sobota, 29 lutego 2020

Ciemny Kryształ, Muppety i Jim Henson

Lalki Jima Hensona zajmują specjalne miejsce w moim przepełnionym fantastyką sercu. Od lat 80. ubiegłego wieku, kiedy w telewizji rozpoczęła się emisja kultowego The Muppet Show, moja fascynacja i uwaga oddane zostały w wieczne władanie tego zmarłego tragicznie artysty. Twórczość Hensona oddziałuje na mnie nie tylko przez specyficzną formę obrazu, ale także poprzez humor, który stał się wyznacznikiem tego wybitnego scenarzysty i reżysera. Aż trudno to ogarnąć, ale Henson w czasie swej trwającej trzy dekady kariery stworzył wprost niesamowitą liczbę pasjonujących historii. Ulica Sezamkowa, The Muppet Show, Fraglesy, czy bardzo poważny Ciemny Kryształ - wszystkie te tytuły mają swą podstawę w niecodziennych pomysłach, zabawie i silnym, inteligentnym przekazie. I choć Henson nigdy nie chciał być traktowany jako typowy przedsiębiorca rozrywkowy, to trzeba przyznać, że w kronikach światowej popkultury fantastycznej zapisał się iście złotymi zgłoskami. A dokonał tego, od samego początku do końca pozostając najprawdziwszym artystą.


Marionetki były tym, co Jim Henson zrewolucjonizował, lecz na pierwszy plan wysuwają się historie, które za ich pomocą opowiadał. Nieustannie balansując pomiędzy fantasy, a bezpardonową komedią znalazł idealną równowagę, dzięki której wzruszał i pouczał, sprawiając niesamowitą frajdę widzom na całym świecie. Nigdy nie skupiał się na jednym rozwiązaniu, nieustannie porzucając dotychczasowe działania, aby całym sercem oddać się kolejnym. Właśnie w takich okolicznościach narodził się Ciemny Kryształ (1982), dzieło filmowe, które miało pchnąć twórczość Hensona w ramiona prawdziwej, głębokiej sztuki. Jak to często bywa, zamierzenia scenarzysty i reżysera (który podjął się tego przedsięwzięcia wraz ze swoim wieloletnim przyjacielem i współpracownikiem - Frankiem Ozem) spełniły się zaledwie w połowie. Film zaliczył finansową klapę, choć na szczęście zdołał rozpalić w sercach fanów ogień prawdziwej fascynacji i głębokiego oddania. Niestety, na przeszkodzie finansowemu spełnieniu stanął wówczas Steven Spielberg i jego E.T., który trwale zawładnął umysłami małych i dużych dzieci na całym globie.


To jednak nic, ponieważ do dziś Ciemny Kryształ pozostaje mistrzowską formą łączącą obraz i treść, udowadniając, że wybitny umysł może powołać do życia rzeczy prawdziwie pamiętne czy niezwykłe. Tak samo jest z serialem Ciemny Kryształ: Czas buntu (2019), którego pierwszy sezon pojawił się na Netflixie latem ubiegłego roku. Jak można domyślić się z kontekstu, jest on typowym prequelem, jednak tym, co jest w nim najbardziej niesamowite, to fakt, że powstał on w ścisłym oparciu o wzorce wypracowane rzez legendarną ekipę Hensona. Magia kukiełek działa więc nadal, dzięki czemu możemy zanurzyć się w wyobraźni twórcy, po zaledwie kilku chwilach zapominając, że w ogóle oglądamy lalki. Dzięki temu możemy chłonąć tę historię wszystkimi dostępnymi zmysłami. Ciemny Kryształ dał twórcom netflixowego serialu wielkie możliwości kreatywne, ponieważ świat przedstawiony filmu (choć niezwykle szczegółowy i barwny) nie był w stanie eksplorować uniwersum Thra w tradycyjny dla dzisiejszych produkcji sposób. Można więc było teraz odnieść się jeszcze bardziej do jego historii, natury i kształtu, rozwijając wątki ras oraz postaci na sposób, w jaki nie był w stanie podjąć się tego Henson.

Trzeba pamiętać, że realia Ciemnego Kryształu tu fantastyka najwyższej próby. Reżyser nie idzie w nim na łatwiznę, pokazując nam świat oddalony od wzorców wypracowanych przez ówczesnych artystów tak bardzo, jak było to tylko możliwe. Jednocześnie jest tu innowatorem, z którego podświadomie lub z premedytacją w przyszłości czerpali inni, wzbogacając własne uniwersa otoczeniem nieobecnym w dawnych, dobrze znanych dziełach. Ciemny Kryształ: Czas buntu to historia, która stoi obrazem (świetnymi zdjęciami, scenografią i rekwizytami), ale również postaciami, treścią, oraz wszelkimi możliwymi uczuciami. Stajemy w niej przed rzeczywistością, która po chwili zdaje się nam bliska jak widok za oknem, a poprzez bohaterów doświadczamy autentycznych emocji obecnych w ich sercach. Każdy element tej produkcji stanowi o jej niewątpliwej sile, ponieważ autorzy zrozumieli, na czym polega sztuka opowiadania zajmującej treści. Widać to choćby w kontekście głównych antagonistów serialu - podstępnych i samolubnych Skeksów. Jako gatunek są oni odrażający i niebezpieczni, jednak za sprawą odpowiedniego kształtowania ich zbiorowej (oraz indywidualnej) osobowości, często wydają się być widzowi strasznie zabawni. Za sprawą takiej kreacji mamy do czynienia z w pełni trójwymiarową wizją, której kolejne przykłady można odszukać w wielu innych momentach serialu.


Ciemny Kryształ: Czas buntu jest produkcją, z której Jim Henson byłby prawdziwie dumny. Za jego ostatecznym kształtem stały sprawujące pieczę w wytwórni pociechy największego lalkarza wszech czasów oraz Louis Leterrier - reżyser, który wziął na swe barki realizację wszystkich dziesięciu odcinków historii (czyli około dziewięciu godzin materiału). Pisząc te słowa, mam świadomość, że mnie samemu nie było od razu po drodze z wizją Hensona. Oryginalny Ciemny Kryształ oglądałem po raz pierwszy około dwunastu lat temu i przyznam, że wówczas oceniłem ten film dość zwyczajnie. Podobał mi się i doceniałem ogrom pracy włożony w jego realizację, jednak nie przemówił do mnie w taki sposób jak powinien. No cóż, najwyraźniej na wszystko jest czas i miejsce, dlatego teraz, bogaty w nowe doświadczenia i odpowiednie nastawienie, raz jeszcze sięgnąłem do tego świata, głęboko zdumiewając się efektem, który odniosła ta wyprawa. Pokochałem bardzo ten świat i jego postacie, bardzo pragnąc poznać ciąg dalszy ich wędrówki. Niestety, jak na razie Netflix nie ogłosił planów kontynuacji i pomimo, że wiem, jak skończy się cała ta historia, bardzo chciałbym móc wrócić do niej choć ten jeden, ostatni raz.


Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo twórczość Jima Hensona wpłynęła na całe moje życie. Od pierwszych seansów The Muppet Show, poprzez radosne fantazjowanie we Fraglesach, aż po pełnometrażowe, przezabawne filmy z Muppetami w rolach głównych - świat reżysera był dla mnie wyznacznikiem dobrej zabawy oraz rozwoju intelektualnego na poszczególnych etapach mojej egzystencji. Tragiczna śmierć artysty była też moim pierwszym kontaktem z grozą nieuniknionego. Kiedy w 1990 roku dowiedziałem się, że Henson był hospitalizowany i odszedł po krótkiej chorobie z przepracowania, zrozumiałem, że postaci z głębi ekranu są również ludźmi, takimi samymi jak ja. Jim Henson nauczył mnie więc nie tylko umiejętności wędrówki po wymyślonych światach, ale też tego, że czas dany nam na Ziemi nigdy nie będzie wieczny. Poprzez swą postawę i niezwykłą kreatywność udowodnił, że możemy za sprawą dobrego żartu i wyobraźni doświadczyć radości niedostępnej dla ludzi z natury krótkowzrocznych. Jestem mu za to niezwykle wdzięczny, ciesząc się, że mogę w swej fantazji wyruszyć na kolejną podróż z Rianem, Kermitem, Gobo, Kirą, Gonzem czy Deet. I tego uczucia nic nie będzie mi nigdy w stanie odebrać.


środa, 26 lutego 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 24 (OKP Dolores tom 1, Lucky Luke tom 2 i 63, Smerfy tom 2)

W poniższym wydaniu Kiosku z komiksami całkowicie porzucamy tematykę superhero. Jesienią ubiegłego roku robiłem na facebook'u ankietę, z której wynikało, że większość z Was woli jednak nieco inne historie. Skrzydła Gryfa z założenia mają być miejscem dla wszystkich fanów fantastyki, toteż dziś w całości przychylam się do tamtej prośby. Zapraszam na międzygwiezdną podróż pirackim statkiem Dolores, na bardzo dziki zachód, oraz do ukrytej w lesie wioski pewnych uroczych, niebieskich stworków... ;-)


OKP Dolores, tom 1 - Ścieżka nowych pionierów

Państwo Tarquin (znani m.in. z cyklu przygód Lanfeusta z Troy) zapraszają nas w podróż do bardzo odległej galaktyki. Możecie być pewni, że będzie to wyprawa pełna pościgów, tajemnic, potyczek i bezpretensjonalnego humoru. Jak to zwykle bywa w komiksach frankofońskich, ogólny klimat opowieści przypomni sympatykom europejskiej fantastyki, za co tak bardzo lubią serie tego typu. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, pierwszy tom OKP Dolores opowiada historię młodej Mony, która jako sierota wychowywana była przez zakonnice z Kościoła Nowych Pionierów. Nadszedł jednak czas, aby nasza bohaterka wyruszyła samodzielnie w świat. Opuszcza więc klasztorne mury, wyposażona jedynie w torbę, którą w spadku pozostawili na stopniach świątyni jej domniemani rodzice. Wkrótce okaże się, co skrywa umieszczona w torbie karta dostępu oraz notka o treści "Opiekuj się Dolores". Jedno jest pewne - Mony wybierze się w podróż, która daleka będzie od planowanej przez nią kościelnej misji niesienia pomocy biedakom.

Ścieżka nowych pionierów to komiks, który błyszczy przede wszystkim ilustracjami. Dotychczasowi sympatycy twórczości Didiera Tarquina po raz kolejny będą mogli zatopić się w rewelacyjnych rysunkach wykonanych przez tego utalentowanego artystę. Dynamika, bogate szczegóły i lekki, awanturniczy styl to niewątpliwe atuty wizualne powyższego tytułu. Wszystko zaprasza tu do wspólnej zabawy, oferując wrażenia godne prawdziwej, międzygwiezdnej przygody. Nieco inaczej ma się sprawa ze scenariuszem pisanym przez Lysę Tarquin wraz z naszym zasłużonym ilustratorem. Nie zrozumcie mnie źle, OKP Dolores jest naprawdę bardzo udanym komiksem, niestety w warstwie fabularnej nie oferuje czytelnikowi zbyt wiele nowego. Pomimo wszelkich starań album nie wybija się specjalnie ponad wszystko, co czytaliśmy już w dziesiątkach bliźniaczo podobnych historii. Komiks tworzony jest w sposób ciągły, przez co po przeczytaniu pierwszego tomu miałem wrażenie poznania zaledwie wstępu do tej długiej i zawiłej historii. Nie zaoferowano mi żadnej (nawet w niewielkim stopniu) zamkniętej treści, przez co musiałem trochę obejść się smakiem. Pochwalić natomiast muszę dynamikę opowieści - tu naprawdę nie sposób się nudzić! Atrakcją tego kosmicznego westernu są z założenia liczne tajemnice, dotyczące zarówno przeszłości Mony, jak i kilku towarzyszących jej postaci. W mojej ocenie sekrety te są jednak zbyt przewidywalne. Mam cichą nadzieję, że wbrew pierwszemu wrażeniu, para autorów mocno zaskoczy mnie w kolejnych odsłonach. Pomimo tych kilku zgrzytów polecam Ścieżkę nowych pionierów. Jestem wielkim fanem komiksów tego typu, nie mogę więc zmarnować okazji, aby zachęcić Was do przeczytania powyższego tytułu.

Ps. Podobnie jak w innych komiksach Tarquina, tu także pojawiają się pewne smaczki lub zagadki. Prześledźcie dokładnie stronę 24 aby odszukać jedną z nich, a potem uważnie wypatrujcie odpowiedzi! ;-)

Tytuł: OKP Dolores, tom 1 - Ścieżka nowych pionierów
Scenariusz: Lyse Tarquin, Didier Tarquin
Rysunki: Didier Tarquin, Lyse Tarquin
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska/Glenat
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,99 zł


Lucky Luke, tom 2 - Rodeo
Lucky Luke, tom 63 - Most na Missisipi


Czy komiksy z serii Lucky Luke pasują do bloga o tematyce fantastycznej? Oczywiście, że tak! Przecież sam Lucky Luke jest postacią jak najbardziej fikcyjną, a wiele z jego przygód (choć osadzonych w realiach dzikiego zachodu) ma charakter czysto zmyślony. Do tego występująca w nich masa niezwykłych postaci drugoplanowych oraz sam fakt rozmów Luke'a ze swoim własnym wierzchowcem - sprawa jest więc jasna jak słońce. Kowboj, który strzela szybciej od swojego cienia ma swoje miejsce na Skrzydłach Gryfa. Pomysłodawcą postaci Lucky Luke'a jest Morris (Maurice de Bevere), belgijski scenarzysta i rysownik. Seria zyskała największy rozgłos, kiedy do samodzielnie tworzącego komiksy Morrisa dołączył Rene Goscinny, znany każdemu z tworzenia przygód Asteriksa. Razem przedstawili światu dwadzieścia dziewięć albumów o samotnym kowboju, a po śmierci Goscinnego Morrisa wspierali inni autorzy. Fenomen Lucky Luke'a jest nie do przecenienia, a jego niezwykłe losy do dziś opowiadane są przez młodsze pokolenie artystów. Seria cieszy się nieustanną popularnością wśród czytelników lubiących luźne, doprawione porządną porcją humoru historie z dzikiego zachodu.

Rodeo i Most na Missisipi pokazują jak rozwinęła się kreska Morrisa od początków jego kariery. Ponadto, zwracają naszą uwagę na umiejętność odnalezienia się w źródłowym materiale przez nowych scenarzystów. Czas powstania obu albumów rozdzielają aż cztery dekady, ale poza zmianą kreski Morrisa oraz nastawionym na bardziej rozbudowaną historię scenariuszu Fauche'a i Leturgie'a nie znajdziemy tu więcej różnic. To nadal bardzo wesoła, kowbojska historia skupiająca uwagę odbiorcy na przygodach tytułowej postaci. Lucky Luke może i jest najszybszym koltem na dzikim zachodzie, ale tym co sprawia, że jest tak ciekawą personą, jest głównie jego spryt. Czy to w trakcie rywalizacji na rodeo z niejakim Kaktusem Kidem, czy chroniąc Desperado City przed zakusami braci Pistol, Luke zawsze wykazuje się nie lada pomysłowością i czysto kreatywnym myśleniem. Jego przenikliwość osiąga wyżyny w trakcie nadzorowania budowy mostu według projektu Jamesa Eadsa (jednocześnie wywołując liczne salwy śmiechu u czytelników). Lucky Luke to komiks, w którym przemoc jest praktycznie nieobecna, co czyni go idealną lekturą dla każdego. Ktoś kiedyś powiedział, że klasyki nie powinno się oceniać, w związku z czym nie zamierzam podważać zasług oraz ponadczasowego oddziaływania tak kultowego, powstającego od ponad siedmiu dekad komiku. Dzięki Egmontowi, który regularnie wydaje kolejne tomy z tej serii, już wkrótce na naszych półkach znajdzie się każdy z 82 albumów. Jeśli jeszcze nie macie choć jednego z nich, postarajcie się szybko to zmienić. Tego tytułu zwyczajnie nie wypada nie mieć.

Tytuł: Rodeo/Most na Missisipi
Scenariusz: Morris/ Xavier Fauche i Jean Leturgie
Rysunki: Morris
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 64/48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Smerfy, tom 2 - Smerf Naczelnik

Chyba można pokusić się o stwierdzenie, że Smerfy, to zaraz po McDonaldzie, Coca-Coli i Michaelu Jacksonie najbardziej rozpoznawalna marka na świecie. Niewiele jest na tej planecie dzieciaków, które dorastałyby, nie znając przygód tych sympatycznych leśnych skrzatów. Co ciekawe, nie każdy jednak wie, że ci błękitni podopieczni Papy Smerfa rozpoczęli swój żywot nie w serialu telewizyjnym (produkowanym przez studio Hanna-Barbera), ale na stronach kolorowych komiksowych historii. Ich debiut w tej materii przypadł na tytuł Johan & Pirlouit, którego autorem był Peyo, utalentowany belgijski ilustrator. Jak to często bywa, twór poboczny zyskał większą popularność niż oryginalne dzieło, a Smerfy nie tylko szybko stały się bohaterami własnej serii, ale wkrótce opanowały dosłownie cały świat. Jednym z najlepszych albumów o Smerfach jest Smerf Naczelnik, drugi w kolejności w/g oryginalnej publikacji. Co jest takiego niezwykłego w tej pozornie niczym nie wyróżniającej się historii z cyklu "gdy kota nie ma, myszy harcują"? Ano, jest i to nie byle co!

Wszystko zaczyna się, gdy Papa Smerf opuszcza smerfową wioskę, wyruszając na poszukiwania pewnego ważnego ziela. Pozostawione same sobie Smerfy szybko stwierdzają, że w zaistniałej sytuacji należy wybrać nieodzowne zastępstwo. Tak zaczynają się bezowocne dyskusje na temat najlepszych kandydatów, a od konceptu wolnych wyborów czy publicznego głosowania szybko przechodzimy do ukazania koncepcji państwa totalitarnego. Zdziwieni? A to jeszcze nie wszystko! Kampanie i debaty przedwyborcze, głosowanie, podział ról w nowo przyjętym smerfnym ustroju, więźniowie polityczni, ruch oporu, wzrastanie napięć, propaganda przeciw władzy, czy ostatecznie bezpardonowa wojna domowa - wspomniane elementy naprawdę pojawiają się w tym komiksie. Lecz nie obawiajcie się, to nadal uroczo radosna historia dla dzieci, tylko skonstruowana tak, aby dać bezbolesną lekcję najmłodszym, nie zapominając o bawieniu dorosłych. W ten właśnie sposób objawia się prawdziwy twórczy geniusz Peya i Yvana Delporte'a, którzy pokazują klasę pisania ponadczasowych, silnie wybrzmiewających treści. Kolejną historyjką zawartą w Smerfie Naczelniku jest Smerfosymfonia, opowiadająca o mozolnym dążeniu do samorealizacji. Choć nie daje ona aż tak wiele frajdy jak pierwsza opowieść, i tak należy uznać ją za bardzo satysfakcjonującą. Powyższy tomik bawi czytelnika, jednocześnie ucząc poprzez zadawanie ważnych pytań: Co jestem gotów poświęcić, aby zyskać coś, o czym najbardziej marzę? Jak działa władza i co należy zrobić aby ją utrzymać? Do czego prowadzą manipulacje jednostki? Sam fakt ich bytu w tej publikacji z pewnością zaskoczy wielu dorosłych, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że powyższy tom Smerfów jest lekturą wskazaną dla każdego.        

Tytuł: Smerfy, tom 2 - Smerf Naczelnik
Scenariusz: Peyo, Yvan Delporte
Rysunki: Peyo
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 19,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 16 lutego 2020

40 lat Imperium kontratakuje od Funko

W tym roku mija dokładnie czterdzieści lat od premiery drugiego filmu z cyklu Gwiezdne wojny. Chodzi oczywiście o Epizod V - Imperium kontratakuje, czyli obraz, który przez wielu fanów jest uważany za najlepszą część filmowej sagi. Trudno nie zgodzić się z tą opinią, szczególnie kiedy zrozumiemy jak bardzo dzieło to pogłębiło sens fantastycznego cyklu, pokazując, że Gwiezdne wojny to coś więcej niż pełna efektów specjalnych, infantylna przygoda w galaktyce.

Fakt ten zdaje się doceniać również firma Funko, która wypuściła na rynek serię figurek Pop! poświęconą tej niezapomnianej i mądrej produkcji. Wśród najbardziej ikonicznych postaci znajdziemy Mistrza Yodę (wraz z jego chatką na Hoth), Luke'a Skywalkera na tauntaunie czy Hana Solo zamrożonego w karbonicie. A wszystkie te statuetki wykonano w charakterystyczny, bardzo słodki i karykaturalny sposób, co sprawia, że nie da się przejść obok nich obojętnie. Które z nich podobają się Wam najbardziej? A może będziecie chcieli skompletować wszystkie? :-)






sobota, 15 lutego 2020

RECENZJA: Coś - John W. Campbell


Któż w nas nie pamięta The Thing (1982) - kultowego dzieła fantastyki filmowej w reżyserii Johna Carpentera? To jedno z tych dzieł, które podobnie jak Obcy: Ósmy pasażer Nostromo (1979) czy Mucha (1986) ugruntowały silną pozycję horroru science-fiction w dzisiejszej popkulturze. I podobnie jak ostatnie dwa tytuły, ten również świetnie oparł się upływowi czasu, z bardzo niewielkimi zastrzeżeniami rewelacyjnie strasząc i niepokojąc do dziś. Nie każdy jednak wie, że wspomniane dzieło grozy oparto na opowiadaniu Johna W. Campbella, które adaptowano pierwotnie w 1951 roku jako obraz Istota z innego świata. I choć mocno dziś archaiczny twór Christiana Nyby'ego oraz Howarda Hawksa bardzo różni się od interpretacji Carpentera, warto sięgnąć po tekst, który zainspirował wspomnianych twórców do ukazania historii potwornej istoty z kosmosu na wielkim ekranie. Tym bardziej, że w przypadku aktualnego wydania Coś mamy do czynienia z pełnym tekstem, odnalezionym po latach i udostępnionemu czytelnikowi w niezwykle dopieszczonej formie.

Książka Campbella pierwotnie ukazała się w 1938 roku jako opowiadanie Kim jesteś? opublikowane w magazynie Astounding Science Fiction. Czytając przedmowę do Coś (pióra Aleca Nevala-Lee i Roberta Silverberga) zrozumiecie, jakie problemy natury twórczej piętrzyły się przed Campbellem podczas pisania owej historii. Aby lepiej oddać naturę rzeczy, autor zrezygnował z długiego wstępu, porzucając kilka pierwszych rozdziałów na rzecz zainteresowania odbiorcy sednem właściwych wydarzeń. Dopiero możliwość poznania owych zaginionych wcześniej fragmentów prozy, daje nam możliwość przyjrzenia się fabule Coś w jej pierwotnej (choć niekoniecznie zgodnej z wolą twórcy) formie. Od razu zaznaczam - to treść pod wieloma względami inna od tej, jaką znacie z ekranowej adaptacji The Thing. Carpenter potraktował spuściznę Campbella po swojemu, przenosząc na taśmę filmową tylko te elementy, które interesowały go najbardziej (i bardzo słusznie, w końcu o to chodzi w adaptacjach!). 

Coś jest dziełem dość krótkim. Nie ma powodu aby się się temu dziwić, w końcu jest to tekst przygotowany do pisma fantastycznego. Warto jednak zaznaczyć, że odnaleziony początek buduje fabułę zupełnie inaczej niż oryginalnie opublikowany utwór. Dla nieznających tematu wyjaśnię w tym miejscu, że powieść traktuje o grupie badaczy z bieguna północnego, zmuszonych do stawienia czoła destrukcyjnej istocie z kosmosu, zdolnej imitować dowolny organizm. W pierwszych rozdziałach książki znajdziemy wiele aspektów technicznych. Chyba celowo pozbawiono je mocy grozy, przez co wydają się dość płaskie, odrzucając przeciętnego odbiorcę silnie reprezentowaną stroną naukową. Ciąg dalszy książki (czyli jej pierwotny początek) przynosi właściwą akcję, niestety tutaj również wdziera się styl pisarski, skierowany wyłącznie do sympatyków fantastyczno-naukowej maniery. Jakby tego było mało, akcja nieustannie pędzi z miejsca na miejsce (choć w przypadku odciętej od świata stacji badawczej na Antarktydzie nie możemy przecież mówić o zbyt wielkich obszarach), dość łatwo jest pogubić się też w coraz to nowszych czynnościach wykonywanych przez poszczególne postacie. Powieści kompletnie brakuje lekkości, nie znajdziemy tu również fragmentów, które pozwolą nam w jakikolwiek sposób zbliżyć się do bohaterów. Język autora szczęśliwie zaskakuje formą, która bezboleśnie zniosła próbę czasu. Nawet przez chwilę nie ma się wrażenia, że od powstania tekstu minęło aż osiem dekad (z pewnością jest to również zasługa tłumacza).

Niestety, powyższe kwestie sprawiają, że Coś stanowiło dla mnie zjawisko interesujące wyłącznie w kategorii poznania tekstu, będącego inspiracją dla jednego z ulubionych filmów. Odniosłem wrażenie, że książka została pozbawiona ducha i charakterystycznego wyrazu, tak dobrze znanego mi z dzieła Carpentera. To oczywiście pewnego rodzaju paradoks, ponieważ znajomość obu utworów pokazuje, jak wiele może zmienić się w dziele w przypadku niczym niezakłóconego, w pełni twórczego podejścia. Brak mocnych scen grozy (zdecydowanie kluczowych w adaptacji) nie pozwala mi zakwalifikować tej powieści jako klasycznego horroru, pozostawiając z wrażeniem obcowania z niepokojącą historią science fiction. Bardzo ciekawym dodatkiem w Coś jest fragment nieopublikowanego utworu, będącego kontynuacją Kim jesteś?. Materiału tego jest co prawda niewiele, ale bez wątpienia warto poznać go, aby lepiej wyrobić sobie zdanie o tak skompletowanej całości. Kolejną gratką dla czytelników będą bez wątpienia fenomenalne ilustracje Macieja Kamudy, ozdabiające finał każdego rozdziału książki. Coś mogę więc polecić odbiorcom, pragnącym zgłębić historię gatunku, lub tak jak ja, chcącym poddać się niezbyt przystępnemu kształtowi oryginału, celem zrozumienia jego wpływu na późniejsze dzieła. Jako samodzielna kompozycja, książka Campbella jest utworem słabo rozwiniętym, nie dającym pełni czytelniczej satysfakcji. Co jednocześnie nie wyklucza bycia przez nią istotnym wkładem w rozwój fantastyki, godnym poznania z wymienionych wyżej powodów.


Tytuł: Coś
Autor: John W. Campbell
Przekład: Tomasz Chyrzyński
Ilustracje: Maciej Kamuda
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 244
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 35,90 zł

niedziela, 9 lutego 2020

Ptaki Nocy i całkiem udany film o pewnej Harley Quinn (2020)


Harley Quinn to obok Flasha, Aquamana i Supermana jedna z moich ulubionych postaci z panteonu gwiazd DC. Całkowicie odjechana, nieumiejąca kontrolować swych szalonych fantazji Świrunia, posiadająca jednak sporą dawkę empatii, szczególnie kiedy w grę wchodzą sprawy osób dla niej istotnych. Margot Robbie, która wcieliła się w tę postać kilka lat temu w filmie Legion Samobójców (2016) całkiem znośnie przedstawiła jej niecodzienne oblicze. Jednak ze względu na ogólną jakość tej produkcji (która dziś służyć może jedynie jako swoiste guilty pleasure) oraz zaprezentowany w nim rodzaj bohatera zbiorowego, nie można było w pełni docenić pracy, jaką aktorka włożyła w urzeczywistnienie postaci byłej pani psycholog. Taka okazja szczęśliwie nadarzyła się właśnie teraz, ponieważ Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn właśnie trafiły na ekrany kin całego świata. Jak wypada najnowszy obraz na wyboistej drodze filmowego uniwersum DC i czy jest to film godny polecenia widzom niezbyt obeznanym z komiksowym światem Batmana? Zapraszam na moje przemyślenia spisane bezpośrednio po seansie.

O samej fabule Ptaków Nocy nie ma sensu pisać zbyt wiele, jest ona prosta jak konstrukcja cepa. Otóż pewien gangster z Gotham pragnie zdobyć niezwykle cenny diament, który nosi w sobie informacje o majątku zamordowanej przed laty, prominentnej rodziny. Przedmiot trafia w posiadanie małoletniej złodziejki, do odszukania której bandzior wynajmuje (oczywiście pod pewnym przymusem) naszą uroczą Harley. Na skutek wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji do tytułowej bohaterki dołączają trzy dziewczyny, z którymi przyjdzie jej zawiązać dość nietypowy sojusz. Tak niekonwencjonalnej drużynie przyjdzie zmierzyć się z najgorszymi wśród najgorszych w mieście. Jak możecie zorientować się po powyższym zarysie wydarzeń, film wręcz pęka w szwach od dynamicznych scen akcji, pościgów czy wbijających w fotel eksplozji. Jest tak w istocie, na szczęście strona realizacyjna filmu oraz podstawa, którą w takich przypadkach są sami aktorzy, stoją także na najwyższym poziomie, uzupełniając ten akcyjniak o naprawdę wielkie serce i duch kobiecej niezależności.


W centrum Ptaków Nocy stoi niepodzielnie Harley Quinn. Teraz wiem już na pewno, że Margot Robbie świetnie odtwarza tę postać, łącząc w niej wszystkie cechy, które sprawiły, że lata temu zakochałem się w jej komiksowej wersji. Jeśli myślicie, że Harley jest łatwa do zagrania, pomyślcie jeszcze raz, albo znów wybierzcie się do kina. Rola Robbie to tylko pozornie głupie uśmieszki i ganianie po ulicach z kijem do baseballa. Wejście w buty Harley wymagało od aktorki niezłego wczucia się w złożoną sytuację emocjonalną postaci, której życiowa droga nie była przecież usłana różami (jeśli nie znacie tej historii, nie martwcie się, we wszystko wprowadzi Was urocza animacja otwierająca film). Reszta obsady także spisała się na medal. Choć szalona pani doktor niepodzielnie bryluje na ekranie, w opowieści znalazł się także czas na pokazanie (i przedstawienie) reszty jej dziwacznego zespołu. Szczególnie dobrze wypada tu postać Black Canary (Jurnee Smollett-Bell), dziewczyny, która wbrew sobie znalazła się w tym brutalnym, zwariowanym świecie gangsterów. Aktorsko świetnie sprawdził się jak zawsze Evan McGregor, odtwarzający rolę Romana Sionisa (Czarnej Maski). Dzięki świetnemu wyczuciu reżyserki (Cathy Yan) jego postać jest w kilku scenach naprawdę przerażająca, co tworzy dobry kontrast z ogólnym, mocno kreskówkowym i ekspresyjnym stylem historii. W licznych wariacjach McGregora dzielnie wspiera Chris Messina, wcielający się w rolę psychopaty Victora Zsasza.

Ptaki Nocy mocno czerpią z metod realizacyjnych znanych z niepowtarzalnego Deadpoola. Jest tu więc sporo jajcarskiej jazdy bez trzymanki, przeplatanej częstymi dziwnymi napisami na ekranie, niechronologicznym opowiadaniem historii, czy rozbijaniem tzw. czwartej ściany. Na szczęście wpleciono to wszystko w film na tyle umiejętnie, że nie czuje się nachalnego efektu kalki, a jedynie słuszną i (w tym wypadku jak najbardziej) potrzebną inspirację. Niestety, humor jest elementem, który uwierał mnie podczas seansu najbardziej. Nie twierdzę bynajmniej, że Ptaki Nocy to film całkowicie pozbawiony żartów, w końcu przez cały seans uśmiech praktycznie nie schodził mi z twarzy, lecz zabrakło w nim gagów z prawdziwego zdarzenia czy dowcipów słownych, które można by powtarzać do znudzenia po wyjściu z kina. Szkoda, lecz rozumiem też, że w innym przypadku film zbyt mocno zbliżyłby się do wspomnianego powyżej obrazu Marvela. 

Tak czy inaczej, Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn to świetny, bardzo dynamiczny i całkiem błyskotliwy film, który sprawia, że uniwersum DC nie musi już bać się dominacji kinowych hitów Marvela. Produkcja błyszczy licznymi (choć ani trochę nie przynudzającymi) scenami akcji i kilkoma rewelacyjnymi aktorskimi rolami, dając widzowi spektakl godny spędzenia dwóch udanych godzin w kinie. Opowieść o Harley i jej nowej drużynie bez problemu zjedna sobie starych wyjadaczy oraz nowicjuszy komiksowych tematów. Z pewnością nie zmieni przy tym niczyjego świata, ale przecież nie to było zadaniem tego filmu. Jeśli szukacie świetnej, niezobowiązującej rozrywki na chłodniejsze dni, nie mogliście trafić lepiej. A ja dodam jeszcze od siebie, że po dzisiejszym seansie inaczej będę patrzył na hieny. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale kudłaty Bruce był naprawdę przesłodki... ;-) 



Tytuł: Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn (Birds of Prey and the Fantabulous Emancipation of One Harley Quinn)
Scenariusz: Christina Hodson
Reżyseria: Cathy Yan
Obsada: Margot Robbie, Rosie Perez, Jurnee Smollett-Bell, Mary Elizabeth Winstead, Evan McGregor, Ella Jay Basco, Chris Messina, Ali Wong i inni
Wytwórnia: Warner Bros. Pictures/DC Entertainment
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 7 lutego 2020 (USA), 7 lutego 2020 (Polska)
Czas trwania: 109 min.

piątek, 7 lutego 2020

71 lat Świata Młodych i Tajemnicza sprawa... Kleksa!

Znacie harcerski magazyn nastolatków czyli Świat Młodych? Jeśli macie ponad trzydzieści lat, to zakładam, że raczej tak. Ta niezwykła, ukazująca się trzy razy w tygodniu (we wtorki, czwartki i soboty) gazeta jeszcze za czasów swego istnienia stała się tytułem prawdziwie kultowym. A było tak głównie za sprawą publikowanych w niej komiksów w odcinkach, umieszczanych na ostatniej, ósmej stronie każdego numeru. Dla mnie wspomnienie Świata Młodych ma wartość szczególnie sentymentalną, ponieważ to właśnie dzięki niemu poznałem przygody bohaterów takich jak Kleks, Kajko i Kokosz, czy Tytus, Romek i A'tomek. To były pierwsze komiksy, które przeczytałem mając sześć, czy siedem lat. 


Tymczasem, właśnie dziś mija 71 rocznica ukazania się pierwszego numeru czasopisma! Dokładnie 7 lutego 1949 roku Świat Młodych po raz pierwszy pojawił się w kioskach na terenie całej Polski (choć nie gościły w nim jeszcze wtedy komiksy). Warto też odnotować, że w 1984 roku magazyn hucznie obchodził swoje 35 urodziny, i z tej właśnie okazji ukazał się wówczas specjalny, jubileuszowy numer. Numer prawdziwie niecodzienny, bo po brzegi wypełniony historyjkami obrazkowymi. To właśnie z niego pochodzi krótki komiks Tajemnicza sprawa... (autorstwa niezapomnianej Szarloty Pawel) z Jonką, Jonkiem i Kleksem w rolach głównych. Podziwiajcie. :-)  


Grafiki zostały zaczerpnięte z profilu Świata Młodych na facebooku

czwartek, 6 lutego 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 23 (Superman. Czerwony Syn, Kajtek i Koko w kosmosie tom 5, Liga Sprawiedliwości tom 2, Mister Miracle)

Kolejny miesiąc, kolejny komiks... A w tym przypadku aż cztery! Bez zbędnego przedłużania zapraszam Was więc do czytania. Sprawdźcie po jakie tytuły warto sięgnąć tym razem i dlaczego. :-)


Superman. Czerwony Syn

Mark Millar to wielce utalentowany człowiek. Spod jego ręki wyszło wiele cenionych komiksowych tytułów (wystarczy, że wspomnę tu choćby Kick-Ass'a, Wojnę domową Marvela czy opisywane już na blogu Reborn). Twórca ten niewątpliwie zaskoczy nas jeszcze niejedną świetną historią w przyszłości, tymczasem dziś przyjrzyjmy się jednemu z najbardziej uznanych komiksów według jego pomysłu, powstałemu dobrą dekadę temu. Mowa tu oczywiście o Supermanie. Czerwonym Synu, czyli alternatywnej wersji opowieści o najsłynniejszym superbohaterze świata. Czy zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby kapsuła niosąca potomka Jor-Ela rozbiła się nie na terenie USA, ale w dalekich kołchozach Związku Radzieckiego? Podobna idea już sama w sobie rodzi najróżniejsze wyobrażenia, a co tu dopiero mówić o wspaniałym komiksie, który ją dokumentuje! Przyznam, że jakimś dziwnym trafem powyższy tytuł wcześniej mnie ominął, toteż bardzo ucieszyłem się na wieść, że Egmont Polska na początku tego roku zamierza wznowić go na naszym rynku. 

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że po Supermanie. Czerwonym Synu spodziewałem się zupełnie innej historii. Sądziłem, że Millar skupi się na jakimś fragmencie życia Człowieka ze Stali, snując zamkniętą fabułę dotyczącą bardzo konkretnych wydarzeń. Pomyliłem się, jednak na szczęście to co przeczytałem, zupełnie nie odstaje od tego, co powinno składać się na rewelacyjną historię. W komiksie tym mamy po prostu do czynienia z kompletną historią życia i losów Supermana. Nie wiem czy Millar bał się, że ktoś później podkradnie mu pomysł i postanowił podejść do swej pracy niezwykle kompleksowo, czy też taki obszerny był jego pierwotny zamysł. W sumie opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, ponieważ już po przeczytaniu pierwszych stron widać, jak wiele serca włożył autor w dogłębne (czy wręcz epickie) przedstawienie swej opowieści. Całość dzieli się na trzy części, z których pierwsza rozgrywa się w latach pięćdziesiątych, druga pod koniec siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a ostatnia na samym początku nowego stulecia. Warto w tym momencie zaznaczyć, że Superman. Czerwony Syn to komiks, który działa świetnie na dwa fronty. Z jednej strony przyciąga czytelnika doskonałym obrazowaniem dwóch politycznych systemów (w przystępny sposób pokazując różnice pomiędzy kapitalizmem a komunizmem), natomiast z drugiej jest niesamowicie kreatywnych hołdem dla przebogatej historii głównej postaci. Ilość smaczków i odniesień do oryginalnych komiksów z Supermanem wręcz powala! Co ciekawe, nie powinno być to przeszkodą dla czytelników nie obeznanych z jego dziedzictwem, ponieważ wspomniane skojarzenia działają niejako na marginesie głównej historii. Pomimo częściowego dotykania dość trudnego tematu, Superman. Czerwony Syn to komiks raczej lekki, pisany trochę na styl kroniki lub pamiętnika (co przy takim ogromie wydarzeń jest w sumie nieuniknione). Świetne rysunki pomagają odpowiednio zdystansować się do zaprezentowanej treści, stale przypominając, że to co czytamy, jest tak naprawdę tzw. elseworldem (a w przypadku DC Ziemią nr 30), czyli alternatywną wersją wielu znanych wydarzeń. Mnie w każdym razie opowieść Millara urzekła i przeczytałem ją dosłownie jednym tchem. Jeśli jesteście fanami Supermana lub lubujecie się w poznawaniu odmiennych wersji wypadków (czy czegoś na styl Strażników Alana Moore'a), powyższy komiks z pewnością Was zachwyci.

Tytuł: Superman. Czerwony Syn
Scenariusz: Mark Millar
Rysunki: Dave Johnson, Kilian Plunket
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: Egmont Polska/DC Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 168
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 84,99 zł


Kajtek i Koko w kosmosie, tom 5 - Obce świadomości

Gdy w późnych latach 80. dowiedziałem się, że komiksy Janusza Christy były drukowane w Wieczorze Wybrzeża, natychmiast pożałowałem tego, że od urodzenia mieszkałem w stolicy. To oczywiście spore uproszczenie, ponieważ w tamtych czasach Mistrz od dawna rysował komiksy dla Świata Młodych (który był dostępny w całym kraju), a na dodatek na przełomie lat 60. i 70. zwyczajnie nie było mnie jeszcze na świecie. Tak czy inaczej, to właśnie wtedy w rodzimym obrazkowym świecie pojawiła się historia, dziś określana jako najdłuższy polski komiks. Kajtek i Koko w kosmosie, bo to o niego właśnie tu chodzi, drukowany był w pomorskiej gazecie przez prawie pięć długich lat (czas płynął wtedy wolniej, jeśli mi nie wierzycie, zapytajcie swoich rodziców). Wielkie to osiągnięcie, szczególnie kiedy pod uwagę weźmiemy pokaźną ilość pomysłów, jakie Christa musiał wykrzesać w swojej głowie, co dzień dostarczając czytelnikom czteroobrazkowy pasek komiksu. Wysyłając dwójkę swych sztandarowych bohaterów w pełną niebezpieczeństw i przygód kosmiczną podróż, sam chyba nie wiedział na co w istocie się porywa. Na szczęście autor Kajtka i Koka nie bez powodu uznawany jest za jednego z największych obrazkowych twórców w naszym kraju, toteż z zaplanowanego zadania wywiązał się wręcz koncertowo.

Obce świadomości to już piąty tom jego wspaniałej międzygwiezdnej epopei. A w nim para dzielnych przyjaciół musi naprzemiennie ratować się z coraz to nowszych kłopotów. Najpierw Kajtek stara się zawrócić Koka z drogi występku wśród uwielbiających przemoc Burbli, a już za moment to Koko musi zmierzyć się z podstępnym przeniesieniem świadomości kumpla w ciało przedziwnego kosmity. Czyta się to jak zawsze świetnie, Christa jest wszak mistrzem snucia historii oraz prawdziwie niepowtarzalnego, rozbrajającego humoru (najlepsza scena - metoda używania najbardziej strachliwego woja do pozyskiwania owoców). Widać też, jak dobrze czuł się autor w prezentowanych tu, średniowiecznych klimatach. Na dość długo przenosi on parę przyjaciół na planetę pełną rycerzy i rolników, co jak sądzę nie pozostało bez znaczenia dla jego dalszej twórczości. Fani twórczości Mistrza będą mieli w tej części okazję do odnotowania, jak czasem przenosił on swe pomysły do późniejszych przygód Kajka i Kokosza. Sceny, gdzie banda Burbli wpada w zastawione na nich sidła bardzo przypomina nauczki, jakie w Dniu Śmiechały otrzymali wycinający las Zbójcerze. Z kolei ta część komiksu, kiedy Kajtek i Koko szykują dla namiestnika Apodyktusa eliksir odwagi, kojarzy się mocno z pierwszym tomem przygód Asteriksa. To wszystko są jednak wyłącznie smaczki, dzięki którym czytanie tego tomu jest jeszcze większą przyjemnością. Tym większą, że po raz pierwszy w historii otrzymujemy powyższy tytuł w pełnym, kolorowym wydaniu. Ale nawet i bez tego jest to rzecz, którą każdy szanujący się fan Polskiego komiksu powinien mieć na półce.

Tytuł: Kajtek i Koko w kosmosie, tom 5 - Obce świadomości
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Cmentarzysko Bogów

Są takie serie komiksowe, których pisanie sprawia autorom niesamowicie wiele frajdy. Niestety, nie zawsze czytelnicy mogą powiedzieć to samo o dziele, które ostatecznie trafia do ich rąk. I tak właśnie jest z nową wersją Ligi Sprawiedliwości, pisaną przez Scotta Snydera i Jamesa Tyniona IV. Pomysły, które obaj panowie przemycają w swej historii, podczas wspólnego planowania czy pisania scenariusza zapewne wydawały się świetne. Tymczasem na papierze, w połączeniu z wizualną stroną przedsięwzięcia otrzymałem coś, co cieszyć może wyłącznie osoby, które powołały to kuriozum do życia. Było tak w przypadku poprzedniego tomu serii - Totalności, na szczęście kolejna część przygód czołowych bohaterów DC bazuje na mitologii oraz losach Aquamana, czyli postaci czerpiącej pełnymi garściami z fantastycznych opowieści przygodowych. I dzięki temu od razu widać poprawę! Na tyle dobrą, że Cmentarzysko Bogów jest nie tylko naprawdę ciekawą opowieścią superbohaterską, ale również jednym z bardzo niewielu crossoverów, które przypadły mi do gustu.

Zamieszczona w nowym tomie historia była już w większej części opisywana na blogu ponad pół roku temu, kiedy to cały event pojawił się w komiksie Drowned Earth (KzK nr 11). Całość spodobała mi się na tyle, że postanowiłem zerknąć, jak wypada wydanie poświęcone całej Lidze, a nie tylko wydarzeniom rozgrywającym się z punktu widzenia Aquamana. Generalnie jest to dokładnie ta sama opowieść (za sprawą niecnych knowań Legionu Zagłady na Ziemię przybywają żądni zemsty Władcy Mórz), różnicę stanowią tu wyłącznie dwa otwierające tom rozdziały (inaczej zeszyty), poświęcone Lidze Sprawiedliwości. To z nich dowiadujemy się jak Legion uknuł całą intrygę przeciw naszej planecie, jesteśmy także świadkami kilku mniej istotnych wydarzeń i rozmów pomiędzy bohaterami (wyjątkiem jest intrygująca scena pomiędzy Lexem Luthorem, a Batmanem Który Się Śmieje, zapowiadająca przyszłe, dramatyczne wydarzenia związane z potężnym bytem zwanym Perpetuą). Pomimo moich narzekań na pierwszą część cyklu, Cmentarzysko Bogów dostarcza należytej rozrywki, godnej prawdziwego fana Aquamana i reszty Ligi Sprawiedliwości. Jest tu szybka akcja, większość postaci dostaje swoje pięć minut, a całość czyta się praktycznie jednym tchem. Aby jednak w pełni zrozumieć sens wszystkich omawianych tu wydarzeń, trzeba przebić się przez grafomaństwo Totalności. Jeśli to zrobicie, będziecie już na dobrej drodze.

Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 2 - Cmentarzysko Bogów
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV
Rysunki: Francis Manapul, Howard Porter, Jorge Jimenez
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer 
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 204
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 59,99 zł


Mister Miracle

Tom King to utalentowany scenarzysta komiksowy, który w zeszłym roku zdobył moje uznanie za sprawą własnej wersji losów Visiona. Oprócz tego niezwykle interesującego tytułu dla Marvela, King tworzy również u konkurencji, czego najlepszym dowodem jest Batman z serii wydawniczej DC Odrodzenie. Choć tu zdarzają się mu lepsze i gorsze tomy, z pewnością twórca ten dowiódł swej klasy, umiejętnie kształtując losy znanych postaci, oznaczając je piętnem swego niepowtarzalnego stylu. Tym niemniej ciekawiło mnie jak King podejdzie do historii dość mało znanego herosa DC, niejakiego Mister Miracle, lepiej znanego jako wielkiego mistrza ucieczek. Mister Miracle to tak naprawdę Scott Free, choć to imię zawdzięcza trudom najwcześniejszych lat swej młodości. Wychowywany w podziemiach planety Apokolips jako przybrany syn potężnego Darkseida, Scott spędza swe życie pomiędzy kosmicznym domem a Ziemią, gdzie oprócz wykonywania zawodu iluzjonisty jest także mężem wojowniczki zwanej Big Bardą. Jeśli to co przeczytaliście brzmi ciekawie, być może jeszcze bardziej przypadnie Wam do gustu to, co King wraz z rysownikiem Mitchem Geradsem poczynili z tą nietuzinkową postacią.

Mister Miracle to komiks, który w niezwykle kreatywny i pomysłowy sposób łączy specyfikę kosmicznej historii superhero, ze stylizowaną na w pełni obyczajową narrację. Nasz tytułowy bohater mierzy się tu bowiem ze swym nieuniknionym przeznaczeniem, jednocześnie poświęcając czas swej rodzinie. Czy jednak tematyka wielkich międzyplanetarnych wojen Nowej Genezy wraz z planowaniem remontu mieszkania lub spędzania czasu na zwykłych, przyziemnych rozrywkach ma w ogóle prawo bytu? U innego twórcy z pewnością nie, lecz Tom King już w Visionie pokazał, że w takiej konwencji czuje się jak ryba w wodzie. Mister Miracle to niewątpliwie odważne i niezmiernie ciekawe odświeżenie stylistyki wielkich bohaterów, lecz mnie osobiście komiks ten przekonał do siebie zaledwie połowicznie. Doceniam oczywiście pomysł oraz zaprezentowany klimat całości, lecz w przeciwieństwie do wspomnianego powyżej tytułu Marvela zabrakło mi tu czegoś, co naprawdę rzuciłoby mnie na kolana. Pomysły przeplatania niepewności zwykłego życia wraz ze zmaganiami wojennymi na wielką skalę są super (tak za sprawą rysunków Geradsa jak i pojawiającego się tu i ówdzie humoru), szkoda tylko, że King nie postarał się o jakiś wbijający w fotel zwrot akcji lub zagadkę, która byłaby motywem przewodnim całego przedsięwzięcia. Dzięki umiejętnemu pisaniu dialogów cały ten gruby tom przeczytałem w zaledwie jeden wieczór. W tej kwestii na pewno nie bez znaczenia jest też dość prosty zabieg graficzny, polegający na ułożeniu na każdej planszy po dziewięć jednakowej wielkości kadrów (coś na kształt Strażników Alana Moore'a). Dało to możliwość interesującego zaprezentowania talentu Geradsa, wliczając w to również kilka graficznych niespodzianek. Mister Miracle bezsprzecznie mogę polecić tym z Was, którzy do bólu znudzili się ogólnie przyjętą konwencją komiksów o superbohaterach, ostrzegam jednak, że oprócz świeżego konceptu i wykonania Mister Miracle może zaoferować Wam niewiele ponad to (ale może to wystarczy, kto wie?). Nie jest to również tytuł przeznaczony dla początkujących sympatyków komiksów. Chwilkę lub dwie zajmuje przyzwyczajenie się do zastosowanej w nim stylistyki narracyjnej. Mimo wszystko warto go przeczytać, bo w tej tematyce nieczęsto zdarzają się aż tak kreatywne efekty.   

Tytuł: Mister Miracle
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Mitch Gerads
Przekład: Marceli Szpak
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 320
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 119,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.