sobota, 13 czerwca 2020

RECENZJA: Diuna - Frank Herbert


Nigdy dotąd nie miałem okazji przeczytać Diuny. Wiem, że dla wielu fanów fantastyki będzie to niewybaczalny błąd, ale jak mówią starsi: lepiej późno niż wcale. Okazją do nadrobienia zaległości okazało się nowe wydanie pierwszego tomu cyklu, które właśnie pojawiło się na naszym rynku. Przez ponad pięć dekad od powstania, sześciotomowa seria autorstwa Franka Herberta zdążyła zdobyć nie tylko kilka najważniejszych nagród w branży (Nebula i Hugo), ale też utrwalić się w świadomości odbiorców jako jedno z najważniejszych i najlepszych dzieł literatury science-fiction. I jest tak bez dwóch zdań, po zapoznaniu się z lekturą nie mam w tej kwestii absolutnie żadnych wątpliwości. Inną sprawą jest natomiast mój osobisty odbiór dzieła, o czym napiszę poniżej. Tak czy inaczej, nie sposób przecenić wpływu Diuny na wiele innych, późniejszych dzieł, tak literackich, jak i filmowych.

Chyba każdy, kto interesuje się szeroko pojętą fantastyką, odnajdzie liczne inspiracje w dokonaniach popkultury, czerpiących z dzieł Herberta pełnymi garściami. Ze swego doświadczenia wymienię tylko Geroge'a Lucasa, Jamesa Camerona, George'a R. R. Martina, Brandona Sandersona czy Christophera Ruocchio. Każdy z tych twórców czytał i dobrze zna bogaty i fascynujący świat Diuny, korzystając z twórczej fantazji jej autora przy tworzeniu swych niesamowitych uniwersów. Bo Herbert był pierwszym pisarzem, który na naprawdę wielką skalę (i to już w drugiej połowie ubiegłego wieku) przedstawił nam tak złożony i kompleksowo wymyślony wszechświat. Tylko kwestią czasu było, aż reszta twórców zacznie się do niego odnosić.

Diuna opowiada wielowątkową historię, osadzoną w fantastycznym świecie przyszłości. To właśnie tu, na planecie nazywanej Arrakis, znajdują się złoża wielce pożądanej substancji zwanej melanżem. Umożliwia ona pewną formę jasnowidzenia, niezbędnego do ponadwymiarowych podróży kosmicznych. Diuna zostaje odebrana rządzącym nią Harkonnenom, a następnie oddana we władanie rodowi Atrydów. Niestety, spiski wewnątrz struktur władzy sprawiają, że kiedy książę Leto I Atryda wraz ze swoją konkubiną lady Jessiką, piętnastoletnim synem Paulem oraz resztą swej świty i wojsk przybywają na jej powierzchnię, dokonany zostaje brutalny zamach stanu. W jego wyniku tylko Paul i Jessika uchodzą z życiem, znajdując schronienie w głębi nieprzyjaznej, pozbawionej wody planety. Tu, pośród tubylców zwanych Fremenami młody następca tronu poznaje sekrety trudów życia, stopniowo stając się wybrańcem silnego, koczowniczego ludu. Uczy się i przygotowuje do spełnienia swej roli jako Muad' Dib. Jego zadaniem będzie wypowiedzenie wojny Harkonnenom i położenie kresu władzy Imperatora Szaddama IV. 

Herbert okazał się wizjonerskim pionierem, tworzącym kompleksowe uniwersum z własnym kosmosem, planetami, geografią, przyrodą czy polityką. Rozmach Diuny niewątpliwie urzeka, tym bardziej, że autor daje czytelnikowi czas, aby stopniowo wprowadzać go we wszystkie szczegóły powyższych treści. Od zasad panujących na dworze księcia Leto, poprzez niegościnność piaszczystej Arrakis, aż po zwyczaje i charakterystykę ludu Fremenów - wszystko tutaj zostało zapięte na ostatni guzik. Równie ważna jest w książce mistyka. Wizje przyszłości oraz ogólny wpływ tego co nieuchwytne na losy bohaterów jest wyczuwalny na każdej stronie. Do dziś niewielu twórcom udaje się tak sprawnie połączyć ogrom wszelkich elementów wpływających na strukturę powieści. Pod tym względem dzieło Herberta jest czymś prawdziwie unikalnym i bez problemu broni się do dziś. Paradoksalnie, pomimo wielu zachwytów, jaki wzbudziła we mnie Diuna, lektura okazała się też dość sporym rozczarowaniem. Już dawno (a może nawet nigdy) nie byłem tak rozdarty pomiędzy fascynacją treścią, a zawodem wynikającym ze sposobu, w jaki dzieło zostało podane.   

Diuna przytłoczyła mnie swym nadmiernym patetyzmem i nachalną poetyką, która w znacznym stopniu utrudniała cały proces czytania. Okazała się również dziełem niezwykle rozwlekłym, gdzie choć dzieje się sporo, to proces prezentacji wydarzeń prowadzony jest wyjątkowo mozolnie. Nie pomaga przy tym budowa większości postaci, które często nie były w stanie wzbudzić mojej sympatii ani właściwego zaangażowania. Pomijając fakt, że główni bohaterowie zachowują się jakby połknęli kij, Herbert nie sili się, aby pokazać ich jako pełnych wątpliwości lub uczuć (jest to szczególnie widoczne w przypadku Paula, którego droga jest przecież główną osią wydarzeń i przydałoby się poznać jego obawy, wewnętrzną walkę czy niepewność). Bardzo brakowało mi też humoru, który pomógłby złamać górnolotność tłamszącą tak wiele z ukazanych wydarzeń. 

Herbert stworzył monumentalne dzieło, którego lektura nie należała do najłatwiejszych, lecz wszystko co dzięki temu zyskałem sprawia, że nie mogę przejść obok Diuny obojętnie. To niewątpliwie wspaniała, pełna wielkiej wyobraźni powieść, która spodoba się czytelnikom stawiającym na skrupulatną budowę treści, ale też oczekujących czegoś, co nie często można spotkać w szablonowo tworzonym science-fiction. Uniwersum książki powala, stale przypominając, że jest ona ścisłym wyznacznikiem gatunku po dziś dzień. Z niecierpliwością czekam więc na kolejną ekranizację, która pojawi się w kinach pod koniec roku. Być może wizja reżysera Denisa Villeneuve'a, pozbawiona nużącej stylistyki narracyjnej okaże się być dla mnie jeszcze bardziej uzależniająca, dzięki czemu pokocham tę opowieść całym sercem. Tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście Diuny, zróbcie to jak najszybciej. Jeśli nawet nie pochłonie Was bez reszty, docenicie jej wagę dla całego fantastycznego świata. 

Tytuł: Diuna
Autor: Frank Herbert
Przekład: Marek Marszał
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 784
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,90 zł


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz