niedziela, 27 grudnia 2020

Cała prawda o tym, Co w duszy gra (2020)


Joe gra na pianinie, a muzyka to jego wielka pasja od najmłodszych lat. Niestety, nie wszystko w jego życiu poszło tak jak powinno i nasz bohater zamiast grać w jazzowym zespole, odbębnia fuchę nauczyciela muzyki w podstawówce. Znacie to? Tak, chyba każdy z nas po trochu to zna... Prawda życiowa jest taka, że nie zawsze udaje nam się osiągnąć wymarzony cel, szczególnie kiedy ta iskra, która rozpala naszą pasję, zdaje się rozmijać z drogą wymarzonego życia. Dokładnie w tym miejscu tkwi Joe, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności udaje mu się przejść eliminacje do zespołu Dorothei Williams, znanej saksofonistki jazzowej. Pędzi więc do domu, uszczęśliwiony życiową okazją, zupełnie nie zważając na otoczenie. I trochę szkoda, bo w tym przypływie szczęścia nie zauważa otwartego kanału, do którego oczywiście wpada. I wiecie co? Joe umiera. No, może nie tak do końca, bo jego ciało znajduje się w stanie permanentnej śpiączki, ale jego dusza trafia do miejsca lepiej znanego jako zaświaty. I tu zaczyna się historia, która paradoksalnie zmieni życie Joego na zawsze.

Pixar to chyba jedyne studio filmowe, które produkuje filmy animowane, które są w jednakowym stopniu przeznaczone dla dzieci jak i dorosłych. I nie chodzi mi o ogólną tendencję jednania pokoleń podczas seansu, bo ta jest obecna w kinie światowym już od co najmniej dwóch dekad. Jasne, w jej myśl większość animacji przygotowywana jest tak, żeby rodzice wchodzący ze swymi pociechami na seans nie zasnęli z nudów, ale Pixar robi filmy w taki sposób, że dojrzały widz po minucie staje się naturalnym "targetem" opowiadanej historii. Czary czy co? Nie wiem, może oni tworzą te produkcje wyłącznie dla siebie i dzięki temu przelewają na nie całą swą pasję i doświadczenie? Tak czy inaczej, podobnie sprawa ma się z najnowszym dziełem studia Co w duszy gra. To rewelacyjny film skrojony pod widza w każdym wieku. A co najciekawsze - po raz kolejny bawiący, uczący i uwrażliwiający na sprawy, które w pędzie życia mogliśmy niechcący przegapić.

Pierwsze zapowiedzi produkcji sugerowały, że otrzymamy film podobny do W głowie się nie mieści, z tą drobną różnicą, że zamiast do umysłu zajrzymy sobie we wspomniane zaświaty. I jest tak w istocie. Joe trafia na zawieszoną w pustce taśmę, która kieruje odchodzące dusze w stronę olbrzymiej kuli światła. Bohater jest więc o krok od spotkania ze swym stwórcą, jednak przywiązanie do życia (i niezrealizowanych celów) sprawia, że nie może pogodzić się z tą sytuacją. Uciekając przed nieuniknionym spada w nicość, trafiając do czegoś na kształt przedświata. To tu kształtuje się dusze, mające już niebawem zawitać w swych ciałach na Ziemi. To jednak zaledwie początek naszej historii, bo tak naprawdę w tym bezcielesnym otoczeniu nie spędzimy całego filmu. Choć twórcy Co w duszy gra inspirująco pokazują, jak ich zdaniem wygląda i funkcjonuje obszar życia po i przed nim, to zwracają oni uwagę widza na coś jeszcze ważniejszego.


A tym czymś jest właśnie cel życia oraz pasja, która pcha nas do realizacji marzeń. Co decyduje o tym jacy jesteśmy? Dlaczego drogi naszego życia prowadzą w tę, a nie inną stronę? Czemu tak często nie znajdujemy szczęścia w naszych działaniach i czy na pewno osiągnęlibyśmy je, gdyby udało nam się spełnić najskrytsze marzenia? Wierzcie mi, na te pytania film nie da nikomu jednoznacznej odpowiedzi, nie jest to bowiem produkcja brutalnie wciskająca odbiorcy morał do gardła. To tylko punkt wyjściowy do dalszych rozważań, stanowiący jednocześnie idealne połączenie z historią Joego, którą nakreślono jako naprawdę pasjonującą i dość nieprzewidywalną. Z jednej strony Co w duszy gra zachwyca kreatywnością (i przemyślanym sensem) w tworzeniu duchowego świata, natomiast z drugiej prezentuje treść, która naprawdę bawi, angażując naszą uwagę na bardzo poważnych kwestiach. Aby lepiej pokazać drogę głównego bohatera, zderzono jego postać z małą duszyczką o numerze 22, która musi odnaleźć swoją iskrę w przyszłym życiu. To klasyczny przykład poukładanej jednostki, która na swej drodze spotyka osobnika, swym stylem bycia wywracającego do góry nogami ich wspólny świat. Dzięki temu oboje skorzystają na tej znajomości, wynosząc z niej nieznaną wcześniej naukę. I tak za sprawą 22 Joe uzmysłowi sobie, co musi zmienić w swym życiu. No dobrze, ale co z tego, skoro chłopina teoretycznie nie powinien już krążyć wśród żywych? Na to także film odpowiada, nie będę jednak przytaczał tu całej fabuły. Nadmienię jeszcze tylko, że film rozbrzmiewa wspaniałą muzyką i to nie tylko jazzową, co mogłaby sugerować pasja Joego do tego gatunku. 

Co w duszy gra jest kolejnym znakomitym (pomijając sympatyczne, ale absolutnie nie genialne Naprzód) przykładem znajomości rzemiosła filmowego przez speców z Pixara. To film mądry, otwierający oczy, ale przede wszystkim fascynujący na poziomie fabuły, jak i losów głównych postaci. Potrafi zaskoczyć, oferując intrygujące zwroty akcji, ale też często bawić do łez. Zostaje w głowie na długo po seansie, formułując pytania, na które jesteśmy już gotowi szukać odpowiedzi. Bo sposób odbioru tej opowieści w dużej mierze będzie zależał od nas samych. To co daje ona widzowi jest największym osiągnięciem twórców. Prawda jest taka, że nie ma w tym tytule słabych stron. Technicznie animacja jest wspaniała. Detale, światło, kreacja postaci oraz świata (materialnego jak i tego w zaświatach) powoduje prawdziwy opad szczęki, choć akurat do tego twórcy przyzwyczaili nas nie od dziś. Z czystym sercem mogę polecić Co w duszy gra każdemu szukającemu inteligentnej rozrywki widzowi. To film, który oferuje wspaniałą zabawę, pozostając w naszych sercach długo po seansie. Koniec roku nie mógłby być bardziej obiecujący, bo pomimo niewielkiej ilości filmów, które dane nam było zobaczyć, dzieło Pixara jest jednym z tych absolutnie najlepszych. 



Tytuł: Co w duszy gra (Soul)
Scenariusz: Pete Docter, Mike Jones, Kemp Powers
Reżyseria: Pete Docter
Obsada (dubbing): Jamie Foxx, Tina Fey, Graham Norton, Rachel House, Alice Braga, Richard Ayoade, Questlove, Angela Bassett i inni
Wytwórnia: Walt Disney Pictures/Pixar Animation Studios
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 25 grudnia 2020 (Disney+)
Czas trwania:  100 min.

sobota, 26 grudnia 2020

Wonder Woman 1984 (2020) świetnym filmem... minionej dekady?

Trzy lata przyszło nam czekać na kontynuację Wonder Woman, jednego z największych hitów filmowych na podstawie komiksów DC Comics. Od tamtego czasu wiele w kinie superbohaterskim się zmieniło, ważne jest także to, że pomimo sporej popularności wspomniana produkcja już wtedy była dziełem dość bezpiecznym i wykalkulowanym na łatwe osiągnięcie sukcesu. Nie oznacza to oczywiście, że opowieść jaką zaserwowała nam Patty Jenkins była całkowicie bezwartościowym, komercyjnym produkcyjniakiem. Absolutnie nie! Reżyserka Wonder Woman pokazała nam nie tylko ciekawie skonstruowaną bohaterkę, ale również historię bogatą we wzruszenia oraz istotne przesłanie. Dzięki temu film zyskał moją przychylność, stając się jednym z bardziej lubianych widowisk 2017 roku. W Wonder Woman 1984 wracamy do świata naszej ulubionej komiksowej księżniczki, aby wypełnić lukę w jej historii od czasów zakończenia I Wojny Światowej, aż po drugie dziesięciolecie XXI wieku.

W tym celu cofamy się do wspomnianego w tytule roku, będąc świadkami wydarzeń, jakie wkrótce wzbogacą i wstrząsną światem Diany. Zastajemy ją skupioną na wypełnianiu obowiązków wobec szarych obywateli USA, ale także przytłoczoną samotnością, która zdaje się pożerać ją od wewnątrz. Tęsknota za dawnymi czasami, a w szczególności wielką miłością swego życia zdaje się być dla Diany najtrudniejszą do pokonania przeszkodą. Na szczęście, zupełnie niespodziewanie pojawi się coś, co zmieni taki stan rzeczy. Odnaleziony podczas standardowej napaści na sklep jubilerski, starodawny artefakt, w którego posiadanie zapragnie wejść niejaki Maxwell Lord, okaże się mieć pewne potężne właściwości. A będą one na tyle zgubne, że wkrótce jego moc zagrozi bezpieczeństwu całej planety. 

Początkowy zarys fabuły jest jedną z mocniejszych stron filmu Jenkins. Mroczna tajemnica z przeszłości, na spotkanie której wyrusza Diana wraz z doktor Minerwą - swą nowo poznaną koleżanką z wydziału archeologii, czyni z WW84 coś na kształt połączenia filmów o przygodach Indiany Jonesa z typowym superhero. Ten kolaż wychodzi reżyserce bardzo zgrabnie, tak samo zresztą wypada na ekranie trójka głównych bohaterów (Diana Prince, Barbara Minerwa, Max Lord). Najciekawsze jednak jest to, że film nie sili się na posiadanie typowego (a co za tym idzie kreślonego grubą kreską), wszechpotężnego antagonisty (którym był w poprzedniej odsłonie bóg Ares). Zarówno Max Lord, jak i doktor Minerwa są postaciami z krwi i kości, które na pewnym etapie swego życia popełniły zwyczajny grzech chciwości. To sprowadza na nich kłopoty, z których wyplątać będą mogli się jedynie przez zrozumienie prawdziwych wartości życia.


Kolejnymi plusami filmu jest stopniowe tracenie mocy przez naszą tytułową bohaterkę oraz nieoczekiwany powrót Steve'a Trevora. Aby nie psuć niespodzianki podczas seansu, nie zamierzam wchodzić głębiej w szczegóły wyżej wymienionych wypadków. Napiszę więc tylko, że wspomniane kwestie zostały rozwiązane dość pomysłowo, nie wzbudzając niedowierzania czy poczucia zażenowania. Osłabienie mocy Wonder Woman podnosi poprzeczkę dla jej zmagań oraz drogi, którą przechodzi w tej historii, natomiast postać Trevora pomaga umiejscowić uczucia Diany, oferując też kilka lżejszych, bardziej komediowych scen. Przy omawianiu WW84 warto również podkreślić brak natarczywości w eksploracji ekranowej nostalgii, pochodzącej z realiów połowy lat 80. Czas akcji jest jedynie punktem wyjścia dla opowiadanej historii, nieliczne popkulturowe nawiązania nie kłują w oczy aż tak bardzo, jak miało to miejsce choćby w serialu Stranger Things. I to są chyba wszystkie pozytywne aspekty obrazu. Sprawiają one, ze historia opowiadana przez Jenkins jest w stanie zaangażować widza, jednak nie aż na tyle, aby zapamiętał film jako dzieło absolutnie genialne. Przeszkadza w tym bowiem kilka dość istotnych szczegółów.

WW84 jest produkcją tak samo bezpieczną jak pierwsza odsłona przygód Diany. Widać to po sposobie prowadzenia historii, ale też traktowaniu poszczególnych wątków. Wszystkie one są w jakiś sposób przewidywalne, prowadząc widza do spodziewanego i bardzo patetycznego finału. Nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek domysły, morał serwuje się nam z siłą podobną do klasycznych animacji Disney'a, gdzie wypowiadany był on ustami głównych postaci. Przesłodzone, niechciane i niemodne - tak można określić to, co w sferze rozwojowej oferuje nam WW84. Być może, gdyby film powstał jakieś 10-15 lat temu, nie byłoby to aż tak widoczne, ale w dzisiejszych czasach, po tylu produkcjach w stylu superhero widzowie oczekują chyba czegoś bardziej wyszukanego. Kolejna sprawą są sceny akcji oraz sposób poruszania się Diany podczas większości widowiskowych starć. W porównaniu do pierwszej odsłony, szczęśliwie zrezygnowano ze zwolnionego tempa, ale ruchy Wonder Woman są teraz tak udziwnione (stawiając na przesadną lekkość), że odbierają wszystkim chwilom walk oczekiwanej dozy autentyczności czy naturalności. Rozumiem, że w taki sposób może działać lasso prawdy, ale ciało Diany (podatne na prawa fizyki) już chyba nie powinno...

Wonder Woman 1984 nie jest filmem złym. Bawiłem się na nim całkiem dobrze, lecz okazał się być zaledwie poprawną rozrywką, tak samo jak jego poprzednia odsłona. Trochę to mało, biorąc pod uwagę możliwości twórców oraz ogólny rozwój kina gatunkowego, jaki dokonał się w ciągu minionej dekady. Świetnie wypadły najważniejsze postacie tej historii oraz niebanalny pomysł na fabułę, zawiodły sceny akcji, górnolotny morał oraz oczywistość zakończenia poszczególnych wątków. Trochę szkoda, bo podczas gdy Marvel rozwija swój filmowy świat oferując nam seriale i kolejne produkcje starające się nadążyć za oczekiwaniami odbiorcy, DC uparcie stoi w miejscu, oferując widzom zaledwie poprawne produkcje. Trochę mija się to z czasami, w których żyjemy oraz sensem oferowanej rozrywki, która w takim przypadku może służyć wyłącznie chwilowej przyjemności. Czyli takiej, o której zapomnimy dość szybko po seansie. I taki będzie niestety los WW84.


Tytuł: Wonder Woman 1984 (Wonder Woman 1984)
Scenariusz: Patty Jenkins, Geoff Johns, Dave Callaham
Reżyseria: Patty Jenkins
Obsada: Gal Gadot, Kristen Wiig, Pedro Pascal, Chris Pine, Robin Wright, Connie Nielsen, Lilly Aspell, Amr Waked i inni
Wytwórnia: Warner Bros., DC Entertainment
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 25 grudnia 2020 (USA, HBO Max)
Czas trwania: 151 min.

wtorek, 22 grudnia 2020

Powrót Relaxu - Magazynu opowieści rysunkowych!


Dawno, dawno temu, w odległej epoce PRL-u, czyli mrocznych czasach ubiegłego stulecia, istniało pismo odmienne od reszty. Nazywało się Relax i w latach 1976-1981 na swoich łamach zrewolucjonizowało polski rynek komiksowy. Z czasem zaczęło cieszyć się statusem pozycji kultowej, a dziś wywołuje głośne westchnienia nostalgii wśród współczesnego pokolenia pięćdziesięciolatków. Ja sam do poziomu pisma miałem szczęście dorosnąć dopiero bliżej pierwszej połowy lat 80. Poznawałem je więc z egzemplarzy z trudem zdobywanych w antykwariatach lub na nielicznych giełdach i bazarach. To w nim po raz pierwszy odkryłem nowe komiksy Christy, Rosińskiego, Baranowskiego... Oczywiście, nie wszystkie opowieści obrazkowe przypadły mi do gustu. Taka była już bowiem formuła pisma, że publikowało tytuły bardzo różnorodne, skierowane do szerokiego spektrum odbiorców. Jedno było pewne - Relax stał się znakiem swych czasów oraz źródłem czegoś w naszym kraju niespotykanego. 

Tymczasem dziś nastał nowy, lepszy czas i Relax powraca pod strzechy za sprawą wydawnictwa Polish Comic Art. W powiększonym formacie, na lepszym papierze, z okazałą objętością i nowymi, świetnymi historyjkami obrazkowymi! Formuła jest taka sama jak cztery dekady temu - znajdziemy w nim komiksy krótkie, nieco dłuższe oraz takie, które czytać będziemy podzielone na odcinki. Wśród twórców pierwszego numeru znaleźli się R. Recht, M. Zabdyr, P. Dubois, D. Armand, M. Kur, P. Bednarczyk, J. Skrzydlewski, Meago, M. Fijał, S. Kiełbus, Z. Kasprzak, Moebius, Jodorowsky czy A. Ruducha. Niewątpliwie jest w czym wybierać i każdy z łatwością znajdzie w magazynie coś w sam raz dla siebie. Już na pierwszy rzut oka podpasowały mi historyjki Ciekawość (Fijała i Kura), pierwsza część westernu Texas Jack (Duboisa i Armanda) oraz Złote łzy (Jodorowsky'ego i Ladronna). Także tutaj przeczytacie przygody Emilki Sza i Delisi z rysunkami Meago, które niejednokrotnie przedstawiałem na blogu. Pewnym minusem opowieści dzielonych na odcinki jest to, że ich fragmenty są w kilku wypadkach zbyt krótkie. Szczególnie zgrzytało mi to w przypadku Obywatela dopalonego (M. i A. Kmiołka) oraz Pułkownika Domino (Cichonia i Grzędy). Oprócz historii obrazkowych Relax oferuje odrobinę publicystyki. W inauguracyjnym numerze znajdziecie tekst o historii pisma, przegląd polecanych na rynku albumów (m.in. OKP Dolores) oraz artykuł na temat rynku oryginalnej sztuki komiksowej.  

Relax jest na razie kwartalnikiem. Numer 32 ukazał się pod koniec grudnia b.r., a 33 zapowiedziano na drugą połowę marca 2021 r. Trzymam zatem kciuki za redakcję i autorów (szczególnie polskich, oni są tu najważniejsi), gorąco kibicując projektowi. W końcu Relax jest nasz, własny i warto, aby znów odnalazł stałe miejsce na rodzimym rynku wydawniczym. 

Ps. Poniżej przedstawiam prace rysowników zamieszczających swą twórczość w inauguracyjnym numerze. Może dodatkowo zachęcą Was do zakupu pisma. ;-)

rys. G. Rosiński

rys. J. Skrzydlewski

rys. M. Fijał


rys. W. Cichoń

rys. M. Mazur


rys. A. Ruducha


niedziela, 20 grudnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 41 (Kajtek i Koko w kosmosie tom 7, Lucky Luke tom 20 i 70, Czarolina tom 2)

Kosmos, Dziki Zachód i pewna fantastyczna wyspa, na której spotkacie przedziwne zwierzęta... To wszystko czeka na Was w najnowszym wydaniu naszego komiksowego działu. Atrakcji nie zabraknie, najważniejsze jednak aby samemu sięgnąć po opisane przeze mnie tytuły. Wszak nie o pisanie o komiksach tu chodzi, ale ich ciągłe czytanie. Zapraszam! :-)


Kajtek i Koko w kosmosie, tom 7 - Bogini moczarów

Najwspanialsza kosmiczna podróż czasów PRL-u właśnie dobiegła końca! Przez prawie pięć lat w dzienniku Wieczór Wybrzeża, a teraz na ponad sześćset siedemdziesięciu stronach w siedmiu albumach Kajtek i Koko wreszcie wracają na Ziemię. Bogini moczarów to ostatni z tomów nowej, kolorowej wersji kultowej historii Janusza Christy Kajtek i Koko w kosmosie. Pierwotnie publikowana w latach 1968-1972, a później wznawiana kilkakrotnie na przestrzeni lat, nigdy nie miała okazji zaprezentować się fanom tak jak teraz. Dwa i pół roku zajęło Egmontowi wydanie jej w całości, ale i tak warto było skrupulatnie zbierać kolejne tomiki, co kilka miesięcy dokładając je do domowej biblioteczki. Dlaczego? Na to pytanie chyba nie trzeba odpowiadać, ale jeśli ktoś jeszcze nie wie, Kajtek i Koko w kosmosie to nie tylko jeden z najlepszych polskich komiksów wszech czasów, ale też rewelacyjna historia science-fiction. To właśnie w niej Christa pokazał swój wielki talent do opowiadania niezwykłych (i bardzo długich) przygód, ale też znajomość wielu podgatunków fantastyki, w których poruszał się z niezwykłą gracją i niespotykanym wręcz znawstwem.

W Bogini moczarów para naszych tytułowych przyjaciół powoli szykuje się do powrotu na Ziemię. Zanim to jednak nastąpi, będą musieli rozwikłać zagadkę tożsamości boginki Mbaali oraz zmierzyć się z buntem robotów na pokładzie rakiety, do której doprowadzą ich Orionidzi. A to jeszcze nie wszystko, bowiem po przybyciu do domu znajdą się w krzyżowym ogniu oskarżeń mieszkańców dwóch zwaśnionych wiosek. W finale kosmicznej serii dzieje się więc sporo, a wszystkiemu towarzyszy jak zawsze niezawodny humor autora. Christa posiadał naturalny dar polegający na przekazaniu lekkości wymyślonej przez siebie historii. Akcja Kajtka i Koka w kosmosie co rusz przenosi się z miejsca na miejsce, jednak czytelnik ani przez chwilę nie czuje się przytłoczony ogromem wydarzeń czy ciężarem narracji. Obok pięknych rysunków to niewątpliwie największy atut komiksu, sprawiający przy okazji, że ponadczasowość stworzonej przez Christę opowieści broni się bez zarzutu do dziś. To właśnie dlatego stale zyskuje ona sympatię nowych czytelników. Z pełną odpowiedzialnością mogę więc polecić Boginię moczarów wszystkim fanom dobrego, lekkiego science-fiction. To pełna zgrabnego dystansu opowieść, czyniąca z innych, poważniejszych dzieł gatunku napuszone tomiszcza, wywołujące wrzody żołądka już przy pierwszym czytaniu. Jeśli jednak sądzicie, że stworzyć coś tak epickiego, świeżego i w pełni przyswajalnego w gatunku fantastyki naukowej jest łatwo, oznacza to, że nie zgłębiliście należycie tematu. Tym bardziej powinniście przeczytać Kajtka i Koka w kosmosie, aby nadrobić zaległości i poczuć świetną zabawę, którą ten komiks przynosi. To jeden z najważniejszych tytułów, jakie ukazały się w 2020 roku. 

Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 7 - Bogini moczarów
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Lucky Luke, tom 20 - Billy Kid
Lucky Luke, tom 70 - Legenda Zachodu


Lucky Luke to jeden z tych tytułów, który pomimo śmierci swych oryginalnych twórców po dziś dzień zachowuje świeżość, humor i zadziorność niczym za dawnych, niezapomnianych lat. Słuszności tych słów bezsprzecznie dowodzą tomy Billy Kid i Legenda Zachodu, które właśnie ukazały się na naszym rynku. Choć oba zostały narysowane przez ojca cyklu - Morrisa, za scenariusz pierwszego odpowiada niezapomniany Rene Goscinny, a drugiego Patrick Nordmann. I choć stylistyka pisania tych autorów różni się nieco od siebie, oba tytuły świetnie wpisują się w klasyczne ujęcie przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu. A jeszcze fajniejsze jest to, że wykorzystany został w nich motyw postaci, które w tamtych czasach istniały naprawdę. Pierwszą z nich jest osławiony Billy Kid, chłopak, który pod koniec XIX w. zastraszył sporą część kraju, a zastrzelony został w wieku zaledwie 22 lat. Smutna i dramatyczna to historia, na szczęście Goscinny rozprawia się z Kidem w swoim niepowtarzalnym, bardzo żartobliwym stylu. Billy przedstawiony został tu jako rozkapryszony podrostek, któremu w smak jest wszelka nieprawość i rozbój, lecz w głębi duszy nadal pozostaje zwykłym smarkaczem, potrzebującym silnej i zdecydowanej ręki. I tu na scenę wkracza Lucky Luke, który za cel stawia sobie utemperowanie gnojka oraz szybkie posłanie go do paki. Nie będzie mu jednak łatwo, bo Kid zastraszył mieszkańców miasteczka Fort Weakling tak bardzo, że ci panicznie boją się wystąpić przeciw niemu. Oczywiście, Luke nie byłby sobą, gdyby nie znalazł sposobu na smarkacza, ale o podstępie jaki na niego zaplanuje przeczytacie już sobie sami. Jedno jest pewne - śmiechu i brawurowych akcji z napadami z bronią w ręku nie zabraknie! 

Kolejny tom, czyli Legenda Zachodu rozprawia się z mitem legendarnych przedstawień Wild West Show, które w teatralny i dość spaczony sposób przedstawiały historię Dzikiego Zachodu. Ich organizatorem i pomysłodawcą był od 1883 r. niejaki pułkownik William Cody, lepiej znany jako Buffalo Bill. Dzień, w którym zapragnął on przedstawić ubarwioną historię braci Daltonów był dla niego niewątpliwie niezapomnianą chwilą... Nordmann świetnie bawi się historią słynnych przedstawień, sprytnie nawiązując tematami prezentowanymi w komiksie do realiów dzisiejszej popkultury. Mamy więc prezentację ceny sławy, kaprysy gwiazd i bolesne zetknięcie z rzeczywistością, gdy złowieszcze plany braci okazują się iść w niezaplanowanym przez nich kierunku. Trudno powiedzieć, który komiks zrobił na mnie większe wrażenie. Powstanie obu dzieli równo czterdzieści lat, ale każdy z nich tryska taką świeżością i pomysłami, że wybieranie faworyta byłoby oczywistym brakiem szacunku wobec autorów. Rysunki Morrisa nie zmieniły się na przestrzeni czterech dekad w jakiś specjalnie zauważalny sposób. W Legendzie Zachodu nadal prezentują ten sam, mocno humorystyczny styl, do którego ilustrator przyzwyczaił nas wiele lat temu. No, może tylko trochę brakuje kultowego papierosa w ustach Luke'a... Poprawność polityczna i walka ze sprzedażą tytoniu także tu wyryła swoje dostrzegalne piętno. Jeśli więc nie musicie - nie wybierajcie pomiędzy Billy Kidem i Legendą Zachodu. Oba komiksy są bezsprzecznie warte Waszej uwagi. Zresztą, nie wierzcie mi na słowo. Po prostu weźcie je do ręki i przekonajcie się sami! 

Tytuł: Billy Kid/Legenda Zachodu
Scenariusz: Rene Goscinny/Patrick Nordmann
Rysunki: Morris
Przekład: Marek Puszczewicz/Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Czarolina, tom 2 - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki

Niespełna kwartał temu zachwycałem się pierwszym tomem serii Czarlina, autorstwa utalentowanych Sylvii Douye i Paoli Antisty. Urzekł mnie on bogatym światem oraz intrygującą zagadką, jaką niosła ze sobą fabuła tej opowieści. W swej opinii zwracałem też uwagę na skojarzenia ze słynną czarodziejską serią J. K. Rowling. Nie mogłem przemilczeć faktu, że Czarlina, jak wiele innych tytułów wydanych w ciągu ostatniej dekady, mocno inspirował się przygodami Harry'ego Pottera. Na szczęście, po pierwszym, częściowym skojarzeniu owo wrażenie skryło się za fasadą w pełni samodzielnej opowieści, zaprezentowanej przez autorki. W kolejnym tomie - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki z tego podobieństwa został już tylko sam aspekt inspiracji, a fabuła prawie wcale nie przypomina swego konkurencyjnego dzieła. Tak czy inaczej, nadal pozostajemy na wyspie Vorn, gdzie znajduje się uczelnia profesora Balzara, będącego wybitnym znawcą tzw. kryptyd (nieistniejących gatunków zwierząt). Niewielka grupa zaproszonych przez niego nastolatków, na czele z naszą tytułową Czaroliną, w dalszym ciągu poszukiwać będzie odpowiedzi na niepokojącą zagadkę, dotyczącą zamiany uczestników szkolenia w szklane posągi. 

W Dziewczynce, która kochała zwierzołaki najbardziej wyróżniają się dwa elementy, czyniące ten młodzieżowy komiks tak zajmującym. Pierwszym z nich jest zagadka, występująca w aż trzech różnorodnych aspektach. Trzon fabuły Czaroliny jest historią opartą na tajemnicy, której rozwiązanie stanowi podstawowy magnes na czytelnika. Z jednej strony nasza bohaterka mierzy się z kwestią ustalenia tożsamości napastnika zmieniającego swe ofiary w szkło, a z drugiej coraz więcej dowiaduje się o sobie samej oraz sekrecie, który nieświadomie skrywa. Na okrasę tego wszystkiego otrzymujemy kolejne dochodzenie, mające na celu wyjaśnienie dziwnego zachowania ważkowców, bezpodstawnie atakujących młode smoki. Mało? Jeśli jeszcze nie poczuliście się przytłoczeni, miejcie świadomość, że Douye i Antista zbombardują waszą wyobraźnię wspaniale wykreowanym (i przemyślanym) światem, który jest kolejnym elementem, za sprawą którego Czarlina zasługuje na wszelkie pochwały. Obie części komiksu zostały w 2019 r. nagrodzone Grand Prix francuskiego magazynu Le Journal de Mickey i trzeba otwarcie przyznać, że było to wyróżnienie w pełni zasłużone. Czarolina jest oczywiście tytułem przeznaczonym dla młodszego czytelnika (a w szczególności nastoletnich dziewczyn), na szczęście traktuje docelowego odbiorcę bardzo poważnie, oferując kompleksowo przemyślaną historię, godną jednoczesnego zainteresowania wśród starszych czytelników. Rozwiązania zagadek nie sposób się domyślić, a jednak ich wyjaśnienia są w pełni sensowne, a co ważniejsze, uzasadnione zasadami świata, w którym ma miejsce akcja. Dodatkowym plusem Czaroliny są ilustracje Antisty, czyniące uniwersum Vorn tak atrakcyjnym wizualnie. Jeśli macie więc młodszą siostrę, która nie dorosła jeszcze do przygód Batmana, podsuńcie jej Dziewczynkę, która kochała zwierzołaki. Na pewno bardzo jej się spodoba, a być może reszta rodziny także przysiądzie się do lektury. Przy komiksie tak dobrym jak ten, nie będzie to nic dziwnego. 
 
Tytuł: Czarolina, tom 2 - Dziewczynka, która kochała zwierzołaki
Scenariusz: Sylvia Douye
Rysunki: Paola Antista
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy bez problemu znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 19 grudnia 2020

RECENZJA: Mandalorianin (The Mandalorian) - sezon 2


Niespełna rok temu, pisząc o serialach dominujących w ostatnich miesiącach 2019 roku (sprawdźcie tu), trochę narzekałem sobie na pierwszy sezon Mandalorianina. Z jednej strony doceniałem ciekawą postać tytułowego protagonisty (który prowadzony był tam bez zastrzeżeń) oraz liczne nawiązania do pozostałych produkcji z gwiezdnego cyklu. Z drugiej jednak, skarżyłem się na mało angażującą fabułę, wytykając twórcom bezpieczne prowadzenie akcji od jednego punktu do drugiego. Spory problem miałem też z ogólnym kształtem historii, która została niepotrzebnie rozwleczona na potrzeby kilkuodcinkowej adaptacji. Być może za taki stan rzeczy w jakiś sposób odpowiadał serial Watchmen, który na tle Mandalorianina oraz Wiedźmina wyróżniał się jako dzieło prawdziwie zjawiskowe. Szczęśliwie dla Disney'a, w tym roku wspomniany tytuł nie powrócił, a ja po raz kolejny przypomniałem sobie cały pierwszy sezon przygód Dina Djarina i jego małego podopiecznego. Z lepszym nastawieniem, a także nieco mniejszymi oczekiwaniami usiadłem, aby z końcem października poznać ich nowe przygody. I wiecie co? Bardzo miło rozczarowało mnie to, co ostatecznie zobaczyłem. Bo Moc w Mandalorianinie jest teraz naprawdę bardzo silna.  

Oczywiście, we właściwej ocenie pomogła mi zeszłoroczna znajomość formuły serialu, która w drugim sezonie nie przeszła jakiejś specjalnej transformacji. Mandalorianin w nowej odsłonie nadal podąża spokojną drogą od jednego zdarzenia do drugiego, tymczasem na szczególną uwagę zasługuje tu skala wydarzeń oraz większe zaangażowanie widza poszczególnymi wątkami. Wątkami, które oczywiście zdążył już dobrze poznać i w jakiś sposób się z nimi utożsamić.  Nie obyło się też bez zakłócania głównej linii fabularnej tzw. "zadaniami tygodnia" (czyli przygodami odbywanymi nieco "na boku", co miało na celu utrzymanie uwagi odbiorcy aż do kolejnego odcinka). To wciąż pewien minus produkcji, zaczynam jednak rozumieć, że z takim stanem rzeczy muszę się zwyczajnie pogodzić. Najwyraźniej w tym tytule Disney postawił na prostotę opowieści, bez żadnych udziwnień, mogących w jakikolwiek sposób utrudnić tym mniej kumatym zrozumienie treści serialu. Na tym jednak zakończę swe narzekania, skupiając się już wyłącznie na pozytywach. Bo prawdę mówiąc, tych było w drugim sezonie bez liku, czyniąc z przygód Dina jedną z najlepszych produkcji, jaką miałem przyjemność oglądać w tym roku. 


Jak wspomniałem, znacznie zwiększyła się skala widowiska. Widać to było już przy okazji pierwszego odcinka, który aż po sam finał pozostał chyba jednym z najlepszych fragmentów Mandalorianina. Była to oczywiście historia poboczna, ale tak samo jak inne w serialu, oprócz dostarczenia świetnej zabawy oferowała rozwój wewnętrzny bohatera. Nie zawiodły tu smaczki dla wiernych fanów (m.in. powrót na Tatooine czy olbrzymi smok krayt), efekty specjalne ani dynamiczna, świetnie poprowadzona akcja. Podobnie było w kolejnych odsłonach sezonu, gdzie Din mierzył się z wielkimi pająkami, eskortował żabią przedstawicielkę obcej rasy z jej nienarodzonym potomstwem, lub kiedy pomagał dawnym sojusznikom w likwidacji imperialnej bazy na Nevarro. Wszystko utrzymano w przepięknym, iście westernowym stylu, gdzie nasz tytułowy bohater jawił się jako samotny kowboj przemierzający prerię, co rusz natykając się na licznych przeciwników czy niebezpieczne wyzwania. Widać było to w realizacji starć oraz pojedynków, a także licznych pościgów. Nie wierzycie? Spójrzcie tylko na odcinek The Believer (gdzie mamy do czynienia z czymś na kształt pościgu bandytów za dyliżansem przewożącym dynamit, oraz ucieczki z fortu nieprzyjacielskiej kawalerii), albo The Jedi, w którym Din, niczym prawdziwy kowboj staje do pojedynku z prawą ręką kobiety zarządzającej miastem. 

W drugim sezonie nie obyło się też bez kilku nawiązań (a nawet hołdów) do klasycznych filmów z przeszłości, takich jak Obcy czy Terminator. Najciekawszym w kontekście zwiększania rozmiarów produkcji okazały się gościnne role postaci znanych z innych tytułów uniwersum. Były tym, co wywoływało oczywisty efekt zachwytu, ale również w znaczącym stopniu pomogły wpłynąć na rozwój fabuły. Wszystkich fanów najbardziej chyba ucieszył tryumfalny powrót Boby Fetta, ale nawet przez chwilę nie zawiodły też odcinki z Ahsoką (Star Wars: The Clone Wars) czy Bo-Katan Kryze (Star Wars Rebels). W mniejszych lub większych rolach powróciły też postacie z pierwszego sezonu, z czego moją największą uwagę przyciągnęła Cara Dune oraz Mayfeld, który okazał się być postacią znacznie głębszą niż mogliśmy sądzić po pierwszym z nim spotkaniu.


To wszystko wpływało pozytywnie na główny wątek Mandalorianina, czyli drogę Dina i jego małego podopiecznego. Dowiedzieliśmy się, że malec ma na imię Grogu, ale najważniejsza pozostała więź, łącząca tę dwójkę. Ich wzajemna relacja, bazująca na typowo ojcowskich uczuciach Dina była prowadzona po prostu wspaniale. Od poczucia obowiązku i misji nakreślonej w pierwszym sezonie, po wzajemne zrozumienie, rodzinne uczucia i przynależność - serial prowadził nas ściśle ustaloną drogą aż do samego finału. Niemałą rolę odegrał w tym wszystkim główny antagonista serii, czyli Moff Gideon, za wszelką cenę pragnący pochwycić Grogu w sobie tylko zrozumiałych celach. Zagrożenie, jakie reprezentował, pomogło tytułowemu bohaterowi odnaleźć własny cel i powołanie. Postać dawnego imperialnego watażki miała także na celu przybliżenie nas do filmów z głównego cyklu Gwiezdnych wojen. Finał wspólnej podróży Mandalorianina i czułego na Moc malca został rozegrany po mistrzowsku. Nie obyło się bez prawdziwych wzruszeń, podbudowanych wielkim zaskoczeniem, jakim było pojawienie się Luke'a Skywalkera. Choć sam myślałem, że historia skłoni się ku nierozłączności głównej pary bohaterów, rozsądnym wydaje się być to, co zaoferowali nam twórcy. W końcu w życiu każdego rodzica nadchodzi taki moment, że musi pozwolić swej pociesze rozpocząć nowy, samodzielny etap życia. I do tej chwili Din dorósł jako człowiek i opiekun, czego kwintesencją było ukazanie własnej twarzy Grogu. Nasz bohater zaczął wreszcie kwestionować narzucone sobie sztywne zasady, zmieniając się na lepsze jako najemnik oraz przybrany rodzic. 

Disney stanął na wysokości zadania, w drugim sezonie oferując nam serial znacznie lepiej przygotowany pod kątem widowiskowości samej opowieści oraz postaci, za pomocą których ją budował. Mandalorianin stał się w tym roku prawdziwą wizualną ucztą, której żaden fan Gwiezdnych wojen nie chciałby przegapić. Biorąc pod uwagę zapowiedzi studia na najbliższe lata, także warto poznać tę historię, ponieważ już wkrótce dołączą do niej inne, znacznie rozszerzające prezentowany w niej okres czasu (Rangers of the New Republic, The Book of Boba Fett). Mocno zastanawiający jest też sam finał drugiego sezonu. Z jednej strony dobitnie zakończono w nim opowieść o wspólnych losach Dina i Grogu, lecz z drugiej wiele wydarzyło się w kontekście przejęcia władzy wśród Mandalorian czy dziedzictwa pożądanego przez Bo-Katan. Mam wielką nadzieję na rozwinięcie tych wątków, jednak obawiam się, że bez małego Grogu serial nie będzie miał już tej siły przebicia co dotychczas. Chyba, że twórcy znajdą kolejny mocny punkt zaczepienia, wobec którego nasz bohater na nowo ułoży swoją historię. Wątpię, czy wyrwany z rąk Moffa Gideona Dark Saber (i związane z nim dziedzictwo) będzie w stanie sprostać wyzwaniu, ale jeszcze zobaczymy. Tak czy inaczej, teraz, za sprawą tak dobrego drugiego sezonu Mandalorianina oraz licznym zapowiedziom na platformie Disney+ dobrze jest być fanem Star Wars. Od wielu lat nie było tak obiecującego okresu, cieszmy się wiec nim póki możemy. Dlaczego? Bo tak każe obyczaj!



Tytuł: Mandalorianin (The Mandalorian)
Scenariusz: Jon Favreau, Dave Filoni, Rick Famuyiwa
Reżyseria: Dave Filoni, Bryce Dallas Howard, Rick Famuyiwa, Robert Rodriguez
Obsada: Pedro Pascal, Gina Carano, Giancarlo Esposito, Temuera Morrison, Ming-Na Wen, Bill Burr, Dee Bradley Baker, Rosario Dawson, Katee Sackhoff i inni
Wytwórnia: Walt Disney Company
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 30 października 2020 (Disney+)
Sezon: 2
Ilość odcinków: 8
Czas trwania odcinka: około 40 min.

środa, 9 grudnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 40 (Ultimate X-Men tom 1, Invincible tom 9, DCEased. Nieumarli w świecie DC)

Czas leci, rok powoli się kończy, a my już po raz czterdziesty spotykamy się w naszym komiksowym dziale... Tym razem przyjrzymy się trzem nowościom obrazkowym z popularnego nurtu superhero. Coś w sam raz dla siebie znajdą więc fani Marvela, DC oraz Image. A zatem czytajcie, dyskutujcie i decydujcie, które z tych tytułów przemawiają do Was najbardziej. Zapraszam. 


Ultimate X-Men - tom 1

Są takie komiksy, które niczym najlepsze powieści skutecznie opierają się upływowi czasu. Co ciekawe, do tej grupy rzadziej zaliczają się tytuły z gatunku superhero. Być może decyduje o tym sama ich formuła, często służąca wyłącznemu ukazywaniu poszczególnych etapów rozwoju uniwersum. Trudno orzec jednoznacznie, tym niemniej cieszy mnie, że właśnie wydany pierwszy tom serii Ultimate X-Men można śmiało zaliczyć do tej kategorii. Sam cykl Ultimate powstał prawie dwie dekady temu. Wydawnictwo Marvel zapragnęło wówczas, aby ich komiksy zaczęły przyciągać uwagę nowych, nieobeznanych z kontinuum czasowym czytelników. Zaoferowało im więc swoisty restart większości popularnych historii. Tak właśnie narodziła się supergrupa Ultimates (dawniejsi Avengers), nowe przygody otrzymał Spider-Man i Fantastyczna Czwórka, a także lubiani mutanci z drużyny Profesora X. Pisanie scenariuszy powierzono utalentowanym autorom (m.in. Brian Michael Bendis, Mark Millar) i być może także w tym należy dopatrywać się sukcesu tych serii. Dziś wspomniane uniwersum już nie istnieje. Zostało "wchłonięte" do nowej, lepszej rzeczywistości podczas jednego z ważniejszych eventów (Tajne wojny), stając się częścią inicjatywy Marvel Now 2.0. Dlatego też fajnie się stało, że po przygodach Pająka Egmont zdecydował się zapoznać polskich czytelników z tak świetnym i wciągającym komiksem.

Lektura pierwszego tomu autorstwa Marka Millara przeniosła mnie w czasie o jakieś dwadzieścia lat wstecz - do chwili, gdy w sali kinowej obejrzałem pierwszą odsłonę losów X-Men'ów (w reżyserii Bryana Singera). Powyższy komiks powstał co prawda już po premierze filmu, ale nawet po pierwszym czytaniu da się spostrzec, jak wiele idei zaczerpnięto z tamtej historii. Millar nie przytłacza nas przydługim wprowadzaniem ogromu postaci z uniwersum. Do głównych bohaterów, oczywiście oprócz samego Profesora zaliczyć możemy Cyclopsa, Marvel Girl (Jean Grey), Storm, Beasta, Colossusa, Icemana oraz dołączającego do nich nieco później Wolverine'a. Wszyscy oni są pisani niezwykle lekko, z miejsca stając się naszymi faworytami. Ich przygody zawiązują dynamiczną akcję, skutkując licznymi, świetnie poprowadzonymi wątkami. Scenariusz niemalże cały czas krąży wokół tematu odmienności, tolerancji oraz prawa do bycia tym, kim zostaliśmy stworzeni. To najważniejszy element, od zawsze obecny w komiksach o mutantach i trzeba przyznać, że Millar prowadzi go naprawdę po mistrzowsku. Temat jest nadal aktualny w naszym codziennym życiu (rzekłbym nawet, że teraz bardziej niż dotychczas), toteż moje dywagacje o ponadczasowości tytułu zyskują dodatkowe poparcie. Ultimate X-Men oprócz sporej dawki doskonale przyswajalnego dydaktyzmu jest po prostu świetną historią superbohaterską, gdzie grupa przyjaciół (prowadzona przez mądrego i przenikliwego mentora) stawia czoła licznym przeciwnościom losu. Pomimo sporej objętości komiks czyta się bardzo szybko. Spora w tym zasługa dobrze napisanych dialogów oraz dynamicznych kadrów, częściowo wzorowanych ilustracjach z lat 90. ubiegłego wieku. Choć przy pracy nad komiksem przyłożyło się wielu rysowników, ich prace nie odbiegają od siebie stylistycznie. Pozostaje mi więc polecić pierwszą odsłonę losów X-Menów, czekając z niecierpliwością na kolejną. Na pewno będzie równie udana. 

Tytuł: Ultimate X-Men - tom 1
Scenariusz: Mark Millar
Rysunki: Adam Kubert, Andy Kubert, Tom Raney, Tom Derenick
Przekład: Marcin Roszkowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 324
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Invincible - tom 9

Invincible
to seria, w której Robert Kirkman pokazuje, że nie trzeba całego sztabu artystów ani szeregu tytułów, aby stworzyć dobrze funkcjonujące uniwersum superhero. I w zasadzie na tym stwierdzeniu mógłbym zakończyć tę recenzję. Bo cóż jeszcze można dodać do charakterystyki gotowego dzieła, skoro tak nakreślone zdanie idealnie je opisuje? Oczywiście, zdarzały się w cyklu o przygodach Marka Greysona chwile słabsze (czego najlepszym dowodem jest tom 6), ale dziś, po czasie jaki minął od ich publikacji, nawet ten chwilowy spadek formy uznaję za wielce użyteczny. Szczególnie wobec ciągłego kształtowania fabuły, czyli procesu, który Kirkman opanował do perfekcji. Autor scenariusza w najnowszej odsłonie dzieli się z nami prawdziwą wielowątkowością oraz intrygującymi pomysłami, wynikającymi z przedstawionych wcześniej zdarzeń. W związku z tym dziewiąty tom nie ma jakiejś głównej, najważniejszej osi fabularnej. To raczej sieć splecionych ze sobą motywów, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób związanych z Invinciblem. Każdy z nich Kirkman rozgrywa z należytą uwagą, poświęcając mu tyle czasu, ile w danym momencie potrzeba. Należy też pamiętać, że Invincible pierwotnie ukazywał się w formie pojedynczych zeszytów (których na ten tom przypada aż dwanaście), toteż coś, co wcześniej zdawało się planem na jedną przygodę, tutaj dołącza do wielu tematów, które musi śledzić czytelnik.   

Powrót mocy Marka, szalony plan Dinosaurusa, rola Nolana w społeczności Viltrumian czy kolejne wejście Ansgstroma Levy'ego to tylko niektóre kwestie poruszane w komiksie. Warto też po raz enty zaznaczyć, że Kirkman po mistrzowsku ogarnia istotne kwestie obyczajowo-emocjonalne. Dzięki temu Invincible, podobnie jak opisywani powyżej Ultimate X-Men posiadają tą samą dawkę przyziemności, która sprawia, że czytelnik może z łatwością odnieść się do kwestii poruszanych w fabule. Rysunki Ryana Ottleya posiadają tak wielką dozę unikalności, że nie sposób pomylić dzieła artysty z jakąś inną pozycją. Jeśli lubicie jego styl, ostatnie strony tomu jak zawsze będą dla Was nie lada atrakcją. Zgromadzono na nich pokaźną ilość szkiców okładek oraz okolicznościowych ilustracji wraz z komentarzami obu autorów. Prawdziwa uczta dla oczu oraz interesujące wejrzenie w świat pracy twórców. Do końca serii pozostały jeszcze trzy tomy, tymczasem akcja pędzi do przodu w najlepsze. Mam nadzieję, że Invincible przyciągnie wreszcie należytą uwagę nadwiślanych sympatyków obrazkowej popkultury i doczekamy się również wydania tomików z seriami pobocznymi uniwersum Niezwyciężonego. Naprawdę szkoda byłoby to przegapić.

Tytuł: Invincible - tom 9
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


DCEased. Nieumarli w świecie DC

Save the best for last
- jak śpiewała przed laty pewna piękna pieśniarka, toteż na koniec tego spotkania zostawiłem prawdziwą petardę. DCEased. Nieumarli w świecie DC to nowy projekt Toma Taylora, artysty odpowiedzialnego m. in. za tegoroczne przygody Suicide Squadu (po moje wrażenia z lektury zapraszam na Instargram). Utalentowany scenarzysta z pasją godną prawdziwego zombie rzuca się teraz na całe uniwersum DC Comics i robi to z nieoczekiwaną dosłownością. Czy zastanawialiście się, co byłoby, gdyby świat Ligi Sprawiedliwości został zaatakowany przez kosmiczną plagę zmieniającą wszystkich w żywe trupy? Jeśli tak, z pewnością będziecie wniebowzięci. Oto Darkseid, który został powstrzymany przez Ligę przy okazji napaści na Ziemię, za pomocą uprowadzonego Cyborga źle dobiera składniki mające na celu zapanowanie nad równaniem Antyżycia. Skażona wirusem energia dociera wraz z Victorem na naszą planetę, poprzez urządzenia elektryczne oraz krew dostając się do ludzkich organizmów. Kilkaset milionów ludzi, w tym nawet liczni superbohaterowie zostają narażeni na błyskawiczną i nieodwracalną przemianę. Ulice wypełniają się monstrami łaknącymi świeżego ciała oraz ciepłej krwi. Nikt nie jest już bezpieczny.

Pomysł z komiksowym uniwersum superbohaterów opanowanym przez żywe trupy nie jest nowy. Kilkanaście lat temu podobnego konceptu użyło konkurencyjne wydawnictwo, tworząc swą pamiętną serię Marvel Zombies. Różnica pomiędzy tym klasycznym już przedsięwzięciem, a nowym tytułem od DC jest taka, że tam obserwowaliśmy apokalipsę oczami przemienionych w zombie herosów, a w DCEased. Nieumarli w świecie DC Taylor oferuje nam w pełni kompleksowy blockbuster, pokazany z perspektywy końca świata dotykającego nie tylko ludzi, ale także niezwyciężonych (do tej pory) bohaterów. Na tym jednak różnice się nie kończą. O ile dzieło Marvela cechowała niczym nieskrępowana zabawa formą i nieźle zakręcony, czarny humor, w swym nowym dziele Taylor wydaje się być na wielkim placu zabaw, który daje mu możliwość dowalenia wszystkim herosom z uniwersum. Tu nie ma żadnej świętości, nikt nie jest bezpieczny i każdy może zmienić się w wygłodniałe monstrum. Najciekawsze w DCEased. Nieumarli w świecie DC okazuje się być ukazanie zagrożenia wynikające z zarażenia konkretnych bohaterów. Autor scenariusza zaskakuje nas rozwiązaniami, w których ofiarą wirusa padają także najsilniejsi z nich. Nie chcę psuć nikomu zabawy, ale naprawdę warto sprawdzić co stanie się, gdy w zombiaka przemieni się Superman czy Flash. Powyższy komiks cechuje niezwykła sprawność Taylora do pisania wielowątkowych fabuł, przy umiejętnym zgraniu wszystkich pomysłów w spójną, nierozwleczoną całość. Czyta się to świetnie i naprawdę trudno oderwać oczy od komiksu. Z powodzeniem mogą go poznać także odbiorcy, którym nie jest po drodze z kontinuum świata DC (oczywiście pod warunkiem, że choć z grubsza wiedzą kim jest np. taki Batman czy Green Arrow). Rysunkowo jest całkiem OK, artyści kładący kreskę na stronach tego eventu dysponują nieco szkicowym, brudnym stylem, który w przypadku historii o żywych trupach sprawdza się doskonale. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić tę wspaniałą, obrazoburczą ucztę zniszczenia wszystkim fanom komiksów superhero. Warto ją poznać, ponieważ na horyzoncie majaczą już kolejne odsłony wydarzenia. Na tym już kończę. Podobało mi się tak bardzo, że idę poczytać sobie to wszystko trzeci raz. ;-)    

Tytuł: DCEased. Nieumarli w świecie DC
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Trevor Hairsine, Stefano Gaudiano, Richard Friend, Laura Braga
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 232
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


środa, 2 grudnia 2020

RECENZJA: Upiorne święta - Graham Masterton, Artur Urbanowicz, Jakub Bielawski, Jakub Ćwiek i inni


Chyba każdy zgodzi się, że święta Bożego Narodzenia to najpiękniejszy i najbardziej czarowny okres w roku. Przez te kilka grudniowych dni zapominamy o codziennych troskach, zatapiając się w tradycji i spędzanym rodzinnie czasie. Co jednak począć, gdy raz na jakiś czas zechcemy przełamać gwiazdkową monotonię? To proste! Wystarczy pomyśleć o świętach w nieco mniej szablonowy sposób. Popkultura od lat oferuje dość okazałą listę odskoczni - w postaci literatury czy kinematografii - co w przewrotny i intrygujący sposób pomaga zerwać z utartą świąteczną obyczajowością. Jedną z takich pozycji może okazać się wydana właśnie książka Upiorne święta, zawierająca dziesięć opowiadań grozy nawiązujących do gwiazdkowego czasu. Aż dziewięć z nich napisanych zostało przez najbardziej uznawanych, współczesnych polskich autorów oraz Grahama Mastertona - pisarza poniekąd związanego z naszym krajem. Horror, groza, strach i tajemnice - wszystko w tym wydaniu uczyni nadchodzący, bożonarodzeniowy czas tak świeżym i odmiennym. Przyjrzyjmy się każdemu z tych dzieł z osobna i zobaczmy jak ujmują gwiazdkę twórcy, patrzący na codzienność przez wrota własnej, niczym nie skrępowanej wyobraźni.

Opowieść wigilijna - Tomasz Hildebrandt 
Na sam początek wytaczamy naprawdę ciężkie działa. W tej historii, będącej w oczywisty sposób nową wersją klasycznej Opowieści wigilijnej, Tomasz Hildebrandt pokazuje jak dla pracownika pewnej knajpy może skończyć się brak okazania szacunku wobec Świętego Mikołaja. Janek, zatrudniony we wspomnianym przybytku, podczas powrotu na wigilijną kolację będzie musiał zmierzyć się z demonami, które nieopatrznie ściągnął sobie na głowę. Będzie strasznie i niepokojąco, z odrobiną przewrotnego umoralnienia. Bo przecież nigdy nie wiemy, kto tak naprawdę skrywa się za przebraniem dobrodusznego, nieco zaniedbanego Gwiazdora.   

Kontrakt - Adam Przechrzta
Może to tylko ja, ale w tej opowieści nie znalazłem zbyt wielkiego powiązania ze świątecznym czasem. Troszkę to dziwne, tymczasem historia Adama Przechrzty okazała się być całkiem dobrym, wciągającym czytadłem o zobowiązaniu, którego podejmuje się pewien tłumacz historycznych tekstów. Tytułowy kontrakt prowadzi go do odnalezienia śladów złowrogiego artefaktu, pochodzącego jeszcze z czasów II Wojny Światowej. To co dzięki niemu odnajdzie, nie będzie typowym prezentem spod choinki... Dobra, choć nie do końca pasująca tu treść.

Pechowe święta - Hanna Greń
Kryminalno-gangsterska opowieść, która wiąże się z zagadką rodzinną głównej bohaterki. Niestety, w ogólnym rozrachunku tekst Hanny Greń nie zawiera żadnych treści fantastycznych lub paranormalnych. Autorka jest w tym zbiorze jedyną reprezentantką twórczości płci pięknej, nie będę więc czepiał się przesadnie takiego ujęcia tematu. Plusem historii jest przystępny język oraz angażująca fabuła.

87 centymetrów - Artur Urbanowicz
Najlepsze i jednocześnie najdłuższe opowiadanie w Upiornych świętach. Artur Urbanowicz po mistrzowsku łączy dwutorowość fabuły, sprytnie mieszając tropy i zaskakując nas dość nieoczywistym zakończeniem. W opowiadaniu czuje się mocne inspiracje kultowym filmem The Thing oraz teledyskiem Last Christmas zespołu Wham! ;-) Tymczasem ponad wszystko jest to pełnokrwisty horror o pewnej młodzieżowej wigilii w domku na suwalskich Wiżajnach (podobno najzimniejszej miejscowości w Polsce). Co więc zdarzy się, gdy po całej nocy opadów gęsta pokrywa śniegu dotrze na wspomnianą w tytule wysokość? Obyśmy tylko podczas czytania mieli pewność, że wszyscy świąteczni domownicy są tymi, za których się podają... 

Czerwony rzeźnik z Wrocławia - Graham Masterton
Rewelacyjny tekst Grahama Mastertona wykorzystujący legendę o czerwonym rzeźniku, grasującym w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego wieku na terenie okupowanego Wrocławia. Czy hollywoodzki reżyser, usiłujący kręcić film o zombie podczas śnieżnej zamieci ulegnie faktom przemawiającym za powrotem bohatera złowrogiej legendy? Podobno czerwony rzeźnik produkował kiełbaski z mięsa schwytanych w okolicy dzieci. Oby tylko córka głównego bohatera nie oddaliła się zbytnio od hotelowego baru... Zaskakujący, nasycony czarnym humorem finał czyni z tej opowieści perełkę całego zbioru.  

Rezerwat - Marek Zychla
Czy zaprosilibyście kogoś nieznajomego do wigilijnego stołu? Nawet jeśli ten ktoś okaże się mieszkańcem Waszej piwnicy? Marek Zychla rozprawia się z tym godnym pochwały obyczajem w rasowej, bardzo niepokojącej wizji przyszłości. Przed podobnym wyborem stawia rezolutną, dziesięcioletnią Anię wraz z jej mamą i babcią. Nie chcę zdradzać zbyt dużo z fabuły, ale jeśli tak miałyby wyglądać święta w przyszłości, to ja wysiadam.

Prezent od Gwiazdora - Robert Cichowlas
Co zrobilibyście, gdyby Święty Mikołaj dał Wam możliwość ukarania osoby, która przysporzyła Wam największego cierpienia? Przed taką właśnie okazją staje Konrad Rychla, wykonujący podczas wigilijnego wieczoru swe ostatnie, kurierskie zlecenie. Bohater historii Roberta Cichowlasa to samotny człowiek po przejściach, od ponad roku borykający się z traumą po utraconej miłości. Od podjętej przez niego decyzji zależeć będzie bardzo wiele, tymczasem samo opowiadanie w świetny sposób rekonstruuje popularne założenie, że rozdający podarki Gwiazdor wie o nas wszystko.   

Już nie jesteś smutkiem - Jakub Ćwiek
Grupa bezdomnych otrzymuje możliwość spędzenia wigilii w siedzibie pewnej organizacji dobroczynnej. Główna bohaterka z pewnymi obawami decyduje się uczestniczyć w kolacji. Jak się wkrótce okaże, przeczucie ostrzegające ją przed niebezpieczeństwem nie było całkiem bezpodstawne. Jakub Ćwiek stworzył dość prostą i łatwo przyswajalną opowiastkę z otwartym, ale zapadającym w pamięć zakończeniem. To drugie po dziele Urbanowicza opowiadanie, które pozostało w moich myślach na dłużej. Rewelacja.   

Dom na końcu ulicy - Przemysław Wilczyński
Wilkołaki i gwiazdka? Dlaczego nie! Jeśli tekst jest tak dynamiczny i świetnie napisany jak dzieło Przemysława Wilczyńskiego (nazwisko raczej zobowiązuje), to czytanie go jest po prostu czystą przyjemnością. Jest to niby dość prosta historia, ale autor zawarł w niej coś, co ekscytuje mnie, gdy tylko ją wspominam. Klasyczny, krwawy horror w najlepszym ujęciu.

Krótka historia na pożegnanie - Jakub Bielawski
Bardzo poetycka, przepełniona opisami przemyśleń głównego bohatera opowieść o czasie, w którym ludzkość dotknęła masowa utrata wzroku. Jakub Bielawski po mistrzowsku osiąga tu liryczny klimat, przy jednoczesnej prezentacji prawdziwie dramatycznych treści. Tekst jest idealnym zakończeniem zbioru, udowadniając, że za pozornym spokojem kryć może się coś, co bez dwóch zdań zjeży nam włosy na karku. 

I oto one - dziesięć tekstów na jedyną w swoim rodzaju okazję, jaką są tak wyczekiwane co roku święta! Jedynym ograniczeniem autorów były mroczne zakamarki ich własnych umysłów, a po lekturze Upiornych świąt wiadomo już na pewno, że te nie zawiodły ich w najmniejszym stopniu. Każde z powyższych opowiadań utrzymane zostało we własnym, niepowtarzalnym stylu, zmuszając mnie do chwili zastanowienia, a jednocześnie wywołując dreszcze niepewności lub dziwną fascynację nieznanym. Warto więc zrobić sobie małą przerwę w trakcie przygotowań wigilijnego stołu i przenieść się w czas świąt nieco inny niż ten, do którego jesteśmy przywiązani od lat. Z pewnością będzie to wycieczka udana.


Tytuł: Upiorne święta
Autorzy: Graham Masterton, Artur Urbanowicz, Jakub Bielawski, Tomasz Hildebrandt, Jakub Ćwiek, Hanna Greń i inni
Wydawnictwo: Muza/Akurat
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 384
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,90 zł

środa, 25 listopada 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 39 (Porcelana tom 2, Thorgal - Selkie, Supersisters, Kajko i Kokosz - Dzionecek Śpasów)

Oj, chyba dawno nie było tak interesujących tytułów w KzK. Zaczynamy od świetnej serii Porcelana, następnie przenosimy się do świata słynnego Dziecka z Gwiazd, odwiedzamy kosmiczne uniwersum Supersisters, a na koniec wpadamy do Mirmiłowa, gdzie wszyscy zaczęli gadać po góralsku. Zaintrygowani? No to zapraszam do lektury! :-) 


Porcelana, tom 2 - Kostna biel

Porcelana
to jeden z tych tytułów, które świetnie radzą sobie jako tzw. "stand alone", czyli samodzielna, w pełni zamknięta całość. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść po lekturze tomu pierwszego tej serii - Dziewczynka. Na szczęście dla swych oddanych fanów, Benjamin Read i Chris Wildgoose nie zatrzasnęli nam drzwi do tej pięknej i tajemniczej baśni, w zamyśle mając jej niezwykle interesujący ciąg dalszy. W ten sposób Kostna biel idzie w ślady tytułów takich jak Thorgal, które na danym etapie mogą kończyć się jako pełnoprawna, zamknięta historia (tak było w przypadku pierwszych tomów Zdradzona czarodziejka i Wyspa Lodowych Mórz), ale również eksplorować historię oraz uniwersum na znacznie szerszej płaszczyźnie. Z jakością podobnych projektów bywa oczywiście różnie, na szczęście autorzy losów Małej i opiekującego się nią tajemniczego Wujka dobrze znają swoje rzemiosło. I po raz drugi dali swym czytelnikom świetną, niezwykle emocjonującą opowieść. 

W nowej odsłonie przenosimy się w czasie o dziesięć lat, zastając tytułową bohaterkę jako dystyngowaną właścicielkę znanej nam, niecodziennej posiadłości. Na tym etapie do Milady zwraca się niejaka pani generał, reprezentująca wojenne interesy miasta. Kobieta pragnie namówić bohaterkę na szeroką produkcję porcelanów (sztucznych ludzi, tworzonych za sprawą sekretów alchemii), mających służyć jako bezwzględni i skuteczni żołnierze. Z wiadomych sobie powodów Milady nie chce się na to zgodzić. Tymczasem, jej uwagę przyciąga młody kapitan, służący bezpośrednio pod rozkazami apodyktycznej generał. Pomiędzy dwojgiem ludzi powoli rodzi się uczucie... Kostna biel rozwija kwestie zaprezentowane w Dziewczynce, przy jednoczesnym rozszerzaniu uniwersum. Autorzy zadbali, aby tajemnice kroczyły w parze z wielką polityką miasta oraz wątkiem romantycznym. Trzeba przyznać, że udało im się to znakomicie. Każdy z tych elementów nawet przez chwilę nie traci na znaczeniu, pomagając rozwijać śledzoną historię. Główna bohaterka znów musi stawić czoła rzeczywistości i jak możemy się spodziewać, nie obejdzie się to bez poniesienia przez nią wielkich kosztów. Tom niesie dzięki temu o wiele więcej emocji, a pewne rozwiązania fabularne zaskakują swą dosadnością. Autorzy nie zapominają o baśniowym świecie wykreowanym w pierwszej części, wzbogacając go o nowe, działające na wyobraźnię elementy. Chwilami jest dość brutalnie (o wiele bardziej niż poprzednio), ale wszystkie te zabiegi są celowe i w pełni uzasadnione treścią. Doskonale z kwestiami poruszanymi w komiksie korespondują też tytuły rozdziałów, nawiązujące do poszczególnych pór roku. W Kostnej bieli po raz pierwszy mamy też do czynienia z czarnym charakterem (takim z prawdziwego zdarzenia), bo w Dziewczynce z oczywistych przyczyn go zabrakło. Muszę przyznać, że pani generał udała się autorom znakomicie (jej rola jest szczególnie istotna w drugiej połowie albumu). Cały ten projekt nie istniałby bez świetnych ilustracji Wildgoose'a. Jego plastyczny styl, posiłkowany interesującą ilością detali, pozwala nieomal natychmiast przenieść się na karty komiksu. Artysta uzyskuje świetną dynamikę obrazu, a postacie które rysuje, są w pełni autentyczne i przekonujące. Atrakcją dla fanów będą niewątpliwie szkice koncepcyjne wraz z komentarzem autorów, zamieszczone na końcu albumu. Pomogą lepiej zrozumieć i docenić proces twórczy, zwracając uwagę na fakty i detale, które można dość łatwo przeoczyć. Porcelana to niewątpliwie jedna z najlepszych serii komiksowych, które przeczytałem w tym roku. Wprost nie mogę doczekać się trzeciego tomu, który jeszcze bardziej otworzy przede mną całe uniwersum, rozbudzając złaknioną podobnych wrażeń wyobraźnię. Bardzo polecam. 

Tytuł: Porcelana, tom 2 - Kostna biel
Scenariusz: Benjamin Read
Rysunki: Chris Wildgoose
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 128
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 57 zł


Thorgal, tom 38 - Selkie

Rok temu dość mocno chwaliłem ostatni tom przygód Thorgala, gdzie Yann wreszcie zastosował teorię przemyślanego minimalizmu, wracając do korzeni tworzenia opowieści o tym kultowym już bohaterze. Pustelnik ze Skellingaru bawił mnie prawie tak samo jak komiksy pisane w dawnych latach przez Van Hamme'a, budząc uśpioną nostalgię i raz jeszcze angażując w losy Dziecka z Gwiazd. Wyraziłem wtedy życzenie, żeby ów tom nie był jednorazowym wypadkiem przy pracy i aby Yannowi za rok znów zdarzył się tak udany scenariusz. Chyba gdzieś mnie usłyszeli, bo Selkie, czyli 38 część Thorgala to znów kawał niezłej, wciągającej historii. Louve, zachęcona niespodziewanym zastrzykiem złota, które Thorgal przywiózł z ostatniej wyprawy, wybiera się na portowy targ. Podczas beztroskich zakupów wpada w łapy pewnego morskiego handlarza z odległej wyspy. Troskliwy ojciec wraz z bratem dziewczyny czym prędzej spieszą na pomoc, tymczasem Louve będąc przetrzymywana w niewoli, odkrywa tajemnicę okolicznych wierzeń, konfrontując je z brutalną rzeczywistością.

Przygoda, krew i szczypta legend - tak można najkrócej streścić Selkie. Yann ponownie oddał w nasze ręce tradycyjnego "stand alone'a", który świetnie broni się jako jednotomowa przygoda. Nie uniknął jednak pewnych zgrzytów i podobnie jak w poprzednim tomie, zbyt mocno poświęcił się celebrowaniu nieistotnej ekspozycji. Tym razem najbardziej rażącym elementem są wszelkie nazwy i terminy sprzed wieków. Z jednej strony to fajnie, że autor tak trafnie umiejscawia losy Thorgala w miejscu i czasie, ale wszystko to można było skrócić, nie zmuszając czytelników do zapamiętywania trudnych do przeczytania nazw. Nowa część jest też komiksem dość brutalnym. Widać to już po ilustracji Grzegorza Rosińskiego na okładce, tymczasem treść albumu dodaje jeszcze więcej przemocy wobec zwierząt oraz zaciekłych walk pomiędzy bohaterami. Oczywiście, sam konflikt jest jak zawsze odrealniony, ale na miejscu rodziców sprawdziłbym, czy nowa część nie trafi w ręce zbyt młodych fanów fantasy. Szczególnie podoba mi się w Selkie wątek żeglarskich wierzeń. Pomaga doskonale podbudować całą intrygę, zmuszając wyobraźnię odbiorcy do pracy na większych obrotach. Przyznam, że wcześniej nie miałem bladego pojęcia o wykorzystanych tu legendach z kultury szkockiej. Dobrze więc, że nowy tom przybliżył mi je w tak interesujący sposób. Vignaux wspaniale daje radę swymi ilustracjami. Pamiętam, że nie od początku byłem pozytywnie nastawiony do dość realistycznej kreski i stylu artysty (Kriss De Valnor, tom 7 - Góra czasu), ale od ostatnich części moje zdanie uległo zmianie i ponownie cieszę się, że to właśnie on rysuje Thorgala. Lekka niedbałość stylu wraz ze szczyptą szkicowości dodaje nowym tomom serii czegoś intrygującego, sprawiając że świetnie się to wszystko ogląda. Kolory też robią swoje, za nie z kolei odpowiada Gaetan Georges. Selkie jest tomem, który z pewnością docenią oddani sympatycy przygód Dziecka z Gwiazd. Oferuje większość elementów, za które już dawno temu pokochaliśmy przygody tytułowego bohatera, kreśląc jego losy według ściśle sprawdzonej receptury. Czy po tylu latach można oczekiwać czegoś więcej? Może i tak, ale to co teraz otrzymałem, na razie w zupełności mi wystarcza.   

Tytuł: Thorgal, tom 38 - Selkie
Scenariusz: Yann
Rysunki: Frederic Vignaux
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 24,99 zł/29,99 zł


Supersisters

Ech, ja to mam jednak szczęście. Jestem jedynakiem i dzięki temu w młodych latach z wielką satysfakcją osiągałem wszelkie korzyści wynikające z tego stanu rzeczy. Nie były mi pisane walki z rodzeństwem o zabawki, pierwszeństwo przed telewizorem czy tendencyjne faworyzowanie u rodziców. Zupełnie inaczej jest natomiast u Wendy i Marine, dwóch małoletnich sióstr, znanych z serii komiksów autorstwa Cazenove i Williama. Bohaterki te są już dość dobrze zadomowione na naszym rynku komiksowym, gdzie ukazało się aż czternaście części ich wspólnych przygód. Autorzy, być może nieco znudzeni powtarzalną formułą cyklu Sisters, postanowili przenieść przygody dziewczynek w kosmiczne realia superhero. Zachowali w nich jednak wszystkie elementy, które dotychczas stanowiły o popularności głównej serii. I tak narodził się pomysł na komiks Supersisters. Oczywiście, zmiany nastąpiły w treści komiksu dotyczącej intrygi i umiejscowienia akcji, natomiast nasze sympatyczne siostrzyczki pozostały jakby bez zmian. No, prawie, mają wszak pewne nieziemskie supermoce (wytrzymałość, szybkość, odporność na zadawane rany), a ponadto strzelają zabójczymi laserami z rąk. Wszystko to jednak nic, bowiem nadal muszą zmagać się z problemami takimi jak szkoła, prace domowe czy wzajemna rywalizacja.

I to właśnie stanowi siłę tego poddanego mocnemu tuningowi komiksu. Nic nie działa na elementy popkultury tak dobrze, jak zaprezentowanie dobrze znanej i przyjętej treści za sprawą dodania do niej kilku niecodziennych elementów. Widać też dobitnie, że Cazenove i William świetnie czują klimaty superbohaterskie, umiejętnie łącząc pościgi sióstr za pragnącymi zniszczyć świat łotrami, z nieustannymi tarciami pomiędzy bohaterkami (co opracowali do prawdziwego mistrzostwa w głównej serii). Autorzy świetnie bawią się konwencją nieustannego zagrożenia dla planety, wprowadzając do akcji nie jednego złoczyńcę, ale aż trzy tego typu postacie. Szal Kaszmir, Misz Klarasz i Krisz Malasz to przerysowane, pełne autoparodii antagonistki, które są prawdziwą atrakcją powyższego komiksu. Album wydany przez Egmont składa się z dwóch standardowych tomów. Pierwszy z nich (Bohaterka bez lasera) to sześć krótszych opowieści, w których Wendy i Marine mierzą się z kosmicznymi karaluchami, smokami, zombie, wielkimi robotami oraz cierpiącym na ból zęba dinozaurem. Drugi (Supersisters kontra Superklony) to większa opowieść, w której za sprawą pewnej intrygi, dziewczyny stają oko w oko ze swoimi starszymi wersjami. Oprócz wszechobecnego humoru komiks wręcz błyszczy za sprawą wspaniałych ilustracji Williama, który chyba dopiero teraz pokazał, jak świetnie idzie mu kreślenie kosmicznych realiów. Jego rysunki cieszą pięknymi kolorami i dopracowanym detalem, bawiąc czytelnika za sprawą cartoonowej stylistyki, przywodzącej na myśl dzieła Alessandro Barbucciego (Ekho, Sky Doll). Uważne oko wyłapie tu i ówdzie postacie znane z innych dzieł światowej fantastyki, warto więc uważnie przypatrywać się poszczególnym kadrom. Supersisters można czytać bez znajomości głównego cyklu, co jest dodatkowym atutem przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Jeśli szukacie lekkiego, świetnie narysowanego i śmiesznego komiksu, łapcie nowe dzieło Cazenove i Williama. Tytułowe siostry gwarantują świetną rozrywkę i na pewno można im w tej kwestii zaufać.

Tytuł: Supersisters
Scenariusz: Christophe Cazenove, William Maury
Rysunki: William Maury
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Kajko i Kokosz - Dzionecek Śpasów (Dzień Śmiechały - Edycja Góralska)

Pamiętam jak dziś... Była pierwsza połowa lat 80. ubiegłego stulecia, a ja wracając ze szkoły, jak zawsze zajrzałem do kiosku Ruch-u. Wśród wielu gazet i czasopism dla dorosłych wypatrywałem oczywiście kolejnego numeru Świata Młodych. Moja ciekawość była tym większa, ponieważ w tym wydaniu miał zadebiutować całkiem nowy komiks z przygodami Kajka i Kokosza. Zdobyty egzemplarz zacząłem czytać jeszcze w drodze do domu, kierując swą uwagę na ostatnią stronę, gdzie zawsze drukowane były komiksy. Znalazłem tam to, czego tak bardzo pożądałem - pierwszy odcinek Dnia Śmiechały. Cóż to za dziwny tytuł, pomyślałem. Tym niemniej moją uwagę przyciągnął początek historii, w której dwaj bohaterowie napotykają w puszczy bardzo groźnego niedźwiedzia... Chyba każdy dzisiejszy czterdziestolatek może opowiedzieć historię podobną do mojej. Komiksy Janusza Christy były i do dziś są przedmiotem wielu wspomnień oraz przykładem doskonałego komiksu dla czytelnika w każdym wieku. Niezawodny humor, świetnie skonstruowane postacie i angażujące scenariusze przez wiele dekad przyciągały uwagę fanów dobrej, nieszablonowej opowieści. Szczególnie w ponurych czasach mojego dzieciństwa, kiedy komiksy były często przedstawiane jako zło z zachodu, lub infantylne opowiastki przeznaczone dla najmłodszych. Mistrz Christa z każdym opublikowanym przez siebie tytułem trafnie zadawał kłam takiemu postrzeganiu opowieści obrazkowych, jednocześnie czyniąc z nich prawdziwie kultowe pozycje, rozchwytywane przez wszystkich, spragnionych dobrej rozrywki Polaków.

Przez całe swe życie nigdy na dobre nie rozstałem się ze sprytnym Kajkiem, wiecznie głodnym Kokoszem, rozpaczającym Mirmiłem czy poczciwym zbójem Łamignatem. To właśnie oni otworzyli mi oczy na klimaty fantasy, osadzone w rodzimych, prasłowiańskich realiach. Do ich komiksowych perypetii wracam z niekłamaną chęcią również dziś. Jestem niezmiernie ucieszony faktem, że Egmont wydaje też (od czasu do czasu) regionalne wersje językowe ich przygód. Gwara góralska, śląska czy kaszubska, wersja w języku esperanto, po francusku czy rosyjsku - mamy też takie edycje! A właśnie teraz ukazał się wspomniany Dzień Śmiechały (tytuł nawiązuje oczywiście do średniowiecznej wersji święta Prima Aprilis), czyli Dzionecek Śpasów pisany w niezwykłej, góralskiej gwarze. To doskonała okazja aby sprawdzić, ile jesteśmy w stanie zrozumieć z języka, którym wprawnie posługują się rdzenni mieszkańcy południa naszego kraju. Myślicie, że łatwo czyta się taki komiks? O nie, prawdziwa góralska gwara najeżona jest takimi zwrotami i określeniami, których (bez umieszczonego na końcu wydania słowniczka) łatwo nie rozgryziecie. Tym niemniej warto spróbować podobnej rozrywki, bo w pewien nieoczywisty sposób odświeża ona lekturę tej znanej na pamięć, ponadczasowej historii. Historii o przyjaźni, beztroskim święcie dowcipu, a co ważne - napisaną z silnym przesłaniem ekologicznym. Tym samym zachęcam, abyście w ramach powrotu do beztroskich lat dzieciństwa sięgnęli po ten wspaniały album. Dźwięczny język górali sprawi, że będzie to podróż nostalgiczna i bardzo odkrywcza. A poza tym, to Kajko i Kokosz, więc na co czekacie? ;-)

Tytuł: Kajko i Kokosz - Dzionecek Śpasów (Edycja Góralska)
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Przekład na gwarę góralską: Bartłomiej Kuraś
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 44
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Pierwszy i drugi tom Porcelany znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.



Komiksów z serii Thorgal, Sisters oraz Kajko i Kokosz szukajcie na stronie Egmontu.


czwartek, 19 listopada 2020

Nothing Special, czyli The Lego Star Wars Holiday Special


Lubicie wesołe filmiki Lego i przy okazji chcielibyście dowiedzieć się, co działo się z najważniejszymi postaciami Gwiezdnych wojen tuż po zakończeniu IX epizodu? Disney+ przygotował coś w sam raz dla Was! Powyższe zdania na pewno zachęcają do obejrzenia The Lego Star Wars Holiday Special, tymczasem całkowicie rozmijają się z prawdą. Niestety, rzeczona produkcja to tak naprawdę... nic specjalnego. Ta sama formuła obowiązująca od lat, ten sam rodzaj żartów i ta sama, niezmienna animacja. A wszystko przykryte odrobiną świątecznego klimatu, który jest chyba jedynym nowym elementem w całym tym zamieszaniu.

Nie neguję bynajmniej kreatywności twórców. W tej niezbyt długiej produkcji aż nadto widać miłość do gwiezdnej sagi, jednak oglądanie po raz setny tego samego nie jest już chyba żadną atrakcją. Nawet dzieci będą tym wszystkim znudzone (jedyna nadzieja w tym, że będzie to ich pierwsze spotkanie z tego typu historyjką). W kwestii formalnej - Rey uczy Finna posługiwać się Mocą. Nie idzie jej zbyt dobrze, więc wybiera się na planetę Kordoku, gdzie znajduje kryształ o niezwykłych właściwościach. Za jego sprawą młoda mistrzyni Jedi przenosi się w losowo wybrane miejsca z przeszłości galaktyki, niechcąco powodując niemałe zamieszanie. 

Co ciekawe, najlepsze w przypadku The Lego Star Wars Holiday Special są plakaty promujące całe widowisko. Pomysłowość i żart jakie w nich zawarto, od razu zachęciły mnie do obejrzenia filmu. Na tym jednak się skończyło i choć nie oceniam tych trzech kwadransów jako zupełnie straconych, radzę poprzestać na znajomości poniższych posterów. Animacja Lego na pewno nie jest jedną z tych rzeczy, dla których warto czekać na premierę serwisu Disney+ w Polsce. ;-)





Tytuł: The Lego Star Wars Holiday Special
Scenariusz: David Shayne
Reżyseria: Ken Cunningham
Obsada (dubbing): A. J. LoCascio, Anthony Daniels, Ban Prendergast, Billy Dee Williams, Dee Bradley Baker, Eric Bauza, Helen Sadler, Jake Green i inni
Wytwórnia: Walt Disney Company
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 17 listopada 2020 (Disney+)
Czas trwania: 44 min.