niedziela, 28 czerwca 2020

Najlepszy serial dla dorosłych, czyli 2 sezon Harley Quinn (2020) odcinek po odcinku


Dopiero co na blogu pojawiła się moja recenzja pierwszego sezonu Harley Quinn, a tymczasem serial zdążył już wystartować z drugą odsłoną. Życie jest piękne, prawda? Cóż ciekawego wydarzyło się w tych zupełnie nowych, trzynastu odcinkach? Aby nieco odświeżyć formułę poniższej analizy, przyjrzyjmy się każdemu z nich z osobna.

Po upadku Gotham, zniknięciu Batmana i śmierci (?) Jokera, Harley postanawia oddać pogrążające się w zbrodniczym chaosie miasto w ręce pomniejszych rzezimieszków. Każdy ma prawo uszczknąć coś dla siebie z wielkiego tortu destrukcji, toteż dotychczasowi pomocnicy sław takich jak Pingwin, Człowiek Zagadka czy Dwie Twarze ochoczo zabierają się do siania grozy na własną rękę. Nie przypada to do gustu ich dotychczasowym hersztom, którzy tworzą Ligę Nie-Sprawiedliwości, chcąc namówić Harley do przyłączenia się do spisku. Co z tego wyniknie...? Oczywiście kolejna afera, w którą będzie musiała zaangażować się cała banda naszej Świruni! A to doprowadzi do jeszcze większego zamieszania, gdzie życie straci ktoś, kto do tej pory pociągał za sznurki w gangsterskim półświatku Gotham. Już po tym pierwszym odcinku (New Gotham) stało się jasne, że Harley Quinn w pierwszej odsłonie drugiego sezonu prezentuje wciąż ten sam wysoki poziom niedorzeczności i bezpretensjonalnego humoru. Serial ani trochę nie zwalnia, nieustannie nabijając się z wszelkich komiksowych świętości, będąc tak samoświadomym i bezczelnym, jak tylko się da. 

W świetle braku pitnej wody oraz dostaw prądu (Riddle U), kolejnym złoczyńcą na liście Harley staje się Riddler. Jak się okazuje, Pan Zagadka otworzył swój własny uniwersytet, który jako jedyny w upadłym Gotham ma stałe zasilanie. Świrunia i Ivy muszą więc szybko przeniknąć w szeregi studentów, aby przejąć energię dla siebie. W tym samym czasie Dr. Psycho i Kiler Shark starają się zorganizować zapasy wody. Twórcy skrupulatnie rozwijają mitologię serii, co chwilę racząc widza niedorzecznymi, lecz niezwykle satysfakcjonującymi gagami. Dzieje się sporo, jednak tym razem najciekawsze okazało się rozwiązanie zagadki pozyskiwania prądu na uniwersytecie oraz krótki występ Batgirl.


Trzeci odcinek (Trapped) opowiada o tym, jak Harley podejmuje próbę zdobycia lodowej twierdzy Mr. Freeze'a, lecz nie da zrobić się tego bez pomocy plazmowego miotacza Firefly'a. Aby zdobyć broń, nasza bohaterka wraz z Ivy muszą włamać się do muzeum opanowanego przez podstępnego Dr. Trapa, który po upadku Gotham zgromadził tam wszelkie artefakty złoczyńców. Przy okazji rabunku przyda się im pomoc wytrawnej złodziejki, dla której pułapki doktorka będą zaledwie dziecięcą igraszką... Tymczasem Dr. Psycho i reszta składu borykają się z nieplanowaną ucieczką Riddlera. Pierwsze wejście Catwoman do animowanego świata HQ wypada jak najbardziej OK, tym bardziej, że twórcy postanowili za jej pomocą pogłębić psychologiczny portret Poison Ivy. Wypadło to dość zgrabnie, nie przysłaniając wariackich poczynań reszty drużyny. Zgodnie z oczekiwaniami dostaliśmy więc masę śmiesznej akcji oraz dialogów, których nikt przy zdrowych zmysłach nie zechciałby wypowiadać na głos. Trochę mi było szkoda braku rozbrajającej obecności Jima Gordona, ale przecież nie zawsze można mieć wszystko. 

W Thawing Hearts Harley i spółka wreszcie mogą dostać się do siedziby Mr. Freeze'a, dokonując słodkiego i brutalnego aktu zemsty. Świrunia nie przeczuwa jednak, że w ten sposób nieoczekiwanie zbliży się do zrozumienia sensu prawdziwej miłości. Co ciekawe, Ivy i Kite Man w tym samym czasie ukazują nam odmienną stronę związku pomiędzy dwojgiem ludzi... Pomimo wielu niezłych gagów słownych i sporej dawki brutalności (zaprezentowanej na początku odcinka), dostaliśmy historię o nieco spokojniejszym tempie. Świetnie wybrzmiały w niej kwestie uczuciowe, czego absolutnie nie spodziewałem się po tym serialu (tym bardziej, że wspomniany wątek dotyczył postaci typowo drugoplanowych). Twórcy nie boją się podejmować odważnych kroków, indywidualnie kształtując mitologię Batmana i za to wielkie brawa dla nich. Pewien oddech w całym tym rollercoasterze był jak najbardziej pożądany, tym bardziej, że serial nie stracił przy tym nic ze swej zadziorności i niepoprawności. 

Co powiecie na odcinek Harley Quinn bez... Harley Quinn (Batman's Back Man)? Jak to jest w ogóle możliwe?! Ano, możliwe i trzeba przyznać, że poza zaskoczeniem wynikającym z decyzji o pokazaniu innego zakątka Gotham, znów zaoferowano nam to, co w serialu wychodzi najlepiej. Bruce Wayne żyje i teraz musi zmierzyć się nie tylko ze swoją niewydolnością fizyczną, ale także z nową strażniczką spokoju w mieście. Na domiar złego, solą w oku Nietoperza staje się sojusz, jaki zawierają pomiędzy sobą Two Face i Bane. Czy osłabiony Batman da radę ogarnąć tyle problemów na raz? Serial jak zawsze spowija całunem karykatury świat Gotham, tym razem rozliczając się z jego najbardziej kultowymi elementami. Cudowne poczucie humoru ponownie przejawia się w kreacji komisarza Gordona oraz pary wiodących w tej części złoczyńców. To jednak nie oni zdobywają zasłużoną palmę pierwszeństwa. Prawdziwie bezkonkurencyjny jest tu stosunek relacji Bruce'a i Alfreda, a wisienką na torcie okazuje się być nowy, ultra-technologiczny strój Batmana (zaprojektowany przez Luciusa Foxa). Nawiązania do Iron-Mana są tak dosadne, że aż trudno się nie roześmiać. Co najlepsze, wszystko to ciągle służy całej opowieści, która kontynuowana jest w bardzo przemyślany i inteligentny sposób. Dodatkowy plusik za parę geeków, których rozmowa zaczyna i kończy odcinek. Przezabawne i (jak na razie) wciąż na czasie.

W All the Best Inmates Have Daddy Issues cofamy się w czasie, aby przyjrzeć się części wspomnień Harley dotyczących początków jej znajomości z Jokerem oraz Poison Ivy. Czy jesteśmy tacy jacy jesteśmy i nic nie jest w stanie nas zmienić? Takie pytanie przyświeca twórcom w tym odcinku, a definiowane jest ono za sprawą ukazania genezy toksycznej miłości pomiędzy pacjentem i lekarzem. Świetnie, że serial coraz częściej wychodzi poza ramy ustalone w pierwszym sezonie, zapewniając należytą podbudowę całego uniwersum. Zyskuje na tym nie tylko treść, ale i bohaterowie, którzy zaczynają być dla nas czymś więcej niż tylko narysowanymi postaciami. Okazji do śmiechu znów nie zabrakło, niemniej bardzo interesujący wydał się być wątek z wyleczonym z szaleństwa Jokerem.

Za zbrodnie popełnione przeciwko Lidze Niesprawiedliwości Harley i Ivy stają przed sądem Two-Face'a, który skazuje je na pobyt w dole Bane'a (There's No Place to Go But Down). W tym samym czasie, borykający się z alkoholowymi problemami Gordon, poznaje tajną tożsamość Batgirl. Przygody Świruni to nieustanny festiwal kreatywnej niedorzeczności, będącej prawdziwym wesołym miasteczkiem dla wszystkich fanów DC. Począwszy od rozprawy, gdzie obrońcą dziewczyn okazał się być Man-Bat, poprzez obrazoburcze sytuacje z komisarzem i strukturę więzienną w dole Bane'a, aż po gościnny występ George'a Lopeza - wszystko znów zagrało na 100%. Długo można by pisać o najlepszych scenach, a ta część w zasadzie składała się wyłącznie z nich. Po tym odcinku nabrałem przekonania, że HQ będzie swoistym czarnym koniem wszelkich ekranowych (małych i dużych) produkcji DC w tej dekadzie (a już na pewno tego roku), skutecznie i po cichu deklasując konkurencję.

W Inner (Para) Demons komisarz Gordon staje do otwartej wojny z Harley, aby przywrócić Gotham na mapę USA. Nasza bohaterka, ostrzeżona w tajemnicy przez Batgirl udaje się do Apokolips, prosić o wsparcie w walce samego Darkseida. W tym samym czasie Ivy uczestniczy w kolacji, na której poznaje osobliwych rodziców Kite Mana. Uff... Naprawdę sporo się tu działo, ale ani na chwilę nie straciliśmy z oczu sedna relacji pomiędzy Quinn i Ivy. Świrunia stoi więc w rozkroku pomiędzy swymi skrytymi pragnieniami, a tym, do czego zmusza ją (częściowo) niezależna od niej sytuacja. Bezsprzecznie trzeba pochylić się nad tym, jak rozgrywane są tu kwestie emocjonalne głównych postaci. Mnie zastosowana taktyka kupuje mnie w 100%. Tymczasem, obecność indywiduów takich jak Mister Miracle czy Babcia Samo Dobro, zapewniła naprawdę niezapomniane wrażenia. 


Harley zabiera Ivy, Selinę, Norę i Jennifer na Themyscirę. Cel wypadu - wieczór panieński przed ślubem Pameli z Kite Manem! Dziewczyny nie przeczuwają jednak, że na wyspie podczas nieobecności księżniczki Diany zaczęły dziać się bardzo dziwne rzeczy. Tymczasem męska część drużyny spędza czas na jachcie, borykając się z... układanką. Nieoczekiwanie, King Shark stanie przed koniecznością pogodzenia życia na lądzie z obowiązkami wobec swego podwodnego królestwa. Bachelorette to ciąg dalszy miłosnego dramatu pomiędzy Harley a Ivy, i wciąż wypada to bardzo przekonująco. Strasznie fajnie, że w tak niedorzecznym i obrazoburczym serialu znajduje się czas na poruszenie poważniejszych dylematów uczuciowych pomiędzy bohaterkami. My się bawimy, a postacie przechodzą przemiany, które prowadzą je ku kolejnym życiowym etapom. Najlepsze zaoferowała jednak podwodna część epizodu, a w szczególności piosenka o wyższości załatwiania potrzeb fizjologicznych pod wodą. Bomba!

Harley boryka się z brakiem osoby, z którą zawsze byłaby blisko, tymczasem zdarzenia, które sama spowodowała, wracają do niej rykoszetem. Ich skutkiem jest zdrada jednej z osób z otoczenia Świruni oraz bohaterskie poświęcenie kolejnej. A na dodatek, pewnego dziwnego barmana dręczą znamienne sny związane z naszą bohaterką... Akcja, zaskoczenie i humor. Tak jednym zdaniem można podsumować Dye Hard. Jest on najlepszym przykładem tego, jak nie ograniczać się wyłącznie do serwowania niesamowitej ilości udanych gagów, stale rozbudowując mitologię serialu. Nieoczekiwanie powracają tu wątki, które zdawały się być zamknięte już od końca pierwszego sezonu (np. uwięzienie Ligi Sprawiedliwości). Postacie, które dotąd otrzymały mało ekranowego czasu, mają okazję zabłysnąć (nawet, jeśli ma to być ostatni raz). Świetnie, że nie wymyka się to wszystko spod kontroli, choć na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że za chwilę tak właśnie będzie.

Jedenasty odcinek (A Fight Worth Fighting For) pięknie rozkłada karty przed ostateczną rozgrywką. Joker powraca i razem z Harley udają się na poszukiwania Księgi Baśni. Niespodziewanie, Książę Zbrodni z Gotham uświadamia sobie, że zamiast księgi odnalazł... prawdziwą miłość. Czy to w ogóle jest możliwe? Kto zatem będzie wybranką naszego klauna? Parademony sieją spustoszenie w Gotham i tylko Liga Sprawiedliwości może powstrzymać szerzący się chaos. W międzyczasie Dr. Psycho wykonuje ważny telefon, po czym hipnotyzuje jedną z osób z kręgu Świruni (zmuszając ją, aby działała na jego rozkazy). Czysta rewelacja i bardzo wysoki poziom. 


W przedostatnim odcinku sezonu (Lovers' Quareel) toczy się decydująca walka o los Gotham, a nasza bohaterka wreszcie uświadamia sobie czego tak naprawdę chce od życia. Jej wyznanie, według którego w głębi serca raczej nie jest złoczyńcą robi spore ważenie. Fajnie rozegrano też dość ograny motyw z utratą samokontroli przez Ivy i desperackie próby przywrócenia jej świadomości. Darkseid ponownie robi swoje, a najlepsze (i jednocześnie najbardziej niesmaczne) są w tej części chwilowe umizgi Batmana, Wonder Woman i Supermana. Na chwilę wraca Sy, i od razu staje się jasne, że w ten wymyślny sposób będzie on pojawiać się w serialu znacznie częściej.

Ślub Ivy i Kite Mana staje pod znakiem zapytania, w chwili gdy komisarz Gordon za sugestią Two-Face'a postanawia przyskrzynić na przyjęciu weselnym większość złoczyńców z Gotham. Uciekająca z Arkham Harley spieszy na pomoc, lecz jej szczere zamiary spotykają się z niedowierzaniem i brutalną reakcją Pameli. Koniec drugiego sezonu przynosi rozwiązanie kwestii emocjonalnego napięcia pomiędzy dwiema bohaterkami, ale również pewnego rodzaju podsumowanie rozwoju Świruni, które dokonało się na przestrzeni wszystkich 26 odcinków. Jestem z takiego obrotu spraw bardzo zadowolony. Spodziewałem się też zobaczyć coś, co wprowadzi nas w akcję kolejnego sezonu. Mam nadzieję, iż lekka sugestia, że to już "The End?" jest tylko lekkim drażnieniem się z widzami. Bo ja chcę tego serialu więcej i więcej! Cameo Tima Burtona (?) i piosenka Clayface'a osłodziły The Runaway Bridesmaid, który skutecznie spiął oczekiwaną klamrą pracę całej ekipy.

Na sam koniec pewnie się powtórzę, ale Harley Quinn to najlepszy serial animowany dla dorosłych ostatniej dekady. Znaleziono w nim idealny sposób na połączenie niedorzecznego humoru z pełną emocji historią o dojrzewaniu i przemianach głównej bohaterki. Okazał się być dowodem na to, że w klasycznej, rysunkowej formie wciąż może być zabawnie, brutalnie i mądrze. Dzięki temu dostaliśmy tytuł, który jest rozbrajająco śmieszny w bardzo głupi, często prostacki i dosadny sposób, lecz ani na chwilę nie uwłacza on inteligencji widza. Odnosząc się do naszego poczucia smaku, śmiało zakłada, że będziemy potrafili to docenić. I za to jestem twórcom niezmiernie wdzięczny.



Tytuł: Harley Quinn
Scenariusz: Justin Halpern, Dean Lorey, Patrick Schumacker
Reżyseria: Cecilia Aranovich, Juan Jose Meza-Leon, Ben Jones, Frank Marino
Aktorzy (dubbing): Kaley Cuoco, Lake Bell, Alan Tudyk, Ron Funches, Tony Hale, J. B. Smoove, Matt Oberg, Diedrich Bader, Christopher Meloni i inni
Wytwórnia: DC Entertainment, Warner Bros. Animation
Data premiery: 3 kwietnia 2020 (USA)
Sezon: 2
Ilość odcinków: 13
Czas trwania odcinka: około 23 min.

wtorek, 23 czerwca 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 30 (Smerfy tom 9, Superman. Rok Pierwszy, Superman. Action Comics tom 2)

Najnowsze, już trzydzieste spotkanie z komiksami przybrało znamienne, błękitno-czerwone barwy. Niebieskie Smerfy, niebieski strój Supermana, czerwony strój Papy Smerfa, czerwony płaszcz Człowieka ze Stali... Wszystko staje się jasne. Czy mimo to jednakowo jasna i wartościowa jest zawartość opisanych poniżej tytułów? Zapraszam do lektury, z niej dowiecie się wszystkiego. 


Smerfy, tom 9 - Awantura w wiosce Smerfów

Wojna północy z południem toczyła się w latach 1861–1865 w USA, pomiędzy Unią a Konfederacją i do dziś znana jest powszechnie jako Amerykańska Wojna Domowa... Zaraz, zaraz! Coś mi tu nie gra. Przecież to powinien być tekst o nowym komiksie o Smerfach! I jest tak w istocie. Wybaczcie ten wstęp, lecz ze względu na treść dziewiątego tomu przygód sympatycznych, niebieskich stworków, po prostu musiałem przypomnieć historyczne wydarzenia, które w pewnym stopniu go zainspirowały. Tak, moi drodzy, w wiosce Smerfów wybuchła straszna awantura. Na skutek niezrozumienia sposobu formułowania smerfnych wyrażeń, nastąpił ostry rozłam pomiędzy mieszkańcami południowej części wioski, oraz tymi z jej północnych krańców. I aż strach pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pożyczenia jednego, niewinnego smerfociągu (a może to jednak był korkosmerf...?). Tak czy inaczej, w tej zajmującej większość najnowszego tomu historyjce, Peyo wraz z Delportem luźno i z humorem odnoszą się do idei wojny domowej, ukazując ją w charakterystyczny dla siebie, wesoły i pouczający sposób. Podobnie jak w przypadku treści zaprezentowanej w Smerfie Naczelniku, przedstawiają prawidła rządzące społeczeństwem, wytykając jego wszelkie przywary czy wady. Czynią to w prawdziwie uroczy sposób, umiejętnie korzystając z elementów, które daje im osadzenie konfliktu wewnątrz bajkowego, z natury niewinnego świata.

Drugą część komiksu wypełnia seria jednostronicowych opowiastek, zatytułowanych Gry Smerfolimpijskie. Jeśli spodobała się Wam ta charakterystyczna formuła, ukazana w tomie Z życia Smerfów, z pewnością odnajdziecie się w najnowszych, przepełnionych ciepłym humorem i przepyszną puentą treściach. Dużo tu strzelania z łuku, toteż jeśli szczególnie lubicie tę dyscyplinę sportową, będziecie więcej niż zadowoleni. Smerfy to seria, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Znana najbardziej za sprawą niezwykle popularnego serialu animowanego, bawi i uczy widzów w każdym wieku do dziś. I tak samo jest z komiksem stworzonym pierwotnie przez Peyo. Mądre, ukazane w niezobowiązujący sposób przesłania, oraz dowcip przemawiający do szerokiego grona odbiorców, to charakterystyczne cechy tego dziełą. A jeśli dodamy do tego autentyczny czar samych Smerfów, od razu staje się jasnym, że mamy do czynienia z tytułem prawdziwe ponadczasowym. I tak jest oczywiście w przypadku tego tomu. Gorąco polecam. 

Tytuł: Smerfy, tom 9 - Awantura w wiosce Smerfów
Scenariusz: Peyo, Yvan Delporte
Rysunki: Peyo
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Superman. Rok pierwszy

Prób opowiedzenia na nowo historii superbohaterów było już wiele. Do licznej kolekcji dołącza właśnie najnowsze dzieło Franka Millera, niezwykle popularnego scenarzysty, znanego choćby z serii Sin City, 300 oraz przygód Daredevila. Tym razem autor na warsztat bierze dumnie powiewający sztandar wydawnictwa DC Comics, czyli samego Supermana. Korzystając z pewnych ogólnie utrwalonych wzorów na temat tej postaci, Miller snuje opowieść o początkach Clarka Kenta na Ziemi, starając się dodać coś znaczącego od siebie. Mamy więc katastrofę Kryptona, odnalezienie kapsuły z Kal-Elem przez Jonathana i Marthę ze Smallville, czasy szkolne, służbę w wojsku, podwodne przygody i początki pracy w Daily Planet w Metropolis. Wydawałoby się, że wszystko jest jak najbardziej w porządku, jednak często diabeł tkwi w szczegółach. Tak niestety jest i w tym przypadku.

Miller snuje swą historię niespiesznie, starając się pracować głównie na narracjach, które w większej części są świetnym podbudowaniem pod rysunki Romity Jr. W ten sposób 2/3 komiksu zachowuje doskonałe tempo, pozwalając autorom na prezentację kilku istotnych czynników, które ukształtowały Clarka jako człowieka i późniejszego obrońcę ludzkości. Doskonale prezentują się tu szczególnie czasy szkolne i walka z miejscowymi łobuzami, służba w marynarce wojennej USA oraz podróż do serca podwodnej Atlantydy (nie, nie tej znanej z Aquamana - to inna wersja, czyli prawdopodobnie kolejna Ziemia w Multiwersum). Kilka kroków jest tu na pewno podjętych dość odważnie i nie każdemu czytelnikowi spodoba się taka interpretacja losów Supermana. Mnie na szczęście owa część albumu w pełni kupiła. Znajdziemy tu sporo podbudowania psychologii późniejszego Człowieka ze Stali, ciekawie wypada też ukazanie Clarka jako łamacza damskich serc. Nieukojone w swym pożądaniu dla naszego bohatera pozostają nie tylko Lana Lang czy Lois Lane, ale również atlantydzka księżniczka Lori oraz Wonder Woman. I tu przechodzimy do finałowej części komiksu, czyli Metropolis (pozostałe to Smallville i Atlantyda). Następuje w niej dziwne nagromadzenie wątków, sprawiające wrażenie, jakby scenarzysta strasznie spieszył się, aby zamknąć historie i wreszcie położyć się spać. Wywołuje to dokładnie odwrotny skutek, bo ja po przeczytaniu tego na pewno nie będę mógł zmrużyć oka. Duża dawka niedorzeczności (tak fabularnych jak i motywacyjnych dotyczących poszczególnych postaci) skutecznie zabija przyjemność z tego, co udało się przeczytać wcześniej. Na dodatek album zamyka niepotrzebny suspens z Brainiackiem, sugerujący jakiś ciąg dalszy. Z tego co wiem, takowy raczej nie powstanie, ponieważ Superman. Rok pierwszy powstał jako tradycyjny one-shot, wydany w cyklu DC Black Label. Rysunki Romity Jr. są ciekawe (dość odmienne dla tradycyjnej konwencji), jednak autor ilustracji popełnił dwa ciekawe kurioza, prezentując postać rekruta Tuga z włosami odrastającymi w półtorej godziny oraz Wonder Woman w pozie, która woła o natychmiastową pomoc dyplomowanego egzorcysty. Jest zatem Superman. Rok pierwszy komiksem dość dziwnym, który zawiera naprawdę wiele dobra, jednak niszczy go niedopracowany i byle jaki finał samej opowieści. Polecam go jako coś co warto poznać, lecz przy bardzo swobodnym podejściu. Na księgarskich półkach są obecnie znacznie lepsze historie z Człowiekiem ze Stali. 

Tytuł: Superman. Rok pierwszy
Scenariusz: Frank Miller
Rysunki: John Romita Jr.
Przekład: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 216
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Superman. Action Comics, tom 2 - Nadejście Lewiatana

Czy Nadejście Lewiatana jest pozycją, która ukoiła moje serce po dość średniej interpretacji Supermana w wykonaniu Franka Millera i Johna Romity Jr.? Na pewno tak, choć już na samym wstępie mogę stwierdzić, że jest to komiks, który najwięcej zyska dopiero wtedy, kiedy poznamy całą, zaplanowaną na więcej numerów historię z tytułowym Lewiatanem. Drugi tom autorstwa Bendisa i Eptinga opowiada o  serii nagłych, unicestwiających ataków na największe tajne organizacje świata. DEO, Kult Kobry, ARGUS a nawet Spyral - wszechpotężna, tajemnicza siła niszczy ich siedziby, dekoncentrując uwagę i bezpieczeństwo całego globu. Jest to oczywiście robota dla Supermana, który jako odwieczny heros z Metropolis, ale także jego wierny reporter, będzie musiał dojść skrywanej prawdy. Kto stoi za zamachami? Czy we wszystko może być zamieszana Amanda Waller? Ślady prowadzą również do Talii al Ghul... 

Bendis systematycznie kontynuuje wątki rozpoczęte we wcześniejszych odsłonach serii, pokazując, że od początku ma uknuty plan na większą całość. Powyższy tom ma więc na celu ulokowanie poszczególnych pionków na planszy, nakreślając intrygę oraz wskazując postacie występujące w rozgrywce. Czyta się to z naprawdę niezłym zainteresowaniem, tym bardziej, że autor potrafi nawet te bardziej skomplikowane kwestie przedstawić tak, że stają się zrozumiałe nawet dla osób niekoniecznie obeznanych w obecnym świecie DC. Fabuła pozwala też błyszczeć postaciom drugoplanowym, których motywacje nie zawsze są dla nas do końca klarowne (w końcu jak zagadka, to zagadka!). Na pierwszym planie i tak pozostaje Clark i Lois, których wspólna praca oraz obowiązki dziennikarskie stanowią sedno Nadejścia Lewiatana. Tematyka superhero odchodzi tu niejako na dalszy plan, zwracając uwagę czytelnika na kwestie terroryzmu, tajnych informacji i zorganizowanej siatki szpiegowskiej. W tym wszystkim Bendis stara się również pokazać, czy (i jak?) można byłoby zniszczyć Supermana. Po tylu latach nieudanych prób wreszcie pojawia się wróg, twierdzący że opracował na to właściwy sposób. Rozpoczyna on realizację swego sekretnego planu, lecz o tym czy odniesie sukces, dowiemy się już z kolejnych tomów. I choćby dlatego warto sięgnąć po ten tytuł. Spodoba się on czytelnikom uznającym śmiałe połączenia stylów i wątków, a także odbiorcom spragnionym dobrze napisanych postaci. W docenieniu tego wszystkiego pomogą ilustracje Eptinga, który w klarowny sposób portretuje wszystkie, nawet te najbardziej sensacyjne wydarzenia.

Tytuł: Superman. Action Comics, tom 2 - Nadejście Lewiatana
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Steve Epting, Yanick Paquette
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 180
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 49,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy (i nie tylko!) znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


piątek, 19 czerwca 2020

WYWIAD: Maciej Kur (współautor serii Kajko i Kokosz - Nowe Przygody, Lil i Put, Emilka Sza)

Maćka Kura poznaliśmy latem 2018 roku na wystawie Bez słów, ze smakiem, poświęconej komiksom Delisie i Emilka Sza, organizowanej wspólnie z Magdą "Meago" Kanią. W Centrum Popkultury Yatta (relacja tutaj) dane nam było zanurzyć się w fantastycznym świecie wyobraźni tego niebanalnego i utalentowanego scenarzysty. Okazją do scementowania naszego koleżeństwa były ubiegłoroczne Warszawskie Targi Książki, gdzie przy okazji premiery komiksu z serii Kajko i Kokosz - Królewska Konna po raz drugi mogliśmy poznać pewne szczegóły ciekawych scenariuszy Maćka. Mieliśmy też przyjemność objęcia patronatu nad jego książką Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista. Tak, Maciek Kur to prawdziwy człowiek-instytucja, który niczym karabin maszynowy wyrzuca ze swojej głowy niesamowite komiksowe scenariusze. Ale nie tylko! Autor pracuje też nad licznymi filmami animowanymi, a czasem do któregoś z nich napisze nawet piosenkę. W poniższym wywiadzie rozmawiamy o jego pasjach, inspiracjach oraz kulisach powstawania Lila i Puta, Kajka i Kokosza, Delisi, Emilki Sza oraz kilku innych tytułów. Zapraszam.


czwartek, 18 czerwca 2020

RECENZJA: Dzień Wagarowicza - Robert Ziębiński


Lubicie straszne historie? Ja też! A najbardziej przemawiają do mnie te nasze, rodzime, osadzone w dowolnym czasie lub miejscu. To właśnie dlatego tak mocno zachwycam się ostatnimi książkami Artura Urbanowicza i Pawła Majki, co jakiś czas wypatrując tytułu, który w podobny sposób zawładnąłby moją wyobraźnią. Widząc zapowiedź nowej powieści Roberta Ziębińskiego, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że może być to coś w tak cenionym przeze mnie stylu. Już sam tytuł mocno działał na wyobraźnię, kojarząc się z licznymi filmowymi slasherami, a obietnica zawarta na tylnej stronie okładki zwiastowała podróż do odległych, komunistycznych czasów Polski Ludowej. Korzystając z uprzejmości wydawcy, na kilka dni przed premierą zagłębiłem się w świat wykreowany na stronach Dnia Wagarowicza, aby już dziś móc opisać swoje wrażenia. No i ostatecznie potwierdzić, czy powyższy tytuł jest wart ogólnego zainteresowania.

Ziębiński zabiera nas w nieco nostalgiczną podróż do dość już odległego 1956 roku, wprost na gęsto zalesione Mazury. To właśnie tu, w partyjnym ośrodku wraz z grupą najbliższych przyjaciół zechce spędzić czas Inga Ochab, córka jednego z najważniejszych ludzi w kraju. Nic dziwnego, młodzi zawsze chcą się bawić, a że za chwilę zacznie się wiosna, okazja do uczczenia święta wszystkich uczniów jest wprost nie do odpuszczenia. W lasach okalających jezioro Śniardwy od wielu lat ukrywa się niejaki "Trop", czyli Roman Kielecki, niegdysiejszy lekarz służący podczas II Wojny Światowej w szeregach Armii Krajowej. To właśnie on pierwszy trafia na ślady czegoś nieludzkiego, co brutalnie zabija jego dwa wierzchowce, następnie rozszarpując wracającego do domu mieszkańca pobliskiej miejscowości. Kim lub czym może być okrutny napastnik? Zmęczony ukrywaniem się i odwieczną walką Roman nawet nie podejrzewa, że wszystko czego dotychczas doświadczył wkrótce zblednie w obliczu zagrożenia, z którym przyjdzie mu walczyć. Czy tego chce czy nie, starcie z mrocznymi siłami przybliży go do celu, który obrał sobie już dawno temu. 

Tytuł Dzień Wagarowicza nawiązuje i reklamowany jest jako powieść grozy typu slasher. Nie mogę zgodzić się z tym do końca. Choć powieść wykorzystuje wiele z podstawowych elementów występujących we wspomnianym gatunku, nie zawiera jednego dość istotnego składnika. Nikt nie gania po mazurskich lasach z kosą czy nożem, które zazwyczaj są głównymi narzędziami zbrodni w filmach grozy. Nazwałbym więc powieść Ziębińskiego horrorem z elementami slashera. Drobny szczegół, lecz wymagający szybkiego wyjaśnienia. Jest tu za to wiele innych interesujących detali. Autor konstruuje treść książki tak, aby opowiedzieć historię wielu bohaterów. Z jednej strony mamy Romana i jego ciężkie problemy z przeszłością, z drugiej nastoletnią Ingę i grupę jej rozbrykanych znajomych, ale oprócz nich zyskujemy możliwość zaznajomienia z wieloma interesującymi postaciami drugoplanowymi. Do tej grupy należą okoliczni mieszkańcy oraz pewna grupa naukowców, wykonująca tajemnicze i cokolwiek złowrogie doświadczenia. Oczywistym jest, że przy takiej liczbie bohaterów trup będzie ścielił się gęsto i faktycznie w Dniu Wagarowicza wypadki działają w ten sposób. Opisy rzezi są często brutalne, choć nie wychodzą przesadnie poza to, co każdy szanujący się fan horroru mógł już kiedyś przeczytać. 

Autor umiejętnie buduje napięcie, prowadząc akcję tak, aby ani na chwilę nie opuściło nas uczucie niepewności. Zyskuje na tym także fascynacja ze stopniowego odkrywania zagadki. Choć powieść jest dość krótka, Ziębiński znajduje czas aby starannie przedstawić wszystkie wątki i pomysły. Sporo dowiadujemy się o poszczególnych postaciach (nawet tych mniej istotnych), tajemnica potworów grasujących w lesie dawkowana jest z odpowiednim wyczuciem, a lekkie pióro autora sprawia, że łatwo jest utożsamić się czytelnikowi z głównymi postaciami (nawet z dzieciakami, które w tym gatunku pełnią często funkcję mięsa armatniego). Jakby tego było mało, w finale powieści zyskujemy okazję na spojrzenie na całą sytuację oczami bestii. Więcej nie zdradzę, warto dotrzeć do tego miejsca samemu. Oprócz wątku grozy, dość ważna pozostaje w Dniu Wagarowicza kwestia ówczesnej sytuacji w kraju. To w końcu realia, w jakich autor uknuł całą fabułę, toteż oczywistym jest, że ta kwestia powinna odgrywać niemałą rolę. Ma to duże znaczenie nie tylko w opisywaniu wydarzeń czy motywacji najważniejszych bohaterów, ale również przy prezentacji ciekawego zwrotu akcji, który następuje kilkadziesiąt stron przed finałem. Jest to na tyle dobre, że skłania czytelnika do zgłębienia historycznych faktów, o których często wspomina książka (ja bynajmniej tak zrobiłem). Wskazując ewentualne minusy powieści, zwróciłbym uwagę na zbytni pospiech w samym finale historii. Sprawia on wrażenie, jakby Ziębiński chciał nazbyt szybko pozamykać wszystkie wątki i oddać książkę do druku. Najbardziej ucierpiało na tym ostateczne starcie z monstrum, które w moim mniemaniu mogłoby być bardziej rozbudowane tak pod względem fabularnym jak i emocjonalnym.

W Dniu Wagarowicza otrzymałem historię, na jaką czekałem od dawna. Jest ona zarazem straszna jak i fascynująca. Sprawne budowanie fabularnego napięcia idzie w parze z łatwością przyswajania treści, dzięki czemu powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Akcja płynie w dynamicznym tempie, przy czym nie traci na tym żadna ze składowych części fabuły. Sympatycy potworów, tajemnicy oraz swojskich (w tym obudowanych historycznymi realiami) klimatów będą bardzo zadowoleni. Sądzę, że tytuł sprawdzi się idealnie w nadchodzącym wakacyjnym czasie, kiedy większość z nas wybierze się na zasłużone urlopy, chcąc spędzić ten czas z dala od zgiełku dzisiejszego świata. Świadomość, że w tych spokojnych, często słabo zaludnionych miejscach może drzemać złowieszcza groza, lub że ktoś może obserwować nas z ciemności, na pewno zostanie mocno pobudzona przez opowieść Ziębińskiego. I jeśli w trakcie czytania komukolwiek choć trochę skoczy ciśnienie, będzie to oznaczać, że autor wykonał swoją pracę najlepiej jak umiał. Bo w końcu o to chodzi w horrorach, prawda?   


Tytuł: Dzień Wagarowicza
Autor: Robert Ziębiński
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 276
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 34,90 zł


Za podesłanie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


środa, 17 czerwca 2020

Młody Kaczor Donald, Minnie i Daisy. Szpiegomania oraz Strachosfera - Opowieści komiksowe z bohaterami Disney'a od Egmontu


  

Wśród nas nie ma chyba osób, które na pewnym etapie swego dzieciństwa nie wychowywały się na przygodach klasycznych postaci Disney'a. Kaczor Donald, Myszka Miki, Pies Pluto, Goofry, Daisy, Minnie, Wujek Sknerus... Wymieniać można by jeszcze długo. To co dobre nigdy się nie starzeje, toteż aby przedstawić kultowych bohaterów młodszemu pokoleniu, Egmont Polska wraz z HarperKids Polska wydali trzy niezwykle kreatywne książeczki. Młody Kaczor Donald. Niefortunne przypadki młodej kaczki, Minnie i Daisy. Szpiegomania. Podwójny przekręt oraz Strachosfera. Koszmarna formuła to tzw. opowieści komiksowe. No dobrze, ale co to w ogóle są te opowieści komiksowe? Otóż jest to swoiste połączenie komiksu z opowieścią dla najmłodszych.

Takie rozwiązanie ma kilka korzyści. Za sprawą atrakcyjnej szaty graficznej wydania przyciągają uwagę dzieciaków, a nawet te najbardziej oporne do czytania zachęci komiksowa forma poszczególnych tytułów. Choć trzeba też przyznać, że sam termin "opowieści komiksowej" nie do końca oddaje faktyczny stan rzeczy (ja nazwałbym książeczki bogato ilustrowanymi opowiadaniami z elementami komiksu), to jednak samo wydanie jest niezłym wabikiem dla większości młodych sympatyków Disney'a. Jakby tego było mało, wydawcy zadbali, aby poszczególne tytuły trafiały do konkretnej grupy odbiorców. I tak Młody Kaczor Donald. Niefortunne przypadki młodej kaczki jest historią typowo humorystyczną, pełną świetnych, bardzo kreatywnych pomysłów, Minnie i Daisy. Szpiegomania. Podwójny przekręt najbardziej spodoba się poszukującym ambitnej przygody dziewczynkom, a Strachosfera. Koszmarna formuła przyciągnie uwagę młodych detektywów i wielbicieli wszystkiego co tajemnicze. Jest więc w czym wybierać, a same historie zawarte w publikacjach są całkiem niezłe i przemyślane.



Jeśli więc szukacie idealnej lektury dla swej pociechy na wakacje, i to takiej, która swą formułą przyciągnie jego uwagę, powyższe tytuły sprawdzą się doskonale. I choć każda z nich rozgrywa się w szkolnym otoczeniu, nie będzie to przeszkodą, aby zgłębić ich treść będąc w górach, siedząc na plaży czy przy basenie. Z założenia wydawcy książeczki przeznaczone są dla dzieciaków w wieku 8-13 lat. Znajdziemy w nich wyrazistych bohaterów (na których upadkach i wzlotach można uczyć się ważnych kwestii), intrygujące zwroty akcji oraz sporą dawka humoru. Są to niewątpliwe znaki rozpoznawcze tej serii. Co prawda, zamiast Minnie, Daisy, czy Donalda i jego siostrzeńców można by podstawić tu zupełnie inne postacie, jednak dobrze, że zdecydowano się na nich. Nic tak nie rozbudza wyobraźni jak klasyka, tym bardziej że została tu podana w tak innowacyjny sposób. 

Warto też zwrócić uwagę, że moja ulubiona z trzech publikacji, czyli Młody Kaczor Donald. Niefortunne przypadki młodej kaczki ma wiele ilustracji, które można samodzielnie pokolorować. Budynki, tła i niektóre postacie z dalszych planów aż proszą się o kredkę czy flamaster, a od wyobraźni młodych czytelników zależy, jakie ostatecznie przyjmą barwy. To dodatkowy, nieoczywisty plus tego tytułu. 


Na koniec mała niespodzianka! Kto z Was w dniach 17-24 czerwca b.r. odwiedzi stronę Egmontu (zapraszam tutaj) i przy zakupach do koszyka dorzuci choć jeden z opisanych powyżej tytułów, otrzyma dodatkowy rabat w wysokości 7% na całą zawartość koszyka. Przy finalizowaniu zamówienia wystarczy tylko wpisać kod rabatowy "kaczki"!   



Tytuł: Młody Kaczor Donald. Niefortunne przypadki młodej kaczki, Minnie i Daisy. Szpiegomania. Podwójny przekręt, Strachosfera. Koszmarna formuła
Autor: Jimmy Gownley, Jen Petro-Roy, Tommy Greenwald
Ilustracje: Jay P. Fosgitt, Kawaii Creative Studio, Elisa Ferrari
Przekład: Anna Gawrylewska, Regina Mościcka, Paulina Zagórska
Wydawnictwo: Egmont Polska/HarperKids Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 216, 224, 200
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 32,99 zł


Za udostępnienie tytułów do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.


sobota, 13 czerwca 2020

RECENZJA: Diuna - Frank Herbert


Nigdy dotąd nie miałem okazji przeczytać Diuny. Wiem, że dla wielu fanów fantastyki będzie to niewybaczalny błąd, ale jak mówią starsi: lepiej późno niż wcale. Okazją do nadrobienia zaległości okazało się nowe wydanie pierwszego tomu cyklu, które właśnie pojawiło się na naszym rynku. Przez ponad pięć dekad od powstania, sześciotomowa seria autorstwa Franka Herberta zdążyła zdobyć nie tylko kilka najważniejszych nagród w branży (Nebula i Hugo), ale też utrwalić się w świadomości odbiorców jako jedno z najważniejszych i najlepszych dzieł literatury science-fiction. I jest tak bez dwóch zdań, po zapoznaniu się z lekturą nie mam w tej kwestii absolutnie żadnych wątpliwości. Inną sprawą jest natomiast mój osobisty odbiór dzieła, o czym napiszę poniżej. Tak czy inaczej, nie sposób przecenić wpływu Diuny na wiele innych, późniejszych dzieł, tak literackich, jak i filmowych.

Chyba każdy, kto interesuje się szeroko pojętą fantastyką, odnajdzie liczne inspiracje w dokonaniach popkultury, czerpiących z dzieł Herberta pełnymi garściami. Ze swego doświadczenia wymienię tylko Geroge'a Lucasa, Jamesa Camerona, George'a R. R. Martina, Brandona Sandersona czy Christophera Ruocchio. Każdy z tych twórców czytał i dobrze zna bogaty i fascynujący świat Diuny, korzystając z twórczej fantazji jej autora przy tworzeniu swych niesamowitych uniwersów. Bo Herbert był pierwszym pisarzem, który na naprawdę wielką skalę (i to już w drugiej połowie ubiegłego wieku) przedstawił nam tak złożony i kompleksowo wymyślony wszechświat. Tylko kwestią czasu było, aż reszta twórców zacznie się do niego odnosić.

Diuna opowiada wielowątkową historię, osadzoną w fantastycznym świecie przyszłości. To właśnie tu, na planecie nazywanej Arrakis, znajdują się złoża wielce pożądanej substancji zwanej melanżem. Umożliwia ona pewną formę jasnowidzenia, niezbędnego do ponadwymiarowych podróży kosmicznych. Diuna zostaje odebrana rządzącym nią Harkonnenom, a następnie oddana we władanie rodowi Atrydów. Niestety, spiski wewnątrz struktur władzy sprawiają, że kiedy książę Leto I Atryda wraz ze swoją konkubiną lady Jessiką, piętnastoletnim synem Paulem oraz resztą swej świty i wojsk przybywają na jej powierzchnię, dokonany zostaje brutalny zamach stanu. W jego wyniku tylko Paul i Jessika uchodzą z życiem, znajdując schronienie w głębi nieprzyjaznej, pozbawionej wody planety. Tu, pośród tubylców zwanych Fremenami młody następca tronu poznaje sekrety trudów życia, stopniowo stając się wybrańcem silnego, koczowniczego ludu. Uczy się i przygotowuje do spełnienia swej roli jako Muad' Dib. Jego zadaniem będzie wypowiedzenie wojny Harkonnenom i położenie kresu władzy Imperatora Szaddama IV. 

Herbert okazał się wizjonerskim pionierem, tworzącym kompleksowe uniwersum z własnym kosmosem, planetami, geografią, przyrodą czy polityką. Rozmach Diuny niewątpliwie urzeka, tym bardziej, że autor daje czytelnikowi czas, aby stopniowo wprowadzać go we wszystkie szczegóły powyższych treści. Od zasad panujących na dworze księcia Leto, poprzez niegościnność piaszczystej Arrakis, aż po zwyczaje i charakterystykę ludu Fremenów - wszystko tutaj zostało zapięte na ostatni guzik. Równie ważna jest w książce mistyka. Wizje przyszłości oraz ogólny wpływ tego co nieuchwytne na losy bohaterów jest wyczuwalny na każdej stronie. Do dziś niewielu twórcom udaje się tak sprawnie połączyć ogrom wszelkich elementów wpływających na strukturę powieści. Pod tym względem dzieło Herberta jest czymś prawdziwie unikalnym i bez problemu broni się do dziś. Paradoksalnie, pomimo wielu zachwytów, jaki wzbudziła we mnie Diuna, lektura okazała się też dość sporym rozczarowaniem. Już dawno (a może nawet nigdy) nie byłem tak rozdarty pomiędzy fascynacją treścią, a zawodem wynikającym ze sposobu, w jaki dzieło zostało podane.   

Diuna przytłoczyła mnie swym nadmiernym patetyzmem i nachalną poetyką, która w znacznym stopniu utrudniała cały proces czytania. Okazała się również dziełem niezwykle rozwlekłym, gdzie choć dzieje się sporo, to proces prezentacji wydarzeń prowadzony jest wyjątkowo mozolnie. Nie pomaga przy tym budowa większości postaci, które często nie były w stanie wzbudzić mojej sympatii ani właściwego zaangażowania. Pomijając fakt, że główni bohaterowie zachowują się jakby połknęli kij, Herbert nie sili się, aby pokazać ich jako pełnych wątpliwości lub uczuć (jest to szczególnie widoczne w przypadku Paula, którego droga jest przecież główną osią wydarzeń i przydałoby się poznać jego obawy, wewnętrzną walkę czy niepewność). Bardzo brakowało mi też humoru, który pomógłby złamać górnolotność tłamszącą tak wiele z ukazanych wydarzeń. 

Herbert stworzył monumentalne dzieło, którego lektura nie należała do najłatwiejszych, lecz wszystko co dzięki temu zyskałem sprawia, że nie mogę przejść obok Diuny obojętnie. To niewątpliwie wspaniała, pełna wielkiej wyobraźni powieść, która spodoba się czytelnikom stawiającym na skrupulatną budowę treści, ale też oczekujących czegoś, co nie często można spotkać w szablonowo tworzonym science-fiction. Uniwersum książki powala, stale przypominając, że jest ona ścisłym wyznacznikiem gatunku po dziś dzień. Z niecierpliwością czekam więc na kolejną ekranizację, która pojawi się w kinach pod koniec roku. Być może wizja reżysera Denisa Villeneuve'a, pozbawiona nużącej stylistyki narracyjnej okaże się być dla mnie jeszcze bardziej uzależniająca, dzięki czemu pokocham tę opowieść całym sercem. Tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście Diuny, zróbcie to jak najszybciej. Jeśli nawet nie pochłonie Was bez reszty, docenicie jej wagę dla całego fantastycznego świata. 

Tytuł: Diuna
Autor: Frank Herbert
Przekład: Marek Marszał
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 784
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


środa, 10 czerwca 2020

80 lat Królika Bugsa od Funko

Królik jaki jest, każdy widzi. Tymczasem prawda jest taka, że nie ma bardziej znanego i lubianego królika od Bugsa! W tym roku nasz sympatyczny marchewkozjad obchodzi 80 urodziny i z tej okazji Funko przygotowało aż pięć figurek w stylu Pop! Oczywiście odwzorowują one najbardziej rozpoznawalne wcielenia bohatera (pomijając te, które firma zdążyła zaprezentować w minionych latach). Dwie z nich to wydania z serii limited edition, a jedna będzie dostępna wyłącznie w internetowym sklepie Funko. Wszystkie są po prostu cudowne!

Bugsowi życzymy więc wszystkiego najlepszego, ciesząc się z jego nieustającej świetnej formy (Looney Tunes dopiero co powróciły z nowymi odcinkami na HBO Max), czekając na Space Jam 2 i ciesząc się poniższymi statuetkami. 




czwartek, 4 czerwca 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 29 (Oblivion Song tom 3, Kryzys bohaterów, Odrodzenie tom 8, Lil i Put tomy 1-4)

Kolejne wydanie komiksowego działu przynosi coś ciekawego dla każdego fana historii obrazkowych. Znajdziecie tu klimaty superhero połączone z zagadką kryminalną, finał szczególnie udanego prowincjonalnego noir, pełną fantastycznych przygód historię dwóch niezastąpionych przyjaciół oraz zajmującą opowieść o nieznanym wymiarze. Brzmi świetnie, prawda? Czytajcie zatem szybko, a zaraz potem sięgnijcie po jeden z opisanych poniżej tytułów. Tym razem wszystkie trafiły w samą dziesiątkę! :-)    


Oblivion Song, tom 3

Oblivion Song (Pieśń Otchłani) wyrasta nam na jedną z najlepszych serii science-fiction wydawanych przez Non Stop Comics. I bardzo dobrze, wszak Odrodzenie dobiegło już do finału (patrz poniżej), należy więc w naturalny sposób wypełnić tę lukę. Na straży dobrej historii stoi jak zawsze niezawodny Robert Kirkman, który po raz kolejny oferuje niezwykłą opowieść rozgrywająca się w świecie, który kryje wiele niewiadomych (jak i tym, który znamy z własnego otoczenia). Wraz z rysownikiem Lorenzo De Felicim snują domysły na temat niecodziennego zdarzenia, które na zawsze odmieniło oblicze Filadelfii (wiecie o co chodzi, jeśli nie - zapraszam tu i tu). Nowy tom przenosi nas o trzy lata w przód, ujawniając jak po tym czasie wyglądają kwestie eksploracji Oblivion. Na skutek niewystarczającej ilości dowodów w sprawie spowodowania wypadku, Nathan przedwcześnie wychodzi z więzienia. Teraz, na własne oczy może przekonać się, ile dobrego udało się wycisnąć z dramatu będącego jego częściowym udziałem. Sielanka nie trwa jednak wiecznie, ponieważ coś bardzo złowrogiego czai się w innym wymiarze. Coś, co nasz bohater miał już okazję widzieć, lecz nie potraktował na serio. Tajemniczy Bezimienni atakują grupę badaczy przebywających w Oblivion oraz załogę Dane'a, biorąc bogu ducha winnych ludzi do niewoli. Znów robi się dziwnie i bardzo niebezpiecznie.

Trzeci tom Oblivion Song to taka jakby druga odsłona całej historii. Poprzednia część sfinalizowała większość wątków, lecz Kirkman pozostawił sobie szeroko otwartą furtkę, aby móc nadal kontynuować tę opowieść. Bo jak się okazuje, jest ona jeszcze daleka do końca. Scenarzysta umiejętnie operuje kształtem wymyślonego świata, łącząc to co tajemnicze i nieznane, z jak zwykle istotnym wątkiem ludzkim. Nowa część elektryzuje więc akcją, w czasie której jeszcze lepiej poznajemy równoległy wymiar. Dostajemy też kilka drobnych odpowiedzi na pytania, które mogły nas nurtować podczas bieżącego poznawania cyklu. Autor nie byłby jednak sobą, gdyby znów nie wziął nas na przetrzymanie, ponieważ to, co zaoferował w sferze tajemniczego ludu zamieszkującego Oblivion, skutkuje nową porcją niecodziennych zagadek. Dla mnie jednak Oblivion Song od samego początku jest historią o dwóch braciach. Ten wątek jest w komiksie na tyle silny, że po przeczytaniu najnowszego tomu nie mam już w tej kwestii żadnych wątpliwości. Jak się okazuje z przedstawionych zdarzeń, Nathana i Eda mogą znacznie różnić najrozmaitsze kwestie, lecz mimo to niezmiennie mogą oni na sobie polegać (w szczególności Ed na Nathanie). Nie sądziłem, że Kirkmanowi uda się znów tak mocno zafascynować mnie swą opowieścią, niemniej jednak udało mu się to wręcz znakomicie. Wraz z De Felicim, specjalizującym się w bardzo plastycznej, atrakcyjnej wizualnie kresce, stworzyli kolejną odsłonę komiksu, który fascynuje poszczególnymi wątkami, nie będąc obojętnym na typowo ludzki pierwiastek całości. Oblivion Song to po prostu świetna, niezwykle wciągająca historia, której jak na razie absolutnie nie mam dosyć. I to paradoksalnie boli mnie najbardziej, ponieważ na kolejny tom znów przyjdzie mi poczekać kilkanaście długich miesięcy. ;-)   

Tytuł: Oblivion Song, tom 3
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Lorenzo De Felici
Przekład: Maciej Muszalski
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 128
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł


Kryzys bohaterów

Tom King to jeden z tych twórców, przy których wiesz, że za cokolwiek się zabiorą, odcisną na tym swe własne, niepowtarzalne piętno. Pokazał to przy portretowaniu losów Visiona, swój talent zaprezentował przy omawianiu przygód Mistera Miracle. Z różnym skutkiem prowadził nocne eskapady Batmana (z cyklu DC Odrodzenie), swych sił próbował też w starciach z Teen Titans czy Nightwingiem. Tym razem wraz z Clay Mannem zabiera nas w podróż do placówki, w której superbohaterowie DC mogą pokrzepić się psychicznie, za sprawą najnowocześniejszej sztucznej inteligencji kojąc swe nerwy po wielu stoczonych bojach. Sanktuarium to miejsce stworzone w tajemnicy przed opinią publiczną przez Wielką Trójkę (Supermana, Wonder Woman i Batmana). Niestety, pewnego dnia ośrodkiem wstrząsa brutalna i dość osobliwa masakra. Głównymi winowajcami stają się Booster Gold oraz Harley Quinn. Żądzy ich mordu padają m.in. Solstice, Blue Jay, Arsenal oraz Wally West (Flash), który trafił tam po wydarzeniach zaprezentowanych w Wojnie Flashów. Co ciekawe, każde z podejrzanych wskazuje na to drugie jako głównego sprawcę morderstw. Śledztwo prowadzone wobec siebie przez samych zainteresowanych (oraz zamieszaną we wszystko Ligę Sprawiedliwości) wiedzie nas przez strukturę ośrodka oraz różnorakich problemów, z jakimi mierzyli się rezydujący tam bohaterowie.

Tom King tworzy w Kryzysie bohaterów komiks doskonały. Nie tylko konstruuje intrygującą zagadkę kryminalną z wykorzystaniem całej rzeszy postaci uniwersum DC, ale także klasycznym dla siebie sposobem miesza wydarzenia i narrację tak, aby zmusić szare komórki czytelnika do bardziej wytężonej pracy. W komiksie uwydatnia się niezwykła znajomość Kinga wszystkich bohaterów świata przedstawionego. Od tych najbardziej rozpoznawalnych, po takich, którzy na przestrzeni dekad zaledwie mignęli na stronach zeszytów wydawnictwa - w przerywnikach prezentujących ich sesje w Sanktuarium poznajemy ich prawdziwą naturę, która potrafi wyrażać się czasem poprzez jedno słowo lub jakiś charakterystyczny gest. Pomimo dość mrocznego i poważnego stylu opowieści, znalazło się tu miejsce dla kilku prawdziwie rozbrajających żartów. Ponadto, całość idealnie komponuje się z fabularnym kontinuum, rozpoczętym wraz z inauguracją inicjatywy DC Odrodzenie. Choć najważniejszą postacią jest tu Wally West (to jego powrót zapoczątkował wiele wydarzeń w cyklu, a poprzez ból postaci scenarzysta łączy wszystkie istotne wątki w swojej opowieści), ma się wrażenie, że każda strona dotyczy w jednakowym stopniu całej reszty bohaterów. King umiejętnie wplata tu także poezję oraz pewne dylematy filozoficzne, które w żadnym stopniu nie psują odbioru ani dynamiki komiksu. Rysunki Clay Manna idealnie komponują się z powagą treści, pokazując dość realistyczną stronę przedsięwzięcia. Rysownik potrafi świetnie oddać dynamikę walk, jak i wewnętrzne rozterki herosów. Choć w dużym stopniu Krysys bohaterów jest swoistym eventem czy (jak wskazuje tytuł) kryzysem, szczęśliwie nie posiada żadnego stopnia niedorzeczności lub zagmatwania, tak charakterystycznego dla podobnych wydarzeń. Nie polecałbym go jedynie osobom, które chciałyby od tej lektury zacząć swą przygodę z tytułami DC Comics. Poczytajcie najpierw trochę starszych tomów, a później wróćcie tu koniecznie. Reszta fanów uniwersum powinna zachwycić się Kryzysem bohaterów tak jak ja. Bo wierzcie mi na słowo - to być może najlepszy komiks superhero, jaki pojawił się w tym roku!

Tytuł: Kryzys bohaterów
Scenariusz: Tom King
Rysunki: Clay Mann
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 240
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


Odrodzenie, tom 8 - Zostań jeszcze przez chwilę

Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Niestety, to słynne porzekadło dotyczy też serii Odrodzenie. Dwa i pół roku temu zaprosiłem Was na recenzję pierwszego tomu cyklu, nawet nie spodziewając się, jak mocno przyjdzie mi zżyć się z nim na przestrzeni długich miesięcy. Swoją fascynację tytułem podkreśliłem, umieszczając go wśród trzech najlepszych komiksów ubiegłego roku w blogowym podsumowaniu Wielka Trójka 2019. I nic dziwnego, dzieło Tima Seeley'a i Mike'a Nortona od początku było czymś atrakcyjnym i ciekawym, wciągającym mnie w świat wykreowany w myślach autorów. Powstanie zmarłych do życia, zamknięta małomiasteczkowa społeczność, zagadka kryminalna, gęsty klimat niepewności oraz cała gama intrygujących i niejednoznacznych postaci - to wszystko zaważyło na moim oddaniu serii, której właśnie przyszedł kres. Opisując swe początkowe wrażenia z lektury, często zaznaczałem, że Odrodzenie to dość swobodne połączenie Twin Peaks i The X-Files. Tym niemniej zdumiewa mnie fakt, jak bardzo na przestrzeni ośmiu tomów cykl oddalił się od podobnych skojarzeń. Może niezupełnie do końca, one gdzieś nadal tam są, ale pomysł Seeley'a wyszedł ostatecznie tak bardzo poza wspomniane ramy, że dziś, po lekturze Zostań jeszcze przez chwilę już prawie o nich zapomniałem. 

Finałowy tom odpowiada oczywiście na pytania, które jako wierny czytelnik zadawałem sobie od samego początku. Jestem zdumiony, z jaką lekkością i niewymuszoną gracją autorzy przedstawiają nam tę część historii. Wiele innych dzieł popkultury poległo z kretesem przy ostatecznym domykaniu wątków (o wyjaśnianiu poszczególnych sekretów nawet nie wspominając), tymczasem Odrodzenie oferuje w pełni przemyślane i zgrabne podsumowanie elementów, będących prawdziwym sednem tej opowieści. Na dodatek robi to tak niespiesznie, że aż trudno nie wyrazić zadowolenia z podobnie ukształtowanego finału. Samej treści oczywiście nie zdradzę, przekonacie się sami jak zgrabnie to wyszło. Niespodziewanie dla mnie, w Zostań jeszcze przez chwilę pojawiła się także znacząca nutka wzruszenia. Nie wszyscy bohaterowie pozostali z nami do końca, toteż śmiało mogę napisać, że pożegnanie z tytułem nosi typowe, słodko-gorzkie znamiona. Odrodzenie to świetny przykład komiksu, który (jak dowiadujemy się z posłowia) zabrał twórcom aż pięć lat z ich zawodowego życia. Cała ta pasja i poświęcenie nie poszły na marne, ponieważ dzięki temu otrzymałem niesamowitą opowieść z gatunku noir, która wymyka się wielu klasyfikacjom, będąc jednocześnie wierną ściśle określonemu, autorskiemu konceptowi. Dzieło Seeley'a i Nortona na długo zapisze się w mojej pamięci, jako w pełni satysfakcjonująca, inteligentna rozrywka. Z pewnością nieraz do niego powrócę. Nostalgiczna nuta tej recenzji tłumaczy moje przywiązanie do tytułu, który tym samym gorąco Wam polecam. Tym bardziej, że teraz możecie poznać wszystkie jego części.      

Tytuł: Odrodzenie, tom 8 - Zostań jeszcze przez chwilę
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Przekład: Bartosz Musiał
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 144 
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44 zł


Lil i Put, tomy 1-4 (Jak przelać kota do kieliszka, Chodu!!!, Czarująca panna młoda, Zawodowi bumelanci)

     

             

Maciek Kur wyrasta na rodzimym, komiksowo-familijnym poletku na coraz ważniejszego gracza. Nie tylko został autorem scenariuszy do nowego cyklu opowieści o Kajku i Kokoszu (Królewska Konna została zwycięzcą mojego podsumowania Wielka Trójka 2019), ale też współtworzy całą gamę innych, bardzo atrakcyjnych tytułów (Oskar i Fabrycy, Emilka Sza, Delisie). Napisał wspaniałą książeczkę dla najmłodszych - Sylwia Sylwester jest Niecałopełnista, której patronatu Skrzydła Gryfa podjęły się z prawdziwą przyjemnością. Dodatkowo, czynnie uczestniczył przy powstawaniu serialu animowanego Żubr Pompik (sam reżyserował kilka odcinków), pisze też scenariusz do kreskówki o przygodach Kajka i Kokosza. Ale to jeszcze nie wszystko! Od kilku lat wraz z Piotrem Bednarczykiem prezentuje przygody dwójki nierozłącznych przyjaciół, zwanych Lilem i Putem. Ci niezwykle sympatyczni bumelanci to przedstawiciele rasy zwanej małoludami (tacy jakby hobbici, tylko bardziej niezależni), zamieszkujący osadę Miniatury Wielkie. Opis ten słusznie sugeruje, że możemy mieć tu do czynienia z humorystyczną serią fantasy. I jest tak w istocie, możecie więc być pewni, że wróżek, elfów, krasnoludów, gnomów, smoków i całej reszty tej zgrai tu nie zabraknie!  

Po lekturze czterech dotychczas wydanych tomów, wiem już na pewno: Lil i Put to istny plac zabaw dla Kura i Bednarczyka. Tutaj autorzy nie muszą trzymać się ściśle wyznaczonych ram, swobodnie wypływając na bezkresne wody swej wyobraźni. W ten sposób tworzą dość typowy, niemal klasyczny świat fantasy, zabarwiając go autorską nutką szaleństwa, pastiszu czy zwyczajnej zgrywy. Naśmiewają się z pewnych utartych wzorców, ale jednocześnie tworzą własne skojarzenia, uwydatniające śmieszność motywów, postaci czy przeróżnych zdarzeń. Humorystyczny talent Maćka idealnie współgra z karykaturalnymi ilustracjami Piotra, które celowo utrzymane są nieco kanciastej, zadziornej stylistyce. O ile pierwsze dwa tomy (Jak przelać kota do kieliszka i Chodu!!!) traktuję jako swoistą rozgrzewkę autorów, to Czarująca panna młoda i Zawodowi bumelanci dostarczają dzieło przemyślane i dopracowane w prawie każdym aspekcie. Warto też pochwalić budowę świata przedstawionego, gdzie (pomimo prezentacji wielu krótkich historii) często powracają miejsca i bohaterowie, tworzący interesujący i spójny ciąg zdarzeń. Komiks Kura i Bednarczyka to prawdziwy festiwal najróżniejszych osobowości - niejedna z postaci zapadła mi na dłużej w pamięć. Przygody Lila i Puta to oczywiście komiks przeznaczony głównie dla młodszych czytelników (jest zwycięzcą pierwszej edycji konkursu im. Janusza Christy), toteż nie spodziewajcie się tu treści stricte dla dorosłych. Cała sztuka polega jednak na tym, że przemówi on do wszystkich grup wiekowych, prezentując żart, przygodę oraz nienachalny morał w każdej z zamieszczonych opowieści. Fani twórczości Maćka odnajdą tu pewne smaczki, nawiązujące do jego bogatej twórczości (spróbujcie wypatrzeć Pana Pakaduriusza z przygód Sylwii Sylwester na jednej z ostatnich stron Czarującej panny młodej). Jestem pod wrażeniem i gorąco polecam przygody Lila i Puta. Tym bardziej, że autorzy za kilka miesięcy uraczą nas kolejnym tomem serii. 

Tytuł: Lil i Put, tomy 1-4 (Jak przelać kota do kieliszka, Chodu!!!, Czarująca panna młoda, Zawodowi bumelanci)
Scenariusz: Maciej Kur
Rysunki: Piotr Bednarczyk
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2014/2019
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 24,99 zł


Wszystkie tomy Oblivion Song i Odrodzenia znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


Komiksy Kryzys bohaterów oraz serię Lil i Put poleca wydawnictwo Egmont.