poniedziałek, 27 stycznia 2020

RECENZJA: Obcy - Alan Dean Foster


Wśród filmów grozy na chyba próżno szukać tytułu bardziej inspirującego niż Obcy - 8 pasażer Nostromo (1979). To nie tylko jeden z najlepszych kosmicznych horrorów wszech czasów, ale także genialnie rozplanowane i skuteczne studium strachu. Co jednak najciekawsze, dziś po ponad czterdziestu latach od premiery, film nadal posiada niezwykłą moc straszenia odbiorców. Pozostaje przy tym rozrywką najwyższej próby, nieustannie zarażając młodych widzów fascynacją stylistyką science-fiction. Jakkolwiek o Obcym powiedziano już chyba wszystko, wciąż nie do przecenienia jest wpływ filmu na całą współczesną popkulturę. Będąc zjawiskiem odpowiedzialnym za powstanie całej filmowej serii, tytuł otworzył wrota także dla innych, mniej lub bardziej inspirowanych nim kreacji. Jak każde niezapomniane dzieło, twór przeniesiony przez Ridleya Scotta na wielki ekran rozpoczął swój żywot na kartach scenariusza. Oryginalny tekst, napisany przez Dana O'Bannona przy twórczej współpracy z Ronaldem Shusettem od swej pierwszej formy przeszedł naturalną metamorfozę, stając się ostatecznie tym, co po dziś dzień podziwiają miliony. Tym niemniej, dobrze jest poznać literacką wersję owego klasyka, przenoszącą większość tego, co znamy z ekranu na papierowe stronice książki.

Na temat fabuły Obcego nie ma chyba potrzeby pisać zbyt wile. Każdy z nas zna przecież historię załogi międzygwiezdnego transportowca Nostromo, zmuszonej do infiltracji nieznanego, kosmicznego sygnału. Pomińmy więc ten element, skupiając się na temacie książki. Pracę nad adaptacją powierzono Alanowi Deanowi Fosterowi, autorowi znanemu m.in. z licznych publikacji osadzonych w uniwersum Gwiezdnych wojen. Takie nazwisko mogło zagwarantować należyty poziom publikacji, choć przyznam szczerze, że osobiście nie zetknąłem się ze zbyt wieloma tytułami będącymi godnymi przeróbkami kinowych hitów. Czy więc starania twórcy, aby w odpowiedni sposób stworzyć godną lekturę z dzieła tak genialnego jak Obcy - 8 pasażer Nostromo miały jakikolwiek sens? No cóż, okazuje się, że tak. Co prawda, będąc zwolennikiem tezy o stałej wyższości oryginału, nie mogę ocenić książki Fostera wyżej od filmu Scotta. Przyznam jednak, że powrót na pokład Nostromo odbył się bez większych zakłóceń. W interpretacji Fostera opowieść zyskuje swojego rodzaju trójwymiarowy kształt, czego na próżno szukać w większości scenariuszowych adaptacji. Widać wyraźnie, że na przestrzeni wielu lat pracy autor posiadł niewątpliwy talent wypełniania kwestii nieobecnych w filmie. Dodatkowo, potrafi on świetnie uwypuklić charakterologię bohaterów, sprawnie uzupełniając także wszelkie informacje natury technicznej, z pewnych przyczyn nie poznanych w filmie. Dzięki temu książka zyskuje charakterystyczny sznyt rasowej fantastyki naukowej, nie pędząc z akcją za wszelką cenę. Widać to szczególnie w pierwszej połowie książki, choć warto tu zauważyć, że Obcy nie jest i  nigdy nie maił być filmem czy też opowieścią akcji. Produkcja (podobnie jak jej papierowa wersja) stawia przede wszystkim na klimat i grozę, a nie swoisty pęd wydarzeń.

Czytanie książki bazującej na tak znanym filmie odkryło przede mną kilka interesujących elementów. Oczywiście, jak przystało na rasowy thriller, którym również po części jest Obcy, sporo frajdy miałem ze śledzenia fabuły za sprawą wiedzy o prawdziwej naturze Asha. Posiadanie informacji na temat jego ukrytych zamiarów pomogło mi w wewnętrznym rozbudowaniu niuansów książki, pozwalając być o dwa kroki przed resztą bohaterów. Świetnie czyta się te fragmenty, które wyraźnie sugerują, jaka jest prawdziwa rola oficera naukowego na pokładzie. W tym przypadku znajomość jednego z istotnych zwrotów akcji zupełnie nie przeszkadza w odbiorze powieści (a wręcz go wzbogaca). Równie interesujący okazał się być także fragment, który z pewnych przyczyn nie znalazł się w filmowej wersji opowieści. Chodzi tu o scenę, w której Ripley odkrywa na jednym z doków olbrzymi kokon, w którym uwięziony został kapitan Dallas. Scena nie jest zbyt długa, ale ujawnia pewne istotne fakty z biologii obcego stwora, które widzom oglądającym Obcego w latach 70. przyszło poznać dopiero później, przy okazji premiery słynnej kontynuacji (w brawurowej reżyserii Jamesa Camerona). Inne zmiany lektury względem obrazu są niewielkie, trzeba naprawdę znać film Scotta na wyrywki, aby móc dostrzec je wszystkie. Jest jednak coś, czego brak w książce zdziwił mnie niesamowicie. Chodzi tu o niezwykle ważną w kwestii mitologii cyklu o Obcym scenę, czyli odkrycie tzw. space jockeya na pokładzie nieznanego statku. Nie ma jej w wersji Fostera, a przyczyny tej nieobecności nie zostały wyjaśnione nawet w posłowiu Piotra Goćka. Co stało za takim obrotem spraw? Zapewne na razie pozostanie to zagadką, podobną do tej, skąd naprawdę wzięła się nieznana forma życia na pokładzie kosmicznego okrętu. 

Obcy to książka, która nie istnieje bez filmu, jednak może być spokojnie czytana bez jego wcześniejszej znajomości (choć czy jest wśród Was ktoś, kto jeszcze nie zna tej produkcji?). Za sprawą talentu autora oraz jego umiejętnego podejścia do materiału źródłowego otrzymujemy w pełni funkcjonalną lekturę, która choć nieco różni się od swej wersji ekranowej, to jednak spełnia wszelkie powierzone jej zadania. Bez swego wizualnego kuzyna nie miałaby naturalnego prawa bytu (przynajmniej w takim jak ten kształcie), co oprócz niezłej jakości czyni z niej jeden z wielu istotnych elementów dziedzictwa marki we współczesnej kulturze rozrywkowej. W swym posłowiu (Studium w terrorze) Piotr Bociek wyjaśnia za sprawą jakich elementów filmowy Obcy - 8 pasażer Nostromo spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem i czemu stanowi tak świetnie skonstruowaną historię. Minimalizm tworzący otwarte, inspirujące uniwersum, strach w swej najczystszej formie pozostający w kontraście do świetnie nakreślonej rzeczywistości, bliscy widzowi (czy w tym przypadku - czytelnikowi) bohaterowie, będący zwykłymi ludźmi postawionymi w obliczu walki o przetrwanie oraz rewelacyjnie wykreowany obcy - to elementy które pomogły zrodzić kult tytułu, który trwa nieprzerwanie do dziś. I będzie trwał jeszcze dłużej, bo kwestie strachu, naszej naturalnej woli przetrwania i odkrywania tajemnic pozostaną z nami na zawsze. Czego książka Fostera jest również najlepszym dowodem.


Tytuł: Obcy
Autor: Alan Dean Foster
Pomysł i scenariusz: Dan O'Bannon, Ronald Shusett
Przekład: Piotr Cholewa
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 316
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,90 zł

czwartek, 23 stycznia 2020

Nadciąga 750 zeszyt Flasha!


Barry Allen, czyli superbohater znany wszystkim lepiej jako Flash, już za miesiąc będzie miał nie lada powód do świętowania. 26 lutego b.r. ukaże się bowiem 750 numer komiksu z jego przygodami (tym samym seria powróci do oryginalnej numeracji - w marcu zamiast 89 zeszytu otrzymamy 751). Aby uczcić tę wiekopomną chwilę, wydawnictwo DC Comics przygotowało aż osiem okładek, narysowanych przez wybitnych twórców związanych z Flashem na przestrzeni lat. 

Wśród artystów dostępujących zaszczytu sportretowania Flasha znaleźli się Jim Lee, Francis Manapul, Francesco Mattina, Gabrielle Dell'Otto, Jose Luis Garcia-Lopez, Alex Sinclair, Nick Derington, Gary Frank oraz Nicola Scott. Poniżej możecie podziwiać ich prace, które ozdobią alternatywne wersje okładek tego jubileuszowego, specjalnego numeru.  











niedziela, 19 stycznia 2020

Doktor Dolittle (2020), czyli satysfakcjonujący spektakl dla młodszej widowni


Doktor John Dolittle to bohater serii kilkunastu książeczek dla dzieci, pisanych przez Hugha Loftinga na przestrzeni czterech dekad ubiegłego wieku (pierwsza z nich ukazała się w 1920 roku). Proza adaptowana była przez Hollywood już kilkakrotnie (wystarczy wymienić wersję z 1967 roku z Rexem Harrisonem, czy kilkuczęściowe, uwspółcześnione okropieństwo z Eddiem Murphym), co niewątpliwie oznacza, że temat umiejącego rozmawiać ze zwierzętami lekarza jest wciąż atrakcyjny dla filmowców. W tym roku, reżyser Stephen Gaghan oraz odtwarzający główną rolę Robert Downey Jr. zabierają nas ponownie w ten interesujący, baśniowy świat. Czy jednak nowa wersja losów Doktora Dolittle'a jest czymś, czego tak naprawdę potrzebowaliśmy? Odpowiedź jak zawsze zależy od indywidualnych preferencji, tymczasem ja twierdzę, że każda opowieść ma swoje miejsce i czas, pod warunkiem że umiejętnie i z wizją potraktuje się oryginalny pomysł.

Doktor Dolittle pomimo możliwości bycia czymś naprawdę niezwykłym, okazuje się być bardzo zwyczajnym filmem. Takim, który ma swoje lepsze momenty, ale generalnie adresowany jest do zdecydowanie młodszej publiczności (w przedziale wiekowym 5-10 lat). I wcale nie jest to zarzut, w końcu dzieciaki także potrzebują typowej dla siebie produkcji, jednak rodzice, którzy wybiorą się z nimi na seans, raczej nie znajdą w jego trakcie nic, co byłoby adresowane bezpośrednio do nich. Niestety, nie udało się twórcom podążyć przykładem wytwórni Disney'a, przygotowując film będący swoistym łącznikiem pokoleń tak poprzez fabułę, jak i za sprawą samego przekazu. Widać to już w samym pomyśle na obraz (osadzonym na wzór pierwowzoru w pierwszej połowie XIX wieku). Opowiada on dość prostą historię wyprawy słynnego doktora, której celem jest odnalezienie niezwykle rzadkiej rośliny, mogącej uratować życie angielskiej królowej. Fakt, jest tu drobna tajemnica, podstępny antagonista, a także rozterki głównego bohatera, ale wszystko to zostało ubrane w szaty poprawnego dzieła dla najmłodszych.


Efekty specjalne, dzięki którym powołano do życia całą bandę zwierzaków towarzyszących Johnowi Dolittle nie są może kolejnym kamieniem milowym kinematografii, lecz bez problemu spełniają swoje zadanie. Kaczka, pies, goryl, niedźwiedź, struś czy wiewiórka świetnie dopełniają postaci tytułowego doktorka, pokazując jak wiele zawdzięczają też aktorom użyczającym im głosów. Każdy zwierzak ma swoją określoną osobowość, a niektóre z nich miewają nawet całkiem poważne problemy natury psychicznej. Z treścią nieźle koresponduje także obecność młodego Tommy'ego, który pragnie szkolić się u boku Dolittle'a. Niestety, chwilami bywa to trudne, ponieważ tytułowy bohater nie zawsze bywa postacią łatwą do naśladowania. Z tym zachowaniem wiąże się oczywiście droga, jaką musi przejść główny protagonista każdej dobrej opowieści. Dzięki temu sprawnie wypełnia się przesłanie filmu, mówiące o tym, że próbując pomóc innym, często pomagamy samym sobie.

Doktor Dolittle to film, którego z pewnością nie będę wspominał z rozrzewnieniem za kilka ładnych lat, ale w chwili, podczas której doświadczyłem przyjemności oglądania go na sali kinowej, bez problemu spełnił swoją funkcję. Aktorsko nie popadał w samouwielbienie i pewnego rodzaju przeszarżowanie, a głupkowate dowcipy skierowane do najmłodszej widowni nie były w nim aż tak dosadne. Poprzez szybką akcję nie pozwalał się nudzić nawet przez minutkę, lecz co najważniejsze, dość pomysłowo wyłożył morał, który dla podstawowej grupy odbiorców powinien być naprawdę wychowawczy. Kto wie, może kiedyś doczekam się filmu o doktorze Dolittle skierowanego do nieco starszego odbiorcy, tymczasem cieszę się, że miałem okazję zobaczyć tę produkcję. Produkcję przepełnioną duchem przygody, która w jakiś sposób kojarzyła mi się z losami Ambrożego Kleksa czy karkołomną wyprawą Phileasa Fogga (W osiemdziesiąt dni dookoła świata). Dzięki temu znów poczułem się trochę jak dzieciak. A jeśli współczesne kino daje nam szansę na drobny powrót do lat młodości, to chyba dobrze, prawda? ;-)



Tytuł: Doktor Dolittle (Dolittle)
Scenariusz: Stephen Gaghan, Dan Gregor
Reżyseria: Stephen Gaghan
Obsada: Robert Downey Jr., Antonio Banderas, Michael Sheen, Emma Thompson, Rami Malek, John Cena, Octavia Spencer, Tom Holland, Craig Robinson, Ralph Fiennes
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 17 stycznia 2020 (USA), 17 stycznia 2020 (Polska)
Czas trwania: 101 min.

sobota, 18 stycznia 2020

Czarna Wdowa od Funko i Lego

Czarna Wdowa (2020) w kinach już za cztery miesiące, nic zatem dziwnego, że firmy systematycznie raczące nas wszelkiego rodzaju gadżetami znów przygotowały coś interesującego. Funko proponuje aż 8 figurek w stylu Pop!, natomiast Lego przedstawia średniej wielkości zestaw 76162 Black Widow's Helicopter Chase. W jego skład wejdą trzy minifigurki i 271 elementów, a cena wyniesie 30 €. W sprzedaży pojawi się już 1 marca b.r. Co z tej oferty bardziej Was przekonuje? Figurki czy helikopter?





środa, 15 stycznia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 22 (Batman - Szalona miłość, Invincible tom 6, Aquaman tom 1, Doomsday Clock, Harleen tomy 1-3)

Dzień dobry, Drodzy Komiksomaniacy! Przed Wami najdłuższe w historii wydanie Kiosku z komiksami. Niezamierzenie w całości poświęcone jest ono tytułom z gatunku superhero, zakładam jednak, że różnorodność pozycji sprawi, że nawet osoby stroniące od tej stylistyki znajdą tu coś dla siebie. Nie przedłużam zatem, tekstu zebrało się sporo, zapraszam wszystkich do czytania! :-)


Batman - Szalona miłość i inne opowieści

Szalona miłość to komiks, którego genezy należy upatrywać w popularnym serialu Batman - The Animated Series. Niestety, dla mnie produkcja ta pozostaje jak dotąd nieznana, bowiem w latach 90., kiedy emitowała ją telewizja, byłem już "zbyt dorosły" aby śledzić kolorowe kreskówki. Teraz, kiedy wreszcie stałem się stary i zdziecinniały, z pewnością przydałoby się odświeżyć temat... Kto wie, może za jakiś czas nadarzy się ku temu okazja. Tak czy inaczej, to właśnie w tym dziś już kultowym dziele Paula Diniego i Bruce'a Timma po raz pierwszy pojawiła się znakomita Harley Quinn. Szybko zdobyła popularność wśród widzów, a kiedy tylko nadarzyła się okazja, twórcy przenieśli ją na kolorowe strony opowieści obrazkowych. Szalona miłość była jej znakomitym debiutem. Debiutem, utrzymanym stylistycznie w klimacie serialu, co dodatkowo podkreśla klasę twórców. To właśnie tutaj doświadczamy toksycznej miłości, jaka wiąże Harley z jej "pączusiem" Jokerem. Nadpobudliwość, obsesja i przemożna chęć zaimponowania swemu ukochanemu, pcha zakręconą panią doktor w ramiona głębokiego szaleństwa, z którego pozornie nie ma ucieczki. A czytelnik korzysta z tego jak prosię w korycie, głównie za sprawą lekkości i dowcipu całej historii. Komiks ten jest bowiem rozrywką najwyższej próby. Pozornie niezobowiązującą, ale jednak zmuszającą do myślenia. Tak trochę z przymrużeniem oka, bo przecież wszyscy i tak popełnimy lub popełniliśmy kiedyś te same błędy co Świrunia. Niestety, uczucie nie wybiera...

Szalona miłość to nie jedyny komiks, który znajdziemy w tym zbiorze. Choć wydawać by się mogło, że jest to tytuł poświęcony losom Harley i Jokera, nie tylko oni są jego bohaterami. Nad każdą historyjką rozpościera się mroczny cień Batmana, który przedstawia nam swoich licznych wrogów. W takich okolicznościach przyrody spotykamy więc Stracha na Wróble, Dwie Twarze, Scareface'a czy Ra's Al-Ghula. Swoje pięć minut mają też sojusznicy Nietoperza - Batgirl czy komisarz Gordon. Co ciekawe, wszystkie historyjki układają się w zgrabną, całkiem przemyślaną całość, której głównym atutem jest klimat nawiązujący do popularnej kreskówki. Niewiele tu tekstu, całość czyta się bardzo szybko, ale co najważniejsze, treść nie wylatuje z głowy w chwili, gdy odłożymy komiks na półkę. Moją ulubioną historyjką jest Teatrzyk kukiełek. To dość krótkie i bardzo intrygujące ujęcie obłędu. Mocno zapadło mi w pamięć. Szaloną miłość i inne opowieści bez wątpienia można polecić każdemu fanowi Batmana (lub Harley Quinn!). Świetnie sprawdzi się też jako zapoznanie nowych czytelników z tymi postaciami. Najważniejsze jednak, że jest to naprawdę przyjemna i luzacka lektura, która nie przytłacza udziwnionymi rysunkami, a fabuła zapewnia niegłupią zabawę. Polecam każdemu, na każdą okazję.

Tytuł: Batman - Szalona miłość i inne opowieści
Scenariusz: Paul Dini
Rysunki: Bruce Timm, Dan DeCarlo, Rich Burchett, John Byrne
Przekład: Paulina Braiter, Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 208
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 89,99 zł


Invincible - tom 6


Ależ ten czas zasuwa! Ledwie kilkanaście miesięcy temu ukazał się pierwszy tom Invincible'a, a Egmont już poczęstował nas szóstym, jak zawsze dość grubaśnym tomem przygód Marka Greysona. Tym, co od samego początku zachwycało mnie w tym tytule, była niezwykła umiejętność zaprezentowania pełnego superbohaterskiego uniwersum, doprawionego wielowątkową historią, w której równorzędne znaczenie miały potyczki jak i świetnie rozpisane relacje pomiędzy postaciami. Robert Kirkman przy pracy nad tym tytułem po raz kolejny udowodnił, że jak mało kto potrafi pisać tak złożone i bardzo angażujące historie. Tymczasem okazuje się, że każdy twórca ma pewien limit swego potencjału, czego przykładem jest najnowszy tom Invincible'a. Naszego utalentowanego scenarzystę dosięgnął chyba mały kryzys twórczy, ponieważ poza kilkoma udanymi wątkami odniosłem wrażenie, że czytam zupełnie inny komiks. Strasznie dużo tu nawalanki, epickie starcia i pojedynki wyskakują jak przysłowiowe króliki z kapelusza, a co najgorsze, bardzo mało w nich treści. Dialogi które przy tej okazji czytamy, są tak słabe, jak mogą być tylko teksty sprzed dwóch dekad, prezentowane w najbardziej sztampowych komiksach o superbohaterach. Przykre jest też, że zabrakło tu tego charakterystycznego elementu ludzkiego i uczuciowego, który stanowił o sile tytułu w interpretacji autora.

Na szczęście nie wszystko jest w szóstym tomie Invincible'a złe. Mark przechodzi transformację, która pcha go do bardzo brutalnych czynów, a związek z Atom Eve rozwija się na kolejnych etapach, które związane są bezpośrednio z zagrożeniem płynącym ze strony Viltrumian. Wypada to ciekawie, choć jest to jedyny z rozwojowych, typowo psychologicznych wątków komiksu. Ważnym, choć nieco nużącym elementem tej części jest misja ojca naszego bohatera i Aliena Allena, którzy starają się przeciwdziałać nadchodzącemu ataku na Ziemię przez agresywnych pobratymców Nolana. W przyszłych tomach wybrzmi to na pewno bardziej konkretnie, jednak na razie troszkę znudziły mnie te dwa rozdziały opowieści. Walka z Conquestem wypadła rewelacyjnie i jest to jedyny akt z mordobiciem w tle, który w pełni mnie zaangażował (czego nie mogę powiedzieć o starciu z mózgonogami czy Universą). Ciekawie zapowiadają się też zmiany w strukturze biologii Eve, które ujawniły się w po walce z potężnym Viltrumianinem. Troszkę narzekam na tę część, ale przecież mam do tego pełne prawo. W końcu pan Kirkman dotychczas przyzwyczaił mnie do zupełnie innego poziomu. Mam jednak nadzieję na szybką poprawę, tym bardziej, że po aktualnym rozstawieniu pionków powinno być już tylko lepiej. Zobaczymy jak to wyjdzie, siódma odsłona Invincible'a zapowiedziana została na marzec.

Tytuł: Invincible - tom 6
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Cory Walker
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 336
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Aquaman, tom 1 - Uspoken Water

Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie lubię, gdy komiksy o superbohaterach wykraczają poza sztywne ramy gatunku. Nie zrozumcie mnie źle, oglądanie zmyślnych potyczek z wielkimi łotrami czy ratowanie świata przez potężnym zagrożeniem z kosmosu ma swój urok... lecz wszystko do czasu. To co powtarzalne może szybko spowszednieć, toteż cenię sobie próby takie jak ta w Visionie, gdzie rozstaliśmy się z podstawowymi motywami marki, śledząc historię odmienną, wprowadzającą nieoczekiwany powiew świeżości. Z podobnych powodów od kilku ładnych lat zachwycam się przygodami Aquamana. To jeden z nielicznych bohaterów DC Comics, któremu bliżej do stylistyki epickiego komiksu przygodowego niż tradycyjnej superbohaterszczyzny. Chwała za to Geoffi Johnsowi, który restartując historię Arthura Curry'ego w The New 52 ustalił ścieżkę, którą ten bohater miał odtąd podążać. Szczęśliwie kolejni twórcy wciąż trzymają się tych zasad, dzięki czemu losy władcy Atlantydy nieustannie przemawiają do mojego gustu. Nie inaczej jest w najnowszym tomie, który rozpoczyna kolejny ekscytujący rozdział w życiu naszego herosa.

Unspoken Water rozgrywa się w następstwie wątków z eventu Drowned Earth, w którym Aquaman poświęcił się, ratując naszą planetę przed zakusami Władców Mórz. Teraz, straciwszy wiedzę o tym kim jest i gdzie dokładnie się znalazł, Andy (bo tak nazywany jest przez dających mu schronienie ludzi) próbuje znaleźć odpowiedź na najbardziej palące pytania. A nie będzie łatwo, bo miejsce w którym przyszło mu żyć, kryje pewną potężną tajemnicę. Mieszkańcy wioski Milczące Wody od pewnego czasu skarżą się na potworne zasolenie morskich wód, otaczających całe skalne wybrzeże. Jak się wkrótce okaże, z całą sytuacją może mieć coś wspólnego kobieta o imieniu Namma, którą przed laty wygnano za bunt przeciw oddawaniu należnej czci morzu. Jedyną nadzieją na jej obłaskawienie może być sprowadzenie do niej córki, enigmatycznej dziewczyny o imieniu Caille. Oczywiście, zadanie te postanawia wypełnić dotknięty amnezją Arthur. W zamian zostaje mu obiecany sposób na przywrócenie pamięci. Jak można się domyślić, wyprawa odsłoni przed naszym bohaterem fakty, o których istnieniu nawet nie odważył się pomyśleć. Przejmująca serię Kelly Sue DeConnick zrywa w tym tomie ze wszystkim, co było istotne w poprzednich odsłonach Aquamana. Przedstawia nam opowieść pełną magii, legend i wierzeń, w których zwykły człowiek jest zaledwie trybikiem w nieodgadnionej maszynerii bogów. Unspoken Water to dobrze przemyślana historia, sprytnie przenosząca prawdziwe epickie wydarzenia do zgrabnej mikroskali. Nie każdemu ma szansę przypaść to do gustu, ja podczas lektury bawiłem się znakomicie. Autorka świetnie wykorzystuje pewne naturalne cechy Arthura, które wcześniej mogły być przyczyną swoistego niedoceniania tej postaci. I dobrze, bo dzięki temu udaje się w konkretny i ciekawy sposób poprowadzić serię dalej. Mam nadzieję, że reszta odbiorców doceni to tak samo jak ja. A naprawdę warto.

Tytuł: Aquaman, tom 1 - Unspoken Water
Scenariusz: Kelly Sue DeConnick
Rysunki: Robson Rocha
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 17,99 $


Doomsday Clock

Trudne zadanie miał przed sobą Geoff Johns, kiedy zdecydował się zostać architektem niecodziennego eventu oraz rozwiązania największej zagadki wydawnictwa DC Comics. Połączenie świata legendarnych Strażników (Watchmen) wraz z wieloletnią tradycją komiksowego uniwersum Supermana było wyczynem odważnym jak i czysto karkołomnym. Od rozpoczęcia cyklu Odrodzenie (Rebirth) oczywistym było, że jakaś tajemnicza siła stoi za skrywaniem prawd na temat niezwykle istotnych, przeszłych wydarzeń. Aby zebrać w logiczną całość ogrom informacji zawartych w poszczególnych komiksach, trzeba było nie tylko wysilić mózgownicę, ale też znać się na języku obrazkowego uniwersum. Johns podjął rękawicę, nie mając nawet świadomości, że realizacja projektu nazwanego Doomsday Clock zajmie mu dwa razy więcej czasu niż pierwotnie planował. W końcu, po ponad dwóch latach wydawania otrzymaliśmy komplet dwunastu zeszytów, tworzących tę dość ambitną i niezwykle kreatywną opowieść. Autor oparł ją na dwóch fabularnych filarach. Pierwszy z nich opowiada o tym, co na przestrzeni sześciu lat wydarzyło się w świecie Strażników. Dowiadujemy się tu o fiasku wielkiego planu Ozymandiasza, którego demaskacja doprowadziła do prawdziwie destrukcyjnego światowego konfliktu. W celu ratowania swej rzeczywistości, Adrian Weidt montuje ekipę, z którą (za pomocą krętactw i szantażu) wyrusza do miejsca, gdzie według jego rozumienia ukrywa się Dr. Manhattan. Tak przenosimy się do Gotham, które podobnie jak Metropolis i inne miasta tego uniwersum wstrząsane jest niepokojami wywołanymi ujawnieniem tzw. Teorii Supermana. Według niej rząd USA odpowiada za tajną współpracę z niektórymi superbohaterami oraz wcześniejsze aktywowanie u nich metagenu wyzwalającego nadludzkie moce. Ozymandiasz przystępuje do planu odnalezienia Jona, na samym początku kierując się do najmądrzejszego człowieka tego świata - Lexa Luthora. Sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót, kiedy na jego drodze stanie bohater, który w świecie Adriana od dawna uważany jest za zmarłego...

Tak zaczyna się niesamowita komiksowa jazda bez trzymanki, która zapewniła mi kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki. Jestem pełen uznania dla Johnsa, który w tak trudnej materii potrafił opowiedzieć historię, która ciekawie połączyła oba uniwersa, ale też popchnęła je na nową, obiecującą drogę. Choć nie ma pewności czy faktycznie Doomsday Clock zostanie na stałe przypisany do kanonu, w pełni doceniam ogrom pracy jego twórców. Rysunki Gary'ego Franka wpasowują się idealnie w klimat opowieści, zachowując identyczny układ jak ten prezentowany w oryginalnych Strażnikach. Johns potrafi zaciekawić, co raz wychodząc z nowym pomysłem, starając się też nie zapominać o rozpoczętych wcześniej wątkach. W takim gąszczu tematów spodziewane są drobne wpadki, toteż nie zdziwcie się, kiedy nie znajdziecie tu decydującego rozwiązania zagadki przypinki Komedianta (to chyba największa wpadka twórców). Tymczasem debiutujące postacie zachwycają pomysłem oraz przemyślaną genezą. Marionetka, Mim oraz nowy Rorschach to bohaterowie, którzy przyciągali moją uwagę nie mniej niż Superman, Batman czy Firestorm. Doomsday Clock jest komiksem niezwykle narracyjnym, i choć w wielu momentach nie żałuje dynamicznej akcji, sporo istotnych informacji dostarczają przemyślenia poszczególnych postaci. Radykalni fani Strażników z pewnością będą pluli na to dzieło, lecz to już ich problem. Komiksy nie są po to, aby budować czyjś idealny wewnętrzny świat, ale by bawić, wzruszać i wywoływać dyskusje. A to powyższy tytuł robi z pełnym powodzeniem. Nie polecam go jedynie czytelnikom niezbyt zorientowanym z uniwersum DC czy Watchmen. Spora ilość informacji może dość szybko zniechęcić Was do czytania, ale jeśli chcecie, spróbujcie. Może zachęci Was do poznania innych przygód tych bohaterów.

Tytuł: Doomsday Clock (zeszyty 1-12)
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Gary Frank
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2017/2019
Ilość zeszytów: 12
Ilość stron zeszytu: 32
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 4,99 $


Harleen, tomy 1-3

To wydanie KzK rozpoczęliśmy od Harley, wypada więc zakończyć je z... Harleen. DC Black Label to inicjatywa pozwalająca uznanym twórcom na przedstawianie treści, które rozgrywają się w pewnym oddaleniu od głównego uniwersum. Mogą tu opowiadać własne wersje znanych historii lub opisywać wydarzenia z zupełnie innego punktu widzenia. Możliwości są nieograniczone, jednak tytuły z tej serii przeznaczone są raczej dla dojrzalszego czytelnika. W tym momencie trzeba również pochylić się nad komiksowym uniwersum Batmana, które jak żadne inne swój sukces zawdzięcza niezwykle plastycznej otoczce świata, w którym żyje i działa ten bohater. Tu całe Gotham oraz zamieszkujące go indywidua stanowią o kształcie i wydźwięku poszczególnych historii. Batman jak chyba żadna z postaci poszczycić może się galerią przeciwników, których charakter można analizować i przetwarzać na wiele sposobów. Nie zastanawiając się długo, w tym kontekście można wymienić choćby Jokera, Pingwina, Bane'a czy Dwie Twarze, ale również Harley, której psychopatyczna osobowość może służyć jako punkt wyjścia do wielu interesujących interpretacji.

Takiego właśnie zadania podjął się utalentowany rysownik Stjepan Sejic (znany m.in. z Aquamana i Rat Queens), starając się w dość poważnym stylu opowiedzieć historię oraz genezę oddanej kochanicy Jokera. Ku mojemu zaskoczeniu wyszło mu to nad wyraz świetnie. Nie zawsze zdolni plastycy potrafią samodzielnie stworzyć przemyślany scenariusz, ale na kartach Haleen Sejic opanował tę sztukę do perfekcji. Nie tylko pokazał pełny portret psychologiczny doktor psychiatrii jako osoby nieświadomie poddającej się szaleństwu, ale też udowodnił, że czuje i rozumie uniwersum Batmana jak mało który ze współczesnych twórców. Wykorzystując klasyczne elementy świata oraz występujące w nim postacie, poprowadził czytelnika tajemniczymi ścieżkami szpitala Arkham, od pierwszego pojawienia się w nim Harleen, aż do wypadków, które uczyniły z niej znaną do dziś wspólniczkę Jokera. Oczywiście Mr. Jay odgrywa w komiksie Sejica niezwykle ważną rolę (jego relacja z Harleen bardzo przypomina tę znaną z filmu Milczenie Owiec). Joker nie jest tu szalonym klaunem strzelającym do kogo popadnie, tylko skupionym, świadomym swej psychologicznej przewagi drapieżnikiem. Nieoczekiwanie na placu boju pojawia także się prokurator Harvey Dent. Późniejszy Dwie Twarze wypada tu intrygująco (i złowrogo) w kontekście bycia swoistą drugą stroną monety, tak podczas przemiany własnej, jak i tytułowej bohaterki. W tle wszelkich wydarzeń pojawia się oczywiście sam Batman. Choć Mroczny Rycerz pełni tu nieco mniejszą rolę, jego udział w wypadkach jest nie do przecenienia. Harleen to komiks gruntownie przemyślany, napisany z wielką pasją, ale przede wszystkim dostarczający rozrywki na najwyższym poziomie. Od samego początku do końca wszystkie zaprezentowane w nim elementy prowadzą nas do szokującego (choć jak najbardziej oczekiwanego) finału. Nie o samo zakończenie tu jednak chodzi, ale o drogę do niego prowadzącą. A tu wszystkie składniki okazują się spełniać swoją konkretną rolę. Jeśli czujecie się już trochę zmęczeni przygodami Batmana lub Harley Quinn, koniecznie dajcie sobie jeszcze jedną szansę i sięgnijcie po ten tytuł. Na mnie podziałał prawdziwie odświeżająco, pokazując, że w temacie Gacka i Świruni wciąż można pisać naprawdę ciekawe, prawdziwie "mięsiste" historie. A jeśli dodamy do tego wspaniałe, pełne emocji i klimatu rysunki Sejica, jasnym będzie, że mamy do czynienia z dziełem prawdziwie niepowtarzalnym.

Tytuł: Harleen (tomy 1-3)
Scenariusz i rysunki: Stjepan Sejic
Wydawnictwo: DC Comics
Rok wydania: 2019
Ilość tomów: 3
Ilość stron tomu: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 7,99 $


Komiksy Batman - Szalona miłość oraz Invincible znajdziecie na stronie Egmontu.



sobota, 11 stycznia 2020

RECENZJA: Milczenie - Tim Lebbon


Ziemię opanowały krwiożercze potwory, które są pozbawione zmysłu wzroku, ale za to świetnie słyszą. Każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk jest dla nich sygnałem, że potencjalny posiłek znajduje się tuż obok. Są ich setki, tysiące, miliony. Nieudana ekspedycja do pozostających w odcięciu od świata, obszernych systemów mołdawskich jaskiń, skończyła się wypuszczeniem na wolność hord tych wygłodniałych poczwar. Wespy, jak nazwano je w mediach, przemieszczają się błyskawicznie. Potrafią latać z prędkością 50 km/h, a na szlaku swej podniebnej wędrówki atakują i zjadają wszystko, co składa się z mięsa i krwi. W niedojedzonych ciałach pozostawiają jaja, z których wykluwa się niezliczona ilość młodych. Maszkary nie są zbyt duże, na oko nie większe od kota, ale ich ilość i bezwzględność stanowi największy problem osaczonej Europy. Na coś takiego nie mógł się przygotować nikt. Atak i dewastacja ludzkiego życia dokonuje się w ciągu kilkunastu dni. Wygląda na to, że planeta znalazła wreszcie sposób żeby pozbyć się nas na dobre...

Tak zaczyna się książka Tima Lebbona - Milczenie. Dość łatwo da się zauważyć, że historie z potworami reagującymi na dźwięk robią się w ostatnich latach coraz popularniejsze. Za dobry przykład posłużyć może film Ciche miejsce (2018). Sądzę, że jego twórcy czerpali pewną inspirację z książki Lebbona, na szczęście zapożyczyli wyłącznie sam pomysł, prowadząc i rozwiązując go w bardzo indywidualny sposób. W świetle tak rozumianych faktów Milczenie jawi się jako prawdziwie interesujące zjawisko, które za sprawą nowatorskiego konceptu ma szansę pociągnąć za sobą całe rzesze naśladowców (premiera kontynuacji Cichego miejsca jeszcze w tym roku!). Czy jednak odkrywcza opowieść przedstawiona w Milczeniu jest w ogóle warta czytelniczej uwagi? Już na wstępie przyznam, że tak. Ma ona swoje oczywiste plusy i minusy, choć na szczęście tych pierwszych jest znacznie więcej. A to w sumie wystarczy, żeby zaspokoić chęć poznania ciekawej historii, czyniąc czas spędzony z lekturą całkiem przyjemnym.

Dramatyczne wydarzenia w Milczeniu śledzimy z punktu widzenia pewnej angielskiej rodziny. Autor opisuje jej losy oczami ojca i córki. Huw i Ally są naszymi przewodnikami po świecie zbliżającym się ku nieuchronnej apokalipsie. Wespy nadciągają i coraz bardziej oczywistym staje się, że każdy rozsądny człowiek będzie musiał podjąć radykalne kroki. Szansą dla Andrewsów nieoczekiwanie staje się przypadłość Ally, która przed laty straciła słuch w wypadku. Teraz, kiedy z oczywistych powodów cała rodzina nauczyła się języka migowego, bezdźwiękowy sposób porozumiewania może stanowić dla nich szansę na przeżycie. Zaczyna się więc planowanie karkołomnej ucieczki do Szkocji i pełen napięcia wyścig z czasem. O sytuacji w różnych częściach świata dowiadujemy się za pomocą wstępów do każdego rozdziału oraz z wiadomości z sieci, które bacznie śledzi Ally. Dawkowanie wzmaga zainteresowanie, szczególnie że wraz z bohaterami zaczynamy stopniowo rozeznawać się w całej sytuacji. Autor opowiada historię w doskonałym tempie, nie tracąc czasu na niepotrzebne dłużyzny. Wszystko co ma w książce jakieś znaczenie, wybrzmiewa w odpowiedniej dla siebie chwili. Lebbon świetnie buduje fabularną strukturę, nie zapominając o postaciach, które są głównym motorem opowieści. To ważne, bo powracającym motywem książki jest poczucie nadziei. W przypadku horroru taki zabieg gwarantuje należyty balans, łagodzący drastyczne wydarzenia jakich doświadczają Andrewsowie.

Nie znalazłem w Milczeniu standardowej dawki napięcia charakterystycznego dla niektórych powieści grozy. W zamian zaoferowano mi odpowiednią fascynację tematem przewodnim. Stało się to dzięki umiejętnemu przeplataniu faktów dotyczących apokalipsy, wraz z bliskością relacji zachodzących pomiędzy bohaterami. Sprawdziło się to świetnie w chwilach bliskiego zagrożenia, wynikającego z racji ataków wesp czy prawdziwie zdesperowanych jednostek ludzkich. To chyba najbardziej charakterystyczny i udany element tej książki. Do minusów muszę zaliczyć brak mocno zaakcentowanego zakończenia. Lebbon zdaje się snuć swoją historię na podobieństwo Żywych trupów Roberta Kirkmana. Niestety, historia rodziny Andrewsów urywa się w dość przypadkowym momencie, podczas gdy Kirkman kontynuował swój komiks niemal bez końca. Gdyby autor zrezygnował z publikacji ostatnich dwudziestu stron, wypadki rozgrywające się wcześniej mogłyby zapewnić mocny, zdecydowany finał. Tym bardziej, że objawił się tam świetnie zaprezentowany antagonista (nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale Wielebny to prawdziwie niepokojąca i niebezpieczna postać). W książce zabrakło też lepszego zagospodarowania przypadłości Ally. Sądziłem, że zestawienie głuchoty dziewczyny z wrodzoną ślepotą wesp doprowadzi do ujawnienia jakiejś rewelacji lub nieoczekiwanego zwrotu akcji. Niestety, nic takiego się nie zdarzyło, choć niewątpliwie częściowe kalectwo bohaterki pomogło zbudować relacje pomiędzy nią a Huwem, który ze wszystkich sił stara się ochronić swą córeczkę. 

Wymieniając wszystkie za i przeciw mam pełną świadomość, że Milczenie jest i tak książką godną polecenia. To, co inni autorzy pisaliby na prawie dwukrotnej ilości stron, Lebbonowi udaje się skondensować w postaci niezbyt długiej ilości tekstu. Świadczy to dobitnie o talencie autora oraz przygotowaniu opowieści w bardzo przystępny sposób. Niestety, nie uchroniło to autora przed stosunkowo słabym zakończeniem. A te, choć pozostawia temat apokalipsy i dalszych losów rodziny otwarty, nie wywołało u mnie należytego poczucia spełnienia (szczególnie oczekiwanego po tak wielu udanych rozwiązaniach fabularnych). Fani postapokaliptycznych klimatów powinni znaleźć w powieści coś dla siebie, a sympatycy horrorów również nie powinni być zawiedzeni. Na sam koniec chciałbym jeszcze przestrzec wszystkich przed netflixową ekranizacją Milczenia. Cisza (2019) to film raczej nieudany, bez polotu adaptujący większość pomysłów wykorzystanych w oryginale. Przenoszeniu dzieła do innego medium powinna towarzyszyć jakaś przemyślana koncepcja, której (w przeciwieństwie do pomysłów Lebbona) autorom filmu zabrakło. Raz jeszcze potwierdza się teza wyższości oryginału, radzę więc spędzić czas z książką, zamiast marnować go przed telewizorem. Tym bardziej, że powieść zatrzyma Was przy sobie na dłużej. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.


Tytuł: Milczenie
Autor: Tim Lebbon
Przekład: Beata Gluma, Adrian Napieralski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 368
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


piątek, 3 stycznia 2020

RECENZJA: Egzorcysta - William Peter Blatty


Chyba każdy szanujący się wielbiciel horrorów widział słynnego Egzorcystę. Ten klasyczny i uznany obraz w reżyserii Williama Friedkina (film ma na swoim koncie dwa Oscary) od ponad czterech dekad rozpala wyobraźnię wielu sympatyków gatunku. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że owa pamiętna produkcja powstała na podstawie powieści Williama Petera Blatty'ego, który jest też autorem scenariusza do wspomnianej adaptacji. Trochę wstyd przyznać, ale ja sam przez dość długi czas nie zdawałem sobie sprawy z istnienia książkowego pierwowzoru. Na szczęście nie pozostawałem w błędzie bez końca, do czego przyczynił się sam Św. Mikołaj, który dwa tygodnie temu zostawił dla mnie miły pakuneczek pod choinką. Jedną z ofiarowanych mi książek był właśnie głośny Egzorcysta, do lektury którego zabrałem się jeszcze podczas wigilijnego wieczoru. 

Wersja, która trafiła w moje ręce, to specjalna, jubileuszowa edycja, przygotowana z okazji 40. rocznicy oryginalnego wydania. Na jej potrzeby autor odświeżył tekst, poprawiając w nim pewne wymagające tego kwestie, jak również dopisał jedną istotną scenę. Udoskonaleniu i zaktualizowaniu uległ też polski przekład, co w znacznym stopniu wpłynęło na dzisiejszą jakość odbioru. A ta jest nie bez znaczenia, bo choć klasyczny film zawsze będzie należał do moich ulubionych, czuć w nim zmiany, jakim przez lata uległ język filmowej narracji. Czytając Egzorcystę ani przez chwilę nie miałem podobnego wrażenia i gdybym nie wiedział, obstawiałbym, że książka powstała w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Przez znawców tematu dzieło Blatty'ego uznawane jest za arcydzieło gatunku i jeden z najstraszniejszych horrorów wszech czasów. Zapewniam, że choć jest to kwestia czysto subiektywna, znajduję w tych słowach sporo racji. Po raz kolejny sprawdza się też teoria o wyższości pierwowzoru. Widać to choćby w obszerności tytułu, który oferuje czytelnikowi znacznie więcej niż film.

Język książkowy różni się od filmowego, toteż Egzorcysta w swej pierwotnej wersji wybrzmiewa dużo lepiej niż adaptacja. Więcej tu wydarzeń, lepsze jest budowanie postaci, na jakości zyskują też sceny, które z założenia powinny przerażać nas najbardziej. Przez większą część książki Blatty buduje obraz rozbitej rodziny, którą dotyka niewyjaśnione, złowrogie zdarzenie. Poprzez zbliżenie odbiorcy do swoich bohaterów daje mu szansę na właściwe ich poznanie. Pozwala to na wzmocnienie uczucia grozy, gdy wypadki zaczną wybrzmiewać z prawdziwie przerażającą siłą. Autorowi nie zależy aby już od początku nakierować nas na tezę opętania przez diabła. Widać to najbardziej przy okazji wprowadzenia postaci kościelnego psychiatry - ojca Karrasa, który przez większość czasu służy mu jako narzędzie będące w sprzeczności z podobną interpretacją. Za sprawą kryzysu wiary duchownego, czytelnik błądzi wraz z nim w tezach nawiązujących do w pełni naukowego uzasadnienia wypadków. Oczywiście, jak się później okaże, wszystko to było sprytną grą samego diabła, jak i wynikiem przenikliwej pomysłowości autora, który każdy wprowadzony pomysł rozwija zgodnie z obowiązującą w książce logiką.  

Całkiem interesująco wypadają także wątki poboczne, które pomagają budować koloryt fabularnego otoczenia. Za pomocą postaci detektywa Kindermana Egzorcysta zyskuje swoisty rys zagadki kryminalnej, a wątek Karla Engstroma, pełniącego rolę pomocy domowej, dodaje do treści jeszcze jedną, nie mniej intrygującą tajemnicę. Jest to całkiem niezłe posunięcie, ponieważ pozwala spojrzeć na problem rodziny Chris MacNeil z nieco szerszej perspektywy. Dzięki temu w sprawę zamieszana zostaje nieco większa ilość osób, co celowo wzbogaca treść. To z kolei ułatwia autorowi zręczne żonglowanie wątkami, aby potem satysfakcjonująco połączyć je ze sobą w finale. Najważniejszy pozostaje w powieści oczywisty temat opętania, który choć całkiem fikcyjny, bazuje na realnych doświadczeniach i przeżyciach stykających się z nim osób. Sceny ze zdominowaną przez demoniczną osobowość nastoletnią Regan naprawdę przerażają, bazując na czytelniczym współczuciu oraz wyjątkowym okrucieństwie, jakie przeżywa bohaterka. Chyba dlatego też dobrze, że w ekranizacji poskąpiono nam kilku z opisanych w książce wypadków. Na kartach powieści stopniowo wyrasta postać uosobionego zła, którego jedynym celem jest dręczenie i doprowadzenie do śmierci z góry upatrzonej ofiary. To prawdziwie niepokojąca wizja.

Powszechnie uważa się, że klasyki nie należy oceniać, ale dziś śmiało mogę napisać, że Egzorcysta jest naprawdę jedną z najlepszych powieści grozy, jakie miałem okazję przeczytać. Dzięki świetnemu tłumaczeniu i nowej autorskiej edycji, książka zyskuje wiele w kontekście współczesnego odbioru. Ponadto, poprzez umiejętne ujęcie tematu pozwala zrozumieć kwestie w niej poruszone z dość szerokiej perspektywy. Tak czy inaczej, to bezsprzecznie świetny horror, który porusza do głębi za sprawą drastycznych scen oraz grupy bohaterów, z którymi przychodzi spędzić czas czytelnikowi. Jeśli więc zastanawiacie się, po jaką powieść sięgnąć z początkiem nowego roku, wybór może być tylko jeden. William Peter Blatty stworzył książkę, która jeszcze długo będzie cytowana jako prawdziwa klasyka. I naprawdę trudno się temu dziwić.  


Tytuł: Egzorcysta
Autor: William Peter Blatty
Przekład: Dagmara Chojnacka, Jan Kałuża
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 356
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł

czwartek, 2 stycznia 2020

Ptaki Nocy (i fantastyczny urodzaj figurek pewnej firmy Funko)

Rok 2020 dopiero powoli się rozkręca, a Funko już prezentuje figurki, które będą rozpalać naszą kolekcjonerską wyobraźnię w nadchodzących miesiącach. Tym razem firma skupia na sobie uwagę sympatyków wydawnictwa DC, ogłaszając wejście na rynek gadżetów z filmu Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn). Film pojawi się w kinach już w lutym, zakładam więc, że wkrótce po tym możemy spodziewać się produktów Funko w sklepach internetowych. :-) 





środa, 1 stycznia 2020

WIELKA TRÓJKA 2019 - podsumowanie roku w fantastyce


Rok 2019 jest już wspomnieniem. Mam nadzieję, że dla Was był co najmniej tak samo dobry jak dla mnie. Aby podsumować ten miniony czas w fantastyce, zapraszam na mój prywatny przegląd ostatnich dwunastu miesięcy, czyli Wielką Trójkę 2019. W stosunku do zeszłorocznego zestawienia, przy omawianiu trzech najlepszych zjawisk filmowych, książkowych i komiksowych zrezygnowałem z tzw. wyróżnienia specjalnego (w końcu nazwa zobowiązuje). Jak zwykle w poniższej ocenie skupiam się wyłącznie na dziełach, które swoją polską premierę miały w zeszłym roku. A ponieważ cenię sobie tylko pozytywne emocje, nie znajdziecie tu ani jednego tytułu, który sprawił mi jakiś zawód. Tyle słowem wstępu, lecimy!


FILMY


Filmowy rok 2019 należał do udanych, jednak spoglądając wstecz nie odnalazłem zbyt wielu produkcji, którym udałoby się wstrząsnąć mną na tyle mocno, aby móc wspominać je za kilka ładnych lat. Wiele tytułów prezentowało bardzo dobry poziom, mało było rozczarowań, jak zwykle też unikałem pozycji, które z jakichś powodów zwyczajnie mnie nie zainteresowały. Trzy filmy, jakie zrobiły na mnie największe wrażenie to Avengers: Koniec gryLego Przygoda 2 i To my. I chyba one najlepiej oddają ducha moich fascynacji w minionym czasie. Trochę akcji, szczypta baśni oraz porządna dawka niepokoju, uczyniły mój czas spędzony w ciemnych salach kinowych całkiem udanym. Szczegółową analizę każdego ze wspomnianych filmów znajdziecie klikając na jego tytuł. Oczywiście, powyżsi zwycięzcy to w mojej opinii produkcje, które zaprezentowały odpowiednio wysoki poziom intelektualny i rozrywkowy. Szczególnie widać to w przypadku Lego Przygody 2 oraz To my. Film grozy wcześniej niedocenianego przeze mnie Jordana Peele'a (szczególnie po bezsensownym i obrażającym inteligencję widza Uciekaj!) potrafił skutecznie wystraszyć i rozbawić, a co najważniejsze, zmusić do analizy filmu na długo po wyjściu z kina. Klockowe przygody Emmeta i Żylety pokazały jak powinno robić się genialną kontynuację bajki dla najmłodszych. Mimochodem zadały także istotne pytania o pogodzenie się z problemem przemijania czy niechcianych zmian. Natomiast kończący kolejną z filmowych faz Marvela Avengersi dowiedli, że filmowe cykle mogą być czymś więcej niż przyciągającą uwagę rozrywką dla mas. Budując trwałe relacje pomiędzy widzami a postaciami, wciągały i kreowały filmowy świat, który może być nam tak samo bliski jak własny.


KSIĄŻKI


W 2019 roku ilość przeczytanych książek była bliska liczbie moich odwiedzin w kinie, na szczęście tu nie mogę narzekać na jakość poznanych tytułów. Tak naprawdę najwięcej problemu miałem właśnie z tą kategorią, bo wybór tylko trzech pozycji sprawiał mi straszną trudność. Z wielkim żalem odrzuciłem naprawdę wiele niesamowitych dzieł, nagradzając wyłącznie te, które z powodzeniem mogę nazwać naprawdę przełomowymi. W ten sposób zwycięzcami Wielkiej Trójki w kategorii książkowej zostają Inkub Artura Urbanowicza, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow Jessiki Townsend i Berserk: Spowiednik Pawła Majki. Tym, co cieszy mnie najbardziej, jest znaczny udział rodzimych pisarzy w moim czytelniczym roku, co oczywiście odbiło się na dzisiejszym wyborze zwycięzców. Z Arturem Urbanowiczem miałem okazję poznać się osobiście podczas majowej edycji Warszawskich Targów Książki, a jego Inkub to powieść grozy absolutnie najwyższej próby. Twórczość autora zaciekawiła mnie tak bardzo, że sięgnąłem także po jego poprzednie książki (Grzesznik i Gałęziste), które raz jeszcze bardzo Wam polecam. Paweł Majka pokazał, że w temacie postapokaliptycznych klimatów nie powiedziano jeszcze wszystkiego, a dobry pomysł i ciekawie poprowadzona fabuła to już co najmniej połowa sukcesu. Berserk: Spowiednik udowadnia, że podstawy stylistyki superhero można przenosić także na polski grunt, łącząc je z motywem opanowanych agresją mas. Jessica Townsend w drugim tomie przygód Morrigan mierzy się z legendą Harry'ego Pottera, będąc godną następczynią J. K. Rowling. Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow to świetna pozycja dla młodego odbiorcy, utrzymująca klimat historii o czarodziejach, będąca jednocześnie powieścią stojącą na własnych nogach. I niezwykle wciągającą, a to przecież niezbędne, aby znaleźć się w powyższym zestawieniu.


KOMIKSY


Z komiksami miałem jeszcze większy problem niż z filmami. Z tej kategorii w minionym roku przeczytałem najwięcej tytułów, lecz tylko kilka z nich zapisało się w moim sercu na tyle mocno, aby poświęcić im uwagę w dzisiejszym zestawieniu. Z prawdziwą radością oświadczam zatem, że najlepszymi historiami obrazkowymi z 2019 roku są Kajko i Kokosz - Królewska Konna Maćka Kura, Sławomira Kiełbusa i Piotra Bednarczyka, oraz kontynuacje serii Nienawidzę Baśniowa Skottie'go Younga i Odrodzenie Tima Seeley'a i Mike'a Nortona. Gdybym jednak miał wskazać absolutnego zwycięzcę tego zestawienia, wybierając spośród filmów, komiksów i książek wyłącznie jedną pozycję, która zostałaby liderem absolutnym, byłby nim nowy tom przygód dzielnych wojów Mirmiła. Królewska Konna łączy w sobie wszystko to, za co niegdyś pokochałem Kajka i Kokosza, a jednocześnie udowadnia, że odpowiednie podejście pozwala na kontynuowanie serii nawet po śmierci jej niezastąpionego twórcy. Coś, co zaledwie na pół gwizdka wychodzi spadkobiercom kontynuacji Asteriksa, na naszym rynku okazuje się być prawdziwą petardą. Obym doczekał kolejnych komiksów w interpretacji Kura i Kiełbusa, bo czytanie ich jest rozrywką na najwyższym poziomie. Odrodzenie i Nienawidzę Baśniowa to serie, które były kontynuowane w 2019 roku, po ich mocnym starcie w poprzednich latach. Choć obie prezentują odmienny styl, na przestrzeni wydanych w ostatnich miesiącach tomów dowiodły, że nadal są godne mojego czytelniczego zainteresowania. Humorystyczne połączenie słodkości Baśniowa z wciągającą tajemnicą amerykańskiej prowincji pochłonęło mnie na tyle, że z wielką przyjemnością umieszczam je wśród najlepszych. Jednocześnie śmiało zakładam, że finał Odrodzenia (zapowiedziany na 2020 rok) zaskoczy i spodoba mi się tak samo jak dotychczasowe tomy. 


Tak wyglądał 2019 rok w fantastyce według mojej prywatnej, pełnej pozytywnego nastawienia ocenie. A jakie tytuły spodobały się Wam najbardziej? Piszcie śmiało, jak zawsze zapraszam do gorącej dyskusji! :-)