niedziela, 29 grudnia 2019

Strażnicy, Wiedźmini i Mandalorianie - seriale, które zdominowały ostatni kwartał 2019 roku

Rok 2019 obfitował w wiele ciekawych tytułów książkowych oraz filmowych, lecz pod względem seriali obszedł się ze mną wyjątkowo skromnie. Poza finałowym sezonem Gry o tron, intrygującą Marianne oraz drugą odsłoną Rozczarowanych nie dane mi było w ostatnich miesiącach obejrzeć nic szczególnego. Nieoczekiwanym wyjątkiem stał się okres jesienny, podczas którego poznałem aż trzy produkcje, które skutecznie przyciągnęły mnie przed telewizor. Mam tu na myśli seriale Wiedźmin (Netflix), The Mandalorian (Disney+) i Watchmen (HBO). Czy jednak wszystkie spodobały mi się jednakowo i czy polecam Wam każdy z nich? No, niezupełnie. Powodów jest kilka, ale po kolei...


Netflixowy Wiedźmin to tytuł, który skupiał zainteresowanie fanów prozy Sapkowskiego i wytrawnych graczy od dłuższego już czasu. Mnie niespecjalnie, ponieważ z książkowym Geraltem miałem dość chłodny i przelotny romans kilka lat temu. Nie do końca podszedł mi styl czytanych wówczas opowiadań, skutecznie odrzucił ich klimat, będący wypadkową klasycznego fantasy, pastiszu oraz udziwnionej słowiańskiej mitologii. Doceniam, ale fanem nie jestem. Jeszcze gorzej było z pamiętnym filmem z 2002 roku... W związku z powyższym, z dość umiarkowaną ciekawością czekałem na serial. Ale jak już się pojawił, to szybciutko "łyknąłem" wszystkie osiem epizodów. Na szczęście nie było źle i nic mi się po nich nie odbijało. Serial ma swoje problemy, ale w ostatecznym rozrachunku sprawił mi sporo frajdy. Na pewno całość zyskuje za sprawą nielinearnie prowadzonej fabuły. Wydarzenia (będące historią trzech głównych postaci) przeplatają się ze sobą, celowo wprowadzając widza w błąd, aby dopiero w drugiej połowie sezonu uzmysłowić mu właściwą linię czasową. Działa to bardzo fajnie, da się bez problemu połapać we wszystkich wątkach i całej linii przyczynowo-skutkowej. Niestety, sądzę że bez podobnego zabiegu serial sporo by stracił. Fabuła pierwszego sezonu nie jest aż tak fascynująca, aby trzymać widza na krawędzi fotela przed ekranem przez prawie osiem godzin. Przynajmniej mnie taka się nie wydała.

Kolejnymi plusami są dobrani aktorzy (naprawdę duże brawa dla Anyi Chalotry i  Henry'ego Cavilla za role Geralta i Yennefer - potrafili należycie przykuć moją uwagę do swoich przygód), sceny walk oraz wszelkiej maści kostiumy i rekwizyty. Trochę dziwne, że niektóre sceny w serialu wyglądały bardzo dobrze pod względem uzyskanego realizmu (dotyczy to szczególnie ujęć plenerowych), a pozostałe (najczęściej te rozgrywające się w komnatach lub pomieszczeniach) raziły pewną sztucznością, przypominając tanie produkcje rodem z teatru telewizji. Na niedomiar jakości cierpi też pewna ilość scen z efektami specjalnymi. Najbardziej widać to we fragmentach z potworami, z których zaledwie co drugi wypada na ekranie wystarczająco przekonująco. Nie był więc Wiedźmin jakimś specjalnym odkryciem, ale mimo pewnych przeszkód cały serial oglądało mi się dość przyjemnie. Gdyby jeszcze fabuła podarowała mi prawdziwą petardę, mielibyśmy oczywistego zwycięzcę tego wyścigu. Mimo wszystko, czekam na to, co Lauren Schmidt pokaże mi w kolejnej odsłonie.


Moim faworytem nie został również pierwszy serial platformy Disney+, zatytułowany The Mandalorian. Pomimo całej mojej bezwarunkowej miłości do Gwiezdnych wojen, nie jestem w stanie być bezkrytycznym dla tego tytułu. Fakt, widać spore pieniądze i szacunek do fanów, jakie włożono w tę produkcję, niestety podobnie jak w przypadku Wiedźmina, znów zapomniano o angażującej fabule. Tak naprawdę jest tu pod tym względem jeszcze gorzej, ponieważ tytułowy bohater podąża tropem swych przygód, poruszając się beznamiętnie od punktu A do B. W dodatku, reszta serialu prezentuje tak prostą historię, że można bez problemu streścić ją w zaledwie jednym zdaniu. Skomplikowane fabuły nigdy nie były mocną stroną gwiezdnowojennej marki, ale bez przesady. Chyba nie po to powierzano Jonowi Favreau ten serial, żeby opowiedział nam bajeczkę, która w innym przypadku zmieściłaby się w jednym, niezbyt długim filmie.

Tym, co ostatecznie sprawia, że niedługo i tak powrócę do The Mandalorian jest postać pierwszoplanowego bohatera. Uosabia on wszystkie te cechy, za które chce się go lubić. Nie jest to typ pokonujący bez problemu wszystkie przeszkody, czy bezlitośnie rozprawiający się z każdym zagrażającym mu przeciwnikiem. Przeciwnie, nasz tytułowy Mando nie raz dostaje ostro po tyłku, a głownie za sprawą swej pomysłowości oraz okazji do wykazania się jego sojuszników zjednuje sympatię widza, stając się postacią, której bez problemu można kibicować. Na taki stan rzeczy ma też wpływ jego dobre serce, co szczególnie widać we wszystkich scenach z małą istotką (pierwotnie celem naszego łowcy), pieszczotliwie nazywaną przez fanów baby Yodą. Powyższe elementy dobitnie pokazują, z kim mamy w serialu do czynienia, ostatecznie czyniąc oglądanie go całkiem przyjemnym. Te wrażenia byłyby jednak znacznie lepsze, gdyby postarano się jeszcze bardziej urozmaicić wydźwięk całości. Niestety, główny bohater oraz liczne nawiązania do historii cyklu mogą tu na dłuższą metę nie wystarczyć.


Wydawać mogłoby się, że przygotowanie dobrego serialu to jakieś niezwykle trudne zadanie. Nic bardziej mylnego! Za najlepszy przykład niech posłuży mi pierwszy sezon Watchmen, będący kontynuacją kultowego komiksu Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa. Co sprawiło, że ten tytuł tak bardzo przypadł mi do gustu? Na pewno niemały wpływ miał szacunek i uwielbienie, jakie żywię dla obrazkowego oryginału, ale nie tylko. Wystarczy bowiem przykładem Damona Lindelofa dobrze przygotować grunt pod całą historię, którą chce się opowiadać. Potem należy przez połowę odcinków gromadzić wszelkie możliwe zagadki, aby skrupulatnie wyjaśnić je w czterech ostatnich epizodach. Przy tym wszystkim nie należy oczywiście zapominać, aby z grupy najważniejszych postaci stworzyć skuteczne narzędzia do opowiedzenia całej historii, sprawiając aby ich poczynania w pełni angażowały uwagę odbiorcy. No i jeszcze na koniec trzeba dobrze poznać dzieło, którego dalszy ciąg się opowiada. Proste, prawda? Niby tak, ale jak trudno to osiągnąć!

Dlatego też chylę głowę przed pomysłowością twórcy powyższego serialu, któremu już teraz chyba nikt nie zarzuci nieumiejętnego prowadzenia historii (co często bywało po zakończeniu pamiętnego serialu Lost: Zagubieni). Watchmen co prawda może sprawiać trochę problemów widzom nieobeznanym z pierwowzorem, ale nie jest to też (i chyba nigdy nie miała być) łatwa rozrywka dla każdego. Najważniejsze jednak, że wszystko gra w produkcji HBO na każdym możliwym etapie. Montaż, muzyka, efekty specjalne, zdjęcia, ale co najważniejsze, aktorskie role i scenariusz prezentują tu poziom z najwyższej półki. Jest to serial, o którym dużo myśli się po obejrzeniu każdego (a szczególnie ostatniego) odcinka, a także taki, który wywołuje pewnego rodzaju dyskusję. Dla mnie to bez wątpienia jedna z najlepszych rzeczy w 2019 roku, a może i jedna z najważniejszych w całej mijającej dekadzie. I to taka, która w zasadzie nie potrzebuje żadnej kontynuacji, ale jeśli takowa powstanie, na pewno przyjrzę się jej z niemałą ciekawością. Duże, w pełni zasłużone brawa!


sobota, 28 grudnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 21 (Nienawidzę Baśniowa tom 4, Flash tom 7, Superman. Saga jedności tom 1)

Przykro mi to ogłosić, ale to już ostatnie wydanie Kiosku z komiksami... w tym roku! ;-) Mimo wszystko, w kolejnych odsłonach nadal będę skupiać się na tytułach wydanych w 2019 roku. Każdy, kto choć trochę interesuje się rodzimym rynkiem komiksowym wie, jak wiele pozycji ukazało się w ciągu kilku ostatnich miesięcy... Tymczasem, zapraszam Was na ekscytującą podróż do słodkiego Baśniowa, mrocznej Strefy Widmo i opanowanego burzą Mocy Prędkości Central City. Mam nadzieję, że podczas takiej wycieczki każdy znajdzie coś w sam raz dla siebie. :-) 


Nienawidzę Baśniowa, tom 4 - Konali krótko i płaczliwie

Kiedy ostatnio widzieliśmy Gert, nasza słodka bohaterka dziarsko zmierzała ku odnalezieniu powrotnej drogi do domu. Niestety, przeszkodził jej w tym kamyk na drodze oraz niefrasobliwie trzymany w buzi lizak (drogie dzieci, naprawdę uważajcie z czym biegacie po ulicy!). W ten sposób dziewuszka zaliczyła nagły i dość nieoczekiwany zgon, aby już po chwili wylądować w piekle, gdzie władzę dzierży nieodżałowana Rada (to ta przesłodka istotka, do której śmierci przyczyniła się nieco wcześniej Gert). W tym właśnie miejscu rozpoczynają się dalsze, a co jeszcze smutniejsze, finałowe przygody naszej protagonistki. Piekło to miejsce, w którym kończą się wszystkie przelewki, toteż dotychczasowa zmora Baśniowa na własnej skórze przekona się jak wiele cierpienia może ją tu jeszcze spotkać. Tymczasem, prawdziwym przełomem może okazać się niecny plan wiedźmy Paskudelli, którego zaczątek mogliśmy poznać w poprzednim tomie. Nowe, wielkie niebezpieczeństwo zagrozi wkrótce całemu Baśniowu, a na całej tej sytuacji Gert będzie mogła wreszcie ugrać coś dla siebie. Jeśli wykona powierzone jej zadanie, będzie mogła naprawdę wrócić do domu.

Skottie Young w Konali krótko i płaczliwie kończy swoją słodko-pikantną serię, którą udowodnił, że jak nikt inny w komiksowym świecie umie bawić się formą, jednocześnie opowiadając całkiem przemyślaną i przewrotną historię. W charakterystyczny dla siebie sposób łączy motywy obecne w innych opowieściach obrazkowych, grach i bajkach dla najmłodszych, tworząc z nich coś, czego w popkulturze jeszcze nie było. A co najciekawsze, nie przesadza z długością swego dzieła, finalizując przygody Gert z wyczuciem, nie rozciągając ich do granic możliwości. Dzięki temu Nienawidzę Baśniowa potrafi nie raz zaskoczyć, co rusz obierając nietypowy kierunek. A to w całej niecodzienności powyższego tytułu jest naprawdę ekscytujące. Długo można by pisać z jak świetnym, do bólu śmiesznym i satysfakcjonującym komiksem mamy tu do czynienia. Można by spierać się, czy jest to na pewno pozycja dla wszystkich, choć każdy kto ją pozna, bez wątpliwości stwierdzi, że autor rozwala konwencję w drobny mak, odradzając ją na nowo w charakterystycznej (i wygodnej) dla siebie postaci. Czwarty tom Nienawidzę Baśniowa to przede wszystkim komiks humorystyczny, przeznaczony dla nie bojących się łamać zasady jednostek. Wspaniale narysowany, barwny, obrazoburczy i wciągający. Wśród dzieł lżejszego kalibru jawi się jako prawdziwa perełka. Choć słodka wazelina, jaką uparcie wylewam pod jego adresem może zmusić Was do zwrócenia ostatnio spożytej przekąski, sprawdźcie sami czy mam podstawy do podobnego twierdzenia. A kiedy dobrniecie wraz z Gert do końca jej przygody, załkacie niczym Larry na ostatnich stronach Konali krótko i płaczliwie. Bo nieprędko dane nam będzie poznać bohaterkę tak niecodzienną i wzbudzającą sympatię jak uroczo zblazowana, zielonowłosa Gertrude.        

Tytuł: Nienawidzę Baśniowa, tom 4 - Konali krótko i płaczliwie
Scenariusz i rysunki: Skottie Young
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019,
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Flash, tom 7 - Burza doskonała


Tak to już jest w komiksach z nurtu superhero, że każdy bohater ma swojego wielkiego antagonistę. Czasem łotrów czyhających na życie naszego ulubieńca jest więcej, co w oczywisty sposób wzbogaca akcję oraz poczynania tytułowej postaci. Superman ma Lexa Luthora, Generała Zoda i Doomsday'a, Batman Jokera, Dwie Twarze i Bane'a, a Flash Łotrów, Eobarda Thawne'a i Grodda. A kiedy tylko scenariusz wymaga wprowadzenia jakiegoś większego wydarzenia, autorzy najczęściej odwołują się właśnie do działań tych popularnych złoczyńców. Wszystko po to, aby podkreślić zmagania oraz wyrzeczenia, z którymi mierzyć muszą się nasi faworyci. Nie inaczej jest w przypadku siódmego tomu Flasha, gdzie nasz szybkonogi Barry staje po raz kolejny naprzeciw potężnego goryla Grodda. Wszyscy doskonale wiemy, że jego psychokinetyczne moce niejeden raz zagrażały bezpieczeństwu Central City. Tym razem Joshua Williamson wykorzystuje postać wyrzutka z Miasta Goryli, aby dopowiedzieć i na swój sposób podsumować wszystko, co do tej pory w serii DC Odrodzenie na temat Flasha przeczytaliśmy. Powraca więc nie tylko Grodd, ale również organizacja Czarna Dziura, Godspeed, Avery i Meena Dhawan. Mało? No to dodajmy jeszcze rudowłosego Wally'ego Westa i Kida Flasha, a będziemy mieli pełen obraz postaci, które przewijają się się przez Burzę doskonałą. A skoro mamy taki tłum bohaterów, możemy bez cienia wątpliwości spodziewać się, że komiks aż po brzegi wypełni wartka i dynamiczna akcja.

Nie inaczej jest i w tym przypadku. Grodd powraca do central City, aby raz na zawsze zapanować nad Mocą Prędkości. Ma w tym pewien dodatkowy cel, który jeszcze bardziej motywuje go do działania, a pomocnicy, których dobrał, jak nigdy wcześniej nastawieni są na ostateczne wykończenie Flasha. Zemsta dokonuje się dość szybko, złoczyńcy wręcz wycierają Barrym chodniki, podczas gdy olbrzymi goryl bezwzględnie pozbawia go wszelkich mocy. Williamson wykorzystuje ten motyw, aby zadać tytułowemu bohaterowi pytanie o to, kim jest bez swoich zdolności. Możliwe interpretacje wkłada w słowa Grodda, samego Flasha oraz jego przyjaciół, a spodziewany morał dość szybko wypływa na powierzchnię. I choć odbywa się to w nieco łopatologiczny, czy nawet dydaktyczny sposób, nie mogę odmówić Burzy doskonałej sporej ilości polotu. Akcja jest wartka, złoczyńcy całkiem groźni, a działania Barry'ego i jego drużyny angażują i należycie przykuwają uwagę. Jest też mała chwilka oddechu, która pozwala wniknąć w psychikę Barry'ego oraz Wally'ego, jednocześnie zapowiadając dramatyczne wydarzenia z nadchodzącej części. Jeśli więc lubicie komiksy łączące liczne wątki z dotychczasowej przeszłości tego bohatera, jednocześnie zapewniające rozrywkę za sprawą soczystych i dynamicznych potyczek, będziecie z siódmego tomu Flasha zadowoleni. Ja oczywiście jestem, zapewniając, że przy kolejnym spotkaniu będzie jeszcze ciekawiej!

Tytuł: Flash, tom 7 - Burza doskonała
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Carmine Di Giandomenico, Christian Duce, Carlos D'Anda, Dan Panosian
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Superman, tom 1 - Saga jedności. Ziemia widmo


Naczytałem się ostatnim czasem u najróżniejszych, pożal się Boże "recenzentów" jaki to ten Superman od Bendisa jest słaby, nudny i niekonsekwentny. Przepraszam, że zaczynam od takich osobistych wycieczek, przyznaję, że każdy ma prawo do wyrażania swojego zdania. Po prostu nie rozumiem dlaczego coś, co ma należycie przygotowaną konstrukcję, a także mieści się w ramach ogólnie ustalonej charakterologii postaci, spotyka się z krytyką za m.in. te właśnie elementy. No cóż, najwyraźniej niektórym jest trudno połapać się nawet w dość prostej, obrazkowej fabule komiksów, próbując zwrócić uwagę innych na swoje rozbudzone, niczym nie zaspokojone oczekiwania. A prawda wygląda tak, że Superman Bendisa jest równie dobry jak jego przygody tworzone przez Jurgensa, Gleasona i Tomasiego (od początku DC Odrodzenie). Jest nieco inny, to naturalne (nie chcemy przecież, aby nasza ulubiona postać stała ciągle w miejscu), ale nadal satysfakcjonujący w najważniejszych dla tego typu lektury aspektach.

Przykładem tego jest pierwszy tomik cyklu Saga jedności. Ziemia widmo. To właśnie tutaj Brian Michael Bendis kontynuuje wątki rozpoczęte w Człowieku ze Stali. Niektóre z nich poruszone zostały już na łamach restartowego Action Comics, jednak znajomość wspomnianego komiksu nie jest wymagana, aby cieszyć się fabułą powyższego tomu. A ta przygotowana jest w iście epickim stylu! Scenarzysta zwraca naszą uwagę nie tylko na ciekawie zbudowaną intrygę (którą jest tajemnicze przeniesienie całej Ziemi do Strefy Widmo), ale również na motywacje bohaterów (drugoplanowych postaci pojawia się tu całkiem sporo) czy rozterki samego Supermana, borykającego się z nieobecnością swoich najbliższych. Na szczęście, w odpowiednim momencie to właśnie miłość do nich przyniesie mu niezbędną siłę do walki. Będzie tego potrzebował jak nigdy przedtem, ponieważ odcięcie naszej planety od naturalnej mocy słońca osłabia go okrutnie, wpływając destrukcyjnie także na zdrowie pozostałych mieszkańców Ziemi. Jeśli miałbym wskazać na jakiś zgrzyt w Sadze jedności. Ziemi widmo, byłby nim nieco błahy powód spowodowania całej katastrofy. Szkoda, że Bendis nie wymyślił w tym temacie czegoś, co w przyszłości mogłoby pomóc mu budować napięcie i atmosferę niepewności. To jednak drobnostka, najważniejsze że cały komiks daje naprawdę wiele rozrywki, która nie polega wyłącznie na liczeniu pojedynków pomiędzy Supermanem, a hordami Rogola Zaara. Autor udowadnia, że ma jeszcze wiele pomysłów jak kontynuować tę serię, czego ziarna zasiewa już w tej historii. A doskonałe, przepełnione realizmem i dynamiką rysunki Ivana Reisa tylko potwierdzają klasę powyższego tytułu. Nie narzekam więc na starania autora, który już nie raz pokazał, że na konstruowaniu interesujących wydarzeń i ukazaniu bliskiej nam strony superbohaterów zna się jak mało kto. Nie mam ku temu powodów, ponieważ całość czyta się po prostu świetnie!

Tytuł: Superman, tom 1 - Saga jedności. Ziemia widmo
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Ivan Reis
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Wszystkie tomy Nienawidzę Baśniowa znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


Komiksy z serii Flash i Superman znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


poniedziałek, 23 grudnia 2019

RECENZJA: Nieoficjalny przewodnik po Grze o Tron - Kim Renfro


Gra o tron to serial, który wzbudził w mijającym roku więcej kontrowersji niż jakiekolwiek inne dzieło popkultury. Obojętnie, czy jesteście fanami prozy George'a R. R. Martina, czy też śledziliście przygody bohaterów wyłącznie na małym ekranie, z pewnością macie już wyrobione zdanie o poziomie, z jakim zakończył się ten najbardziej popularny cykl fantasy ostatniej dekady. Wśród wielu głosów z pewnością przeważać będą sygnały zawodu i w sumie trudno się temu dziwić, skoro adaptacja tak bogatego i przemyślanego dzieła (jakim niewątpliwie jest książkowa Pieśń Lodu i Ognia) nie potrafiła w ósmym, finałowym sezonie stanąć na wysokości powierzonego jej zadania. Czy jednak zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, co odpowiada za taki stan rzeczy? Na pewno większość fanów jako główny powód wskaże brak końcowej części tekstu źródłowego (dla niezorientowanych: Gra o tron to jedyny znany przypadek adaptacji, która pod względem treści w finale prześcignęła materiał bazowy) oraz nieumiejętność twórców w poruszaniu się po materii, z którą przyszło im pracować. I wszyscy oni raczej będą mieli rację, lecz aby w pełni zrozumieć zastaną sytuację, wymagana jest znajomość pewnych czynników, które zaistniały (lub też nie), doprowadzając do wspomnianego stanu rzeczy. Z takim m.in. zadaniem borykała się Kim Renfro, pisząc Nieoficjalny przewodnik po Grze o Tron. Ta amerykańska dziennikarka, a prywatnie wielka fanka serialu postanowiła przybliżyć problematykę słabego przyjęcia ósmego sezonu serii, dzieląc się z czytelnikami ważnymi informacjami na ten temat. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że autorka w swej książce skupia naszą uwagę wyłącznie na tej kwestii.

Choć chęć sięgnięcia po publikację Renfro w niektórych przypadkach podyktowana może być pragnieniem poznania wspomnianych przyczyn, oprócz nich książka oferuje w pełni kompleksową oraz skrupulatnie przygotowaną analizę całej historii serialu. Od informacji na temat przygotowań, jakie poczynili David Benioff i D. B. Weiss, aby uczynić ze swojego marzenia (o adaptacji ulubionej serii) w pełni namacalne, filmowe dzieło, aż po dywagacje wykraczające poza finałowy odcinek ostatniego sezonu Gry o tron. Autorka przybliża kulisy spotkań producentów z George'm R. R. Martinem, odsłania fakty związane z nieudanym pilotem serii, omawia intrygujące decyzje castingowe, a także skupia się na  wszelkich ciekawostkach, jakie tylko mogą zainteresować największych fanów serialu (czemu więcej uwagi poświęca się w nim smokom a nie wilkorom, w jaki sposób Martin pisze swoje książki, co sprawiło że ostatnie sezony miały mniej odcinków, itd). Nieoficjalny przewodnik po Grze o Tron to istna kopalnia wiedzy na najróżniejsze tematy. Trzeba cały czas pamiętać, jak wielką popularnością cieszył się telewizyjny program HBO podczas wszystkich lat swej emisji, celowo pomijając przykre wrażenie, jakiego dostarczył nam ostatni rok. Jeśli tylko miłość do Gry o tron jest u Was tak duża jak u mnie, bez problemu udacie się w tą w pełni nostalgiczną podróż. Zabierze Was ona do miejsc, które dobrze znacie, ale też do takich, o których nie mieliście nawet pojęcia. Wszystkie tajemnice serii stoją tu otworem, pozwalając w pełni powrócić do świata Westeros i jego niezapomnianych mieszkańców.

Renfro z wielką skrupulatnością opisuje kompleksowe prace przy najbardziej istotnych elementach serialu. Znajdziecie tu szczegółowe informacje na temat muzyki Ramina Djawadi, kostiumów szytych i projektowanych przez Michele Clapton, oraz ogólnego przenoszenia języka powieści na mowę obrazu. Pod tym względem książka jawi się jako niezwykle przydatny podręcznik dla adeptów różnorakich szkół filmowych. Świetnie opisuje kwestie, których na próżno szukać w innych źródłach. Nie wierzycie? A czy wiecie jak bardzo stroje, noszone przez najważniejsze postacie, oddają ducha bieżących w ich życiu wydarzeń, zmieniając się płynnie wraz z ich wewnętrznym rozwojem? Czy byliście świadomi jak widzi poszczególne dźwięki autor muzyki, dobierając je w sposób najbardziej pasujący do prezentowanej na ekranie sytuacji? Tego dowiecie się z treści powyższego dzieła, ale najważniejsze, że wszystko o czym tu przeczytacie, zostało napisane prostym, zrozumiałym językiem. I to nad wyraz rzeczowym, co być może sprawi, że książka ponownie przyciągnie do serialu tych, którzy nie mieli z nim dłuższej styczności. Tymczasem Nieoficjalny przewodnik po Grze o Tron przybliża nam nie tylko kulisy powstawania ulubionego serialu. Większa część tomu poświęcona jest również prawdziwie nostalgicznej wędrówce po najwspanialszych chwilach wszystkich ośmiu sezonów. Renfro oprowadza nas po tych wydarzeniach, bardzo często zderzając je z książkami Martina, sprytnie udowadniając jak wielką pracę włożono w to, aby mogły one zostać dobrze przeniesione na ekrany telewizorów. Pokazuje też jakim zjawiskiem była cała Gra o tron, analizując jej wpływ na szerokie rzesze odbiorców.

I kiedy już uda się nam poznać ogrom wysiłków zespołu filmowego, oraz nie zawsze poruszane fakty dotyczące pewnych decyzji adaptacyjnych, powinniśmy zacząć rozumieć, dlaczego finał serialu był aż tak rozczarowujący. Tylko czy aby na pewno taki był...? Prawdę mówiąc, po przeanalizowaniu całej sytuacji mogę śmiało stwierdzić, że chyba mało kto zrobiłby to lepiej. Przyczyn wpływających na kształt mojego zdania nie zdradzę, gorąco zachęcam Was do samodzielnego poznania wszystkich dostępnych faktów. Nie twierdzę też bynajmniej, że przeczytanie Nieoficjalnego przewodnika po Grze o Tron jakoś szczególnie zmieniło mój odbiór finału. Zwyczajnie zrozumiałem dlaczego twórcy nie mogli poprowadzić go w satysfakcjonujący dla wszystkich sposób. Dowiedziałem się też, wręcz odczuwając to na własnej skórze, jak wielkiej presji byli oni poddani. Zresztą nie tylko oni, osoba George'a R. R. Martina także nie pozostaje bez pewnego poczucia winy, w grę wchodzą tu jednak pewne nieobecne przy początkowym planowaniu książek i serialu czynniki nadrzędne. Z nich jednak w żadnym wypadku nie należy rozliczać twórców. Praca Renfro oddaje honor wszystkim aspektom tworzonego przez Benioffa i Weissa serialu oraz niezapomnianej prozy Martina. Jest kopalnią wiedzy na temat całego uniwersum, którą powinien zgłębić każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z tym tytułem. Rzadko spotyka się pozycje, które w tak kompetentny sposób analizują najważniejsze elementy dzieła, nie bojąc się zauważyć jego istotnych wad (choć akurat w tym przypadku otwartość myśli wpisana jest trwale w sam tytuł książki). Pewne jest także to, że po przeczytaniu Nieoficjalnego przewodnika po Grze o tron raz jeszcze zapragniecie powrócić do ulubionego, fantastycznego serialu. Oczywiście, nie ma w tym cienia przesady, ponieważ to co napisała w nim autorka, tylko podkreśla, z jak niecodziennym zjawiskiem mieliśmy do czynienia na przestrzeni ostatnich ośmiu, niezapomnianych lat.


Tytuł: Nieoficjalny przewodnik po Grze o tron
Autor: Kim Renfro
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 384
Oprawa: twarda
Cena: 49,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


piątek, 20 grudnia 2019

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie, czyli próba zespolenia filmowego dziedzictwa


Gwiezdne wojny to seria, która jak żadna inna wzbudza najróżniejsze reakcje wśród fanów. Nic w sumie dziwnego, jest to cykl obecny na ekranach kin od ponad czterdziestu lat. Niejedno pokolenie wychowało się na tej ponadczasowej fabule, mając prawo do własnych wyobrażeń i oczekiwań odnośnie jej aktualnego kształtu. Ja na szczęście zaliczam się do grupy optymistycznych entuzjastów, lubiących wszystkie filmy z serii. Nie wznoszę więc rączek ku niebu, z gniewem obrzucając błotem twórców, którzy nie sprostali mojej niczym niezaspokojonej wyobraźni. Po prostu z dziecinnym entuzjazmem cieszę się każdą nadchodzącą częścią. Najwyraźniej rozumiem, że to tylko "głupie filmy" i na tym nie kończy się świat. Mam oczywiście wobec nich własne uwagi lub przemyślenia, a najnowszymi zawsze pragnę dzielić się z Wami na gorąco. Dziś jest niewątpliwie jeden z takich dni. Dopiero wróciłem z kolejnego (drugiego) seansu Gwiezdnych wojen: Skywalker. Odrodzenie i otwarcie przyznaję, że film jak najbardziej przypadł mi do gustu. Ogólnie pisząc, podobał mi się tak samo jak za pierwszym razem.

Ciężkie zadanie stało przed reżyserem J. J. Abramsem. Faktem jest także, że marka Star Wars po wykupieniu przez koncern Disney'a od George'a Lucasa nie miała szczęścia do w pełni przemyślanego spojrzenia na całe swe dziedzictwo. Choć epizody VII i VIII są naprawdę udane, ja sam zabrałbym się do ich opowiadania w nieco inny sposób (to już jednak temat na osobny wpis). Częste pogłoski o braku planu przy rozpisywaniu nowej trylogii były i są widoczne przez cały czas. IX epizod jest ich oczywistym potwierdzeniem, co widać najbardziej w podejściu do realizacji oraz struktury fabularnej w poszczególnych filmach. Każdy uważniejszy widz spostrzeże, jak prowadził swą opowieść w VII epizodzie Abrams, a jak w poprzednim obrazie podszedł do fabuły Rian Johnson. Wobec tego nie pozostało teraz nic innego, jak tylko zebrać wszystko do kupy, dając nam silne i satysfakcjonujące zakończenie. Niestety, co łatwo powiedzieć, najczęściej trudno zrobić, toteż szwy, którymi Abrams połatał historię są aż nadto widoczne. Na szczęście nie znaczy to wcale, że zadanie nie zakończyło się sukcesem! Na szwy nic nie poradzimy, ale ubranie nadal trzyma się w całości, bez problemu spełniając swą podstawową funkcję. I dlatego Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie to pomimo pewnych problemów, całkiem angażujący i satysfakcjonujący film.


Największy zgrzyt (wynikający z tego co napisałem powyżej) objawił się poprzez brak dobrego zarysowania podstaw fabularnych opowieści, oraz konieczności sięgania do zakończonych wątków z oryginalnej trylogii. Nie chcę zdradzać fabuły filmu (odkryjecie ją sami podczas seansu), jednak każdy, kto oglądał poprzednie dzieła wie, jak niewiele ekspozycji oraz wyjaśnień zostało w nich ukazane. Mocno miał też w nowej części doskwierać brak porządnego antagonisty, w tej kwestii odwołano się więc do największego złoczyńcy z kultowych początków sagi (co może być uznane za kompletny brak pomysłu). W kształcie fabuły postawiono na nieuchronny przepych, który z pewnością zapełniłby dwa samodzielne filmy. Ponieważ na długo przed premierą czytałem wszystkie możliwe spoilery, bardzo bałem się o ostateczny kształt opowieści. Na szczęście określona problematyka inaczej wygląda na papierze, a jeszcze inaczej na ekranie, toteż po wyjściu z kina odetchnąłem z wyraźną ulgą. Było dobrze. Dla mnie nawet bardzo dobrze, biorąc uwagę to, co napisałem we wstępnie w temacie "głupich filmów".

Bo od Gwiezdnych wojen nie należy wymagać cudów. IX epizod doskonale wpisuje się w charakter cyklu, dając widzowi to, za co polubił go najbardziej. A tym, co w owych filmach jest najważniejsze, jest historia o walce ze strachem. Strachem, który drzemie w nas samych, nie pozwalając wydobyć pełnego potencjału własnych możliwości. Dodatkowo, jest to opowieść o tym, jak poradzić sobie z ciężarem dziedzictwa oraz zrozumieniem, że nie jesteśmy określani przez żadne tajemnicze przeznaczenie. Wszak to świadome decyzje i działania od zawsze budują nasze prawdziwe ja. I na tym tle historia Rey i Bena wybrzmiewa z całą swą siłą, pokazując, że jakimś cudem udało się Abramsowi zespolić tak bardzo nadszarpnięte wątki w jedną, całkiem spójną całość. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony, bo przy całym trudzie, jaki twórcy włożyli w tę historię, wszystko i tak ma jakiś konkretny sens. Pomimo nadmiaru informacji zawartych w Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie, wiele furtek otwarto na oczekiwane dopowiedzenia (tym zajmą się już z pewnością seriale, książki i komiksy). Nie ucierpiał na tym sam film, sądzę też, że niejeden fan zaakceptuje (po pewnym przemyśleniu) powyższe decyzje fabularne, tym bardziej, że tak naprawdę nie odbiegają one od wielokrotnie ustalanego kanonu serii. Nawet jeśli dotykają kontrowersyjnego tematu pochodzenia Rey, czy powrotu głównego złoczyńcy sagi.

Poza tym, IX epizod to dalej ta sama, bezpretensjonalna zabawa w wojnę w galaktyce, gdzie dobro ściera się ze złem, a przyjaźń i oddanie jest w stanie zmienić los niejednej z ważnych postaci. Sporo tu tzw. fanserwisu, ale jest go nie więcej niż w poprzednich odsłonach. Po raz trzeci kończymy przygodę z gwiezdną sagą, tym razem już chyba na dobre. W produkcji pobrzmiewają echa dotychczasowych filmów, spajając się w kwintesencję tego, czym Star Wars w istocie są. I zapewne nie każdemu ta ostateczna wizja przypadnie do gustu (co jest w gruncie rzeczy absolutnie niemożliwe), lecz ja bawiłem się w kinie znakomicie. Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie nie jest (przynajmniej na razie) moją ulubioną produkcją z cyklu. Doceniam jednak, jak dobrze wyszło autorom połączenie wszystkich niezagospodarowanych wątków, rozrzuconych w pierwszych filmach z tej trylogii. Wiem, że stali przed bardzo trudnym zadaniem, w jakimś sensie podobnym do tego, które roztaczało się przed George'm Lucasem, gdy zabierał się do tworzenia serii prequeli. Sprostać rozbuchanym oczekiwaniom i niezamierzonemu chaosowi nigdy nie jest łatwo. Na szczęście należę do widzów, którzy umieją takie próby docenić. Mam nadzieję, że Wy także dostrzeżecie plusy w tej prostej i chwytającej za serce, ponadczasowej historii.



Tytuł: Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (Star Wars: Episode IX - The Rise of Skywalker)
Scenariusz: Chris Terrio, J. J. Abrams
Reżyseria: J. J. Abrams
Obsada: Daisy Ridley, Adam Driver, Oscar Isaac, John Boyega, Anthony Daniels, Carrie Fisher, Richard E. Grant, Keri Russell, Kelly Marie Tran, Naomi Ackie, Billy Dee Williams
Wytwórnia: Walt Disney Pictures/Lucasfilm
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 20 grudnia 2019 (USA), 19 grudnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 141 min.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 20 (Jonka, Jonek i Kleks - Odwiedziny Smoka, All-New Wolverine tom 3, Ultimate Spider-Man tom 5)

To okrągłe, zamykające drugą dziesiątkę wydanie Kiosku z Komiksami poświęcam Szarlocie Pawel. Powodem takiej decyzji jest premierowe wydanie komiksu Odwiedziny smoka, ale również pewne smutne wydarzenie, które miało miejsce latem tego roku. Nie miałem wcześniej okazji opisać tej sytuacji na blogu, ale jeśli ktoś z Was jeszcze nie wie, w czasie opróżniania mieszkania zmarłej w zeszłym roku artystki, na śmietnik został wyrzucony komplet jej prywatnego oraz artystycznego dorobku. Przez niedopatrzenie odpowiedzialnych za przejęcie tego majątku służb, bezpowrotnie utraciliśmy nie tylko jej osobiste pamiątki, ale również dość pokaźną ilość nieopublikowanych prac. Szarlota Pawel tworzyła swojego czasu sporo komiksów "do szuflady", dając fanom pewnego rodzaju nadzieję na późniejsze poznanie choćby części tych wspaniałych historii. Niestety, wszystko zostało bezpowrotnie pogrzebane (choć obecnym podczas wywózki ochotnikom udało się odratować niewielki skrawek wspomnianego dziedzictwa), utwierdzając licznych sympatyków gatunku, że żyjemy w rzeczywistości, w której nie szanuje się dorobku niektórych zmarłych twórców. Nie zamierzam jednak nikogo zasmucać, wybaczcie początkowy ton, ale sądzę że sprawa jest na tyle ważna, aby mówić o niej głośno. Jednym z głównych założeń tego bloga oraz komiksów Pani Szarloty jest niesienie optymizmu, toteż teraz cieszmy się jej ostatnim (chyba) komiksem, dostarczającym wcześniej niepublikowany w zbiorczej formie materiał. Więcej na ten temat piszę poniżej. Miłej lektury! 


Jonka, Jonek i Kleks - Odwiedziny Smoka

Komiksy Szarloty Pawel zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Porwanie księżniczki to pierwszy komiks przeczytany w całości w Świecie Młodych, a historie takie jak Smocze jajo, Pióro contra Flamaster czy Złoto Alaski kreśliły klimat i barwy mojego dzieciństwa w czasach szkoły podstawowej. Właśnie wtedy zaczęła się moja wielka miłość do tego "gatunku literackiego", a okres swoistej posuchy historii obrazkowych nadrabiałem odwiedzając wraz z moim tatą koszalińską bibliotekę (głównie podczas wakacji i ferii zimowych). To właśnie tam, zainspirowany pomysłem taty, przeglądałem na miejscu stare roczniki Świata Młodych, gdzie oryginalnie zamieszczane były komiksy z Jonką, Jonkiem i Kleksem. Co ciekawe, wcześniej nikt z miejscowych nie wpadł chyba na podobny pomysł, toteż wkrótce wokół mnie zbierała się spora liczba rówieśników, którzy przez ramię podczytywali mi ulubione opowieści. A dziś, po tylu latach wreszcie ukazały się one w jednym, zbiorczym tomiku! No dobrze, może nie w jednym, w końcu Szalony wynalazca też zawierał sporo z nich - najważniejsze jednak że już są i... cieszą tak samo jak kiedyś!

Odwiedziny Smoka dzielą się na trzy rozdziały. Każdy z nich pierwotnie publikowany był we wspomnianym Świecie Młodych, jeszcze pod koniec lat 70. Chronologicznie album należy umieścić po Smoczym jaju, choć tytułowa historia powstała dużo wcześniej niż ów komiks. Skąd więc ta dziwna niezgodność? Otóż Szarlota Pawel często przerysowywała swoje starsze komiksy, czyniąc je bardziej przystępnymi dla nowego czytelnika. Wydana przez Egmont historia walki ze smokiem jest oczywiście poprawioną wersją z lat 80. i stąd wynika całe zamieszanie. Pechowy magik (rozdział pierwszy) to zbiorek krótszych, najczęściej jednoplaszowych historyjek (w tym najśmieszniejszej - Złotej rybki). Talent artystki przejawia się tu nie tylko w łączeniu fantastyki z realiami życia codziennego. Pokazuje także, jak świetnie działają w jej wykonaniu znacznie prostsze historyjki. Sympatyków nieco dłuższych przygód przekona rozdział Na wakacjach (publikowany pierwotnie z wydaniu Złota Alaski z 2003 r.), gdzie trójka naszych bohaterów jedzie na harcerski obóz, z którego Kleks udaje się w pełną przygód, kosmiczną podróż. Odwiedziny smoka to być może ostatnia, bardzo nostalgiczna wyprawa do krainy fantazji stworzonej przez niezastąpioną Szarlotę Pawel. Jako komiks typowo dziecięcy, przedstawia proste, choć nie pozbawione błyskotliwości i humoru treści, których szczęśliwie nie udało się nadgryźć zębowi czasu. Pozostaje więc wracać do nich tak często, na ile pozwala nam na to czas. W dzisiejszym świecie dobry komiks dla najmłodszych, który w jednakowym stopniu bawi również dorosłych, to nieczęste zjawisko. Dlatego warto szanować dziedzictwo autorki, które stanowi zamknięty rozdział komiksowej historii naszego kraju. Historii, która napawa mnie radością także dlatego, ponieważ mogłem śledzić ją podczas życia i najbardziej kreatywnych lat autorki.   

Tytuł: Jonka, Jonek i Kleks - Odwiedziny Smoka
Scenariusz i rysunki: Szarlota Pawel
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 72
Oprawa: miękka 
Cena okładkowa: 24,99 zł


All-New Wolverine, tom 3 - Wróg publiczny II

To naprawdę dziwne, że ukazały się już trzy tomy serii All-New Wolverine, a w KzK nie udało mi się napisać o nich ani słowa... Błąd pokornie naprawiam już teraz, tym bardziej, że cykl Toma Taylora jest obok Ms Marvel jednym z moich ulubionych tytułów wydawanych aktualnie przez Marvela. Kim zatem jest ta tajemnicza, przypominająca Logana, wyciągająca szpony dziewczyna na okładce? To Laura Kinney, stworzona do bycia superbronią (podobnie jak swój protoplasta), młoda bohaterka, starająca się uciec przed niechcianym przeznaczeniem. Niestety, nie tylko ona była efektem utrzymywanych w tajemnicy eksperymentów, o czym dość nieoczekiwanie dowiedziała się w pierwszym tomie (Cztery siostry). Teraz, sprawując opiekę nad najmłodszą ze swych sióstr, X-23 (właśnie taki kryptonim otrzymała Laura) stara się poukładać swe życie, stroniąc od burzliwej przeszłości oraz predestynacji, które tylko czyhają, aby dopaść ją w swe zachłanne łapy.

Lecz powiedzieć to jedno, a zrobić to drugie... Szczególnie wtedy, gdy zamieniasz się ciałami ze Spider-Gwen i musisz walczyć z kimś, kto nazywa się Czerwonym Szerszeniem. Dziwne? Akurat ta historyjka jest tylko miłym i dość niezobowiązującym wstępem do właściwych zdarzeń, które stanowią sedno Wroga publicznego II. Nawiązując do słynnego komiksu o Loganie, który ukazał się niespełna dekadę temu, Taylor łączy wątki z dotychczasowych przygód Wolverine, oferując czytelnikowi rozrywkę i akcję najwyższej próby. Po masakrze dokonanej na mieszkańcach Daylesville, Laura i Gabby zmuszone są udać się do Madripooru, aby odnaleźć jedyną osobę ze swojej przeszłości, która posiadła sposób na wyzwalanie u niej żądzy mordu. Nie będzie to łatwe zadanie, tym bardziej że na karkach czują oddech ścigającego je Nicka Fury'ego oraz reszty agentów T.A.R.C.Z.Y. Przeszłość i niedopowiedziane sekrety krzyżują się ze sobą w tej pełnej brawurowych starć historii, którą autor opowiada z zaskakującą wręcz lekkością. Spora ilość wątków oraz postaci nie jest bynajmniej czymś, co krępowałoby Taylorowi ręce. Wydaje się, że scenarzysta ten wręcz celowo wprowadza wszystkie wspomniane elementy do równania, tworząc za ich pomocą świetny w odbiorze, typowo rozrywkowy komiks. Nie inaczej ma się sprawa z dwiema najważniejszymi bohaterkami całego zamieszania. W żaden sposób nie można odmówić im wzbudzenia w czytelniku sporej dozy sympatii. Zresztą, z podobną sprawnością traktuje autor większość drugoplanowych postaci. Każda z nich dostaje swoje "pięć minut", ciężko też przyczepić się motywacji oraz logiki podejmowanych przez nich decyzji. Proste, nieprzesadzone i bardzo czytelne rysunki Morissette-Phan i Virelli dopełniają wizerunku tej wciągającej, zaprezentowanej we Wrogu publicznym II historii. I choć tom spina się klamrą z dwójką swych poprzedników, możemy być pewni, że Laura jeszcze powróci (Odporna). A ja w KzK nie omieszkam Was o tym poinformować.

Tytuł: All-New Wolverine, tom 3 - Wróg publiczny II
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Djibril Morissette-Phan, Nicole "Nik" Virella
Przekład: Weronika Sztorc
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Ultimate Spider-Man. Tom 5

Brian Michael Bendis odwala kawał dobrej roboty przy Ultimate Spider-Manie i nowy, piąty tom tylko potwierdza jego wysoką formę. To oczywiście komiks niezupełnie nowy, tytuł ma już swoje lata, lecz właśnie on pomógł zagwarantować wysoką pozycję autorską twórcy scenariusza, którą cieszy się on do dziś (choć niektórzy mogą twierdzić inaczej). Co zatem przynosi nam kolejna część przygód Pajączka z uniwersum Ultimate? Z pewnością coś, do czego Bendis przygotowywał siebie i odbiorcę od dawna, czyli genezę złowieszczej drużyny zwanej Ultimate Six. Czym jednak jest ta dziwna grupa? To bezwzględna banda pod wezwaniem Docka Ocka i Zielonego Goblina, czyli Normana Osborna, w której skład wchodzi także niejaki Sandman, Kraven Łowca i Electro. No dobrze, powiecie, ale to tylko pięciu gości. Gdzie jest ten szósty? Ano właśnie, szóstym jest w założeniu chorego umysłu Osborna sam Peter Parker, którego zaczął on uważać za swoje największe naukowe osiągnięcie. Lecz potyczka z Ultimate Six to nie wszystko co autor postawił na drodze naszego przyjaznego Pajączka z sąsiedztwa. Do realizacji filmu o Spider-Manie zabiera się jeden z uznanych reżyserów Hollywood i wygląda na to, że taki obrót spraw nie spodoba się wyłącznie naszemu ulubionemu bohaterowi.

W najnowszym tomie Bendis pomysłowo łączy dwie drużyny obdarzonych mocami herosów. Do akcji oprócz Petera wkraczają sami Ultimates (czyli zrekonstruowana na potrzeby tego uniwersum drużyna Avengers), działająca pod dowództwem zdeterminowanego Nicka Fury'ego. Choć komiks w większej części eksploruje atmosferę i relacje rządzące grupą złoczyńców, fajnie jest spostrzec, jak tytuł rozszerza świat przedstawiony w innych komiksach Marvela z tamtego okresu. Do lepszego zrozumienia sytuacji w szeregach Ultimates przyda się znajomość dwóch tomów o losach drużyny wydanych w cyklu WKKM, choć nie jest to absolutnie niezbędne. Część opowiadająca o powstającym filmie ciekawie łamie tzw. czwartą ścianę, pokazując autentyczne postacie z Hollywood, takie jak Sam Raimi czy Tobey Maguire. Najważniejsze jednak, że pod względem akcji, ukazania bohaterów, dialogów czy samej fabuły Bendis nieustannie prezentuje wysoką formę. Pod względem ilustarcyjnym niezbyt trafiły do mnie rysunki Trevora Hairsine'a (zbyt odbiegają od mocno plastycznego stylu Bagley'a), choć w pełni rozumiem i doceniam ich realistyczny wydźwięk. Ultimate Spider-Man. Tom 5 to nadal kawał świetnej rozrywki w klimacie superhero, do zrozumienia której nie jest wymagana znajomość setek innych komiksów wydawnictwa. Wystarczą tylko cztery poprzednie tomy Pająka, które raz jeszcze Wam bardzo polecam.

Tytuł: Ultimate Spider-Man. Tom 5
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley, Trevor Hairsine
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 360
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


środa, 4 grudnia 2019

Lego DC Comics Collectible Minifigures (71026) nadciągają!


Mówcie sobie co chcecie, ale Lego znów to zrobiło! Już w styczniu 2020 r. na sklepowe półki zawita nowa seria kolekcjonerskich minifigurek, przedstawiających najbardziej znane postacie z komiksów DC. Wśród szesnastu starannie wyselekcjonowanych postaci znajdą się klasyczne wersje bohaterów oraz takie, które szczególnie zapadły w pamięci czytelnikom popularnych historii obrazkowych.  


Trzeba przyznać, że jakość projektów oraz pomysł nie pozostawiają wiele do życzenia, martwi natomiast cena, która będzie (prawdopodobnie) wahać się wokół 19-20 zł za sztukę. Niemniej jednak warto załapać się choć na kilka z nich, bo jak to w przypadku limitowanych figurek Lego bywa, drugiego rzutu na pewno nie będzie... ;-)


niedziela, 1 grudnia 2019

RECENZJA: Star Wars Encyklopedia postaci - wydanie uzupełnione


Gwiezdne wojny to bez wątpienia moja najukochańsza marka. Nie Marvel, nie DC, nie "startreki" (te ostatnie to już w ogóle). Odległa galaktyka zawsze miała w sobie to coś, co sprawiało że najchętniej wracałem właśnie tam. Co ciekawe, biorąc pod uwagę wielką estymę, jaką darzę Star Wars, nigdy nie było mi specjalnie po drodze z książkami z tego uniwersum. Owszem, udało mi się przeczytać kilka z nich, a trzy tytuły mam nadal w domowej biblioteczce, lecz w ogólnym rozrachunku literacki świat Skywalkerów jakoś nigdy mnie nie pociągał. Tymczasem, sprawa ma się zupełnie inaczej z wszelkiego rodzaju przewodnikami, które po prostu uwielbiam. Zawarte tam zdjęcia i informacje pobudzają moją wyobraźnię znacznie lepiej niż słowa autorów, próbujących przenieść mnie do fantastycznych krain pomiędzy gwiazdami.

Nadchodząca premiera ostatniej, dziewiątej części sagi (Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie) jest świetną okazją, aby przypomnieć sobie wszystkie postacie i towarzyszące im wydarzenia (nie żebym osobiście tego potrzebował, zakładam jednak śmiało, że sporo fanów serii nie sięga po filmy aż tak często jak ja). Naprzeciw takiej potrzebie wychodzi nowo wydana encyklopedia, przedstawiająca wszystkich (wierzcie mi, naprawdę wszystkich!) bohaterów filmów Star Wars. Nie jest to bynajmniej jej pierwsze wydanie. W poprzednich latach otrzymaliśmy aż dwie podobne edycje, z czego każda wzbogacana była wraz z pojawianiem się kolejnych filmów z serii. Co zatem znajdziemy w Star Wars Encyklopedia postaci - wydanie uzupełnione?


Po pierwsze, tak jak napisałem powyżej, zamieszczono tu profile wszystkich postaci, jakie tylko przewinęły się w słynnych filmach. Od Hana Solo i Luke'a Skywalkera, poprzez wizerunki żołnierzy klonów i oficerów Imperium, aż po droidy naprawcze czy kosmitów, którzy tylko przez kilkanaście sekund mignęli na wielkim ekranie. Jest tu naprawdę wszystko! Choć sama encyklopedia nie zawiera zbyt wielu wyczerpujących informacji (tych niestety musicie poszukać gdzie indziej), świetnie sprawdza się jako tzw. coffee table book, czyli bogato ilustrowany album przeznaczony do czytania w czasie przerwy na kawę. Nie mogę też pominąć faktu, że w najnowszym wydaniu znalazło się miejsce dla bohaterów przedstawionych w produkcjach Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie, Han Solo. Gwiezdne wojny - historie czy Ostatni Jedi. To czyni z niego całkiem niezłe źródło podstawowych (choć dość skrótowych) informacji.

Star Wars Encyklopedia postaci - wydanie uzupełnione nie jest pozycją, o której można by pisać długie elaboraty, na sam koniec dodam więc, że jako oddany miłośnik Star Wars jestem bardzo zadowolony posiadając jego najnowszą (i ulepszoną) wersję. To nie tylko książka, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego fana fantastyki, ale też bardzo ładne, bogato ilustrowane kompendium wiedzy o postaciach z najbardziej znanego uniwersum na świecie. Czy trzeba dodawać coś więcej? Chyba nie, marka Gwiezdnych wojen jest sama w sobie wystarczającym magnesem dla wszystkich sympatyków filmowych wydań z tej serii.



Tytuł: Star Wars Encyklopedia postaci - wydanie uzupełnione
Autor: Simon Beecroft, Elizabeth Dowsett, Pablo Hidalgo
Przekład: Anna Hikiert
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 224
Oprawa: twarda
Cena: 59,99 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont


czwartek, 28 listopada 2019

Słodkie i kolorowe Trolle 2 od Lego


Na wiosnę przyszłego roku w kinach pojawi się kontynuacja filmu Trolle, zatytułowana Trolle 2 (Trolls World Tour). Tym razem te małe, śpiewające istotki będą musiały bronić swej krainy przed całkowitą utratą muzyki. Złowroga, rock'n'rollowa Królowa Barb poszukuje sześciu magicznych strun, rozrzuconych po zamieszkanych przez Trolle krainach. Za ich pomocą zamierza zniszczyć każdy rodzaj muzyki poza rockiem.

Fabuła filmu wygląda całkiem obiecująco, tak samo też prezentują się zestawy Lego, zapowiedziane na styczeń 2020 roku. Są niesamowicie kolorowe i nieco "dziewczyńskie", ale co tam! Liczy się dobra zabawa, a tej w filmie oraz zaprezentowanych budowlach z pewnością nie zabraknie. Rzućcie okiem ile klockowego dobra pojawi się w sklepach za miesiąc i tak jak ja cierpliwie czekajcie na film. Zapowiada się najlepsza muzyczna produkcja przyszłego roku! :-)



środa, 27 listopada 2019

RECENZJA: Starcie królów (edycja ilustrowana) - George R. R. Martin


Cykl Pieśni Lodu i Ognia autorstwa George'a R. R. Martina jest dziś (obok dzieł J. R. R. Tolkiena) najpopularniejszym dziełem literackim fantasy. Dzięki niesamowitemu zainteresowaniu tytułem za sprawą pamiętnego serialu telewizji HBO oraz pieczołowitemu przedstawieniu książkowego świata wraz z nietuzinkowymi, zamieszkującymi go bohaterami, dzieła Martina nieustannie cieszą się wielkim powodzeniem. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że wszyscy czytelnicy czekają z niecierpliwością na dwutomowy finał ukochanej historii, co skłania wydawców poprzednich części do licznych wznowień dostępnych na rynku ksiąg. W Polsce, oprócz wydania standardowego oraz serialowego, w 2016 r. dołączyła edycja ilustrowana pierwszej części sagi - Gry o tron. Po trzech latach od tego wydarzenia do sprzedaży trafił drugi tom cyklu, zatytułowany Starcie królów.

W tym miejscu powinna znajdować się notatka wprowadzająca Was w treść książki, z założenia wywołująca poczucie ogromnego zainteresowania, lecz sporządzona tak, aby nie zdradzić zbyt wiele z fascynującej fabuły utworu. Czy jednak muszę to robić, skoro jest to kolejne już wydanie powyższego tytułu? No pewnie że nie, ale jednak coś napiszę! Zdrada młodego króla Joffreya spowodowała zamieszanie w całych Siedmiu Królestwach, a dzieci niesłusznie zamordowanego namiestnika Eddarda Starka stopniowo rozpraszają się po całym królestwie. Za sprawą niepokojących listów, które Stark rozesłał przed swoją śmiercią, coraz nowsi pretendenci do tronu pojawiają się z żądaniami do korony Westeros. Wielkie kłopoty zdają się nadchodzić z wewnątrz kraju, tymczasem na dalekim południu wygnana przed laty Daenerys Targaryen wychowuje trzy malutkie smoki. Kiedy zionące ogniem bestie dorosną, ich siła może pomóc dziewczynie zawładnąć tronem z północy. Jakby tego było mało, bękarci syn Starka, Jon Snow wraz z braćmi z Nocnej Straży wpada na trop uśpionego dotąd martwego zła, które wkrótce ruszy podbić całe Westeros.


Przypomnieliśmy sobie o co w Starciu królów chodzi, ale o samej książce nie napiszę już zupełnie nic. No, może poza tym, że jest to dzieło, które każdy fan literatury fantastycznej absolutnie musi znać (i chyba zna - a jakby co, to wstyd się przyznawać...). Martin do perfekcji opanował tworzenie monumentalnych, prawdziwie epickich historii, w których bohaterowie pisani są najbardziej realistycznym stylem, o jaki trudno było dotąd podejrzewać książki z gatunku fantasy. Akcja, tajemnica, przygoda, śmierć i miłość - znajdziecie tu wszystko. A w nowym wydaniu odnajdziecie także fantastyczne ilustracje autorstwa Lauren K. Cannon (dwie z nich możecie podziwiać już tutaj). Nie tylko wzbogacają one tą piękną, dopieszczoną pod względem wydawniczym edycję, ale też pomogą zobrazować najważniejsze postacie i wydarzenia z powieści. Płonący miecz Stannisa, Tyrion i Cersei Lannister, Jon Snow z Duchem, czy naga Melisandre szykująca się do urodzenia cienia - to przykłady tylko kilku z nich. Wydanie to z pewnością będzie miłym uzupełnieniem kolekcji niejednego fana twórczości Martina, muszę jednak zwrócić Waszą uwagę na jedną kwestię, która troszkę zmartwiła mnie podczas podziwiania książki.

Starcie królów zawiera znacznie mniej ilustracji niż jego poprzedniczka, Gra o tron. Rozumiem  przy tym doskonale, że w tamtej edycji za rysunki odpowiadała dużo większa ilość autorów. Mimo wszystko, czas jaki dzielił oba wydania powinien w jakiś sposób wpłynąć na ich liczbę w omawianym tomie. No cóż, jak się nie ma co się lubi... Zanim przebolejecie ten fakt, zwrócę Waszą uwagę, że każdy rysunek został umieszczony w tym wydaniu w wersji czarno-białej oraz w pełni kolorowej. Drobna to pociecha, tymczasem na otarcie łez przypomnę, ze najważniejszy i tak jest tutaj tekst. A ten nie zawiedzie nikogo, a tym bardziej oddanych czytelników, którzy każde zdanie z tej bardzo okazałej (pod względem ilości stron) historii znają niemalże na pamięć. Czy warto więc kupować edycję ilustrowaną Starcia królów? Oczywiście że tak! To wciąż najładniejsza wersja tej powieści na rynku (i szczerze mówiąc, chyba nie będzie już lepszej), którą nie tylko przyjemnie trzyma się na kolanach, ale też imponująco wygląda ona na półce. Jeśli jesteście fanami Pieśni Lodu i Ognia, tekst ten potraktujecie wyłącznie informacyjnie i szybko zakupicie swój egzemplarz. Jeśli jednak chcielibyście zacząć swą przygodę ze światem Westeros (dlaczego tak późno, do licha?!), nie wahajcie się ani chwili. Oprócz rewelacyjnej, kultowej już treści otrzymacie papierową cegłę, której nie powstydzicie się postawić na półce wśród najbardziej ukochanych książek.



Tytuł: Starcie królów (edycja ilustrowana)
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Lauren K. Cannon
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 1088
Oprawa: twarda
Cena: 79 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-Ka.


poniedziałek, 25 listopada 2019

RECENZJA: Marianne - sezon 1 (2019)


Od jakiegoś czasu coraz bardziej oczywistym staje się fakt, że najciekawsze dzieła kina grozy powstają poza USA. Najwyraźniej Hollywood zna tylko te metody straszenia oraz opowiadania historii, które sprawdziły się wiele lat temu. Niespecjalnie też stara się, aby zmienić coś w tym skostniałym podejściu do tematu. Tymczasem czas leci nieubłaganie i coraz więcej interesujących, światowych tytułów powstaje w Europie lub na Dalekim Wschodzie. Najnowszym przykładem kreatywnego podejścia do szeroko pojętej tematyki horroru jest francuski serial stacji Netflix - Marianne. To przykład kina opartego na znanych wzorcach, jednak na tyle interesującego, aby utrzymać uwagę widza przez cały czas trwania pierwszego sezonu. Marianne intryguje, zachowując niezły balans pomiędzy straszeniem, a snuciem ciekawej, mocno angażującej historii.

A ta skupia się na Emmie Larsimon, utalentowanej pisarce młodego pokolenia, która właśnie wydała ostatni tom bestsellerowej, książkowej serii. Dzieło to oparła na dręczących ją wewnętrznych obawach, z którymi rozprawienie się potraktowała jako coś na kształt osobistej terapii. Niestety, przeszłość bezwzględnie nie daje za wygraną i nasza bohaterka zostaje zmuszona do powrotu w rodzinne strony, gdzie nie była od bardzo wielu lat. Tam też nastąpi konfrontacja z tym, co zmusiło ją do odcięcia się od poprzedniego życia. W tym miejscu staram się zdradzić z fabuły tak mało jak tylko się da, lecz muszę napisać, ze Marianne jest w rzeczy samej historią o demonach. Tak, to prawda, w ciągu ostatniej dekady dostaliśmy całą masę filmów o egzorcyzmach i mocach piekielnych, lecz właśnie ta prezentuje się na tyle inaczej, że naprawdę warto dać jej szansę.


Serial skupia się na tematyce demonicznych obecności, na dodatek uwikłanych w historię o wiedźmie, żyjącej przed wiekami w małym miasteczku Elden (to właśnie do tej nadmorskiej miejscowości przybywa nasza bohaterka). Choć sceny straszenia są często dość przewidywalne, za wilki plus tytułu należy uznać klimat niepewności, który spowija całą opowieść. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej połówce sezonu, później jednak wszystko nabiera nowego tempa, koncentrując się bardziej na dziejach bohaterów, a mniej na grozie niewyjaśnionych wydarzeń. Cały czas intryguje jednak zagadką z przeszłości Emmy, pozwalając widzowi śledzić wydarzenia z jej punktu widzenia. I tu do akcji wkracza drugi, bardzo ważny element fabuły.

Marianne stawia w jednakowej mierze na strach jak i bohaterów. Dawno już minęły czasy, kiedy oglądaliśmy pozbawione ikry postacie, wciąż biegające w kółko, w bezsilnej panice uciekając przed ścigającym je złem. W dzisiejszych czasach podstawą scenariusza muszą być przekonujące, dobrze skonstruowane jednostki, których losy będziemy chcieli śledzić, trwale angażując się w ich perypetie. Twórcy serialu wiedzieli o tym znakomicie, zwracając szczególną uwagę na kwestie z przeszłości bohaterów, czyniąc z tego bardzo ważną część fabuły. Nic nie działa na akceptację postaci jak dobry humor, toteż w Marianne znajdziecie więcej niż kilka naprawdę rozbrajających scen. Oprócz nadania realizmu postaciom, stanowią one również celowy balans, mający na celu łagodzenie wydźwięku niektórych, bardzo niepokojących scen.

Pod wieloma względami produkcja Netflixa przypomina To Stephena Kinga, połączone z pomysłem zastosowanym przez Artura Urbanowicza w Inkubie. Jest to bynajmniej moje subiektywne odczucie, stanowiące o wysokiej jakości produkcji. Wreszcie dostałem serial, który nie obraża mojej inteligencji, oferując na jednakowym poziomie porcję solidnego strachu oraz całkiem wciągającą (i poukładaną) historię. Otwarte zakończenie zwiastuje nieuchronny ciąg dalszy, lecz mam pewne wątpliwości, czy taka decyzja była naprawdę konieczna. Rozumiem jaki cel przyświeca w tym miejscu autorom oraz stacji, ja jednak wolę pozostać przy tym co już zobaczyłem. Tym bardziej, że Marianne dała mi spędzić ze sobą kilka satysfakcjonujących godzin, pokazując że wciąż można bawić się kształtem treści, opowiadając coś, czego w takim kształcie jeszcze nie było. 



Tytuł: Marianne (Marianne)
Scenariusz: Samuel Bodin, Quoc Dang Tran
Reżyseria: Samuel Bodin
Obsada: Victoire Du Bois, Lucie Boujenah, Tiphaine Daviot, Ralph Amoussou, Mehdi Meskar
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 13 września 2019 (USA/Polska)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 8
Czas trwania odcinka: około 50 min.

sobota, 23 listopada 2019

Ogólne wrażenia po obejrzeniu 2. sezonu Rozczarowanych (2019)


Jeśli pamiętacie co pisałem w zeszłym roku na temat pierwszego sezonu Rozczarowanych, zapewne nie zdziwi Was niewielka długość poniższego tekstu. Tym razem postanowiłem znacznie krócej podzielić się swoimi wrażeniami z drugiej odsłony serialu, a to głównie dlatego, że w pełnej recenzji musiałbym powtórzyć większość swego poprzedniego wywodu. 

Niezbyt wiele w świecie Beanie i jej dwójki nierozłącznych przyjaciół się zmieniło. To nadal serial rozkraczony pomiędzy swoistym pastiszem gatunku fantasy, niestety nie odważający się na zdecydowane przeciągnięcie struny. Z drugiej strony mocno stawia na spójność fabuły, tworząc coś na kształt epickiej opowieści, widocznej w odcinkach z głównego nurtu.

Pomyliłem się, mając nadzieję, że Rozczarowani rozwiną się przy drugim sezonie, lecz nie mogę zaliczyć czasu spędzonego na oglądaniu serialu jako straconego. Przy kolejnym podejściu wiedziałem już czego mogę się po nim spodziewać, toteż łatwiej było mi wsiąknąć w awanturnicze perypetie głównej bohaterki. Zaimponowało mi, że twórcy nie porzucają poszczególnych pomysłów (nawet tych pozornie nieistotnych), czyniąc z nich stałą część fabuły. Mam też nadzieję, że nie pogubią się w przyszłości w ilości zagadek i wątków, które rozpoczęli w tym oraz pierwszym sezonie.

Generalnie Rozczarowani podobają mi się coraz bardziej, a wszelkie zgrzyty mogę ostatecznie (lub paradoksalnie) uznać za środki decydujące o niepowtarzalności tego tytułu. Jeśli podobnie będzie przy trzecim sezonie (na chwilę obecną Netflix zapowiedział również jego czwartą odsłonę), Dreamland szybko stanie się miejscem, do którego będę bardzo lubił powracać. Bo pomimo pewnego narzekania, produkcja ta potrafi mnie nieźle rozweselić, wciągając do pełnego niebywałych przygód uniwersum.

Ps. Zauważyliście, że w przedostatnim odcinku obu sezonów miały miejsce mocno dramatyczne wydarzenia? Czyżby było to nawiązanie do Gry o tron? ;-)



Tytuł: Rozczarowani (Disenchantment)
Scenariusz: Josh Weinstein, Matt Groening
Reżyseria: Wesley Archer, Ira Sherak, Frank Marino, David D. Au
Aktorzy (dubbing): Abbi Jacobson, Eric Andre, Nat Faxon, John DiMaggio, Billy West, Sharon Horgan, Noel Fielding
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 20 września 2019 (USA/Polska)
Sezon: 2
Ilość odcinków: 10
Czas trwania odcinka: około 30 min.

piątek, 22 listopada 2019

RECENZJA: Lodowy smok - George R. R. Martin


George R. R. Martin na całym świecie znany jest głównie z kreatywnych powieści science-fiction oraz niezwykle popularnego cyklu Pieśń Lodu i Ognia. Do zdecydowanej większości jego książek należą pozycje dla dorosłych, jest jednak wśród nich mała perełka, którą autor poświęcił najmłodszym. Oczywiście, jak to z książkami dla dzieci bywa, nierzadko czytają je także osoby dorosłe. Często są one w stanie znacznie lepiej niż dzieci docenić pomysłowe czy ukryte przesłanie, jakie czai się pomiędzy stronicami opowieści. Podobnie jest w przypadku Lodowego smoka, baśni powstałej prawie cztery dekady temu, na długo przed tym, zanim autor zaprosił nas do pełnego przygód i niebezpieczeństw Westeros.

Martin przedstawia historię kilkuletniej Adary, córki rolnika pochodzącego z wstrząsanego wojną królestwa. Urodzona w czasie długiej i wyniszczającej zimy dziewczynka, zawsze bardziej lubiła mróz niż ciepłe, letnie dni. Choć dotkliwe zimno zabrało jej matkę, w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, Adara co roku czekała na zimę, aby bawić się samotnie wśród śniegu. Tak też poznała lodowego smoka, potężną, zrodzoną z zimna istotę, która dotąd była przedmiotem wszelkiego strachu i legend. Ich coroczne spotkania przeszły wkrótce do tradycji, lecz dla naszej bohaterki i jej rodziny szybko nadszedł zły czas. Wrogie wojska zagroziły królestwu zamieszkiwanemu przez Adarę, zmuszając ludność do opuszczania swych siedzib. W obliczu tragedii jedyną nadzieją dla dziewczynki i jej bliskich stał się dziki, lodowy smok.

Opowieść Martina czyta się za jednym zamachem. Sprawia to nie tylko jej objętość, ale przede wszystkim kunszt pisarski autora. Choć Lodowy smok jest oczywiście napisaną prostym (lecz nie infantylnym) językiem historyjką dla dzieci, pozostawia za sobą niezatarte wrażenie, głównie za sprawą baśniowego klimatu oraz finału, który wymusza na czytelniku własną interpretację. W moim pojęciu jest to opowieść o przeznaczeniu i bolesnym przemijaniu oraz o tym, jak nasze marzenia wpływają na rzeczywistość. Dzięki baśniowej konstrukcji finalny wydźwięk książki pozostaje w czytelnikiem na dłużej, sprawiając, że chce się po Lodowego smoka sięgać niejeden raz.

Wielka zasługa w tak pozytywnym odbiorze tej prostej, a jednak bardzo mądrej opowieści stoi po stronie Luisa Royo, który odpowiada za wykonanie wspaniałych ilustracji. Prawie każde zdarzenie z opowieści zostało przez niego uwiecznione na pełnym życia i ekspresji rysunku. Nieco szkicowy charakter prac nie przeszkadza tu ani trochę, dodając wręcz nieuchwytnego klimatu całości. Ilustracji Royo jest w książce bardzo dużo, co druga strona błyszczy jego niezwykłą wyobraźnią i talentem. Nie wstydzę się tego napisać, ale dzięki Lodowemu smokowi powróciłem do błogich lat dzieciństwa. To właśnie wtedy poznawałem krótkie, lecz przesiąknięte akcją i mądrością przypowieści. Mając siedem lat, podobnie jak bohaterka książki często marzyłem o lepszym świecie, nie wiedząc, że czas dzieciństwa bardzo szybko przeminie. Dobrze było powrócić do tamtych czasów i choć na moment oddać się ulotności chwili. Polecam to wszystkim sympatykom fantastyki.


Tytuł: Lodowy smok
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Luis Royo
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Cena: 34,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-Ka.


czwartek, 21 listopada 2019

RECENZJA: Gałęziste - Artur Urbanowicz


Artur Urbanowicz szturmem wdarł się w mój prywatny, fantastyczny 2019 rok. Wiosną sięgnąłem po Inkuba, który z miejsca stał się jedną z najlepszych książek grozy, jakie kiedykolwiek czytałem. Latem dałem się skusić Grzesznikowi, który po raz drugi otworzył mi drzwi do niesamowitej wyobraźni autora. Jednocześnie utwierdził mnie w przekonaniu, że tworzenie niebanalnych fabuł jest jego znakiem firmowym. Natomiast kilka dni temu na półkę odłożyłem Gałęziste, poprawioną względem pierwszego wydania opowieść, która zagwarantowała twórcy Nagrodę Polskiej Literatury Grozy Im. S. Grabińskiego (w jednej z najważniejszych kategorii, bo przyznawaną przez czytelników). Ta nowa, udoskonalona wersja powieści pokazała, że Urbanowicz jest nie tylko perfekcjonistą, ale przede wszystkim wytrwałym piewcą własnej wyobraźni, z nieustanną pieczołowitością pielęgnującym dokonane dzieła. Nic więc dziwnego, że i ta książka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Skoro autor przelał na jej strony tak wiele zaangażowania i serca, nie miałem innego wyjścia, jak tylko zatracić się bez pamięci w lekturze.

A ta ponownie zaserwowała mi istne trzęsienie ziemi. W Gałęzistym Urbanowicz odwołuje się do naszej prastarej tradycji, czyniąc z dawnych legend i wierzeń słowiańskich główne narzędzie straszenia czytelnika. Prezentuje historię rozgrywającą się współcześnie, lecz w warstwie strukturalnej sięga do naszych pierwotnych lęków, zrodzonych z dawnych mitów oraz czasów, które dawno przeminęły. Jednocześnie otwiera odbiorcom oczy i usta na bardzo ciekawą dyskusję dotyczącą pewnych elementów wiary. Jakby nie patrzeć, powyższe kwestie są częściowo skryte za główną osią fabularną, ponieważ w Gałęzistym na pierwszym miejscu stoi jednak inteligentna zabawa z dreszczykiem. W tak pięknych okolicznościach przyrody poznajemy Karolinę i Tomka, parę młodych ludzi wyruszającą na Suwalszczyznę, celem scementowania ich nieco podupadającego związku. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że właściciele gospodarstwa, w którym mieli spędzić kilka wiosennych dni wyruszyli w siną dal. Na szczęście zostaje im zaoferowane zastępcze lokum, za znacznie niższą cenę. Młodzi udają się więc do malutkiej wioski Białodęby (choć tak naprawdę to tylko kilka drewnianych domków na krzyż), położonej na terenie leśnego rezerwatu przyrody. Już po samym przybyciu okazuje się, że wioska leży nieopodal starego cmentarzyska Jaćwingów, a oni będą zakwaterowani na piętrze w pobliżu pokoju, w którym złożono ciało właśnie zmarłego członka goszczącej ich rodziny. Ale to dopiero początek, bo dziwne zdarzenia podczas spaceru wśród jaćwińskich kurhanów oraz nietuzinkowe zachowanie młodej lokatorki Natalii wzbudzą w Tomku i Karolinie uczucia, o których posiadanie nawet się nie podejrzewali. Tymczasem, skrywający swe mroczne tajemnice las będzie tym, co ostatecznie przerazi ich najbardziej.

I tak zaczyna się przepełniona grozą przygoda, która zapewni bohaterom oraz czytelnikowi moc niezapomnianych wrażeń. Narastająca podczas lektury niepewność, spotęgowana tajemniczością terenów Suwalszczyzny sprawia, że Gałęziste czyta się jednym tchem. To książka, która wciąga lekko napisaną historią, choć zajścia w niej zaprezentowane wcale do lekkich nie należą. Sporo tu konkretnego straszenia, jednak wszystko jest sprawnie wpisane w całe doświadczenie. Urbanowicz konstruuje fabułę w iście kryminalnym stylu, przez co nasi bohaterowie poddani zostają przymusowemu rozwiązywaniu zagadki. Bardzo podoba mi się to, że w Gałęzistym autor postawił na (pozorne) wyjaśnienie wszystkich zdarzeń. Piszę tak celowo, bo występuje tu spora ilość elementów, które zaprzeczają lub chociażby poddają je w wątpliwość. To właśnie dzięki temu myślami wracam do niej przez cały czas. Pod tym względem tytuł nawiązuje do najlepszych czasów serialu Z Archiwum X, gdzie nauka i wiara przeplatały się nieustannie ze sobą, pozwalając na różnoraką formę interpretacji.

Chwaląc książkę, nie mogę nie wspomnieć o pewnej drobnej kwestii, która czasem drażniła mnie w trakcie lektury. Wymienianie i dokładne opisywanie wszystkich miejsc odwiedzanych przez Tomka i jego dziewczynę, czasami zakłócało płynność prezentowanej akcji. Wiem oczywiście, że tak właśnie dyktowało autorowi jego związane z Suwalszczyzną serce, lecz czytelnikowi z betonowej stolicy kojarzyło się to bardzo z czytaniem jakiegoś przewodnika. Natomiast samo osadzenie akcji w tak mrocznym i pięknym rejonie naszego kraju (95% miejsc z Gałęzistego istnieje naprawdę!) jest już niewątpliwie godne wszelkiej pochwały. Sam fakt, że w tym roku przeczytałem więcej dobrych książek rodzimych pisarzy niż zagranicznych, jest dla mnie znakiem, że coś bardzo pozytywnego dzieje się w narodowej literaturze fantastycznej. Powieść Urbanowicza z pewnością zapewnia nieliche wrażenia, ale jest także pozycją, która stawia na naszą inteligencję. Podczas lektury (oraz bezpośrednio po niej), tak samo jak autor w trakcie tworzenia ogólnego jej zamysłu, będziemy musieli przeanalizować poszczególne zdarzenia. Dzięki temu otworzymy się na wspomnianą wcześniej kwestię wiary. Sam fakt uczynienia z dwójki bohaterów wyznawców przeciwnych teorii na jej temat jest sprytnym pomysłem, pozwalającym zbudować wokół siebie istotne warstwy opowieści.

W ostatnim czasie dane mi było poznać dwie książki, w których tak różnie podchodzi się do tematu prasłowiańskich demonów. W pierwszym tomie Strażników Starego Lasu Grzegorz Gajek w bardzo baśniowy i przyjazny sposób przedstawił legendę leszego, natomiast Gałęziste wykorzystuje jego bardziej niepokojący wizerunek. I to jest właśnie w literaturze oraz wyobraźni twórców najwspanialsze! Potrafi ona przekształcać podaną tematykę w najbardziej inspirujący sposób, trwale dostosowując ją do pożądanego, prawdziwie fascynującego efektu. Dodam jeszcze, że choć w Gałęzistym nie znajdziecie tak zapadających w pamięć postaci jak Pani Oś czy Grzegorz Samielewicz, to i tak będziecie bawić się świetnie. Wielką frajdę sprawia samo podążanie za ślepymi tropami rzucanymi przez autora i jednoczesne łudzenie się, że to właśnie one są kluczem do rozwiązania zagadki. A na koniec przekonacie się jak wiele pomniejszych, niemniej istotnych elementów umieścił on w centrum głównych wydarzeń. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić powieść Urbanowicza jako jeden z najciekawszych tytułów tego roku. To nie tylko książka, która celebruje nasze prasłowiańskie dziedzictwo. Rewelacyjnie działa ona także na płaszczyźnie naszych podskórnych lęków oraz wciągającej fabuły, która za sprawą przemyślanej konstrukcji zostaje z czytelnikiem na dłużej.


Tytuł: Gałęziste
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 458
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 45,90 zł