piątek, 30 sierpnia 2019

RECENZJA: Grzesznik - Artur Urbanowicz


Mam w tym roku wyjątkowe szczęście do polskich autorów. Po niezwykle ciekawej i dającej do myślenia Ćmie Jakuba Bielawskiego oraz dwóch tomach Berserka Pawła Majki, tym razem sięgnąłem po drugą powieść Artura Urbanowicza. A zrobiłem to nie bez powodu, ponieważ właśnie od tego autora rozpoczęła się moja dobra passa z rodzimymi tytułami. Chcąc sprawdzić jak wypada w porównaniu z Inkubem powszechnie chwalony Grzesznik, ponownie zapuściłem się na wykreowane słowem i wyobraźnią tereny Suwalszczyzny. I muszę przyznać, że była to podróż nie mniej fascynująca, choć w kilku aspektach mocno odmienna. Tym razem uwaga autora skupiła się na gangsterskim półświatku, ukazując jego specyficzne oblicze przepełnione rywalizacją, wymuszeniami czy typowo męską naturą. Urbanowicz nie byłby jednak sobą, gdyby pozostawił ten temat bez nawiązań do mrocznego klimatu horroru. Nie liczcie więc na to, że Grzesznik będzie zwykłą mafijną opowiastką. Co to to nie! Mamy tu do czynienia z najprawdziwszym, rasowym horrorem, choć może trudno byłoby to orzec po przeczytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron tej powieści.

Historia, którą snuje przed naszymi oczami autor, w dość prosty sposób opowiada o bossie suwalskiego półświatka, niejakim Suchym (tak naprawdę Marku Suchockim). Nasz bohater od wielu lat cieszy się zaszczytnym tytułem herszta okolicznej mafii. Prowadzi nieźle prosperujący lokal, ma kasę, kochankę, żonę i dwójkę dzieci, a wśród będących na jego skinienie chłopaków cieszy się nieustającą sympatią i uznaniem. Wszystko zmienia się w chwili, gdy do uszu Marka docierają wieści o wyjściu na wolność człowieka, który niegdyś sprawował rządy na jego terytorium. Grzegorz Samielewicz, zwany przez prasę Grzesznikiem zamierza odzyskać swe królestwo i nie cofnie się przed niczym, aby zrealizować swój cel. Co gorsza, wkrótce okazuje się, że legendarny gangster zdążył już pociągnąć za odpowiednie sznurki, aby zawczasu wprowadzić swój powrót do gry w życie. Na jego drodze staje oczywiście niezadowolony z takiego obrotu spraw Suchy. Niedługo później nasz bohater konfrontuje się z ludźmi swego przeciwnika, co kończy się dla niego pobytem w szpitalu oraz groźnym wstrząsem mózgu. I wówczas do zabawy wkraczają siły, o wiarę w które Marek nigdy by się nie podejrzewał.   

Każdy z nas ma jakieś strachy, które nękają go od czasu do czasu. Dla Suchego są to dwa okazałych rozmiarów lustra, które znajdują się w długim korytarzu jego rodzinnego domu. Niby nic, ale nasz bohater jak nic lęka się przejść pomiędzy nimi, gdy już zapadnie zmierzch. Nie przeczuwa jednak, że już wkrótce do dziwnych, pielęgnowanych od jakiegoś czasu obaw dojdą strachy znacznie większego kalibru. A wszystko co niepokojące, zacznie się wraz z przebudzeniem w szpitalu, przy obecności dziwnego, piskliwego i trudnego do wytrzymania dźwięku. Na domiar złego, Marek zobaczy wkrótce jak z łóżka obok wstaje pewien starszy mężczyzna, który dopiero co został uznany za zmarłego... Jak możecie wyczuć z tego opisu, Urbanowicz tworzy w Grzeszniku świetną historię o duchach i demonach, dla niepoznaki ubierając ją w dość nietypowe szaty gangsterskich realiów. I choć takie połączenie nie jest z pewnością czymś, co najróżniejsi twórcy stosują na co dzień, trzeba docenić, że w tej powieści udaje mu się to wprost znakomicie. Za sprawą lekkiego pióra autor stworzył dość autentyczny, łatwy do przyswojenia świat gangsterów, który przemówi nawet do osób niespecjalnie przepadających za podobną tematyką.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Grzesznik jest przede wszystkim rasowym horrorem i pod tym względem książka nie zawodzi nawet przez chwilę. Fabuła ma sens, postacie prowadzone są właściwie, ciąg przyczynowo-skutkowy jest zachowany w każdym (nawet najdrobniejszym) aspekcie. Urbanowicz potrafi nieźle przestraszyć, co dla horrorowego wyjadacza mojego pokroju było wielką frajdą, tym bardziej, że podczas lektury parę razy miałem niezłego pietra. Strachy strachami, ale żeby dowiedzieć się jak kończą się perypetie głównego bohatera, musicie koniecznie przeczytać całość. Warto też zwrócić dodatkową uwagę na to, dlaczego tak skonstruowana postać jak Marek była w stanie zadziałać w tej powieści. Czytając książkę zastanawiałem się często, czy Suchy w ogóle wzbudza moją sympatię. Teoretycznie nie powinno tak być, ponieważ jawi się on jako persona z założenia negatywna, posiadająca strasznie wiele cech, za które można ją szczerze znielubić. To kim jest, jak traktuje innych i jaka jest wizja jego świata, powinno już na stracie mnie odrzucić. Tymczasem, za sprawą zręcznego humoru, przeplatającego się umiejętnie z całą fabułą oraz przykrym doświadczeniom, jakie przechodzi nasz bohater, da się wykrzesać dla niego naprawdę wiele serca. Tym bardziej, że za sprawą drogi jaką przechodzi, możemy mocno identyfikować się z jego skomplikowaną sytuacją.

Wspomniany humor Grzesznika leży nie tylko w dialogach, ale również w postaciach, które wypełniają jego drugi plan. Najbardziej zapada w pamięć postać matki Suchego, osoby starszej, nieco niedołężnej fizycznie i umysłowo, a więc bardzo kłopotliwej we wszelkiego typu relacjach. Jest ona idealnym przerywnikiem komediowym, ale co ciekawe, pokazującym też prawdziwe oblicze Marka. Za sprawą wpływu jaki ma na swego syna Maria, dowiedziałem się sporo o nim samym. Łapiąc się za głowę podczas obserwacji ich wspólnych zmagań zacząłem szczerze kibicować Suchemu, nie przestając chichotać i podziwiając jego reakcje w sytuacjach, które mnie z pewnością by przerosły. Ten wątek, oprócz głównej intrygi jest moim ulubionym. Przeczucie mówi mi również, że podobne rzeczy nie biorą się na czysto z wyobraźni autora. Urbanowicz musiał znać kogoś pokroju kłopotliwej Marii, w przeciwnym razie nie byłby chyba w stanie napisać tych wszystkich rozdziałów w tak przekonujący, prawdziwy sposób. Wśród postaci odgrywających niebagatelne znaczenie w Grzeszniku, wyróżnia się oczywiście tytułowa postać nowego bossa. Jego kreacja jest wręcz magnetyczna (tak za sprawą opisanego wyglądu jak i charakteru). Osobowość Samiela sprawia, że wszystkie jego dialogi czyta się jednym tchem. Ciekawa sprawa, ale odnosiłem przy tym nieco uzależniające wrażenie, zupełnie jak postacie z książki, które w danym momencie miały z nim do czynienia.

Urbanowicz stworzył w swej drugiej powieści niezwykle wciągającą historię, która jest idealnym połączeniem opowieści gangsterskiej z mrocznym, intrygującym horrorem. W drugiej połowie książki co rusz włosy na karku stają dęba ze strachu, a wciągająca fabuła oraz lżejszy ton pobocznych wątków nie pozwalają nudzić się ani przez chwilę. Oczywiście, jak to u tego autora jest już chyba w zwyczaju, możemy w Grzeszniku liczyć na spore zaskoczenie w finale (a nawet dwa zaskoczenia!). Na szczęście nie jest to końcówka wywracająca całą treść do góry nogami, a jedynie wyjaśniająca i układająca na swoim miejscu wszystkie wprowadzone wątki. Grzesznik jest też zastanawiającą opowieścią o odpowiedzialności i grzechu, czyli kwestiach, które dotykają nas wszystkich w jednakowym stopniu. Nie warto ich więc bagatelizować. Dla fanów dobrej powieści z dreszczykiem będzie to lektura obowiązkowa, ja polecam ją Wam tym bardziej, ponieważ za sprawą dwoistości fabuły książka jest naprawdę jedyna w swoim rodzaju. Cieszę się więc niezmiernie, że moja dobra passa z polskimi pisarzami trwa nadal. Jeśli jesteście znudzeni standardowymi historiami o demonach czy duchach, dajcie szansę powieści Urbanowicza. Dobra zabawa gwarantowana, pamiętajcie tylko aby nie czytać jej późno w nocy. Ja tak zrobiłem i przyznam, że nie był to najlepszy pomysł. ;-)      


Tytuł: Grzesznik
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Gmork
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 476
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 38 zł

środa, 28 sierpnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 15 (Kajtek i Koko w kosmosie tom 4, Ms Marvel tom 6, Superman tom 7, Batman - Detective Comics tom 6)

To wydanie Kiosku z komiksami jest wyjątkowo udane, ponieważ nie czepiam się w nim żadnego z opisanych poniżej tytułów. Wszystkie komiksy sprawiły mi naprawdę wiele frajdy, z tym większą satysfakcją polecam je więc Waszej uwadze. Sięgamy dziś po rodzimą klasykę, udajemy się do New Jersey, aby poznać jedną z moich ulubionych bohaterek Marvela, a na dodatek sprawdzamy co nowego u Batrodziny oraz jedynej w swoim rodzaju familii Kentów. Aż cztery komiksy, których nie powinniście przegapić, jeśli cenicie sobie dobre historie z wyrazistymi postaciami. Zapraszam do czytania i dyskusji o tym, co w opowieściach obrazkowych porusza Was najbardziej. :-)


Kajtek i Koko w kosmosie, tom 4 - Planeta automatów

Niezwykłej przygody Kajtka i Koka ciąg dalszy czas zacząć! Po dłuższej przerwie wreszcie pojawił się czwarty tomik najdłuższego polskiego komiksu, rysowanego i pisanego przez niezapomnianego Janusza Christę. Kajtek i Koko w kosmosie swą premierę miał już bardzo dawno temu (pierwszy pasek komiksu pojawił się w 1968 r.) w pomorskim dzienniku Wieczór Wybrzeża. Przez prawie pięć lat czytelnicy magazynu śledzili niesamowite przygody dwójki nierozłącznych przyjaciół, wysłanych przez profesora Kosmosika w daleką, międzygwiezdną wyprawę. Dopiero teraz, po tylu latach zaciskania pasa i wszelkich drastycznych wyrzeczeniach, wreszcie otrzymujemy pełnoprawną, całkowicie kolorową wersję tego wiekopomnego dzieła. Żarty żartami, ale naprawdę było na co czekać! Ponadczasowy humor Christy nie stracił nic ze swej ostrości na przestrzeni mijających dekad, a niesamowita kreatywność twórcy co chwilę zaskakuje czytelnika podczas zgłębiania kolejnych przygód jego bohaterów.

W tym tomie (podobnie zresztą jak w poprzednich - pierwszym oraz drugim i trzecim) poukładany Kajtek i nadgorliwy Koko wdadzą się w całą masę niezapomnianych perypetii. Po spędzeniu czasu na tytułowej Planecie automatów, wreszcie wyruszą w kierunku Ziemi. Oczywiście nietrudno zgadnąć, że będzie to zaledwie wstępem do dalszych, pełnych niebezpieczeństw przygód. Po dostaniu się do kosmicznego pojazdu Koko podda się niezwykłej sennej terapii, która przeniesie go do oceanicznej krainy na planecie Gy. Tam zyska tytuł bohaterskiego rycerza, któremu w udziale przypadnie wyswobodzenie córki księcia Podwodniaków z rąk złowieszczego ludu zamieszkującego powierzchnię. Nie minie wiele czasu, a nasi ulubieńcy trafią na planetę, która przypomina Ziemię z czasów przedchrześcijańskich (kto wie, być może tu narodził się pierwszy pomysł na powstanie Kajka i Kokosza...?). Czytając Kajtka i Koka w kosmosie nie da się oprzeć wrażeniu, jak niesamowicie kreatywnym twórcą był Janusz Christa. W komiksie co chwilę coś się dzieje, bohaterowie nieustannie przenoszą się z miejsca na miejsce, a ich przygody rozśmieszają i fascynują od pierwszej do ostatniej strony. Co tu dużo pisać, mamy tu do czynienia z żelazną klasyką, którą warto znać nie tylko ze względu na historię polskiego komiksu. To po prostu pierwszorzędna historia science-fiction, którą cechuje pełna ponadczasowość oraz jedyna w swoim rodzaju fabuła, której Chriście mogą pozazdrościć współcześni twórcy komiksów.    

Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 4 - Planeta automatów
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Ms Marvel, tom 6 - II Wojna Domowa

Nie było jeszcze okazji napisać na blogu czegoś o Ms Marvel, nadrabiam to więc przy tej okazji. Fakty są takie, że śledzę tę serię od samego jej początku (Marvel Now!, a teraz Marvel Now! 2.0) i obok All-New Wolverine uważam za najlepszy, aktualnie wydawany cykl wydawnictwa. Dlaczego? Choć może wydawać się to dziwne, tytuł ten łączy w sobie (nietypowy dla stylu superhero) mocno obyczajowy klimat, szkolne problemy nastolatków, egzotykę odmiennej kultury (tytułowa bohaterka pochodzi z muzułmańskiej rodziny osiadłej w USA), angażującą akcję oraz niesamowitą lekkość opowiadania historii, dzięki którym komiks kupuje nas już po przeczytaniu kilku pierwszych stron. I nic w tym dziwnego, skoro za pisanie powyższego tytułu wzięła się G. Willow Wilson (amerykańska islamistka, która zyskała spore uznanie za serię Air, a obecnie tworzy przygody Wonder Woman dla DC Comics) oraz Adrian Alphona i Takeshi Miyazawa (rysownicy, którzy w swych pracach potrafią świetnie połączyć mangowy styl z przezabawnym bogactwem drugiego i trzeciego planu). Naprawdę, wierzcie mi na słowo, Ms Marvel to komiks, na którym będziecie się śmiać, smucić i ekscytować bez względu na to, o ile lat starsi jesteście od jego tytułowej bohaterki.

II Wojna Domowa stanowi oczywisty spin-off świetnego crossoveru pod tym samym tytułem (tak, nie przepadam za tego typu wydarzeniami, jednak ten spodobał mi się wyjątkowo!). Choć o głównej historii jakoś nie udało mi się napisać w tym dziale, w tej chwili ograniczę się jedynie do tego, aby pochwalić pomysł, wprowadzony do uniwersum przez Briana M. Bendisa. W kolejnym rozłamie, który poróżnił bohaterów Marvela, wielką rolę odegrał niejaki Ulysses, jasnowidzący chłopak pochodzący z rasy Inhumans. Dysponował on potężną mocą zdolną przewidywać przyszłość. Zdolności Ulyssesa do prewencyjnego zapobiegania zbrodniom postanowiła wykorzystać Kapitan Marvel, co w ostatecznym rozrachunku doprowadziło do śmierci płk. Jamesa Rhodey'a oraz długofalowego oziębienia relacji bohaterki z Iron Manem (akurat ta historia, częściowo opowiedziana w Niezwyciężonym Iron Manie niezbyt przypadła mi do gustu). W II Wojnie Domowej z Ms Marvel autorzy kontynuują tę opowieść, umieszczając Kamalę Khan w centrum uwagi Carol Danvers, która powierza jej nadzór nad grupą młodzików (nazwaną Kadetami), wyselekcjonowaną do eliminowania zagrożeń wytypowanych przez Ulyssesa. Kamala, z początku zapalona do nowych perspektyw, szybko przekonuje się jak niemoralne i błędne jest postępowanie według podobnie wytyczonych zasad. Ale komiks ten to nie tylko akcja! Dzięki przybliżeniu historii jej rodziny oraz finalnej podróży do Pakistanu, nasza bohaterka odbywa ciekawą i pouczającą drogę w głąb swego serca. Co tu dużo pisać, Ms Marvel to superhero jakiego wstyd nie znać! I choć jest to już szósty tom cyklu, wciąż prezentuje on nienaganną jakość, zmuszając mnie do niecierpliwego czekania na kolejną część.

Tytuł: Ms Marvel, tom 6 - II Wojna Domowa
Scenariusz: G. Willow Wilson
Rysunki: Adrian Alphona, Takeshi Miyazawa, Mirka Andolfo
Przekład: Anna Tatarska
Wydawnictwo: Egmont Polska/Marvel
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Superman, tom 7 - Bizarrowersum

Zło­tem przy­ro­dy - pierw­sza zie­leń; 
Po niej - już nic prócz spło­wień, zbie­leń. 
Roz­kwi­tu szczyt - to pierw­szy li­stek, 
Lecz przez go­dzi­nę le­d­wie: wszy­stek 
Zwy­kle­je w liść na­tych­miast po­tem. 
Tak Eden zsza­rzał nam w zgry­zo­tę, 
Tak świt nam blak­nie w świa­tło dnia. 
Wszyst­ko, co zło­te, krót­ko trwa.
- Robert Frost

Tak jak w poezji R. Frosta, tak i w życiu. Wraz z siódmym tomem z serią Superman żegnają się jej oddani autorzy. Patrick Gleason i Peter J. Tomasi pisali przygody Człowieka ze Stali w cyklu DC Odrodzenie przez około dwa lata. Jak pokazał to już pierwszy tom (Syn Supermana), umiejętnie połączyli oni wartości, które zawsze przyświecały największemu herosowi na Ziemi z jego ciekawym (i niebagatelnym) życiem rodzinnym. Dzięki temu otrzymaliśmy komiks, który nie tylko bawił, ale również uczył i wywoływał sporo szczerych wzruszeń. I tych emocji nie brakuje również w Bizarrowersum, ponieważ oprócz tytułowej historii autorzy stawiają mocny akcent na to, co stanowiło ścisłe clou ich dotychczasowej twórczości. Rodzina Clarków przeprowadza się do Metropolis, ich dom w Hamilton jest już sprzedany, przyszedł zatem czas na ostatnie porządki oraz wypad na podmiejski jarmark. Przy okazji warto też rzucić okiem na niejakiego Boyzarro i jego kumpla Robzarro, którzy utknęli na Ziemi po pewnej dramatycznej sytuacji z ich ojczystej planety... Ale nie uprzedzajmy faktów. Najlepiej poznać tę historię samemu, tym bardziej, że dostarcza ona sporo uśmiechu oraz wartkiej akcji, z której nie od dziś słyną komiksy z Supermanem.

Choć Człowiek ze Stali nie znajduje się w ścisłej czołówce moich ulubionych bohaterów DC (Flash i Aquaman wciąż nie dają mu forów), nie mogę jednak pominąć pozycji, jaką zajmuje wśród czytelników na całym świecie. Komiksy Gleasona i Tomasiego tylko podkreślają ten trend, o czym możecie z łatwością przekonać się sami. Jeśli spodoba się Wam Bizarrowersum, sięgnijcie po pozostałe tytuły z tej serii, a zobaczycie jak udany i pomysłowy jest to cykl. Bo przecież Superman jest tylko jeden! I póki nad Wisłą nie poznaliśmy jego przygód pisanych przez Briana M. Bendisa, opisane powyżej historie są jednymi z najlepszych jakie znajdziecie.   

Tytuł: Superman, tom 7 - Bizarrowersum
Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason
Rysunki: Patrick Gleason, Dough Mahnke, Scott Godlewski
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Batman - Detective Comics, tom 6 - Upadek Batmanów

Jak pokazał powyższy tom Supermana, wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. I choć Mrocznego Rycerza taki rozwój spraw raczej nie dotyczy, w Upadku Batmanów doświadczamy końca drużyny, która towarzyszyła tytułowemu bohaterowi od pierwszego tomu serii (Powstanie Batmanów). Muszę przyznać, że to co zaprezentował w serii James Tynion IV, ostatecznie ułożyło się w dość solidną, koncepcyjną całość. Oczywiście nie wszystkie intrygi zostały bezpowrotnie zamknięte (cykl będzie przecież wychodził nadal), ale stojący w centrum wszystkich wydarzeń wątek Batrodziny zyskał tym samym swój początek, rozwój i koniec. Co ciekawe, autor wykorzystuje w powyższym tomie powracającą kwestię Syndykatu Ofiar (patrz tom 2), któremu udaje się opanować Azyl Arkham. Ta składająca się z przypadkowych ofiar działalności Batmana grupa, planuje jednak o wiele więcej niż Nietoperz i jego drużyna początkowo zakładają. Pech chce, że we wszystko wplątany zostaje Clayface, a na domiar złego wszystko wskazuje także na to, że wizja z przyszłości Tima Drake'a może się niechybnie spełnić... 

James Tynion IV świetnie rozkłada czas pomiędzy wszystkie postaci swego dramatu, dzięki czemu żadna z nich nie może skarżyć się na niedostateczną ilość kadrów ze swoim udziałem. Jak przystało na Detective Comics, cały czas mamy tu do czynienia z zagadką detektywistyczną, która we właściwych momentach przeplata się z dynamiczną akcją, pełną zaskakujących rozwiązań. W centrum wydarzeń pozostaje jednak sam Clayface, który zostaje wykorzystany jako narzędzie do straszliwej zemsty. Autor umiejętnie pokazuje nam rozterki i bolączki tego byłego złoczyńcy, aby w oparciu o jego los dokonać ostatecznego rozłamu w zespole Batmana. Dodatkową atrakcją tomu jest ostatni rozdział, przedstawiający historię Basila Karlo oraz jego tragicznej przemiany w błotne monstrum. Ilustracyjnie Upadek Batmanów wypada całkiem przyzwoicie. Wszyscy graficy pracujący nad komiksem prezentują podobną technikę, dzięki czemu nadmierna rozbieżność stylów nie wybija nas z rytmu podczas śledzenia poszczególnych rozdziałów historii. Tynion IV kończy pewien etap w opowieści o Batrodzinie, szykując grunt pod kolejne, nie mniej interesujące przygody. Wszak ostatni kadr komiksu zwiastuje nadchodzące kłopoty z Ulyssesem Armstrongiem w roli głównej!

Tytuł: Batman - Detective Comics, tom 6 - Upadek Batmanów
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Philippe Briones, Eddy Barrows, Miguel Mendonca, Joe Bennett, Jesus Merino
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 168
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 24 sierpnia 2019

RECENZJA: Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow - Jessica Townsend


Nie minęło wiele czasu, a ja z nieukrywaną przyjemnością powróciłem do Nevermooru. Powodem kolejnej wizyty była oczywista ciekawość o nowe losy Morrigan Crow, której przygody opisane w pierwszym tomie cyklu (recenzja tutaj) zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie. Z pewnością pamiętacie, jak niejednokrotnie porównywałem powieść Jessici Townsend do twórczości J. K. Rowling, zwracając uwagę na podobieństwa stylistyczne oraz inspiracje, jakie przychodziły mi do głowy podczas lektury. Ani razu nie zarzuciłem jednak autorce pójścia na łatwiznę, uparcie tłumacząc podobne podejście zwykłym poruszaniem się w ramach gatunku, którego właściwe opanowanie wymaga takiego właśnie specyficznego, literackiego podejścia. Aby definitywnie zamknąć ten temat, ostatecznie zaznaczę tylko, że Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow to książka, która przy pewnych oczywistych skojarzeniach, z każdą kolejną przeczytaną stroną coraz bardziej oddala się od swego dziedzictwa. Jednocześnie na swój własny sposób kształtuje indywidualną i niepowtarzalną formę, która (jak dobrze pójdzie) za jakiś czas sama posłuży za przykład do analizy. Tak moi mili, Jessica Townsend w nowej odsłonie swego fantastycznego cyklu zabiera nas w podróż pełną magii, tajemnic i fascynacji, jakiej jeszcze nie mieliśmy okazji odbyć.

Autorka nie bawi się w zbędne wstępy. Dobrze wie, że doskonale pamiętamy wydarzenia z poprzedniej części, toteż od razu rzuca nas w wir wszelkich (czasem nawet dość zagmatwanych) wydarzeń. Znów spotykamy Morrigan, Jupitera Northa, Hawthorna i resztę niecodziennych bohaterów książki. I tak jak ostatnio towarzyszymy im w całej masie przygód, podczas rozwiązywania jednej lub dwóch zagadek, które nieoczekiwanie pojawią się na ich drodze. Townsend dzieli ten tom na trzy fabularne segmenty. Pierwszy traktuje o sekrecie, w posiadanie którego weszła Morrigan za sprawą rewelacji Ezry Squalla, drugi bierze na warsztat zagadkę zniknięć pewnych istotnych osobistości Nevermoore'u, natomiast trzeci opowiada o miesiącach nauki Jednostki 919, zakłócanych przez podstępne żądania od nieznanych sprawców, zmuszających grupę bohaterów do wykonywania dość dziwnych i niekoniecznie przyjemnych zadań. Podczas lektury czułem wyraźnie, że autorka ma bardzo szeroko zakrojony pomysł na całość, umiejętnie prowadząc mnie przez zawiłości fabuły i pokazując mi wyłącznie to, co w danej chwili jest dla mnie istotne. Choć w finale większość pytań z powieści znajduje swoje naturalne odpowiedzi, oczywistym jest, że największe wyzwania są dopiero przede mną. Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow to książka, która opowiada własną historię, nie zapominając ani na chwilę o budowaniu większej, być może jeszcze ciekawszej całości.

W tworzeniu tego konceptu świetnie służy Townsend stała rozbudowa świata przedstawionego oraz wprowadzanie nowych, często dość nieoczywistych postaci. Bogactwo Wolnego Stanu i Nevermooru stale zaskakuje, a indywidua takie jak wychowawczynie Dearborn i Murgatroyd (dawno nie miałem do czynienia z tak kreatywnym potraktowaniem temat Dr. Jekylla i Mr. Hayde'a!) czy Anioł Izrafel dodają specyficznego kolorytu do całości, jeszcze mocniej podkreślając, jak dobrze autorka panuje nad swą historią. W trakcie śledzenia fabuły powieści nie zawodzi także jeden z najważniejszych czynników, czyli nasza tytułowa protagonistka. Dzięki przeciwnościom, na jakie nieustannie wystawia ją autorka, jesteśmy w stanie wczuć się w psychikę Morrigan, zrozumieć jej rozterki i obawy, a także kibicować jej podczas najbardziej emocjonujących wydarzeń. Działa to bez zarzutu gdy dodatkowo zauważymy, w jak kłopotliwych sytuacjach stawiana jest nasza nastoletnia bohaterka. Choć obok niej często znajduje się ktoś skłonny służyć pomocą, w ostatecznym rozrachunku decyzja oraz działanie spada wyłącznie na Morrigan. To właśnie dlatego czujemy z nią bliską, nieomal nierozerwalną więź, a książkę czyta się prawie jednym ciągiem.

Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow to kawał naprawdę dobrej, fantastycznej historii, która przyciąga nas trzema niezwykle ważnymi elementami: ciekawie skonstruowanymi postaciami, przebogatym światem zrodzonym w wyobraźni autorki, oraz tajemnicą wraz z szeroko zakrojonym pomysłem, nie ograniczającym się wyłącznie do przedstawienia jednorazowej fabuły. Wiele książek dla młodzieży szybko zamyka za sobą wrota (do własnego świata) podczas swych ostatnich stron, aby przy kolejnym tomie wskrzeszać cały pomysł nieomal od podstaw. Jessica Townsend zachowuje na stole wszystkie karty nienaruszone, dzięki czemu tym łatwiej jest jej wrócić do tematu przy pisaniu kolejnej części. Jest to też ważne dla czytelnika, bo za sprawą tego zabiegu wie on, o co toczy się cała gra. Techniczne kwestie to jeden z wyraźnych atutów warsztatu pisarki, najważniejszym jest jednak, jak wiele serca wkłada ona w tworzenie samej historii. To dzięki temu przemawia ona tak wyraźnie, a czytelnik czuje, że autorka miała co najmniej tyle samo frajdy z pisania, co on z jej czytania. I właśnie tak rodzą się rzeczy prawdziwie niezapomniane - kiedy fantazja i serce potrafią znaleźć drogę do umysłu, zapisując się na stałe na kartach naszej wyobraźni. Oto prawdziwy sekret świetnej opowieści. Dzięki twórczości pisarzy takich jak Townsend na pewno tego nam prędko nie zabraknie.


Tytuł: Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow
Autor: Jessica Townsend
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 464
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39 zł

czwartek, 22 sierpnia 2019

Jak okroić historię z jej największego atutu, czyli Batman: Hush (2019)


Komiksowy Batman: Hush to wspólne dzieło Jepha Loeba i Jima Lee. Wydawany na przełomie 2002/2003 r. do dziś uważany jest za jedną z ciekawszych historii z Mrocznym Rycerzem, jaka ukazała się w ciągu ostatnich dekad. Choć sam nie jestem wielkim zwolennikiem tej opowieści, trudno mi nie docenić kunsztu scenarzysty (który stworzył dość zagmatwaną intrygę, wykorzystującą wielu dotychczasowych przeciwników Batmana, a także nieznane fakty z jego przeszłości) oraz wprost rewelacyjnych grafik mistrza ilustratora. Jakby nie patrzeć, to dzięki kresce Jima Lee komiks ten ogląda się z wielką przyjemnością nawet bez zgłębiania fabuły. Popularność współczesnych dzieł często skutkuje przeniesieniem ich do innego medium, nie inaczej stało się w przypadku tej historii. W ten sposób Batman: Hush doczekał się swojej nowej wersji jako kreskówka i na tle oryginału oraz pozostałych tytułów z animowanej serii jest... chyba jakąś kpiną!


Nie wiem jakie zasady rządzą w Warner Bros Animation, ale to co zobaczyłem w powyższej adaptacji jest zwykłym zmarnowaniem intrygującej koncepcji fabularnej. Mało tego, film ten to idealny przykład kompletnie niezrozumiałego uproszczenia całej komiksowej intrygi. Akcja zaczyna się podobnie jak w pierwowzorze. Batman uczestniczy w odbiciu porwanego chłopca, którego dla pokaźnego okupu uprowadził Bane (w historii Loeba był to Killer Croc - takich małych zmian jest tu więcej, to akurat mi nie przeszkadza, ważne aby ogólny kształt opowieści został zachowany). Po dynamicznej walce oraz ujęciu złoczyńcy, w nieznanych okolicznościach znika walizka z okupem. Jak się okazuje, podstępnie wykradła ją Catwoman, aby w tajemnicy dostarczyć zdobycz Poison Ivy. Podczas ucieczki Kotki, Nietoperz zostaje poważnie ranny, a jego stanem zmuszony jest zająć się dawny przyjaciel z dzieciństwa, Thomas Elliot. I niby wszystko jest OK... Wkrótce Bruce przybywa do Metropolis, gdzie musi zmierzyć się z Supermanem, który (podobnie jak wcześniej Bane) jest pod silnym wpływem hipnotyzujących toksyn Ivy. Film płynie sobie dalej i wszystko pozornie wydaje się być w porządku, tymczasem całość zaczyna sypać się (tzn. zaczynamy spostrzegać brakujące fragmenty łamigłówki) w trzecim akcie filmu, który zupełnie pomija najciekawszy (i przecież najważniejszy!) wątek skomplikowanej intrygi Husha.


Sądzę, że czas jaki upłynął od pierwotnego opublikowania tej historii upoważnia mnie do pisania recenzji z wszelkimi możliwymi spoilerami. Wyobraźcie więc sobie, że wątek doktora Thomasa kończy się definitywnie w ciemnej alejce na tyłach opery (tuż po zuchwałym ataku Harley Quinn). Nie znajdziecie tu także żadnych wspomnień Bruce'a z młodych lat (dość licznych i tak istotnych w komiksie), a co za tym idzie, w całą aferę z Hushem zostaje zamieszany (i jest jej tytułowym złoczyńcą) wyłącznie Riddler. Łatwizna, krótkowzroczność oraz zwykły brak szacunku dla widza. Co myśleli sobie odpowiedzialni za scenariusz i reżyserię tego filmu panowie Altbacker i Copeland nie mam pojęcia, ale koniec końców oddali w moje ręce produkt słaby i wybrakowany. Taki, który raczej nie przypadłby mi do gustu nawet jeśli nie znałbym wcześniej oryginalnej opowieści. Finalne ujawnienie złoczyńcy jako Riddlera oraz wyjaśnienie jego planu jest zwyczajnie słabe, a zabranie z fabuły istotnego elementu pałającego zazdrością, dawnego przyjaciela Bruce'a, znacznie osłabiło całą intrygę (której nieoczywistość i sposób prezentacji stanowiły główną oś komiksu). Czyżby twórcy sądzili, że widzowie nie połapią się w zawiłościach fabuły? A może bali się przekroczenia czasu trwania filmu (przecież można było podzielić go na dwie części)...? Nie wiem.


Tym bardziej szkoda mi Batman: Hush, ponieważ jestem sympatykiem wszelkich animacji DC (sporo ich recenzji znajdziecie na blogu) i jak do tej pory żadna nie zawiodła mnie aż tak bardzo. Przez spłycenie tej historii nie mogę również cieszyć się z tych kilku elementów, które w filmie wypadły jak należy. Do plusów zaliczyłbym niewątpliwie ciekawy wątek romantyczny pomiędzy Batmanem i Catwoman, stanowiący interesujące tło do wszelkich wydarzeń, świetnie kreślące również linię psychologiczną obu tych postaci. W produkcji nie zabrakło również świetnych, bardzo dynamicznych walk (choć technika animacji nie wykracza poza to, do czego studio przyzwyczaiło nas przez lata), czy pomysłowo wprowadzonej sceny z lustrami, w których odbija się wizerunek grożącego Nietoperzowi Husha. Jeśli cenicie oryginał, radzę Wam szerokim łukiem omijać tę adaptację. Szkoda psuć sobie krew, albo łapać za głowę podczas oglądania jej żałosnego, mocno uproszczonego finału. Przykro, że tym razem nie dostałem tego, za co lubię animacje wytwórni, tym bardziej, że na tapetę wzięto komiks, który dawał twórcom naprawdę spore pole do popisu. Zamiast męczyć się przy Batman: Hush sięgnijcie lepiej ponownie po dzieło Loeba i Lee lub włączcie sobie z DVD dowolną kreskówkę DC (np  albo ). Będzie to o wiele lepiej spędzony czas.



Tytuł: Batman: Hush
Scenariusz: Ernie Altbacker, Jim Lee, Jeph Loeb
Reżyseria: Justin Copeland
Obsada (dubbing): Jason O'Mara, Jennifer Morrison, Stuart Allan, Geoffrey Arend, Chris Cox, Adam Gifford, Peyton List, Jerry O'Connell, Rebecca Romijn
Wytwórnia: Warner Bros. Animation 
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 20 lipca 2019 (USA)
Czas trwania: 81 min.

środa, 21 sierpnia 2019

The Walking Dead (Żywe trupy) - moje wspomnienia i pożegnanie z jedną z najlepszych serii komiksowych wszechczasów


Moja przygoda z The Walking Dead zaczęła się ponad dekadę temu, kiedy to w 2008 roku w moje ręce trafił (jako prezent) piąty tom cyklu (Najlepsza obrona). Niespecjalnie lubię czytać serie od tak wysokiej numeracji, słyszałem jednak o tym tytule nieco dobrego, toteż przełamałem się i zatopiłem w lekturze. Oczywiście, powodem dla którego otrzymałem ten komiks była moja ogólnie znana fascynacja żywymi trupami oraz zombie. George A. Romero to jeden z moich ulubionych twórców horrorów tamtych czasów, a większość wychodzących wówczas produkcji ze szwendaczami znałem nieomal na pamięć. Jak więc mogłem przegapić The Walking Dead...? Sam nie wiem. Zawinił jakiś nieokreślony czynnik, na szczęście za sprawą ludzkiej życzliwości i zwykłego zbiegu okoliczności szybko nadrobiłem tę nieocenioną stratę. Szybko, bo jak się okazało, piąty tom wciągnął mnie tak bardzo, że od razu postanowiłem poznać wcześniejsze przygody bohaterów tego komiksu. Wielka w tym zasługa scenarzysty serii, wówczas jeszcze nie znanego przeze mnie Roberta Kirkmana, który nawet w już tak zaawansowanym fabularnie, piątym tomie potrafił zaciekawić mnie całą historią.


The Walking Dead w założeniu było przedłużeniem wszystkich znanych opowieści o żywych trupach. Tam, gdzie filmy zazwyczaj napotykały napis the end, seria Kirkmana łapała w żagle drugi wiatr. W zamierzeniu autora ta niekończąca się (zbyt szybko) historia snuła losy wielu ciekawie przedstawionych postaci, pokazując ich wzloty i upadki na przestrzeni tygodni, miesięcy, a nawet lat. Była to swojego rodzaju obrazkowa telenowela, pokazująca jak zmienia się świat i ludzkość ogarnięta apokaliptycznym wirusem (choć przyczyn wstawania zmarłych z grobów nigdy do końca nie wyjaśniono) oraz mozolny proces powrotu do czegoś, co znów można byłoby nazwać cywilizacją. Główną atrakcję cyklu stanowiły zawsze fabularne zawirowania, jakim autorzy komiksu poddawali lubianych przez nas bohaterów. Na ich czele stanął charyzmatyczny, inteligentny policjant, Rick Grimes, który hospitalizowany po oberwaniu kulki podczas ulicznej strzelaniny, obudził się samotnie na oddziale już po przejściu pierwszej fali zombie. O tym, jak radził sobie samotnie w opętanym truposzami świecie oraz o poszukiwaniu jego rodziny, wspaniale opowiadał pierwszy tom serii (Dni utracone). Lecz był to zaledwie początek. Na przestrzeni kilkunastu lat Kirkman wprowadził do treści wprost niesamowitą ilość pomysłów i postaci, które sprawiły, że cykl czytało się z niezmiennym wręcz zainteresowaniem.

Przygody Ricka i jego drużyny zaczęły ukazywać się w USA w 2003 roku, nakładem wydawnictwa Image Comics. Początkowe zeszyty rysował Tony Moore, aby w drugim zbiorczym tomiku (Wiele mil za nami) oddać na stałe pałeczkę głównego grafika niezastąpionemu Charlie Adlardowi. Do lipca 2019 roku ukazały się łącznie 193 zeszyty (przy częstotliwości wydawania raz w miesiącu), które zebrano w 32 regularnych tomach (oraz 4 wielkich kompendiach). Wspomniane liczby z pewnością mówią nam wiele o popularności serii, która w głównej mierze stawiała na ekscytującą fabułę oraz protagonistów, z którymi można było identyfikować się za sprawą ich głębokich i realistycznych przemian. Prym w tej materii wiódł przede wszystkim duet Rick i Negan, czyli swoiste "yin/yang" The Walking Dead. Wprowadzony w 17 tomie (Powód do strachu) Negan był z początku kolejnym, straszliwym (szczególnie po charyzmatycznym Gubernatorze) antagonistą serii. Szybko okazało się jednak, w jak doskonały i przemyślany sposób skonstruowany był ten złoczyńca. Przywódca uzbrojonej grupy nazywanej Zbawcami, okrucieństwem i silną ręką przykrywał swój ból oraz strach przed utratą wszystkiego co go otaczało. W opozycji do niego autorzy postawili Ricka, wiecznie sprawiedliwego realistę, skłonnego wierzyć w równość ludzi i wspólne dążenie do harmonii. O ich zbrojnych i psychologicznych starciach można by pisać doktorskie rozprawki (a także o drodze do odkupienia, jaką dzięki Rickowi przeszedł Negan), tutaj wspomnę tylko o tym, że wspólne relacje tych postaci stanowią swoistą opowieść w opowieści, jaką po mistrzowsku udało się stworzyć Kirkmanowi. I choć długo można by wymieniać najbardziej ulubione elementy komiksu, niezmiennym faktem pozostaje, że konflikt Ricka i Negana wyszedł Kirkmanowi absolutnie po mistrzowsku. 


Dziewięć lat temu sukces komiksu skłonił stację AMC do stworzenia serialu TV na podstawie The Walking Dead. Pierwsze dwa sezony były prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Choć serial nie trzymał się kurczowo kolejności wydarzeń zaprezentowanych w oryginale, oglądało się go naprawdę świetnie (jedną z moich najbardziej ulubionych scen jest ta z pierwszego odcinka drugiego sezonu, kiedy bohaterowie ukrywają się przed hordą zombie pomiędzy porzuconymi autami na autostradzie). Rysą na szkle okazał się niestety trzeci rok powstawania serii, kiedy z zespołu tworzącego tytuł odszedł Frank Darabont (pełniący rolę producenta wykonawczego) i spadek formy twórczej stał się coraz bardziej wyczuwalny. Czwarty sezon był już naprawdę mocno słaby (głównie za sprawą nudnych, nic nie wnoszących rozmów bohaterów, a także mało angażującej, mocno rozwleczonej akcji). Porzuciłem oglądanie serialu w połowie piątego sezonu, wracając do niego tylko okazjonalnie, chcąc m.in. sprawdzić jak wypadnie w roli Negana uwielbiany przeze mnie Jeffrey Dean Morgan. Na moje szczęście aktor kradł większość scen ze swoim udziałem, choć jego kreacja trochę różniła się od Negana znanego z komiksu. Popularność telewizyjnej wersji The Walking Dead poskutkowała powstaniem spin-offu, przedstawiającego wcześniejsze wydarzenia z apokalipsy, lecz już z inną grupą bohaterów. Niestety, ten serial również okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem (zacząłem i zakończyłem jego oglądanie wyłącznie na pierwszym sezonie). 

Choć The Walking Dead jest bez wątpienia jednym z najlepszych komiksowych dzieł naszych czasów, seria nie uniknęła także kilku słabszych chwil. Trudno się jednak temu dziwić, kiedy mamy do czynienia z tytułem powstającym nieprzerwanie od ponad piętnastu lat. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a Kirkman i Adlard jako twórcy takiego tasiemca mieli pełne prawo do niewielkiej ilości gorszych i mniej kreatywnych chwil. Zdarzały się im one szczególnie w środkowym okresie wydawania tytułu, a najbardziej widoczne były w dość długo prezentowanych wątkach (chyba najmocniej odczułem to w Aleksandrii oraz ostatnim etapie wojny ze Zbawcami). Na szczęście niższy poziom treści przełożył się na spadek formy w zaledwie 2-3 tomach, nie ma więc o co kruszyć kopii (odnotowałem ten fakt wyłącznie z poczucia obowiązku). Na szczęście przez większość czasu seria zapewniała wiele dynamiki, emocji i wzruszeń. Nie było to łatwe zadanie, bo każda decyzja Kirkmana musiała mieć wpływ na wiele składowych czynników cyklu. Zmiany otoczenia, antagoniści, bohaterowie czy sama struktura przyczynowo-skutkowa - sens takich kwestii łatwo zagubić przy pojedynczych tytułach, a co dopiero przy tasiemcu jakim był The Walking Dead. Ponieważ komiks był z założenia horrorem, znalazło się w nim także wiele strasznych, wręcz ohydnych scen (oczywiście z udziałem rozpadających się, krwiożerczych korpusów). Tymczasem nigdy nie stanowiły one clou tytułu, autorzy woleli stawiać na tezę, że najgorszymi potworami jesteśmy przecież my sami. Widać to świetnie od pierwszej do ostatniej strony komiksu. Sporą rolę w treści odgrywało również pełne zaskoczenie, które nie gwarantowało bezpieczeństwa żadnej z lubianych przez nas postaci. W ten sposób drużyna Ricka to rozrastała się, a to drastycznie zmniejszała, aż do chwili, gdy dramat śmierci dosięgnął również naszego głównego protagonistę.


Zabicie Ricka Grimesa zakończyło The Walking Dead w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I w sumie nie chodzi mi o ten skrupulatnie zaplanowany element zaskoczenia, ale o zwykłe zdziwienie, jakie wywołała u mnie informacja o planowanym końcu serii. Wcześniej nic nie wskazywało na to, aby Kirkmanowi znudziło się prowadzenie tytułu lub nie miał już dobrych pomysłów na jego dalszy ciąg. Wręcz przeciwnie, cykl miał się nadal całkiem nieźle, powoli wypływając na coraz szersze wody wyobraźni jego twórców (odnalezienie przez bohaterów wielkiej społeczności zwanej Wspólnotą dawało przecież nieograniczone pole do popisu). Jak ostatecznie okazało się z posłowia do zeszytu 193, Kirkman planował zakończenie The Walking Dead już kilka ładnych lat temu. Wtedy jednak nie był to dobry czas (wydarzenia miały mieć swój finał po dotarciu bohaterów do Aleksandrii, gdzie mieli odtąd wieść pozornie szczęśliwe i spokojne życie), zastosował więc swoiste obejście fabularne, które umożliwiło mu opowiadanie nowych wydarzeń przez znacznie dłuższy czas. Sytuacja ze Wspólnotą była czymś bardzo podobnym do wspomnianej sytuacji, Kirkman wiedział więc, że kolejne obejście scenariusza będzie tym razem zwykłym graniem na czas, które w ostatecznym rozrachunku przyniesie więcej złych niż dobrych rzeczy. Postanowił więc zakończyć serię tak, jak w danej chwili najlepiej podpowiadała mu intuicja. Uśmiercił Ricka, w finale opowieści przenosząc nas spory kawał czasu w przyszłość, pokazując jak sprawy się mają na długo po odejściu głównego bohatera cyklu (i jaki wpływ miały jego działania na dalej egzystującą społeczność). W tym epilogu najważniejszą postacią uczynił Carla (syna Ricka), przy jego pomocy snując krótką historyjkę, będącą naprawdę udanym pożegnaniem z tytułem.

The Walking Dead przez te wszystkie lata dawało mi rozrywkę na najwyższym poziomie. Taką, jaką cenię najbardziej, nie obrażająca mojej inteligencji, a jednocześnie będącą wciągającą i wzruszającą jak mało co. Poprzez pełne mrożących krew w żyłach sceny z udziałem szwendających się truposzy, aż po w pełni angażujące zdarzenia z licznymi (bardzo lubianymi lub w pełni znienawidzonymi) bohaterami, których na przestrzeni czasu poznałem lepiej niż członków własnej rodziny. Czytając komiks Kirkmana i Adlarda mogłem odrzucić własne troski, wiedząc że na stronach tej opowieści są ludzie, którzy w tym fikcyjnym (ale jakże namacalnym) świecie mają przecież dużo gorzej. Płynąca z tego dodatkowa wiedza i nauka pozwoliły mi znaleźć pewne rozwiązania w realnym życiu. I tak, podziwiając upór i odwagę Ricka, nieprzejednanie Michonne, bezwzględność Negana, okrucieństwo Gubernatora, realizm Andrei czy początkowy brak pokory Carla czułem, jak za ich sprawą wypełnia się moje prawdziwe życie. Bo o tym, że gdy coś rozgrywa się wyłącznie w mojej wyobraźni nie oznacza, że nie dzieje się to naprawdę, mówił już pewien znany dyrektor szkoły dla czarodziejów. Dlatego też The Walking Dead tak mocno odbiło się na moim fantastycznym i prawdziwym życiu. Nic w tym dziwnego, skoro w powstanie tytułu twórcy włożyli całych siebie, cenny czas i wielkie emocje, skrupulatnie przelewając to wszystko na papier. A najważniejsze, że pod pozorem strasznej historii o zombie zaprezentowali obraz nas (i siebie) samych, z nienaruszalnej cząstki człowieczeństwa tworząc największy atut tego wspaniałego komiksu. Komiksu, który długo nie będzie miał na rynku żadnej konkurencji, a liczyć będzie można jedynie tytuły, które powstały jako jego następstwo i wyraźna inspiracja.



Tytuł: The Walking Dead (Żywe trupy)
Twórcy: Robert Kirkman, Charlie Adlard, Tony Moore, Cliff Rathburn
Wydawnictwo: Image Comics (Taurus Media)
Lata publikacji: 2003-2019
Ilość tomów: 32 (193 zeszyty)

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

RECENZJA: Upiorne opowieści po zmroku - Alvin Schwartz


Upiorne opowieści po zmroku są książką, która posłużyła Guillermo del Toro oraz Andre Overdalowi jako inspiracja do stworzenia filmu pod tym samym tytułem. Jakkolwiek produkcja ta nie zdołała przyciągnąć mojej uwagi niczym szczególnym (czytaj tutaj), uważam, że mimo wszystko warto przyjrzeć się publikacji, która zainspirowała jego powstanie. Tym bardziej, że jest to pozycja od filmu znacznie ciekawsza, a na dodatek mająca z nim niewiele wspólnego (można wręcz uznać wspólny tytuł za dość kuriozalny zbieg okoliczności). O ile u del Toro i Overdala samozapisujący się pamiętnik służył za źródło ziszczających się wydarzeń, u Schwartza wszystkie spisane opowiastki mają uzasadnione podłoże historyczne oraz tradycjonalne. Jak sam autor zaznacza już we wstępie, inspirował się przypowieściami snutymi jeszcze wśród pierwszych osadników USA, a podobne zwyczaje zachowały się na zachodzie do dziś, mając najlepsze zastosowanie choćby podczas popularnego święta Halloween. Jeśli poszukujecie publikacji idealnej do celebracji owego zwyczaju (szczególnie przydatnej do szlifowania zdolności w opowiadaniu w gronie przyjaciół), książka Schwartza powinna nadać się na tę okazję w sam raz.

Trudno powyższy tytuł nazwać wielkim tomiszczem, w istocie jest to dzieło o dość mizernej ilości stron. Tymczasem, jak to często bywa, długość utworu nie zawsze traktuje o jego jakości. Choć Upiorne opowieści po zmroku czyta się bardzo szybko (tak około 3-4 kwadransów), świetnie sprawdzają się jako w pełni relaksujące i dość zabawne czytadło. Zamieszczone w nim jedno lub dwu-stronicowe opowiadania wprowadzają nas w świat duchów, upiorów, dziwnych istot i zjaw, które często czyhają na nasze życie. Czasem także pomagają, na swój przekorny sposób zwiastując kłopoty, których przy odrobinie zdrowego rozsądku mamy szansę uniknąć. Całość podzielono na działy, wśród których znajdziemy historie z dynamicznym zakończeniem (przeznaczone do opowiadania w gronie przyjaciół), opowieści poświęcone wyłącznie duchom lub zjawom, a nawet takie, których finał wywoła uśmiech na Waszych udręczonych obawą twarzach. Osobnym atutem książki są niepokojące ilustracje Stephena Gammella, które sprawią, że nawet dość zwyczajne treści szybko zyskają swoją specyficzną, prawdziwie złowieszczą aurę. Świetnie współdziałają one z tekstem, sprawiając, że później trudno wyobrazić sobie to dzieło bez ich udziału.

Jeśli więc jesteście złaknieni opowieści z dreszczykiem, a w szczególności interesuje Was historia tego gatunku zebrana w jednym, kultowym już dziele (pierwsze wydanie miało miejsce w 1981 r.), Upiorne opowieści po zmroku na pewno będą czymś w sam raz. To publikacja mająca na celu wprowadzenie czytelnika w dobry nastrój, w udany sposób wykorzystująca stylistykę dawnego (w szczególności ustnego) przekazywania mrocznych, niepokojących opowieści. Ze względu na swój charakter oraz długość, zapewne nie przypadnie do gustu wszystkim sympatykom horroru, uważam jednak, że warto dać jej szansę. Tym bardziej, że film, który powstał na jej podstawie jest zaledwie marną popłuczyną po potencjale, który drzemał w wykorzystaniu choćby niewielkiej części zgromadzonych tu historyjek. Szkoda, że twórcy niespecjalnie to dostrzegli, choć z drugiej strony, bez zainteresowania del Toro nieprędko dowiedziałbym się o istnieniu tego ciekawego tytułu. A dzięki temu udało mi się go przeczytać, o czym informuję Was już dziś, zachęcając abyście również rozważyli jego lekturę.


Tytuł: Upiorne opowieści po zmroku
Autor: Alvin Schwartz
Ilustracje: Stephen Gammell
Przekład: Piotr Kuś 
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 148
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 29,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


niedziela, 11 sierpnia 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 14 (Ultimate Spider-Man tom 4, Batman tom 6, Liga Sprawiedliwości tom 6)

Polski rynek komiksowy jest od jakiegoś czasu zdominowany przez wydawnictwa superbohaterskie. Nic w tym generalnie dziwnego, wszak filmy Marvela i DC, a także seriale kilku wiodących stacji TV zapewniają w kraju nad Wisłą stałe zainteresowanie tego typu dziełami. Sytuacja odbija się również na zawartości powyższego działu, a choć od czasu do czasu staram się czymś zaprezentowany wybór urozmaicić, większość omawianych w Kiosku z komiksami tytułów i tak traktuje o postaciach przyodzianych w różnobarwne trykoty. Nie inaczej jest więc tym razem, toteż bez zbędnego przedłużania zapraszam Was do świata, w którym supermoce i niebywałe zdarzenia są na porządku dziennym.


Ultimate Spider-Man, tom 4 (B. M. Bendis, M. Bagley)

Ultimate Spider-Man to chyba najlepsza rzecz, jaką czytałem od Briana Michaela Bendisa. Świetne podejście do postaci, niespieszny, mocno angażujący styl snucia historii oraz angażująca fabuła to niewątpliwe zalety tego cyklu. Nie inaczej jest w najnowszym tomie! Czwarta część przygód Petera Parkera (a.k.a. Pajęczaka) dostarcza kilku mocno angażujących wątków, które sprawiły, że z tym pokaźnych rozmiarów tomiszczem rozprawiłem się w czasie jednego popołudnia. Seria Ultimates była swojego rodzaju zerwaniem Marvela z wieloletnią historią uniwersum, kiedy to postanowiono opowiedzieć losy najciekawszych bohaterów na nowo. Starano się również dostosować tryb konstrukcji do nowych zasad rządzących rynkiem komiksowym XXI wieku. Siłą rzeczy, w powyższej serii próbowano oddać wszystko co najlepsze z przygód Spider-Mana z ostatnich 40-tu lat. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić sukcesywne pojawianie się tak wielu postaci, z którymi spotykał się Pająk w swych najlepszych opowieściach.

Czwarta odsłona Ultimate Spider-Mana dzieli się na kilka ważnych segmentów. Znajdziemy wśród nich historię ponownego zejścia się Mary Jane z Peterem, pojawienie się pewnego chłopaka z niebezpiecznymi zmutowanymi mocami, spotkanie Pająka z X-Men, powrót Wilsona Fiska oraz starcie naszego bohatera z Czarną Kotką i Elektrą. Choć zdarzeń wydaje się być strasznie dużo, Bendis po mistrzowsku i ze stoickim spokojem wygrywa wszystkie nuty swojego scenariusza. A robi to znajdując idealny balans pomiędzy wciągającą intrygą, wzruszeniami oraz nutką niezłego i całkiem niewymuszonego humoru. Powyższy tom, podobnie jak jego poprzednicy, jest wręcz stworzony do czytania przez tych z Was, którzy nie orientują się w zawiłej i wielowątkowej historii Spider-Mana. Czytając ten komiks nie musicie martwić się wielkimi wydarzeniami w uniwersum, powiązaniami pomiędzy seriami czy fabularną strukturą wszelkich dostępnych crossoverów. To wspaniała, ciekawie narysowana i bardzo przystępna historia, która pokazuje, że superbohaterowie mogą występować w komiksach przeznaczonych dla wszystkich czytelników. I właśnie dlatego już w pierwszej recenzji tego wydania bardzo go Wam polecam.

Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 4
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Egmont Polska/Marvel
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 328
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Batman, tom 6 - Narzeczona czy włamywaczka? (T. King, M. Janin, J. Jones)

Przygotowania do ślubu Batmana i Catwoman idą pełną parą. Tom King już po raz drugi daje nam odetchnąć od ciągłych zmagań Nietoperza ganiającego po Gotham za najróżniejszymi złoczyńcami. Niestety, w najnowszym tomie nie odnajdziecie aż tak wiele serca obecnego w ostatniej odsłonie cyklu (patrz KzK - Wyd. 10), mimo wszystko nadal doceniam troskę scenarzysty o złamanie zasady, mówiącej o ukazywaniu Batmana wyłącznie w mrocznych barwach. W Narzeczonej czy włamywaczce? dostajemy aż cztery historie, z których pierwsza i ostatnia nie są niczym nadzwyczaj odkrywczym. To dość klasyczne zapełniacze, choć przyznam, że King zaimponował mi umiejętnością zmieszczenia Narodzin Bruce'a Wayne'a w zaledwie jednym, krótkim zeszycie (może nawet i szkoda, bo można było ten temat pociągnąć nieco dłużej). Natomiast Superprzyjaciele oraz Wszyscy kochają Ivy to już historie, którym warto przyjrzeć się nieco dokładniej.

W pierwszej z nich towarzyszymy Gackowi i Wonder Woman w podróży do innego, magicznego wymiaru, gdzie kiedyś obiecali pomóc niejakiemu Gentle Manowi. Starając się ulżyć swemu dawnemu powiernikowi (od dawna walczącemu z wieczną hordą demonów), nie podejrzewają nawet, że wpadli w sidła czasu, który płynie tam inaczej niż na Ziemi. Tylko od sprytu i przenikliwości Catwoman zależeć będzie ich szczęśliwy powrót do domu. Wszyscy kochają Ivy to z kolei opowieść o tym, jak Pamela Isley przejęła umysły wszystkich ludzi na świecie, czyniąc z nich swoich wiernych poddanych. Wszystkich, poza Batmanem i Catwoman, rzecz jasna. Koniec wojen, trosk i zła na Ziemi nie oznacza wcale, że architektka tego zamysłu nie ma problemów sama ze sobą. Tym bardziej warto przeczytać, jak Mroczny Rycerz poradzi sobie z tym nietypowym problemem. A droga do pokonania Poison Ivy znów wymagać będzie od niego użycia swych detektywistycznych zdolności. W swoich komiksach z Batmanem King stosuje intrygującą narrację, polegająca na płynnym mieszaniu kolejności wydarzeń i kreatywnym przeplataniu myśli bohaterów. Dzięki temu czytelnik zyskuje wrażenie oglądania specyficznego, zbudowanego na różnorodnych ilustracjach filmu. Dialogów jest tu niewiele, przez co wszystkie historie odbiera się głównie poprzez emocje wyryte na twarzach bohaterów. Nie każdemu musi przypaść to do gustu, uważam jednak, że warto spróbować. Bo choć sama treść nie jest niczym, co będziecie pamiętać przez długie lata, to sposób przedstawienia historii pokazuje jak elastycznym medium jest nadal komiks. Tyle na temat Narzeczonej czy włamywaczki?, teraz pozostaje nam czekać na ślub! A ten odbędzie się już w kolejnym tomie (macie już swoje zaproszenia?)!

Tytuł: Batman, tom 6 - Narzeczona czy włamywaczka?
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Mikel Janin, Joelle Jones
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Liga Sprawiedliwości, tom 6 - Piach w trybach (Ch. Priest, P. Woods, P. Briones)

Liga Sprawiedliwości od dekad walczyła z wielkimi, prawdziwie epickimi zagrożeniami. Niebezpieczeństwo często nadchodziło z odległych planet, innych wymiarów, jak również z samej Ziemi. Co by jednak było, gdyby katastrofa znalazła swój początek w sednie istnienia supergrupy, powodując kryzys w jej własnych szeregach? Christopher Priest, przejmujący serię po Bryanie Hitchu, w Piachu w trybach bierze na tapetę sytuację, która nieczęsto jest portretowana w komiksach o superbohaterach. Na skutek nieudanej akcji odbicia zakładników przez Ligę, śmierć ponosi jedna niewinna osoba. Sytuację szybko wykorzystują media, co prowadzi do szeroko komentowanego procesu sądowego. Kwestionowane są nie tylko działania superdrużyny, ale również jej ogólny sens istnienia. Zarzuty zdają się być coraz bardziej wydumane, tymczasem nieznany sprawca podejmuje pewne drastyczne działania, których celem jest czynna obrona oskarżonych. Niestety, odnosi to skutek odwrotny od zamierzonego, co prowadzi bohaterów do odkrycia sekretu osoby, która uważa się za ich największego fana.

Priest stara się ukazać grupę herosów DC z zupełnie innej strony niż Hitch. Autor scenariusza stawia przede wszystkim na dobrą historię, unikając jak ognia zagrań stosowanych przez swego poprzednika. Stara się zgłębić zasady rządzące Ligą, pokazując też, jak pewne dotyczące jej kwestie wybrzmiałyby w realnym świecie. Wychodzi mu to jednak z dość różnym skutkiem. Z jednej strony komiks czyta się bardzo dobrze, ponieważ kładzie on nacisk na istotę indywidualizmu poszczególnych postaci oraz wciągającą i w pełni angażującą fabułę. Z drugiej, całość jest niesamowicie przeładowana treścią, zupełnie jakby nie było możliwości rozpisania akcji na kilka dodatkowych rozdziałów. Cierpią przez to pewne wątki, które w ostatecznym rozrachunku nie znajdują swojego należytego rozwiązania. Plusem Piachu w trybach są też relacje członków Ligi, a ich współpraca daje okazję do zagłębienia się w bogato zaprezentowaną techniczną terminologię (którą jako laik musiałem kupić bez większych zastrzeżeń). Nie mogę pozbyć się wrażenia, że takie podejście do problematyki sprawiło autorowi naprawdę wielką frajdę. Jakby nie patrzeć, czytelnicy niezbyt zadowoleni z poprzednich odsłon Ligi Sprawiedliwości powinni w komiksie Priesta odnaleźć nieco inne, dość świeże podejście do tematu. Co do oceny całości, trudno wyrazić się dość jednoznacznie. Sądzę, że znajdą się osoby, które w pełni docenią ten tom oraz takie, którym zupełnie nie przypadnie on do gustu. Ja sam tkwię gdzieś pomiędzy, ciesząc się wszystkim co dostałem, lecz czując, że można było to zrobić nieco lepiej.

Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 6 - Piach w trybach
Scenariusz: Christopher Priest
Rysunki: Pete Woods, Phillipe Briones, Ian Churchil, Marco Santucci
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 216
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 69,99 zł


Za udostępnienie komiksów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


sobota, 10 sierpnia 2019

(Niezbyt) Upiorne opowieści po zmroku (2019) dla mniej wymagających


Upiorne opowieści po zmroku to film, do którego scenariusz na podstawie książki Alvina Schwartza napisał sam Guillermo del Toro. Niestety, jak to często bywa w przypadku tego utalentowanego reżysera, pieczę nad stworzeniem obrazu powierzył on już komuś innemu. Tym kimś okazał się Andre Ovredal, autor nieszczęsnej Autopsji Jane Doe (2016). Nie wiem czy to jakieś fatum, ale często produkcje sygnowane wielkimi nazwiskami, które zajmują się jedynie pisaniem lub wykładaniem forsy na film, zawodzą mnie pod dość wieloma względami (patrz Zabójcze maszyny (2018) podpisane przez Petera Jacksona). Być może del Toro był zbyt mocno zajęty szlifowaniem ostatecznej wersji powieści Labirynt fauna wraz z Cornelią Funke, ale to co zobaczyłem nie może być uznane za w pełni satysfakcjonujące. Choć ma swoje małe momenty.

Film opowiada o grupie przyjaciół, którzy w noc święta Halloween zapuszczają się do starego, opuszczonego domu, zamieszkanego niegdyś przez prominentną rodzinę Bellows. Rezydencję otacza aura niepokoju, powodowanego mroczną legendą sprzed lat. Dotyczy ona najmłodszej latorośli wytwórców papieru, która swojego czasu została oskarżona o popełnienie strasznej zbrodni. Dziewczyna wkrótce popełniła samobójstwo, a jedyną pamiątką po niej jest książka, w której spisywała wymyślane przez siebie, straszne historie. Jak można się domyślić, nasi bohaterowie znajdują rzeczoną pamiątkę i oczywiście zabierają ją ze sobą. Od tej chwili niezapisane strony dziennika zaczynają żyć własnym życiem, zapełniając się historiami prowadzącymi do kolejno odliczanych śmierci nastolatków. Wydaje się, że jedynym ratunkiem przed zemstą Sary Bellows będzie odkrycie prawdy o jej ostatnich dniach. Tak skonstruowany zarys fabuły jest całkiem ciekawy, szkoda tylko, że wygląda on w ten sposób wyłącznie na papierze. W filmie oprócz troski o odpowiednie tempo, klimat czy ukazanie bohaterów wyraźnie zawiodła realizacja, która tylko w tych aspektach dźwignęła leżący na niej ciężar.


Największy zarzut kieruję ku najważniejszym fragmentom Upiornych opowieści po zmroku, dotyczącym wszystkich historii, które pojawiają się w księdze. Prowadzone są one bez większych zgrzytów, poszczególne niedociągnięcia następują niestety już w samym ich finale. To prawdziwe kuriozum, ponieważ wszelkie elementy z początku zdają się być na swoich miejscach. Mamy perfekcyjne podbudowanie jumpscare'ów (szczególnie w scenie z chowaniem się pod łóżkiem), dobry podkład muzyczny, a nawet angażujące postawy każdej z postaci. Jednak samo ich rozwiązanie jest zepsute przez nagromadzenie efektów CGI lub brak wyraźnej puenty w indywidualnych historyjkach. To ostatnie bolało mnie szczególnie w przypadku opowieści o strachu na wróble (czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast Tommy'ego do domu wróciła ciemiężona przez niego kukła?). Jedyną dobrą opowieścią jest ta o martwej kobiecie poszukującej swego palca u nogi. I tak, o ile z początku filmu straszy się nas tym czego nie widać, większość elementów wypada wówczas bardzo dobrze. Gorzej, gdy przychodzi do ukazania wszelkich strachów, które tracą coraz więcej z każdą chwilą, którą się im poświęca. Przykro mi, ponieważ horrory to dla mnie przede wszystkim strach (ewentualnie dreszcz, obawa, obrzydzenie lub niepokój). Nie mogę uznać filmu z tego gatunku za udany, jeśli nie spełnia on takowych kryteriów.

Ostatecznie Upiorne opowieści po zmroku są produkcją, która ani mnie ziębi ani grzeje. Podobnie jak Annabelle wraca do domu (2019) raczej nie sprawi, że zakochacie się w niej bez pamięci, ale również nie wyjdziecie z kina wściekli na stracony czas i pieniądze. To film, który ostatecznie można polecić nieco młodszym odbiorcom, których mają szansę ruszyć pewne nie do końca udane rozwiązania realizacyjne. Te elementy pokazały przede wszystkim, jak słaby jest warsztat reżysera (naprawdę nie wiem po co del Toro wytargał go ze strychu?). Ostatnie sceny zapowiadają kontynuację, więc jeśli powyższa opowieść jednak przypadnie Wam do gustu, wypada mi tylko życzyć wszystkim miłych wrażeń przy kolejnym podejściu. Dzieło Ovredala obejrzałem jednym okiem, drugim zapewne uleci mi za jakiś czas, nie ma więc o co kruszyć kopii. Być może w noc Halloween ten film zrobiłby na mnie nieco większe wrażenie? Jeśli w państwowej TV puszczą go w przyszłym roku, ewentualnie popatrzę sobie przez chwilę. Tymczasem nadal czekam na świetny tegoroczny horror, który sprawi, że obsługa kina będzie mnie siłą wyciągać spod fotela. Czego i Wam bardzo mocno życzę. ;-)



Tytuł: Upiorne opowieści po zmroku (Scary Stories to Tell in the Dark)
Scenariusz: Guillermo del Toro, Dan Hageman, Kevin Hageman
Reżyseria: Andre Ovredal
Obsada: Zoe Margaret Colletti, Michael Garza, Gabriel Rush, Dean Norris, Gil Bellows, Austin Zajur, Natalie Ganzhorn, Austin Abrams
Wytwórnia: 1212 Entertainment, CBS Films, Lionsgate
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 9 sierpnia 2019 (USA), 9 sierpnia 2019 (Polska)
Czas trwania: 111 min.

środa, 7 sierpnia 2019

RECENZJA: Labirynt fauna - Guillermo del Toro, Cornelia Funke


Dawno, dawno temu (a dokładnie ponad dekadę wstecz) Guillermo del Toro zaprezentował całemu światu swą niepowtarzalną historię, znaną pod tytułem Labirynt fauna (2006). Zgodnie z marzeniem twórcy, odpowiedź na jego filmowe dzieło była nader entuzjastyczna, co poskutkowało m.in. aż sześcioma nominacjami do Oscara. Dziś, kilkanaście lat po tej premierze, do rąk czytelników trafia pełnoprawna wersja książkowa wielkiego i niezapomnianego hitu. Nie jest to jednak typowy twór przygotowywany z myślą o zbiciu kasy na sukcesie filmu. Dzieje się tak z kilku istotnych powodów. Zbyt wiele czasu upłynęło od jego kinowej premiery, przez co nieobecny jest już pewien efekt świeżości (wygasł on z oczywistych przyczyn dawno temu). Nie mamy tu również do czynienia z obrazem opartym o literacki pierwowzór (tu zasadniczo książka następuje długo po filmie). Na dodatek, zmiany jakie wprowadzono do oryginalnego scenariusza, mocno rozbudowują całą zaprezentowaną historię. Z pełną świadomością należy więc przyjąć, że nowy, literacki Labirynt fauna jest dziełem jak najbardziej opartym na swym wielkim poprzedniku, lecz skonstruowanym całkowicie od nowa i to w jak najbardziej kreatywny, a także autorski sposób.

Tego karkołomnego zadania podjęła się Cornelia Funke, która przelała na książkowe strony pełną kwintesencję baśni del Toro, uzupełniając ją o swoją własną wizję oraz kwestie, których na próżno szukać w kinowym pierwowzorze. Są nimi krótkie bajki, które same w sobie opowiadają w pełni zamknięte historie, lecz jednocześnie sprytnie łączą się z resztą tej niezwykłej książki. Książki, której treść znamy oczywiście z samego filmu. Po raz kolejny śledzimy więc losy małej Ofelii, która wraz ze swoją schorowaną, ciężarną matką przybywa na południe Hiszpanii, celem dołączenia do kapitana Vidala, obecnego męża Carmen i ojczyma naszej głównej bohaterki. To tu, nieopodal zamieszkiwanego przez nie młyna Ofelia odnajdzie tajemniczy, wiekowy labirynt, w którym w towarzystwie skrzydlatych wróżek oczekiwał będzie jej przedziwny faun. Dziewczynka wkrótce dowie się, że jest dawno zaginioną księżniczką z podziemnego królestwa i aby wrócić na łono swej utraconej krainy, będzie musiała wykonać trzy trudne zadania. Ofelia nie przeczuwa jednak, jak bardzo zmieni się jej sytuacja, kiedy pełen nienawiści i nieprzejednania ojczym wypowie wojnę rebeliantom z pobliskiego lasu, siejąc przy okazji zniszczenie w życiu wszystkich ludzi wokoło.

Labirynt fauna jest dość specyficzną książką. Napisany został językiem, jakiego używa się często w bajkach dla najmłodszych, lecz jego treść w żadnym wypadku nie jest przeznaczona dla dzieci (nie wierzcie słowom zamieszczonym na okładce!). Wiele tu brutalności, a świat który odwiedzamy w niczym nie przypomina beztroskich krain z dzieł dla początkujących czytelników. Tworzy to bardzo specyficzny odbiór utworu, czyniąc z niego prawdziwą baśń dla dorosłych. Sama długość powieści nie jest przy tym zbyt powalająca, uważam jednak, że te 280 stron jest ilością absolutnie w sam raz. Całość czyta się szybko, a przeplatanie realiów wojennych lat 40-tych ubiegłego wieku z licznymi fantazjami oraz uzupełniającymi historię baśniami, daje wprost piorunujący efekt. Ciekawym zabiegiem okazało się uczynienie głównymi postaciami Ofelii oraz kapitana Vidala. Ich losy śledzimy naprzemiennie, ani na chwilę nie tracąc z oczu kontrastu jaki zachodzi pomiędzy tą dwójką bohaterów. Rozmarzone i ufne oblicze dziewczynki stoi w zaplanowanej sprzeczności z okrutnym charakterem jej ojczyma.

Funke i del Toro stworzyli powieść, którą można odczytywać na wiele sposobów. Dla jednych będzie to pełna fantazji przypowieść o poszukiwaniu miłości, akceptacji i spełnianiu najskrytszych marzeń, inni odnajdą w niej drugie dno, mówiące o beznadziei i śmierci, przed którymi czasem nie ma żadnej ucieczki. To właśnie dlatego Labirynt fauna jest książką tak smutną. Piękną i barwną, a przy tym niezwykle przejmującą. Czymże jest bowiem podziemny ukryty świat, jak nie literackim ucieleśnieniem śmierci? Jest ona wyrazem tego, do czego zmierza dwójka naszych bohaterów, mimo, że ich drogi ku niej są tak bardzo odmienne. Tylko od czytelnika zależeć będzie, jak bardzo da się pochłonąć mrocznym barwom tekstu. Można jednak tego uniknąć i na podobieństwo Ofelii uparcie wierzyć w dobro oraz szczęśliwe zakończenie. Bo ta nuta także wybrzmiewa w opowiadanej historii, pokazując jak czystość serca zwycięża wszelkie okrucieństwo. Choć dzieje się to kosztem najcenniejszego na świecie życia, autorzy wskazują nam owo rozwiązanie niczym nutkę nadziei w spowijającym tę opowieść, gęstym baśniowym mroku.

Labirynt fauna to rewelacyjna, literacka wersja kultowego filmu. W moim odczuciu jawi się ona jako pełna edycja reżyserska, z dodanymi licznymi scenami oraz fragmentami bogato urozmaicającymi treść. Z pewnością będzie nie lada gratką dla czytelników chcących przypomnieć sobie pamiętny film, jednocześnie pozostając świetną pozycją dla tych pochłaniaczy książek, którzy do kina raczej nie chodzą. Funke i del Toro pokazali prawdziwą klasę, unikając odcinania kuponów po wcześniejszych dokonaniach reżysera. W zamian zaoferowali odbiorcom jeszcze lepszą, prawdziwie kompleksową lekturę. Taką, która zapewni kilka godzin niezwykłych wrażeń, przenosząc nas do niezapomnianego świata, gdzie wszystko jest możliwe. I choć smutek będzie nieodłączną częścią tej podróży, zdecydowanie warto się w nią wybrać. Bo nie zawsze to, co gra nam w duszy bierze się z dobrych wspomnień. A nie wszystkie bajki kończą się cukierkowo.


Tytuł: Labirynt fauna
Autor: Guillermo del Toro, Cornelia Funke
Ilustracje: Allen Williams
Przekład: Ewa Wojtczak 
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 288
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


piątek, 2 sierpnia 2019

RECENZJA: Berserk/Berserk: Spowiednik - Paweł Majka


Kiedy Wydawnictwo Filia wysłało mi maila z propozycją napisania recenzji jednej z ich najnowszych książek, z początku wahałem się czy warto skorzystać z tej okazji. Moja sterta nieprzeczytanych powieści z każdym miesiącem robi się coraz większa, a w planach recenzenckich miałem kilka zupełnie innych tytułów. Postanowiłem jednak przełamać się i poznać książkę, z okładki której groźnie spoglądała na mnie twarz skryta za posępnym obliczem maski przeciwgazowej. Jak się wkrótce okazało, Berserk: Spowiednik to drugi tom popularnej serii Pawła Majki, opowiadającej o życiu i zmaganiach w brutalnym, postapokaliptycznym świecie. Wszak nie od dziś lubię podobne tematy, z ochotą sięgnąłem więc po pierwszy tom wspomnianego dzieła. Dodatkową zachętą było dla mnie umiejscowienie akcji powieści w swojskich, typowo polskich realiach (pierwsza część cyklu rozgrywa się w Krakowie, druga w większości w Częstochowie). Przyznam, że ostatnio mam prawdziwe szczęście w wyszukiwaniu udanych książek rodzimych pisarzy (Inkub, ĆmaChór zapomnianych głosów - sprawdźcie koniecznie moje wrażenia!), z tym większą satysfakcją muszę poinformować Was, że oba tomy powyższego cyklu okazały się grą wartą świeczki. Tak dla fanów fantastyki w ogóle, jak i sympatyków wszelkich survivalowych klimatów.

Paweł Majka eksploruje w Berserku i Berserku: Spowiedniku dość mocno ograną tematykę zombie, choć tak naprawdę z żywymi trupami jego książkom jest nie do końca po drodze. To bardziej wariacja na temat filmu 28 dni później (2002) lub jego pamiętnej kontynuacji, ponieważ materia powieści dotyczy niepowstrzymanego, morderczego szału, któremu ulegają wszyscy dorośli mieszkańcy planety (niektóre dzieciaki zdążyły przygotować się na nadejście kataklizmu, chroniąc się w dobrze chronionych lokalizacjach). Nie byłoby może w tym niczego przesadnie odkrywczego, gdyby nie fakt, że autor przedstawia nam wydarzenia, które rozgrywają się już po zakończeniu globalnego szaleństwa. I w tym przypadku jest to naprawdę ciekawe! Zajścia z trwania apokalipsy zdążymy poznać z umiejętnie dozowanych, dość soczystych retrospekcji, tymczasem w głównych wątkach skupiamy się raczej na tym, co dzieje się z zaprezentowanymi bohaterami już po ustaniu epidemii. Nieposkromione szaleństwo trwało kilka dobrych tygodni, po których nieliczni ocaleni ocknęli się z morderczego szału. Szału, zmuszającego ich do brutalnego mordowania i pożerania wszystkich napotykanych istot. Naszymi przewodnikami po tym wyniszczonym, pozbawionych prądu i bieżącej wody świecie stają się Rafał, Karol (Berserk) i Marek (Berserk: Spowiednik). To ich oczami poznamy większą część tej niecodziennej historii, w której jednakowo liczą się tajemnice, jak i niezwykle barwny świat przedstawiony.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że Majka w obu książkach kopiuje pomysły wyciśnięte do cna w innych dziełach popkultury. To nie jest klasyczne postapo czy tradycyjny survival, do którego przyzwyczaiły nas dziesiątki innych dzieł. W Berserku i Berserku: Spowiedniku mamy oczywiście i takie elementy, jednak autor w bardzo udany sposób korzysta z nich na swoją modłę. Najważniejsze, że mamy tu do czynienia z czasem po ustaniu epidemii, dzięki czemu możemy obserwować próby odbudowania cywilizacji oraz rodzących się, specyficznych zachowań ludzkich, uwarunkowanych przez potężny kataklizm. Od nowych ról w powstającej na nowo społeczności, po różnorodne podejście do aktualnej rzeczywistości - autor celowo nie stara się stworzyć kompletnego wzorca postapokaliptycznego świata. Wykorzystuje w swym dziele wyłącznie te elementy, które dla jego treści są najważniejsze. Wiele kwestii pozostawia bez jednoznacznej odpowiedzi, być może na ich rozwiązanie przyjdzie czas w przyszłości...? Jednocześnie za pomocą wymyślonych postaci przybliża czytelnikowi niebezpieczeństwa, troski oraz inne emocje, które są niezbędne do snucia całej opowieści. Najciekawszym elementem, na który zwróciłem uwagę już po przeczytaniu drugiego tomu, jest fakt, jak wiele wspólnego ma ten tytuł z komiksowymi historiami superhero. Nie pomyliłem się, chodzi mi o następstwa berserku (tak nazywany jest w książce efekt szaleństwa), które objawiają się w postaci pewnych zdolności u niektórych osób (coś na kształt niechcianych, czasem utrudniających życie przypadłości - patrz komiks Doom Patrol lub Dzikie karty pod przewodnictwem George'a R. R. Martina). Są one doświadczane przez kilku głównych bohaterów. W celu uniknięcia spoilerów nie zdradzę więcej, mam jednak nadzieję, że po lekturze sami zwrócicie na to uwagę.

Majka w obu tomach powołał do życia zgrabny, wciągający świat z kilkoma dającymi się lubić postaciami. Długo można by dywagować, komu podczas czytania kibicuje się bardziej (ta uwaga dotyczy raczej pierwszej części serii). Moim faworytem niezmiennie pozostają Rafał i Kasia, sposób ich działania i myślenia jest interesujący nie tylko ze względu na ich wspólną historię, ale również za sprawą tego, jak oddziałują oni na siebie nawzajem. Nie mniej wciągająca jest również tajemnica, która dodatkowo przyciąga nas do fabuły. Wydarzenia nieustannie trzymały mnie na krawędzi fotela, a przystępny język autora pozwalał pochłaniać bezboleśnie stronę za stroną. Jeśli miałbym wskazać jakikolwiek zgrzyt tych powieści, z pewnością postawiłbym na ich długość. Już po ilości stron widać, że mamy tu do czynienia z nie najdłuższą fabułą. Pewnego pośpiechu, widocznego w ostatnich rozdziałach można było uniknąć, dodając jeszcze te 40-50 stron, celem zapewnienia finałowi lepszego rozwiązania i podbudowy. A może jestem w błędzie i po prostu tak zadziałał na mnie czar tytułu (chciałem dostać znacznie więcej, niechętnie opuszczając ten wciągający, postapokaliptyczny świat)? Przy okazji warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Oba tomy skonstruowane są tak, że nie trzeba wcale czytać Berserka, aby w pełni zrozumieć fabułę Berserka: Spowiednika. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że czytanie tych powieści w odwrotnej kolejności pozwala na odkrycie jeszcze ciekawszej zagadki, gdzie efekt przyczynowo-skutkowy wybrzmiewa w zupełnie inny, bardzo interesujący sposób.

Seria Majki udowadnia, że polska fantastyka ma się świetnie, a nasi twórcy w niczym nie ustępują zagranicznym klasykom. Kreatywne pomysły i świetnie skonstruowane realia to jedno, możliwość obserwowania zmagań bohaterów w rodzimym Krakowie, Piotrkowie czy Częstochowie to już zupełnie inna sprawa. Po prostu znacznie lepiej czyta się przygody, które rozgrywają się w miejscach które znamy i które możemy odwiedzić. Jakkolwiek wciągająca nie byłaby fabuła, o wiele wyraźniej odbierzemy zmagania postaci na terenie Polski, niż w odległym Chicago, Tokio czy Meksyku. Mam też nadzieję, że autor wkrótce odda w nasze ręce kolejny tom Berserka. Bogactwo literackiego świata wciąż pozostawia wiele nowych dróg do odkrycia, a nieposkromiona wyobraźnia twórcy z pewnością nie raz czymś nas zaskoczy. Czekam więc na ponowną odsłonę, licząc że specyficzne kwestie wykreowane w pierwszych tomach zostaną pociągnięte dalej. Jeśli jeszcze nie mieliście do czynienia z prozą Majki, nie czekajcie dłużej. W świecie, w którym zakończenie dosięgło tworzone od ponad piętnastu lat Żywe trupy, fanom apokalipsy należy się coś, co nadal będzie rozbudzać ich wyobraźnię. Seria Berserk ma wszelkie szanse, aby stać się właśnie takim tytułem. A przy okazji nieco innym od pozostałych.   


Tytuł: Berserk/Berserk: Spowiednik
Autor: Paweł Majka
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2017 (Berserk), 2019 (Berserk: Spowiednik)
Ilość stron: 368 (Berserk), 320 (Berserk: Spowiednik)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książek do recenzji dziękuję wydawnictwu Filia.