niedziela, 30 czerwca 2019

RECENZJA: Chór zapomnianych głosów - Remigiusz Mróz


Chór zapomnianych głosów to piąta w kolejności książka Remigiusza Mroza, wydana w 2014 roku. Na kilka lat przed okrzyknięciem go polskim mistrzem kryminału, ten niezwykle kreatywny i pomysłowy twórca zaprosił czytelników w fantastyczną podróż w głąb niezbadanego i niegościnnego kosmosu. Pokazał jak może wyglądać nasza odległa przyszłość, jednocześnie nie zapominając o niezwykle wciągającej, oraz całkiem niegłupiej fabule. Muszę przyznać, że powyższy tytuł jest dopiero drugą powieścią autora, jaką miałem przyjemność poznać. Dwa lata temu absolutnie zachwyciła mnie Czarna Madonna, czekałem jednak na dobry moment, aby wgryźć się w jedno z pierwszych dzieł Mroza, w dodatku nie mające nic wspólnego z nudzącymi mnie kryminałami lub skomplikowanymi historiami śledczymi.

Książka opowiada losy dwóch mężczyzn, będących jedynymi ocalałymi z załogi okrętu badawczego Accipiter. W odległej przyszłości ta zaawansowana technologicznie jednostka wyruszy z Ziemi, celem odnalezienia rozumnego życia we Wszechświecie. Niestety, bohaterowie będą zmuszeni stawić czoła brutalnej śmierci reszty załogantów, ale także zgłębić motywacje oraz przyszłe cele nieznanego (i co gorsza niewidocznego) agresora. Więcej oczywiście nie zdradzę, nie ma sensu opisywać tutaj fabuły całej książki. Tymczasem, dość intrygującym jest, że pozostało w niej coś z niezbyt lubianego przeze mnie kryminału. Niespodzianka? Być może! Autor w charakterystyczny dla siebie sposób poukładał poszczególne elementy fabularne tak, jak zwykle robi się to w przypadku tego gatunku literackiego. Chór zapomnianych głosów to powieść, gdzie każda kolejna rewelacja odkrywana przez parę bohaterów prowadzi do zadawania nowych, coraz bardziej zastanawiających pytań. Tropy zdobywane przez Hakona Lindberga i Diję Udina Alhassana nieodparcie przywodzą na myśl kosmiczne śledztwo, w którym stawką jest nie tylko odkrycie prawdy, ale również życie samych bohaterów. Paradoksalnie, nie traktuję tego jako zarzut. Tak długo, jak mam do czynienia z najprawdziwszym, dobrym science-fiction, nie mogę czepiać się autorskich metod egzekwowania treści. Ważne, żeby powieść była dobra. A w tym przypadku tak właśnie jest.

Dzieje się tu naprawdę sporo. Mróz przezornie zadbał, abym nawet przez chwilę nie nudził się podczas czytania. W drugiej połowie lektury przez nadmiar informacji musiałem nawet nieco zwolnić tempo, aby dobrze połapać się we wszystkich zawiłościach kosmicznej zagadki (swoją drogą, ciekawe jak obszerne były na etapie pisania autorskie notatki...?). Wartka akcja, niebanalna intryga oraz angażujące dialogi pozwoliły utrzymać moją uwagę na wysokim poziomie. Jest jednak coś, co w ogólnym rozrachunku mógłbym nazwać pewnym zgrzytem. W Chórze zapomnianych głosów autor bardzo mało miejsca poświęca na psychologiczne podbudowanie bohaterów. Przez to ich działania podyktowane są wyłącznie okolicznościami, w jakich przychodzi im zmierzyć się z zagadką. W sytuacji, gdy ludzie ci są na wiele lat oddaleni od swych bliskich oraz reszty świata (za sprawą hibernacji niezbędnej do wieloletniej podróży w kosmosie), powinni być zmuszeni do zmagania się z faktem, że podczas ich nieobecności wszystko bezpowrotnie przeminęło. Tymczasem, postacie Mroza zachowują się niczym nieczułe maszyny. Szkoda to wielka, bo przecież za sprawą dodania odpowiedniej głębi czy przemyśleń, czytelnik zbliżyłby się do nich emocjonalnie, a co najważniejsze - znacznie podniosłaby się stawka, która stoi przed samymi bohaterami.

Pomimo tego, Chór zapomnianych głosów czyta się bardzo dobrze. Książka pozwoliła mi rozruszać szare komórki i sprawiła, że śledziłem losy niedobitków Accipitera z zapartym tchem. To jedna z tych powieści, gdzie absolutnie nie spodziewamy się co stanie się na następnej stronie, a przez to czujemy stałą potrzebę kontynuowania lektury. I tak jak dramatyczne wydarzenia pchały bohaterów do ciągłego działania, tak ja nieprzerwanie podróżowałem wraz z nimi do najodleglejszych zakamarków nieprzyjaznego kosmosu. Trzeba też przyznać, że Remigiusz Mróz to autor nieprzewidywalny, który potrafi odnaleźć się w prawie każdej konwencji. Na plus wychodzi tutaj jego indywidualny styl, który sprawił, że nawet w jednej ze swoich pierwszych powieści potrafił ofiarować czytelnikowi coś tak bardzo nieszablonowego. I nawet jeśli w tym dziele nie wszystkie elementy bezdyskusyjnie przypadły mi do gustu, nie oznacza to wcale, że nie warto go poznać. Bo wierzcie mi na słowo - uczynicie sobie wielką krzywdę, jeśli tego nie zrobicie.


Tytuł: Chór zapomnianych głosów
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 416
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł

sobota, 29 czerwca 2019

Rodzina Addamsów w Teatrze Syrena (czerwiec 2019)


Fani fantastyki nie mają zbyt częstych okazji aby odwiedzać teatr. Nic w tym dziwnego, bowiem niewiele scenicznych dzieł prezentuje ujęcie tematyki science-fiction, fantasy czy horroru. Na szczęście w tej ostatniej materii niespodziewanie pojawiło się coś, co szczęśliwie wpisuje się w nasze specyficzne upodobania. Na deskach warszawskiego Teatru Syrena od jesieni zeszłego roku wystawiane są spektakle Rodziny Addamsów, słynnego dzieła zapoczątkowanego w latach 30-tych ubiegłego wieku przez niejakiego Charlesa Addamsa. Poprzez popularny komiks, serial telewizyjny oraz serię filmów, ta słynna, choć nieco straszliwa rodzinka zawitała wreszcie do stolicy (a także do poznańskiego Teatru Muzycznego). Przedstawienie przybyło do Polski z samego Broadwayu, gdzie święciło triumfy w 2010 roku. Przyznam, że dość późno dowiedziałem się o tej atrakcji, inaczej już dawno wybrałbym się na spektakl, dostarczając Wam należytej relacji. Lecz jak to mówią - "lepiej późno niż wcale", toteż już dziś opowiadam jak było i co podobało mi się w scenicznej wersji najbardziej.

Za całość odpowiedzialny jest Jacek Mikołajczyk, który wraz Tomaszem Filipczakiem, kierownikiem muzycznym spektaklu oraz resztą teatralnego zespołu kreatywnego przygotował przedstawienie, które zabiera widza w najbardziej niecodzienna jazdę, jakiej można byłoby spodziewać się na teatralnych deskach. Całej rodzinki Addamsów chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Każdy z pewnością zna głowę familii Gomeza, jego piękną, choć zimną małżonkę Morticię, wszędobylskiego synka Pugsleya, córkę Wednesday, dziwacznego wujaszka Festera, przerażającą babcię oraz dystyngowanego kamerdynera Lurcha (tak czy inaczej, właśnie przypomniałem Wam ich wszystkich). Fabularnie Rodzina Addamsów opowiada dość prostą historię. Wednesday (która jest tu nieco starsza niż w pamiętnej, filmowej wersji) zakochuje się w niejakim Lucasie, który pochodzi z przeciętnej, goniącej za pieniądzem rodziny. Wiedząc, jaką reakcję wywoła u jej matki informacja o zaręczynach, dziewczyna ostrożnie wtajemnicza w sytuację ojca, prosząc, aby ten odpowiednio wstawił się za nimi podczas zorganizowanej wraz rodzicami Lucasa kolacji. Jak to w komedii bywa, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a omyłkowe zagranie Pugsleya doprowadza do wielkiego zamieszania w strukturach obu rodzin. Prosta historia nie oznacza bynajmniej historii banalnej, a Rodzina Addamsów od pierwszych scen okazuje się być wspaniałym, pełnym stylu i humoru przedstawieniem. Przedstawieniem dość niecodziennym, które jednak ponad wszystko sławi wartości rodzinne i międzyludzkie.

Zostałem oczarowany wszystkim, co dane mi było ujrzeć na scenie. Począwszy od fenomenalnej gry aktorów (nie ma to jak oglądać wykonawców na żywo), poprzez wspaniałe piosenki (świetny przekład utworów autorstwa Jacka Mikołajczyka), niezwykłe kostiumy (dzieło Ilony Binarsch), choreografię (Ewelina Adamska-Porczyk), czy niesamowitą, pełną przerażającego piękna scenografię (Grzegorz Policiński). Rodzina Addamsów to spektakl, który ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Wszystkie elementy przedstawienia zabierają widza w podróż do niecodziennego świata, w którym króluje bardzo dziwna, specyficzna rodzina. Naturalnym jest, że pewne elementy narracji różnią się tu od tych, jakie na co dzień stosuje się w filmie i literaturze. Ważne jednak jest to, że wszystkie te zmiany czynią przedstawienie jeszcze lepszym i tym bardziej unikalnym. Humor w większej części spektaklu "siadał" bardzo dobrze (w niektórych scenach można było uśmiać się do łez), piosenki zaskakiwały dynamicznym tempem, a muzyka (będąca fuzją tradycji broadwayowskiej oraz stylistyki latynoamerykańskiej) porywała zmysły i ciało. Podobnie sprawa miała się z utworami. Najciekawsze z nich to: Chcesz być Addamsem, W całkiem nową stronę, Większego świra mam czy Zatańczmy jeszcze raz. Na szczególną uwagę zasługują również odgrywane przez resztę obsady postacie duchów przodków. Pomysłowość przynależności zjaw do najróżniejszych epok z przeszłości oraz ich stała obecność na scenie dodawała spektaklowi naprawdę niesamowitego klimatu.

Co tu dużo pisać... Rodzina Addamsów to pełna wisielczego humoru, straceńczego tańca i złowieszczej muzyki sztuka, którą koniecznie należy zobaczyć! Nieczęsto zdarza się uczestniczyć w czymś, co zostało przygotowane tak perfekcyjnie pod absolutnie każdym względem. Myślę, że fanów podobnych klimatów nie trzeba będzie specjalnie namawiać do wybrania się do Teatru Syrena, a powyższy tekst stanowić będzie jedynie informację, że coś takiego w ogóle ma miejsce. Na szczęście na przełomie października i listopada (oraz pod koniec grudnia) b.r. odbędzie się jeszcze kilka spektakli. Musicie więc upewnić się, że Was na nich nie zabraknie. Pora także będzie ku temu odpowiednia, bo mroczne, pełne niepokoju historie najlepiej śledzi się właśnie w okolicach Halloween.


Tytuł: Rodzina Addamsów (The Addams Family)
Autor: Marshall Brickman, Rick Elice
Reżyseria: Jacek Mikołajczyk
Muzyka i teksty piosenek: Andrew Lippa
Obsada: Anna Terpiłowska, Tomasz Steciuk, Agnieszka Tylutki, Jakub Strach, Damian Aleksander, Bartłomiej Wiater, Jolanta Litwin-Sarzyńska, Albert Osik, Karol Drozd 
Choreografia: Ewelina Adamska-Poczyk
Kostiumy i charakteryzacja: Ilona Binarsch
Scenografia: Grzegorz Policiński
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Filipczak
Premiera sceniczna: 8 września 2018
Czas trwania: 180 min. (z przerwą)

W powyższej relacji użyłem zdjęć scenicznych wykonanych przez Kasię Chmurę.

niedziela, 23 czerwca 2019

To nie miało prawa się udać, czyli Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles (2019)


Są takie tytuły, których połączenie od samego początku wydaje się być całkiem bez sensu. Paradoksalnie, to właśnie z tego powodu ich wspólna kombinacja często wychodzi tak dobrze. Najlepszym przykładem powyższego zjawiska jest najnowsza animacja studia Warner Bros. poświęcona spotkaniu Batmana z Wojowniczymi Żółwiami Ninja, zatytułowana Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles. W wydanym kilka lat temu komiksie autorstwa Jamesa Tyniona IV i Freddiego Williamsa kolaboracja tych dwóch marek udała się tak dobrze, że powstały aż dwie jej kontynuacje. Nic więc dziwnego, że DC Entertainment szybko postanowiło przenieść pomysł na ekrany naszych domowych telewizorków, powierzając reżyserię Jake'owi Castorenie, weteranowi animacji studia. 

Każdy z nas ma z pewnością swoją ulubioną wersję animowanych przygód Żółwi Ninja (moją jest ta emitowana na kanale Nickelodeon kilka lat temu). Najnowszej produkcji zdecydowanie bliżej będzie do klasycznej wersji serialu z drugiej połowy lat 80-tych, choć projekty graficzne postaci mocno dopasowano do mrocznego, animowanego świata Batmana. Nie mogło być inaczej, ponieważ to właśnie Mikey, Donnie, Ralph i Leo przybywają do legendarnego Gotham. Są tu niejako gośćmi, a do mrocznego miasta Nietoperza przywiódł ich pościg za swym odwiecznym wrogiem, Shredderem. Co jest jego celem oraz jak wielkie zagrożenie czyha na naszych bohaterów, będziecie musieli przekonać się już sami. Ważne jednak, że Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles przynosi całkiem niezłą rozrywkę, dostarczając widzowi wszystko, czego mógł spodziewać się po tym tytule.


Twórcy ani na chwilę nie zapomnieli z jaką materią mają do czynienia, toteż przygotowali animację mając na uwadze dwa elementy, na których oparli większość swej pracy. Po pierwsze, zadbali o to, aby film opowiadał ściśle zaplanowaną historię. Nie pominęli odpowiedniego wprowadzenia postaci, zadbali o ich wzajemne interakcje, nakreślili główny wątek, a także sprawnie poprowadzili widza przez wszystkie akty opowieści. Dzięki temu produkcję ogląda się bardzo dobrze. Nie ulega też wątpliwości, że samo tytułowe, dość nietypowe połączenie komiksowo/filmowych uniwersów wypadło niezwykle naturalnie. Po drugie, autorzy wykorzystali w filmie wszystko to, czego każdy fan głównych postaci mógłby od nich oczekiwać. Chcecie zobaczyć jak Batman bije się z Żółwiami? Macie to! Chcecie ujrzeć pojedynek Żółwi z Ra's Al Ghulem? Proszę bardzo! Macie ochotę na wizytę Mikego i spółki w Bat-Jaskini? Nie ma sprawy! Pragniecie ujrzeć pojedynek Batmana ze Shredderem? Załatwione! Wszystkie wspomniane detale działają w niewymuszony i naturalny sposób, dając widzowi kilka kwadransów naprawdę niezłej zabawy.  


Niebagatelny wpływ na całość ma również humor. Interakcje pomiędzy bohaterami są w Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles oczywistym źródłem żartów. Sądzę, że tak jak mnie, najbardziej spodobają się Wam sytuacje z Alfredem i Mikeym, a także jego podróż z Batmanem w Batmobilu (te sceny przejdą do klasyki!). Sama animacja trzyma standardową jakość innych produkcji spod szyldu DC Entertainment. Kreska nie jest zbyt wyszukana, a całość osadzono stylistycznie w czasach, kiedy we wszystkich domach królowały kasety VHS. Na plus wyszły za to sceny walk, które są dość dobrze zrealizowane i wyreżyserowane. Jeśli miałbym wskazać kolejną wadę tej animacji, będzie nią bez wątpienia zbytnia prostota całej historii. Najwyraźniej twórcy postawili na połączenie obu światów oraz wzajemne interakcje postaci, nie starając się dodać do fabuły nic specjalnie przełomowego.

Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles jest filmem, który zadowoli fanów animowanego świata Batmana, nie robiąc przy tym krzywdy sympatykom Nastoletnich Żółwi. Dostaliśmy dynamiczną, wciągającą produkcję, która w warstwie intelektualnej stawia przede wszystkim na oddziaływania pomiędzy głównymi postaciami. Chemia tytułowych protagonistów jest najbardziej udanym elementem filmu, który prezentuje połączenie obu marek w udany, choć chwilami dość bezpieczny sposób. Nie ma jednak na co narzekać, bo dzięki temu całość sprawdza się bardzo dobrze, a być może przy kolejnym podejściu uda się wykrzesać z podobnego pomysłu znacznie więcej. Polecam zatem animację wszystkim miłośnikom Żółwi i Batmana, a także tym, którzy oczekują niegłupiej, choć generalnie dość prostej rozrywki. Tak czy inaczej, czasu spędzonego w Gotham nie powinniście uznać za zmarnowany.




















Tytuł: Batman vs Teenage Mutant Ninja Turtles
Scenariusz: Marly Halpern-Graser, James Tynion IV
Reżyseria: Jake Castorena
Obsada (dubbing): Troy Baker, Eric Bauza, Darren Criss, Kyle Mooney, Baron Vaughn, Cas Anvar, Rachel Bloom, Brian George, Ben Giroux
Wytwórnia: Warner Bros. Animation, Nickelodeon Animation Studios, DC Entertainment
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 4 czerwca 2019 (USA)
Czas trwania: 87 min.

wtorek, 18 czerwca 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 11 (The Walking Dead vol 31, Justice League/Aquaman - Drowned Earth, Oblivion Song tom 2)

Witam w kolejnej odsłonie Kiosku z komiksami. Tym razem przyglądam się dwóm tytułom nie wydanym jeszcze w naszym kraju oraz nowej pozycji z wydawnictwa Non Stop Comics. Zapraszam do lektury i dyskusji o Waszych ulubionych tytułach!


The Walking Dead, vol. 31 - The Rotten Core (R. Kirkman, Ch. Adlard)

Polski wydawca serii Żywe Trupy nie rozpieszcza czytelników, od jakiegoś czasu jestem więc zmuszony do sięgania po inne środki pozyskania ulubionego tytułu (dzięki Atom Comics!). Tymczasem, patrząc na to, co aktualnie dzieje się w tym cyklu, wydaje mi się, że mam w pełni uzasadnione powody do zadowolenia. Kirkman nie traci fasonu, dwojąc się i trojąc, żeby utrzymać dobry poziom The Walking Dead. Nie spoczywa na laurach, stale pokazując nam nowe, zaskakujące elementy. Oczywiście, jak to w życiu bywa, wielu czytelników pewnie i tak znudzi się całością... Ale to poniekąd zrozumiałe, bo próg trzydziestu tomów to prawdziwe wyzwanie dla codziennego, statystycznego odbiorcy. Przy serii pozostaną więc najwięksi fani lub osoby, które od początku kupiły genezę autora, aby toczyć wydarzenia jak najdłużej się da. Nie myliłem się jednak, gdy poprzednim razem oceniałem pracę twórców (KzK - Wydanie 5), wieszcząc, że spokojny, dość obyczajowy ton New World Order jest zaledwie ciszą przed burzą. Prawdziwa nawałnica w The Rotten Core co prawda jeszcze nie nadchodzi, w strefie fabularnej słychać już jednak grzmoty i zaczynają spadać pierwsze, całkiem spore krople deszczu.

Początek jest na swój sposób spokojny. W społecznościach naszych bohaterów trwa pokojowa wizyta pani gubernator, która na pewnym etapie zostaje zakłócona przez sporą grupę szwendaczy. Praca zespołowa, mająca na celu odciągnięcie hordy, pokazuje pewne różnice pomiędzy dopiero poznającymi się formacjami. Kolejne, przepełnione rezerwą dyskusje pozwalają lepiej zapoznać się z wzajemną mentalnością ich przedstawicieli. Wszystko zmienia się z chwilą, kiedy Michonne i jej córka, podczas powrotu z przyjemnej wycieczki stają się świadkami brutalnego pobicia jednego z mieszkańców Wspólnoty. Co ciekawe, zdarzenie zostało zainicjowane przez siły zbrojne chroniące miasto. Niepokojąca sytuacja odbija się trwałym piętnem na istocie zasad panujących we wspomnianym miejscu, które chyba nie do końca służą wolności lub swobodzie jej mieszkańców. Wypadek szybko wykorzystuje Dwight, próbujący przekonać Ricka do swojego nowego, bardzo ryzykownego planu... Łatwo spostrzec, jak umiejętnie poprowadzony został ten wątek. To właśnie za jego sprawą Kirkman realizuje kluczowe dla aktualnych wydarzeń rozwiązania fabularne. Po raz kolejny udowadnia, że legendarna już nieufność Ricka do nowo poznanych ludzi jest w pełni uzasadniona. Tym razem jednak nie wskazuje palcem konkretnego zła, czerpiąc tylko i wyłącznie z sytuacji, jaką sami stwarzają sobie bohaterowie. To ich charaktery inicjują zawarte w The Rotten Core dramaty, jednocześnie szykując nas na postawienie postaci po przeciwnych stronach barykady. Robi się ciężko, widać to najbardziej w drugiej połowie tomu. Da się też wyczuć spory powiew świeżości, który przynosi wiele nieobecnych dotąd sytuacji. W 31 tomie nie zabrakło też kilku krótszych, znacznie lżejszych wątków, z których w pamięci najbardziej utkwił mi szybki romans Księżniczki z Mercerem oraz próby Carla w przekonaniu Sophie, że musi sobie znaleźć interesującego chłopaka. Cóż więc jeszcze pisać...? The Walking Dead to nadal świetna seria, która jak widać ma jeszcze niejedno do zaoferowania. Polecam.

Ps. Na tę chwilę to ostatnia recenzja TWD na blogu. Po opinie o kolejnych zeszytach z cyklu zapraszam na mój profil na Instagramie. :-)

Tytuł: The Walking Dead, vol. 31 - The Rotten Core
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Charlie Adlard
Wydawnictwo: Image Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 16,99 $


Justie League/Aquaman - Drowned Earth (S. Snyder, D. Abnett, F. Manapul, L. Medina)

Uwielbiam Aquamana. To obok Flasha jeden z moich ulubionych bohaterów DC. Zaraz, zaraz - przecież każdy, kto śledzi Skrzydła Gryfa nie od dziś, wie o tym doskonale... Dlaczego więc o tym piszę? Bo nie przepadam za wielkimi eventami i crossoverami. Nie no, o tym też już wiecie. Czy jest więc coś nowego, czego w tej materii jeszcze nie napisałem? Tak! Nie pisałem dotąd, że Drowned Earth to mój (jak na razie jedyny) ulubiony event! Może ma z tym coś wspólnego obecność Aquamana? Dobra, żarty na bok, bo sytuacja jest naprawdę poważna. Czarna Manta wraz z resztą składu Legionu Zagłady (Lex Luthor, Joker, Sinestro, goryl Grodd, Cheetah) otworzył kosmiczne wrota legendarnym Władcom Mórz. Teraz ci potężni przybysze, żądni zemsty za doznaną wieki temu zniewagę zamierzają przejąć Ziemię we władanie, zmieniając wszystkich mieszkańców w morskie potwory. Co to oznacza dla nas, czytelników? Ano to, że Liga Sprawiedliwości będzie znów miała ręce pełne roboty, a my poznamy kolejną legendę Atlantydy!

Snyder, Abnett i Tynion IV zabierają nas w podróż do świata Aquamana, powiązanego z najnowszymi przygodami Ligi Sprawiedliwości, w których sporą rolę odgrywają zmagania bohaterów z drużyną Luthora oraz tajemniczym obiektem zwanym Absolutem (Totality). Co jednak ciekawe, nie trzeba znać tej opowieści ani całej sterty pozostałych komiksów z wieloletniej historii wydawnictwa, aby się dobrze bawić się (i wszystko zrozumieć). No, może Aquamana przydałoby się trochę poczytać, ale to chyba oczywiste. Najważniejsze, że powyższy event dał mi znów to, za co najbardziej lubię przygody Arthura Curry'ego - czyli przygodę, emocje, stale poszerzaną mitologię  podwodnego świata oraz udział reszty lubianych postaci. Jak na rasowy crossover przystało, w Drowned Earth dzieje się dużo, ale pęd zdarzeń ani na chwilę nie przesłania ciekawej treści. Aquaman odnotowuje kolejne ważne zdarzenie w swojej historii, a koniec tomu pokazuje, że muszę przygotować się na kolejne, jeszcze bardziej niesamowite przygody tego bohatera. Rysunki do albumu wykonało kilku niezłych artystów, na stałe współpracujących z DC. Tylko w jednym przypadku graficznie komiks gryzie się z resztą prac, na szczęście jest to bardzo niewielki fragment. W przypadku tego tytułu można śmiało powiedzieć, że wizualizacja idzie ramie w ramię z zaprezentowaną treścią. Na koniec jeszcze mała dygresja - w czasach kiedy przygody Thorgala zdają się być niewyraźnym cieniem samych siebie, Aquaman wypełnia mi tę lukę z powodzeniem, niosąc wartości podobne tym, które niegdyś wdrażali do swojego dzieła Rosiński i Van Hamme. W przyrodzie nic tak naprawdę nie odchodzi, czasem po prostu przyjmuje inną formę. Dlatego dobrze jest być czujnym, aby w porę to dostrzec.

Tytuł: Justice League/Aquaman - Drowned Earth
Scenariusz: Scott Snyder, Dan Abnett, James Tynion IV
Rysunki: Francis Manapul, Lan Medina, Clayton Henry, Howard Porter, Frazer Irving
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 224
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 29,99 $


Oblivion Song, tom 2 (R. Kirkman, L. De Felici)

Minął rok z wąsem, a my wreszcie wracamy do tajemniczej Otchłani. Robert Kirkman i Lorenzo De Felici ponownie witają nas w historii, gdzie dziwne światy i niezwykłe zdarzenia będą przeplatały się z losami przeciętnych, podobnych do nas ludzi. 10 lat temu, z niewyjaśnionych przyczyn centrum Filadelfii przeniosło się do innego wymiaru. W jego miejsce pojawił się fragment innego, obcego świata, któremu nadano nazwę Oblivion. Nathan Cole był niegdyś jednym ze śmiałków, którzy za zgodą władz podróżowali do Otchłani, aby ratować uwięzionych tam ludzi. Niestety, obecnie program jest powoli wygaszany, przez co Nathan coraz częściej zmuszony jest do działania na własną rękę. Pcha go do tego chęć odszukania własnego brata oraz dziwne poczucie obowiązku, które jak dotąd (a przynajmniej do finału pierwszego tomu) pozostawało tajemnicą. Prawda wyszła jednak na jaw, decyzje głównego bohatera nie są już dla nas sekretem, możemy więc zgłębiać kolejne elementy tej opowieści.

A dzieje się w niej całkiem sporo! Chyba nie ma sensu powtarzać jak dobrym i pomysłowym scenarzystą jest Kirkman (jeśli chcecie, zajrzyjcie sobie do poprzednich recenzji na blogu), skupię się więc na dwóch elementach, jakie zwróciły moją uwagę w tym tomie. Przede wszystkim, Oblivion Song zaczęła mi się jawić jako niecodzienna historia dwóch braci. Nathan i Ed są niewątpliwie rodziną, ale drogę do wspólnej harmonii utrudnia im wizja życia, tak różna za sprawą przebywania w odmiennym otoczeniu. Ed twierdzi, że rzeczywistość Otchłani jest wolna od wszelkich niedogodności cywilizacji, natomiast Nathan nie umie zrozumieć i pogodzić się z niecodziennymi pragnieniami brata. Konflikt wywołuje również czas, który mężczyźni spędzili z dala od siebie. Jest to wygrane z rozmysłem, dzięki czemu ja sam mogłem zająć własne stanowisko w tej sprawie. Pozostałe, (na tę chwilę) mniej istotne elementy fabuły zdają się ciekawie uzupełniać treść komiksu. Dostajemy więc wątek relacji międzyludzkich, świetną intrygę z użyciem nieznanych technologii oraz coraz większy zarys obcego, pełnego tajemnic świata. Poprzez odejście od ukazywania życia społeczności w Otchłani pozbyłem się częściowych skojarzeń z The Walking Dead (które miałem po lekturze pierwszego tomu), a skupiłem na unikalności całej historii. A było na czym, bo dzieje się w niej naprawdę wiele. Okazało się też, że tym razem Kirkman nieco inaczej podszedł do toru opowieści. Sądziłem, że Pieśń Otchłani będzie prezentować ciągłą fabułę, równomiernie rozłożoną na wszystkie tomy cyklu, tymczasem otrzymałem dość zamknięty koncept (z tradycyjnym wprowadzeniem, rozwinięciem i zakończeniem). Oczywiście, ciąg dalszy nastąpi (w końcu pozostały do wyjaśnienia przynajmniej dwie nierozwiązane kwestie), ciekawe jednak, że obie części tworzą na tym etapie dość zgrabną całość (przypominającą także gotowy pomysł na pierwszy film z serii - jeśli tylko ostatnio zapowiedziana ekranizacja komiksu faktycznie powstanie). Przyznam, że po pierwszym tomie Oblivion Song było dla mnie dobrze rokującą, dość ciekawą serią. Tymczasem teraz jestem już pewien, że mam do czynienia z tytułem, na którego kolejne odsłony będę czekał z wielką niecierpliwością. Jeśli i Wy lubicie dobre science-fiction z ciekawie napisanymi bohaterami, również nie powinniście się zawieść. 

Tytuł: Oblivion Song, tom 2
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Lorenzo De Felici
Przekład: Grzegorz Drojewski
Wydawnictwo: Image Comics/Non Stop Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Chińskie plakaty do Spider-Man: Daleko od domu (2019)

Lubicie chińskie podróbki? Ja niespecjalnie. Tym bardziej cieszą mnie oficjalne plakaty do filmu Spider-Man: Daleko od domu, wypuszczone (oficjalnie!) przez chiński oddział wytwórni Sony Pictures. Patrzcie i podziwiajcie, bo jest na czym zawiesić oko. :-)






sobota, 15 czerwca 2019

Odkopywanie trupa na przykładzie Men In Black: International (2019)


Ponad dwie dekady temu był sobie pewien całkiem niezły, mocno rozrywkowy film. Zaskakiwał niezłymi efektami specjalnymi oraz ciekawą, nieszablonową historią, wspomaganą przez fenomenalne role aktorskie Willa Smitha i Tommy'ego Lee Jonesa. W przekorny sposób odnosił się do tzw. miejskich legend, dotyczących istnienia tajnej organizacji, kontrolującej istnienie obcych na Ziemi. Nie bez znaczenia był przy tym fakt, że idealnie wpasowywał się w ówczesne oczekiwania ludzkości, która z ekscytacją oczekiwała nadejścia roku 2000, przez wielu odczytywanego jako czas wyjaśnienia wielu przepowiedni i wierzeń. Jakby nie patrzeć, Faceci w czerni (1997), bo o tej właśnie produkcji piszę, sprawili widzom ogromną frajdę, którą wszyscy zapamiętali na długo. Później przyszły dwie kontynuacje, które stopniowo pogrzebały markę (głównie za sprawą braku rozwojowej wizji dla tego tytułu), sprawiając, że na dobre zapomnieliśmy o przygodach tajnych agentów K i J. Do czasu. Najwyraźniej ktoś z wytwórni, podczas odkurzania swej domowej wideoteki przypomniał sobie o tym tytule, namawiając resztę zespołu do ponownego przywrócenia serii na wielki ekran. Szkoda tylko, że w tej całej ekscytacji zapomniano o tym, że nie powinno robić się czegoś bez większego planu, ślepo wpatrując się w pierwowzór...

Niestety, Men in Black: International jest filmem słabym, wtórnym i nieciekawym. Fabuła jest tu co najmniej pretekstowa, więc nawet nie ma większego sensu wyjaśniać co i jak. Jedyne co musicie wiedzieć, to że nadchodzi wielkie niebezpieczeństwo z kosmosu, którego nikt się nie spodziewa, a w MIB jest kret, który działa na niekorzyść organizacji. Zresztą tego kto, co i jak, można domyślić się już po scenie otwierającej film. Tak naprawdę szedłem do kina tylko ze względu na chęć ponownego ujrzenia na wielkim ekranie duetu aktorskiego Thompson/Hemsworth. W Thor: Ragnarok (2017) szczerze zachwyciła mnie chemia pomiędzy tą parą, liczyłem więc, że w znacznej mierze mogą przyczynić się do sukcesu nowego filmu. Niestety, nawet to nie udało się w Men in Black: International. I żeby było jasne, to chyba nawet nie bezpośrednia wina aktorów. Po prostu źle rozpisano ich role, uniemożliwiając im dobrą, plastyczną relację. On jest nieudolnym partaczem, któremu przypadkiem udają się pewne rzeczy, ona ma wielką motywację i stara się traktować wszystko z zamysłem i powagą. Pozornie to powinno się udać, ale tylko wtedy, kiedy te charaktery ustawimy odwrotnie. Jeśli widzieliście już film, może się ze mną zgodzicie. No bo jak w podobnej sytuacji wyjaśnić (i dobrze rozegrać) status, jakim cieszy się postać Hemswortha w MIB? Przykłady można by mnożyć (spoilerując nudne sceny z filmu), najważniejsze jest jednak to, że tutaj coś takiego zwyczajnie nie działa.

Nie działa również humor. To straszne, ale na tej (przecież) komedii science-fiction powinienem turlać się ze śmiechu. Zaśmiałem się więc podczas seansu tylko raz, kiedy postać Pionkusia wydostawała się ze słoika. Tyle. Przykro pisać, ale naprawdę nie ma wielu elementów, które mógłbym tutaj pochwalić. No dobrze, efekty specjalne są w większej części niezłe i całość ogląda się bardzo dobrze, ale to chyba wszystko. Zabrakło większego pomysłu na podanie tej historii w nowy, interesujący sposób, który nie kopiowałby bezmyślnie poprzednich filmów z cyklu. Przecież w świecie MIB jest chyba więcej kreatywnych możliwości, niż ciągłe pokazywanie tych samych gadżetów, rozwiązywania problemów za pomocą odpowiedniego przyrządu wyciąganego na zawołanie z kieszeni (co dodatkowo likwiduje poczucie jakiejkolwiek stawki) oraz portretowanie obcych w ten sam, nudny sposób (zawsze są to jakieś wymyślne stworki, lub wyglądający jak ludzie, przebrani kosmici). Men in Black: International, podobnie jak dwa ostatnie filmy z serii powinno pozostać na dnie popkulturowej trumny. Prawda jest taka, że film może spodobać się chyba tylko bardzo oddanym, bezkrytycznym fanom lub dość młodym, jeszcze niewyrobionym odbiorcom. Reszta wynudzi się jak mopsy, a prawdopodobnie po wyjściu z kina szybko zapomni o całym tym zamieszaniu. Tak z pewnością będzie w moim przypadku, dlatego już teraz chciałbym zostać zneutralizowany przez Agentkę M... Pstryk!



Tytuł: Men in Black: International (Men in Black: International)
Scenariusz: Matt Holloway, Art Marcum
Reżyseria: F. Gary Gray
Obsada: Chris Hemsworth, Tessa Thompson, Liam Neeson, Rebecca Ferguson, Rafe Spall, Emma Thompson, Laurent Bourgeois
Wytwórnia: Sony Pictures Entertainment, Columbia Pictures
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 14 czerwca 2019 (USA), 14 czerwca 2019 (Polska)
Czas trwania: 114 min.

piątek, 14 czerwca 2019

RECENZJA: Ćma - Jakub Bielawski


Jakuba Bielawskiego udało mi się poznać podczas tegorocznej edycji Warszawskich Targów Książki. Wraz z żoną kupowaliśmy właśnie jego Ćmę, kiedy jeden ze sprzedawców powiedział, że autor kręci się gdzieś się na tyłach stoiska wydawnictwa (szukajcie takiego krasnoluda siedzącego pod ścianą z laptopem - oznajmił). Istotnie, miał rację. Pana Jakuba nie było trudno zauważyć (choć do tego krasnoluda to bym się niekoniecznie zgodził), a co ciekawie, podczas tego króciutkiego spotkania okazał się być bardzo miłym człowiekiem. I równie uczynnym, ponieważ podpisał nam w ciemno nieprzeczytany jeszcze egzemplarz swojej pierwszej powieści. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Jak się wkrótce okazało, dedykacja autora miała diametralne znaczenie w mojej przygodzie z lekturą książki. Zanim jednak przybliżę ten temat, już teraz zaznaczę dobitnie, że Ćma jest niewątpliwie najciekawszą lekturą, z jaką miałem styczność w tym roku. Może nie najlepszą (bo jednak Inkub), ale właśnie najciekawszą. I wiecie co? Chyba nawet nie w tym roku. Zaryzykuję stwierdzenie, że była to najciekawsza książka przeczytana przeze mnie od lat.

Niemniej zastanawiającym jest, że na początku nie było łatwo. Chyba czasem już tak jest, że najbardziej wartościowe kwestie nie przychodzą nam zbyt łatwo i musimy mocno powalczyć o prawo do ich pełnego zrozumienia. Ja z natury jestem zazwyczaj człowiekiem prostym, toteż poczułem się mocno zaskoczony nietypowym językiem, jakim posługuje się w swej powieści Pan Bielawski. Bo jest to język, którego nie słyszy się często podczas kontaktów międzyludzkich, a już tym bardziej nie czyta się go w tradycyjnych powieściach. Tyle, że Ćma tradycyjną powieścią nie jest i chyba w tym właśnie tkwi jej specyficzność i niezwykłość. Język w książce jest połączeniem nastrojowej gawędy z głosem narratora, który miejscami zamienia się z opisywanymi przez siebie postaciami. Może i trudno tak na szybko to sobie wyobrazić, ale wystarczy, że po nią sięgniecie, a niewątpliwie zrozumiecie o co mi chodzi. I na tym etapie zaczął się mój wspomniany problem. Niestety, nie byłem przesadnie szczęśliwy, poruszając się w tak podanym świecie. Moje zniechęcenie dziwnie podanym, gęstym klimatem, małą ilością dialogów oraz pisarską manierą Bielawskiego było tak ogromne, że gdzieś w okolicach sześćdziesiątej strony poważnie rozważałem porzucenie czytania i odłożenie lektury na inny czas. Wtedy nieopatrznie otworzyłem książkę na pierwszej stronie. Monisi i Michałowi, w podziękowaniu za zaufanie - Kuba. Nie mogłem postąpić inaczej. Skoro ma być zaufanie, to czytam dalej. Choćbym miał eksplodować, nie ustąpię. I twardo czytałem dalej. Może działała tu jakaś magiczna siła dedykacji, ale w miarę jak pochłaniałem kolejne strony, przywykłem do języka autora. Do tego stopnia, że w połowie lektury zastanawiałem się nawet, czy w jakiś sposób zmienił się styl narracji. Sprawdziłem, wracając do pierwszych rozdziałów - nadal był taki sam. Co więc się stało? Nazwijcie to magią książek, przyzwyczajeniem albo czymś zupełnie innym. Najważniejsze, że zaakceptowałem i wchłonąłem styl Ćmy, który zabrał mnie w niesamowitą, pełną emocji oraz obaw podróż.

Powieść Bielawskiego to pełnokrwista powieść grozy, podana w bardzo interesujący sposób. Wszelkie strachy są tu początkowo skryte za pozornie zwyczajną historią o dwóch, zakochujących się w sobie dziewczynach. Akcja przenosi nas na dolnośląską prowincję, w mroczne otoczenie Gór Sowich. To miejsce znane dobrze autorowi, spędził tu wczesne lata swego życia, toteż umiejscowienie akcji w pierwszych latach XXI wieku było dla niego (jak mniemam) czymś bardzo naturalnym. Ponieważ zgłębił fach nauczycielski, a sam raczej nie należy do ludzi wiekowych, dobrze wie jakim językiem posługuje się młodzież, co też umiejętnie wykorzystał w Ćmie. Język Niny i Kai jest bezpretensjonalny, soczysty, nasiąknięty współczesnym slangiem i to czyni powieść niesamowicie prawdziwą. Już od pierwszych stron czułem, że świat przedstawiony jest realny i nieprzyjemny (jak żaden inny, w którym rozgrywały się czytane przeze mnie wcześniej książki). Brud, patologia, tajemnice i beznadzieja istnienia - te elementy towarzyszyły mi na każdej stronie, tak samo jak dwóm bohaterkom. Bielawski idealnie wczuł się w psychikę dziewczyn, znacznie rozszerzając spektrum identyfikacji czytelnika z postaciami. Ćma posiada naprawdę niezły rys psychologiczny, który idealnie współgra z elementami grozy wypełniającymi powieść.

Powiedzieć, że to książka straszna, to nie powiedzieć nic. Tu groza nie służy jako osobny, łatwy do sprecyzowania element. Groza Ćmy jest trwale zatopiona w fabułę i narrację, dosłownie w każde słowo wypływające z umysłu autora. Nie da się jednoznacznie opowiedzieć, co strasznego dzieje się w powieści. Strach stanowi integralną część jej treści, sącząc się z każdej sytuacji, dialogu czy opisu. Odchodząc na chwilę od tematu, z tymi opisami miałem chwilami pewien problem. Akcja w powieści generalnie toczy się niespiesznie, ale gdy w drugiej połowie zaczynały dziać się coraz bardziej ekscytujące rzeczy, bardzo bolało mnie odchodzenie od tematu na rzecz ospałego przybliżania wyglądu lub historii poszczególnych miejsc. Być może była to celowa metoda autora, ponieważ rozkładała przyjemność obcowania z tym światem na dłużej, kto wie...? Ważne jednak, że Bielawski zadbał o to, aby nie oznajmiać wszystkiego wprost, zostawiając miejsce na indywidualne wyobraźnia oraz samodzielne domysły.

To jednak nie strachy najbardziej zapamiętałem z tej książki. W pamięć wryła mi się właśnie historia związku Kai i Niny, dwóch dziewczyn z dysfunkcyjnych rodzin, które w tym brudnym, nieprzyjaznym świecie odnajdują siebie nawzajem. Ich bliskość, zmagania z niemożliwą do utrzymania w tajemnicy miłością pochłonęły mnie bez reszty. Emocje zbudowane wokół ich szarej codzienności, owiane nutą grozy stanowią szczytowy punkt lektury, której (od pewnego momentu) spodziewany koniec mocno rozdarł mi serce. No cóż, są na tym świecie historie piękne i smutne, które pokazują nam, że nawet dla takich kilku krótkich chwil warto zaryzykować wszystko. Bo nie ważne jakim życiem dysponujesz, ale jak zmagasz się z tym, co cię spotyka. I w tej materii Ćma jest powieścią idealną. Trudną, często dość posępną, ale jednak bardzo satysfakcjonującą. Dlatego cieszę się niezmiernie, że wyszedłem poza tzw. strefę własnego komfortu i zmierzyłem z mrokiem Gór Sowich, zrodzonym w myślach autora. To była niecodzienna podróż, którą z pewnością zapamiętam na długo.

Spotkanie z autorem podczas WTK 2019

Tytuł: Ćma
Autor: Jakub Bielawski
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 452
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł

wtorek, 11 czerwca 2019

Lego 75936 Park Jurajski: Atak tyranozaura nadchodzi!

W tym roku mija dokładnie dwadzieścia sześć lat, od kiedy po raz pierwszy odwiedziliśmy słynny Park Jurajski. Steven Spielberg od zawsze był niezwykłym wizjonerem, tworzącym światy oraz postacie, które na zawsze przeszły do klasyki kina oraz popkultury. O tak ważnej dla ludzi i dinozaurów rocznicy nie zapomniała oczywiście firma Lego, która chcąc uczcić doniosły jubileusz już w lipcu wypuszcza na rynek specjalny, bardzo okazały zestaw, w całości poświęcony tej kultowej produkcji.

Park Jurajski: Atak tyranozaura (75936) to zabawka kolekcjonerska, składająca się z 3120 klocków, zawierająca oryginalną, kultową bramę z Parku Jurajskiego oraz w pełni ruchomą, zbudowaną z klocków figurkę tyranozaura (22 cm wysokości, 69 cm długości i 17 cm szerokości). Otwierana za pomocą specjalnego przycisku brama (42 cm wysokości, 48 cm szerokości i 14 cm głębokości) jest osadzona w konstrukcji z siedmioma szczegółowymi, zbudowanymi z klocków scenami, przedstawiającymi dobrze znane miejsca z filmu (takie jak jadalnia Johna Hammonda, centrum sterowania Raya Arnolda i bunkier Iana Malcolma). Zestaw zawiera 6 unikalnych minifigurek, figurkę małego dinozaura oraz ministojak wystawowy z tabliczką, na której znajdują się informacje na temat tyranozaura. Cena modelu wynosi 1100 zł, a najłatwiej będzie kupić go na stronie oficjalnego sklepu Lego Shop@Home.



Przyznam, że w pierwszej chwili nie wiedziałem co sądzić o tym zestawie. Z każdą chwilą poświęconą na oglądanie zdjęć dochodziłem jednak do wniosku, że Lego stara się robić coraz ciekawsze modele, nie bazujące tylko i wyłącznie na budowlach dostosowanych do zabawy minifigurkami. Park Jurajski: Atak tyranozaura (75936) to niewątpliwie zestaw dla starszych sympatyków klockowych budowli, który nie sprawi również zawodu młodszym wielbicielom dinozaurów. Z pewnością można zaliczyć go do ścisłej czołówki setów wydanych przez Lego w 2019 roku.


poniedziałek, 10 czerwca 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 10 (Batman Metal tom 2, Doktor Strange tom 1, Batman tom 5)

Witam w jubileuszowym, dziesiątym wydaniu Kiosku z komiksami. To wydanie nieomal w całości wziął we władanie Batman, na szczęście za sprawą magii pomiędzy opowieści z Gotham wdarł się sam Doktor Strange. Jak wypadło starcie tych dwóch komiksowych osobowości, dowiecie się czytając moje poniższe wrażenia. Zapraszam Was na nie serdecznie.


Batman Metal, tom 2 - Mroczni Rycerze (S. Snyder, G. Capullo, J. Tynion IV, D. Mahnke)

Batmanowego crossoveru ciąg dalszy, czyli Snyder i Tynion IV kontratakują! Jak pisałem w KzK - wydanie 7, nigdy nie przepadałem za wszelkiego rodzaju eventami, często agresywnie przesyconymi  obrazem i treścią, z założenia celowo rozbuchanymi do granic wszelkich czytelniczych możliwości. Wyjątkiem od tej reguły może stać się aktualnie wydawany, trzytomowy Batman Metal. I żeby było jasne, to nadal nie jest poziom którego w głębi serca oczekuję, ale wraz z drugim tomem zauważam jeszcze więcej elementów, które sprawiają, że muszę uznać lekturę tego komiksu za bardzo satysfakcjonującą. Twórcy coraz bardziej bawią się kształtem całego wydarzenia, mocno inspirując się historią całego uniwersum DC. Lepszemu wgryzieniu się w treść ponownie pomagają przypisy znajdujące się na początku i końcu wydania. Jeśli więc tak jak ja (pomimo kilku ładnych lat zainteresowania tematem), nie w pełni ogarniacie nieskończone dekady istnienia wydawnictwa, pomoże Wam to ułożyć wszystkie elementy na właściwych miejscach. Warto też ponownie przypomnieć, że w naszym kraju ukazuje się w pełni kompletna wersja tytułu (główny cykl liczy sobie zaledwie sześć zeszytów), wraz ze wszystkimi wydaniami specjalnymi oraz tie-inami. Dzięki temu możemy poznać nie tylko zasadniczą historię, ale również wszelkie opowieści znacznie ją rozbudowujące.

W Mrocznych Rycerzach w głównej mierze skupiamy się na Batmanach z innych uniwersów, którzy przybyli na Ziemię 0 (to ta nasza) na rozkaz podstępnego demona Barbatosa. To on ścigał Bruce'a Wayne'a od najdawniejszych czasów, a siedmiu heroldów jego woli otrzymało obiecujące zadanie schwytania upragnionego celu. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa (oraz jazda bez trzymanki), ponieważ mamy okazję poznać historię powstania każdego z nich. Żeby było ciekawiej, Nietoperze z umierających uniwersów w pewnym momencie połączyli swoje fizjonomie z innymi członkami Ligi Sprawiedliwości (wymyślilibyście na trzeźwo coś podobnego?). Przy całej swej powierzchownej niedorzeczności opowieści o ich zmaganiach są niesamowicie ciekawe i aż żałuję, że poświęcono im tak mało miejsca (po jednym zeszycie na każdego to naprawdę skromna ilość). Z drugiej strony, akcja w drugim tomie pędzi na łeb na szyję, trudno więc oczekiwać, że będziemy w nieskończoność zgłębiać tę kwestię. Tym bardziej, że reszta bohaterów, mierząca się z narastającym niebezpieczeństwem tworzy w sekrecie ryzykowny plan, który przy odrobinie szczęścia może pomóc pokonać Barbatosa. Co jednak najważniejsze, da pewną szansę na odszukanie Batmana. Zgodnie z tytułem, w owym planie niemałą rolę odegrają też tajemnicze metale. Ciekawym uzupełnieniem tomu jest jego ostatnia część, łącząca różne istotne (choć często zapomniane) historie z Nietoperzem, które na nowo spajają treść Mrocznych Rycerzy z obszernym światem DC. Batman Metal to komiks, w którym przy odrobinie dobrej woli odnajdą się wszyscy fani Gacka. Czytelnicy nie obeznani z charakterystyczną stylistyką wydawnictwa odbiją się od niego boleśnie, warto jednak podkreślić unikalny i mocno przemyślany charakter całego przedsięwzięcia. Wyposażono je w tak wiele ciekawych i kreatywnych elementów, że oczywistym (i koniecznym!) staje się ich dalsze wykorzystanie w przyszłości. Zanim to jednak nastąpi, przed nami wielki finał zmagań bohaterów skupionych wokół Batmana (nadchodzący tom Mroczny wszechświat). I na to niewątpliwie warto czekać!

Tytuł: Batman Metal, tom 2 - Mroczni Rycerze
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV 
Rysunki: Greg Capullo, Doug Mahnke, Jorge Jimenez, Carmine Di Giandomenico
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz, Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 248
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Doktor Strange, tom 1 (J. Aaron, Ch. Bachalo)

Moje pierwsze spotkanie z doktorem Stephenem Strange'm nastąpiło jesienią 2016 roku, podczas seansu klasycznego już filmu Marvela. Pomimo, że produkcję tą uważam za dość udaną, do komiksów z najważniejszym magiem uniwersum jakoś niespecjalnie mnie ciągnęło (ominąłem nawet wydany u nas tytuł Początki i zakończenia). Dopiero teraz, przy okazji odświeżenia inicjatywy Marvel Now! udało mi się sięgnąć po przygody doktorka, co uczyniłem też z pewną niekłamaną obawą. Niestety, bohater ów należy do tej nieszczęśliwej grupy niewygodnych do tworzenia postaci, które posługują się mocą zbyt wielką, aby stanowiła wyzwanie dla oryginalnego scenariusza czy ich angażującego przedstawiania (patrz również: Kapitan Marvel). Na szczęście Jason Aaron, stary wyjadacz w wydawnictwie Marvel podszedł do całej sprawy bardzo umiejętnie, dzięki czemu moje obcowanie z charyzmą jak i zdolnościami Strange'a wypadło przy tym pierwszym razie nadzwyczaj zadowalająco. A co ciekawe, pierwszy tom traktujący o naszym bohaterze mogą z powodzeniem czytać również osoby, które podobnie jak ja widziały jedynie wspomniany powyżej film.

Stephen Strange jest magiem w wieloletnim doświadczeniem, który już nieraz dowiódł swojej wartości i mocy, ratując Ziemię przed niespodziewanymi atakami z innych, złowrogich wymiarów. Co jednak stanie się, jeśli tym razem dane będzie mu zmierzyć się z zagrożeniem, które przewyższy jego wszelkie możliwości, a co gorsza, może sprawić, że ze wszystkich światów bezpowrotnie zniknie cała magia? Ogólny zarys fabuły zapowiada się dość ciekawie, jednak cała sztuczka tkwi w tym, jak Aaron prowadzi akcję i poszczególne postacie. Bo musicie wierzyć mi na słowo, ale tom pierwszy Doktora Strange'a to komiks, który wbrew pozorom nie stoi magicznymi sztukami (cały aspekt działania czy posługiwania się magią jest tu zdecydowanie najsłabszy - zasad praktycznie nie ma i nie wiadomo jak dane moce działają), ale właśnie wydarzeniami oraz bohaterami, którzy muszą się z nimi zmagać. Być może lekarstwem na przesadną moc tytułowej postaci jest siła Empirikulów oraz dowodzącego nimi, żądnego zemsty Imperatora. W każdym razie Strange staje twarzą w twarz ze złowrogą siłą obcej nauki (której strona techniczna też nie jest również zbyt jasno wyłożona), dzięki czemu musi porzucić swą egzaltację i stanąć twarzą w twarz z zagrożeniem, posługując się tylko tym co mu pozostało. A jest to jego spryt, niezłomność oraz drobna pomoc garstki pozostałych przy życiu magów. I tutaj Aaron osiąga fajny wynik, ponieważ komiks pomimo pewnej powtarzalności schematów czytało mi się bardzo dobrze. Akcja była angażująca, postacie po stronie dobra (czego nie można powiedzieć niestety o tych złych) zachowywały się logicznie, sprawiając, że chciałem im kibicować, a także martwiłem się o ich dalszy los. Scenarzysta serii fajnie rozwiązał też aspekt zbyt wielkiej mocy głównego bohatera, wyjaśniając dlaczego Strange nigdy nie płaci ceny za przeciwdziałanie magii o olbrzymiej, destrukcyjnej sile. Nieco problematyczne są tu natomiast rysunki Bachalo. To niewątpliwie świetny artysta (potrafiący tworzyć bardzo bogate i szczegółowe kadry), jednak mocna niedbałość jego kreski może zniechęcić nieco mniej zdeterminowanych odbiorców. Warto jednak skusić się na lekturę, bo oprócz podwójnej objętości tomu, końcówka zapowiada nie mniej interesujące przygody doktorka w kolejnej odsłonie.

Tytuł: Doktor Strange, tom 1
Scenariusz: Jason Aaron
Rysunki: Chris Bachalo
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 79,99 zł


Batman, tom 5 - Zaręczeni (T. King, J. Jones, C. Mann, L. Weeks)

Batman się żeni. Tak, to prawda. Po osiemdziesięciu latach zwalczania zbrodni i występków w Gotham City, nasz stary dobry Bruce Wayne wreszcie stanie na ślubnym kobiercu. Jego wybranką stała się niejaka Selina Kyle, szerszej publiczności znana bardziej jako Catwoman. Zaręczyny Gacka mieliśmy okazję śledzić w finale trzeciego tomu serii Jestem Bane, w nowej odsłonie poznamy więc, z czym muszą mierzyć się narzeczeni oraz jakie sprawy przyjdzie im ostatecznie załatwić. I tu wszystkich czeka naprawdę wielka niespodzianka, bowiem Zaręczeni to chyba najlżejszy w odbiorze komiks o Batmanie, jaki dane mi było kiedykolwiek czytać.

Wygląda na to, że King wreszcie dał swojemu bohaterowi odrobinę wytchnienia. Po przeróżnych zmaganiach z niezliczonymi wrogami (które wypadały dotąd lepiej lub gorzej) postawił na znacznie lżejszy ton, pokazując jaśniejszą stronę Nietoperza. Przy okazji udowodnił, że naprawdę dobrze rozumie złożoność tej postaci. Powyższa część dzieli się na trzy rozdziały, z których pierwszy jest niestety najmniej interesujący. Wyprawa Gacka i Kotki do Khadymu ma na celu naprostowanie pewnego wątku z jednej z poprzednich odsłon cyklu, ale poza świetnymi rysunkami Jones i ciekawymi scenami walk nie wnosi tutaj zbyt wiele. Czyta się to szybko i w miarę bezboleśnie, ale nic ponadto. Sprawa zmienia się diametralnie w kolejnej odsłonie, która przybliża nam wzajemne relacje pomiędzy Batmanem i Supermanem. Wielka przyjaźń, wspólny szacunek oraz pewien sztuczny dystans, który ciąży pomiędzy bohaterami King wygrywa mistrzowsko, balansując pomiędzy pełnymi ciepła i humoru scenami. Kwintesencją jest wspólny wypad bohaterów (oraz wybranek ich serc) do lunaparku, gdzie danego wieczoru wpuszczane są tylko osoby przebrane za superbohaterów. Jak ten problem rozwiążą nasi bohaterowie już nie zdradzę, ale warto przeczytać co i jak, choćby dla rysunku Batmana zajadającego się lodami (prawdziwa perełka!). Ostatnia historia zbliża nas jeszcze bardziej do relacji Bruce/Selina, oferując pełną wzajemnych gonitw i miłości opowieść, która znajduje swój finał w dalekiej przyszłości. Przyznam, że Zaręczeni to komiks, na którym śmiałem się i wzruszałem do łez, co niewątpliwie czyni go wartym Waszego poznania. Sięgając po dzieło Kinga i rysujących go artystów, otrzymacie mocno nietypową historię ze świata Mrocznego Rycerza, lecz biorąc pod uwagę wieloletnie dziedzictwo, które reprezentuje ten bohater, na pewno nie będzie to czas stracony. Polecam je również wszystkim tym, którzy twierdzą, że historie o Batmanie powinny być malowane wyłącznie czernią i dramatem. Sami zdziwicie się, jak mało jest w tym prawdy.

Tytuł: Batman, tom 5 - Zaręczeni
Scenariusz: Tom King 
Rysunki: Joelle Jones, Clay Mann, Lee Weeks
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Powyższe komiksy z Batmanem i Doktorem Strange znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 3 czerwca 2019

Pokemon: Detektyw Pikachu (2019) to już nie moja bajka...


Z początkiem obecnego stulecia Pokemony opanowały świat i nawet ja sam przez chwilę dałem się ponieść fali uwielbienia dla tych niezwykłych, łapanych do pokeballi stworzeń. W gry z tej serii nigdy nie grałem (przyjemność obcowania z tego typu rozrywką nigdy specjalnie mnie nie pociągała), załapałem się jednak na serial, gdzie niejaki Ash wraz z przyjaciółmi podróżował, aby stać się najlepszym trenerem Pokemonów (i oczywiście złapać je wszystkie!). Kilka miesięcy śledzenia tej historii poskutkowały tym, że umiałem wymienić prawie wszystkie ze stu (albo stu pięćdziesięciu - dziś już dokładnie nie pamiętam) Pokemony, o jakich każdy przyszły mistrz mógł tylko marzyć. Przejściowa fascynacja dobiegła końca równie szybko jak się zaczęła, a kiedy kilka lat temu cały glob oszalał na punkcie mobilnej gry Pokemon Go!, ja całe to wariactwo zbyłem zwykłym wzruszeniem ramion. Coś jednak narodziło się z tego trwającego kilka miesięcy szaleństwa, ponieważ właśnie wtedy w Hollywood ogłoszono, że już za chwilę powstanie pełnometrażowy, aktorski film z Pokemonami w rolach głównych. Pokemonami, a raczej tym jednym, najbardziej rozpoznawalnym z nich, czyli ślicznym, żółciutkim Pikachu (którego słodki głosik i przeszywająca zdolność manipulowania elektrycznością zawładnęły sercami większości fanów serialu). Jakby tego było mało, od razu podano tytuł filmu, który zdradzał, że nasz cudny Pikachu zostanie najprawdziwszym detektywem. Co tu, do licha było grane...? Już w tamtej chwili wiedziałem, że to zwyczajnie nie może się udać. Moje przekonanie niespodziewanie potwierdził nagły spadek zainteresowania aplikacją wśród graczy z całego świata. Nieubłagany czas płynął dalej, a wszyscy powoli zapominali o doniesieniach dotyczących tej zrodzonej pod wpływem chwili, nikomu już niepotrzebnej produkcji. I tak było do momentu, w którym studio wypuściło pierwszy zwiastun do obiecanego Pokemon: Detektyw Pikachu. Muszę przyznać, że było to naprawdę dziwne, bo widowisko zapowiadało się po prostu świetnie! Ciekawe realia świata, w miarę obiecująca fabuła oraz Ryan Reynolds jako głos Pikachu postawiły mnie przed jasną decyzją o konieczności obejrzenia tego filmu. Dziś, kiedy cała historia trafiła już do kin, mogę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami co w niej wyszło, a co nie. Niestety, jak dla mnie więcej elementów przemawia na nie, ale nie uprzedzajmy faktów.


Jest jedna rzecz, która w Pokemon: Detektyw Pikachu wyszła świetnie. Mam tu na myśli cały wątek detektywistyczny, który napędza główną oś fabularną produkcji. Zagadka zaginięcia (a nawet prawdopodobnej śmierci) ojca głównego bohatera przyciąga uwagę widza, co chwilę zaskakując nowymi informacjami lub interesującymi zwrotami akcji. Ostatecznego rozwiązania dość trudno się domyślić i choć jest ono dość dziwaczne, bawiłem się nieźle, próbując samodzielnie ułożyć poszczególne elementy układanki. Szkoda tylko, że para głównych postaci, czyli Tim - syn poszukiwanego detektywa oraz towarzyszący mu Pokemon Pikachu tak bardzo do siebie nie pasują. Ich relacja pozbawiona jest jakiejkolwiek chemii czy humoru, tocząc się bez wyrazu wraz z płynącą akcją (podobnie jest w przypadku dołączającej do nich młodej reporterki Lucy). Za sprawą fabuły, efektów specjalnych oraz scenariusza film przywodził mi na myśl większość wysokobudżetowych produkcji z lat 90-tych ubiegłego stulecia. Niestety znów jest to zarzut, bo dziś już nie produkuje się filmów w ten sposób. Zbyt wiele scen sprawiało wrażenie sztucznej infantylności, która jeszcze dwadzieścia lat temu często uchodziła twórcom płazem. To samo dotyczy też samych Pokemonów. Jakoś ciężko było mi uwierzyć, że naprawdę istnieją one w tym świecie (zwiastun był pod tym względem mylący). Z jednej strony ich animacja najczęściej wypadała dość fajnie (choć kilka scen było karygodnie niedopracowanych), ale z drugiej strasznie często raził mnie ich wygląd, nazbyt mocno kojarzący się z jakimiś mechanicznymi pluszakami. Paradoksalnie, na plus wyszedł sam Pikachu, który w przeciwieństwie do reszty kieszonkowych stworków został stworzony więcej niż poprawnie (być może znaczna część kasy poszła na jego kreację oraz gażę dla Ryana Reynoldsa, który fenomenalnie zdubbingował tę postać). Niestety, zbyt wiele wspomnianych zgrzytów nie pozwoliło mi cieszyć się filmem tak jak zamierzałem.

Czy zatem Pokemon: Detektyw Pikachu to zły film? Na szczęście nie. Pomimo tego, co napisałem powyżej, nadal można bawić się na nim całkiem nieźle. Szczególnie polecam go tym z Was, którzy nie skończyli  jeszcze osiemnastu lat. W końcu i tak chodzi o to, że elementy, które według mnie w nim nie zagrały, mogą być inaczej postrzegane przez resztę widzów. Najważniejsze, że pomimo zauważalnych zgrzytów całość i tak daje pewną rozrywkę. Jest to jednak frajda na jeden raz, toteż nie zakładam, że jeszcze kiedyś wrócę do tej produkcji. Czasami tak bywa, że to, co było popularne jakiś czas temu, niekoniecznie musi sprawdzić się ponownie. Niech gra pozostanie grą, a animacja animacją. Na chwilę obecną przenoszenie Pokemonów do filmowego świata lekko minęło się z celem.



Tytuł: Pokemon: Detektyw Pikachu (Pokemon: Detective Pikachu)
Scenariusz: Dan Hernandez, Benji Samit
Reżyseria: Rob Letterman
Obsada: Ryan Reynolds, Justice Smith, Kathryn Newton, Bill Nighy, Ken Watanabe, Chris Geere
Wytwórnia: Warner Bros.
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 10 maja 2019 (USA), 31 maja 2019 (Polska)
Czas trwania: 104 min.