wtorek, 26 maja 2020

Mermay od Meago, czyli majowe syrenki na 31 sposobów!

Meago, czyli Magda Kania (ilustratorka komiksowych serii Delisie i Emilka Sza) bierze w tym miesiącu udział w instagramowym projekcie, nazwanym #mermay. Cóż to za dziwna nazwa i o co w tym wszystkim chodzi? Zabawa polega na tym, aby każdego majowego dnia przygotować rysunek syreny nawiązujący do danego hasła. Poniżej przedstawiam wybrane prace Magdy z jej profilu na Instagramie, który polecam Wam bacznie śledzić. Znajdziecie tam nie tylko więcej syren związanych z inicjatywą, ale też wiele innych, wspaniałych grafik artystki. :-)

Celebration

Adrift

Star Wars

poniedziałek, 25 maja 2020

RECENZJA: Star Wars. Thrawn - Timothy Zahn


Wielki admirał Thrawn. Postrach galaktyki, genialny strateg i wybitny dowódca złowrogiego Imperium. Człowiek-orkiestra, rozbudzający wyobraźnię wielu fanów Gwiezdnych wojen, w szczególności tych, którzy swą miłość do serii okazują, pochłaniając książki z tzw. expanded universe. Prawie każdy z nich wielką estymą darzy autorski cykl Timothy'ego Zahna, zwany Trylogią Thrawna (Dziedzic Imperium, Ciemna strona Mocy, Ostatni rozkaz), a także dylogię Ręka Thrawna (Widmo przeszłości, Wizja przyszłości). Niestety, wraz z odstąpieniem praw autorskich wytwórni Walta Disney'a, tytuły te zasiliły serię Star Wars Legendy, czyli pozycji nie uznawanych już za kanoniczne. Na szczęście, po kilku latach autor wyszedł oczekiwaniom fanów naprzeciw, pisząc na nowo historię admirała, która rozpoczyna się wraz z książką Star Wars. Thrawn. Urzeczony wysoką jakością powieści E. K. Johnston Star Wars. Ahsoka, postanowiłem sięgnąć i po ten tytuł, chcąc sprawdzić, jak spodoba mi się kolejna opowieść z odległej galaktyki.

Napiszę to od razu - Star Wars. Thrawn nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak książka Johnston, ale i tak zapewnił sporo całkiem przyjemnej rozrywki. Efekt ten osiągnął Zahn poprzez zajmujące ukazanie drogi tytułowego dowódcy, jak i przedstawienie sytuacji w fantastycznym świecie oczami antagonistów. Niewątpliwym plusem jest też kolejność zdarzeń. Mitth'raw'nuruodo (tak w ojczystym języku Chissów brzmi imię Thrawna) poznajemy jako skazanego przez własny lud wygnańca, odnalezionego przez siły Imperium na jakiejś zapomnianej przez Boga planecie. Za sprawą swej niezwykłej przenikliwości i zdolnościom analizowania oraz planowania wszystkiego w najmniejszych szczegółach, Thrawn wkrótce zaczyna piąć się po szczeblach kariery w imperialnej flocie. Od samego początku wielką frajdę sprawiało mi obserwowanie zamysłu, z jakim tytułowy bohater dokonuje wszystkich swych śmiałych posunięć. Będący zawsze dwa kroki przed resztą oficerów, skupiony i pewny swego, czerwonooki Chiss szybko staje się naszym ulubieńcem, bez względu na oczywiste zło organizacji, którą reprezentuje.

Thrawn nie jest jedynym bohaterem powieści Zahna. Tak naprawdę pełni funkcję jednej z trzech najważniejszych postaci, ponieważ oprócz jego zmagań obserwujemy losy i drogę młodego kadeta Eli Vanto oraz Arihndy Pryce, dobrze znanej z serialu animowanego Star Wars. Rebels. Ten pierwszy, przydzielony Thrawnowi na samym początku historii jako tłumacz i pomocnik, jest kimś na kształt naszego przewodnika po książkowym świecie (reprezentując ciekawość i pasję w poznawaniu nowych przygód przez pogrążonego w lekturze odbiorcę). Autor świetnie splata ze sobą losy tych trzech postaci, uzupełniając ogrom gwiezdnowojennego świata, a także rozwijając losy bohaterów sagi, których znamy z innych mediów (tu w szczególności dobrze wychodzi mu wątek przyszłej gubernator Pryce z Lothal). Dzięki zdolnościom autora, mamy możliwość ujrzeć Imperium niejako "od kuchni", jednak na największe brawa zasługuje pokazanie drogi bohaterów tak, że prawie w ogóle nie oceniamy ich jako "tych złych". Zahn prezentuje czytelnikowi ich pasje, wszelkie możliwe dylematy, a poprzez liczne zdarzenia czy przeciwności jakimi są poddawani, buduje ich wizerunek jako pełnokrwistych postaci, z którymi naturalnie (i dość łatwo) się utożsamiamy.    

Pomimo sporego fabularnego udziału Vanto i Pryce, przenikliwy Thrawn stale pozostaje w centrum głównego zainteresowania odbiorcy. Kapitalnym pomysłem twórcy było zamieszczenie w każdym rozdziale notatek z przemyśleniami admirała, które już same w sobie są cenną lekcją strategii i nauki o wrogach. Śledząc zamierzenia Thrawna, podziwiamy jego zdolność trafnej oceny sytuacji, którą bohater zyskuje przez analizę wielu czynników, niewidocznych dla jednostek postronnych. Na szczęście, pomimo naturalnego niedowierzania, wszystkie plany admirała nabierają oczywistego sensu, kiedy odsłoni on przed nami wszystkie karty. Zahn w swej powieści ukazuje też skomplikowany i bezwzględny aparat relacji na różnych szczeblach władzy w Imperium. Thrawn, ale w szczególności Arihnda Pryce muszą nagimnastykować się i poświęcić wiele, aby stanąć w miejscu, do którego zmierzają. I choć fabuła ukazuje ich jako bardzo ciekawych dla czytelnika, nie można tego samego powiedzieć o zasadach świata w którym przyszło im się poruszać. Imperium to nadal zła, bezwzględna machina, za nic mająca sobie swobodę i wolność obywateli. 

Timothy Zahn w Star Wars. Thrawn zaskoczył mnie sposobem przedstawiania historii, mnogością wydarzeń oraz dobrze skonstruowanymi postaciami. Czytało się to wszystko nieźle, jednak jako minus uznaję pewnego rodzaju monotonię w przedstawianiu niektórych wydarzeń. Były tu momenty, które pochłaniały mnie bez reszty, lecz po nich następowała fala nużących, z mojego punktu widzenia niepotrzebnych dywagacji na temat struktur świata przedstawionego lub sytuacji poszczególnych postaci. Potrafiły one mocno zachwiać dynamiką treści. Na szczęście ogólny kształt książki sprawił, że lekturę uznaję za udaną, głównie za sprawą czynników, o których wspomniałem wcześniej. Zahn ciekawie uzupełnił część nieznanych zdarzeń z uniwersum, sensownie łącząc je z filmami, ale chyba najbardziej z serialem Star Wars. Rebels, do którego powieść częściowo nawiązuje (choć absolutnie nie należy jej traktować jako prequel). Nietuzinkowi, podejmujący trudne decyzje bohaterowie, sporo wojennych zmagań floty w kosmosie oraz złożoność imperialnego świata to niewątpliwe zalety Star Wars. Thrawn. Jeśli właśnie tego szukacie w opowieściach fantastycznych z odległej galaktyki, ta książka będzie na pewno dla Was.    


Tytuł: Star Wars. Thrawn
Autor: Timothy Zahn
Przekład: Anna Hikiert
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 592
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 44,99 zł

niedziela, 24 maja 2020

Komiksowa gra karciana Kajko i Kokosz - Szkoła latania


Zapraszam do Mirmiłowa na małą partyjkę gry karcianej Kajko i Kokosz - Szkoła latania! Do rozpoczęcia zabawy potrzeba będzie od dwóch do sześciu osób, kilkadziesiąt minut wolnego czasu i bardzo dużo dobrego humoru. Reszta znajdzie się sama, bo przy dobrych, prostych grach szybko znikają wszelkie troski i zgryzoty. 

Kajko i Kokosz - Szkoła latania to karcianka stawiająca na taktykę i ryzyko. Współzawodnicy będą starali się przebić pozostałych uczestników zabawy wyższymi wartościami kart, jednocześnie starając się pozbyć jak największej ich ilości z własnej talii. Zasady są bardzo proste i wystarczy pięć minut do przyswojenia ich w stopniu umożliwiającym zabawę. Autor gry zadbał aby rozgrywka odbywała się na dwóch opcjonalnych płaszczyznach. Można rozegrać standardową wersję partyjki, albo urozmaicić ją dodatkowymi, specjalnymi kartami dla zaawansowanych. Tę opcję polecam wypróbować dopiero po kilku zwykłych rozdaniach. 


Na dodatkową uwagę zasługuje oprawa graficzna gry. Wizerunki postaci i przedmiotów zaczerpnięte zostały z oryginalnego komiksu Janusza Christy. Wyglądają po prostu przepięknie, a ich jakość mówi sama za siebie. Jedyną kwestią, do której mogę się przyczepić jest ich mniejszy rozmiar (ale z zamyśle przygotowane zostały dla młodszego gracza, o nieco drobniejszych dłoniach). Obojętnie jakich wartości kart będzie się używać, za każdym razem uśmiech na twarzy wywołają wizerunki Kajka, Kokosza, Mirmiła, Hegemona czy czarownic z tytułowej szkoły. 

Kajko i Kokosz - Szkoła latania to gra nieomal na każdą okazję, zapakowana w niewielkie, sztywne pudełko, które bez problemu zmieści się w większej kieszeni (o plecaku czy walizce nie wspominając). Można zabrać ją więc dosłownie wszędzie i jeśli tylko pojawi się potrzeba, rozegrać małą partyjkę, myślami przenosząc się na strony ulubionego komiksu. Komiksu, który jest przecież jedną z lektur szkolnych (więc dzieciaki złapane przez nauczycielkę na lekcji podczas grania, powinny łatwo wyłgać się z opresji). Polecam. Niska cena, staranność wykonania i niewątpliwe walory rozrywkowe to cechy, które sprawiają, że warto mieć tę grę. 



Tytuł: Kajko i Kokosz - Szkoła latania
Wydawca: Egmont Polska
Autor gry: Reiner Knizia
Typ gry: strategiczna gra karciana
Ilość graczy: 2-6
Ograniczenie wiekowe: 7+
Czas rozgrywki: około 30 minut
Cena pudełkowa: 34,99 zł


Grę Kajko i Kokosz - Szkoła latania znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


czwartek, 14 maja 2020

RECENZJA: Wśród gwiazd - Brandon Sanderson


Wraz z Brandonem Sandersonem i bohaterką jego kosmicznego cyklu Skyward, powraca drugi tom Wśród gwiazd. Pamiętacie jak Spensa próbowała dowiedzieć się czegoś na temat domniemanej zdrady ojca, który podczas działań defensywnych kompanii zaatakował własny oddział? Determinacja dziewczyny pozwoliła jej nie tylko odkryć część prawdy na temat ukrywanych przed nią wydarzeń, ale też zostać jednym z najlepszych pilotów całego SPŚ. Teraz, wraz z przemądrzałym (ale też niezwykle sympatycznym) komputerem pokładowym M-Bot'em, ma szansę na ostateczne zwycięstwo nad Krellami, pastwiącymi się nad ukrytymi na Detritusie resztkami ludzkości. Nieoczekiwanym sojusznikiem Spin okazuje się wbrew swej woli przedstawicielka obcej cywilizacji, która dziwnym trafem dociera na planetę. Dziewczyna wykorzystuje pomysł przyjaciela, aby zinfiltrować bazę Zwierzchnictwa i wykraść z niej cenny hipernapęd. Tak w zarysie przedstawia się główna oś fabularna drugiej części cyklu. Jednocześnie dowodzi ona mojej tezy z recenzji Do Gwiazd, że Sanderson podczas kolejnego spotkania ze Spin nie zaoferuje nam pustej powtórki z rozrywki, obdarowując zupełnie nowymi, niezwykle pasjonującymi wątkami. Nie pomyliłem się, autor nie raz już dowiódł swej niezwykłej kreatywności. Śmiało można więc zaufać jego talentowi, zanurzając się w odmęty akcji i przygody w raz z ulubioną bohaterką.
   
Sanderson w powieści Wśród gwiazd wrzuca nas od razu w sam środek akcji. Nie bawi się we wstępy, nieomal natychmiast przechodzi do rzeczy. Dzięki temu ma się wrażenie oglądania kolejnego odcinka serialu, który zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatni nagle się skończył. Na szczęście wszystko odbywa się bez straty dla czytelników nie znających pierwszego tomu serii. Już na trzeciej stronie książki autor szybko i konkretnie tłumaczy co i jak, dzięki czemu można śledzić przygody Spensy bez najmniejszych problemów. Twórca umiejętnie rozwija uniwersum, pokazując, że wyjaśnienie kilku kwestii z Do gwiazd było zaledwie wstępem do tego bogatego, fascynującego świata. Mitologia i tajemnice Detritusa przyjmują zupełnie nowe kształty, kiedy wraz z bohaterami odkrywamy kolejne kwestie dotyczące przeszłości ludzi w kosmosie oraz struktur panujących w gwiezdnych odmętach. 

Oprócz wielu różnorodnych walorów rozrywkowych, Sanderson podejmuje w powieści polemikę dotyczącą ludzkiego charakteru i usposobienia. Autor pyta na ile nasze emocje i brutalna, często destrukcyjna natura mogą być postrzegane jako wyłącznie negatywne cechy. Nie daje na to jednoznacznej odpowiedzi, zamiast tego ukazuje możliwość istnienia dwóch stron medalu. To co czasem może służyć złu, niejednokrotnie stanowi o wartości cech posiadanych przez nasz gatunek. Emocje, nawet te najbardziej gwałtowne pomagają przekraczać granice, a także mobilizować jednostki do obrony swych najbliższych. Oczywiście, wszystkie te czysto filozoficzne rozważania podane są czytelnikowi opakowane w niesamowicie wciągającą akcję, prowadzoną przez bohaterkę, która uczy się podejmując trudne, ale i konieczne decyzje.

Sanderson w interesujący sposób prowadzi czytelnika przez genezę prawdziwego bohaterstwa. I pomimo tego, że Wśród gwiazd to bardzo typowa książka science-fiction, znalazło się tu miejsce dla wspomnienia o faktach z historii naszego (mocno oddalonego w czasie od akcji powieści) świata. Dotyczą one to jednego z najbardziej niedocenionych bohaterów ubiegłego wieku, Stanisława Pietrowa. Człowiek ten w 1983 roku pełnił funkcję dyżurnego w centrum wczesnego ostrzegania WOP ZSRR. Jego zadanie polegało na informowaniu o użyciu broni nuklearnej przez USA. Nie zwiedziony błędnymi odczytami radarów postąpił wbrew odgórnym rozkazom, wstrzymując alarm. Dzięki temu ocalił cały glob od katastrofy wojennej na niewyobrażalną wręcz skalę. W ten sposób autor dobitnie uzasadnia swą tezę, że prawdziwy bohater nie wybiera swych zadań. Zawsze wchodzi w ciemność i stawia czoło temu, co nadejdzie. Spensa w tej odsłonie serii także musi zrozumieć tę lekcję.

Wśród gwiazd to fantastyczna młodzieżowa książka, czarująca bogactwem świata przedstawionego, wieloma kolorowymi postaciami (kilka obcych raz wykreowanych zostało naprawdę pomysłowo!) oraz niezwykle dynamiczną akcją. Po raz kolejny zdumiewa mnie, jak umiejętnie autor kreuje w niej wytwory własnej wyobraźni, ukazując je czytelnikowi w przystępny i niezwykle atrakcyjny sposób. Rzadko zdarza się, aby kolejny tom tak mocno odstawał poziomem od swego znakomitego poprzednika, ale druga część losów Spin jest naprawdę trzy razy lepsza od Do Gwiazd. Mniej tu technologicznej szczegółowości oraz nieco nużących lotniczych zmagań, a więcej przygody, humoru i elektryzującego napięcia. Skyward okazuje się być świetną przygodą dla wszystkich fanów kosmosu, w której Sanderson pokazuje jak lekko i pomysłowo można pisać dzisiejsze science-fiction. Fanów pisarza na pewno nie trzeba do tego przekonywać, pozostali odbiorcy powinni zaufać moim entuzjastycznym słowom. Tym bardziej, że to jeszcze nie koniec przygody!       


Tytuł: Wśród gwiazd
Autor: Brandon Sanderson
Przekład: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 532
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 45 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


poniedziałek, 11 maja 2020

Książeczki i łamigłowki Lego® Harry Potter™ (Wizarding World™) od wydawnictwa AMEET

Wydawnictwo AMEET znów sprawiło wielką niespodziankę najmłodszym fanom Harry'ego Pottera oraz klocków Lego. Na rynku pojawił się prawdziwy wysyp interesujących książeczek. Pozwolą one małoletnim sympatykom czarodzieja opowiedzieć jego przygody za pomocą naklejek, rozwiązać kreatywne łamigłówki, a nawet zdobyć kilka minifigurek przedstawiających ulubionych bohaterów czarodziejskiego świata! 




Lego® Harry Potter™. Przygody w Hogwarcie oraz Lego® Harry Potter™. Czas na magię, to niemal klasyczne już wydania, prezentujące pełną gamę labiryntów, kolorowanek i zadań przeznaczonych do logicznego rozwiązywania. Pierwszy zeszyt koncentruje się na zdarzeniach z filmu Harry Potter i Więzień Azkabanu (2004), drugi przybliża przygody opowiedziane w obrazie Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002). Niewątpliwym plusem obu tytułów AMEETU są bajecznie kolorowe ilustracje, mocno stylizowane na klockową modłę. Wspaniałym dodatkiem będą oczywiście minifigurki Hermiony i Rona, wraz z dołączonymi do nich magicznymi akcesoriami. Obie pozycje przeznaczono dla dzieci powyżej sześciu lat.

* * * * * * * * * * * * * *

Dla najmłodszych fanów naklejkowego szaleństwa prawdziwą gratką będzie Lego® Harry Potter™. Turniej Trójmagiczny. Ten zeszyt o podwójnej grubości zawiera ponad 500 naklejek, przeznaczonych do dowolnego użycia lub uzupełnienia zadań, zamieszczonych w środku wydania. Tu akcja łamigłówek koncentruje się na treści filmu Harry Potter i Czara Ognia (2005), przywołując najbardziej pamiętne sceny i postacie. Oczywiście, wszystko utrzymane jest w fantastycznej, klockowo-minifigurkowej formie. Na osobną uwagę zasługuje kolejność przedstawionych zadań, która ułożona została tak, aby dać maluchom wrażenie brania udziału w prawdziwym turnieju. W tym tytule granica sugerowanego wieku zaczyna się od sześciu lat.

* * * * * * * * * * * * * *


Lego® Harry Potter™. Czarodzieje z Hogwartu. Przewodnik odpowie na wszystkie pytania Waszych pociech, na które sami nie znaliście odpowiedzi. Kim są najbardziej znani czarodzieje z uniwersum powieści i filmów J. K. Rowling? Teraz możecie poznać ich wszystkie sekrety! Książeczka autorstwa Samanthy Swank przybliża losy najbardziej rozpoznawalnych postaci, takich jak Harry, Hermiona czy Ron, ale również ich przyjaciół, nauczycieli czy dalszych krewnych. Jaki jest największy sekret Severusa Snape'a? Który czarodziej wygrał aż pięć razy plebiscyt na najpiękniejszy uśmiech tygodnika Czarownica? Jak nazywała się czwórka założycieli Hogwartu? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedzi w tej wydanej w twardej oprawie, bogato ilustrowanej książeczce. Jest ona przeznaczona dla dzieci umiejących samodzielnie czytać. Młodszych z tajemnicami magii będą musieli zaznajomić ich rodzice.

* * * * * * * * * * * * * *


Na koniec zostawiłem chyba najciekawszą wizualnie pozycję. Lego® Harry Potter™. Zestaw książek z klockami Lego to cokolwiek tajemnicze, metalowe pudełko, zawierające aż cztery książeczki, komplet naklejek oraz minifigurkę Harry'ego Pottera (wraz z miotłą i sową Hedwigą). Zawartość tych publikacji jest dość zbliżona do tego co znalazło się w Lego® Harry Potter™. Przygody w Hogwarcie czy Lego® Harry Potter™. Czas na magię. Tym co wyróżnia powyższe wydanie od reszty, jest mniejszy, bardziej przejrzysty format oraz unikalne, kolekcjonerskie pudełko z wytłoczoną podobizną najulubieńszego czarodzieja Waszych pociech. Do zestawu dołączono pięć arkuszy naklejek, służących do wypełnienia zadań z poszczególnych książeczek. Magiczne pudełko sprawi wiele frajdy i kreatywnej zabawy dzieciakom powyżej sześciu lat. Samo w sobie może być interesujące dla starszych kolekcjonerów.


Za udostępnienie publikacji z serii Lego® Harry Potter™ do recenzji dziękuję wydawnictwu AMEET.


czwartek, 7 maja 2020

Wędrówki po Krainie Kleksów na Instagramie!

Są takie polskie, niezapomniane komiksowe serie, które pomimo śmierci swych twórców powinny być kontynuowane. Przecież nie ma nic wspanialszego od radości, którą mogą one dać kolejnym pokoleniom odbiorców. Oficjalnym ciągiem dalszym może poszczycić się Kajko i Kokosz, fanowskiego ujęcia doczekał się również Binio Bill. Wszystko super, ale co z Jonką, Jonkiem i Kleksem? Jak się okazuje, z nimi też wszystko w porządku, ponieważ znalazł się godny następca dziedzictwa Szarloty Pawel! Paweł Przygoda, znany użytkownikom Instagrama jako w_p_k_k od jakiegoś czasu na swoim profilu prezentuje komiks, zatytułowany Wędrówki po Krainie Kleksów. Przygoda to oddany fan twórczości Mistrzyni Pawel, który jeszcze w dawnych czasach na jej komiksach sam uczył się podstaw czytania. Pasjonują go prace w stylu cartoon, a zachęcony przez życzliwych ludzi z magazynu Akt (w szczególności Krzysztofa Churskiego) postanowił pokazać światu swoje wspaniałe prace.

Trzeba przyznać, że przygody Kleksa w jego interpretacji są nie tylko rewelacyjnym hołdem dla zmarłej niedawno ilustratorki, ale stanowią też w pełni naturalną i wielce udaną kontynuację. Jak twierdzi sam autor, swojego czasu były nawet prowadzone rozmowy na temat przejęcia pałeczki po niezapomnianej artystce. Zaowocowało to publikacją komiksu w upamiętniającym jej twórczość, specjalnym wydaniu Aktu (nr 20). Wędrówki po Krainie Kleksów zaplanowane są na około 45 odcinków (publikowane trzy razy w tygodniu), ale jak twierdzi autor, wciąż przybywa mu pomysłów, więc nie wszystko jest jeszcze przesądzone. Zobaczcie jak świetny komiks rysuje dla nas Paweł Przygoda i nie zapomnijcie odwiedzić (i regularnie śledzić) jego profil na Instagramie.






środa, 6 maja 2020

RECENZJA: Mrok we krwi - Paweł Kopijer


Kiedyś na blogu pisałem, jak niewdzięczny jest dla wszystkich pisarzy gatunek fantasy. To dość specyficzna odmiana fantastyki, która rządzi się określonymi prawami, rodząca trudności przy próbach zaoferowania czegoś nowego. Podobnie jak w klasycznym rock'n'rollu, nurt ten często zawodzi na gruncie ogólnie rozumianego rozwoju, czy nowatorskiego ujęcia treści. W obecnych czasach na wielkie uznanie czytelników zasłużyli wyłącznie ci twórcy, którzy pomimo wymagającej stylistyki, umiejętnie poradzili sobie z jej materią. Do moich mistrzów gatunku należą oczywiście George R. R. Martin czy Brandon Sanderson, choć oczywiście nie tylko im udało się opanować sztukę kreowania fantasy w swoich nowych powieściach. Nie jestem bynajmniej strasznie wymagającym czytelnikiem, od fantasy oczekuję więc przede wszystkim dobrej przygody, popartej kreatywnym ujęciem świata przedstawionego. Jako fan gatunku co jakiś czas sięgam więc po nowe, obiecujące tytuły i w ten właśnie sposób natrafiłem na książkę Mrok we krwi autorstwa Pawła Kopijera.

Czy jest to całkowicie nowe, w pełni innowacyjne fantasy? Oczywiście, że nie. Czegoś podobnego nawet po tym tytule nie oczekiwałem, autor jest wszak debiutantem na gruncie klasycznej fantasy. Powyższe bynajmniej nie wyklucza wielkiej przyjemności z lektury książki. Mało tego, podczas zgłębiania jej treści znalazłem pewne istotne elementy, które sprawiają, że wyróżnia się ona na tle innych, niekoniecznie wartościowych tytułów. O tym za chwilę. Pierwsze wrażenie wskazuje jednoznacznie, że czytelnicy będą mieli w Mroku we krwi do czynienia z bardzo standardową, wręcz ograną historią. Znajdujemy tu dwie krainy (Elise i Amadal), każda rozdzielona bezmiarem mórz, ukryto jednak połączenie pomiędzy nimi, znajdujące się na zabezpieczonym przed wścibskimi oczami terytorium. W jednej krainie magia funkcjonuje w najlepsze, w drugiej została zakazana za sprawą dawnego traktatu. W takich okolicznościach przyrody poznajemy dwójkę głównych bohaterów - dziewczynę imieniem Skra oraz dziwnego młodzieńca zwanego Noranem. Ona w pocie czoła szkoli się na szamankę (Szarim), on od dawna para się zabijaniem za pieniądze. Znacie to? Pewnie, że tak. Ale mimo wszystko warto spróbować poczytać o tym jeszcze raz.

Kopijer w swej powieści nie odkrywa może Ameryki, ale konstruuje fabułę na tyle świadomie, że jest w stanie przyciągnąć naszą uwagę przez cały czas obcowania z lekturą. Robi to przede wszystkim stawiając na budowę świata oraz wszelkie tajemnice z nim związane. Mrok we krwi to ten typ książki, w której stopniowo, wraz z rozwojem fabuły coraz więcej dowiadujemy się o całym uniwersum. Autor prowadzi nas ścieżkami świata niespiesznie, co rusz rzucając informację, która przy braku wyraźnego kontekstu nie od razu jest zrozumiała. Jednak im dalej w las, tym więcej faktów wychodzi w treści książki na jaw, przybliżając nas do zrozumienia zasad obowiązujących w opisywanym uniwersum. Tymczasem, tym co bezsprzecznie stanowi o sile powieści, jest zdolność twórcy do mnożenia zagadek, przy jednoczesnym zmuszeniu czytelnika do samodzielnego znajdowania odpowiedzi. Autor robi to tak sprytnie, że śledząc uważnie treść książki można samodzielnie dojść do odkrycia pewnych istotnych sekretów. Najważniejsze z nich wciąż pozostają niedostępne, ale to czego domyślimy się sami bardzo dynamizuje lekturę, sprawiając niemałą satysfakcję z umiejętnego łączenia faktów. Świat obu kontynentów jest kreowany w taki sposób, że nawet przy wzrastającej ilości faktów czujemy się mocno zaangażowani we wszystko, co powieść ma nam do zaoferowania.

Drugim filarem Mroku we krwi są oczywiście bohaterowie. Tu nie należy spodziewać się nadmiernych fajerwerków, zarówno Skra jak i Noran (a także kilka istotnych postaci drugoplanowych) to dość klasyczni przedstawiciele gatunku. Główna para dynamizowana jest przez jedną lub dwie wiodące cechy, oboje są też nośnikami tajemnicy, jaka łączy ich nawzajem. Charakterologia nie jest tu kwestią w jakikolwiek sposób zabijającą frajdę z lektury, mam jednak nadzieję, że postacie będą (w kolejnym tomie) rozwijać się wraz z rozwojem akcji. Powieść Kopijera wywołuje nieodparte wrażenie poruszania się w świecie, w którym bohaterowie są zaledwie trybikami w maszynie wielkiego, nieodgadnionego świata. Od ich determinacji i siły podejmowanych decyzji zależeć będzie przyszłość wszystkich zamieszkujących go istot. Ten element wybrzmiewa w Mroku we krwi całkiem atrakcyjnie, sprawiając, że w połączeniu ze złożonością uniwersum chłonie się to wszystko z prawdziwym zainteresowaniem. Na uwagę zwracają też wszelkie opisy. Jest ich w sam raz, autor nie nudzi czytelnika przydługimi i męczącymi deskrypcjami. Łatwo jest więc wykreować w swych myślach wszystko, co dzieje się na stronach książki.

Przygody Skry i Norana stanowią część pierwszą cyklu Kronik Dwuświata, które złożą się na Trylogię Mitrys. Widząc poziom skomplikowania całego uniwersum, zastanawiam się, czemu ta historia zawarta została na tak skromnej ilości stron. Książki o podobnym rozmachu czy tematyce często bywają dwa razy grubsze, nie ukrywam też, że moje zdziwienie wynika z czystej przyjemności z lektury. Kto wie, być może kolejny tom (Czempion Semaela) będzie znacznie grubszy...? Wracając jednak do sedna tej recenzji, z czystym sumieniem mogę polecić Wam Mrok we krwi. W oczywisty sposób jest to dość klasyczne fantasy, oferujące pewne atrakcyjne rozwiązania, które opisałem powyżej. Paweł Kopijer ma bardzo angażujący sposób pisania, sprawiający, że treść książki staje się w pewien sposób namacalna i na swój sposób "mięsista". Dzięki temu łatwo przełknąć pewne standardy, przetwarzane w stylistyce gatunku od wielu lat i bezwarunkowo cieszyć się lekturą. Pierwszy tom Kronik Dwuświata to przede wszystkim wielka przygoda w świecie, który choć dziwny i niebezpieczny, przyciąga nas do siebie niczym magnes. Bohaterowie (pomimo swej określonej prostoty) dają się lubić, co ewidentnie sprzyja poznawaniu wszelkich tajemnic fabuły. Reasumując, dostałem naprawdę udaną powieść fantasy, co cieszy mnie jeszcze bardziej, gdy pomyślę, że napisana została przez polskiego autora. Nie jest to cykl, który na zawsze odmieni literaturę, ale spełnia swą funkcję jako angażująca, dobrze napisana opowieść. Z niecierpliwością czekam więc, aż zagłębię się w kolejną odsłonę przygód w Dwuświecie. Na pewno będzie warto. 



Tytuł: Mrok we krwi
Autor: Paweł Kopijer
Wydawnictwo: Panko
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 330
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,90 zł

wtorek, 5 maja 2020

RECENZJA: Star Wars. The Clone Wars - sezon 7


Prawie dwanaście lat minęło, odkąd George Lucas wraz z Davem Filonim zabrali nas w serialową podróż do odległej galaktyki. Wyprawa miała na celu uzupełnienie faktów pomiędzy dwoma epizodami gwiezdnej sagi (Atakiem klonów i Zemstą Sithów), pokazując wydarzenia z owianych tajemnicą Wojen Klonów. Nie była to bynajmniej pierwsza próba zapoznania widzów z tym trzyletnim okresem poprzedzającym upadek Republiki. Kilka lat wcześniej Lucas wraz z Genndym Tartakovsky'm stworzyli serial animowany o niemal identycznym tytule. Różnica tkwiła w formie samej produkcji oraz sposobie przedstawiania wydarzeń. Choć jest to już temat na osobną dyskusję, napiszę tylko jak strasznie mi żal, że pierwsze Wojny Klonów (Clone Wars) zostały ostatecznie potraktowane po macoszemu. Stało się tak głównie za sprawą dość szybkiego usunięcia ich z kanonu całego uniwersum. W ich miejsce wskoczył serial, którego finał przyszło właśnie zobaczyć widzom na całym świecie. Czy siódmy sezon The Clone Wars dał mi wszystko czego oczekuję po fabule, klimacie i postaciach Gwiezdnych wojen? Zapraszam na recenzję.


Finał serialu podzielony został na trzy segmenty, z czego każdy składał się z czterech, fabularnie połączonych odcinków. Aby w pełni oddać honor omawianej produkcji, skupię się na każdej z tych części osobno, dopiero później przechodząc do ich ostatecznego podsumowania. I tak pierwsze epizody The Clone Wars opowiadają o... klonach (wszak tytuł zobowiązuje, prawda?). Poznajemy w nich niejaki oddział 99, zwany potocznie Złą Partią. Wraz z jednostką dowodzoną przez Rexa i Cody'ego (oraz wspieraną przez Anakina, Mace'a Windu i Obi-Wana), ta specjalna, posiadająca unikalne zdolności formacja prowadzi akcję mającą na celu oswobodzenie zaginionego niegdyś klona Echo. Rex podejrzewa, że umysł żołnierza może być wykorzystywany przez Separatystów do planowania skutecznych strategii wojennych. Z początku dostajemy tu całkiem sprawnie opowiedzianą historyjkę z pola bitwy. Dostrzegamy kilku starych znajomych, parę nowych twarzy (oczywiście mam na myśli Złą Partię), a co najważniejsze, forma produkcji pozostaje bez zmian w stosunku do poprzednich sezonów. Twórcy umiejętnie oferują dość prostą, choć bardzo przyzwoitą rozrywkę. Ujęło mnie także umiejętne podbudowanie charakterologiczne nowej drużyny, które zajęło ekipie animacji stosunkowo mało czasu. Zawsze dobrze oglądało mi się zmagania wojskowe przedstawione w tym serialu. Tu jest podobnie, szczególnie w drugim odcinku, gdzie zaobserwować można motyw całkowitego poświęcenia wobec bliskich. Już na samym wstępie autorzy przypominają nam, że była to odwieczna domena Anakina, który teraz musi wesprzeć swego podwładnego i podążać za jego przeczuciem.


Animacja w całym sezonie stoi na bardzo wysokim poziomie, jak zawsze świetną robotę robią też kolory i światło. W kolejnych odcinkach otrzymujemy standardowe, choć jak zawsze perfekcyjnie wyreżyserowane sceny z pola bitwy, gdzie pomysły i odwaga mieszają się z brawurą oraz wzajemnym wsparciem kompanów. Co ciekawe, coraz więcej nowych technologii pojawia się w serialu na przestrzeni lat, zastanawiające jest więc, jak to możliwe, że nie widać tego było w Zemście Sithów (która chronologicznie rozgrywa się po zakończeniu The Clone Wars). Rozumiem, że tamten film nie był w stanie ogarnąć ogromu wydarzeń Wojen Klonów (a także to, że był kręcony wcześniej), ale i tak ciekawym jest, że tak wiele działo się przez te trzy lata pomiędzy kinowymi produkcjami z serii. Jeśli tylko w to uwierzymy, sprawa stanie się prosta. W odcinkach otwierających sezon dzieje się naprawdę sporo, akcja utrzymana jest w idealnym tempie, a każda postać ma swoją chwilkę, podczas której błyszczy na ekranie. Pomijając jedną, strasznie głupiutką scenę z ofertą, jaką składa droidom bojowym Mistrz Windu, ostatni z otwierających sezon epizodów jest kapitalnym domknięciem całej historii. Analizując ją od początku aż do finału, stwierdzam, że sprawdziła się świetnie jako pomysłowa i dobrze zrealizowana opowieść z pola bitwy. I jest na pewno jedną z moich ulubionych, jeśli chodzi o klony.


W kolejnych odsłonach wreszcie doczekaliśmy się powrotu Ahsoki. Pamiętam jak w 2008 roku The Clone Wars debiutował w TV i jak wiele osób było przeciwnych wprowadzeniu nieznanej wcześniej uczennicy Anakina. Od tamtej chwili upłynęło sporo czasu, a widzowie szczerze polubili młodą togrutankę na tyle, że stała się ona jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego pobocznego, gwiezdnowojennego cyklu. W tych odcinkach odkrywamy, jak wiedzie się jej po odejściu z zakonu Jedi. Awaria śmigacza prowadzi Ahsokę do małego warsztatu prowadzonego przez siostry Trace i Rafę Martez. Chęć udzielenia im wsparcia prowadzi bohaterkę do niebezpiecznej wyprawy na Kessel (tak, tę samą planetę gdzie Han Solo dokonał swego niebywałego czynu w filmie Han Solo: Gwiezdne Wojny - Historie) oraz Oba Diah. Tam cała trójka będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami nieudolnej próby szmuglowania przyprawy. Fajnie, że z początku mamy okazję powrócić na dolne poziomy Coruscant, gdzie życie obywateli toczy się nieco innym rytmem niż na powierzchni. Na wstępie akcja toczy się raczej niespiesznie, widać, że piąty epizod ma na celu wprowadzenie widzów do dalszej historii. Na plus oceniam w nim muzykę, która często nawiązywała do tematów z Ataku Klonów, tworząc odpowiedni klimat i podbudowanie pod sceny akcji. W tej historii na największą uwagę zasługują trzy główne postacie, świetnie skonstruowane pod względem charakterologicznym. Każda z nich zachowuje się w konkretnej sytuacji inaczej, ma odmienne cele i marzenia. Dzięki temu dziewczyny nie są typowymi czarno-białymi postaciami, a ich decyzje wpływają na akcję, nie odwrotnie. No cóż, muszę przyznać, że współczesna animacja i zdolności twórców pokroju Dave'a Filoniego coraz częściej zaskakują mnie tak pozytywnymi efektami.

W siódmym odcinku dostaliśmy sporo gonitw, przepychanek i walk, ale to co najciekawsze, zaoferowała warstwa ideologiczna. Dzięki rozmowie z siostrami, Ahsoka chyba jeszcze lepiej przyswoiła najboleśniejszą lekcję swego powołania, dowiadując się nowych rzeczy na temat postrzegania zakonu Jedi przez osoby postronne. To z pewnością kolejny ważny punkt w rozwoju tej bohaterki. W finale historii dało się zauważyć pewien pośpiech w domykaniu poszczególnych wątków. Na szczęście ekipie serialu znów udało się przemycić kilka fajnych walk oraz niezbyt łopatologicznych morałów. Niestety, wprowadzenie tajemniczych przybyszów z Mandalory zrealizowano trochę na siłę. Teraz widzę, że z powodzeniem można było to zrobić w kolejnym odcinku. Nieźle wypadła kwestia odpowiedzialności herszta syndykatu Pyke'ów przez kimś znacznie groźniejszym. Ogólnie, opowieść o Ahsoce i siostrach Martez podobała mi się mniej niż otwierająca sezon historia Złej Partii. Oba wątki dostarczały tyle samo pozytywnych emocji, przy operowaniu dość znanymi w serialu (i już nieco ogranymi) elementami. Pod względem emocji i ogólnie pojętej dynamiki o wiele lepiej wypadł jednak początek sezonu.


Ostateczny finał The Clone Wars wyraża się w czterech ostatnich epizodach, zmyślnie układających się w jeden, spójny film. Sugerują to choćby napisy początkowe z oryginalną muzyką Johna Williamsa oraz dostosowane na te potrzeby tytułowe logo. Ach, cóż to są za odcinki! Oblężenie na planecie Yerbana, próba odbicia Mandalory, upadek Republiki i słynny rozkaz 66. A w tym wszystkim nasi starzy, ulubieni bohaterowie! Jeśli jest ktoś, kto nigdy nie oglądał serialu, niech obejrzy tylko to zakończenie. Z pewnością można nazwać je reprezentacyjnym dla całego cyklu, ponieważ nie tylko pokazuje to, co seria ma najlepszego do zaoferowania, ale też idealnie oddaje ducha Gwiezdnych wojen (a w szczególności dynamiczny klimat prequeli). Byłem zdziwiony, że o ataku na Coruscant dowiedzieliśmy się już w dziewiątym odcinku. Po rewelacyjnym wstępie z Anakinem, Obi-Wanem i ich ponownym spotkaniu z Ahsoką, zaoferowano nam to co najważniejsze, czyli próbę odbicia Mandalory i schwytanie Maula. Ten epizod stoi więc pewnymi nostalgicznymi nawiązaniami (za które jestem autorom niezmiernie wdzięczny), ale przede wszystkim dominuje w nim gęsta akcja, będąca w stanie zadowolić nawet największych malkontentów. Już na starcie przekonałem się, że z pewnością warto było czekać na coś takiego. A co najciekawsze, jakość ani trochę nie zmalała w kolejnych trzech odsłonach. Dlatego też z całą pewnością można mówić o tych odcinkach jako najlepszych w historii całego serialu. Finał zobowiązuje i widać, że ekipa Disneya podeszła do tego zadania z wielką pasją i zaangażowaniem. Dzięki temu dostaliśmy świetną produkcję, godną wszystkich fanów gwiezdnowojennych przygód. Wątek Maula (pomimo mojej niechęci do ożywiania go po Mrocznym widmie) prowadzony jest świetnie, a biorąc pod uwagę jak zakończyła się jego historia w Rebeliantach, widzę że twórcy dobrze rozumieją tę postać, wciąż potrafiąc dodać do niej coś angażującego. Ahsoka jest prowadzona fenomenalnie, a fakt, że końcowe odcinki rozgrywają się w trakcie trwania Zemsty Sithów dodaje smaku całej, gruntownie przemyślanej fabule, w której nasza togrutanka odgrywa najważniejszą rolę. Scenariusz kreatywnie rozbudowuje kwestie fabularne znane z trzeciego filmu sagi, dodając smaku i innej perspektywy do znanych już wydarzeń. To niewątpliwie pomysłowe poszerzenie uniwersum, choć oczywiście zrealizowane w pewnej mikroskali.

Czuję drobny niedosyt, że cała wojna o Mandalorę jest pewnego rodzaju tłem dla wydarzeń powiązanych z Ahsoką i Maulem, ale także tutaj nie zabrakło gęstej akcji. To samo można powiedzieć o emocjach związanych z najważniejszymi postaciami. Rozkaz 66 stanowi poruszające, dość minimalistyczne ukazanie tragedii zdradzonych Jedi. Sytuację śledzimy naturalnie z punktu widzenia Ahsoki. Sprawdziło się to doskonale. Klimat, pulsująca napięciem muzyka, czy oszczędne dialogi - każdy z tych elementów potrafił wywołać prawdziwe ciarki na plecach. Po raz kolejny znakomitym pomysłem okazało się wykorzystanie scen (oraz dialogów) z Zemsty Sithów. Te fragmenty odwaliły kawał świetnej roboty, tym bardziej, że w dosłowny sposób rozszerzyły znane na pamięć fragmenty filmu. Najwyraźniej Rozkaz 66 dotyczył bardziej zabicia wszystkich użytkowników Mocy niż samych Jedi, co uwidocznił stosunek klonów do uwięzionego Maula (no i w sumie Ahsoki, która Jedi już przecież nie jest). Ujęło mnie też wykorzystanie mantry powtarzanej w Łotrze 1 przez Chirruta Imwe, podczas zabiegu przeprowadzanego na Rexie. Piękny ukłon w stronę spójności uniwersum oraz pomysłów wprowadzonych przez innych twórców. Ostatni, dwunasty odcinek to prawdziwe multum akcji i rozpędzonych emocji, ale co najważniejsze, przynosi on zrozumienie, jak dobrze skonstruowano całą fabułę finalnych epizodów. Trudne to było zadanie, bo The Clone Wars miał w założeniu spełniać funkcję uzupełniającą cały gwiezdnowojenny świat, ale to co zrobili twórcy pokazuje, że da się nawet z tak trudnego (i dość niewdzięcznego) zadania wyjść prawdziwie obronną ręką. Nie mogę nie wspomnieć również o tym, co w zakresie używania mieczy świetlnych wyprawiała Ahsoka. Jej stracie z klonami z miejsca staje się jedną z moich ulubionych walk w całej sadze.


Jak więc zgrabnie podsumować wszystko, co dane mi było oglądać w finale The Clone Wars? Współczesne seriale często nie są w stanie sprostać wyzwaniu, jakim jest ostatni sezon i choć serial Dave'a Filoniego i spółki nie stanowi tu specjalnie złotego środka, to jednak sama końcówka zaoferowała mi absolutnie wszystko, czego tylko mógłbym pragnąć. Twórcy stanęli na wysokości zadania i choć w pierwszej połowie sezonu mógłbym przyczepić się do tego czy owego, to ostatecznie w końcówce The Clone Wars otrzymałem Gwiezdne wojny dokładnie takie, jakie uwielbiam. Pokuszę się nawet o dość odważne stwierdzenie, że odtąd klimat pokazanego w animacji finału będzie wyznacznikiem tego, jak nostalgicznie i z szacunkiem powinno się kończyć dobre historie. Bo jeśli chodzi o kwestie przygody, oddania wobec tych, na których nam zależy oraz zwyczajnej frajdy, Gwiezdne wojny są i zawsze będą moją najukochańszą rozrywką. Dlatego też cieszę się, że nadal mam za co kochać te wspaniałe historie i z niecierpliwością wypatrywać kolejnych. Moc jest w nich nadal silna!



Tytuł: Star Wars. The Clone Wars
Scenariusz: Matt Michnovetz, Dave Filoni, Brent V. Friedman
Reżyseria: Dave Filoni, Kyle Dunlevy, Saul Ruiz, Nathaniel Villanueva
Aktorzy (dubbing): Dee Bradley Baker, Matt Lanter, Ashley Eckstein, Brigitte Kali Canales, Elizabeth Rodriguez, Sam Witwer, Katee Sackhoff, Ray Stevenson i inni
Wytwórnia: Walt Disney Company/Lucasfilm
Data premiery: 21 lutego 2020 (USA)
Sezon: 7
Ilość odcinków: 12
Czas trwania odcinka: około 25 min.

sobota, 2 maja 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 28 (Wydział 7, Lucky Luke tom 17 i 65, Multiwersum, All-New Wolverine tom 4)

Ten Kiosk z Komiksami jest dość wyjątkowy, ponieważ oprócz standardowej zawartości udało mi się zmieścić w nim swoją opinię o całej komiksowej serii. A nie jest to byle jaka seria, bo mowa tu o jedynej ukazującej się aktualnie w Polsce zeszytówce, na dodatek będącej dziełem naszych rodzimych artystów. Sprawdźcie czy warto po nią sięgnąć. Oprócz tego mocno dostaje się morrisonowemu Multiwersum, a na dodatek zabieram Was na Dziki Zachód i w kosmos. Jak zawsze zapraszam serdecznie, okazji do dyskusji na pewno nie zabraknie. :-)


Wydział 7 - zeszyty 1-5 oraz 1 numer specjalny



Należę do tych ludzi, którzy mieli szansę oglądać serial Z Archiwum X w najlepszych latach swojej młodości. Nieco później poznałem Hellboy'a Mike'a Mignoli oraz towarzyszący mu cykl B.B.P.O. Tytuły te wywarły wielki wpływ na moje postrzeganie fantastyki. Można więc śmiało powiedzieć, że z tematem tajnych służb rozwiązujących paranormalne zagadki jestem od dawna za pan brat. Nie dziwi mnie więc, że gdy tylko dostałem propozycję zapoznania się z serią komiksów traktującą o tajemniczym wydziale MSW, nie potrafiłem odmówić sobie tej przyjemności. Scenarzystą serii komiksowej Wydział 7 jest Tomasz Kontny, w której realizacji wspiera go spore grono zaproszonych ilustratorów (M. Turek, G. Pawlak, K. Budziejewski, R. H. Adler, P. Nowacki). Czym zatem jest ten cały Wydział 7? To tajna, rządowa organizacja, powołana w latach 60. ubiegłego wieku, w skład której wchodzą specjaliści (esbecy, milicjanci, księża, wróżbici lub lekarze) mierzący się z najróżniejszymi paranormalnymi zagrożeniami. Autor na łamach poszczególnych zeszytów (których jak dotąd ukazało się już sześć) wykorzystuje bogatą polską historię, nawiązując do prawdziwych wydarzeń, które podkręca intrygującymi elementami paranormalnymi. Czy to w przypadku tajemnicy podolsztyńskiego szpitala, czy obecności pewnych mitycznych istot w Szczecinie, każda strona komiksu Kontnego przynosi czytelnikowi coś intrygującego. I trzeba przyznać, że wszystkie te zabiegi wychodzą mu rewelacyjnie!

Wielką zaletą poszczególnych zeszytów jest ich niewielka objętość, która motywuje autorów do zwięzłego i bardzo dynamicznego przedstawiania wątków. Akcja pędzi więc w Wydziale 7 jak szalona, co na szczęście nie pozostaje bez wpływu na poszczególne postaci. Z każdą częścią dowiadujemy się o nich coraz więcej, co nie jest bez znaczenia w świetle zrozumienia ich przeszłości lub motywacji. Kolejnym plusem są wspomniane zdarzenia, które (tak jak np. epidemia ospy we Wrocławiu w 1963 r.) zainspirowane zostały prawdziwymi wypadkami. Wszystko to czyta się z nieukrywaną przyjemnością i zainteresowaniem. Jedynym minusem może być (paradoksalnie) ilość stron przypadających na każdy z zeszytów. Miałem tę okazję, aby poznać wszystkie części za jednym zamachem, zakładam jednak, że czytanie poszczególnych komiksów w dużych odstępach czasu może niektórych odbiorców nieco wybijać z rytmu (zeszyty serii ukazują się co 3-4 miesiące). Taki niby drobiazg, ale godny odnotowania. Pod każdym innym względem Wydział 7 zaskakuje, a jeśli tylko komukolwiek z Was brakowało podobnej pozycji na rodzimym rynku, nie czekajcie i sięgnijcie po serię Kontnego. Oferuje ona nie tylko świetne, niewyjaśnione historie z nietuzinkowymi postaciami, ale zachwyca także różnorodnością stylistyki prezentowanej przez poszczególnych rysowników. Ilustracje w Wydziale 7 są dość różnorodne, mieszczą się jednak w ramach konwencji przyjętej przez scenarzystę. Nie dziwię się, że komiks tak bardzo mi się spodobał, wszak nominowany był do tytułu polskiego komiksu roku na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. A jakby tego było mało, miesiąc temu otrzymał nominację dla najlepszego polskiego komiksu 2020 od Nowej Fantastyki. Brzmi nieźle, prawda?

Ps. Daję Wydziałowi 7 dodatkowy plusik za straszliwe gryfy, które pojawiają się w piątym zeszycie serii. Widać, że nie tylko ja uważam te mityczne stworzenia za mocno niedocenione... ;-)   

Tytuł: Wydział 7
Scenariusz: Tomasz Kontny
Rysunki: Krzysztof Budziejewski, Arkadiusz Klimek, Grzegorz Pawlak, Robert H. Adler, Piotr Nowacki 
Wydawnictwo: Ongrys
Rok wydania: 2018/2020
Ilość zeszytów: 5 + 1 specjalny
Ilość stron: 32
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 15 zł


Lucky Luke, tom 17 - Na tropie Daltonów
Lucky Luke, tom 65 - Klondike


Egmont nie zaprzestaje nadrabiania zaległości w przygodach Lucky Luke'a. Tej wiosny do naszych rąk trafiają dwa tomy, których czas powstania rozdziela kilka dobrych dekad. To jednak nic w przypadku opowieści o samotnym kowboju, ponieważ komiksy te nie poddają się działaniu czasu, nieustannie niosąc radosną, uniwersalną treść. Autorem rysunków do obu części jest niezapomniany Morris, natomiast scenariusz Na tropie Daltonów stworzył Rene Goscinny, a Klondike Yann wraz z Jeanem Leturgie. Postaci Lucky Luke'a chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, pozwólcie więc że od razu przejdę do rzeczy.

Na tropie Daltonów to ten klasyczny Luke, którego kochamy najbardziej. Wystarczy napisać, że w tej przygodzie nasz dzielny kowboj będzie znów tropił braci Dalton, a za towarzysza podróży weźmie sobie głupiutkiego psa Bzika. I już w tym momencie wiemy, że za sprawą brawurowego scenariusza Goscinnego otrzymamy mieszankę humorystyczno-wybuchową. Kultowy twórca przygód Lucky Luke'a miał taki magiczny dar, że nawet z najprostszej historii potrafił uczynić złoto, pokazując kunszt pisania prostych, choć bardzo inteligentnych historii. Bo w tym komiksie pozornie niewiele się dzieje, jednak Goscinny układa zdarzenia i dialogi tak, że usta same układają się nam do uśmiechu. Tak powinno się pisać nieprzemijalne treści! Klondike w ujęciu Yanna (tak, tego samego psui, który w ostatnich latach pisze Throgala) i Jeana Leturgie stoi bardziej rozbudowanym scenariuszem oraz nieco większą ilością postaci. Kilka z nich (jak choćby Soapy Smith czy Mattie Silks) jest inspirowanych prawdziwymi personami. Z Teksasu przenosimy się więc do Kanady, gdzie w miasteczku Dawson, Luke wraz ze swym starym znajomym Waldem Badmintonem (znanym z komiksu Żółtodziób) będzie poszukiwał swego wiernego lokaja. I znów samotny kowboj wraz z wierzchowcem Jollym Jumperem będą musieli wykazać się nie lada sprytem, ponieważ zamiary niektórych indywiduów zamieszkujących mieścinę nie będą do końca honorowe. A panująca w Dawson gorączka złota bynajmniej nie ułatwi im zadania... Na tropie Daltonów i Klondike to dwa tomiki, których czas powstania oddziela trzydzieści parę lat, ale jakościowo stoją na bardzo wysokim poziomie. Każdy z nich wypełnia doskonały humor (z przewagą w Na tropie Daltonów) oraz historyczne fakty i przenosząca się z miejsca na miejsce, prawdziwie przygodowa akcja (Klondike). Nie doradzę Wam, który przeczytać jako pierwszy. Każdy dokonany wybór będzie świetną decyzją.

Tytuł: Na tropie Daltonów/Klondike
Scenariusz: Rene Goscinny/Yann & Jean Leturgie
Rysunki: Morris
Przekład: Marek Puszczewicz/Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Multiwersum


Czasami każdy z nas zadaje sobie takie pytanie: "Czy ja się nigdy nie nauczę?" Tym razem wypowiadającą je osobą jestem znowu ja. Tak, po raz kolejny dałem się nabrać, raz jeszcze zrobiłem sobie nadzieję... Nie cierpię kryzysów, męczą mnie wszelkie crossovery, ale kocham komiksy DC. No i raz na jakiś czas daję się skusić na tzw. wielkie, autorskie wydarzenie, które w założeniu ma odmienić losy całego komiksowego uniwersum. Tak właśnie było z Multiwersum, rozbuchanym, superbohaterskim eventem, jakim miało okazać się przedstawienie losów postaci z wielu alternatywnych wymiarów. Autorem przedsięwzięcia mianowano Granta Morrisona, który rozwinął w nim ideę 52 światów, zamieszkanych przez najróżniejsze wersje cenionych w DC postaci. Koncept odświeżania i ponownego układania wszechświata nie powstał dziś, komiksowy gigant zza oceanu stosuje go z uporem co jakiś czas, począwszy od drugiej połowy lat 80. ubiegłego wieku (Kryzys na Nieskończonych Ziemiach). Niestety, wspomniane wydarzenia często cechują się przesadnym nagromadzeniem informacji, które przyswajalne są wyłącznie wśród czytelników bezbłędnie zorientowanych w wieloletniej historii wydawnictwa. Trochę przypomina to sytuację, gdzie jedna osoba tworzy opowieść dla bardzo wąskiego grona odbiorców, nie starając się nawet, aby treść była choć trochę zjadliwa dla osób postronnych. Moim zdaniem to karygodny błąd (także z komercyjnego punktu widzenia).

I piszę to wszystko ja, człowiek regularnie czytający komiksy DC od ponad pięciu lat, zafascynowany ideą wieloświata, ceniący tytuły takie jak Superman. Czerwony Syn czy Batman. Gotham w świetle lamp gazowych. Niestety, pomimo szczerych chęci, w Multiwersum nie znalazłem prawie nic dla siebie. Czy naprawdę tak trudno było Morrisonowi stworzyć kilkanaście shortów, opowiadających zamknięte historie z poszczególnych Ziemi, łącząc je jakimś wspólnym mianownikiem? Zamiast tego znów dostałem jakieś pokręcone mambo-jambo, łamiące wszystkie możliwe ściany narracji, na domiar złego stwarzające wrażenie pisania wszystkiego o niezbyt korzystnej dla autora porze. Pompatyczność i powierzchowność przedstawiania fabuły to kolejne z grzechów popełnianych przez ten tytuł. Nie chcę kopać leżącego, dodam jeszcze, że komiks Morrisona jest tworem przeznaczonym dla fanów bezkrytycznie przyjmujących wszystko, co tylko wypuści DC. Ja bynajmniej do takich ludzi nie należę. W czytaniu Multiwersum znalazłem tylko odrobinę przyjemności, podpartą naprawdę świetnymi ilustracjami oraz trzema historiami (z Ziemi 5, Ziemi 10 i Ziemi 16). Trochę tego mało, zważywszy na grubość całego tomu oraz ogrom pracy włożonej przez artystów. Przykro, że Morrison, którego bardzo cenię za Klausa, popełnił dzieło nie spełniające większości moich rozbudzonych oczekiwań. W tym miejscu znów obiecuję sobie, że już nigdy nie sięgnę po podobnie skonstruowany tytuł. A przynajmniej do czasu, kiedy znów ulegnę mylnemu wrażeniu i niczym niepokrytym nadziejom... ;-)

Tytuł: Multiwersum
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: Ivan Reis, Jim Lee, Dough Mahnke, Joe Prado, Cameron Stewart, Ben Oliver
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 436
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 144,99 zł


All-New Wolverine, tom 4 - Odporna 


Laura Kinney to obok Kamali Khan i (Ultimate) Petera Parkera moja ulubiona postać z Marvel Now! 2.0. Komiksy All-New Wolverine ze scenariuszami Toma Taylora cechuje pewna lekkość scenariusza, która przekłada się na ciekawe prowadzenie postaci oraz sporą dynamikę serii. Nie inaczej jest w najnowszym, czwartym tomie. Odporna mogłaby w zasadzie iść śladami Binio Billa J. Wróblewskiego, nawiązując do tytułu komiksu z tym bohaterem, jako Laura Kinney powstrzymuje epidemię i... w kosmos! To oczywiście mój mały, prywatny żart, jednak dokładnie tak można najkrócej ująć fabułę powyższego tomu. Na ziemi ląduje niewielki pojazd kosmiczny, przynoszący młodocianą przedstawicielkę obcego gatunku. Dziewczynka nosi ślady poważnej choroby, a tuż przed śmiercią wypowiada znamienne w skutkach słowa: "Laura... Kinney". Zmobilizowane siły superbohaterów Marvela zostają zmuszone do odcięcia Roosevelt Island na Manhattanie, aby powstrzymać błyskawicznie szerzącą się epidemię. Dlaczego obca dziewczynka poszukiwała Wolverine i co nasza bohaterka ma wspólnego z dziwną, pozaziemską chorobą? Te zagadki poprowadzą Laurę do dramatycznej walki o życie mieszkańców Nowego Jorku, której zwieńczeniem będzie misja w kosmosie w towarzystwie Strażników Galaktyki. Brzmi nieźle? Jeśli po tym opisie szykujecie się na prawdziwie wybuchową przygodę, spieszę zapewnić, że Odporna to komiks spełniający powyższe oczekiwania.

Taylor nie marnuje naszego czasu, ze zdecydowaniem i energią prowadząc akcję do przodu. Wydarzenia zdają gonić się nawzajem, a dzięki lekkiemu pióru scenarzysty możemy bez problemu połapać się we wszystkich niuansach fabuły. I w sumie trudno byłoby w tym miejscu spodziewać się czegoś innego, ponieważ All-New Wolverine jest raczej serią przeznaczoną dla młodego czytelnika. Główna bohaterka (a w zasadzie dwie, nie zapominajmy o Gabby!) znów zdobywa naszą sympatię, dokonując heroicznych wyborów, na które sami chcielibyśmy się decydować. Odporna nie jest niestety komiksem bez wad. Rozczarowała mnie zbyt szybka gonitwa do finału, która zmarnowała potencjał, jaki tkwił w dramatycznej przemianie Gabby. Można było ten temat pociągnąć dłużej, kończąc cały tom w bardziej nieoczekiwanym momencie. Przez pośpiech autora mocno ucierpiała wielkość stawki, sprawiając, że cała afera wydała mi się zwyczajnie błaha. Na wysokości zadania stanął Leonard Kirk, którego kreska bardzo pasuje do awanturniczych przygód Wolverine. Ilustrator sprawdził się w scenach walki o ludzkie życie jak i wojnę z rojem Broodu na księżycu Rhittle. Po lekturze tego tomu, All-New Wolverine niezmiennie pozostaje w czołówce moich ulubionych tytułów Marvela. Zachęcam, abyście w wolnej chwili sprawdzili, czy Wasze odczucia będą podobne.

Tytuł: All-New Wolverine, tom 4 - Odporna
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Leonard Kirk
Przekład: Weronika Sztorc
Wydawnictwo: Marvel/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Aktualnych informacji na temat Wydziału 7 szukajcie na facebook'owym profilu serii.


Komiksy z cyklu Lucky Luke i All-New Wolverine oraz Multiwersum znajdziecie na stronie Egmontu.