czwartek, 28 listopada 2019

Słodkie i kolorowe Trolle 2 od Lego


Na wiosnę przyszłego roku w kinach pojawi się kontynuacja filmu Trolle, zatytułowana Trolle 2 (Trolls World Tour). Tym razem te małe, śpiewające istotki będą musiały bronić swej krainy przed całkowitą utratą muzyki. Złowroga, rock'n'rollowa Królowa Barb poszukuje sześciu magicznych strun, rozrzuconych po zamieszkanych przez Trolle krainach. Za ich pomocą zamierza zniszczyć każdy rodzaj muzyki poza rockiem.

Fabuła filmu wygląda całkiem obiecująco, tak samo też prezentują się zestawy Lego, zapowiedziane na styczeń 2020 roku. Są niesamowicie kolorowe i nieco "dziewczyńskie", ale co tam! Liczy się dobra zabawa, a tej w filmie oraz zaprezentowanych budowlach z pewnością nie zabraknie. Rzućcie okiem ile klockowego dobra pojawi się w sklepach za miesiąc i tak jak ja cierpliwie czekajcie na film. Zapowiada się najlepsza muzyczna produkcja przyszłego roku! :-)



środa, 27 listopada 2019

RECENZJA: Starcie królów (edycja ilustrowana) - George R. R. Martin


Cykl Pieśni Lodu i Ognia autorstwa George'a R. R. Martina jest dziś (obok dzieł J. R. R. Tolkiena) najpopularniejszym dziełem literackim fantasy. Dzięki niesamowitemu zainteresowaniu tytułem za sprawą pamiętnego serialu telewizji HBO oraz pieczołowitemu przedstawieniu książkowego świata wraz z nietuzinkowymi, zamieszkującymi go bohaterami, dzieła Martina nieustannie cieszą się wielkim powodzeniem. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że wszyscy czytelnicy czekają z niecierpliwością na dwutomowy finał ukochanej historii, co skłania wydawców poprzednich części do licznych wznowień dostępnych na rynku ksiąg. W Polsce, oprócz wydania standardowego oraz serialowego, w 2016 r. dołączyła edycja ilustrowana pierwszej części sagi - Gry o tron. Po trzech latach od tego wydarzenia do sprzedaży trafił drugi tom cyklu, zatytułowany Starcie królów.

W tym miejscu powinna znajdować się notatka wprowadzająca Was w treść książki, z założenia wywołująca poczucie ogromnego zainteresowania, lecz sporządzona tak, aby nie zdradzić zbyt wiele z fascynującej fabuły utworu. Czy jednak muszę to robić, skoro jest to kolejne już wydanie powyższego tytułu? No pewnie że nie, ale jednak coś napiszę! Zdrada młodego króla Joffreya spowodowała zamieszanie w całych Siedmiu Królestwach, a dzieci niesłusznie zamordowanego namiestnika Eddarda Starka stopniowo rozpraszają się po całym królestwie. Za sprawą niepokojących listów, które Stark rozesłał przed swoją śmiercią, coraz nowsi pretendenci do tronu pojawiają się z żądaniami do korony Westeros. Wielkie kłopoty zdają się nadchodzić z wewnątrz kraju, tymczasem na dalekim południu wygnana przed laty Daenerys Targaryen wychowuje trzy malutkie smoki. Kiedy zionące ogniem bestie dorosną, ich siła może pomóc dziewczynie zawładnąć tronem z północy. Jakby tego było mało, bękarci syn Starka, Jon Snow wraz z braćmi z Nocnej Straży wpada na trop uśpionego dotąd martwego zła, które wkrótce ruszy podbić całe Westeros.


Przypomnieliśmy sobie o co w Starciu królów chodzi, ale o samej książce nie napiszę już zupełnie nic. No, może poza tym, że jest to dzieło, które każdy fan literatury fantastycznej absolutnie musi znać (i chyba zna - a jakby co, to wstyd się przyznawać...). Martin do perfekcji opanował tworzenie monumentalnych, prawdziwie epickich historii, w których bohaterowie pisani są najbardziej realistycznym stylem, o jaki trudno było dotąd podejrzewać książki z gatunku fantasy. Akcja, tajemnica, przygoda, śmierć i miłość - znajdziecie tu wszystko. A w nowym wydaniu odnajdziecie także fantastyczne ilustracje autorstwa Lauren K. Cannon (dwie z nich możecie podziwiać już tutaj). Nie tylko wzbogacają one tą piękną, dopieszczoną pod względem wydawniczym edycję, ale też pomogą zobrazować najważniejsze postacie i wydarzenia z powieści. Płonący miecz Stannisa, Tyrion i Cersei Lannister, Jon Snow z Duchem, czy naga Melisandre szykująca się do urodzenia cienia - to przykłady tylko kilku z nich. Wydanie to z pewnością będzie miłym uzupełnieniem kolekcji niejednego fana twórczości Martina, muszę jednak zwrócić Waszą uwagę na jedną kwestię, która troszkę zmartwiła mnie podczas podziwiania książki.

Starcie królów zawiera znacznie mniej ilustracji niż jego poprzedniczka, Gra o tron. Rozumiem  przy tym doskonale, że w tamtej edycji za rysunki odpowiadała dużo większa ilość autorów. Mimo wszystko, czas jaki dzielił oba wydania powinien w jakiś sposób wpłynąć na ich liczbę w omawianym tomie. No cóż, jak się nie ma co się lubi... Zanim przebolejecie ten fakt, zwrócę Waszą uwagę, że każdy rysunek został umieszczony w tym wydaniu w wersji czarno-białej oraz w pełni kolorowej. Drobna to pociecha, tymczasem na otarcie łez przypomnę, ze najważniejszy i tak jest tutaj tekst. A ten nie zawiedzie nikogo, a tym bardziej oddanych czytelników, którzy każde zdanie z tej bardzo okazałej (pod względem ilości stron) historii znają niemalże na pamięć. Czy warto więc kupować edycję ilustrowaną Starcia królów? Oczywiście że tak! To wciąż najładniejsza wersja tej powieści na rynku (i szczerze mówiąc, chyba nie będzie już lepszej), którą nie tylko przyjemnie trzyma się na kolanach, ale też imponująco wygląda ona na półce. Jeśli jesteście fanami Pieśni Lodu i Ognia, tekst ten potraktujecie wyłącznie informacyjnie i szybko zakupicie swój egzemplarz. Jeśli jednak chcielibyście zacząć swą przygodę ze światem Westeros (dlaczego tak późno, do licha?!), nie wahajcie się ani chwili. Oprócz rewelacyjnej, kultowej już treści otrzymacie papierową cegłę, której nie powstydzicie się postawić na półce wśród najbardziej ukochanych książek.



Tytuł: Starcie królów (edycja ilustrowana)
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Lauren K. Cannon
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 1088
Oprawa: twarda
Cena: 79 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-Ka.


poniedziałek, 25 listopada 2019

RECENZJA: Marianne - sezon 1 (2019)


Od jakiegoś czasu coraz bardziej oczywistym staje się fakt, że najciekawsze dzieła kina grozy powstają poza USA. Najwyraźniej Hollywood zna tylko te metody straszenia oraz opowiadania historii, które sprawdziły się wiele lat temu. Niespecjalnie też stara się, aby zmienić coś w tym skostniałym podejściu do tematu. Tymczasem czas leci nieubłaganie i coraz więcej interesujących, światowych tytułów powstaje w Europie lub na Dalekim Wschodzie. Najnowszym przykładem kreatywnego podejścia do szeroko pojętej tematyki horroru jest francuski serial stacji Netflix - Marianne. To przykład kina opartego na znanych wzorcach, jednak na tyle interesującego, aby utrzymać uwagę widza przez cały czas trwania pierwszego sezonu. Marianne intryguje, zachowując niezły balans pomiędzy straszeniem, a snuciem ciekawej, mocno angażującej historii.

A ta skupia się na Emmie Larsimon, utalentowanej pisarce młodego pokolenia, która właśnie wydała ostatni tom bestsellerowej, książkowej serii. Dzieło to oparła na dręczących ją wewnętrznych obawach, z którymi rozprawienie się potraktowała jako coś na kształt osobistej terapii. Niestety, przeszłość bezwzględnie nie daje za wygraną i nasza bohaterka zostaje zmuszona do powrotu w rodzinne strony, gdzie nie była od bardzo wielu lat. Tam też nastąpi konfrontacja z tym, co zmusiło ją do odcięcia się od poprzedniego życia. W tym miejscu staram się zdradzić z fabuły tak mało jak tylko się da, lecz muszę napisać, ze Marianne jest w rzeczy samej historią o demonach. Tak, to prawda, w ciągu ostatniej dekady dostaliśmy całą masę filmów o egzorcyzmach i mocach piekielnych, lecz właśnie ta prezentuje się na tyle inaczej, że naprawdę warto dać jej szansę.


Serial skupia się na tematyce demonicznych obecności, na dodatek uwikłanych w historię o wiedźmie, żyjącej przed wiekami w małym miasteczku Elden (to właśnie do tej nadmorskiej miejscowości przybywa nasza bohaterka). Choć sceny straszenia są często dość przewidywalne, za wilki plus tytułu należy uznać klimat niepewności, który spowija całą opowieść. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej połówce sezonu, później jednak wszystko nabiera nowego tempa, koncentrując się bardziej na dziejach bohaterów, a mniej na grozie niewyjaśnionych wydarzeń. Cały czas intryguje jednak zagadką z przeszłości Emmy, pozwalając widzowi śledzić wydarzenia z jej punktu widzenia. I tu do akcji wkracza drugi, bardzo ważny element fabuły.

Marianne stawia w jednakowej mierze na strach jak i bohaterów. Dawno już minęły czasy, kiedy oglądaliśmy pozbawione ikry postacie, wciąż biegające w kółko, w bezsilnej panice uciekając przed ścigającym je złem. W dzisiejszych czasach podstawą scenariusza muszą być przekonujące, dobrze skonstruowane jednostki, których losy będziemy chcieli śledzić, trwale angażując się w ich perypetie. Twórcy serialu wiedzieli o tym znakomicie, zwracając szczególną uwagę na kwestie z przeszłości bohaterów, czyniąc z tego bardzo ważną część fabuły. Nic nie działa na akceptację postaci jak dobry humor, toteż w Marianne znajdziecie więcej niż kilka naprawdę rozbrajających scen. Oprócz nadania realizmu postaciom, stanowią one również celowy balans, mający na celu łagodzenie wydźwięku niektórych, bardzo niepokojących scen.

Pod wieloma względami produkcja Netflixa przypomina To Stephena Kinga, połączone z pomysłem zastosowanym przez Artura Urbanowicza w Inkubie. Jest to bynajmniej moje subiektywne odczucie, stanowiące o wysokiej jakości produkcji. Wreszcie dostałem serial, który nie obraża mojej inteligencji, oferując na jednakowym poziomie porcję solidnego strachu oraz całkiem wciągającą (i poukładaną) historię. Otwarte zakończenie zwiastuje nieuchronny ciąg dalszy, lecz mam pewne wątpliwości, czy taka decyzja była naprawdę konieczna. Rozumiem jaki cel przyświeca w tym miejscu autorom oraz stacji, ja jednak wolę pozostać przy tym co już zobaczyłem. Tym bardziej, że Marianne dała mi spędzić ze sobą kilka satysfakcjonujących godzin, pokazując że wciąż można bawić się kształtem treści, opowiadając coś, czego w takim kształcie jeszcze nie było. 



Tytuł: Marianne (Marianne)
Scenariusz: Samuel Bodin, Quoc Dang Tran
Reżyseria: Samuel Bodin
Obsada: Victoire Du Bois, Lucie Boujenah, Tiphaine Daviot, Ralph Amoussou, Mehdi Meskar
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 13 września 2019 (USA/Polska)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 8
Czas trwania odcinka: około 50 min.

sobota, 23 listopada 2019

Ogólne wrażenia po obejrzeniu 2. sezonu Rozczarowanych (2019)


Jeśli pamiętacie co pisałem w zeszłym roku na temat pierwszego sezonu Rozczarowanych, zapewne nie zdziwi Was niewielka długość poniższego tekstu. Tym razem postanowiłem znacznie krócej podzielić się swoimi wrażeniami z drugiej odsłony serialu, a to głównie dlatego, że w pełnej recenzji musiałbym powtórzyć większość swego poprzedniego wywodu. 

Niezbyt wiele w świecie Beanie i jej dwójki nierozłącznych przyjaciół się zmieniło. To nadal serial rozkraczony pomiędzy swoistym pastiszem gatunku fantasy, niestety nie odważający się na zdecydowane przeciągnięcie struny. Z drugiej strony mocno stawia na spójność fabuły, tworząc coś na kształt epickiej opowieści, widocznej w odcinkach z głównego nurtu.

Pomyliłem się, mając nadzieję, że Rozczarowani rozwiną się przy drugim sezonie, lecz nie mogę zaliczyć czasu spędzonego na oglądaniu serialu jako straconego. Przy kolejnym podejściu wiedziałem już czego mogę się po nim spodziewać, toteż łatwiej było mi wsiąknąć w awanturnicze perypetie głównej bohaterki. Zaimponowało mi, że twórcy nie porzucają poszczególnych pomysłów (nawet tych pozornie nieistotnych), czyniąc z nich stałą część fabuły. Mam też nadzieję, że nie pogubią się w przyszłości w ilości zagadek i wątków, które rozpoczęli w tym oraz pierwszym sezonie.

Generalnie Rozczarowani podobają mi się coraz bardziej, a wszelkie zgrzyty mogę ostatecznie (lub paradoksalnie) uznać za środki decydujące o niepowtarzalności tego tytułu. Jeśli podobnie będzie przy trzecim sezonie (na chwilę obecną Netflix zapowiedział również jego czwartą odsłonę), Dreamland szybko stanie się miejscem, do którego będę bardzo lubił powracać. Bo pomimo pewnego narzekania, produkcja ta potrafi mnie nieźle rozweselić, wciągając do pełnego niebywałych przygód uniwersum.

Ps. Zauważyliście, że w przedostatnim odcinku obu sezonów miały miejsce mocno dramatyczne wydarzenia? Czyżby było to nawiązanie do Gry o tron? ;-)



Tytuł: Rozczarowani (Disenchantment)
Scenariusz: Josh Weinstein, Matt Groening
Reżyseria: Wesley Archer, Ira Sherak, Frank Marino, David D. Au
Aktorzy (dubbing): Abbi Jacobson, Eric Andre, Nat Faxon, John DiMaggio, Billy West, Sharon Horgan, Noel Fielding
Wytwórnia: Netflix
Data premiery: 20 września 2019 (USA/Polska)
Sezon: 2
Ilość odcinków: 10
Czas trwania odcinka: około 30 min.

piątek, 22 listopada 2019

RECENZJA: Lodowy smok - George R. R. Martin


George R. R. Martin na całym świecie znany jest głównie z kreatywnych powieści science-fiction oraz niezwykle popularnego cyklu Pieśń Lodu i Ognia. Do zdecydowanej większości jego książek należą pozycje dla dorosłych, jest jednak wśród nich mała perełka, którą autor poświęcił najmłodszym. Oczywiście, jak to z książkami dla dzieci bywa, nierzadko czytają je także osoby dorosłe. Często są one w stanie znacznie lepiej niż dzieci docenić pomysłowe czy ukryte przesłanie, jakie czai się pomiędzy stronicami opowieści. Podobnie jest w przypadku Lodowego smoka, baśni powstałej prawie cztery dekady temu, na długo przed tym, zanim autor zaprosił nas do pełnego przygód i niebezpieczeństw Westeros.

Martin przedstawia historię kilkuletniej Adary, córki rolnika pochodzącego z wstrząsanego wojną królestwa. Urodzona w czasie długiej i wyniszczającej zimy dziewczynka, zawsze bardziej lubiła mróz niż ciepłe, letnie dni. Choć dotkliwe zimno zabrało jej matkę, w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, Adara co roku czekała na zimę, aby bawić się samotnie wśród śniegu. Tak też poznała lodowego smoka, potężną, zrodzoną z zimna istotę, która dotąd była przedmiotem wszelkiego strachu i legend. Ich coroczne spotkania przeszły wkrótce do tradycji, lecz dla naszej bohaterki i jej rodziny szybko nadszedł zły czas. Wrogie wojska zagroziły królestwu zamieszkiwanemu przez Adarę, zmuszając ludność do opuszczania swych siedzib. W obliczu tragedii jedyną nadzieją dla dziewczynki i jej bliskich stał się dziki, lodowy smok.

Opowieść Martina czyta się za jednym zamachem. Sprawia to nie tylko jej objętość, ale przede wszystkim kunszt pisarski autora. Choć Lodowy smok jest oczywiście napisaną prostym (lecz nie infantylnym) językiem historyjką dla dzieci, pozostawia za sobą niezatarte wrażenie, głównie za sprawą baśniowego klimatu oraz finału, który wymusza na czytelniku własną interpretację. W moim pojęciu jest to opowieść o przeznaczeniu i bolesnym przemijaniu oraz o tym, jak nasze marzenia wpływają na rzeczywistość. Dzięki baśniowej konstrukcji finalny wydźwięk książki pozostaje w czytelnikiem na dłużej, sprawiając, że chce się po Lodowego smoka sięgać niejeden raz.

Wielka zasługa w tak pozytywnym odbiorze tej prostej, a jednak bardzo mądrej opowieści stoi po stronie Luisa Royo, który odpowiada za wykonanie wspaniałych ilustracji. Prawie każde zdarzenie z opowieści zostało przez niego uwiecznione na pełnym życia i ekspresji rysunku. Nieco szkicowy charakter prac nie przeszkadza tu ani trochę, dodając wręcz nieuchwytnego klimatu całości. Ilustracji Royo jest w książce bardzo dużo, co druga strona błyszczy jego niezwykłą wyobraźnią i talentem. Nie wstydzę się tego napisać, ale dzięki Lodowemu smokowi powróciłem do błogich lat dzieciństwa. To właśnie wtedy poznawałem krótkie, lecz przesiąknięte akcją i mądrością przypowieści. Mając siedem lat, podobnie jak bohaterka książki często marzyłem o lepszym świecie, nie wiedząc, że czas dzieciństwa bardzo szybko przeminie. Dobrze było powrócić do tamtych czasów i choć na moment oddać się ulotności chwili. Polecam to wszystkim sympatykom fantastyki.


Tytuł: Lodowy smok
Autor: George R. R. Martin
Ilustracje: Luis Royo
Przekład: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Cena: 34,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-Ka.


czwartek, 21 listopada 2019

RECENZJA: Gałęziste - Artur Urbanowicz


Artur Urbanowicz szturmem wdarł się w mój prywatny, fantastyczny 2019 rok. Wiosną sięgnąłem po Inkuba, który z miejsca stał się jedną z najlepszych książek grozy, jakie kiedykolwiek czytałem. Latem dałem się skusić Grzesznikowi, który po raz drugi otworzył mi drzwi do niesamowitej wyobraźni autora. Jednocześnie utwierdził mnie w przekonaniu, że tworzenie niebanalnych fabuł jest jego znakiem firmowym. Natomiast kilka dni temu na półkę odłożyłem Gałęziste, poprawioną względem pierwszego wydania opowieść, która zagwarantowała twórcy Nagrodę Polskiej Literatury Grozy Im. S. Grabińskiego (w jednej z najważniejszych kategorii, bo przyznawaną przez czytelników). Ta nowa, udoskonalona wersja powieści pokazała, że Urbanowicz jest nie tylko perfekcjonistą, ale przede wszystkim wytrwałym piewcą własnej wyobraźni, z nieustanną pieczołowitością pielęgnującym dokonane dzieła. Nic więc dziwnego, że i ta książka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Skoro autor przelał na jej strony tak wiele zaangażowania i serca, nie miałem innego wyjścia, jak tylko zatracić się bez pamięci w lekturze.

A ta ponownie zaserwowała mi istne trzęsienie ziemi. W Gałęzistym Urbanowicz odwołuje się do naszej prastarej tradycji, czyniąc z dawnych legend i wierzeń słowiańskich główne narzędzie straszenia czytelnika. Prezentuje historię rozgrywającą się współcześnie, lecz w warstwie strukturalnej sięga do naszych pierwotnych lęków, zrodzonych z dawnych mitów oraz czasów, które dawno przeminęły. Jednocześnie otwiera odbiorcom oczy i usta na bardzo ciekawą dyskusję dotyczącą pewnych elementów wiary. Jakby nie patrzeć, powyższe kwestie są częściowo skryte za główną osią fabularną, ponieważ w Gałęzistym na pierwszym miejscu stoi jednak inteligentna zabawa z dreszczykiem. W tak pięknych okolicznościach przyrody poznajemy Karolinę i Tomka, parę młodych ludzi wyruszającą na Suwalszczyznę, celem scementowania ich nieco podupadającego związku. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że właściciele gospodarstwa, w którym mieli spędzić kilka wiosennych dni wyruszyli w siną dal. Na szczęście zostaje im zaoferowane zastępcze lokum, za znacznie niższą cenę. Młodzi udają się więc do malutkiej wioski Białodęby (choć tak naprawdę to tylko kilka drewnianych domków na krzyż), położonej na terenie leśnego rezerwatu przyrody. Już po samym przybyciu okazuje się, że wioska leży nieopodal starego cmentarzyska Jaćwingów, a oni będą zakwaterowani na piętrze w pobliżu pokoju, w którym złożono ciało właśnie zmarłego członka goszczącej ich rodziny. Ale to dopiero początek, bo dziwne zdarzenia podczas spaceru wśród jaćwińskich kurhanów oraz nietuzinkowe zachowanie młodej lokatorki Natalii wzbudzą w Tomku i Karolinie uczucia, o których posiadanie nawet się nie podejrzewali. Tymczasem, skrywający swe mroczne tajemnice las będzie tym, co ostatecznie przerazi ich najbardziej.

I tak zaczyna się przepełniona grozą przygoda, która zapewni bohaterom oraz czytelnikowi moc niezapomnianych wrażeń. Narastająca podczas lektury niepewność, spotęgowana tajemniczością terenów Suwalszczyzny sprawia, że Gałęziste czyta się jednym tchem. To książka, która wciąga lekko napisaną historią, choć zajścia w niej zaprezentowane wcale do lekkich nie należą. Sporo tu konkretnego straszenia, jednak wszystko jest sprawnie wpisane w całe doświadczenie. Urbanowicz konstruuje fabułę w iście kryminalnym stylu, przez co nasi bohaterowie poddani zostają przymusowemu rozwiązywaniu zagadki. Bardzo podoba mi się to, że w Gałęzistym autor postawił na (pozorne) wyjaśnienie wszystkich zdarzeń. Piszę tak celowo, bo występuje tu spora ilość elementów, które zaprzeczają lub chociażby poddają je w wątpliwość. To właśnie dzięki temu myślami wracam do niej przez cały czas. Pod tym względem tytuł nawiązuje do najlepszych czasów serialu Z Archiwum X, gdzie nauka i wiara przeplatały się nieustannie ze sobą, pozwalając na różnoraką formę interpretacji.

Chwaląc książkę, nie mogę nie wspomnieć o pewnej drobnej kwestii, która czasem drażniła mnie w trakcie lektury. Wymienianie i dokładne opisywanie wszystkich miejsc odwiedzanych przez Tomka i jego dziewczynę, czasami zakłócało płynność prezentowanej akcji. Wiem oczywiście, że tak właśnie dyktowało autorowi jego związane z Suwalszczyzną serce, lecz czytelnikowi z betonowej stolicy kojarzyło się to bardzo z czytaniem jakiegoś przewodnika. Natomiast samo osadzenie akcji w tak mrocznym i pięknym rejonie naszego kraju (95% miejsc z Gałęzistego istnieje naprawdę!) jest już niewątpliwie godne wszelkiej pochwały. Sam fakt, że w tym roku przeczytałem więcej dobrych książek rodzimych pisarzy niż zagranicznych, jest dla mnie znakiem, że coś bardzo pozytywnego dzieje się w narodowej literaturze fantastycznej. Powieść Urbanowicza z pewnością zapewnia nieliche wrażenia, ale jest także pozycją, która stawia na naszą inteligencję. Podczas lektury (oraz bezpośrednio po niej), tak samo jak autor w trakcie tworzenia ogólnego jej zamysłu, będziemy musieli przeanalizować poszczególne zdarzenia. Dzięki temu otworzymy się na wspomnianą wcześniej kwestię wiary. Sam fakt uczynienia z dwójki bohaterów wyznawców przeciwnych teorii na jej temat jest sprytnym pomysłem, pozwalającym zbudować wokół siebie istotne warstwy opowieści.

W ostatnim czasie dane mi było poznać dwie książki, w których tak różnie podchodzi się do tematu prasłowiańskich demonów. W pierwszym tomie Strażników Starego Lasu Grzegorz Gajek w bardzo baśniowy i przyjazny sposób przedstawił legendę leszego, natomiast Gałęziste wykorzystuje jego bardziej niepokojący wizerunek. I to jest właśnie w literaturze oraz wyobraźni twórców najwspanialsze! Potrafi ona przekształcać podaną tematykę w najbardziej inspirujący sposób, trwale dostosowując ją do pożądanego, prawdziwie fascynującego efektu. Dodam jeszcze, że choć w Gałęzistym nie znajdziecie tak zapadających w pamięć postaci jak Pani Oś czy Grzegorz Samielewicz, to i tak będziecie bawić się świetnie. Wielką frajdę sprawia samo podążanie za ślepymi tropami rzucanymi przez autora i jednoczesne łudzenie się, że to właśnie one są kluczem do rozwiązania zagadki. A na koniec przekonacie się jak wiele pomniejszych, niemniej istotnych elementów umieścił on w centrum głównych wydarzeń. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić powieść Urbanowicza jako jeden z najciekawszych tytułów tego roku. To nie tylko książka, która celebruje nasze prasłowiańskie dziedzictwo. Rewelacyjnie działa ona także na płaszczyźnie naszych podskórnych lęków oraz wciągającej fabuły, która za sprawą przemyślanej konstrukcji zostaje z czytelnikiem na dłużej.


Tytuł: Gałęziste
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 458
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 45,90 zł

wtorek, 19 listopada 2019

Wystawa Sztuka DC. Świt Superbohaterów w EC1 Łódź - Miasto Kultury

Od 27 września br. w EC1 Łódź - Miasto Kultury odbywa się wystawa Sztuka DC. Świt Superbohaterów. Ekspozycja jest inicjatywą Art Ludique - Le Musee w Paryżu (francuskie muzeum poświęcone imponującym zjawiskom sztuki współczesnej), dzięki któremu polscy sympatycy popkultury fantastycznej mogą przyjrzeć się bliżej dziedzictwu jednego z największych wydawnictw komiksowych na świecie. Na terenie zabytkowej łódzkiej Hali Maszyn w EC1 do 2 lutego 2020 r. można podziwiać szeroko pojęte pamiątki filmowe oraz komiksowe, które od prawie stu lat budują nasz ukochany rozrywkowy świat. 


Przyznam że liczby, choć wielce imponujące, same w sobie nie oddają wysokiego poziomu atrakcji (a także edukacji), jaką niesie ze sobą ta wystawa. Ponad dwieście autentycznych plansz komiksowych, niemal trzysta rysunków koncepcyjnych oraz kilkadziesiąt strojów i rekwizytów filmowych z najbardziej znanych produkcji Hollywood to główne zalety łódzkiej ekspozycji. Powiedzieć to jedno, a być i zobaczyć to wszystko na własne oczy, to już zupełnie inna sprawa. Od oryginalnych strojów Chistophera Reeve'a z pamiętnego Supermana, po prawie wszystkie stroje Batmana (od Michaela Keatona z Batmana Tima Burtona po Bena Afflecka w Lidze Sprawiedliwości Zacka Snydera), jest tu wszystko, co każdy sympatyk filmów DC chciałby zobaczyć. Pierwsze plansze legendarnych twórców, świecący model kryptonitu, makieta jaskini i pomnik Nietoperza, a także najnowsze szkice z filmów takich jak Batman vs Superman. Świt Sprawiedliwości czy Wonder Woman - do oglądania i bliskiego podziwiania jest tu naprawdę sporo. Miłym dodatkiem jest mini-salka filmowa (prezentująca krótki montaż najlepszych scen z superprodukcji) oraz kilka ekranów, na których zobaczyć można wywiady z najciekawszymi twórcami współczesnych dzieł.


poniedziałek, 18 listopada 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 19 (Thorgal. Pustelnik ze Skallingaru, Superman. Action Comics tom 1, Batman. Detective Comics tom 7)

Poniższe wydanie KzK przynosi trzy nowości, a wśród nich przynajmniej jedno pozytywne zaskoczenie. Jakie? Po szczegóły odsyłam do tekstu poniżej. Proszę też zwrócić uwagę, że nasze następne spotkanie będzie już dwudziestym z kolei. Miłej lektury! :-)


Thorgal, tom 37 - Pustelnik ze Skellingaru

Thorgal to dla wielu dzisiejszych czterdziestolatków komiks prawdziwie kultowy. Choć seria ostatnimi laty mocno obniżyła poziom (głównie za sprawą dodania cyklu tytułów pobocznych, nieciekawych scenariuszy oraz niezrozumienia istoty głównych postaci), każdy szanujący się fan i tak sięgał po dalsze przygody tytułowego bohatera, pragnąc po raz kolejny zanurzyć się w jego niesamowitym, pełnym niebezpieczeństw i walki o własną wolność świecie. Niezbyt często skutkowało to wzajemnością, przez co komiksy o Thorgalu zwyczajnie rozczarowywały, będąc zaledwie cieniem tej niegdyś niezwykle wciągającej marki. Kiedy rok temu przeczytałem Aniela, mocno zastanawiałem się czy nie jest to aby dobry moment, by darować sobie dalsze śledzenie losów Dziecka Gwiazd. Dodatkowym bodźcem była rezygnacja Grzegorza Rosińskiego z roli głównego rysownika serii. Nie byłbym jednak prawdziwym fanem, gdybym choć nie podejrzał co dzieje się u mojego największego bohatera młodości. Sięgnąłem więc po Pustelnika ze Skellingaru i... zostałem oczarowany. No dobrze, może nie oczarowany w pełnym tego słowa znaczeniu, ale na pewno powróciły do mnie uczucia, których nie doświadczyłem podczas czytania tej serii od ponad dziesięciu lat.

Być może Yann przejął się wreszcie krytyką czytelników i bardziej wnikliwie przyjrzał dawnym scenariuszom Van Hamme'a, ponieważ nowy Thorgal prezentuje dokładnie ten sam schemat, który świetnie sprawdzał się w serii kilka dekad temu. Jednocześnie historia umiejętnie rozwija wątki głównego bohatera, zręcznie sięgając do jego przeszłości. Tym razem sprawa dotyczy kwestii Shaigana Bezlitosnego, czyli podłego pirata-zbója, którym Thorgal został za sprawą knowań podstępnej Kriss De Valnor. Nieudany zamach na jego życie staje się dla naszego Wikinga okazją do zmycia części grzechów oraz stale narastającego poczucia winy. Zgodnie z obietnicą daną swej niedoszłej zabójczyni udaje się więc na odległe ziemie Ivarra Lodowatego, gdzie będzie musiał wypełnić kolejną niebezpieczną misję, której celem stanie się tytułowy pustelnik, stojący w centrum pewnego przedziwnego kultu. Yann postawił w tym tomie na zasadę "mniej znaczy więcej", toteż w tym stand alonie znajdziemy wreszcie wszystko, za co lubiliśmy Thorgala. Mamy nową, ciekawie umotywowaną przygodę, kilka nowych postaci, karkołomne zadanie dla naszego bohatera, które ma drugie, a nawet trzecie dno, ale najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że Thorgal jest nareszcie "tym" Thorgalem. To znów ten gościu, który dla piętnastolatka, jakim byłem dawno temu stanowił idealny wzorzec do naśladowania. Bądźmy jednak realistami, Pustelnik ze Skellingaru nie osiąga poziomu Łuczników, Alinoe czy Wilczycy. Pomimo moich zachwytów to w sumie zwyczajny średniak, ale za to bardzo solidny i dobrze napisany, co w obecnej sytuacji deficytu dobrych pomysłów stanowi osiągnięcie wręcz ponad miarę. Jedynym minusem albumu jest dość przydługa ekspozycja, na którą zwróciłem uwagę przy drugim czytaniu (czytałem nowego Thorgala dwa razy, och jak dawno się mi to nie zdarzyło!). Te kilka plansz, gdzie Ivarr i Kybele opowiadają o swojej sytuacji i planach można było skrócić bez szkody dla ogólnego sensu całości. Zasada o mniejszej większości dotyczy też przeszłości tytułowego herosa. Wspaniałym hołdem dla historii Thorgala jest scena mająca miejsce w trakcie wspinaczki po stromym zboczu. Vignaux dobrze poradził sobie z ilustracjami. O ile wcześniej miałem pewne obiekcje odnośnie tego artysty, teraz widzę, że Rosiński dokonał słusznego wyboru, czyniąc z niego swego pełnoprawnego następcę. W tym miejscu pozostaje mi wyrazić nadzieję, że dla Yanna Pustelnik ze Skellingaru nie był chwilowym wypadkiem przy pracy i że odtąd będzie tworzył scenariusze Thorgala przynajmniej na takim samym poziomie jak ten. Jeśli tak, znów będzie można wracać do losów naszego ulubionego Wikinga z czystą przyjemnością.

Tytuł: Thorgal, tom 37 - Pustelnik ze Skellingaru
Scenariusz: Yann
Rysunki: Frederic Vignaux
Okładka: Grzegorz Rosiński
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Le Lombard/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 22,99/29,99 zł


Superman. Action Comics, tom 1 - Niewidzialna mafia

Brian Michael Bendis, autor świetnego Ultimate Spider-Mana wraz z ostatnio ocenianym przeze mnie w KzK Człowiekiem ze Stali przejął stery nad przygodami Supermana. Inauguracyjny tom wypadł bardzo dobrze, toteż z wielkim zainteresowaniem zagłębiłem się w lekturze Niewidzialnej mafii, będącej początkiem pracy Bendisa przy legendarnej już serii Action Comics. Co przynosi nam ten komiks? Przede wszystkim ciąg dalszy wątku podpaleń i pożarów, o które w finale Człowieka ze Stali został oskarżony Superman. Czy nasz bohater mógł być w jakiś sposób odpowiedzialny za te zdarzenia? Oczywiście, że nie! Clark prowadzi śledztwo kontaktując się z dowodzącą jednostki Straży Pożarnej, tymczasem na pierwszy plan wychodzi tajemnica pewnej gangsterskiej organizacji, która do tej pory w tajemnicy sprawowała rządy w Metropolis. W jej szeregach pojawia się groźna przestępczyni o ksywce Red Cloud, która zamierza wstrząsnąć wewnętrznymi strukturami podziemnej władzy. Ale to jeszcze nie koniec, ponieważ posiadająca niezwykłe zdolności kobieta ma własne plany wobec stojącego na straży miasta Supermana.

Niewidzialna mafia to komiks, w którym znajdziemy znacznie więcej Clarka Kenta niż jego potężnego alter ego. I wcale nie jest to zarzut, ponieważ dzięki temu mamy okazję przyjrzeć się pracy Clarka w gazecie, a także sprawdzić jak wypadnie on podczas prowadzenia swego dziennikarskiego śledztwa. Bendis jak zwykle interesująco rozpisuje całą fabułę, pokazując, że na tym etapie rozumie postać Supermana, łącząc cechy poszczególnych postaci z tajemnicą i zakusami głównego złoczyńcy tomu. Wiele rzeczy działa tu naprawdę świetnie (zwróćcie uwagę na niektóre akcenty humorystyczne dotyczące zbrodniczej organizacji), niestety autor dostarczył też bardzo znaczącego zgrzytu, który nie pozwala mi dać albumowi najwyższej noty. Odnoszę wrażenie, że Bendis jest cichym wrogiem rodziny Kentów, bo to jak przedstawił wątek powracającej (w sekrecie przed Clarkiem) Lois, woła o natychmiastową pomstę do nieba. Aby nie psuć Wam krwi celowo nie zdradzę szczegółów, ale musicie wiedzieć, że nasza reporterka nie tylko zachowuje się zupełnie niedorzecznie (z punktu widzenia rozwoju postaci), ale też wyraźnie zaprzepaszcza pracę dotychczasowych autorów, którzy w poprzedniej serii skrupulatnie zbudowali relacje całej familii. To naprawdę poważna i denerwująca wtopa, na domiar złego mam dziwne wrażenie, że taki układ będzie obowiązywał w kolejnych odsłonach cyklu na stałe... Jeśli tak, to wielka szkoda, bo w ten sposób Bendis pozbywa się jednego z największych atutów tytułu, obracając w niwecz jego wszelki rozwój.  A nie jest to coś, co ma szansę spodobać się myślącemu trzeźwo czytelnikowi.

Tytuł: Superman. Action Comics, tom 1 - Niewidzialna mafia
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Ryan Sook, Patrick Gleason, Yanic Paquette
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Batman. Detective Comics, tom 7 - Wieczni Batmani 

Muszę przyznać, że w recenzji poprzedniego tomu Batman. Detective Comics (Upadek Batmanów) zbyt pochopnie wieściłem finał historii tworzonej przez Jamesa Tyniona IV. Choć szósta część zamykała w pewien oczywisty sposób większość wątków rozpoczętych w Powstaniu Batmanów, tak naprawdę dopiero Wieczni Batmani serwują nam kompletny finał tej długiej opowieści. Opowieści, w której pozostał do rozwiązania jeszcze jeden dość istotny szczegół, a mianowicie pozostający w cieniu wydarzeń spajających batrodzinę Ulysses Armstrong. Tynion IV przedstawia jego wątek w kontekście ostatniego uczynku Batwoman oraz niepokojącą wizją przyszłości, jakiej doświadczył, i której zwiastunem jest wyswobodzony z więzienia Oza Red Robin. Co z tego wyniknie, przekonacie się już zapewne sami, ja tymczasem dodam od siebie, że w gruncie rzeczy nie mogłem oczekiwać lepszego zakończenia całości.

Scenariusz Wiecznych Batmanów w lwiej części skupia się na postaciach Tima Drake'a oraz Kate Kane. To oni są w zasadzie głównym narzędziem Ulyssesa, który ma doprowadzić go do realizacji śmiałego i niebezpiecznego planu. Tynion IV nie byłby jednak sobą, gdyby opowiadając tę historię nie połączył jej z wątkami, nad którymi pracował od samego początku. Dodatkowo, otrzymujemy powstanie nowej grupy zwanej Kolonią, a także bolesną kwestię moralności jednej z głównych bohaterek. Co ciekawe, we wszystko wpleciona jest powracająca wizja przyszłości, która tym razem zdaje się być wyjątkowo realna i niebezpieczna (a co za tym idzie, dopełnia się tu skrupulatnie rozpisana autorska intryga). Stosunkowo mało w tym wszystkim samego Batmana, ale w końcu powyższa seria w ramach DC Odrodzenie nigdy nie była komiksem wyłącznie o nim. Jeśli to Wam nie przeszkadza lub zwyczajnie polubiliście podobne podejście do tematu, finałowy tom Batman. Detective Comics na pewno Was nie zawiedzie. Tynion IV wraz z towarzyszącymi mu rysownikami zabrał nas w inspirującą podróż, której głównym przesłaniem było zaufanie oraz wzajemne relacje pomiędzy bohaterami. I obojętnie czy bardziej przekonują Was do siebie Batgirl, Nightwing, Robin, Orphan czy Spoiler, w tym i poprzednich tomach znalazło się wiele elementów rozwijających ich charakterystykę. Mnie w całej serii najbardziej podobało się osobliwe podejście do tematyki Nietoperza oraz przemyślana wielowątkowość całości, przy której nawet na chwilę nie zagubił się istotny sens poszczególnych postaci.

Tytuł: Batman. Detective Comics, tom 7 - Wieczni Batmani
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Javier Fernandez, Eddy Barrows, Alvaro Martinez
Przekład: Tomsz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Powyższe komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


wtorek, 12 listopada 2019

Kraina Lodu 2 od wydawnictwa AMEET

Premiera Krainy Lodu II zbliża się wielkimi krokami, toteż nic dziwnego, że w tym okresie na księgarskim rynku pojawiło się wiele publikacji dla najmłodszych, dotyczących nowych przygód Anny i Elsy. W tym poście chciałbym zwrócić Waszą uwagę na aktualną ofertę wydawnictwa AMEET, które wypuściło na rynek sporą ilość tytułów z Krainy Lodu II. Ze względu na zawartość opisanych poniżej książeczek, podzieliłem je na trzy kategorie.



Na pierwszą partię opracowań składają się trzy książeczki przeznaczone do malowania i kolorowania. Znajdziemy tu wielkoformatową Mega-kolorowankę, Kolorowankę z naklejkami oraz malowankę wodną (Maluj wodą). O ile dwie pierwsze wydają się być dość standardowe (choć bez wątpienia bardzo urocze), ostatnia z nich jest chyba najciekawsza, głównie ze względu na samą propozycję zabawy. Otóż, aby ożywić zamieszczone w niej obrazki, wystarczy zamoczyć cienki pędzelek w wodzie i pociągnąć nim wybrany fragment postaci umieszczonej na rysunku. Efekt jest naprawdę ciekawy! Jeśli jednak obawiacie się, że Wasze pociechy pochlapią wszystko wokół wodą, skupcie się na pozostałych dwóch kolorowankach. Tu do zabawy wystarczą tradycyjne kredki lub flamastry.



Druga część książeczek to wydania z łamigłówkami, lecz nie takimi znów zwykłymi! Moc przygody i Ubrania do naklejania pozwolą Waszym milusińskim odrobinę wytężyć umysł, wyszukując naklejki pasujące do poszczególnych obrazków. Być może za sprawą drugiej z nich złapią też bakcyla do projektowania strojów! Ale to nie do końca wszystko, ponieważ znajdziecie tu również labirynt, zabawę w odnajdywanie szczegółów oraz zadanie z prostym liczeniem elementów. Tego tupu publikacje przeznaczone są dla odrobinę starszych dzieciaków.



Na koniec przyjrzyjmy się nietypowemu kalendarzowi adwentowemu, czyli 24 dni do Gwiazdki. To chyba najciekawsza z wszystkich wymienionych powyżej pozycji. W okazałym, tekturowym pudełku znajdziemy specjalny blister z wypychankami, które posłużą dzieciom do rozwiązywania zadań ze specjalnej książeczki (oczywiście dostępnej w tym zestawie). Umieszczono w niej również specjalne naklejki, które wraz z wypychankami każdego dnia grudnia zmuszą Waszą pociechę do wykonania bardzo ciekawych zadań. Niewątpliwie 24 dni do gwiazdki łączy zabawę z pomysłowością i cennym wyrabianiem cierpliwości. A po wszystkim można będzie ułożyć z kalendarza trójwymiarową planszę z ulubionymi bohaterami!

I tak przedstawiają się najciekawsze publikacje z Krainy Lodu II. Na zbliżające się Mikołajki, lub jako zwykły upominek po wizycie w kinie nadadzą się wprost idealnie. :-)


Za udostępnienie publikacji do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 7 listopada 2019

Nadjeżdża 1989 Batmobile (76139) od Lego!

Chyba dla większości filmowych fanatyków oraz wszelkiej maści geeków komiksowych Batmobile z filmu Batman (1989) jest pojazdem ze wszech miar kultowym. Pamiętny film Tima Burtona nie tylko przetarł na nowo szlak jakim powinny podążać produkcje z gatunku superhero, ale także wprowadził kilka interesujących innowacji w temacie kostiumów, sprzętu czy pojazdów. Tym bardziej cieszy mnie wielka niespodzianka, jaką na dniach zaoferuje fanom Batmana Lego.


Już 29 listopada b.r. do sprzedaży trafi klockowa wersja pojazdu Mrocznego Rycerza z 1989 roku! W skład zestawu 76139 1989 Batmobile wejdzie aż 3306 elementów (do zbudowania Batmobile'u) oraz 3 kolekcjonerskie minifigurki wraz ze specjalną podstawką (Batman, Joker, Vicki Vale). To jednak jeszcze nie wszystko! Model pojazdu mierzy ponad 60 cm długości, natomiast zagorzałym fanom z pewnością spodobają się autentyczne detale. Znajdziemy wśród nich przesuwane drzwi do kabiny z nową zakrzywioną szybą przednią, dwa ukryte pistolety maszynowe wysuwane po obróceniu rury wydechowej oraz dekoracyjne haki do zarzucania z obu stron pojazdu. Do samochodu Batmana dołączona jest obrotowa podstawka z plakietką informacyjną. 







76139 1989 Batmobile można będzie wkrótce zamawiać na oficjalnej stronie sklepu Lego Shop@Home. Jego cena wyniesie 1100 zł. Myślę, że tak wspaniały model wart jest skrupulatnego odkładania pieniążków. Ponadto, z pewnością okaże się najbardziej pożądanym prezentem na Święta! To jak, kto chce przejechać się ulicami Gotham w 80. rocznicę narodzin Batmana? :-)

wtorek, 5 listopada 2019

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 18 (Asteriks tom 38, Kaczogród - Carl Barks tom 5, X-Men - Jim Lee, Flash tom 6)

Osiemnaste wydanie Kiosku z komiksami zdominowały komiksy superbohaterskie oraz pełne przygód, humorystyczne opowieści, dawno już uznane za kultowe. No bo jak inaczej określić dzieła legendy komików Disney'a - Carla Barksa czy uwielbiane przez całe pokolenia losy dwójki dzielnych Galów? Na dodatek otrzymujemy solidną porcję zmagań mutantów i kolejne niesamowite przygody najszybszego człowieka na Ziemi. Jest więc w czym wybierać i przebierać, tym bardziej, że nie wszystkie tytuły godne są mojego bezwarunkowego polecenia. Zapraszam do lektury i zachęcam do wyrażania własnych opinii w komentarzach. W końcu ten dział jest przeznaczony w równym stopniu dla Was!


Asteriks, tom 38 - Córka Wercyngetoryksa

Asteriks, podobnie jak Batman, obchodzi w tym roku swój mały jubileusz... No dobra, wcale nie taki mały! Nasz dzielny Gal skończył właśnie 60. lat (Obeliks też, nie zapominajmy o nim!) i choć Batman wyprzedza go w tej materii o całe dwie dychy, nasz chłopak trzyma się naprawdę dzielnie. Wciąż pozostaje w świadomości fanów na całym świecie, nadal powstają o nim filmy, animacje i komiksy. Tak, właśnie komiksy... Po śmierci Rene Goscinnego i zaprzestaniu tworzenia serii przez Alberta Uderzo Asteriks trafił w ręce twórców młodszego pokolenia, czyli Jean-Yves Ferri'ego oraz Didiera Conrada. Efektem ich współpracy są cztery autorskie albumy, z których najnowszy - Córka Wercyngetoryksa dopiero co ukazał się na naszym (i frankofońskim) rynku. Niestety, począwszy od Asteriksa u Piktów naszą ulubioną wioskę Galów z każdym kolejnym tomem coraz bardziej opuszcza ta charakterystyczna, rozpoznawalna magia. Nie, żeby te trzy poprzednie albumy były jakieś okropnie złe, po prostu poza fantastyczną (i co ważne, utrzymaną w oryginalnym stylu) kreską autorom nie udaje się utrzymać wysokiego poziomu ojców serii (choć Uderzo też miał tu swoje wyraźne potknięcia).

Tak czy inaczej, nowy komiks opowiada o przysłudze, której wodzowi Arwernów wyświadcza Asparanoiks. Otóż pod opieką dzielnych Galów ma przez jakiś czas pozostać Adrenalina, jedyna córka Wercyngetoryksa. Śladem nieustannie ukrywającej się dziewczyny podąża niejaki Serialomaniks, podstępny zdrajca będący na usługach samego Cezara. Jak można się domyślić, ciągłe zagrożenie oraz niepokorny charakterek młódki będą oczywistą przyczyną wielu kłopotów, które spadną na opiekujących się nią Asteriksa i Obeliksa. Choć całość brzmi w sumie dość obiecująco, Córka Wercyngetoryksa osiąga wynik zaledwie poprawny. W kwestii fabularnej czuć wyraźnie brak jakiegoś ogólnego zacięcia, aby poprowadzić całą historię bardziej przebojowo. Mimo, że nad tytułem unosi się duch odwiecznego braku porozumienia pomiędzy pokoleniami, nie daje on rady wybrzmieć tak, jakby oczekiwał tego czytelnik. Zaledwie kilka żartów wypada w miarę fajnie, reszta komiksu to zbiorowisko dość oczywistych elementów, które w Asteriksie przerabialiśmy już zbyt wiele razy. Na pewno nie żałuję lektury tego tomu, ale kiedy pomyślę o wspaniałym dorobku serii z dawnych lat, szkoda mi, że przygody Galów tak bardzo rozmieniają się na drobne...

Tytuł: Asteriks, tom 38 - Córka Wercyngetoryksa
Scenariusz: Jean-Yves Ferri
Rysunki: Didier Conrad
Przekład: Marek Puszczewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 19,99 zł


Kaczogród Carla Barksa. O kawałek sznurka i inne historie z roku 1956 (tom 5)

Carl Barks to jeden z najbardziej uznanych twórców klasycznej, disney'owskiej kreski. Ten żyjący w latach 1901-2000 artysta podziwiany jest głównie za tworzenie komiksów ze świata Kaczora Donalda, a ściśle rzecz biorąc - z Kaczogrodu. W latach 1938-2004 narysował setki niesamowitych opowieści, które polski czytelnik wreszcie ma okazję poznać za sprawą wydawnictwa Egmont. Kolekcjonerska seria zbierająca najciekawsze prace Barksa doczekała się na naszym rynku już pięciu tomów, z których ostatni właśnie pojawił się w księgarniach. O kawałek sznurka i inne historie z roku 1956 to, jak sam tytuł wskazuje, kompilacja dokonań Barksa przypadająca na połowę lat 50. ubiegłego wieku. Zamieszczono w niej przede wszystkim komiksy w krótszej, kilkunastostronicowej formie, ale znajdziemy tu również parę historii jednoplanszowych. Naturalnie, we wszystkich objawia się wielkie mistrzostwo autora. Nie jeden raz pisałem jak trudnym zadaniem jest pogodzenie tworzenia tekstu i obrazu, co niekoniecznie udaje się każdemu. Co ciekawe, talent Barksa najbardziej widoczny jest wtedy, gdy porównamy jego dzieła do innych, wydawanych w tamtych latach tytułów. W Kaczogrodzie nie znajdziecie tej pożałowania godnej infantylności czy maniery wsadzania w usta bohaterów dywagacji na temat tego, co akurat robią (nagminne w nurcie superhero - patrz poniższe X-Men). Komiksy z Kaczogrodu są na tej płaszczyźnie absolutnie ponadczasowe, sprawiając, że czyta się je tak, jakby powstały zaledwie wczoraj. A że może czytać je każdy, nie ulega żadnej wątpliwości.

W powyższym tomie przekonamy się, co jest gotów zrobić Wujek Sknerus, aby udowodnić, że to właśnie on jest najbogatszym kaczorem świata oraz jak niepewne jest posiadanie ogromnego sejfu. Ponadto, sprawdzimy jak Donald zachęca swych siostrzeńców do nauki gry na pianinie, doświadczymy niepewnych uroków hipnozy, a także poznamy nowe wynalazki Diodaka. Najciekawszymi historiami z punktu widzenia sympatyka fantastyki będą te traktujące o wyprawie do wnętrza Ziemi i spotkaniu z Yeti. Barks to oczywisty geniusz humorystycznych, ale również bardzo pouczających opowiastek. Wszystkie jego postacie, nawet te, które mają pozornie więcej cech negatywnych, są skonstruowane tak, abyśmy mogli uczyć się z ich bogatych doświadczeń. Autor nigdy nie zapominał o pokazaniu ich w taki sposób, aby nieustannie wzbudzali naszą sympatię. Pochwał pod adresem komiksów z Kaczogrodu można by sypać jeszcze więcej, ograniczę się jednak do tego co napisałem powyżej. Mam nadzieję, że nakłoni to Was do sięgnięcia po któryś z tomów kolekcji, jeśli jakimś cudem jeszcze tego nie zrobiliście.       

Tytuł: Kaczogród Carla Barksa. O kawałek sznurka i inne historie z roku 1956 (tom 5)
Scenariusz i rysunki: Carl Barks
Przekład: Jacek Drewnowski, Marcin Mortka
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 240
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


X-Men. Jim Lee

Jim Lee to jeden z najpopularniejszych w USA twórców komiksowych (szczególnie jeśli chodzi o zdobywający coraz więcej zwolenników nurt superhero). Dziś znany jest także jako współzałożyciel wydawnictwa Image oraz niezwykle ważna figura w zarządzie DC Comics. Wśród jego najbardziej rozpoznawalnych tytułów wymienić należy choćby serię Batman Hush, Wild C.A.T.S. czy The Uncanny X-Men. Właśnie ten ostatni tytuł został wydany w naszym kraju ku niewątpliwej uciesze czytelników wspominających złote czasy wydawnictwa TM-Semic. Przy okazji jest to również niezapomniany debiut Lee na łamach wydawnictwa Marvel. Czy nieuchwytny czar powyższej pozycji nadal pieści oczy oddanych fanów, jednocześnie przyciągając rzesze nowych odbiorców? Niestety nie.

O samej fabule nie będę pisał zbyt wiele. Fakty są bowiem takie, że w powyższym tomie Egmontu otrzymujemy zbiór niekoniecznie połączonych ze sobą historii z mutantami, których wspólnym mianownikiem jest kreska Lee oraz scenariusze Chrisa Claremonta. Dla czytelnika nie obeznanego w przydługiej mitologii Marvela będzie to lektura raczej niezjadliwa i bezsensowna. Akcja skacze z miejsca na miejsce, z szybkością statku międzygwiezdnego przenosimy się pomiędzy zmaganiami X-Menów z Mandarynem, spotkaniem Wolverine'a z Kapitanem Ameryką, czy wielce niebezpieczną wyprawą w kosmos (do opanowanej przez Skrulli stacji Shi'ar). W kwestii stylistycznej komiks ten osadzony jest w ciężkich w odbiorze latach 70., które dziś wydają się dość infantylno-archaiczne (chyba że lubicie jak bohaterowie myślą lub mówią o tym, co robią lub co działo się z nimi na przestrzeni ostatnich wydań komiksu). Rysunkowo jest także dość średnio, choć po dłuższym obcowaniu z X-Men zauważam, jak wielką rolę odgrywają w pracy nad komiksami inkerzy i koloryści. To za ich sprawą prace Jima Lee uzyskują późniejszy styl i głębię. Tego tutaj niestety zabrakło. Jest za to sporo niedbałości oraz tęczowych kolorków rodem z My Little Pony, czyli czegoś, co mocno gryzie się z kształtem opowieści, jaki chcielibyśmy dziś podziwiać. Dlatego też powyższe wydanie zbiorcze pierwszych prac Lee dla Marvela polecam tylko zagorzałym sympatykom X-Men lub fanom artysty, którzy zbierają wszystko jak leci. Reszta z Was powinna mocno pilnować portfela.

Tytuł: X-Men
Scenariusz: Chris Claremont, Ann Nocenti
Rysunki: Jim Lee
Przekład: Maria Jaszczurowska
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 312
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Flash, tom 6 - Zimny dzień w piekle

Prawie dziesięć miesięcy minęło, odkąd w nasze ręce trafił piąty tom Flasha. Na skutek decyzji wydawcy wszystko wskazywało również na to, że z najszybszym człowiekiem na Ziemi nie zobaczymy się zbyt prędko. Tymczasem, ku wielkiej uciesze fanów, na rynku pojawiła się nowa część przygód Barry'ego Allena - Zimny dzień w piekle. Jak można się domyślać, powodem dalszej publikacji tytułu jest event Heroes in Crisis, który pojawi się w Polsce w pierwszej połowie 2020 r. Do jego lepszego zrozumienia polecana jest właśnie lektura szóstego, siódmego i ósmego tomu losów szkarłatnego sprintera. Po wydaniu tych części zapewne pożegnamy serię na dobre, lecz póki co, czeka nas jeszcze trochę niezłej zabawy. Cieszmy się z tego, ponieważ zabawa kontynuowana jest już w poniższej części.

Zimny dzień w piekle składa się z trzech powiązanych ze sobą historii. W pierwszej (Uwaga, Czarna Dziura) mamy okazję dowiedzieć się co stało się z Meeną Dhawan, po tym jak zginęła z ręki Godspeeda. Temat jest o tyle ciekawy, ponieważ prowadzi nas do ujawnienia nowych motywacji bohaterki oraz zakończenia wątku z negatywną mocą prędkości, która opanowała Barry'ego. Temat przewodni komiksu dotyczy oczywiście Kapitana Chłoda i jego sprytnego planu zawojowania Central City. Walka o tytuł głównego złoczyńcy w mieście jest świetnie rozpisana, szkoda tylko, że Joshua Williamson nie postarał się o lepsze wytłumaczenie sposobu wydostawania się Łotrów z ich cel (wzmianka, jakoby odpowiadała za to technologia zainstalowana w ich strojach jest zbyt powierzchowna). To samo dotyczy reakcji Barry'ego na spacer Augusta pomiędzy celami. W ostatniej opowieści poznajemy bliżej sytuację długo nieobecnego Wally'ego (tego rudego, nieobecnego w czasowym kontinuum przez dziesięć lat). Przyznam, że dla tych z Was, którzy nie czytali serii Titans (niestety nie została ona wydana w Polsce), Tajemne życie Wally'ego Westa może wydawać się zbyt hermetyczne. Warto jednak dać tej historii szansę. Tym bardziej, że jest świetnie rozpisana pod względem relacji tytułowego bohatera z otoczeniem, a także stanowi wprowadzenie do wspomnianego Heroes in Crisis. Ilustracyjnie cały tom stoi na wysokim poziomie, jedynie plansze Scotta Kolinsa nieco odstają od reszty. Jeśli nie przypadną Wam do gustu, nie martwcie się, odpowiada on wyłącznie za jeden rozdział. Zimny dzień w piekle jest udaną kontynuacją przygód Flasha, otwierającą nowe możliwości dla serii. Co jednak najważniejsze, wciąż zapewnia dobrą i wciągającą zabawę. W tej kwestii możecie mi wierzyć - w końcu Flash to mój ulubiony bohater z całego panteonu sław DC Comics. 

Tytuł: Flash, tom 6 - Zimny dzień w piekle
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Pop Mhan, Christian Duce, Howard Porter
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 3 listopada 2019

Roboty, dzieci i koniec świata w Jestem matką (2019)


Na czym polega dobre kino science-fiction? Czy powinno nastawiać się na rozbuchaną wizualnie, odmóżdżającą rozrywkę dla mas, czy zadawać istotne pytania o naszą przyszłość? A może lepiej byłoby, gdyby skutecznie kopiowało samo siebie, celem prezentacji całkiem nowych, wydumanych idei? Podejścia w ramach tej kwestii są bardzo różne, jednak w poszukiwaniu kreatywnych rozwiązań najbardziej istotnym powinno być przykucie uwagi widza oraz uwolnienie jego głęboko skrywanych emocji. Oczywiście, nie wszystkim twórcom zawsze się to udaje. Tymczasem, w filmie będącym reżyserskim dziełem Granta Sputore szczęśliwym trafem udało się osiągnąć idealny balans pomiędzy tajemnicą, a niesłabnącym pytaniem o porozumienie pomiędzy człowiekiem i robotem. To właśnie z tego powodu Jestem matką prezentuje wyraźny powiew świeżości, tak oczekiwany przeze mnie w kinie fantastycznym już od dłuższego czasu.

W tej futurystycznej historii obserwujemy zmagania robota, który w zamkniętej bazie poświęca się, aby wychować sztucznie poczętą przedstawicielkę ludzkiego gatunku. Niewiele wiemy o tym, co stało się z całym światem, fabuła zdradza nam jedynie informacje o wielkiej globalnej katastrofie, która spowodowała trwałe skażenie oraz ostateczne wymarcie całej naszej rasy. Prawie dorosła dziewczynka, nazywana przez robota-matkę Córką, jest oczywiście jedynym przedstawicielem ludzkości w bazie. Przez wszystkie dni swego życia uczy się, pozostając w przekonaniu, że wraz z kolejnymi, planowanymi do poczęcia w laboratorium dziećmi, trwale odrodzi gatunek ludzki. Jest tak wyłącznie do pewnego czasu, ponieważ zniecierpliwiona samotnością nastolatka dokona wkrótce niebywałego i szokującego odkrycia. A ono doprowadzi ją nie tylko do podważenia własnego światopoglądu, ale także zagrozi bezpieczeństwu i zaufaniu, jakim dotąd darzyła jedyną rzecz, która towarzyszyła jej przez całe życie.


Należy powiedzieć to wprost - Jestem matką to kino czerpiące pełnymi garściami z dorobku gatunku, jednak będące w pełni świadome tychże zapożyczeń. Poprzez wykorzystanie swej wiedzy, Grant Sputore i Michael Lloyd Green tworzą opowieść o bardzo znajomym kształcie, ubierając ją w zupełnie nowe szaty. Znajdziemy tu liczne nawiązania do Terminatora, Ex Machiny oraz serii Obcy, tymczasem film i tak stoi twardo na własnych nogach. Wielka w tym zasługa aktorek (Clara Rugaard, Hilary Swank), które praktycznie cały jego ciężar dźwigają wyłącznie na swoich barkach. A zadanie jakie stało przed nimi było niebagatelne. Pokazać emocje i realizm zachowania w nienaturalnej dla człowieka sytuacji jawiło się jako bardzo trudne wyzwanie. Tym bardziej, że przez cały czas trwania Jestem matką w umysłach bohaterek oraz widza toczy się walka o znalezienie wyjścia z sytuacji oraz rozwiązanie zagadki. Kto tak naprawdę chce dobrze dla Córki? Robot-Matka czy obca kobieta, która przedstawia zupełnie sprzeczne z jej dotychczasowym światopoglądem rewelacje? Ta potyczka wciąga widza od samego początku do końca, ani trochę nie słabnąc w finale obrazu, sprytnie skłaniając nas do tworzenia własnych wniosków i przemyśleń.

Jestem matką to film prawdziwie kameralny. Sputore wykorzystuje w nim teatralny koncept zamkniętej przestrzeni, która zmusza odbiorcę do wysilenia szarych komórek. Daje to szansę uruchomienia naszej wyobraźni, dzięki czemu każdy widz ma szansę odebrać produkcję w bardzo indywidualny sposób. Także samo zakończenie, które być może jest nawet w jakimś stopniu przewidywalne, pięknie rozwija koncept naszego futurystycznego związku ze sztuczną inteligencją. Jak potoczy się nasze życie w zdominowanym przez komputery świecie? Czym różnimy się od zaawansowanych technologicznie wytworów naszych rąk? Czy zagłada ludzkości jest jedyną szansą na jej ponowne odrodzenie...? Te często zadawane, w pełni egzystencjalne pytania podane są tu bardzo przystępnie i tak pomysłowo, że nie mogę odmówić filmowi wielkiego uroku. Jestem matką urzeka minimalizmem, scenografią, grą aktorską i bardzo ciekawym pomysłem. Takim, który wykorzystywany był już w popkulturze fantastycznej wiele razy, lecz odpowiednio podany wciąż ma szansę zainteresować poszukującego i wrażliwego odbiorcę. A przecież więcej wymagać od dobrego filmu nie trzeba. I na tym polu powyższa produkcja sprawdza się wręcz idealnie. Gorąco polecam ją Waszej uwadze.



Tytuł: Jestem matką (I Am Mother)
Scenariusz: Michael Lloyd Green, Grant Sputore
Reżyseria: Grant Sputore
Obsada: Clara Rugaard, Hilary Swank, Rose Byrne, Luke Hawker, Tahlia Sturzaker
Wytwórnia: Netflix
Rok produkcji: 2019
Data premiery: 7 czerwca 2019 (USA), 7 czerwca 2019 (Polska)
Czas trwania: 113 min.