie wszystkie jego elementy wykonano tym razem z plastiku. Woda i wszelka roślinność to twory natury. Przyznam, że na początku obawiałem się o te elementy, jednak w ostatecznym rozrachunku ich obecność nie sprawiła mi żadnego problemu. Ot, po prostu spróbowano czegoś nowego. I dobrze. W The Lego Ninjago Movie po prostu dzieje się tak dużo, że nawet nie miałem czasu zwracać na to uwagi.
 
Film niezamierzenie stanął przed trudnym zadaniem. O ile poprzednie produkcje Lego całymi garściami czerpały z popkultury, w Ninjago Movie tego składnika zabrakło. Nie znajdziecie tu więc postaci z innych filmów, komiksów czy bajek. To w pełni autonomiczna opowieść, która rozgrywa się wyłącznie w wykreowanym przez siebie świecie. 
Na szczęście element świata rzeczywistego (przenikającego ten klockowy) pozostał, zaskakując mnie czymś naprawdę niecodziennym. Zresztą bardzo silnie powiązano go z fabułą. Miauzra, która okazuje się być utrapieniem o wiele większym niż sam Garmadon, wprowadzona została niezwykle pomysłowo i kreatywnie, wypełniając treść filmu w bardzo naturalny sposób. Broń ostateczna, która wywołała jej pierwszy atak, jest czymś nawiązującym do klocka oporu z The Lego Movie. Więcej nie zdradzę. Zobaczcie sami o co mi chodzi.
 
The Lego Ninjago Movie może nie jest aż tak błyskotliwym filmem jak dwaj jego poprzednicy, ale to wciąż świetna, kreatywna i pouczająca zabawa. Dla dzieciaków będzie kolejnym, mądrym, nienachalnym w swym przesłaniu filmem, dla starszych stanie się świetnie zrealizowanym oddechem od pędu dzisiejszego świata.
 
Uważam, że filmy Lego są w tej chwili czymś ciekawym i niesamowicie kreatywnym, a tak długo, jak twórcy będą mądrze posługiwali się tą formą, czeka nas wiele przyjemnych chwil.
Zatem nie czekajcie i pędźcie do kina. Ninja...Goooooo!
 
Moja ocena: 5/6.

 

czwartek, 21 września 2017

RECENZJA: Malcolm Max, tom 1 - Porywacze Ciał

Wyobraźcie sobie Londyn u schyłku XIX wieku, gdzie steampunkowy klimat przenikają tajemnice innych światów i niezwykłych tajemnic. Tu właśnie żyje i działa Malcolm Max, tytułowy bohater komiksu P. Mennigena i I. Romlinga.

Malcolm jest etatowym łowcą wampirów, działającym na zlecenie tajemniczej organizacji o nazwie Custodes Lucis (Strażnicy Światła). Zagadki detektywistyczne, w których występuje pierwiastek nadprzyrodzony to dla niego nie pierwszyzna. Tym bardziej, że za towarzyszkę ma niejaką Charismę Myskinę, najprawdziwszą półwampirzycę. Wspólnie podążają tropem wszystkiego co dziwne, niebezpieczne i nieznane.

A takich spraw jest wiele - jak choćby ta, która zaprząta ich głowy w pierwszym tomie. Londynem roku 1889 wstrząsa sensacja wykradania ciał z grobów, powiązana z tajemniczymi, brutalnymi morderstwami na kobietach.  Rozpoczęte śledztwo prowadzi parę bohaterów od miejskiego cmentarza w Londynie aż po imponujący gmach opery.  Jednak dochodzenie nie będzie proste. Malcolm będzie musiał zmierzyć się z niechęcią inspektora Blunta ze Scotland Yardu oraz trudną do zaakceptowania teorią, jakoby za zabójstwami stał Edward Darkwood. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten seryjny morderca został stracony za swe zbrodnie ponad rok temu.

Porywacze Ciał to przede wszystkim wciągająca historia detektywistyczna. Zagadka jest interesująca, a mnogość poszlak i wydarzeń zawartych w komiksie potęguje wrażenie złożoności problemu, z którym zmaga się główny bohater. Do tego dochodzi niesamowity klimat opowieści. Londyn końca XIX wieku to miejsce fascynujące, mroczne i wręcz proszące się o to, aby umieścić w jego realiach paranormalną zagadkę kryminalną. Jeśli dodamy do tego steampunkową rzeczywistość i ciekawie uzupełniającą się parę bohaterów, uzyskamy ogólny zarys tego, czego możemy się tu spodziewać.
Warto też wspomnieć o hołdzie, jaki oddali twórcy Emmeline Pankhurts. Była ona jedną z pierwszych w historii kobiet, które walczyły o prawa równouprawnienia dla przedstawicielek płci pięknej. Tutaj występuje jako fikcyjna postać dziennikarki Fiony Punkhurst, której zabójstwo dodatkowo motywuje parę bohaterów do szybkiego odnalezienia sprawcy.

Jakkolwiek lektura Porywaczy Ciał sprawiła mi sporo frajdy, chciałbym też zwrócić  Waszą uwagę na kilka zgrzytów, które odnotowałem w czasie lektury.

Najwięcej problemu miałem z postacią Charismy. Oprócz ogólnej informacji, że jest ona półwampirzycą, nigdy nie zostały zaprezentowane jej pełne możliwości. Nie dostałem tu nic, oprócz informacji, że bohaterka może chodzić swobodnie w świetle dnia, oraz że nie żywi się wyłącznie krwią. Pomijając ten fakt, nigdy nie domyśliłbym się, że za jej postacią kryje się jakaś fascynująca geneza. Podobnie rzecz ma się z organizacją Custodes Lucis. Z komiksu dowiedziałem się tylko tego, że zleca ona Malcolmowi poszczególne zadania.
Rzuca mi się też w oczy brak ukazania historii poznania Malcolma  z Charismą. Oprócz zamieszczenia krótkiej notki o parze bohaterów z początku albumu,  autorzy nie zaprzątają sobie dłużej głowy powracania do wcześniejszych zdarzeń. A szkoda, bo choć rozumiem chęć wrzucenia czytelnika w wir akcji, to jedno lub dwa nawiązania do przeszłości rzuciłoby więcej światła na związek dwojga postaci.
Kolejną kwestią jest nadmierne rozwleczenie linii dialogowej. Już przy wstępnym wertowaniu tomu rzuciła mi się w oczy spora ilość dymków, co tylko potwierdziło się przy czytaniu. I to nie to, że ja nie lubię czytać dymków. Po prostu pewne myśli i wypowiedzi można było potraktować bardziej skrótowo. Dodałoby to treści pewnej dynamiki.  Autorzy niepotrzebnie  wzbogacili też linię narracyjną w miejscach, gdzie obrazki mówią same za siebie. Napięcie napięciem, ale czytanie o tym, co dzieje się w poszczególnych kadrach zakłóca trochę rytm poznawania historii.

Tom pierwszy Malcolma Maxa pomimo paru niedociągnięć jest jednak bardzo wciągającą i satysfakcjonującą lekturą. Przepiękne i dość szczegółowe, choć nie przesadzone rysunki współgrają z charakterem opowieści. Bohaterowie mają między sobą nić porozumienia, dzięki czemu łatwo jest się z nimi identyfikować. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w kolejnych tomach rozszerzone zostaną wątki pochodzenia Charismy czy zasad działania Custodes Lucis.

Zagadka z Porywaczy Ciał wbrew pozorom nie jest prosta, a uważny czytelnik z pewnością wyłapie, jak wiele elementów mogących mieć jakieś znaczenie dla jej rozwiązania umieścili w fabule autorzy. Jak ostatecznie będzie, dowiem się w kolejnym tomie, bo w przypadku lektury Malcolma Maxa nie mamy bynajmniej do czynienia z jednorazową opowiastką. Wieńczący komiks suspens jest mocny i nakazuje czekać na dalsze losy detektywa ze sporą dozą niecierpliwości.

Moja ocena: 4,5/6.
 

niedziela, 17 września 2017

The Amazing Spider-Man od Sideshow Collectibles

Są bohaterowie, którzy nigdy się nie starzeją. Jednym z nich jest bez wątpienia Spider-Man, który za sprawą tegorocznego filmu  staje się wręcz coraz młodszy. 
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom sympatyków świata Marvela, firma Sideshow wypuściła właśnie nową figurkę tego ikonicznego bohatera.
 
 
The Amazing Spider-Man w najnowszej, statuetkowej wersji został zaprojektowany przez Martina Canale, Iana MacDonalda i Zaca Roane'a. Jego wykonaniem zajęli się Guillermo Barbiero, Avinash Hedge oraz M. Canale.
Figurka doskonale oddaje moment ucieczki Pająka przed śmiercionośnymi, dyniowymi bombami Zielonego Goblina. Każdy napięty mięsień, każde włókno w klasycznym, niebiesko-czerwonym kostiumie - wszystko zostało tu oddane z największą szczegółowością. 
 
 
 
Figurka mierzy około 64 cm (wysokość) i 33 cm (szerokość).
Jej koszt wynosi 470 $, lecz czym jest taka cena dla prawdziwych sympatyków Pajączka?... Można ją już kupować na oficjalnej stronie Sideshow Collectibles, jednak jeśli chcecie ją zdobć, radzę się pospieszyć. Nakład jest ograniczony do 5000 sztuk!
 
The Amazing Spider-Man ukazał się w serii Premium Format Figure. 
 



czwartek, 14 września 2017

Recenzje: Batman Beyond vol. 1 - Escaping the Grave i DC Super Hero Girls - Summer Olympus na NIE TYLKO GRY

Część z Was zapewne wie, że moje recenzje pojawiają się od niedawna także na portalu Nie Tylko Gry.
Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji ich przeczytać, zamieszczam poniżej linki do dwóch z nich. Wystarczy, że klikniecie w podpis pod okładką komiksu.
Zapraszam serdecznie! :-)
 
Batman Beyond vol. 1 - Escaping the Grave
 
DC Super Hero Girls - Summer Olympus
DC Super Hero Girls - Summer Olympus
 
  

środa, 13 września 2017

Red Sonja od Sideshow Collectibles

Latem przyszłego roku uwaga wszystkich facetów powinna być zwrócona w stronę jednej kolekcjonerskiej figurki. Coś dla wielbicieli pięknych i silnych wojowniczek zapowiedziało właśnie studio Sideshow.


Red Sonja (Czerwona Sonja) inspirowana komiksem Vulture's Circle została zaprojektowana przez Iana MacDonalda, Toma Jilesena i Scotta Wade'a. Wykonaniem dzieła zajął się Steve Lord.
Dopracowana w najdrobniejszych szczegółach figurka mierzy około 51 cm.
Bohaterka została wyposażona w charakterystyczny strój oraz uzbrojenie, które wielu fanów rozpozna z jej dotychczasowych przygód. Wśród akcesoriów małym bonusem jest też wojenna peleryna, którą można okryć Królową Padlinożerców.


 
 

Red Sonja ukaże się w serii Premium Format Figure. Jej cena wyniesie 560 $ i możecie ją już zamawiać na stronie producenta. Znajdziecie tam też więcej zdjęć tej wyjątkowej pamiątki.
 

niedziela, 10 września 2017

Dlaczego tańczący klaun Pennywise już nie straszy...? Moje wrażenia po seansie To (2017)

Co przeraża Was najbardziej? Mnie najczęściej to, co jest zwyczajne. Pozornie zwyczajne. Kiedy znana okolica przybiera nocą niepokojący wygląd, kiedy zwykłe kroki na schodach uświadamiają mi, że na klatce oprócz mnie nie ma zupełnie nikogo, kiedy oglądana w kinie historia o lalce zmienia się w opowieść o demonie zamieszkującym jej wnętrze - to są rzeczy straszne. Nawet taki zwykły klaun. Wesoły, zabawny klaun. No bo co, jeśli okaże się, że "to" wcale nie jest klaun?...

Złe moce zamieszkały w miasteczku Derry i od najdawniejszych czasów rządziły tą okolicą. Objawiały się w zachowaniu dorosłych oraz klątwie, która co kilkadziesiąt lat dawała tu o sobie znać. Ta demoniczna obecność była złakniona strachu i krwi dzieci. A jak najlepiej podejść do dzieci? Ano, przybierając postać tego, co kochają one najbardziej. I tu tkwi właśnie sedno przerażenia. Jeśli wesoły klaun chowający się w studzience ściekowej nagle wystawia kły i urywa ci rękę, albo z rozbawioną miną kopie dół, oświadczając, że to twój własny grób, zaczynasz trząść gaciami bardziej, niż sam chciałbyś to przed sobą przyznać.

Zapomnieli o tym niestety twórcy najnowszej odsłony filmu To (2017), którzy po prawie trzech dekadach postanowili przypomnieć dzisiejszym widzom niezapomnianą historię Stephena Kinga. Stworzyli świetną opowieść o grupie dzieciaków, które wyszydzane i niezrozumiane przez swych rówieśników zawsze trzymają się razem. Zadbali o fajne charaktery, a także uzyskali swoistą chemię między postaciami, co sprawiło, że tą część produkcji oglądałem z prawdziwą przyjemnością.


Niestety, schody zaczynały się za każdym razem, gdy do głosu dopuszczano klauna. A był on zwyczajnie zły. Zły jak wściekły pies i zły jak oferta programowa TVP. Podwójnie zły. Tymczasem prawdziwie przerażający klaun powinien być (pozornie) zabawny. A kiedy się tego najmniej spodziewasz, wystawiałby kły, robiąc coś, co naprawdę uprzykrzyłoby Ci życie. Pennywise z filmu To nie jest miły. Od początku widać w jego oczach wściekłość i mordercze zapędy. To nie jest straszne. To znaczy, bezpośrednio jest, ale nie tak być powinno. Coś takiego nie zapada mi w pamięć, nie pozwalając spać spokojnie w wietrzną, deszczową noc. Takie straszenie zwyczajnie nie robi na mnie żadnego wrażenia.

Druga sprawa to realizacja scen, w których Pennywise się pojawiał. Większość straszenia opierała się na szybkim gibaniu stwora lub wystawianiu nieskończonej ilości ostrych zębów. Tak jakby te kły, które miał w pierwszej filmowej adaptacji (z 1990 r.) już nie wystarczały. Naprawdę musiał mieć ich aż kilkanaście rzędów? Jednak to nie wszystko. Prawie nic nie przerażało w tej opowieści tak jak powinno. Każdą scenę już gdzieś widziałem. Przewidywalność goniła oczywistość. Zepsuty wyświetlacz slajdów odtwarzał animację ze zdjęć, a wystarczyło tylko jedno, aby napędzić mi stracha. Czy hektolitry krwi z umywalki,  malujące całą łazienkę gustowną czerwienią nie mogły być zastąpione porządnym rozbryzgiem, tak jak w pierwowzorze? Jeśli czegoś jest za dużo lub za często, staje się to zwyczajne, nie straszne. Włosy wciągające ręce i głowę bohaterki do zlewu? Wszystko to i więcej było już w azjatyckich horrorach. A te zatrzaskujące się drzwi i załamujące podłogi? Po prostu brak słów... Film sprawiał ogólne wrażenie, jakby wszystkie sceny z klaunem reżyserował ktoś inny. To także przez to nie spełniały swej funkcji i odrywały mnie od dobrej, wyważonej historii o dzieciakach.


To nie jest bardzo złym filmem. Jest po prostu filmem niezbyt strasznym, bardzo wtórnym i mało zaskakującym. Nie korzysta z tego, co naprawdę mnie przeraża. Zapomina o  złowrogiej zwyczajności, którą perfekcyjnie uosabia śmieszny klaun. To, czym mógł wywoływać niepokój, zastąpiono dosłownością, która już dawno przestała być czymś interesującym. I dlatego pierwsza ekranizacja powieści Kinga pozostaje wciąż numerem jeden.

poniedziałek, 4 września 2017

RECENZJA: Żywe Trupy, tom 26: Do Broni

"Życie, życie jest nowelą...", śpiewa artysta w czołówce nigdy nie kończącego się serialu wyświetlanego w małym, telewizyjnym pudełku. Aż chciałoby się powiedzieć, że to samo dotyczy pewnego komiksu, którego akcja z założenia ma dziać się tak długo, jak to tylko możliwe. Piszę tu oczywiście o serii komiksowej Żywe Trupy (The Walking Dead), którą wymyślił i do dziś tworzy Robert Kirkman wraz z Charliem Adlardem, Stefano Gaudiano i Cliffem Rathburnem.

Na  komiks ten trafiłem zupełnie przypadkiem (tzn. dostałem go kiedyś w prezencie - to był tom 5: Najlepsza Obrona) i gdyby nie to, sam nie wiem kiedy zainteresowałbym się tą historią. Pewnie dopiero przy okazji premiery serialu TV, ale to już raczej zwykłe gdybanie. W każdym razie, Żywe Trupy to nieustannie (już około 8 lat) moja wielka pasja, a na każdy nowy tom czekam jak na Gwiazdkę.
Taurus Media uraczył nas właśnie dwudziestą szóstą częścią  losów Ricka Grimesa i jego licznej grupy ocalałych z zombie-apokalipsy. Co strasznego wydarzyło się tym razem u naszych bohaterów?...

W Do Broni obserwujemy naturalne konsekwencje tego, co wydarzyło się w poprzedniej części. Szeptacze nadal zagrażają bohaterom, a Rick natchnięty przez Negana żywiołowo realizuje nową politykę postępowania. Jak się szybko okaże, napięcie, któremu w ten sposób pozwolił się rozwinąć, słusznie odwraca uwagę od jego osoby, ale mocno szkodzi innym. Dwight przewodzi w szkoleniu grupy w posługiwaniu się bronią, Carl usamodzielnia się coraz bardziej bez opieki ojca, a Maggie ze swoją grupą powraca na Wzgórze. Gdyby nie fakt, że Eugene nawiązał łączność przez radiostację z przedstawicielką kolejnej grupy ocalałych, ten tom byłby śmiertelnie nudny. Na szczęście nie jest. A dlaczego? Bo tam gdzie nuda, tam zawsze można liczyć na wujka Negana!

Muszę to napisać, ale chyba dopiero ta część  ukazuje (w większej części) jak wspaniale skonstruowaną postacią jest Negan. Zdradzę Wam teraz tylko tyle, że ten cwany skurczybyk wreszcie ucieka z aresztu. Czy miał jakąś pomoc, co zrobił po wyswobodzeniu i co zamierza, przekonacie się już sami. W każdym razie to jego postaci twórcy poświęcają drugą połowę tego wydania. I robią to nad wyraz dobrze!

Negan zawsze był typem człowieka, który działał według własnego, ścisłego kodeksu. Wiele osób z jego otoczenia nie potrafiło go zrozumieć, ale charyzmą i dosadnością swych okrutnych czynów umiał zjednać sobie bardzo liczną rzeszę ludzi. Nigdy nie zatracił świadomości tego, co chce osiągnąć, a choć nie poznaliśmy do tej pory jego historii sprzed końca świata, mroczne przyciąganie tej postaci udziela się czytelnikowi za każdym razem, gdy pojawia się ona na rysunku.
Tak samo jest i tym razem. Negan realizuje swój własny plan, a robi to tak sprytnie, że potrafi ograć prawie każdego przeciwnika. Gdyby żył w realnym świecie, z pewnością byłby politykiem lub prezesem jakiegoś globalnego konsorcjum. Tymczasem w swym rysunkowym świecie jawi się jako wywołujący grozę, ludzki magnes oraz ta postać, którą "kochamy nienawidzić". Potrafi dostrzec w ludziach cechy, których oni sami nie zauważają, a później brutalnie wykorzystać je przeciw nim samym.
Wyczuwam też, że Kirkman ma jeszcze lepszy pomysł na tego bohatera, co zapoczątkował właśnie w tym tomie. Sugeruje to samo zakończenie oraz małe wspomnienie z przeszłości Negana, które po raz pierwszy pojawia się właśnie tutaj. Jeśli więc dobrze odczytuję zamierzenia twórców, w kolejnych tomach będzie go jeszcze więcej i stanie się to jeszcze ciekawsze.

Rysunki w Do Broni nie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas  seria. Realizm połączony z klarowną  szkicowością kadrów współgra z mrocznym wydźwiękiem historii. Czarno-białe kadry tak samo dobrze oddają efekt wydarzeń za dnia, jak i w nocy.

Czy zatem 26 tom Żywych Trupów to wyłącznie Negan? W zdecydowanej większości tak. I wierzcie mi na słowo, ponieważ ze względu na doskonały rys psychologiczny tego niemoralnego antybohatera, czytając Do Broni bawiłem się lepiej, niż podczas lektury dwóch poprzednich tomów.
Robert Kirkman nadal ma kilka interesujących pomysłów na swoją opowieść, i choć zauważalne są pewne niedociągnięcia w kwestii napięcia w historii, to Negan swym amoralnym stylem życia zagwarantował wysoki poziom tego wydania.
I w takich właśnie chwilach przypomina mi się to, co mówiła mi kiedyś Babcia: "W życiu nie należy bać się potworów, tylko wyłącznie złych ludzi."
I dlatego Żywe Trupy wciąż tak dobrze się czyta.

Moja ocena: 5/6.
 

sobota, 2 września 2017

Porgi - nowi ulubieńcy ze świata The Last Jedi

Jak ognia unikam spoilerów z VIII Epizodu Gwiezdnych Wojen, ale od tego, co przedstawiam poniżej  już wkrótce nie będzie ucieczki.
Porgi (Porgs) to niewielkie istotki, zamieszkujące wyspę, na której osiadł Luke. Są słodkie, latają i... chyba na razie nic więcej nie można o nich powiedzieć.
Zanim zaleje nas fala przeróżnych zabawek i gadżetów z nimi związanych, spójrzcie na ilustracje koncepcyjne, które przybliżają ich niecodzienną osobowość.
 
 

 

 

piątek, 1 września 2017

Największy zestaw Lego w historii - 75192 Millennium Falcon UCS

Lego lubi zaskakiwać nie od dziś. Jednak niespodzianka, którą przygotowali dla nas tym razem, przekracza chyba wyobrażenia wszystkich fanów klocków oraz Gwiezdnych Wojen.
Oto już 1 października b.r. w sprzedaży na oficjalnej stronie sklepu  pojawi się ten wspaniały i niesamowity model ukochanego pojazdu z gwiezdnej sagi!

Millennium Falcon (Sokół Millennium) składa się z aż 7541 elementów, co czyni go największym zestawem Lego w historii!
Zbudowany model mierzy 84 cm (długość), 56 cm (szerokość) i 21 cm (wysokość). Niestety, cena zestawu jest nieco zaporowa. Aby postawić na półce w domu to unikalne dzieło, należy zapłacić za nie aż 3500 zł...
W skład tego gigantycznego zestawu wchodzi 7 klasycznych minifigurek (oraz 4 dodatkowe postacie), przedstawiających bohaterów klasycznej, jak i obecnej odsłony filmowego cyklu. 
Dodatkowo, za sprawą dołączonych elementów (m.in. dwie różne anteny) dostajemy możliwość upodobnienia modelu do jego wersji z Imperium Kontratakuje lub Przebudzenia Mocy.

Co tu dużo mówić, spójrzcie tylko na ogrom pudełka i resztę zdjęć gotowego modelu: