niedziela, 26 kwietnia 2020

RECENZJA: Star Wars. Ahsoka - E. K. Johnston


Nie jestem wielkim fanem książek z cyklu Star Wars. Choć w ciągu ostatnich dwóch dekad przeczytałem ich całkiem sporo, to tak naprawdę te, które przypadły mi do gustu mógłbym zliczyć na palcach jednej ręki. Z tego też powodu mocno ociągałem się z lekturą powieści młodzieżowej E. K. Johnston, opowiadającej o przygodach byłej padawanki Anakina Skywalkera. Ahsoka Tano to bardzo popularna dziś bohaterka serialu animowanego Star Wars. The Clone Wars. Początkowo pomysł na wprowadzenie jej do uniwersum Gwiezdnych wojen został wśród fanów przyjęty dość chłodno, lecz sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy na przestrzeni pięciu sezonów serii pokazano, jak ciekawą i dobrze skonstruowaną postacią może ona być. Pomimo niezbyt zachęcających opinii o książce Star Wars. Ahsoka postanowiłem w końcu poznać dalsze losy młodej togrutanki. Czy było warto? Już na wstępie muszę przyznać, że zaskoczenie było co najmniej pozytywne.

W powieści Johnston śledzimy losy Ahsoki, rozgrywające się bezpośrednio po finale serialu animowanego. Akcja Star Wars. Ahsoka ma miejsce dokładnie rok po powstaniu złowrogiego Imperium, które wybiło prawie wszystkich Jedi, twardą ręką sprawując władzę w galaktyce. Nieliczni pozostali przy życiu użytkownicy Mocy są zmuszeniu ukrywać się lub pozostawać na wygnaniu. Łatwo więc domyślić się, że podobny los czeka naszą tytułową bohaterkę. Była padawanka w obawie o rozpoznanie przyjmuje zastępczą ksywkę Ashla, podróżując pomiędzy planetą Thabeska, a leżącym na Zewnętrznych Rubieżach księżycem Raada. Nawiązuje tam pewne kontakty i znajomości, lecz początkowo nie jest w stanie przywiązać się na stałe do żadnego z tych miejsc. Mają w tym swój udział działania Imperium, które zdaje się podążać za naszą bohaterką, gdziekolwiek się ona pojawi. Wszystko komplikuje się w chwili, gdy dobre serce skłania Ahsokę do udzielenia pomocy rolnikom z Raady, którzy wbrew swojej woli zostają przymuszeni do pielęgnowania upraw na rzecz okupanta.

Star Wars. Ahsoka z oczywistych przyczyn skupia się na drodze, jaką przechodzi tytułowa postać. Niedoszła Jedi zostaje postawiona w sytuacji zupełnie innej od tych, jakie znamy z animacji. Jest zmuszona do polegania wyłącznie na sobie, przepełnia ją osobliwa nieufność do innych, doskonale jest też wyczuwany strach Ahsoki przed wykryciem lub schwytaniem przez Imperium. Młoda togrutanka nie byłaby jednak sobą, gdyby nie jej wewnętrzny altruizm oraz zaradność, które są katalizatorem przygód opisanych w powieści. E. K. Johnston szczęśliwie darowała sobie zanudzanie czytelnika szczegółami technologii czy innymi mętnymi zawiłościami fabuły, skupiając się wyłącznie na przygodzie i drodze swojej bohaterki. Dzięki temu Ahsoka ma szansę odnaleźć samą siebie i zrozumieć, jaka będzie jej nowa rola w odmienionym świecie. I choć początkowo akcja książki toczy się dość niespiesznie, autorka wynagrodziła mi to z nawiązką w drugiej połowie lektury. Johnston umiejętnie tworzy całą intrygę, w odpowiednich momentach odwołując się do kwestii, które zasiała w pierwszych rozdziałach książki. A całą jej pracę cechuje świetna znajomość mitologii świata Gwiezdnych wojen, co w przypadku pisarki, dla której Star Wars. Ahsoka jest debiutem w tym uniwersum, pozostaje godne odnotowania.   

Książka o Ahsoce w świetny sposób łączy jej dawne losy, z późniejszymi, znanymi z serialu Star Wars. Rebels. Ponadto, w niektórych wątkach Johnston odnosi się również do filmowej Zemsty Sithów, a nawet Nowej nadziei. Oprócz postaci całkiem nowych (Kaeden, Miara, Selda), mamy szansę spotkać tu również złowrogich Inkwizytorów (prym wiedzie tu Szósty Brat), senatora Baila Organę, droida R2-D2, czy kapitana Antillesa. To właśnie za sprawą Organy poznajemy częściowo strukturę raczkującego ruchu oporu przeciw Imperium (czyli późniejszej Rebelii). Jest to o tyle ciekawe, ponieważ jak wiemy z animacji Star Wars. Rebels, Ahsoka wkrótce stanie się ważną częścią tej organizacji. Johnston rzuca też sporo światła na kwestię mieczy świetlnych i kryształów, które są ich sercem. Jako wieloletni fan Gwiezdnych wojen wiedziałem już na ten temat sporo, jednak powieść potrafiła pokazać mi, jak wiele jest jeszcze do zrozumienia. Pomimo tych niewątpliwych (i mających  niebagatelny wpływ na całą fabułę) atrakcji, książka o przygodach naszej bohaterki skupia się na poszukiwaniu drogi i ciągłej odpowiedzialności za bezpieczeństwo bliskich jej osób. Ahsoka mierzy się z nieuchronnym przeznaczeniem w iście bohaterskim stylu, nie porzucając na pastwę Imperium mieszkańców osady, wśród których na jakiś czas odnalazła spokój i przyjaźń. 

E. K. Johnston wykonała w Star Wars. Ahsoka kawał dobrej roboty. Napisała książkę, która powinna zadowolić oddanych fanów postaci, należycie rozbudować uniwersum, a także dostarczyć czytelnikowi w pełni autonomicznej rozrywki. Całkiem możliwe, że ktoś nie będący na co dzień fanem gwiezdnej sagi, po przeczytaniu tej powieści zechce poznać wcześniejsze (lub późniejsze) losy Ahsoki. I będzie to niezłe wprowadzenie, ponieważ Johnston napisała swe dzieło tak, aby każdy wątek czy informacja ze świata Gwiezdnych wojen była w pełni zrozumiała dla kogoś, kto nigdy nie zetknął się z tym uniwersum. Star Wars. Ahsoka nie popełnia też wielu technicznych gaf. Sam znalazłem jedną, a dotyczyła ona koloru mieczy świetlnych jakie, togrutanka dostała od Anakina. Niewielki błąd, wynikający z tego, że wydarzenia te poznaliśmy dopiero teraz, w finałowym sezonie animacji. Niepotrzebnie tak długo zwlekałem z poznaniem powyższej lektury, najważniejsze jednak, że w końcu się skusiłem. I wcale tej decyzji nie żałuję, już teraz zaliczając ją do nielicznych, ulubionych pozycji z książkowego świata Star Wars. Chyba nie może być inaczej, jeśli dostałem tu wszystko za co lubię historie z odległej galaktyki. Przygoda, niebezpieczne wyzwania, wyraziści bohaterowie i odpowiednia dawka emocji to coś, za co w pierwszej chwili pokochałem Gwiezdne wojny. I w przypadku powieści o Ahsoce nie może być inaczej.


Tytuł: Star Wars. Ahsoka
Autor: E. K. Johnston
Przekład: Anna Hikiert
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 320
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł

wtorek, 21 kwietnia 2020

Lego 75275 Myśliwiec A-Wing wśród klockowych nowości maja 2020

Seria UCS (Ultimate Collector Series) cieszy się sympatią wśród fanów Lego Star Wars nie od dziś, toteż duńska firma aż dwa razy w roku wypuszcza na rynek zestawy tematyczne dla wprawionych konstruktorów. Już za chwilę, a dokładnie 1 maja 2020 premierę będzie mieć zestaw przedstawiający imponujący myśliwiec typu A-Wing (znany m.in. z VI epizodu Gwiezdnych wojen: Powrót Jedi).

Złożony z klocków model przedstawia elegancką sylwetkę statku przypominającego kształtem grot strzały. Gratką dla fanów będą autentyczne detale, w tym obracające się działa laserowe i zdejmowana pokrywa kokpitu. W komplecie jest również ruchoma podstawka do ekspozycji z plakietką informacyjną i minifigurka pilota, która sprawi, że statek będzie się jeszcze lepiej prezentował jako ozdoba domu lub biura.



Złożony z 1673 elementów zestaw Lego Star Wars myśliwiec A-Wing to ciekawe i satysfakcjonujące wyzwanie konstrukcyjne dla dorosłych miłośników Gwiezdnych wojen. Kolekcjonerski model mierzy ok. 14 cm wysokości, 42 cm długości i 26 cm szerokości, więc na pewno zrobi ogromne wrażenie jako ozdoba domu lub biura. Dostępny będzie na stronie internetowego sklepu Lego Shop@Home w cenie 899,99 zł. Choć mnie wygląd powyższego statku nigdy specjalnie nie porywał, to muszę przyznać, że w formie Lego prezentuje się co najmniej nieźle! :-)

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 27 (Porcelana tom 1, Invincible tom 7, Thorgal - Młodzieńcze Lata tom 8, Flash tom 9)

W poniższym wydaniu KzK na warsztat biorę aż cztery tytuły. Dwa z nich prezentowały ostatnio tendencję spadkową, warto więc sprawdzić, jak ich autorzy poradzili sobie tym razem. Dodatkowo, przyglądam się nowemu, intrygującemu cyklowi duetu Read/Wildgoose, a na sam koniec pędzę na spotkanie z Flashem. Ale powoli, nie spieszmy się nadmiernie. Usiądźcie wygodnie, weźcie coś do picia (lub jedzenia) i zaczynamy. :-) 


Porcelana, tom 1 - Dziewczynka

Już na wstępie wytaczam działo naprawdę dużego kalibru, a jest nim pierwszy tom cyklu Porcelana. Czym jest to wielce tajemnicze dzieło? Na pewno jedną z historii, przy recenzji których jak ognia należy unikać wyjawiania jakichkolwiek szczegółów fabuły. Napiszę więc tylko, że  jej pierwszy tom - Dziewczynka, opowiada historię młodej członkini gangu ulicznych złodziejaszków. Mała zostaje nakryta na próbie przedostania się na teren posiadłości tajemniczego maga, który w rzeczywistości okazuje się być konstruktorem, zdolnym tchnąć życie w porcelanę. Benjamin Read wykorzystuje w swym komiksie znaną z wielu interpretacji opowieść o bohaterze trafiającym do baśniowego, nierealnego świata. Kiedy opadają pierwsze zachwyty, okazuje się, że nadzieja o  szczęściu była złudna, a co gorsze, nie da się łatwo wydostać z wymarzonej krainy. Lecz to tylko niewielka część konstrukcji fabularnej, którą buduje autor scenariusza. Dziewczynka jest bowiem dziełem, które (będąc zasadniczo zamkniętą historią) skutecznie rozgrzewa szare komórki odbiorcy, zmuszając go do zastanawiania nad wykraczającą poza ramy opowieści treścią oraz sensem zaprezentowanego uniwersum.

Wszystkie te elementy osiąga Read za sprawą dość niewielu dialogów, pozwalając resztę pracy wykonać narracji wizualnej, czyli ilustracjom Chrisa Wildgoose'a. A te sprawdzają się w tej lekko niepokojącej historii doskonale, pokazując świat przedstawiony z odpowiednią dozą dystansu, balansując pomiędzy realizmem i baśniowym zawieszeniem. Pierwszy tom Porcelany pokazuje, że wciąż da się wykorzystać znane schematy do stworzenia w pełni samodzielnej historii, która nie będzie razić nadmierną repetycją. Ważne w powyższym komiksie są również dwie główne postacie, z których pierwsza (Mała) jest naszym przewodnikiem po tym niezwykłym uniwersum, natomiast druga (Wujek) stanowi formę powoli odkrywanej tajemnicy. Co jeszcze ważniejsze, żadne z nich nie jest typowym przykładem klasycznego bohatera. Oboje mają swoje wady, nie wahają się być samolubni czy okrutni. Koniec końców, to właśnie ta ich niezaprzeczalna niedoskonałość przyciąga naszą uwagę, sprawiając, że podążamy ich ścieżką aż do zaskakującego, mrocznego i nawet dość wzruszającego zakończenia. Read i Wildgoose stworzyli w Dziewczynce świetną historię i już nie mogę się doczekać jak pociągną ją dalej. Będąc świadomym trudnego zadania, jakie przed nimi stoi, gorąco polecam każdemu ten komiks.   

Tytuł: Porcelana, tom 1 - Dziewczynka
Scenariusz: Benjamin Read
Rysunki: Chris Wildgoose
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 55 zł


Invincible - tom 7

Całkiem niedawno, bo w styczniu b.r. mocno narzekałem na spadek jakości szóstego tomu serii Invincible. Wyraziłem też nadzieję, że taki stan rzeczy będzie wyłącznie przejściowy, a przy kolejnej odsłonie tytuł znów nabierze wiatru w żagle. Miałem sporo racji, bowiem najnowsza część to w większej mierze powrót do tego, za co polubiłem przygody Marka Graysona. Nawalanki jest tu już znacznie mniej (choć i tak wypełnia prawie połowę albumu), na szczęście została dobrze uzasadniona, prowadząc do suspensu, którego rozwiązanie powróci dopiero za jakiś czas. Pisząc o rozróbie mam oczywiście na myśli konflikt z Viltrumianami, którego stawką jest bezpieczeństwo wielu planet. Kiedy dramatyczne potyczki w kosmosie dobiegają wreszcie końca, seria łapie okazję, aby nieco zwolnić tempo, zbliżając nas do osobistych spraw bohaterów. Mark wraca do Eve, a Nolan nawiązuje nic porozumienia ze swoją zdradzoną żoną. Jak się okazuje, problemy na Ziemi mogą być dość przyziemne... To jednak nie oznacza, że czytanie o nich nie wywołuje żadnych emocji! 

A te są, i to nie byle jakie, w końcu Kirkman nie pierwszy raz pisze historie tego typu. Pod wpływem zaprezentowanych wydarzeń, Mark dochodzi nawet do nieoczekiwanych wniosków, mogących na zawsze zaważyć na jego powołaniu. Tyle w kwestii zdradzania fabuły, więcej spoilerów nie będzie. Sprawdźcie sami jak potoczą się losy wszystkich postaci. Chciałbym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na ciekawe cameo, jakie zaliczają dwie znane postacie z innej serii Kirkmana. Ciekawe, czy to wyłapiecie? Godnym odnotowania jest fakt cytowania w tym tomie kilku wydarzeń, które miały miejsce w seriach pobocznych z uniwersum Invincible'a. Nie są one niestety znane polskiemu czytelnikowi, lecz nie obawiajcie się - nie wpłynie to na przyswajanie treści powyższego tomu. Jak zawsze należy zwrócić uwagę na ilustracje Ottley'a - bez jego rewelacyjnej kreski, Invincible z pewnością nie byłby tym samym komiksem. A w końcu oprawa graficzna to w przypadku historii obrazkowych połowa sukcesu, prawda?  

Tytuł: Invincible - tom 7
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Image Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 368
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 109,99 zł


Thorgal - Młodzieńcze Lata, tom 8 - Bękarty

Invincible wraca do formy, a jak z podobnym zadaniem radzi sobie nowy Thorgal? Niestety, dość mizernie, choć w nowym tomie Yann kończy wreszcie historię, rozpoczętą rok temu w Sinozębym. Idzie mu to jak po grudzie, głównie przez straszne rozwodnienie treści, któremu poddał większość elementów fabuły. W Bękartach dalej śledzimy losy młodego Thorgala, za wszelką cenę próbującego uwolnić swą ukochaną Aaricię z pułapki w Danelandzie. Dziecku Gwiazd znów przyjdzie zmierzyć się z hordami nieustępliwych strażników, a także wielkim, groźnym niedźwiedziem. Oprócz tych dynamicznych zmagań czytelnik zapozna się z licznymi knowaniami oraz polityczną sytuacją na dworze potężnego, choć okrutnego Haralda. W nowym tomie nadal bardzo widoczne jest zapatrzenie scenarzysty w stylistykę martinowskiej Gry o tron. Czuje się to w ilości występujących tu postaci oraz natłoku nikomu niepotrzebnych dialogów, mocno osadzających Thorgala w realnym, historycznym świecie. Przecież wszyscy doskonale wiemy, kiedy rozgrywa się akcja tych komiksów (za pamiętnych czasów Van Hamme'a seria z powodzeniem radziła sobie bez takich sztuczek)! Jakby tego było mało, Bękarty oferują również nawiązania bardziej bezpośrednie. Wielki dół, w którym Thorgal zmuszony jest walczyć z niedźwiedziem, jest żywcem wycięty z akcji Nawałnicy mieczy, kiedy to ser Jamie ruszył na pomoc pięknowłosej Brienne. Nie wiem tylko, po co było kopiować tę sztuczkę tutaj.

Głównym grzechem tego (oraz poprzedniego) tomu jest brak angażującego zawiązania historii (poza jednym elementem), oraz skondensowanie fabuły tak, aby zmieściła się wyłącznie w jednej części. Było to oczywiście możliwe do zrealizowania, niestety Yann wybrał drogę poszerzania uniwersum. Nie służy to tak naprawdę niczemu konkretnemu, a traci na tym przede wszystkim pierwotna chęć poznania wczesnych przygód Thorgala. Główny bohater gubi się więc w całym tym gąszczu postaci i treści, nie mając zbyt wiele do roboty (poza bieganiem z mieczykiem w ręku i gorączkowych próbach odszukania Aaricii). Nie chcę jednak kopać leżącego, przyznam więc, że pomimo tych wszystkich wad Bękarty czyta się całkiem dobrze, głównie za sprawą wartkiej akcji, oraz historii z dzieciństwa Aaricii, spajającej jeden z ważniejszych wątków. Pomijając te nieliczne zalety, komiks nie daje rady osiągnąć poziomu, do którego przyzwyczaili nas jego legendarni autorzy. Na szczęście strona graficzna Młodzieńczych Lat Thorgala nie odstaje od pewnego, wypracowanego przez Romana Surżenkę poziomu, wizualnie oferując pełną słowiańskiego ducha przygodę. Wieloletnim fanów serii taki stan rzeczy musi na chwilę obecną wystarczyć, reszta świata na pewno wcale się tym nie przejmie.

Ps. Do zakończenia cyklu pozostał twórcom jeszcze jeden tom, który pośrednio przybliży nas do wydarzeń znanych ze Zdradzonej czarodziejki.

Tytuł: Thorgal - Młodzieńcze Lata, tom 8 - Bękarty
Scenariusz: Yann
Rysunki: Roman Surżenko
Okładka: Grzegorz Rosiński
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Le Lombard/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 24,99 zł/34,99 zł


Flash, tom 9 - Rachunek mocy

Zostawiamy Thorgala z jego młodzieńczymi problemami i dalej pędzimy wraz z Flashem. A biorąc pod uwagę to, co działo się w życiu naszego sprintera ostatnio (Wojna Flashów), możemy założyć, że Joshua Williamson da nam w nowym tomie choć chwilkę wytchnienia. I w pewnym sensie faktycznie tak jest, choć mylilibyście się zakładając, że Rachunek mocy jest skromnym dreptaniem w miejscu. Po katastrofalnym w skutkach wyścigu z Wally'm Westem, Barry Allen nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go, odmienioną rzeczywistością. Pojedynek uszkodził spajającą Moc Prędkości barierę mocy, na skutek czego do naszego świata przedostały się nowe, niebezpieczne siły. Wśród nich wyróżnia się szczególnie moc siły oraz moc mędrca, które opanowują ciała Trickstera i Heat Wave'a, zmieniając ich w niebezpieczne, zagrażające Central City monstra. Flash ma więc znów ręce pełne roboty, a w badaniu nowych sił oraz walce z odmienionymi złoczyńcami pomaga mu uwięziony w naszym czasie pułkownik Chłód.

Fabuła nie obfituje więc w aż tak wielkie fajerwerki jak ostatnio, bynajmniej Rachunek mocy świetnie radzi sobie z odpowiednim rozłożeniem akcentów pomiędzy akcją, a wewnętrznymi rozterkami tytułowego bohatera. Barry przedstawiony jest tu jako człowiek, który nie do końca radzi sobie z życiem w nowej rzeczywistości. Tkwi rozdarty pomiędzy brakiem dotychczasowych towarzyszy i nieznaną potęgą, która wymaga od niego podjęcia współpracy z człowiekiem, którego prawie nie zna. I za pomocą tych składowych fabuły Williamson prowadzi nas do finalnego morału opowieści, który jest pouczający tak dla Flasha jak i dla czytelnika. Co jeszcze fajniejsze, po drodze otrzymujemy kilka efektownych strać pomiędzy naszym sprinterem i zmodyfikowanymi złoczyńcami. Ilustracyjnie jest różnie. O ile akceptuję kreskę Christiana Duce'a, to już grafiki Scotta Kolinsa nie należą do moich ulubionych. Trochę przeszkadza mi nonszalancka prostota jego rysunków, na szczęście scenariusz w pełni wynagradza mi średniej jakości oprawę graficzną (połowy) tego tomu. Reasumując, Rachunek mocy jest bez wątpienia tomem godnym polecenia wszystkim dotychczasowym fanom Flasha.   

Tytuł: Flash, tom 9 - Rachunek mocy
Scenariusz: Joshua Williamson
Rysunki: Christian Duce, Scott Kolins
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiks Porcelana znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.



Nowe tomy serii Invincible, Thorgal - Młodzieńcze Lata i Flash znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


wtorek, 14 kwietnia 2020

Nowy zestaw Lego 76157 Wonder Woman vs Cheetah

Premiera filmu Wonder Woman 1984 została przesunięta na sierpień, tymczasem Lego, próbując podsycić zainteresowanie produkcją, zaprezentowało zdjęcia nowego, ściśle inspirowanego nią zestawu. 76157 Wonder Woman vs Cheetah, bo tak nazywa się set, prawdopodobnie ukazuje jedną z kluczowych w filmie scen. Przed seansem trudno jednak doszukiwać się w niej jakiegoś większego sensu... Na wszelkie odpowiedzi musimy więc cierpliwie zaczekać do wakacyjnej premiery. 


Warto wspomnieć, że zestaw będzie się składał z 371 elementów oraz trzech minifigurek (Wonder Woman, Cheetah i Max Lord). Swojego rodzaju innowacją jest sam wygląd pudełka. Nie pokazuje ono tradycyjnej fotki budowli, lecz dynamiczną grafikę walczących bohaterek. Przyznaję, że jak na Lego jest to ruch dość nietypowy. Zobaczymy, czy w przyszłości także inne produkty firmy zyskają podobną oprawę. Cena zestawu w Polsce na chwilę obecną nie jest znana (w USA będzie wynosić 39,99 $). Domyślam się, że do sprzedaży trafi on w okolicach maja b.r.





piątek, 10 kwietnia 2020

Inwazja rockowych słodkości w filmie Trolle 2 (2020)


Cztery lata temu poznaliśmy Trolle (2016), animację czerpiącą swój pomysł z serii dość tandetnych (i równie dziwnie wyglądających) zabawek. Filmy na podstawie dziecięcych gadżetów zdarzały się w Hollywood już wcześniej (np. Transformers) i bez problemu dawały radę zawojować szerokim rynkiem odbiorców. Ta cokolwiek dziwna koncepcja reanimowania zabawek sprzed lat chwyciła widzów za serca na tyle, że właśnie doczekaliśmy się kolejnej odsłony przygód owych roztańczonych, kolorowych i uwielbiających przytulanie stworków. Nie ma się co oszukiwać, zarówno Trolle jak i tegoroczne Trolle 2 to animacja przeznaczona raczej dla młodszych widzów. Co bynajmniej nie oznacza, że jedna i druga produkcja razi jakąkolwiek naiwnością czy infantylnością. Niegłupi morał, pięknie wykonana animacja i dające się lubić postacie były kluczem do sukcesu pierwszej odsłony Trolli. To jednak nie wszystko. Ważnym aspektem filmu była także ścieżka dźwiękowa, a w szczególności piosenki, które pomagały współtworzyć całą historię. Wszystko fajnie, ale czy da się stworzyć w pełni godną kontynuację filmu, bazując wyłącznie na tak zarysowanym koncepcie?

Oczywiście że nie, toteż twórcy wykazali się nie lada przenikliwością, zabierając nas do świata trolli na wycieczkę, jakiej absolutnie nie mogliśmy się spodziewać. Rezygnując z idei powielania pomysłów z pierwszej odsłony (co często skutkuje brzydkim kopiowaniem samego siebie) postanowili poszerzyć uniwersum tych przesłodkich postaci, a także skupić się na genezie muzycznych odniesień, które w pierwszym filmie odegrały dość istotną rolę. Co z tego wyszło? Okazało się, że wioska trolli nie jest jedynym miejscem, gdzie egzystują te stworki. Dawno, dawno temu, każdy klan trolli miał przypisany swój własny gatunek muzyczny. Były więc trolle rockowe, popowe (to te które już znamy), funkowe, klasyczne, country oraz techno. Niestety, w każdym dobrze zorganizowanym społeczeństwie musi kiedyś nastąpić rozłam, toteż pewnego razu poszczególne klany pokłóciły się między sobą. Rozdzieliły magiczne struny reprezentujące muzyczne style, aby w trwałej urazie rozejść się po świecie. Lata minęły i teraz Barb, królowa rockowych trolli organizuje wielkie tournee, bezwzględnie zawłaszczając struny ukryte w rozśpiewanych wioskach. Jej celem jest zjednoczenie trolli pod sztandarem jedynej słusznej, rockowej muzyki. Barb realizuje swój cel nie bacząc na to, że pozbawione strun stworki już na zawsze utracą swe ukochane dźwięki.


Jak widać, powyższy opis mówi nam dobitnie, że kwestia bergenów odchodzi w Trollach 2 w zapomnienie. Jeśli czuliście jakąkolwiek sympatię do tych wielkich, choć niezbyt urodziwych stworów, tym razem obejdziecie się smakiem. Walt Dohrn zabiera nas w podróż, w trakcie której wraz z Poppy, Mrukiem i resztą ich roztańczonych przyjaciół przemierzymy cały baśniowy świat, starając się ostrzec inne trolle przed nadchodzącym zagrożeniem. Pomysł z eksploracją uniwersum był strzałem w dziesiątkę, ponieważ pozwolił twórcom na nowo zainteresować mnie tematyką trolli. Ponadto, odwołał się też się do historii i kształtu muzyki rozrywkowej, które od wielu dekad oddziałują na wielbicieli współczesnej popkultury. Muzyka jest tu oczywiście tematem przewodnim, który pozwolił na kreatywną zabawę treścią, przemycając niebanalny morał. Świetnie wypada prezentacja muzycznych krain zamieszkanych przez różnorakie trolle. Widać serce włożone w poszczególne aspekty realizacyjne animacji, pozwalające na ukształtowanie tychże osad czy ich barwnych mieszkańców (brawa za Ozzyego Osbourne'a w roli ojca Barb oraz George'a Clintona i Mary J. Blige jako rodziców czworonożnego Coopera). Każda z nich posiada łatwo rozpoznawalny styl i charakter. Biorąc pod uwagę indywidualne upodobania, każdy widz odnajdzie krainę, która jest bliska jego sercu. Moje ulubione to świat rockowych i funkowych trolli. Najfajniejszym pomysłem był jednak wprowadzony wątek łowców nagród, reprezentujących poboczne, często dyskusyjne style muzyki. Przyznam, że takiej porcji świadomego humoru nie spodziewałem się po tej kontynuacji.    

Rozwój elementów muzycznych oraz samego uniwersum to jednak nie wszystko. Trolle 2 raczą widza także istotnym morałem, który mówi nam, jak ważna w życiu jest różnorodność oraz umiejętność trwałej, kreatywnej współpracy. To co najpiękniejsze jest i tak ukryte w naszych sercach, a zdolność współdziałania w grupie jest ważniejsza niż wymuszony głos jedności. Do tego wszystkiego dochodzi kwestia uczucia, którym darzy Poppy jej wierny przyjaciel, Mruk. Młoda władczyni uczy się więc, że słuchanie innych jest tak samo ważne dla sprawowania władzy, jak i zrozumienia bliskich. Animacja raczy widza swym pięknem w najczystszej formie. Film wygląda po prostu genialnie, a wszystkie kolory, miękkie powierzchnie i różnorodne kształty powodują, że chce się je dosłownie zjeść. Trolle 2 cechuje prawdziwy przepych realizacyjny. Aby wychwycić wszystko co widać na ekranie, potrzeba drugiego albo nawet trzeciego seansu. I ja najpewniej taki odbędę, bo film naprawdę mnie urzekł. To nie tylko genialna filmowa kontynuacja, która bazując na prościutkim pomyśle, potrafiła pokazać jak wiele interesujących warstw ma do odkrycia. Dzieło Walta Dohrna działa też pod względem dydaktycznym, mieszając naukę i morał z prawdziwie musicalowym zacięciem. I choć ciężko tu szukać jakiejś niepodrabialnej chemii pomiędzy postaciami, albo rozwiązań fabularnych atrakcyjnych dla starszego widza, pod każdym innym względem animacja ta staje na wysokości powierzonego jej zadania. I z pewnością znajdzie się wśród moich ulubionych produkcji z gatunku w 2020 roku, bo co jak co, ale czasu z nią spędzonego nie mogę uznać za stracony. Dlatego też polecam ją szczególnie tym z widzom, którym nieobca jest historia muzyki popularnej ubrana w prawdziwie baśniowe i rozśpiewane barwy.    



Tytuł: Trolle 2 (Trolls World Tour)
Scenariusz: Jonathan Aibel, Glenn Berger
Reżyseria: Walt Dohrn
Obsada (dubbing): Anna Kendrick, Justin Timberlake, Rachel Bloom, James Corden, Ron Funches, Kelly Clarkson, Sam Rockwell, George Clinton, Mary J. Blige, Kunal Nayyar
Wytwórnia: DreamWorks Animation
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 10 kwietnia 2020 (serwisy VOD)
Czas trwania: 90 min.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

RECENZJA: Na ostrzu noża - Patrick Ness


Patrick Ness zabiera nas w podróż do świata, w którym nie ma kobiet, a wszystkie żywe stworzenia słyszą swe myśli w niemilknącym strumieniu słów i wizji zwanych Szumem. To tu, w otoczonej bagnami, niewielkiej osadzie Prentisstown poznajemy Todda Hewitta, wychowywanego przez dwójkę mężczyzn, będących niegdysiejszymi przyjaciółmi jego rodziców. Tuż przed swymi trzynastymi urodzinami chłopak dowiaduje się, że mieszkańcy wioski coś przed nim ukrywają. Coś na tyle przerażającego, że Todd zmuszony zostaje do nagłego opuszczenia wioski. Podczas karkołomnej ucieczki natrafia przypadkiem na zagubioną, samotną dziewczynę - istotę, którą znał dotąd wyłącznie z opowieści. Co jeszcze dziwniejsze, wkrótce okazuje się, że chłopak w ogóle nie słyszy jej myśli... I to w zasadzie wszystko co mogę zdradzić z fabuły Na ostrzu noża. To jedna z tych powieści, przy których należy zachować szczególną ostrożność w odkrywaniu wątków, aby nie zepsuć pożądanego efektu zaskoczenia.     

Książka Nessa to pierwsza część cyklu nazywanego Ruchomym chaosem, na który składają się trzy powieści i tyle samo nieco krótszych opowiadań (dwa prequele i jeden sequel). Choć w USA tytuły tego typu zalicza się do kategorii young adult (przeznaczone dla starszej młodzieży), starsi czytelnicy mogą być spokojni - ta książka przeznaczona jest również dla nich. Szczęśliwie nie jest to jedna z tych cienkich opowiastek dla dorastających dziewuszek, które w ostatniej dekadzie zdobyły wielką popularność dzięki słynnym ekranizacjom. Na ostrzu noża jawi się jako powieść na bardzo wysokim poziomie, do tego lekka i naprawdę emocjonująca. Została napisana w sposób w pełni uniemożliwiający oderwanie się od lektury. Czy można chcieć czegoś więcej? Już same te pochwały powinny zachęcić każdego do sięgnięcia po ten tytuł, lecz aby nie być gołosłownym, przybliżę dokładniej, co tak bardzo mnie w nim ujęło.

Na ostrzu noża to historia posiadająca niezwykłe tempo. Za sprawą nieustannej ucieczki, jakiej poddana jest trójka głównych bohaterów (tak, trójka - zdaje się, że oprócz tajemniczej Violi zapomniałem wspomnieć o Manczim, psim towarzyszu Todda), ani na chwilę nie słabną w niej wszelkie emocjonujące wydarzenia. Jak można się domyślić, to właśnie one są głównym motorem fabularnym powieści. Od jednej przeszkody do drugiej, od nowej przygody aż po do kolejne tarapaty - możecie być pewni, że akcja ani na chwilę nie zwolni tempa. Co naturalnie aż do bólu przeciągnie uzyskanie odpowiedzi na wszelkie pytania, jakie będą chodzić czytelnikowi po głowie. Strzępki wyjaśnień serwowane są przez autora w iście mistrzowski sposób. Stosuje on zasadę dwóch kroków do przodu i jednego wstecz. Dręcząc naszą ciekawość, z uporem sadysty tworzy kolejne, trzymające w napięciu sekrety. Na rozwiązanie najważniejszych z nich przyjdzie pora dopiero na sam koniec lektury. Warto też zauważyć, że skrupulatnie zaplanowany finał nie pozbawi nikogo frajdy z czytania kontynuacji (a czasem miałem takie obawy). Ness kończy pierwszy tom tak okrutnym suspensem, że odbiorcy nie pozostaje nic innego, jak tylko uzbrojenie się w cierpliwość i baczne wypatrywanie kolejnego tomu.

Na ostrzu noża to powieść dość brutalna, podobnie jak zaprezentowany w niej świat. Niewiele postaci może czuć się tu bezpiecznie, zagrożenia dla bohaterów wynikają z ich niewiedzy, jak i specyfiki całego uniwersum. Świetnie kontrastuje to z prezentacją głównego złoczyńcy. Aaron, pastor z Prentisstown to niezwykle metodyczne, w pełni obłąkane indywiduum. Z niesamowitym uporem dąży do osiągnięcia celu, wywołując w nas ciągły dreszcz emocji. W kontraście do jego zachowań stoi usposobienie Todda i Violi, którzy podczas swej wyprawy robią wszystko, aby tylko zachować człowieczeństwo. Ich zmagania z trudami wędrówki zyskują osobliwe światło w ujęciu poszukiwania nadziei, której idea pojawia się w tej historii nader często. Ciągłe wątpliwości i zaniżanie swej wartości (domena Todda) idzie w parze z pomysłowo wyłożonym morałem historii. Sprowadza się on do tego, że często sami nie zdajemy sobie sprawy z własnej siły czy umiejętności. W tym ujęciu postacie Todda, Violi, a nawet Mancziego, jawią się jako prawdziwi, godni naśladowania bohaterowie.

Patrick Ness oddał w nasze ręce powieść, którą czyta się wprost doskonale. Nie zanudza długimi opisami, skupia się wyłącznie na tym co ważne, raz po raz przechodząc do konkretów. I choć widać w tym wszystkim zamysł jak najdłuższego utrzymania czytelnika na krawędzi fotela, da się wybaczyć autorowi ten dostrzegalny schemat. Dynamiczna fabuła wynagradza jakiekolwiek niedogodności, sprawiając, że autentycznie zżywamy się z bohaterami, angażując w ich troski i kłopoty. Hollywood najwyraźniej uznało, że Na ostrzu noża to historia godna filmowej adaptacji. Ruchomy chaos zagości w kinach całego świata wraz z początkiem przyszłego roku. W roli Todda Hewitta zobaczymy Toma Hollanda (Spider-Man: Daleko od domu), a Violę Eade zagra (znana z Gwiezdnych wojen) Daisy Ridley. Niewątpliwie trudnym zadaniem będzie ukazanie zasady działania Szumu, lecz nie tracę wiary w talent Douga Limana, który odpowiada za reżyserię tej produkcji. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że przed premierą filmu poznamy resztę losów Toma i Violi, opisanych w dwóch kolejnych tomach.


Tytuł: Na ostrzu noża
Autor: Patrick Ness
Przekład: Agnieszka Hałas
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 488
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 42,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.