sobota, 28 marca 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 26 (Ultimate Spider-Man tom 6, Green Class tom 1, Garfield tom 7, Liga Sprawiedliwości tom 3)

Minęły dwa tygodnie, a my znów spotykamy się w miejscu stworzonym dla wszystkich lubiących fantastykę komiksomaniaków. Mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, ponieważ w tym wydaniu omawiam komiksy z kilku bardzo popularnych kategorii. Zapraszam! :-)


Ultimate Spider-Man tom 6

Sporo dzieje się w życiu Spider-Mana, choć niestety w tym przypadku sporo nie zawsze oznacza dobrze. Jeśli myśleliście, że po ostatnich kłopotach, jakie zaserwował Peterowi Otto Octavius, chłopak będzie mógł spokojnie bujać się na pajęczynie, byliście w poważnym błędzie. Największe kłopoty rodzą się często przez nieumyślność i tak jest również w szóstym tomie Ultimate Spider-Mana, autorstwa Brian M. Bendisa i Marka Bagleya. Oto po raz kolejny chęć niesienia pomocy ludzkości doprowadza do powstania istoty, która nie tylko wymyka się na wolność, ale też stanowi zagrożenie dla bardzo wielu ludzi. Tak, moi drodzy, para autorów Marvela przedstawia zupełnie odmienną genezę Carnege'a, niż ta, którą znacie z komiksów TM-Semic! Nie ucieszy to zapewne zmurszałych ortodoksów, natomiast reszta otwartych czytelników nie powinna być zawiedziona. W końcu pisał to Bendis, czyli człowiek, który m.in. przygodami Pająka zaskarbił sobie wielką sympatię rzeszy odbiorców. I pamiętajcie o tym, co napisałem na początku - nie będzie wesoło. Nie uprzedzam faktów, lecz trzeba zaznaczyć, że po tym co wydarzy się w nowym tomie, Peter znajdzie się w zupełnie innej, o wiele bardziej niekomfortowej sytuacji.

Powyższe wydanie można fabularnie podzielić na cztery, częściowo zamknięte historie. Pierwsza to oczywiście Carnage (po cichu zdradzę, że ten wątek będzie miał diametralne znaczenie dla reszty tomu, a nawet kolejnych), natomiast pozostałe prezentują już nieco luźniejsze historie. Takie, w których odnajdziemy sporo humoru. Czy zastanawialiście się kiedyś co byłoby, gdyby Peter zamienił się ciałami np. z... Loganem? No właśnie, Bendis też się zastanawiał i popełnił ten nieco dziwaczny, choć mocno odświeżający przerywnik. A zrobił to ze znaną sobie gracją, sprawiając, że po raz kolejny przygody Spider-Mana czyta się lekko i przyjemnie. Na chwilę pojawi się też Johnny Storm oraz Dr. Strange. Szczególnie ten drugi dżentelmen odegra ważną rolę w zakręconej (i interesująco rozpisanej) historii, stanowiącej finał wydania. Autor ani na chwilę nie zapomniał, że dobra opowieść to nie tylko akcja, ale również bohaterowie, toteż głównym postaciom poświęcił nie mniej czasu i uwagi. Dlatego też pozostaje tylko cieszyć się, że szósta odsłona zmagań Pająka nadal stanowi świetną, superbohaterską lekturę. Jeśli tylko zaliczacie się do grupy odbiorców, którym nie straszne są specyficzne dialogi scenarzysty i przesycone emocjami twarze prezentowane przez ilustratora, nowy tom spodoba się Wam bez dwóch zdań. Nie dajcie tylko zwieść się okładce. Avengersów (czyli Ultimates) znajdziecie tu jak na lekarstwo...    

Tytuł: Ultimate Spider-Man, tom 6
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 300
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Green Class, tom 1 - Pandemia

Czasem to, co zdarza się w życiu, ma swoje odbicie na stronach komiksów (szczególnie, kiedy patrzymy na obecną sytuację w TV lub widok za oknem...). Tezę tę zdaje się na swój sposób potwierdzać nowa seria Jerome'a Hamona i Davida Tako. Green Class opowiada historię wycieczki szkolnej z Kanady, która po dwóch tygodniach bytowania na pustkowiach Luizjany zbiera się do powrotu do domu. Ich droga na lotnisko zostaje zakłócona przez pandemię bardzo groźnej choroby. Władze poddają poszczególne obszary kwarantannie, a ich granice stanowi wzniesiony na szybko, pilnie strzeżony mur. Wojsko zdaje się bezwzględnie traktować zarażonych, na domiar złego okazuje się, że jeden z dzieciaków nosi pierwsze objawy zakażenia. Reszta grupy musi błyskawicznie podjąć decyzję dotyczącą powrotu do domu, lub karkołomnego ratowania kolegi.

Pandemia to pierwszy tom tej pełnej dziwnych wydarzeń, apokaliptycznej opowieści. Ponieważ opis fabuły zdaje się brzmieć znajomo, w tym miejscu należy zadać sobie pytanie, czy warto w ogóle poświęcać czas i pieniądze na ten tytuł. Komiks nie należy do najtańszych, na szczęście cenę uzasadnia twarda oprawa wraz ze specjalnym tłoczeniem okładki. Zaproponowana przez Hamona historia nie jest niestety najbardziej odkrywcza, lecz jeśli jesteście niezłomnymi fanami klimatów postapo, Green Class pewnie i tak przyciągnie Waszą uwagę. W pierwszej odsłonie najbardziej przemawiają do mnie trzy elementy. Pierwszym z nich są bohaterowie. Grupa dzieciaków została bardzo dobrze rozpisana, wszystkie ważne postacie w konkretnych sytuacjach zachowują się dość wiarygodnie. Zapewne będąc na ich miejscu (i mając te trzydzieści lat mniej), postępowałbym bardzo podobnie. Ich decyzje są szczere i autentyczne, a jednocześnie ciekawie pchają akcję do przodu. No i młodziaki w sumie dają się lubić, a to przecież bardzo istotne. Sama akcja cierpi niestety na typowy dla wielu serii kompleks wprowadzenia, będąc tak naprawdę wstępem do całej planowanej historii. Na szczęście Pandemia świetnie pokazuje wiele pobocznych kwestii tytułowej sytuacji, tworząc bardzo realistyczne podbudowanie dla fabuły. Dopiero trzeci akt komiksu zaczął serwować mi treść, jakiej oczekiwałem (zapewniając też niezły zwrot akcji w finale). Kolejnym plusem Pandemii są rysunki Davida Tako. Artysta porusza się w stylu mocno nawiązującym do mangi, jednocześnie dokładając sporo realizmu i celowej szkicowości. Kreska jest cienka, ilustracje szczegółowe, sporo dzieje się na także dalszych planach. Na chwilę obecną dość ostrożnie polecam ten tytuł, zaznaczając, że kolejny tom będzie właściwym sprawdzianem dla serii. Czy rozwinie wtedy skrzydła, oferując coś ciekawego i nowatorskiego? Pożyjemy, zobaczymy. Na razie Green Class dostaje ode mnie pewien kredyt zaufania, za jakiś czas sprawdzimy jak Alfa (drugi tom) zrewiduje moje poglądy. 

Tytuł: Green Class, tom 1 - Pandemia
Scenariusz: Jerome Hamon
Rysunki: David Tako
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: /Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 72
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 59,99 zł


Garfield. Tłusty koci trójpak, tom 7

Garfield może służyć za standardowy przykład antybohatera. Jest żarłokiem, leniem, śpiochem, złośliwcem, wiecznym kombinatorem... Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Niewiele jego cech ma czysto pozytywne podłoże, tymczasem jakimś dziwnym trafem cały świat (i to nie tylko ten komiksowy) od prawie 42 lat kocha wspomnianego kocura szczerą i niezmienną miłością. Jak coś takiego w ogóle mogło się stać? Przyczyny sukcesu Garfielda należy oczywiście upatrywać w genialnym umyśle jego autora - Jima Davisa, który nieustannie, z uporem maniaka tworzy komiksowe paski z przygodami zabawnego rudzielca. A że w dosadnym humorze tkwi całe sedno tych kultowych już historyjek, o tym chyba nikogo przekonywać nie trzeba. Wszystkie negatywne cechy Garfielda znajdują swe ujście w finale komiksowych pasków, składających się z trzech niewielkich kadrów (tylko te codzienne - wydania niedzielne są nieco dłuższe). To prawdziwie karkołomne zadanie, aby przez cztery dekady dostarczać czytelnikom codzienną porcję zabawy na tak wysokim poziomie. Pod tym względem Jim Davis dorównuje Charlesowi Schulzowi, autorowi uznanych Fistaszków. Wyższość Garfielda nad Snoopym jest jednak taka, że jego przygody trafiają bez problemu do odbiorcy praktycznie w każdym wieku. Paski komiksowe Davisa szczęśliwie pozbawione są często spotykanych u Schulza filozoficznych rozterek bohaterów. Losy Garfielda, jego pana Jona i pieska Odiego to czysta, bezpretensjonalna rozrywka, poprawiająca humor zawsze i wszędzie.

W najnowszym, siódmym już tomie (sygnowanym dumnym mianem "kociego trójpaku"), znajdziemy wszystko, za co już dawno pokochaliśmy naszego kociego, rudego złośliwca. Garfield znów będzie dokuczał Odiemu, nieustannie wylegiwał się w kojcu, domagał jedzenia, zabijał pająki, a także zawstydzał Jona swoimi celnymi, choć mocno kąśliwymi komentarzami. Jak zwykle niechętnie wyjedzie poza miasto, nie dopuści do wizyty u weterynarza, znajdzie też masę sposobów, aby nie wstawać w poniedziałek. Znajdziemy tu historyjki publikowane w latach 1989/90, czyli okresie, kiedy na świecie dokonywały się wielkie społeczne i polityczne przemiany. Te rewelacje nijak mają się do samego Garfielda, którego odwieczną pasją jest spanie i jedzenie. Bo przecież jego zadaniem jest bawienie nas bez względu na okoliczności! A trzeba przyznać, że na tym polu nie ma (i długo nie będzie miał) sobie równych. 

Tytuł: Garfield. Tłusty koci trójpak, tom 7
Scenariusz i rysunki: Jim Davis
Przekład: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 288
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Liga Sprawiedliwości, tom 3 - Planeta Jastrzębi

Są takie serie i tytuły, które przy pierwszym podejściu mogą robić dość mylne wrażenie. Do wspomnianej grupy należy niewątpliwie najnowsza odsłona Ligi Sprawiedliwości, pisana przez Scotta Snydera i Jamesa Tyniona IV. O ile poprzedni tom - Cmentarzysko Bogów zaoferował zauważalny wzrost jakości oraz formy, najnowszej części przygód najważniejszej supergrupy wydawnictwa DC wreszcie udało się wyjść na względną prostą. Ale po kolei. Moje największe zarzuty odnośnie pierwszych tomów (Bez Sprawiedliwości, Totalność) dotyczyły niefrasobliwego zapatrzenia we własne pomysły przez autorów, co skutkowało pretekstową i niezbyt angażującą fabułą (zdolną zainteresować chyba wyłącznie ich samych). Niespodziewana zmiana, obecna w poprzedniej odsłonie nie była na szczęście jedyną dobrą rzeczą, która przydarzyła się Supermanowi i spółce. Wraz z nadejściem Planety Jastrzębi okazało się bowiem, z jak przemyślanym i pokrętnym projektem przyszło mi się zmierzyć. Zmuszony jestem więc uderzyć się w pierś i napisać, że wreszcie wszystko zaczęło układać się tak, jak mógłbym sobie tego życzyć. Może nie jest do przesady idealnie, ale na tyle ciekawie, abym zamiast narastającej frustracji zaczął wreszcie czerpać frajdę z lektury.

Liga Sprawiedliwości to pozycja, która rozkręca się wraz z każdym kolejnym numerem, stopniowo odsłaniając wszystkie swoje karty. W trzecim tomie wraz z Hawkgirl, Marsjańskim Łowcą Ludzi oraz Green Lanternem (Johnem Stewartem), wyruszamy na tytułową Planetę Jastrzębi (Imperium Thanagaru), aby zbadać tajemnice, od jakiegoś czasu dręczące naszych bohaterów (a przy okazji mogące okazać pomoc w walce z Legionem Zagłady). To im poświęcona jest większa część przygody, tymczasem sekrety które w jej trakcie poznają, zbliżają nas do zrozumienia autorskiego planu na tę serię. To jednak nie wszystko, co ma tutaj miejsce! Reszta Ligi podejmuje próbę naprawy Ściany Źródła, natomiast złowrogi plan Lexa Luthora nabiera prawdziwie niebezpiecznych kształtów... Wreszcie cała ta zabawa treścią i prawidłami uniwersum była w stanie udzielić się także mnie, pozwalając zrozumieć wcześniejsze, dość chaotycznie wprowadzane wątki. Najciekawiej wypadł w tym tomie skrywany związek pomiędzy J'onnem i Lexem, który być może w przyszłości przechyli szalę na korzyść tytułowej drużyny. Cieszą również nieliczne chwile, w których bohaterowie są dla siebie kimś więcej niż tylko kompanami w walce, dyskutując i wspierając się nawzajem. Nieźle wypadły rysunki, choć stylistyka Jima Cheunga, Stephena Segovii i Daniela Sampere'a dość zauważalnie różni się od siebie. Nie przeszkadza to jednak narracji ilustracyjnej ułożyć się w miłą i zgrabną całość. Planeta Jastrzębi nie jest tomem, od którego polecałbym komukolwiek rozpoczynanie przygody z Ligą Sprawiedliwości, jeśli jednak ktoś (tak jak ja) dotarł aż tutaj, sądzę że zostanie z bohaterami na dłużej. Tym bardziej, że właśnie zaczynają się ważyć losy całego komiksowego świata DC, czego efekty będziemy mogli obserwować nie tylko w tej serii. O ile Snyder i Tynion IV znów nie popłyną z tematem, powinno być bardzo ciekawie.   
 
Tytuł: Liga Sprawiedliwości, tom 3 - Planeta Jastrzębi
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV
Rysunki: Jim Cheung, Stephen Segovia
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 184
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Wszystkie tytuły opisane w tym wydaniu KzK znajdziecie na stronie Egmontu.


wtorek, 24 marca 2020

Serialowa Świrunia rozwala system, czyli recenzja 1 sezonu Harley Quinn (2019)


Harley Quinn, Świrunia, Harleen Frances Quinzel... Czy z tak eksploatowanej bohaterki da się w ogóle wycisnąć coś nowego? Czy po ponad dwóch dekadach nieustannej obecności w komiksach, filmach i animacjach jest jeszcze jakiekolwiek zapotrzebowanie na tę postać? Głupie pytanie - oczywiście, że tak! Skoro nudny gość w przebraniu nietoperza może ganiać po dachach Gotham od 80 lat, to szansa na to, że była dziewczyna Jokera znudzi się ludzkości jest naprawdę znikoma. A przecież wszystko i tak zależy od podejścia oraz pomysłu, które przełoży się na fabułę, w jaką chcemy wcisnąć naszą nieobliczalną doktor psychiatrii. Kilka lat temu genialnego odświeżenia portfolio Harley dokonała Amanda Conner wraz z Jimmy'm Palmiottim. Para autorów postanowiła oddelegować Świrunię jak najdalej od toksycznego Księcia Zbrodni z Gotham, rzucając ją w wir nowych (i niekoniecznie związanych z działaniem w służbie zła) przygód. Dodatkowo, otoczyli ją paczką nowych, dość oryginalnych przyjaciół, przy okazji reanimując wszystko, co dotychczas z Harley się kojarzyło. Efektem owego pomysłu są rewelacyjne, przepełnione obrazoburczą fantazją komiksy, wydawane przez DC począwszy od cyklu The New 52 (Nowe DC Comics) aż po ich kontynuację w DC Odrodzenie.


Pomysł Conner i Palmiottiego podchwycili Justin Halpern, Dean Lorey i Patrick Schumacker, przenosząc niektóre z jego założeń do własnej historii, stanowiącej kolejny rozdział w życiu naszej bohaterki. Efektem ich pracy jest trzynaście przepełnionych akcją, niepoprawnym humorem i przemocą odcinków, składających się na pierwszy sezon serialu Harley Quinn. Zmiany nie są tu aż tak znaczące jak w komiksach DC, autorzy proponują nam po prostu dalsze losy Świruni tuż po jej rozstaniu z Jokerem. W odstawkę poszli Wielki Tony, Bernie, Gang Harleyek oraz większość osobowości związanych z posiadłością na Coney Island. Jedyną postacią znaną z historii obrazkowych pozostał Sy Borgman, który większą rolę odgrywa dopiero w drugiej połowie sezonu. Miejscem akcji nadal jest Gotham, zapomnieć więc musicie też o komiksowej wyprowadzce do Nowego Jorku. Najlepszą przyjaciółką Harley pozostaje toksyczna Poison Ivy - w tej kwestii nic się nie zmieniło.


Skoro w wersji animowanej nie dane nam będzie poznać oddanych towarzyszy Harley, pewnym jest, że dziewczyna będzie musiała zebrać całkiem nową drużynę. I oczywiście tak się dzieje. Do złowrogiego gangu Harley dołącza zdziecinniały Clayface, słodki i nerdowaty King Shark oraz nieco problematyczny Dr. Psycho. Z doskoku (i nieoficjalnie) wspiera ich niejaka Pamela Isley wraz ze swym doniczkowym współlokatorem Frankym. Dobrze dobrane postacie są kluczem do sukcesu, jednak nie to okazuje się tutaj najważniejsze. Sen z powiek naszej bohaterki wciąż spędza rozstanie z ukochanym żartownisiem, toteż przepracowanie owej traumy staje się główną siłą napędową fabuły. A że przy okazji Harley za wszelką cenę chce otrzymać członkostwo w legendarnym Legionie Zagłady, to już całkiem inna sprawa...

Fakty są takie, że nowy serial oferuje zwariowaną jazdę bez trzymanki, dedykowaną wszystkim wieloletnim miłośnikom DC. Intryga poświęcona Świruni idzie swoją drogą, tymczasem widzowie nieustannie raczeni są zakręconym dowcipem i przepięknie podanym pastiszem, nie skąpiącym wielu elementom komiksowego uniwersum. Batman, Jim Gordon, Liga Sprawiedliwości, Bane, Aquaman czy Kite Man - tu nie oszczędza się absolutnie nikogo. Mały ekran wręcz błyszczy od świetnej, często samoświadomej zgrywy. Należy też pamiętać, że ta wersja Harley Quinn w żadnym wypadku nie jest przeznaczona dla młodego widza. Bohaterowie rzucają mięsem na lewo i prawo, akcja nie stroni również od konkretnej (często nieuzasadnionej) przemocy. Niewiele jest tu sprośności, choć oczywiście jeden lub dwa soczyste teksty i tak zapadają w pamięć. 

Harley Quinn po świetnej serii komiksowej bez wątpienia zasłużyła na dobry serial i twórcy powyższego dzieła szczęśliwie stanęli na wysokości zadania. Pod względem technicznym animacja stoi na dobrym poziomie, nawet lepszym niż większość prezentowanych przez DC Entertainment kreskówek pełnometrażowych. Rysowane postaci i tła są bardzo proste i wyraźne, co znakomicie koegzystuje z lekkim, często obrazoburczym wydźwiękiem historii. Ogląda się to rewelacyjnie, żaden szczegół nie umyka w przeładowanym tle, a dobry dubbing sprawia, że oglądanie Harley Quinn jest naprawdę świetną rozrywką. Co tu dużo pisać - serial Halperna, Lorey'a i Schumackera to perła wśród komediowych animacji, która z pełną świadomością i bezczelnym podejściem bawi widza do łez. Czy mam jakieś zastrzeżenia odnośnie pierwszego sezonu? Absolutnie nie, to była doskonała rozrywka, która choć momentami durna, odważna i przewrotna, mimo wszystko nie traktuje widza jak idioty. Pozostaje tylko życzyć sobie, aby druga odsłona utrzymała wysoki poziom pierwszej. Sądząc po dostępnym już zwiastunie, są ku temu dobre przesłanki. 



Tytuł: Harley Quinn
Scenariusz: Justin Halpern, Dean Lorey, Patrick Schumacker
Reżyseria: Cecilia Aranovich, Juan Jose Meza-Leon, Ben Jones
Aktorzy (dubbing): Kaley Cuoco, Lake Bell, Alan Tudyk, Ron Funches, Tony Hale, J. B. Smoove, Matt Oberg, Diedrich Bader, Christopher Meloni i inni
Wytwórnia: DC Entertainment, Warner Bros. Animation
Data premiery: 29 listopada 2019 (USA)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 13
Czas trwania odcinka: około 23 min.

poniedziałek, 23 marca 2020

Jak wygląda Niewidzialny człowiek (2020)?


Pojęcie niewidzialności towarzyszy ludzkości od dawien dawna i choć osobiście nie jestem zbyt wielkim znawcą tematu, założyłbym się, że pierwsze opowieści o tym zjawisku pojawiły się wraz z nastaniem ery literatury pięknej. Z książką Niewidzialny człowiek, autorstwa Herberta G. Wellsa (powstałą ponad 120 lat temu), czy klasycznych, czarno-białych horrorów z ubiegłego stulecia na czele, hipotetyczna możliwość bezkarnego znikania inspiruje twórców do dziś. Tropem tych nieograniczonych, fantastycznych możliwości podąża również Leigh Whannell - aktor, reżyser i scenarzysta, mający na swoim koncie dzieła takie jak Naznaczony czy Piła. Można zastanawiać się, w jaki sposób jego najnowsza produkcja, film o spodziewanym tytule Niewidzialny człowiek, podejmuje tę zajmującą kwestię... Czy kolejne wejście do tej samej wody skutkuje czymś, co jest w stanie zainteresować współczesnego, otoczonego zaawansowaną technologią człowieka, lub zaserwować historię inną niż te, które od dziecka znamy na pamięć? Odpowiem, że tak, choć nie bez pewnych problemów. Najważniejsze jednak, że autor podejmuje przy tej okazji troszkę inny temat, starając się skłonić widza do rozważań niekoniecznie związanych z niewidzialnością.

Bohaterką opowieści Whannella jest Cecilia Kass, zmuszona do ucieczki przed dręczącym ją mężem oprawcą, wybitnym specjalistą optyki. Zaszczuta kobieta znajduje schronienie u jednego ze swych przyjaciół, lecz ciągły strach przed zemstą nieobliczalnego partnera nie pozwala jej odzyskać oczekiwanego spokoju. Nieustannie dręczą ją dziwne obawy bycia obserwowaną, które nie wygasają nawet w świetle wieści o nagłym samobójstwie męża. Cecilia zaczyna mieć uzasadnione powody do paniki, gdy dociera do niej, że jej były mógł sprytnie sfingować swą śmierć. Niestety, nikt z bliskich nie podziela zdania, że od tej chwili ktoś niewidzialny nastaje na jej bezpieczeństwo i życie. Kobieta zdaje się być pozostawiona samej sobie, tymczasem dręczenie przez nieznaną moc coraz bardziej przybiera na sile... Jak widać z powyższego opisu, Niewidzialny człowiek podejmuje próbę złapania dwóch srok za ogon. Z jednej strony jest klasycznym horrorem (choć w bardzo współczesnym ujęciu), opowiadającym o terrorze wynikającym ze strachu przed czymś, czego nie da się dojrzeć, natomiast z drugiej przybliża problem przemocy w rodzinie. Często w podobnych przypadkach próby pogodzenia tak różnych tematów kończą się fiaskiem, na szczęście twórcom filmu udaje się przemycić choć część z oczekiwanych założeń.


Niewidzialny człowiek działa na płaszczyźnie opowieści grozy wspomaganej elementami dreszczowca. Mamy w nim do czynienia z tajemniczą, nieznaną siłą (przynajmniej z początku), natomiast poprzez historię bohaterów idziemy tropem niepokojącej zagadki kryminalnej. Choć oba te elementy charakteryzują się sporą dawką przewidywalności, reżyserowi udaje się jakimś cudem utrzymać uwagę widza. Być może uzyskuje to przez odpowiednie dawkowanie napięcia lub właściwe podejście do ukazania najważniejszych postaci, faktem jest, że pomimo typowych gatunkowych błędów, film Whannella da się zakwalifikować jako dobra, całkiem angażująca rozrywka. W utrzymaniu oceny z pewnością pomaga zwrot akcji zaserwowany w trzecim akcie, który choć po części oczekiwany, nie jest zbyt oczywisty do odgadnięcia. Nieco mniej wyraźna, lecz nadal obecna w filmie, jest kwestia przemocy w rodzinie. Wygląda na to, że mąż Cecilii za główny cel swego prywatnego życia obrał nieustanne dręczenie małżonki. Zastosowanie ujęcia sił nadprzyrodzonych oddala nieco bezpośrednie potraktowanie tematu, tymczasem za jego sprawą coraz bardziej wyraźny staje się sprzeciw, na który z narastającą determinacją zdobywa się kobieta. Wraz ze wzrastającym terrorem bohaterka znajduje coraz więcej siły, aby mierzyć się z zagrożeniem.

Niewidzialny człowiek nie przejdzie zapewne do klasyki kina grozy, warto jednak pochwalić próbę twórców do nowatorskiego ujęcia tematu niewidzialności. Na osobną uwagę zasługuje kwestia nękania wśród najbliższych, raczej nieczęsto obecna we współczesnych (czy jakichkolwiek) horrorach. Na ile udało się pogodzić te elementy, każdy musi ocenić już sam. Moim zdaniem eksperyment wyszedł nieźle, zapewniając dobrą, choć niezbyt wyrafinowaną rozrywkę. To film do obejrzenia na raz, do którego prawdopodobnie już nie wrócę, lecz za sprawą sprawnego rzemiosła potrafił w kilku scenach utrzymać mnie na krawędzi fotela. W tym przypadku pozostaje więc docenić pomysł i nowatorskie podejście, jednocześnie ganiąc schematyczność niektórych rozwiązań i prostotę paru ogranych scen. Kino grozy powinno ponad wszystko dostarczać rozrywki, i na tym tle Niewidzialny człowiek wypada pomimo swych problemów całkiem zgrabnie. Zmyślnie odnosi się też do wykorzystania eksperymentalnych technologii, zmuszając do kilku chwil zastanowienia tuż po seansie. A skoro tak, to chyba należy wszelkie działania twórców pochwalić, zachęcając Was do obejrzenia tego filmu. Nie powinien to być stracony czas, tym bardziej, że przecież każdy z nas zastanawiał się kiedyś, jakby to było być niewidzialnym choć przez chwilę.



Tytuł: Niewidzialny człowiek (The Invisible Man)
Scenariusz: Leigh Whannell
Reżyseria: Leigh Whannell
Obsada: Elisabeth Moss, Oliver Jackson-Cohen, Harriet Dyer, Aldis Hodge, Storm Reid, Michael Dorman i inni
Wytwórnia: Universal Pictures
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 24 lutego 2020 (USA), 6 marca 2020 (Polska)
Czas trwania: 124 min.

sobota, 21 marca 2020

Czy W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)?


Odkąd prowadzę Skrzydła Gryfa, nieustannie nawołuję do większego udziału tematyki fantastycznej w rodzimych produkcjach filmowych. Trzy lata temu swym nadziejom i zwątpieniom dałem upust we wpisie Dlaczego w Polsce nie kręci się fantastyki?, tymczasem dziś sytuacja nadal wygląda, jakby niewiele miało się w tej kwestii zmienić. Niewiele nie oznacza nic, toteż z wielkimi nadziejami powitałem zapowiedź filmu Bartosza M. Kowalskiego W lesie dziś nie zaśnie nikt, mającego być pierwszym nadwiślańskim slasherem. Ten typ horroru nie do końca odpowiada pojęciu fantastyki (w końcu chodzi tu o maniakalnego mordercę, ganiającego za ludźmi z jakimś bardzo ostrym przedmiotem), jednak wypracowana przez lata konwencja pozwala dopasować go częściowo do szeroko pojętego, fantastycznego profilu (w końcu osobnicy ci rzadko kiedy umierają, nawet po odniesieniu wielu śmiertelnych ran). Ze względu na dramatyczną sytuację na świecie film nie trafił do dystrybucji kinowej, pojawiając się tydzień po planowanej premierze na serwisie Netflix. I wyłącznie tam możemy go dziś oglądać.


W lesie dziś nie zaśnie nikt opowiada historię dzieciaków wysłanych na terapię odwykową do leśnego obozu przetrwania, gdzie przez pewien czas zmuszone są (pod okiem instruktorów i przewodników) do poradzenia sobie z własnymi uzależnieniami od komórek, tabletów oraz mediów społecznościowych. Jak się wkrótce okaże, las skrywa niejedną mroczną tajemnicę, a najstraszniejsza z nich stanie się prawdziwą próbą przeżycia dla kilkorga z nich. Trzeba przyznać, że Kowalski zabrał się do realizacji tematu z wielkim znawstwem. Dobrał znakomitą ekipę młodych (i kilku starszych) aktorów, zadbał o dobre zdjęcia, muzykę, ale przede wszystkim o klimat samej historii. Bo widać tu od razu, że reżyser zna rzemiosło i gatunek, które podejmuje. Nie boi się kopiować stylistyki znanej z dziesiątek podobnych produkcji, jednocześnie zamieniając wytarte schematy w zabawę, w którą skutecznie wciąga widza. Za każdym razem kiedy w mojej głowie pojawiała się myśl o powtórce z rozrywki (wchodzenie do pustego domu w poszukiwaniu zaginionej osoby, zaniechanie ucieczki na rzecz dokonania zemsty, wykonywanie szeregu czynności, które zaprzeczają logice oraz zdrowemu rozsądkowi), okazywało się, że Kowalski wprowadził ją w pełni świadomie, zamierzając zaskoczyć mnie następującym po niej rozwiązaniem. Efektem tego był naprawdę mile spędzony czas.


Na ile miło można oglądać filmy gdzie co chwila leje się krew, trzeba już odpowiedzieć sobie samemu. W lesie dziś nie zaśnie nikt nie odstaje tutaj pod względem ilości przemocy oraz scen gore od innych, zachodnich produkcji. A co najważniejsze, jakościowo trzyma się w ścisłej czołówce. Brutalne morderstwa, okaleczanie czy eskalacja terroru nie wywołują krępującego poczucia zażenowania. To samo można powiedzieć o dwójce morderców, czających się na naszych bohaterów. Ich charakteryzacja jest bardzo dobra, sceny w których się pojawiają (obojętnie czy mają one miejsce w dzień czy w nocy) robią odpowiednie, mocne wrażenie. Na osobną pochwałę zasługuje geneza dwójki złoczyńców, dość kreatywna i unikająca popadania w częste schematy (mocno rozbudzająca wyobraźnię). Młodzi odtwórcy ról z powodzeniem wpisują się w ramy zaproponowane przez konwencję. Nie są nazbyt denerwujący, a kilkoro z nich potrafiło nawet wzbudzić moją sympatię. Jedna scena śmierci wywołała we mnie uczucie smutku, co jest chyba nie lada wyczynem w przypadku slashera. Na osobną uwagę zasługuje udział kilku uznanych aktorów, którzy pojawili się w dość epizodycznych rolach. W pamięci szczególnie utkwił mi Piotr Cyrwus, odtwarzający rolę księdza, prowadzącego dziwną, leśną parafię. To taki przypadek, kiedy jeden element filmu prowokuje do rozważań poszerzających filmowe uniwersum, tworząc w wyobraźni znacznie większy obraz zaprezentowanej historii.


W lesie dziś nie zaśnie nikt to nasza pierwsza próba podjęcia dość mocno ogranej stylistyki horroru. Na szczęście pod wieloma aspektami jest bardzo udana. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że patrzę na ten film przez pryzmat kraju, w którym powstał. Moja ocena nie byłaby pewnie tak wysoka, gdybym miał do czynienia z dowolną pozycją z zagranicy. Wiele elementów fabularnych ziało dziurami, a nie każdą z nich da się załatać zrozumieniem stylistyki i prawideł często stosowanych w tego typu produkcjach. Mimo wszystko dzieło Kowalskiego dało mi niespełna dwie godziny całkiem niezłej rozrywki, w czasie której śmiałem się, bałem i krzywiłem z obrzydzenia. Jak na slasher to chyba aż nadto. Dodatkowym plusem jest dla mnie zrozumienie i wiedza o rzemiośle, za które wziął się reżyser. Widać tu pasję, świetny warsztat oraz lekkość w budowaniu wszystkich elementów całego przedsięwzięcia. Jak przystało na klasyczny horror, zakończenie W lesie dziś nie zaśnie nikt zapowiada rychłą kontynuację, na którą już teraz bardzo się cieszę (mając nadzieję, że w ogóle powstanie). W końcu dla slasherów typowa jest ich fabularna nieskończoność, mam więc nadzieję, że na tym polu także zaczniemy gonić resztę świata. Fajnie, że wreszcie się nam udało. Filmy o maniakalnych mordercach straszą ludzi już od prawie pięciu dekad, a nasz folklor i wyobraźnia mogą dostarczyć w tym temacie naprawdę wiele dobra. Czas wypełnić tę lukę, pokazując rodakom i reszcie globu na co nas stać! 

    
Tytuł: W lesie dziś nie zaśnie nikt
Scenariusz: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz, Jan Kwieciński
Reżyseria: Bartosz M. Kowalski
Obsada: Julia Wieniawa-Narkiewicz, Wiktoria Gąsiewska, Sebastian Dela, Stanisław Cywka, Mirosław Zbrojewicz, Olaf Lubaszenko, Piotr Cyrwus, Gabriela Muskała, Michał Lupa, Wojciech Mecwaldowski, Michał Zbroja i inni
Wytwórnia: Akson Studio, Plan Zet
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 20 marca 2020 (Polska - Netflix)
Czas trwania: 102 min.

czwartek, 12 marca 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 25 (Odrodzenie tom 7, Flash tom 8, Ms Marvel tom 7, Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa)

Zima nadal w kalendarzu, za oknem panoszą się najróżniejsze wirusy, najlepszym wyjściem jest więc pozostać w domu i sięgnąć po ulubione komiksy. A jeśli jesteście spragnieni nowości, polecam przyjrzeć się czterem tytułom, które omawiam w tym wydaniu. Na pewno znajdziecie wśród nich coś dla siebie! :-)


Odrodzenie, tom 7 - Naprzód!

"Mieszkańcy okręgu Wausau!

Jako wojskowa oraz tymczasowa dowodząca opanowaniem niebezpiecznych sytuacji w Wisconsin, jestem zmuszona zacieśnić warunki kwarantanny, jakie zostały nałożone na Wasz okręg zamieszkania. Ze względu na dramatyczne okoliczności, wynikłe za sprawą tajemniczego powstania do życia osób zmarłych w miasteczku oraz ataku bombowym w ratuszu, powołałam do życia nieodzowne działania, mające na celu szybkie i skuteczne rozwiązanie problemu. Wszyscy odrodzeni przeniesieni zostali do tymczasowego ośrodka opieki medycznej. Zapewniam, że zarówno ja, oraz moi doskonale wyszkoleni ludzie dokładają wszelkich starań, aby ich życiu jak i bezpieczeństwu nie zagroziły żadne czynniki zewnętrzne. Pod naszym nadzorem, w Wisconsin i jego najbliższym obszarze, nic nie pozostanie bez kontroli. Naszym głównym celem jest bezpieczeństwo mieszkańców, jak i szybkie odnalezienie trzech kobiet, które bez zezwolenia opuściły naszą placówkę. W tym celu zwracamy się do każdego, kto mógłby pomóc w doprowadzeniu przed oblicze sprawiedliwości Marthy Cypress i Jeannine Gorski. Poszukujemy również Dany Cypress, niebezpiecznej i uzbrojonej detektyw, podejrzanej o pomoc w ucieczce obu poszukiwanych.

Aby pomóc w lepszym zrozumieniu zaistniałej sytuacji, wraz ze mną na miejscu zdarzeń przebywają dwaj ściśle upoważnieni funkcjonariusze - Tim Seeley oraz Mike Norton. Są to wyspecjalizowani agenci, którzy bez ustanku dokumentują wszystkie wydarzenia, jakie zachodzą na zamkniętym przez nas terenie. Wszystkie osoby zainteresowane aktualnym rozwojem wypadków zapraszam do śledzenia właśnie wydanej, siódmej części naszej broszury, zatytułowanej "Odrodzenie". Opisuje ona nie tylko działania wszystkich oddanych funkcjonariuszy, ale również prawdopodobne zdarzenia pozostające chwilowo poza naszym zasięgiem. Najnowsze wydanie publikacji - "Naprzód!" przygotowane zostało w iście mistrzowski sposób. Za sprawą ilustracji agenta Nortona perfekcyjnie oddano nie tylko realizm i faktyczny wygląd poszukiwanych kobiet, ale również osób z ich najbliższego otoczenia. Tylko tam można kompleksowo zapoznać się z intrygą, z jaką muszę mierzyć się ja, oraz moi podwładni. Zachęcam do zapoznania się z opracowaniem, jednocześnie obiecując, że jest to jej już przedostatnie wydanie. W kolejnym przedstawię podsumowanie wszelkich działań mojego oddziału, skrupulatnie wyjaśniając wszystkie wydarzenia, oraz stawiając winnych przed obliczem sprawiedliwości. Do tego czasu proszę o bezwzględne zachowanie spokoju, a także udzielenie wszelkiej pomocy, niezbędnej moim ludziom do wykonywania ich obowiązków.

Tymczasowy Gubernator Wojskowy - Louise Cale"

Tytuł: Odrodzenie, tom 7 - Naprzód!
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Image/Non Stop Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł


Flash, tom 8 - Wojna Flashów

Sporo dzieje się w życiu Flasha... Po siedmiu tomach głównego cyklu oraz one-shocie Przypinka, ostatecznie docieramy do momentu, w którym powiążą się ze sobą wątki wielu wydawanych przez DC komiksów (i to nie tylko tych z cyklu DC Odrodzenie!). Czytelnicy obeznani z albumem inaugurującym restart wydawnictwa w 2016 r. wiedzą doskonale, że najważniejszym elementem tej opowieści był powrót Wally'ego Westa, przez długi czas uwięzionego w Mocy Prędkości. Od tamtej chwili jasnym stało się, że pewne nieznane moce w sobie tylko znanym celu sterują całym uniwersum. Aby poznać prawdę, Barry Allen prowadził śledztwo z Batmanem, a Wally powrócił do swojej drużyny zwanej Tytanami. Niestety, wyjaśnienie owej zagadki szło herosom niczym krew z nosa, aż do chwili, kiedy Wally przedstawiony został na nowo swojej ciotce Iris West. Właśnie wtedy coś nieoczekiwanego i niepokojącego obudziło zagubione wspomnienia tych dwojga. W najnowszym tomie Wojna Flashów owo wydarzenie staje się punktem zapalnym do opowiedzenia dalszej części historii, ale również zaserwowania wielu zaskakujących odpowiedzi.

Powiedzmy to sobie od razu - ósmy tom Flasha nie jest lekturą dla nowych czytelników. Mało tego, jeśli czytaliście wyłącznie tomy wydawane w serii DC Odrodzenie, i tak możecie mieć pewne problemy z ogarnięciem wszystkiego, co Joshua Williamson przygotował na kartach tej opowieści. Wydarzenia z Wojny Flashów zahaczają bowiem o event, który zapoczątkował inicjatywę The New 52 (czyli znamienny w skutkach Flashpoint) oraz serie z przygodami Wally'ego i Barry'ego sprzed tego okresu. Głównym złoczyńcą nowej części został Hunter Zolomon (Zoom), który w zapomnianych czasach mocno związał swoje życie z poczynaniami Flasha (tego z rozwianą, rudą czupryną). To właśnie jego machinacje oraz nadzieja, jaką rozbudził w Wallym, stają się przyczyną wszystkich opisanych w tym tomie kłopotów. Poważna sprzeczka dwójki sprinterów odbija się nie tylko na poczynaniach Ligi Sprawiedliwości, ale również na stabilności świata jaki znamy. I tak jak nowi czytelnicy powinni omijać ten album z daleka, tak starzy wyjadacze znajdą w nim wiele elementów, które przemówią do ich superszybkich serduszek. Najnowsze dzieło Williamsona i Portera to komiks przepełniony akcją, przy jednoczesnym zwróceniu uwagi na emocjonalną część serii. Końcówka tomu potrafiła wywołać u mnie pewne wzruszenie, co w komiksach superbohaterskich nie jest dość częstym zjawiskiem. Wojna Flashów to dość istotny punkt graniczny. Stanowi swoiste podsumowanie i wyprostowanie znaczących kwestii z przeszłości, ale też intrygująco pcha cykl ku nowemu. Na koniec mała ciekawostka: jeśli jesteście ciekawi, kto jest szybszy - Barry, Wally czy Superman, sięgnijcie po tę część. Wszystko stanie się jasne. ;-)

Tytuł: Flash, tom 8 - Wojna Flashów
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Howard Porter, Scott Kolins
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Ms Marvel, tom 7 - Obrażenia na sekundę

Barry i Wally toczą wojnę o prawo do decydowania o własnym przeznaczeniu, a tymczasem w Nowym Jorku (i zupełnie innym uniwersum) Kamala Khan ma nie lada kłopot z pewnym komputerowym hakerem... Jak się okazuje, cybernetyczny przestępca chce wykorzystać znajomość tajnej tożsamości naszej bohaterki, do infiltracji jednej z najpotężniejszych agencji bezpieczeństwa na Ziemi. Co zrobi w tej sytuacji niezastąpiona Ms Marvel? Spokojnie, G. Willow Wilson pisze powyższą serię od kilku dobrych tomów, możemy być więc pewni wysokiego poziomu opowieści. Czego konkretnego spodziewać się jednak po Obrażeniach na sekundę i nowych przygodach młodej członkini Avengers? Jak zwykle dobrego scenariusza, który połączy obyczajowe klimaty z rozterkami nastolatków, okraszając wszystko orientalnym klimatem oraz szczyptą niegłupiej akcji. Choć trzeba podkreślić, że tom ten skupia się w większości na problemach, które być może wkrótce okażą się zmorą nas wszystkich. Bo czy za takie nie należy uznać szerzącej się dominacji komputerów i mobilnych urządzeń wszelkiej maści? Kto wie, w końcu nikt nie jest pewien, co przyniesie ludzkości jutrzejszy dzień? Pomijając kwestie czysto fantastyczne, istotnie udostępniamy w sieci wszystkie informacje o naszym codziennym życiu, a do ich podłego wykorzystania przez osoby nam nieprzychylne jest już tylko jeden, niewielki kroczek. 

Wilson zwraca w siódmej części Ms Marvel uwagę młodych ludzi na podobne problemy, czyniąc to z prawdziwą lekkością i wyczuciem tematu. Wierzcie mi na słowo, w końcu nawet taki stary pryk jak ja dał się (ponownie) wkręcić w zaprezentowane problemy nastolatków. A przecież zagrożenia pochodzące z cyberprzestrzeni to nie jedyny temat, jaki autorka scenariusza porusza na kartach Obrażeń na sekundę. W otwierającej ten tomik historyjce zobaczymy jak z punktu widzenia młodych ludzi wygląda demokracja, a pod koniec komiksu odwiedzimy Wakandę, gdzie aktualnie przebywa bliski sercu Kamali Bruno. A skoro Wakanda, to zapewne pojawi się też Czarna Pantera...? Sprawdźcie sami, od siebie dodam tylko, że czytanie perypetii Ms Marvel to nadal świetna lektura (czego przyczyn należy też upatrywać w całkiem fajnym tłumaczeniu). Co jeszcze ciekawsze, nowa część jest dość daleka od stylistyki superhero, jaką znamy na co dzień. I choć Kamala biega w swoim granatowym stroju przez większość stron, to i tak czujemy się bliżsi szkolnym, młodzieńczym czasom bardziej, niż w innych tytułach tego typu. Nie bez znaczenia są tu również lekkie, zachęcające do lektury rysunki, które przygotowali Mirka Andolfo, Takeshi Miyazawa i Francesco Gaston. Naprawdę, dobra robota!

Tytuł: Ms Marvel, tom 7 - Obrażenia na sekundę
Scenariusz: G. Willow Wilson
Rysunki: Takeshi Miyazawa, Mirka Andolfo, Francesco Gaston
Przekład: Anna Tatarska
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska 
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa

Huntress, Black Canary, Oracle... Zaraz, zaraz, a gdzie podziała się nasza Harley Quinn? No cóż, Świrunia trafiła do zespołu odważnych i bezkompromisowych dziewczyn walczących z bezprawiem dopiero po wielu latach ukazywania się serii. Właściwe miejsce wywalczyła sobie niedawno w głośnym filmie Ptaki Nocy i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn. Przed tym wiekopomnym wydarzeniem zespół działał w o wiele bardziej uporządkowanym składzie. Czy zatem przygody Ptaków Nocy bez udziału dziewczyny Jokera są godne naszej czytelniczej uwagi? Przyznam, że odpowiedź na to pytanie nie będzie jednoznaczna, ponieważ komiks, który tu opisuję wywołał we mnie dość mieszane odczucia. Dlaczego? Po pierwsze, to dość standardowa historia z grupą bohaterek mierzących się z niesprawiedliwością na ulicach Gotham. Co prawda akcja utrzymana jest w iście dynamicznym stylu, wraz z heroinami odwiedzamy najróżniejsze lokacje, jesteśmy również świadkami ich przyjaźni i licznych poświęceń. Nie czyni to jednak komiksu ze scenariuszem Gail Simone niczym przesadnie specjalnym. Po drugie, choć można Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa potraktować jako coś na kształt Aniołków Charliego w świecie DC, w całej historii zabrakło czegoś, co sprawiłoby, żebym kilka dni po przeczytaniu pamiętał jeszcze fabułę całej opowieści.

Jest jednak coś, co męskiej części odbiorców tego tytułu szczególnie zapadnie w pamięć. Tym czymś będą niewątpliwie ilustracje Eda Benesa, który postarał się, aby panie prężące swe ciała w walce z niesprawiedliwością wyglądały na stronach tej historii tak kusząco, jak to tylko możliwe. Rysownik kontynuuje występujący nagminnie w latach 90. ubiegłego stulecia komiksowy trend, polegający na niezwykle przerysowanym przedstawianiu walorów kobiecych ciał. Na szczęście dla nas, na etapie powstawania komiksu w zapomnienie odeszło ukazywanie nadmiernej muskulatury, co sprawiło, że Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa ogląda się bardzo przyjemnie (i szczęśliwie bez poczucia dodatkowej żenady). Jeśli jesteście sympatykami prostych, dynamicznych historyjek z kobiecymi postaciami na pierwszym planie, powyższy tytuł powinien przemówić do Waszego gustu. Jeżeli natomiast cenicie ciekawe zwroty akcji, czy bardziej intrygujące scenariusze, szukajcie proszę dalej. Poza subiektywnymi walorami ilustracyjnymi, komiks ten nie przedstawia wartości dodatniej - choćby takiej, która miałaby odbicie w jego cenie. 

Tytuł: Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa
Scenariusz: Gail Simone
Rysunki: Ed Benes, Michael Golden, Cliff Richards 
Przekład: Marek Starosta
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 288
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 89,99 zł


Serię Odrodzenie znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


Komiks Ptaki Nocy. Tajemnice i morderstwa oraz serie Flash i Ms. Marvel znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 9 marca 2020

Czy Naprzód (2020) to dla Pixara krok wstecz?


Dan Scanlon, reżyser Uniwersytetu Potwornego (2013) zaprasza nas w podróż do prawdziwie fantastycznego świata. Tylko czy aby na pewno..? W najnowszym filmie wytwórni Disney/Pixar przenosimy się do krainy fantasy, w której magię zastąpił postęp technologiczny oraz wszelkiego rodzaju wynalazki. Magiczne laski, latające miotły i dywany odeszły w zapomnienie, straszliwe zamki od dawna pełnią funkcję zajazdów, muzeów lub szkół, a wszelkiego rodzaju istoty (elfy, wróżki lub trole) oddają się zgodnemu życiu w dobrze poukładanym społeczeństwie. W tak zarysowanych realiach Naprzód prezentuje historię Janko i Bogdana - dwóch braci, którzy od najmłodszych lat musieli wychowywać się bez ojca. W dniu szesnastych urodzin młodszy z nich otrzymuje od matki prezent zawczasu przygotowany przez tatę. Podłużny pakunek zawiera magiczną laskę, która pozwoli przywrócić do życia (na jeden dzień) ich nieodżałowanego rodziciela. Niestety, podczas wypowiadania zaklęcia coś idzie nie tak jak powinno i tatuś wraca zaledwie w połowie. To znaczy, wracają jego nogi i pupa, a reszta pozostaje frustrująco nieobecna. Bracia postanawiają więc wyruszyć w podróż, aby odczarować ojca i spędzić z nim choć kilka krótkich chwil.

Naprzód to po części klasyczny film drogi, skrojony według przemyślanej receptury, niestety nie pozbawiony pewnych wad. Jego najmocniejszą stroną jest bez wątpienia wątek Janko i Bogdana, których perypetie wypełniają lwią część historii. Ich wzajemne relacje, wspólne przygody i niezła doza chemii, udatnie spajają film w jego najznamienitszej kwestii. Jest nią oczywiście odnalezienie cząstki utraconej przeszłości, tak potrzebnej im obu, aby móc podążać dalej wyboistą ścieżką życia. Jako widz czułem więź z dwójką bohaterów, mocno kibicując ich wszelkim poczynaniom, a także bezwiednie zaciskając kciuki w kilku trzymających w napięciu scenach. I choć część dydaktyczna przedstawienia od początku była dość przewidywalna, ostatecznie i tak dałem porwać się emocjom, doznając wszelkich wzruszeń w finale opowieści. Taki jest już pewnie czar dzieł Disneya/Pixara i chyba przez długi czas nie będzie na nie mocnych. Warto odnotować, że najciekawszym w Naprzód okazał się być trzeci akt, który pozwolił filmowi mocno odbić się od pewnej sztampy, w którą zaczęła od połowy spektaklu brnąć całą produkcja. Po przedstawieniu zarysu historii oraz ukazaniu pierwszych przygód, animacja pikowała bowiem w stronę dziesiątek podobnie skonstruowanych historyjek, które każdy widz zna na wyrywki z popołudniowych bloków dla najmłodszych.


Zmiana stylistyki wraz z wprowadzeniem kilku kreatywnych pomysłów i istotnego, dość nieoczekiwanego zwrotu akcji, pozwoliły dziełu Scanlona zabłysnąć tak jak tego oczekiwałem. Pozostała jednak kwestia, która czyni potencjał Naprzód nie do końca wykorzystanym. Największą bolączką filmu jest w moim odczuciu świat przedstawiony. Pomimo rewelacyjnego pomysłu (popartego wręcz baśniową, pieszczącą oczy animacją), kraina fantasy, w której żyją Janko i Bogdan nie oferuje nam wiele ponad bycie tłem dla oryginalnego pomysłu. Choć bracia idą ścieżką dawnych legend, obserwując jak zmieniło się przez wieki otoczenie, zawarta w filmie historia mogłaby wydarzyć się bez problemu w dowolnie zobrazowanych realiach. Wiele z elementów zostaje wykorzystanych w sprytnie zespalający się z fabułą sposób, lecz w oczy raził mnie brak nawiązania do klasycznych, fantastycznych historii. A przecież właśnie z nich twórcy mogli czerpać pełnymi garściami. Możliwa zabawa formą nie nastąpiła, skupiając uwagę odbiorców (oraz autorów) wyłącznie na głównym nurcie opowieści. Na swój sposób doceniam taki zamysł, jednak boli mnie nie wykorzystana możliwość pokazania pazura.

Czy wytwórnia robi więc krok wstecz prezentując nam Naprzód? Wszystko zależy od indywidualnych upodobań, ja jednak skłaniam się ku twierdzącej opcji. W filmie zabrakło paru nieodzownych elementów, które w przeszłości za sprawą wielowątkowości i unikalności stylistycznej definiowały moje ulubione przeboje studia (Iniemamocni, WALL.E, Odlot). Mimo wszystko otrzymałem prawdziwie mądrą animację, ze wszech miar gloryfikującą rodzinne i braterskie więzi. Z pewnością mogłem oczekiwać po niej przepełnionej humorem zabawy formą, tymczasem w tym aspekcie nie wyszła ona ponad przeciętność proponowaną przez mniej znaczące studia. Pomimo kręcenia nosem nie mogę odmówić Naprzód prawdziwego czaru, który ta produkcja roztacza. Wyraźne motto opowieści przemówi do wewnętrznej wrażliwości wielu z nas, sprawiając, że pewniej spojrzymy w przyszłość. I chyba o to w tym wszystkim chodziło, bo po wyjściu z kinowej sali wszyscy mogą zgodnie iść naprzód - Disney/Pixar z jeszcze lepszymi historiami, a my pewni własnych sił, które dają nam najbliżsi. Bo nawet jeśli w życiu kogoś nam brakuje, to zawsze znajdzie się ktoś, kto tą osobę zastąpi. Dobrze, że Naprzód tak trafnie uzmysławia tę ponadczasową prawdę.



Tytuł: Naprzód (Onward)
Scenariusz: Dan Scanlon, Jason Headley, Keith Bunin
Reżyseria: Dan Scanlon
Obsada (dubbing): Tom Holland, Chris Pratt, Octavia Spencer, Julia Louis-Dreyfus, Mel Rodriguez, Kyle Bornheimer (Jakub Gawlik, Paweł Małaszyński, Aneta Todorczuk, Edyta Olszówka, Michał Piela, Grzegorz Damięcki)
Wytwórnia: Walt Disney Pictures/Pixar
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 6 marca 2020 (USA), 6 marca 2020 (Polska)
Czas trwania: 102 min.

wtorek, 3 marca 2020

Kolekcja Zbuduj Swojego R2-D2 od DeAgostini


Wszelkiej maści droidy i roboty, to oprócz międzygwiezdnych statków oraz mieczy świetlnych, najważniejsze elementy filmowego świata Gwiezdnych wojen. Chyba nikt z nas nie wyobraża sobie tej fantastycznej serii bez charakterystycznych postaci BB-8, IG-88, C1-10P, C-3PO czy R2-D2. Nie bez podstawy użyłem słowa postaci, bo jak pokazały nam kinowe i telewizyjne części sagi, nasi wierni, zmechanizowani przyjaciele zyskują w tym uniwersum miano prawdziwych bohaterów. Bez nich nie odbyłaby się żadna misja, a niejedna potyczka czy intryga nie zakończyłaby się rychłym sukcesem. Jednym słowem, droidy są sercem (choć z pewnością całkowicie mechanicznym) tego galaktycznego cyklu. I jeśli mielibyśmy wskazać jednego z nich, który zaskarbił sobie miano najbardziej ukochanego i uwielbianego, byłby to bez wątpienia R2-D2 (sorry, C-3PO...). To właśnie ten dość skromnie wyglądający, astromechaniczny robot (co to w ogóle znaczy, napiszę poniżej) często ma w sobie więcej charakteru niż niejedna filmowa postać z krwi i kości. Wierny towarzysz królowej Amidali z Naboo, oddany przyjaciel Luke'a Skywalkera, a także nieodzowny kompan porzuconej na pustynnej planecie Rey - R2-D2 jest postacią, bez której nie wyobrażamy sobie dzisiejszej fantastyki.   

Dla fanów tej blaszanej beczułki nadszedł właśnie bardzo interesujący czas. Wydawnictwo DeAgostini rozpoczęło bowiem publikację serii, która daje nam niepowtarzalną szansę, aby zbudować własny (pomniejszony do skali 1:2) model ulubionego droida. Dzięki kolekcji Star Wars Zbuduj Swojego R2-D2 każdy może się stać właścicielem doskonałej repliki tego kultowego droida. Wystarczy zamówić prenumeratę i część po części składać swój model w domowym zaciszu. Nowa seria zeszytów powstała w hołdzie niesamowitej technologii i twórcom filmowym sagi Gwiezdnych wojen. Dzięki tej kolekcji prenumeratorzy mogą podążać śladami głównych projektantów filmowych, zgłębiać tajemnice technologiczne oraz stać się konstruktorami filmowej repliki najsłynniejszego astromecha w Galaktyce. Replika tego wszechstronnego droida naprawczo-mechanicznego (który w świecie Gwiezdnych wojen może także pełnić rolę zastępczych komputerów nawigacyjnych lub pilotów na mniejszych statkach) to sterowany za pomocą smartfona model z interaktywną inteligencją oraz wieloma ciekawymi funkcjami. R2-D2 reaguje na polecenia, wykrywa przeszkody, wydaje efekty dźwiękowe i świetlne dokładnie takie, jak ten z filmu! Model posiada liczne czujniki, kamery, mikrofon i silnik, dzięki którym może poruszać się oraz komunikować ze swoim właścicielem za pomocą darmowej aplikacji!

Prenumeratorzy mogą liczyć na niższą cenę niż w kiosku oraz unikatowe prezenty – reprodukcję kultowego plakatu Star Wars, segregator na zeszyty kolekcji, notatnik z logo Star Wars R2-D2 oraz pendrive w kształcie kultowego droida. Natomiast w prenumeracie Premium dodatkowymi prezentami są: koszulki, kubek, czapka oraz figurka R2-D2 o wysokości 10,5 cm!

Kolekcję możecie zamawiać na stronie http://bit.ly/skrzydlagryfa, wykorzystując specjalny kod R2D2SKRZYDLA i zgarniając prezenty wyłącznie dla prenumeratorów! Miałem to szczęście, że wydawnictwo DeAgostini przysłało mi trzy inauguracyjne numery magazynu, wraz z dołączonymi do nich częściami do złożenia. Muszę przyznać, że podobnie jak w przypadku bliźniaczej kolekcji sprzed kilkunastu miesięcy - Star Wars Model Sokół Millenium, również w tym przypadku mamy do czynienia z dobrą jakością i staranną precyzją wykonania. Choć sam nigdy nie byłem typem majsterkowicza, uważam że seria ta jest czymś, co każdy maniak samodzielnie montowanych modeli powinien mieć w swojej kolekcji. W magazynach, które stanowią uzupełnienie kupowanych części R2-D2, znajdują się czytelnie rozrysowane kroki budowania droida na poszczególnych etapach konstruowania. Mało tego, ze względu na liczne układy scalone lub elementy mechaniczne możemy dowiedzieć się niemało o technologicznych aspektach budowy, co jeszcze bardziej urozmaica twórczy proces składania.


Magazyny Star Wars Zbuduj Swojego R2-D2 nie są tylko pustym dodatkiem do najważniejszych części robota. Znajdziemy w nich sporo ciekawych informacji z planu kultowych produkcji, istotne fakty dotyczące filmowego świata, a nawet dowiemy się co nieco o hobbystycznych kwestiach, takich jak diody led, układy scalone czy płytki drukowane. Jak widać z powyższego, seria wydawnictwa DeAgostini to coś w sam raz dla każdego fana technologii oraz Gwiezdnych wojen

Jedyną kwestią wymagającą dodatkowego przemyślenia może być cena całej kolekcji. Koszt pierwszego numeru wynosi 2,99 zł, drugiego 19,99 zł, a trzeciego i kolejnych 29,99 zł. Wydania będą ukazywać się co dwa tygodnie, a od numeru 11 co tydzień. Biorąc pod uwagę, że aby w całości zbudować naszego R2-D2, potrzebujemy wszystkich stu części kolekcji, łatwo obliczyć, że wydamy na nią aż 4.000 zł. Ratunkiem w tej sytuacji jest oczywiście prenumerata, pozwalająca zaoszczędzić do 40 zł na każdej przesyłce. Każdy zastanawiający się nad rozpoczęciem kolekcjonowania musi te kwestie przemyśleć sam, sądzę jednak, że gra jest warta świeczki. Oczywiście, w internecie znajdziecie podobne modele w znacznie niższych cenach, jednak w przypadku magazynu Star Wars Zbuduj Swojego R2-D2 chodzi głównie o przyjemność samodzielnej konstrukcji kultowego gadżetu. A tego nie da Wam żaden inny, dostępny na rynku model.


Do wszystkiego co napisałem, warto dodać imponujący efekt końcowy, jakim z pewnością będzie gotowy astromech R2-D2. Możliwość pochwalenia się przed znajomymi własnym dziełem, jak i długi czas spędzony na interaktywnej zabawie z modelem, jest z pewnością czymś godnym rozważenia. Być może ktoś spoza otoczenia fanów nie zrozumie takiego podejścia, jednak dla wszystkich starwarsowych maniaków podobna atrakcja z pewnością będzie na miarę złota. Jeśli więc lubicie precyzyjne, składane z licznych części modele, pomniejszona wersja R2-D2 na pewno ucieszy Was na każdym etapie zbierania kolekcji. To z pewnością rzecz nie dla każdego, ale wiem, że znajdzie się wielu fanów, którzy sięgną po nią choćby z czystej ciekawości. I chyba nie powinni tej decyzji żałować, bo takiemu bohaterowi jak R2-D2 nie powinno się nigdy odmawiać. Po prostu nie wypada! ;-)


Za udostępnienie 3 numerów kolekcji do recenzji dziękuję wydawnictwu DeAgostini.