czwartek, 30 maja 2019

RECENZJA: Inkub - Artur Urbanowicz


Cudze chwalicie, swego nie znacie - głosi pradawne porzekadło czarownic i muszę przyznać, że jest w nim niezwykle dużo prawdy. Często łapię się na rozmyślaniu o tym, jakie fantastyczne powieści grozy piszą płodni autorzy spoza granic mojego ukochanego kraju, pozostając ślepym na ciekawe i unikalne rzeczy, jakie ukazują się nad Wisłą. Zdarzyło mi się oczywiście wyłapać pewne wyjątki, do których należy Czarna Madonna Remigiusza Mroza, ale to przecież kropla w morzu interesujących książek powstających w moim najbliższym otoczeniu (na przeczytanie czeka już Ćma Jakuba Bielawskiego). Dlatego też z wielką radością oznajmiam, że ponownie udało mi się przejrzeć na oczy, a stało się to za sprawą niesamowitego Inkuba, autorstwa Artura Urbanowicza. Wreszcie przeczytałem horror, który jest zdecydowanie lepszy niż powieści najbardziej uznanych pisarzy tego gatunku na świecie. Nie wierzycie? Ja sam pewnie też bym nie uwierzył, gdybym nie zabrał się do lektury. Zachęcam więc już na wstępie, abyście również zrobili to jak najprędzej, lecz nie pogniewam się, jeśli najpierw zapoznacie się z moją oceną książki. Opiszę w niej, co sprawia, że Inkub jest tak dobry oraz dlaczego powinniśmy bacznie obserwować dalsze poczynania jego autora.

Akcja powieści rozgrywa się na Suwalszczyźnie, gdzie w małej prowincjonalnej wiosce Jodoziory dochodzi do odkrycia zwłok pewnego małżeństwa. Sprawę bada niejaki Vytautas Cesnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia, wysłany do wioski z komendy w Suwałkach. Sprawa jest o tyle dziwna, ponieważ ciała zmarłych wykazywały niewyjaśnione cechy spopielenia. Wraz z rozwojem śledztwa, bohater wraz ze swym kolegą po fachu odkrywają coraz więcej sekretów lokalnej społeczności. Okazuje się, że okolica Jodozior cieszy się złą sławą, głównie za sprawą nasilenia aktów przemocy, dziwnych zachorowań oraz licznych zaginięć i samobójstw. Lecz to jeszcze nic! Vytautas szybko przekonuje się, że w centrum wszelkich przesądów znajduje się tajemniczy, nietypowo odgrodzony dom, który jest być może kluczem do wyjaśnienia okolicznych sekretów. Sprawa robi się naprawdę niepokojąca, kiedy w niejasnych okolicznościach samobójstwo popełnia młody policjant, który wcześniej mocno interesował się sprawą wioski. Chęć rozwikłania zagadki prowadzi Vytautasa na trop historii o pewnej czarownicy nazwiskiem Oś, która rzekomo zamieszkiwała te okolice ponad cztery dekady temu...

Inkub to horror pełną gębą. Urbanowicz umiejętnie dawkuje napięcie, strasząc nas zarówno klimatem jak i czysto przerażającymi elementami. Jest ich dość sporo, ale szczęśliwie nie dominują snutej przez niego historii. Zagłębiamy się w folklor legend i wierzeń, które istniały na naszych terenach od najdawniejszych czasów. Poznajemy sekrety czarownic i służących im demonów, a wszystko to podane zostało w nowoczesny i niezwykle przystępny sposób. Należy mieć również świadomość, że Inkub jest również znakomitą historią kryminalną. Czary czarami, lecz nie żyjemy w średniowieczu, toteż świetną decyzją było zespolenie tajemniczych wydarzeń z ciekawie rozpisanym śledztwem, które mozolnie prowadzi główny bohater. Autor tworzy w swej książce niesamowicie wciągającą historię, posługując się kilkoma gruntownie przemyślanymi elementami. Rozdziela akcję w czasie, prezentując wydarzenia z lat 1971/72 oraz roku 2016, co pozwala mu interesująco żonglować tzw. przyczyną i skutkiem. W ten sposób poznajemy więcej interesujących postaci, które zamieszane były w odległe, dramatyczne wydarzenia. Konstrukcja fabularna pozwala też zbudować wobec kilku z nich swoistą nić sympatii, co sprawia, że czytelnik jeszcze bardziej angażuje się w ich losy.

Ale to nie wszystko! Ukazanie wydarzeń oczami wielu postaci umożliwia autorowi stworzenie prawdziwie trójwymiarowej, fabularnej układanki, której poszczególne części urywają się w najbardziej interesujących momentach. Znacie to uczucie niedosytu, które nakazuje Wam czytać szybciej i więcej? W Inkubie jest ono iście wszechobecne. Jakby tego było mało, Urbanowicz przez większą część akcji wyraźnie sugeruje nam pewne rozwiązanie, którego na danym etapie nie jest świadomy nawet Vytautas. Być może nie powinienem tego pisać, ale pewien soczysty zwrot akcji, którym autor zaskakuje w finalnej części powieści, wywraca większość elementów fabuły do góry nogami. Emocje nieustannie wzbierające w Inkubie od tej chwili sięgają już zenitu, a elektryzująca treść idealnie uzupełnia się z wszechobecnym poczuciem grozy.

Nie mogę nachwalić się tej książki, ale pozostała mi do napisania jeszcze jedna sprawa. W posłowiu do Inkuba autor zachęca do zajrzenia na swój facebook'owy fanpage, gdzie zamieścił szczegółowy suplement, wyjaśniający pewne niedostrzegalne przy pierwszym spotkaniu z powieścią detale. Naprawdę warto tam zajrzeć (lecz dopiero po zakończeniu lektury), bo dzięki temu nie tylko lepiej zrozumiecie złożoność fabuły, ale również docenicie misterny plan, który twórca sprytnie ułożył (ku naszej oczywistej uciesze) w swojej głowie. Inkub jest więc niezbitym dowodem na to, że genialne powieści grozy mogą powstawać również w Polsce. Artur Urbanowicz uzyskał tą powieścią niesamowity efekt, który sprawił, że myślałem o niej jeszcze długo po odłożeniu na półkę. Opisana historia fascynuje i straszy, ale co najważniejsze - zapewnia cholernie dobrą rozrywkę. Warto też wspomnieć, że większa część wydarzeń została oparta na faktach. Zdaję sobie sprawę, że te ponad siedem setek stron może zniechęcić niektórych co bardziej opornych do lektury, lecz wierzcie mi na słowo, że nie spędzicie z tą książką więcej niż 4-5 dni. Styl i talent autora zachęca mnie do sięgnięcia po jego dwie poprzednie książki (Gałęziste, Grzesznik) oraz wytrwałego czekania na kolejną, (zapewne) równie interesującą powieść. Radzę Wam zrobić to samo, ale najpierw sięgnijcie po Inkuba. To naprawdę najlepsza książka jaką czytałem w tym roku (oraz jedna z najciekawszych w ciągu kilku ostatnich lat). Wam też się spodoba!

Moje spotkanie z autorem podczas tegorocznej edycji Warszawskich Targów Książki

Tytuł: Inkub
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 732
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 54,90 zł

środa, 29 maja 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 9 (Smerfy - Z życia Smerfów, Kajko i Kokosz - Królewska Konna, Superman tom 5)

W dzisiejszej odsłonie Kiosku z komiksami każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu trochę niebieskiego, nieco niezapomnianej klasyki w nowoczesnej formie, a na deser poczęstujecie się szczyptą czegoś naprawdę Super. Zatem nie zwlekajcie i czytajcie. A później zaopatrzcie się w poniższe tytuły. Naprawdę warto!


Smerfy - Z życia Smerfów (Peyo, Y. Delporte)

Hej dzieci jeśli chcecie
Zobaczyć Smerfów las
Przed ekran dziś zapraszam was.
I telewizor włączcie
Dźwięk podkręćcie i usiądźcie
Zaczynamy dla Was nowy film! 

Któż z nas nie zna tej piosenki, przyciągającej przed ekrany telewizorów tysiące dzieciaków oraz całkiem niemałą grupę dorosłych? Nie każdy z widzów uwielbianej animacji studia Hanna-Barbera ma jednak świadomość, że owe niebieskie istotki, zamieszkujące ukrytą w leśnych ostępach wioskę, pierwotnie narodziły się dawno temu na kartach komiksu. Tak, moi drodzy, to prawda, od tamtej wiekopomnej chwili minęło już grubo ponad pół wieku. Peyo (Pierre Culliford) wymyślił Smerfy całkiem przypadkiem, a z początku były one wyłącznie postaciami drugoplanowymi, pojawiającymi się gościnnie w jego autorskiej serii - Johan & Pirlouit. Jak to jednak często bywa z ukochanymi seriami autorów, sukces Smerfów szybko przyćmił przygody pary bohaterów oryginalnego cyklu i Peyo zmuszony był coraz częściej rysować historie z niebieskimi stworkami w roli głównej. Tak zaczęła się przygoda, która z powodzeniem trwa do dziś.

Album Z życia Smerfów jest ósmym (w/g oryginalnej kolejności wydawania) komiksem o Smerfach, stanowiącym rewelacyjny przykład świetnej formy jego autora. Nie znajdziecie tu długiej, mocno epickiej, ani przesadnie dramatycznej opowieści, a jedynie fantastyczny zbiór krótkich, jednostronicowych historyjek. Wierzcie mi na słowo, one najlepiej przybliżą Was do Smerfów w ich pierwotnym, komiksowym kształcie. W prostocie siła, toteż powyższy album sprawdzi się idealnie dla czytelnika w absolutnie każdym wieku. Niewymuszony i bezpretensjonalny humor sprawi, że nie raz i nie dwa zaśmiejecie się szczerze podczas lektury. Oczywiście, każdy czytelnik wybierze spośród tego zbioru (aż!) pięćdziesięciu dwóch historyjek takie, które przemawiają do niego najbardziej. Jedne spodobają się najmłodszym, inne z kolei szybciej trafią do nieco starszych odbiorców. Tak czy inaczej, jest to prawdziwa lektura dla wszystkich, więc jeśli pragniecie oderwać się od bardziej skomplikowanych, przepełnionych wątkami i przemocą opowieści, Z życia Smerfów nada się do tego celu idealnie. Na koniec polecę Wam jeszcze tylko moje ulubione fragmenty tomu. Koniecznie przeczytajcie Żaden potwór mi niestraszny, Smerfna pułapka, Nie jest się bezpiecznym nawet we własnym gnieździe i Muzyka nie zawsze łagodzi obyczaje. Solidna porcja śmiechu gwarantowana! ;-)

Tytuł: Z życia Smerfów
Scenariusz: Peyo, Yvan Delporte  
Rysunki: Peyo
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 56
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 19,99 zł


Kajko i Kokosz - Nowe Przygody - Królewska Konna (M. Kur, S. Kiełbus, P. Bednarczyk)

Kajko i Kokosz to pierwszy komiks, który przeczytałem. Gdy miałem jakieś siedem lat, dziadek przyniósł mi sobotni egzemplarz Świata Młodych, w którym właśnie drukowany był Festiwal Czarownic. Chyba nie trzeba dodawać jak bardzo zachwyciłem się kreską, postaciami i historią stworzonymi w niezwykłym umyśle niezapomnianego Janusza Christy. Później nastał Dzień Śmiechały, na chwilę zbłądziłem W krainie Borostworów i coraz bardziej pochłonięty niesamowitymi przygodami dwójki dzielnych wojów z Mirmiłowa zakochałem się w serii po uszy. Tak, Kajko i Kokosz to całe moje dzieciństwo, ale też znaczna część mojego dorosłego życia. To komiks mądry, wesoły i... po prostu niezapomniany. Prawdziwa świętość dla każdego, kto urodził się na przełomie lat 70/80. Kiedy Egmont ogłosił, że Maciek Kur oraz Sławomir Kiełbus pracują nad całkiem nowym, pełnometrażowym komiksem o moich bohaterach z młodych lat, z wielką niecierpliwością (ale i obawami) czekałem na premierę Królewskiej Konnej (bo taki tytuł miało nosić powyższe dzieło). Podobno autorzy oparli je na wstępnych pomysłach samego Christy, który przed śmiercią planował stworzenie takich właśnie przygód. Dziś, wreszcie mogłem zasiąść do lektury i sprawdzić jak udało się autorom zmierzyć z prawdziwą legendą.

A udało im się to... znakomicie! Królewska Konna łączy w sobie to, co Christa zawsze przemycał w swoich komiksach - dobrą historię, humor, wyraziste postacie, ale co najważniejsze, naszego rodzimego, słowiańskiego ducha przygody. Tym razem Kajko i Kokosz dostają zadanie eskortowania księżniczki Salwy, młodocianej spadkobierczyni dziedzictwa księcia Skąpmiła (stryja Mirmiła). Problem w tym, że podczas podróży do jej rodzinnego Gęsikpina niedoceniony Kokosz wpada na szalony pomysł wstąpienia do elitarnej zbrojnej formacji, Królewskiej Konnej. I tu zaczynają się wszelkie spodziewane (choć tak naprawdę nieoczekiwane) perypetie, których z oczywistych przyczyn teraz nie zdradzę. Najważniejsze jednak, że nowe przygody błyszczą dobrym scenariuszem oraz intrygującą nutką tajemnicy. Maciej Kur sprawnie oddał ducha klasycznych komiksów Christy, przyprawiając Królewską Konną odrobiną własnych rozwiązań (m.in. swoimi ulubionymi zabawami słownymi, które mimo wszystko nie wyznaczają jakiejś nowej rewolucji w pisaniu historii z KiK). Wytrawni fani dwójki wojów znajdą tu także kilka interesujących smaczków nawiązujących do poprzednich przygód wojów. Kurczę, to wszystko jest tak płynne i niewymuszone, że naprawdę czuje się, jakby całą historię wymyślił sam Mistrz! Chyba nie znajdzie się osoba, która odmówi całości prawdziwej iskry i uroku. Rysunki Sławomira Kiełbusa są na pewno inne od tego, do czego przyzwyczaił nas Christa. Jeśli oczekujecie ślepego kopiowania stylu na przykładzie nowych tomów Asterixa, to raczej nie ten adres. Mimo wszystko kreska artysty wpisuje się w klimat, jaki wszyscy kojarzymy z legendarnych przygód dwójki przyjaciół. Jest na pewno inaczej, ale najważniejsze, że biorąc komiks do ręki od razu skojarzycie że to Kajko i Kokosz.
Jestem naprawdę zachwycony Królewską Konną i muszę napisać, że dla mnie jest to komiks praktycznie bez wad. Akcja rwie do przodu na każdej stronie, dzieje się dużo, wątki nieustannie przeplatają się ze sobą, w finale dając bardzo satysfakcjonujące zakończenie. Jeśli tak ma wyglądać kontynuacja przygód Kajka i Kokosza, to ja jestem jak najbardziej ZA! Wierzcie mi na słowo, jest to komiks na którym śmiałem się prawie na każdej stronie, a od razu po zakończeniu lektury chciałem przeczytać go jeszcze raz. Zrobiłem więc sobie krótką przerwę aby na szybko spisać swoje wrażenia, a teraz wracam do czytania. Co również Wam bardzo polecam.

Tytuł: Kajko i Kokosz - Nowe Przygody - Królewska Konna
Scenariusz: Maciej Kur 
Rysunki: Sławomir Kiełbus
Kolory: Piotr Bednarczyk
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Superman, tom 5 - Nadzieje i lęki (P. J. Tomasi, P. Gleason, D. Mahnke, S. Godlewski)

Superman to bez wątpienia najważniejsza postać światowej superbohaterszczyzny. Jego przygody od wielu dekad bawią i inspirują, dostarczając fanom historii obrazkowych wielu emocji oraz niecodziennych wrażeń. Czyny Człowieka ze Stali są bez wątpienia godne podziwu, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę sekret jego pochodzenia, a także potężne moce, którymi dysponuje. Dobre serce, empatia dla wszystkich żywych stworzeń i solidne wychowanie (jakie odebrał od przybranych rodziców), czynią naszego przybysza z Kryptona prawdziwie niezastąpionym obrońcą Ziemi. Jego wielkość leży także w tym, że potrafi oprzeć się pokusie zapanowania (lub nawet zniszczenia) całego świata, co przy swych zdolnościach mógłby uczynić z łatwością. O tym, jaki jest Superman wiemy wszyscy bardzo dobrze, tymczasem właśnie ukazał się komiks, który ponownie drąży ów temat. I mimo, że podobnych historii czytaliśmy już na pęczki, warto po raz kolejny zagłębić się w lekturze.

Nadzieje i lęki podzielone zostały na trzy niezależne historie. I jak żadne inne (przynajmniej w ostatnim czasie) pokazują one wielkość i sedno Supermana. Znajdziemy tu rodzinny wypad Kentów w podróż szlakami historii USA, podczas którego nie zabraknie opowieści związanych z Dniem Niepodległości, ale również kilku wzruszających chwil, które przybliżą nam dramatyczne losy zwykłych ludzi walczących o wolność ojczyzny. W drugim akcie wyruszymy z naszym bohaterem śladami zaginionych dzieci. Przekonamy się czego boi się Superman, ale również zrozumiemy jak wielką siłą woli dysponuje. Starcie z Sinestro nie pozostawi Was obojętnymi na potęgę nadziei Kal-Ela. Oczywiście, podczas tej potyczki zyska on  nowego śmiertelnego wroga, co wreszcie poprowadzi nas ku zleceniu, jakie otrzymuje niejaki Deathstroke. Misja superzabójcy polegać będzie na wyeliminowaniu Lois Lane, na co oczywiście Superman nigdy nie przystanie. Komu zależy na takim obrocie spraw, naturalnie nie zdradzę, ale w wyniku wspomnianych wydarzeń stanie się jasne, jak daleko jest w stanie posunąć się Superman, aby ocalić osoby mu najbliższe. Nadzieje i lęki to komiks łączący wszystko co w historiach o Człowieku ze Stali najlepsze. Wartości rodzinne, intrygi, wartka akcja, widowiskowe potyczki i tajemnice wypełniają ten tom po brzegi. Jeśli chcecie kupić (lub wyłącznie przeczytać) tylko jeden komiks o Supermanie, upewnijcie się, że będzie to właśnie ten. Wysoka jakość gwarantowana!

Tytuł: Superman, tom 5 - Nadzieje i lęki
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Keith Champagne  
Rysunki: Dough Mahnke, Tyler Kirkham, Scott Godlewski, Ed Benes
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie tytuły z tego wydania Kiosku z komiksami znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 24 maja 2019

Brightburn: Syn ciemności (2019) czyli niebezpieczny małolat z kosmosu


Bardzo często po obejrzeniu niektórych zwiastunów odnoszę wrażenie, że poza tym, co w nich pokazano, sam film nie będzie w stanie zaoferować mi już niczego więcej. Jest tak nawet wtedy, kiedy dana produkcja zdaje się zapowiadać wyjątkowo ciekawie. Taka właśnie sytuacja była moim udziałem w przypadku zapowiedzi filmu Brightburn: Syn ciemności. Niby historia pokazująca zakrzywioną historię Supermana, który jako młody chłopak odwraca się przeciwko swym przybranym rodzicom i reszcie mieszkańców pewnego amerykańskiego miasteczka, zapowiadała się bardzo ciekawie, lecz bałem się, że dobrych pomysłów starczy twórcom wyłącznie na sam szkic fabularny. Na szczęście pomyliłem się bardzo i dziś podczas seansu w kinie miałem okazję zobaczyć jeden z najlepszych horrorów/filmów grozy tego roku. Naprawdę, jest aż tak dobrze i być może niemała w tym zasługa niejakiego Jamesa Gunna (znanego m.in. z filmów z serii Strażnicy Galaktyki), który wyprodukował powyższe dzieło, zlecając napisanie scenariusza swym braciom, Brianowi i Markowi. Reżyserię zlecono debiutantowi, Davidowi Yarovesky'emu, który jak na żółtodzioba poradził sobie z tym zadaniem całkiem nieźle. I jednocześnie na tyle dobrze, że przez jakiś czas po seansie zastanawiałem się, co w tym filmie zadziałało tak, że jest on po prostu świetną , angażującą rozrywką.

Elementów jest kilka. Pierwszy z nich to sama historia. Odwrócenie roli potężnego przybysza z kosmosu, który jako wychowanek pewnego poczciwego małżeństwa (E. Banks, D. Denman) pewnego dnia zaczyna wykorzystywać swe moce do czynienia zła, od samego początku fascynuje, łamiąc utarty schemat znany z wielu komiksów o superbohaterach. Lecz tutaj owa inspiracja została umiejętnie przykryta grozą oraz gęstym klimatem filmu, a same nawiązania do popkultury nie pojawiają się w produkcji prawie wcale (byłem nawet nieco zawiedziony, że nie pokazano tytułowego bohatera podczas lektury jakiegoś komiksu, co pokazałoby dobitnie skąd czerpał inspirację, np. tworząc swój skromny, choć mocno przerażający kostium). Twórcy idą więc za ciosem i pokazują nam, co działoby się dalej, nie zapominając o zbudowaniu nieco szerszej historii, która wyjaśniłaby (choć w pewnym stopniu) dlaczego dzieciak zachowuje się w taki właśnie sposób. Duże brawa za to. Drugą kwestią są główni bohaterowie. Naprawdę rzadko zdarza się w horrorach, że postacie zachowują się inaczej niż banda pozbawionych łbów kurczaków. Tutaj mądrze postawiono na realizm, toteż decyzje i wybory rodziców adoptowanego Brandona (Jackson A. Dunn) są takie, jakie powinny być w realnych sytuacjach. To sprawia, że nawet jeśli nie zapałacie do nich sympatią, groza wywołana określonymi sytuacjami, również Wam udzieli się na dobre. Powyższe wynika również z całkiem niezłego aktorstwa, które dane jest podziwiać podczas całego seansu. Szczególne brawa należą się tutaj Elizabeth Banks, która potrafiła nieźle uchwycić (i połączyć) troskę matki z obezwładniającym strachem przed nieznanym.


Zawsze byłem zdania, że dobry film grozy powinien straszyć (a przynajmniej wywoływać nieprzyjemne uczucie obawy) i w tej materii Brightburn: Syn ciemności również ładnie daje radę. Straszy się nas tu na kilka sposobów, lecz są to raczej metody sprawdzone (choć w sumie niezbyt ograne), wśród których prym wiodą dłuższe odsłony z wykorzystaniem ciemności (jak na sam tytuł przystało) oraz kilka naprawdę fajnych scen gore (uwaga wrażliwcy!). Kilka jumscare'ów również pokazano (ech, ta dzisiejsza moda...), ale nie zdominowały one klimatu poszczególnych scen, a co ważniejsze, wykorzystano je wyłącznie w pierwszej połowie filmu. Świetnie sprawdziło się także zastosowanie mocno otwartego zakończenia, które bynajmniej nie woła o kontynuację. Kreatywnie rozbudza wyobraźnię, zmuszając widza do własnej interpretacji oraz samodzielnego układania dalszych wydarzeń. Sprawia to, że będziecie o filmie dyskutować na długo po wyjściu z kina. Niemałą zasługą odbioru tej historii jest właściwy dobór dźwięków, wśród których na pierwszy plan wysuwa się oczywiście muzyka. Mocna, pełna celowej powściągliwości, potrafiąca zaatakować uszy  dokładnie wtedy, kiedy wymaga tego konkretna scena.

Bracia Gunn i D. Yarovesky odwalili w Brightburn: Synu ciemności kawał dobrej roboty. Jest to film, który przyciąga nawiązującym do współczesnej popkultury, interesującym zarysem fabularnym, jednocześnie pokazując historię, w której możemy utożsamić się z kilkoma ważniejszymi postaciami. Zadbano o to, żeby strach miał w tej opowieści naprawdę wielkie oczy, starając się uczynić odrealnioną sytuację na tyle nam bliską, abyśmy w kilku scenach mogli poczuć gęsią skórkę. Okazuje się, że można stworzyć film, który poza dobrym zwiastunem niesie ze sobą całą masę przemyślanej rozrywki. W dzisiejszych czasach, kiedy taśmowo produkowane horrory próbują nas straszyć nieudolnie kopiowanymi chwytami, które przestały sprawdzać się ponad dekadę temu, powyższa produkcja jawi się jako coś naprawdę godnego uwagi. I choć nie jest to w żadnym razie film przełomowy, o którym będzie się wspominać w annałach gatunku za kilkadziesiąt lat, zwyczajnie warto go zobaczyć. Te kilka nieźle straszących scen oraz interesująca fabuła na pewno sprawi Wam sporo frajdy. Bardzo polecam.



Tytuł: Brightburn: Syn ciemności (Brightburn)
Scenariusz: Brian Gunn, Mark Gunn
Reżyseria: David Yarovesky
Obsada: Elizabeth Banks, David Denman, Jackson A. Dunn, Emmie Hunter, Matt Jones
Wytwórnia: Sony Pictures/Screen Gems
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 24 maja 2019 (USA), 24 maja 2019 (Polska)
Czas trwania: 91 min.

środa, 22 maja 2019

RECENZJA: Gra o tron - sezon 8 (2019)


Serialowa Gra o tron towarzyszy widzom HBO już od 8 lat. To jakby nie patrzeć prawie dekada, co oznacza, że przed nosami właśnie śmignął nam niezły kawałek czasu. Przyznam, że nie od początku zapałałem wielką miłością do serialu. Podobał mi się, oczywiście od samego początku, lecz prawdziwego bakcyla złapałem dopiero, gdy w połowie emisji pierwszego sezonu dorwałem pierwszy tom literackiego cyklu G. R. R. Martina (Pieśń Lodu i Ognia, na której Gra o tron bazuje). To co w nim przeczytałem, trwale odbiło się na moim postrzeganiu fantastyki, pokazując, że interesujące historie można pisać również w tak niesamowity i nieszablonowy sposób. Chyba nikt wcześniej nie stworzył tak ogromnej, epickiej i przepełnionej wszelkim dobrem fantasy (która byłaby jednocześnie dość powściągliwa w epatowaniu elementami czysto fantastycznymi), prezentując licznych bohaterów, nie będących sztucznym odbiciem dobra lub zła. Podobny zabieg udał się także twórcom powyższego serialu (David Benioff, D. B. Weiss), a z sezonu na sezon ich wizualne dzieło przyciągało przed ekrany telewizorów, tabletów oraz smartfonów coraz większe rzesze sympatyków. Nic zatem dziwnego, że na finał tej historii wszyscy czekali z niecierpliwością i wielkimi nadziejami. Dwa lata od premiery siódmego sezonu Gry o tron wreszcie otrzymaliśmy zwieńczenie tej jedynej w swoim rodzaju epopei. Sześć długich (prawie 1,5 godzinnych) odcinków miało zaspokoić wszelką ciekawość, wyjaśnić najbardziej pasjonujące tajemnice oraz mądrze rozwiązać najbardziej skomplikowane wątki (które przez wszystkie lata trwania serialu zdążyły poskręcać się niczym spaghetti na talerzu). Czy tak było w istocie? Czy fani tacy jak ja dostali wreszcie coś, czego wypatrywali od tak wielu lat? Ano, niestety nie.

Co tak naprawdę się stało? Kto tutaj zawinił? Czemu coś, co udawało się dotąd tak dobrze (sezon siódmy miał co prawda pewne problemy, ale przy odrobinie dobrej woli można je było twórcom wybaczyć) nagle zamieniło się w twór, który tylko za sprawą tytułowych napisów przypomina nam, że wyszedł z rąk tych samych, uzdolnionych ludzi. W tej chwili nie wiem jak odpowiedzieć na te pytania. Ósmy, finałowy sezon Gry o tron zwyczajnie nie wygląda jak coś, co powstało w głowach artystów, którzy dotąd w tak świetny i przejrzysty sposób umieli adaptować prozę Martina. I nie chodzi tu wyłącznie o brak tekstu źródłowego. Choć gołym okiem widać pewne braki warsztatowe czy fabularne, dwa poprzednie sezony potrafiły dzielnie utrzymać serial na fali powodzenia. Może to wszystko przez pośpiech? Gdyby nie skracać ostatnich dwóch lat serialu do siedmiu (siódmy sezon) i sześciu (ósmy sezon) odcinków, a dodatkowo przedłużyć całość o jeszcze jeden rok emisji, wyszłoby to nam wszystkim na dobre? Może wtedy nie byłoby mowy o niedorzecznym skracaniu niektórych wątków, idiotycznych decyzjach bohaterów lub nadmiernym spłycaniu fabuły? To już raczej temat dla wybitnych znawców popkultury... Ponieważ ja do takich nie należę, wyszczególnię poniżej jedynie, co w moim odczuciu w finale Gry o tron nie zadziałało. A było tego naprawdę sporo, przez co nie mogę uznać tak zakończenia, jak i (siłą rzeczy) całego serialu za udany. Niestety, jak to mówią: "koniec wieńczy dzieło"...


Biali Wędrowcy. Jak powstali, kim są i dlaczego pragną zniszczyć wszystko co żywe? Poprzednie odsłony uchyliły rąbka tajemnicy, dając prawdziwą pożywkę naszym umysłom, lecz ostatecznej odpowiedzi nie otrzymaliśmy już nigdy. Szkoda, że w serialu, gdzie nawet czarne charaktery mają swoje racje (wykładane w sposób oczywisty i przystępny dla widza), postać pokroju Nocnego Króla jawi się niczym zły wilk z bajki o Czerwonym Kapturku. Jest zły bo jest... zły. Brawo! Ogólnie cały koncept nadejścia wiecznej nocy i długiej zimy został zaprzepaszczony już w trzecim odcinku omawianego sezonu. Wspaniała, niedoświetlona bitwa o Winterfell jawiła się jako coś, co przesądzi o losach całego Westeros. I choć po części faktycznie taka była, to jednak zmarnowała fabularne obietnice wyższości mrocznego zagrożenia z północy nad trywialnymi waśniami o żelazny tron. Zawsze wyobrażałem sobie (a oglądając serial od samego początku miałem ku temu oczywiste podstawy), że ostateczne rozdanie kart w finale Gry o tron nastąpi jako pokłosie dramatycznych zmagań z Nocnym Królem, którego wojna dotrze aż do samej Królewskiej Przystani. Niestety, jego wątek został finalnie bardzo spłycony, a zmarginalizowanie całego problemu nadchodzących umarłych zabiło pierwotnego ducha serialu, który głosił decydujący powrót magii, szczególnie tej mrocznej.

Wszystko co nastąpiło później, było zwyczajową bitwą o władzę w Westeros, którą w Grze o tron oglądaliśmy przez ostatnie lata już chyba zbyt wiele razy. Zaowocowało to zmarnowanym potencjałem wielu ważnych i lubianych postaci, a motywacje oraz charaktery niektórych z nich zostały nagle, bez większego wytłumaczenia zmienione. To, co stało się z Daenerys Targaryen zasługuje chyba na jakiś oddzielny tekst. Dziewczyna, której wątek budowany był tak pieczołowicie od pierwszego sezonu serii, nagle decyduje się stać żądnym władzy, nieokiełznanym monstrum? Ktoś naprawdę oczekuje ode mnie wiary w to, że ta niegdyś biedna, wygnana i ścigana wraz ze swym bratem kobieta, która zostaje sprzedana wodzowi pustynnych rozbójników, aby za sprawą swej siły, determinacji i empatii wspiąć się po szczeblach władzy i przy nieustannym względzie na dobro pospólstwa, stanie się bezwzględną morderczynią mas? Do licha, przecież to jest zupełnie bez sensu! Nawet dziecko z przedszkola nie zaserwowałoby mi takiego zwrotu akcji! Co z tego, że istniały przesłanki odnośnie okrucieństwa Daenerys? Przesłanki to nie fakty. Przecież tak nie pisze się dobrze zbudowanych postaci. Straty, które Smocza Królowa poniosła w ostatnich odcinkach serialu w żaden sposób nie tłumaczą jej zachowania, bo ona podobne straty ponosiła przez całe swe życie! Smutek i żal, a nie Ogień i Krew...

Największym rozczarowaniem stał się dla mnie wątek Brana. Cała jego droga, tak ekranowa jak i wewnętrzna była w zasadzie po nic. No dobrze, ostatecznie został królem, ale wszystko co wiązało się z jego dziedzictwem mądrości legendarnych Trójokich Wron nie zostało należycie wykorzystane. Wszystkie jego zdolności posłużyły wyłącznie do ukazania prawdziwego dziedzictwa Jona Snowa (które zresztą też przysłużyło się wszystkim jak psu na budę) oraz wygłoszeniu kilku nic nie znaczących, enigmatycznych zdań. Najgorsze jednak jest niewykorzystanie potencjału tej postaci podczas bitwy z Nocnym Królem. Bran odpłynął wtedy gdzieś wiedziony kruczym lotem i na nic zdały się moje nadzieje, że wyniknie z tego jakiś interesujący zwrot akcji. Szkoda, po prostu szkoda... Tak samo sprawa ma się z licznymi przepowiedniami, wygłaszanymi choćby ustami Czerwonej Kapłanki Melissandre. Azor Ahai, "książę którego obiecano" - czy ktoś z twórców w ogóle pamiętał o czym były scenariusze poprzednich sezonów? Te zapowiedzi były ważne, mówiło się o nich w serialu nie raz, toteż jako widz miałem prawo oczekiwać rozwiązania (choćby pobieżnego) zdecydowanej większości z nich. Ogólnie Gra o tron to serial o takich czasach, kiedy magia i niewytłumaczalne wydarzenia dawno odeszły w zapomnienie, lecz na skutek konkretnych perturbacji raz jeszcze wracają do łask. Wszystko po to, abyśmy jako widzowie mieli okazję podziwiać finalną potyczkę dobra i zła. Przykro mi więc bardzo, lecz koniec ósmego sezonu brutalnie zweryfikował moje oczekiwania w tej materii. Nie ostało się w nim prawie nic z tego, co tak mocno trzymało mnie przy tytule w poprzednich latach.


Ogólnie ósmy sezon cechowało wiele drastycznych rozwiązań, które miały wyłącznie szokować widza. Niestety, zapomniano przy tym o odpowiednim podbudowaniu treścią, w efekcie czego ten szok nie wypływał absolutnie z niczego. A wcześniej było to przecież podstawą serialu. Krwawe Gody, ścięcie Neda Starka, otrucie króla Joffreya czy dekapitacja ręki Jamiego Lannistera miały swoje uzasadnienie we wcześniejszych wydarzeniach lub decyzjach podjętych przez bohaterów. Zabicie Rhaegala, szarża Aryi na Nocnego Króla, a nawet walka Jamiego z Euronem były niestety zwykłą pożywką dla mas. Mas, które nie doceniały i nigdy nie docenią kunsztu fabularnego wcześniejszych sezonów Gry o tron. Słabą stroną finałowego sezonu (choć i siódmego także) było likwidowanie postaci drugoplanowych, przy jednoczesnym braku godnych zakończeń wątków tych, które pozostały. Oprócz Theona Greyjoya oraz Sandora "Ogara" Cleagane'a chyba żaden bohater nie otrzymał godnego zakończenia swej drogi. Zmarnowanie potencjału przemiany Jamiego Lannistera, nijaka śmierć królowej Cersei, zaprzepaszczenie intelektualnego talentu Tyriona, brak celu poczynań Davosa Seawortha to tylko niektóre z nich. Wszystko to spowodowało pustkę i dłużyzny widoczne nawet przy mniejszej ilości odcinków. A to znów nasuwa pytanie o pośpiech twórców w planowaniu całego finału. Najważniejszym z moich zarzutów jest jednak brak zrozumienia dla własnego dziedzictwa, tak pieczołowicie realizowanego przez HBO od pierwszego odcinka serialu.

Co więc zostało mi z Gry o tron? Niestety, niewiele... O ile przez pierwsze sześć lat serial prezentował wręcz nienaganny poziom, trudny do porównania nawet z najlepszymi produkcjami filmowymi, tak w ostatnim roku zdecydowanie wytracił tempo, osiągając w finalnym, ósmym sezonie przysłowiowe dno. Poprzez odcięcie się od większości elementów, które stanowiły o jego sile, cykl zwyczajnie przestał być tym, czym być powinien. I po raz kolejny sprawdziła się teza, mówiąca o tym, że każda, nawet najpiękniej nakręcona (czy zagrana) historia nie sprawdzi się, jeśli na płaszczyźnie opowieści zawiedzie wszystko, co istotne. Prawda jest taka, że to jej sens oraz wiarygodność bohaterów są i zawsze będą żelazną podstawą. A ja, widząc w finałowym odcinku Tyriona przechadzającego się obróconymi w ruinę ulicami Królewskiej Przystani, miałem przed oczami zgliszcza serialu, który przez wiele lat był dla mnie wielkim wzorem adaptacji oraz dobrze opowiedzianej treści. Niestety, fenomen ekranizacyjny, który wyprzedził swój książkowy pierwowzór okazał się być zwykłym, spuszczonym ze smyczy psem. Może dogonił i złapał coś dużego, ale i tak nie wiedział co później z tym zrobić. Pozostaje mieć nadzieję, że G. R. R. Martin rozwiąże w swych powieściach poszczególne wątki w bardziej satysfakcjonujący sposób, bacząc na to, co autorzy serialowej Gry o tron zrobili z jego dziedzictwem.




















Tytuł: Gra o tron (Game of Thrones)
Scenariusz: David Benioff, D. B. Weiss 
Reżyseria: David Nutter, Miguel Sapochnik, David Benioff, D. B. Weiss 
Obsada: Peter Dinklage, Emilia Clarke, Kit Harington, Maisie Williams, Nikolaj Coster-Waldau, Lena Headey, Sophie Turner, Alfie Allen, John Bradley, Gwendoline Christie
Wytwórnia: HBO
Data premiery: 15 kwietnia 2019 (USA/Polska)
Sezon: 8
Ilość odcinków: 6
Czas trwania odcinka: około 80 min.

piątek, 17 maja 2019

Warszawskie Targi Książki i Komiksowa Warszawa 2019

Są takie cztery dni w roku, kiedy fani książkowej i komiksowej fantastyki zbierają się w jednym miejscu, aby wspólnie celebrować swoje hobby. Tą okazją są oczywiście Warszawskie Targi Książki oraz festiwal Komiksowa Warszawa, organizowane niezmiennie (tzn. od kilku lat) na PGE Narodowym (ul. Księcia Józefa Poniatowskiego 1 w Warszawie). 



W tym roku również warto tam być, bo jak widać z programu obu imprez (WTK i KW), nie zabraknie na nich ani odrobiny atrakcji, spotkań z autorami oraz prelekcji na najróżniejsze tematy. Nie tylko fani szeroko rozumianej fantastyki znajdą tam coś dla siebie, ponieważ siłą rzeczy te wspaniałe eventy nie skupiają się wyłącznie na niej. Premiery książkowe i komiksowe przygotowane specjalnie z myślą o targach są dodatkowym impulsem, aby pojawić się na Stadionie Narodowym i wydać trochę oszczędzonego spod choinki grosza.

Na Komiksowej Warszawie odbędzie się premiera Nowych Przygód Kajka i Kokosza - Królewska konna (moja najbardziej oczekiwana premiera komiksowa tego roku!), a najbardziej wytrwali fani będą mieli możliwość spotkania z autorami celem zdobycia autografów. Wydawnictwo Vesper zorganizuje prelekcję Artura Urbanowicza, którego horror Inkub od kilku dni skutecznie podsyca mój strach i fascynację. Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Martyna Raduchowska wraz z innymi najlepszymi autorkami polskiej fantastyki będą podpisywać książkę Harda Horda, która jest zbiorem niesamowitych, tajemniczych opowiadań. W tych dniach każdy znajdzie więc coś dla siebie. Nie przegapcie okazji, bo kolejna taka szansa nadarzy się dopiero za rok! :-)





czwartek, 16 maja 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 8 (Nomen Omen tom 1, Fear Agent tom 1, Odrodzenie tom 5)

To wydanie Kiosku z komiksami poświęcam w całości tytułom ostatnio wydanym przez Non Stop Comics. Znajdziemy w nim ambitne urban fantasy, awanturnicze science-fiction oraz mroczną zagadkę z prowincji USA... Zapraszam!


Nomen Omen, tom 1 - Całkowite zaćmienie serca (M. B. Bucci, J. Camagni)

Lubicie magiczne historie? A może jesteście jednymi z tych, którzy twierdzą, że prawdziwa, nieznana magia jest stale wokół nas? Jeśli tak, to z pewnością spodoba się Wam nowa seria autorstwa Marco B. Bucciego, ze świetnymi rysunkami Jacopo Camagniego. Nomen Omen to historia dwudziestojednoletniej Becky, zwyczajnej, uwielbiającej fotografię mieszkanki Nowego Jorku (oczywiście, jeśli przez zwyczajność pojmujecie wychowywanie przez dwie mamy oraz przyjście na świat w bardzo tajemniczych okolicznościach), która w dzień swoich urodzin doświadcza spotkania, które już na zawsze odmieni jej życie. Rebecca w dość brutalny sposób dowiaduje się o istnieniu magicznego, niezwykłego świata, co nieoczekiwanie prowadzi ją do pełnej przygód podróży, która zmieni wszystko co dziewczyna dotąd znała i wiedziała. Wbrew samej sobie stanie do walki pomiędzy siłami dobra i zła, zmuszona współpracować z istotami z innego świta, aby odzyskać swoje własne serce. A po drodze zrozumie wszystko, co dla innych jest tylko zwyczajną bajką.

Muszę przyznać, że po lekturze Całkowitego zaćmienia serca mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony historia Bucciego wygląda jak niezbyt lubiane przeze mnie urban fantasy dla nastolatek (choć po dłuższym zastanowieniu tak naprawdę nim jest), z drugiej zaś od pierwszych stron poczułem się przytłoczony i urzeczony ilością informacji oraz szczegółów świata przedstawionego. Czytanie pierwszej połowy tomu w znacznym stopniu przypominało podróż z zasłoniętymi oczami, jednak po pewnym czasie poszczególne elementy fabularnej układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Co prawda tylko częściowo, ponieważ autor zadbał o to, aby nie odkrywać od razu wszystkich swoich kart. Nie jest to więc jakaś infantylna czytanka dla dziewuch (choć główna postać i jej bardzo męski wybawca mogliby na to wskazywać), ale całkiem interesująca historia z przemyślanym scenariuszem, sporą ilością zagadek oraz wspaniałymi (często zabarwionymi erotycznie) rysunkami. Naprawdę, uwielbiam styl Camagniego, a szczególnie to, jak realistycznie i szczegółowo przedstawia ten typowo komiksowo-baśniowy świat. Świetnym zabiegiem artysty było ukazanie większości historii w czerni i bieli (Becky cierpi na achromatopsję, chorobę uniemożliwiającą widzenie kolorów), przy wyłącznie częściowym zaznaczaniu poszczególnych barw (co jest świetnie uzasadnione fabularnie, ale to odkryjecie już sami). Nomen Omen  zostawiło mnie z pewnym poczuciem niedosytu, dlatego jeszcze nie wiem, czy seria trwale skradnie moje serce. Na tę chwilę doceniam pomysł autorów i na swój sposób pokręconą warstwę fabularną (to zdecydowanie komiks dla osób myślących!), ale nie do końca przekonuje mnie umieszczenie akcji w dość nużącej stylistyce miejskiego fantasy. Jeśli lubicie inteligentne historie o młodych bohaterkach, które zostają wciągnięte w niebezpieczną, zagadkową intrygę, Całkowite zaćmienie serca będzie komiksem w sam raz dla Was.

Ps. W wolnej chwili zajrzyjcie na specjalną stronę Becky na Instagramie, gdzie można podziwiać jej fotograficzne prace. ;-)

Tytuł: Nomen Omen, tom 1 - Całkowite zaćmienie serca
Scenariusz: Marco B. Bucci
Rysunki: Jacopo Camagni
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 98
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 40 zł


Fear Agent, tom 1 (R. Remender, T. Moore, J. Opena)

Lubicie awanturnicze, wybuchowe science-fiction z nieustępliwym, choć posiadającym ludzkie uczucia bohaterem? Jeśli tak, koniecznie sięgnijcie po pierwszy tom Fear Agent, serii do której scenariusz napisał wielce kreatywny Rick Remender (GłębiaUncanny X-Force). Za sprawą talentu autora odbędziecie ekscytującą podróż w kosmiczną przyszłość, gdzie niejaki Heath Houston (nie przebierający w środkach, wiecznie podpity zabójca kosmicznych szkodników) trafia na złożony, międzyplanetarny spisek, który zagraża bezpieczeństwu jego rodzinnej Ziemi. I od tej chwili, a w zasadzie nieco wcześniej (bo zanim do tego dojdzie, ten niegdysiejszy członek legendarnej jednostki Agentów Strachu przeżyje kilka ekscytujących przygód) rozpocznie się bezpardonowa jazda bez trzymanki, niosąca Heatha przez czas i przestrzeń ku coraz bardziej zakręconym przygodom.

Fear Agent to komiks, który proponuje czytelnikowi pełen interesujących zwrotów akcji scenariusz, który wciąga i angażuje już od pierwszych stron. Tu nie ma miejsca na nudę. Akcja błyskawicznie pędzi z miejsca na miejsce, atakując nas mnogością zdarzeń, nie zapominając przy tym o podbudowaniu historii postacią głównego protagonisty. A ten sprawdza się w swojej roli znakomicie. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy Heath musi zmierzyć się z danym problemem, targając na własnych barkach ciężar bolesnej przeszłości (która raz po raz powraca jako cień aktualnych wydarzeń z jego życia). Ten facet to postać, którą lubi się w zasadzie już od początku. Kreowany na wiecznego cwaniaka, pełen niewymuszonego luzu, potrafi odnaleźć się w prawie każdej sytuacji. Nawet jeśli przegrywa, umie zrobić dobrą minę do złej gry, jednocześnie rzucając jakiś filozoficzny cytat. I to działa, ponieważ w głębi duszy sami chcielibyśmy być tacy jak Heath. Tymczasem główny bohater i smakowita akcja to nie jedyne atuty, które niesie ze sobą Fear Agent. Remender perfekcyjnie zadbał o to, aby jego dynamiczny scenariusz nie był tylko i wyłącznie zbieraniną nic nie znaczących, luźno powiązanych ze sobą epizodów. Choć przygody Heatha są bardzo różnorodne, wiąże je silna więź fabularna, która układa się w dłuższą, z góry zaplanowaną treść. To właśnie dzięki temu z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej pochłaniało mnie całe to uniwersum, wszelkie zamieszkujące go postacie, jak również pomysłowość autora, która z dość ogranej tematyki potrafiła wycisnąć coś naprawdę interesującego. Mało tego, w tej całej dynamicznej oprawie, Fear Agent jest też komiksem bardzo wciągającym. Nie podeszły mi co prawda wszystkie z dość nielicznych żartów (uważam, że komiks jak na taką dawkę adrenaliny jest trochę za mało zabawny), ale i tak nie odebrało mi to przyjemności z lektury. Niezwykły luz i bezpretensjonalność stylistyki odnajdziecie w rysunkach Moore'a i Openy. Graficy z charakterystycznym dla siebie urokiem ubrali słowa Remendera w obraz, czyniąc pierwszy tom komiksu naprawdę godnym polecenia. Łapcie więc Agenta Strachu w swoje ręce, zapinajcie pasy i ruszajcie w kosmos! Znajdziecie tam prawdziwie wybuchowe science-fiction, dzięki któremu na godzinkę lub dwie zapomnicie o doczesnym świecie.

Tytuł: Fear Agent, tom 1
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Tony Moore, Jerome Opena
Przekład: Marta Wiktoria Bryll
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 248
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 57 zł


Odrodzenie, tom 5 - Wezbrane wody (T. Seeley, M. Norton)

Ciekawe rzeczy dzieją się w okolicach Wiscounsin... Seria Seeley'a i Nortona za sprawą Wezbranych wód przekracza półmetek, a ja coraz bardziej zastanawiam się nie tylko nad strukturą fabularną ich dzieła, ale wszelkimi zawartymi w nim aspektami natury moralnej. Jakkolwiek interesujący może jawić się koncept przywrócenia zmarłych do życia, sam coraz częściej łapię się na myśli, jak niepokojące i obce może okazać się podobne zdarzenie. Z jednej strony wszyscy kochamy naszych bliskich i chcemy aby zawsze trwali przy nas. Z drugiej zaś, sytuacja wykreowana przez Seeley'a jest tak specyficzna (przy jednoczesnym urealnieniu zasadniczych cech wydarzenia), że zastanawiam się czy w ogóle istnieją jej jakiekolwiek korzyści. Dlaczego? Aby w pełni odczuć moje obawy musicie sami sięgnąć po serię Odrodzenie. Tłumacząc jednak wszystko najprościej jak się da (a także unikając niechcianych spoilerów), należy przede wszystkim wspomnieć o mrocznym aspekcie powrotu martwych. Jacy naprawdę by byli? Czy czuliby to samo co my? Co mogliby przed nami ukrywać? Jak podobne doświadczenie wpłynęłoby na ich umysły oraz postrzeganie świata pozagrobowego? Muszę przyznać, że podobnych pytań autorzy nie zadają wprost. Cała struktura Odrodzenia krąży ostrożnie (choć dobitnie) wokół tego tematu, celowo nie zdradzając zbyt wiele, jedynie podsycając dziwne uczucie niepokoju. Co równie ważne, dzieje się to przy coraz większym odzieraniu sytuacji z jej pozornie szczęśliwych ram. Zresztą wszystko w tym komiksie jest właśnie takie, bo przecież mamy tu do czynienia z historią, w której wszędzie czai się tajemnica. Dzięki fachowemu podejściu, czujemy ją za każdym rogiem. Jest obecna w postaciach, w poszczególnych zdarzeniach, zasadza się na nas tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Odrodzenie to naprawdę straszna historia, a każdy kolejny jej tom uświadamia mi to coraz bardziej.

Wiele napisałem o cyklu Seeley'a w moich poprzednich recenzjach (tom 1, tom 2, tom 3, tom 4), nie będę więc powtarzał znów swoich własnych słów. Odnotuję jedynie, że jako ciągła opowieść jest to nadal bardzo interesujący tytuł. Umiejętnie łączy zagadkę z niepokojącą historią o ludziach, którzy uwikłani zostają w coś, co w normalnym świecie zwyczajnie nie ma prawa bytu. Wszystko czyta się jednym tchem, a Wezbrane wody nie są żadnym odstępstwem od tej reguły. Celowo unikam przybliżania fabuły, abyście tym razem mogli sami zanurzyć się w otchłań sekretów, od których wręcz kipi cała ta seria. To chyba dobrze, bo jest to jeden z niewielu komiksów, których kartkowanie przed lekturą może skutecznie zepsuć całą frajdę. Dlatego teraz nie napiszę już nic, a Wy bierzcie się powoli za czytanie. Spotkamy się znów w tym samym miejscu, czyli w następnym wydaniu Kiosku z komiksami!

Tytuł: Odrodzenie, tom 5 - Wezbrane wody
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 42 zł


Wszystkie omówione komiksy znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


środa, 15 maja 2019

Lego 75810 - Druga Strona dla fanów serialu Stranger Things z Netflixa

Starsi sympatycy fantastyki prosili o to od dawna. I wreszcie jest! Wspaniały model z serialu Netflixa Stranger Things - Druga Strona (The Upside Down) w całości z klocków Lego! Zestaw składa się z 2287 elementów i znajdziemy w nim aż 8 minifigurek przedstawiających głównych bohaterów serialu.

Zestaw dostępny jest wyłącznie na oficjalnej stronie Lego (Shop@Home), a jego cena wynosi 899,99 zł (co przy takiej ilości elementów nie jest ceną specjalnie wygórowaną). Muszę przyznać, że jestem nim prawdziwie zachwycony. To z pewnością jeden z najbardziej pomysłowych i udanych setów od Lego w 2019 roku. A jak Wam podoba się The Upside Down? Piszcie w komentarzach! :-)







sobota, 11 maja 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 7 (Batman Metal tom 1, Green Arrow tom 5, Usagi Yojimbo tom 1 i 2)

Witam wszystkich w kolejnym wydaniu Kiosku z Komiksami. Tym razem opowiem o tytułach z Batmanem i Green Arrowem w rolach głównych, a na deser przyjrzymy się kultowej historii o pewnym kultowym króliku z Japonii. Zapraszam. :-)


Batman Metal, tom 1 - Mroczne dni (S. Snyder, G. Capullo, J. Tynion IV, J. Lee)

Nie jestem specjalnie przekonany do wszelkich kryzysów czy crossoverów. W moim przekonaniu jedne wypadają koszmarnie (Nieskończony kryzys), natomiast inne wywołują u mnie dość mieszane uczucia (Impas - Atak na Pleasant Hill). Wciąż jednak poszukuję swej drogi pomiędzy ścieżkami wytyczanymi przez podobne gatunkowo tytuły, toteż z zainteresowaniem sięgnąłem po najnowsze wydarzenie w serii DC Odrodzenie, tym razem w większości poświęcone Batmanowi. Czy opisane w Mrocznych dniach, tajemnicze śledztwo Nietoperza, dotyczące istnienia nieznanych w naszym świecie metali oraz odkrycie tajemniczego spisku, mającego na celu otwarcie portalu prowadzącego do mrocznego multiwersum mogło zaowocować dobrą historią? Czy jako malkontent miałem prawo polubić kolejną opowieść wstrząsającą podstawami całego komiksowego świata DC? Odpowiedzi na te pytania nie są jednoznaczne, ponieważ jestem dopiero po lekturze pierwszego (z trzech) tomu nowej serii Scotta Snydera i Grega Capullo. Mimo wszystko napiszę wprost, że Batman Metal w pewnym sensie przypadł mi do gustu.

Zanim to jednak nastąpiło, musiałem przebić się przez trzy warstwy inauguracyjnego tomu. Aż trzy, ponieważ komiks wychodzi u nas zbiorczo wraz z wszystkimi tie-inami (tzw. pobocznymi historiami), które przedstawiają pełną i skomplikowaną wersję zaistniałych wydarzeń. Intrygująca historia Batmana ma więc swoje długie wprowadzenie (dość pokręcone, ale mimo wszystko warto zgłębić te zagadkowe, początkowe strony), niewielką część właściwą (tytułowy event składa się tylko z sześciu części, a w powyższym tomie zamieszczono zaledwie dwie z nich) oraz wątek poboczny, poświęcony wydarzeniom, w których biorą udział inni, związani z Mrocznym Rycerzem bohaterowie. Wszelkie niejasności wstępu wyjaśniło mi redakcyjne wprowadzenie oraz informacje zawarte na końcu wydania. Nie będzie to więc stanowiło wielkiego problemu również dla innych, nie do końca obeznanych z materią czytelników. Później szczęśliwie wciągnąłem się w całą historię, która pomimo swej złożoności dała mi naprawdę sporo satysfakcji. Szczególnie spodobała mi się ostatnia część tomu (ponieważ główna historia nie rozwinęła się jeszcze na tyle, abym mógł ją wychwalać lub ganić), gdzie miałem do czynienia z ruchem oporu walczącym z mrocznym złem, jakie wypełzło na powierzchnię w mieście Gotham (ciekawa akcja, sporo postaci, kreatywne rozwiązania fabularne). Nie wiem jak seria Snydera (do której autor przygotowywał nas już podczas swej pracy nad losami Batmana w Nowym DC Comics) prezentować będzie się dalej, jednak to co przeczytałem zachęca mnie mocno, aby sięgnąć po kolejny tom. W Mrocznych dniach widzę sporo naprawdę dobrych pomysłów, niezłą zabawę formą i treścią oraz fajny potencjał na coś innego, niż większość pomysłów przemycanych w pozostałych kryzysach. Jest więc szansa, że będę mógł polecić Wam całość. Nie chwaląc dnia przed zachodem słońca, radzę jednak poczekać na moje wrażenia z drugiej części. A te pojawią się tutaj już za miesiąc!

Tytuł: Batman Metal, tom 1 - Mroczne dni
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV 
Rysunki: Greg Capullo, Jim Lee, Andy Kubert, John Romita Jr.
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz, Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 232
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Green Arrow, tom 5 - Konstelacja strachu (B. Percy, O. Schmidt, J. Ferreyra)

Od swego początku w ramach cyklu DC Odrodzenie przygody Green Arrowa prezentowały dość różnorodny poziom. Nie chodzi tu bynajmniej o samą jakość głównego wątku, a raczej podział na grupy odbiorców, do których kierowane były poszczególne tomy. Choć wszystkie części stanowią jedną (w sumie dość pokaźną) historię, wyraźnie czułem, że co druga z nich przeznaczona była dla nieco młodszego czytelnika. Nie wiem na ile był to zabieg celowy lub nie, na szczęście Konstelacja strachu przywraca serię do poziomu odpowiedniego dla nieco starszego odbiorcy. A co jeszcze ważniejsze, stanowi wielki finał dotychczasowych perypetii tytułowego bohatera. W piątym tomie Oliver Queen wyrusza na samotną krucjatę, której celem jest zniszczenie siatki powiązań Dziewiątego Kręgu. Po tym, jak ta niebezpieczna organizacja przestępcza zniszczyła jego miasto, dyskredytując go również jako osobę publiczną, Green Arrow stawia na szali całą swoją przyszłość i bezpieczeństwo. W czasie podróży po USA spotyka największych herosów świata (Supermana, Flasha, Batmana, Wonder Woman, Green Lanterna), zyskując wśród nich przyjaźń i wielkie uznanie. Na tym jednak nie koniec, ponieważ największe wyzwanie czekać będzie na niego tuż po powrocie do domu. To właśnie tam zmierzy się z tym, co zagraża mu od samego początku wędrówki. Powyższy tom łączy w sobie historie zawarte pierwotnie w dwóch wydaniach oryginalnych - Wędrówka bohatera i Trial of Two Cities.

W Konstelacji strachu Benjamin Percy zamyka wszystkie wprawione w ruch wątki, dbając o to, abyśmy nawet na chwilę nie poczuli się znużeni jego pomysłami. Dzieje się tu więc dużo i szybko (chwilami może nawet aż za bardzo), dzięki czemu pewne uproszczenia lub dziury fabularne nie rzucają się zanadto w oczy. Należy oczywiście pamiętać, że Green Arrow od początku zaplanowany był jako szybka, awanturnicza historia z wyrazistym bohaterem i jako taka sprawdza się całkiem nieźle. Po raz kolejny na wysokości zadania stanęli trzej rysownicy, którzy od początku współtworzyli z Percy'm ten tytuł. Choć style Schmidta, Ferreyry i Campbella różnią się od siebie jak dzień od nocy, zdołałem już przywyknąć do podanej przez nich różnorodności, ciesząc się twórczym indywidualizmem każdego z artystów. Trudno mi jednak wybrać swojego faworyta, ponieważ we wszystkich stylach jest coś ciekawego i prawdziwie cieszącego oko. Jeżeli śledzicie losy Green Arrowa od początku, na pewno dobrze wiecie, że koniecznie musicie przeczytać ten tom. Stanowi on zwieńczenie wszystkich autorskich pomysłów Percy'ego, będąc pełnym wydarzeń i emocji finałem, a także niezobowiązującą i całkiem satysfakcjonującą rozrywką. Jeśli natomiast jeszcze nie mieliście z nim do czynienia, weźcie tę lekturę pod ewentualną rozwagę. Nie powinniście żałować.

Tytuł: Green Arrow, tom 5 - Konstelacja strachu
Scenariusz: Benjamin Percy 
Rysunki: Otto Schmidt, Juan Ferreyra, Stephen Byrne, Jamal Campbell
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 252
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Usagi Yojimbo Saga, Księga 1 i 2 (S. Sakai)


Z przygodami długouchego ronina Usagiego po raz pierwszy spotkałem się dobre kilkanaście lat temu. Wówczas wiekopomne dzieło Stana Sakai nie zrobiło na mnie zbyt piorunującego wrażenia, jawiąc się jedynie jako ciekawie napisany, choć dość standardowy komiks. Dziś, przy okazji wznowienia tytułu w nowym, znacznie okazalszym wydaniu, ponownie trafiłem do świata XVI-wiecznej Japonii. Jak wypadła ta wizyta? No cóż, w porównaniu do pierwszej na pewno lepiej, ponieważ wreszcie doceniłem twórczy geniusz autora, który na ponad tysiącu stron (bo każdy z obu tomików liczy ich ponad 600) udowadnia, że w zakresie snucia dobrej opowieści nie ma sobie równych. Choć rzecz traktuje o przemierzającym Japonię, uzbrojonym w dwa samurajskie miecze króliku, Sakai skutecznie zadbał, aby opowieści o losach tego bohatera za każdym razem traktowały o czymś innym. W ten sposób fabuła nieraz była w stanie nieźle mnie zaskoczyć, pokazując kunszt twórcy dopełniający się w najróżniejszych historiach. Poznałem opowieści pełne potyczek ze złymi samurajami, spotkania tajemniczych, mrocznych sił, podstępnych, zwieńczonych wciągającym śledztwem morderstw, a nawet nieco weselszych treści, wypełnionych nienachalnym, tak potrzebnym dziś morałem. I trzeba tu dobitnie zaznaczyć, że ten pedagogiczny element zasługuje (szczególnie w pierwszym tomie) na wyjątkowe słowa uznania. Usagi Yojimbo Saga to komiks, który niesie ze sobą naukę wyłożoną w bardzo oczywisty, a zarazem przystępny sposób. Wszelkie wyciągnięte przez czytelnika wnioski wypływają naturalnie z samej treści, docierając do niego płynnie i mimo woli. Wiąże się to z wielką sztuką, do perfekcji opanowaną przez Sakai'ego, polegającą na umiejętnym tworzeniu opowieści dla odbiorców w każdym wieku.

Co ciekawe, ów koncept zmienia się w księdze drugiej, gdzie autor proponuje nieco doroślejsze podejście do większości tematów. Znajdziemy tam sporo trudniejszych kwestii (pod względem morału jak i treści), dłuższych historii oraz swoistej brutalności (choć ta zawsze jest ukazywana bardzo delikatnie). Tym, co dodatkowo zaskakuje, jest trafna umiejętność obrazowania odległych czasów oraz odwzorowania codziennych realiów życia (w tym wierzeń lub tradycji) odległej Japonii. Fabuła tworzona przez Sakai'ego zdumiewa szerokim spektrum pomysłów. Dzięki jego niebywałej kreatywności Usagi stale przeżywa nowe, emocjonujące przygody. Jest przy tym bohaterem, którego pragniemy szczerze podziwiać. Zresztą nie tylko on zapadł mi w pamięć. Autor nie zapomniał o przeciwwadze dla szlachetnego królika, na jego drodze stawiając postacie o zupełnie odmiennym kodeksie moralnym lub celach. Z ważniejszych warto wymienić lekkoducha "Gena" Gennosuke, kontrowersyjną Inazumę czy śmiertelnego wroga Usagiego - złowrogiego Jei. To właśnie oni dodają poszczególnym opowieściom komiksu prawdziwego uroku i różnorodności. Choć Usagi Yojimbo Saga nie rzucił mnie na kolana (jest w nim coś nieokreślenie egzotycznego, przez co nie mogę nazwać tytułu w pełni swoim), spędziłem w jego towarzystwie kilka naprawdę interesujących godzin. Komu więc powinien najbardziej przypaść do gustu? Generalnie każdemu, lecz najważniejszym jest, abyście w pełni kupili delikatność i unikalny wydźwięk całości. Wtedy magia dawnych, fascynujących czasów zawładnie Waszym światem, sprawiając, że skutecznie zapomnicie o tym realnym, znajdującym się poza stronicami powyższych tomów.

Tytuł: Usagi Yojimbo Saga (Księga 1 i 2)
Scenariusz: Stan Sakai 
Rysunki: Stan Sakai
Przekład: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo: Dark Horse Books/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 632 (Księga 1), 672 (Księga 2)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 89,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 10 maja 2019

Nadciąga Lego Hidden Side!


Lego stale zaskakuje nowymi pomysłami i modelami, czerpiącymi z bogatych zasobów fantastyki. Już za chwilę na sklepowych półkach pojawią się zestawy z nowej serii Hidden Side, które zjednają sobie sympatię wielbicieli mrocznych tajemnic oraz klasycznej klockowej stylistyki. Jeśli lubicie historie o duchach, a film Ghostbusters należy do Waszych ulubionych wspomnień z lat 80-tych, na pewno nie przejdziecie obojętnie obok tej serii. A to jeszcze nie koniec! Za sprawą połączenia zestawów ze specjalną aplikacją na tablety i smartfony, zyskacie możliwość ożywienia poszczególnych modeli, łącząc pasję budowania z wciągającą, w pełni interaktywną grą.

Choć nie każdy z poniższych zestawów Hidden Side wywołuje u mnie jednakowo ciepłe uczucia, warto pochwalić sam pomysł, sporą bawialność setów oraz niecodzienną szatę graficzną pudełek. A jak Wy oceniacie nową serię Lego? Sądzicie, że jest to coś w sam raz dla Was?




piątek, 3 maja 2019

Czasami martwe i nowe jest lepsze, czyli Smętarz dla zwierzaków (2019)


W 1983 roku Stephen King napisał Cmętarz zwieżąt, jedną ze swych najbardziej znanych powieści. Kilka lat później powstała pierwsza filmowa adaptacja tego dzieła, która do dziś cieszy się znaczną popularnością wśród fanów. Niestety, większość kultowych dzieł mistrza horroru nie ma szczęścia do udanego przedstawiania na wielkim ekranie, toteż bardzo ciekawiło mnie, jak wypadnie nowa wersja tej znanej przez (prawie) wszystkich historii. Z początku martwił mnie sam zwiastun, który niczym przysłowiową kawę na ławę, przez dwie minuty wykładał całą treść filmu. OK, sam dopiero co napisałem, że wszyscy wiedzą o co chodzi, ale pewne niedopowiedzenie i tajemnica chyba obowiązują, tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z gatunkowym filmem grozy (a poza tym, co to za zwiastun, który na dzień dobry opowiada treść całego filmu?). Nieważne. To w końcu nie mój problem (nie ja odpowiadam za metody promocji). Tymczasem dla każdego widza najważniejszą kwestią pozostaje, jaką jakość prezentuje sama produkcja. Od razu napiszę że... w tym przypadku wszystko wyszło bardzo dobrze.

Co prawda z łatwością znalazłbym w Smętarzu dla zwierzaków kilka dostrzegalnych niedociągnięć (choć są one naprawdę drobne), jednak najważniejsze jest, jak film działa jako całość - czyli samodzielna, stojąca na własnych nogach opowieść. I tu dzieło Kevina Kolsha i Dennisa Widmyera (w/g scenariusza Matta Greenberga) radzi sobie bardzo przyzwoicie, opowiadając raz jeszcze historię pewnej rodziny, która po przeprowadzce do małej mieściny w Maine musi uporać się z krążącą po okolicy tajemnicą oraz największą tragedią, jaka tylko jest w stanie ich spotkać. W przypadku horroru zawsze boję się o jakość danego filmu, szczególnie kiedy mam do czynienia z twórcami, dla których praca na planie jest ich pełnometrażowym debiutem. Na szczęście Kolsh i Widmyer mają już na swym koncie kilka filmów grozy (co prawda niezbyt popularnych, ale co tam!). Nabytą wprawę dobrze widać na ekranie, ponieważ poruszają się po opowiadanej historii z pewną biegłością i wyczuciem. Jeśli reżyser wie, co i jak chce mi przedstawić, wówczas najczęściej daję się wciągnąć w jego świat. Dlatego też warto tu zaznaczyć, że nowa wersja prozy Kinga dość wiernie odnosi się do znacznej części oryginału, zmyślnie proponując pewne istotne zmiany dopiero w drugim i trzecim akcie filmu. Skutkuje to zupełnie innym wydźwiękiem zakończenia obrazu, a także udowadnia, że moje początkowe odczucia odnośnie montażu trailera były mocno przesadzone.


W tej wersji doktor Louis nie traci synka (ten na szczęście żyje i ma się dobrze), natomiast ofiarą strasznego wypadku pada jego ukochana córeczka Ellie. Zabieg niby kosmetyczny, ale wiek dziewczynki pozwolił pokazać stratę dziecka od nieco innej strony, głównie za sprawą poznania jej dobrego charakteru, dziecięcych pasji, czy miłości jaką darzy swego kota Churcha (nie oszukujmy się, Gage był bardzo słodki i nic ponadto). Ku mojemu zaskoczeniu, za sprawą śmierci dziewczynki przez chwilę poczułem smutek, a o to w przypadku opowieści grozy niełatwo. No dobrze, uczucia są ważne, ale mówimy tu jednak o rasowym horrorze, zrodzonym w umyśle wielkiego pisarza naszych czasów. Czas zatem postawić sobie najważniejsze pytanie: czy film daje radę jako najprawdziwszy straszak? W większości ekranowego czasu tak właśnie jest. Jest tu co prawda sporo jumscare'ów, lecz działają one całkiem nieźle (może dlatego, że nie był to znów film o złych duchach), a punktów do przerażenia dodaje klimat opowieści. Nie bez znaczenia dla wysokości stawki są też poszczególne role aktorskie. Jason Clarke, John Lithgow oraz mała Jete Laurence spisali się na medal, dając swym postaciom tyle serca, na ile pozwoliły im dość sztywne ramy scenariusza. Czułem silną więź z tak zarysowanymi bohaterami, toteż bez problemu mogłem wsiąknąć w sytuację, jaka była później ich wspólnym udziałem. Pierwszą połowę filmu oglądałem przypominając sobie książkę Kinga, którą czytałem przecież dobre pięć lat temu. Ekranizację cechuje pewien realizacyjny pośpiech (to akurat na plus, po co niepotrzebnie rozwlekać poszczególne sceny?), bez problemu przypominałem sobie jednak istotne fragmenty powieści, czując podobny klimat do tego, który towarzyszył mi podczas lektury. 

Smętarz dla zwierzaków odwołuje się uczuciowo do naszych głębokich pragnień, zadając pytanie o sens przywracania życia temu, co bezpowrotnie odeszło. Na swój sposób udało mu się zmusić mnie do chwili refleksji, należy jednak pamiętać, że jest to film przygotowany z myślą o szerokiej publiczności. Obraz sprytnie unika odpowiedzi o samą naturę mrocznego zjawiska, większość kwestii pozostawiając jedynie w sferze domysłów. Daje to szansę na samodzielną interpretację działań tej niebezpiecznej i jakże kuszącej mocy. Na oddzielną uwagę zasługuje charakteryzacja powracającej Ellie, oraz wszystkie sceny z kotem. Przyznam, że sierściuch kradł całe show za każdym razem gdy się pojawiał (jest naprawdę straszny i fascynujący zarazem). Największym zaskoczeniem było dla mnie mocne odejście od zakończenia książki, pokazujące, że pewne zmiany mogą uczynić tę historię jeszcze lepszą (a na pewno znacznie ciekawszą). Nie wiem jak odbiorą ten film widzowie nieznający oryginału, lecz sądzę, że powinien spodobać się im nawet bardziej niż mnie. W końcu ja znałem tylko 80% historii, sprytnie i pomysłowo odświeżonej przez twórców. Smętarz dla zwierzaków nie jest z pewnością filmem przełomowym dla gatunku, natomiast sprawdza się doskonale jako klimatyczna i nieźle strasząca adaptacja. Nie wiem czy dla większości widzów będzie lepszy od pierwszej wielkoekranowej wersji (to pozostaje kwestią czysto subiektywną), uważam natomiast, że nieźle wypełnił swe zadanie. Zachował ducha oryginału, pokazując pewne nowe rozwiązania, a jednocześnie pozostał całkiem niezłym horrorem. Takim, do którego z pewnością nie raz powrócę. A czy w tej sytuacji może być coś lepszego?



Tytuł: Smętarz dla zwierzaków (Pet Sematary)
Scenariusz: Matt Greenberg (wg Stephena Kinga)
Reżyseria: Kevin Kolsh, Dennis Widmyer
Obsada: Jason Clarke, Amy Seimetz, John Lithgow, Jete Laurence, Obssa Ahmed
Wytwórnia: Paramount Pictures/Alphaville Films
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 5 kwietnia 2019 (USA), 3 maja 2019 (Polska)
Czas trwania: 101 min.