poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Zestaw Lego 75978 Harry Potter Ulica Pokątna (Diagon Alley)


Jesteście gotowi na wejście do świata Ulicy Pokątnej™?

Dotknijcie cegły w murze za pubem Dziurawy Kocioł i wejdźcie do świata Ulicy Pokątnej™, w którym czarodzieje i czarodziejki wyszukują eliksiry, a uczniowie Hogwartu zaopatrują się w przybory szkolne, takie jak kotły, miotły i oczywiście różdżki. Ten niezwykły model o szerokości ponad jednego metra jest pełen autentycznych detali znanych z filmów oraz zawiera 14 minifigurek, w tym cztery zupełnie nowe postaci!



Najbardziej szczegółowy zestaw LEGO® Harry Potter™ Ulica Pokątna™ w historii!

Fani Harry’ego Pottera™ będą zachwyceni możliwością odkrywania wspaniałych wystaw sklepowych i intrygujących wnętrz lokali na Ulicy Pokątnej™, czyli najbardziej magicznej ze wszystkich ulic Londynu. Ten zachwycający zestaw jest pełen szczegółów znanych z wielu filmów o Harrym Potterze™ i można go zbudować na cztery sposoby, w tym łącząc poszczególne budynki w prawdziwą alejkę, co umożliwi odgrywanie historii pełnych intryg i tajemnic. Zestaw jest również kompatybilny z serią LEGO® Budynki modułowe, aby budowanie świata było jeszcze przyjemniejsze.

Zestaw LEGO® Harry Potter™ Ulica Pokątna™ (75978) dla fanów Harry’ego Pottera w wieku od 16 lat idealnie odtwarza najbardziej magiczną ulicę handlową Londynu.




W imponującym modelu ponad metrowej szerokości udało się znakomicie uchwycić rozmach i nastrój miejsca, gdzie cały magiczny świat robi niezbędne zakupy. Przepiękne fasady kryją niezwykle ciekawe wnętrza z fascynującymi funkcjami i znajomymi postaciami. Można tu obejrzeć różdżki w sklepie Ollivandera™, dać Gilderoyowi Lockhartowi książkę do podpisania w księgarni Esy i Floresy, dostać miłosny eliksir w Magicznych Dowcipach Weasleyów™, przejrzeć przybory w sklepie z artykułami piśmienniczymi Scribbulusa™, obejrzeć markowy sprzęt do quidditcha™, zjeść lody u Floriana Fortescue i odwiedzić redakcję Proroka Codziennego™.






Ogromny zestaw LEGO® Harry Potter™ Ulica Pokątna™ (75978) dla fanów Harry’ego Pottera w wieku od 16 lat pozwala zbudować najbardziej magiczną ulicę handlową Londynu.

W modelu jest sklep z różdżkami Ollivandera™, sklep z artykułami piśmienniczymi Scribbulusa™, sklep z markowym sprzętem do quidditcha™, lodziarnia Floriana Fortescue, księgarnia Esy i Floresy™, sklep Magiczne Dowcipy Weasleyów™ oraz wejście do redakcji Proroka Codziennego™.
Realistyczne akcesoria i minifigurki znanych postaci z filmów o Harrym Potterze™ pozwalają zbudować „żywy model”, który można w nieskończoność przerabiać i dopasowywać do niego nowe opowieści.



Zestaw będzie świetnym prezentem na urodziny lub pod choinkę dla dzieci, fanów Harry’ego Pottera™, wielbicieli modeli oraz entuzjastów budowania z klocków LEGO® w wieku od 16 lat, którzy będą mieć dużo satysfakcji z samodzielnego ukończenia budowania.

Model ulicy Pokątnej z zestawu LEGO® Harry Potter™ ma ok. 29 cm wysokości, 102 cm szerokości oraz 13 cm głębokości i jest wypełniony realistycznymi detalami aż po dachy budynków.

Premiera 1 września 2020 r. Zestaw dostępny m.in. w sklepie Lego S@H w cenie 1800 zł.



niedziela, 30 sierpnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 34 (OKP Dolores tom 2, Kajtek i Koko w Kosmosie tom 6, Harley Quinn tom 5)

W tym wydaniu KzK dłuższy czas spędzimy w kosmosie. To jednak nie wszystko. Dla osób lubujących się w typowo ziemskiej grawitacji również znajdzie się coś ciekawego... Weźcie więc coś do picia, usiądźcie wygodnie i przeczytajcie co przygotowałem dla Was tym razem. :-)


OKP Dolores, tom 2 - Sieroty z Fortu Messaoud

OKP Dolores
atakuje po raz drugi i tym razem nie bierze jeńców! Pół roku temu przedstawiłem na łamach 24 wydania KzK swoje wrażenia po lekturze Ścieżki nowych pionierów i jak zapewne pamiętacie, dałem temu tytułowi spory kredyt zaufania. Szczęśliwie przeczucie mnie nie myliło, drugi tom serii wynagradza w pełni moją chęć poznania dalszych losów Mony, Kasha i Torka. Jak słusznie zakładałem, pierwsza część była zaledwie taktycznym rozstawieniem pionków na szachownicy i wraz z najnowszą odsłoną, kosmiczny okręt piracki rusza do akcji pełną parą. A wszystkiemu towarzyszy wciągająca akcja, niecodzienna tajemnica, liczne zwroty akcji, bogaty świat przedstawiony oraz wzbudzający sympatię bohaterowie. Czy można chcieć czegoś więcej? Zapewne wspaniałych ilustracji, a że za rysunki w cyklu odpowiada wielce utalentowany Didier Tarquin (Lanfeust z Troy), powody do zadowolenia są w pełni gwarantowane.

W Sierotach z Fortu Messaoud nasi bohaterowie nadal pozostają na wyspie Mety-Mety pośród bezkresnych oceanów Teneryfy. Naprawa okrętu przedłuża się, toteż Mony poprawia zdolności strzelnicze pod czujnym okiem Kasha. W międzyczasie poznaje też legendę tubylczej ludności, która zawiera wskazówki dotyczące sekretu jej ojca. Nagły bunt Rassetów zmusza byłą wychowankę Kościoła Nowych Pionierów oraz jej towarzyszy do ucieczki, w czasie której po raz kolejny mierzą się ze złotozębym Rico i jego bandą zdeterminowanych weteranów. Pośród tej niesamowitej nawałnicy wydarzeń para autorów wykorzystuje każdą możliwą chwilę, aby zbliżyć nas do głównych postaci. Uchyla też rąbka tajemnicy, która od samego początku napędza tytuł (chodzi oczywiście o niesławny miecz z Tassili). Poznajemy więc niektóre szczegóły przeszłości Kasha, co działa świetnie na polu zrozumienia tej postaci, jednocześnie pogłębiając mitologię uniwersum. Podobnie działa pradawna przypowieść o historii ludu Rassetów. Te elementy sprawiają, że komiks w drugim tomie staje się bardziej kompletny, a samo wprowadzanie nowych wątków ani trochę nie utrudnia lektury. Na słowa uznania zasługują też trzy mocne zwroty akcji. Oczywiście, nie zdradzę ani jednego z nich! Musicie więc uwierzyć mi na słowo, że Sieroty z Fortu Messaoud kończą się w tak frapującym momencie, że naprawdę trudno będzie się czekało na kolejny tom (Czerwony kryształ). Muszę jeszcze wspomnieć o jednej dość istotnej sprawie. OKP Dolores nie jest komiksem, w którym łopatologicznie tłumaczy się czytelnikowi każdą zawartą w treści kwestię. Czasami trzeba samemu ruszyć głową, aby połączyć w całość to i owo. Chwała za to państwu Tarquin, bo właśnie lektury takie jak ta sprawiają, że chce się podobnych przygód czytać jeszcze więcej. Długo jeszcze mógłbym rozwodzić się nad ich kreatywnymi pomysłami (czerpiącym pełnymi garściami z wszelkich kosmicznych, awanturniczych opowieści), niuansami scenariusza czy świetnymi, pełnymi dynamiki rysunkami. Tylko po co...? Lepiej samemu wziąć komiks w garść i przekonać się o tym na własne oczy. Mogę się założyć, że po tym tomie będziecie kupieni OKP Dolores tak samo jak ja.

Ps. Tym razem autor ilustracji ukrył w Sierotach z Fortu Messaoud aż dwie rysunkowe zabawy dla spostrzegawczych. Jedna dotyczy odszukania niejakiej "ukrytej siódemki" (str. 30), drugą musicie już wyłapać sami. Powodzenia! ;-)

Tytuł: OKP Dolores, tom 2 - Sieroty z Fortu Messaoud
Scenariusz: Didier Tarquin, Lyse Tarquin
Rysunki: Didier Tarquin
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,99 zł


Kajtek i Koko w Kosmosie, tom 6 - Dwór Apodyktusa

Wreszcie doczekaliśmy się nowego tomu przygód Kajtka i Koka w Kosmosie. Jest to już część szósta, a do finałowego zwieńczenia największej polskiej epopei komiksowej został nam wyłącznie jeden tom. Najdłużej ukazujący się w rodzimej prasie komiks (lata 1968 - 1972, pomorski Wieczór Wybrzeża), w Dworze Apodyktusa przynosi jeszcze więcej swojskich, stylizowanych na średniowieczne klimatów. Eksploracja kosmosu odchodzi na dalszy plan i dobrze widać, że w czasie powstawania komiksu Christa najwyraźniej dobrze czuł się w podobnych tematach (co w późniejszym czasie zaowocowało pojawieniem się odległych przodków pary tytułowych przyjaciół). Tym razem Kajtek i Koko muszą dokonać porwania i wywiezienia za morze podstępnego władcy Apodyktusa, jednocześnie walcząc z przeszkodami, jakie rzucają im pod nogi jego dworscy decydenci. To oczywiście początek całej afery, słusznym bowiem staje się dziwne przeczucie Kajtka, że coś jest tu mocno nie w porządku. I ma chłopina rację, bo już za chwilę nasi przyjaciele znajdą się wśród złowrogich piratów, zmuszeni walczyć o zachowanie głów na karkach. Atrakcji w tym tomie nie brakuje, natomiast wielbiciele serdecznego, ciepłego humoru Christy znajdą tu niejeden powód do śmiechu.

Jest naprawdę wiele rzeczy, za które można podziwiać Kajtka i Koka w Kosmosie. Żart sytuacyjny jest niewątpliwie jedną z nich. Christa jak nikt inny potrafił użyć tego środku wyrazu, świetnie rozumiejąc, że odpowiednio podany, rozśmieszy czytelnika niezależnie od czasu i miejsca, w którym go umieścimy. I tak np. banda nieustraszonych piratów okazuje się być śmiertelnie przerażona tym, co i w dzisiejszych czasach powoduje gęsią skórkę u niejednego dzielnego mężczyzny. To tylko jeden z przykładów, w tym albumie jest ich oczywiście znacznie więcej. Najważniejsza pozostaje jednak w Dworze Apodyktusa nieposkromiona wyobraźnia autora, pozwalająca mu płynnie przechodzić z jednej przygody do drugiej. Tak naprawdę powyższy komiks (i mam tu na myśli jego wszystkie części) to swoisty zbiór krótszych historyjek, sprytnie łączących się ze sobą w jedną, prawdziwie epicką opowieść. Czytając Kajtka i Koka w Kosmosie nie mogę nadziwić się, jak piękne dzieło stworzył Christa, ubarwiając Polakom szary czas schyłku lat 60. ubiegłego stulecia. I nie chodzi nawet o to, że w oryginale opowieść o dwójce marynarzy była czarno-biała, tylko o czystą magię scenariusza i rysunków, które jak magnes przyciągały odbiorców niezależnie od ich wieku. Trudno zatem nie docenić wkładu, jaki na rodzimy komiks miał Mistrz Christa jeszcze w czasach, kiedy medium to było uznawana przez ówczesne władze za szkodliwe i niebezpieczne. Cieszmy się więc, że już niedługo cała ta historia będzie stała dumnie na naszych domowych półkach. Kajtek i Koko wracają z kosmosu pod strzechy, a ich przygody nadal bawią tak samo jak kilka dekad temu.

Tytuł: Kajtek i Koko w Kosmosie, tom 6 - Dwór Apodyktusa
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 39,99 zł


Harley Quinn, tom 5 - Głosuj na Harley

Po długiej wyprawie w kosmos, wróćmy wreszcie na Ziemię. Na przykład do świata bohaterów DC. To właśnie tu Amanda Conner i Jimmy Palmiotti dokonali na przestrzeni kilku ostatnich lat bardzo ciekawej rzeczy. Z drugoplanowej bohaterki, działającej jako tzw. "sidekick" i pewnego rodzaju "love inetrest" niejakiego Jokera, uczynili jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego uniwersum. Oczywiście, piszę tymi słowami o niepowtarzalnej Harley Quinn - uzdolnionej doktor psychiatrii, przymusowej członkini Legionu Samobójców, a także właścicielce budynku na Coney Island w Nowym Jorku. Para autorów, wykorzystując skomplikowaną osobowość Harley, ukazała jej postać w niezwykle jaskrawych barwach. W ich interpretacji Świrunia jest osobą o nieokiełznanym temperamencie, zdolną do okazywania największej, wręcz nieokiełznanej furii (wobec wrogów) jak i nieoczekiwanej wrażliwości, czy szczerych wyrazów sympatii (w stosunku do sprawdzonych przyjaciół). Otaczając ją grupą niecodziennych postaci oraz naprawdę przedziwnych sytuacji, dali swej bohaterce możliwość ciągłego zaskakiwania czytelnika, tworząc w naszej wyobraźni opowieść o silnej i oddanej, choć czasem niezdecydowanej kobiecie. A jakby tego wszystkiego było mało, pisząc swe scenariusze, niejednokrotnie łamali tzw. czwartą ścianę, udowadniając, że na swym rzemiośle znają się jak mało kto. Ich praca ujęła mnie na tyle, że komiksowa pani doktor na stałe weszła do panteonu moich ulubionych postaci z historyjek obrazkowych. Ponieważ wszystko co dobre, musi prędzej czy później znaleźć swój finał, Conner i Palmiotti podjęli decyzję o zakończeniu swej przygody z Harley. Finał ich pracy znajdujemy w najnowszym, piątym tomie cyklu (z serii DC Odrodzenie), zatytułowanym Głosuj na Harley.

Komiks przynosi zakończenie dłuższej historii szamotaniny z burmistrzem Deperto, który zawziął się na przyjaciela Harley, Masona Macabre (za przypadkową śmierć swego syna). Nasza bohaterka zgodnie ze swym postanowieniem startuje w wyborach na urząd burmistrza, chcąc raz na zawsze odsunąć od władzy skorumpowanego polityka (o tym traktuje historia tytułowa). Muszę przyznać, że ze wszystkich tomów napisanych przez duet Conner/Palmiotti, z Głosuj na Harley mam największy problem. Okazja, jaką dawała kampania wyborcza w wykonaniu Świruni została tu potraktowana niezbyt oryginalnie. Już na samą myśl o pomysłach, jakie można było zrealizować w jej trakcie uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Tymczasem dostałem coś, co prawie wcale nie wykracza poza schematy wielokrotnie ograne w tego typu historiach. Może winne jest temu zmęczenie autorów, brak nowych pomysłów (wszak piszą tę serię od ponad ośmiu lat), albo zwyczajne przecenienie swych sił. Gwoździem do trumny opowieści okazuje się być wprowadzenie postaci Stracha na Wróble. Jego próba zdyskredytowania Harley jest tak oczywista i słaba, że aż nie chce mi się o tym pisać. Zabrakło pomysłu, mocniejszej zabawy formą i totalnej zgrywy, która od początku była znakiem rozpoznawczym tego tytułu (wszak po finale oczekuje się czegoś specjalnego, prawda?). Na szczęście, w ogólnym rozrachunku Głosuj na Harley jakimś cudem wychodzi na plus. W powyższym tomie otrzymujemy (poza wątkiem wyborów) soczystą, pełną przemocy historię o zemście, z wzruszającym finałem oraz śmiercią jednej z ważnych, drugoplanowych postaci. To wszystko świetnie koresponduje z rozwojem psychologicznym naszej bohaterki, która dzięki owemu zabiegowi gotowa jest ruszyć dalej wraz z nową historią. Na sam koniec Conner/Palmiotti rozliczają Świrunię z kilku mniej istotnych wątków (Harley w żałobie, Przerwa za złe sprawowanie), szczęśliwie odzyskując dawny luz, tak ważny i wszechobecny w dotychczasowych tomach z cyklu. Ilustracyjnie bohaterkę wspiera niezastąpiony John Timms, z gościnną pomocą Mirki Andolfo, Otto Schmidta i paru innych artystów. Różnorodność stylistyczna pasuje do komiksów o Harley bez problemu, toteż w tej kwestii nie mogę się do niczego przyczepić. Pomimo sporego zgrzytu, Głosuj na Harley udaje się udźwignąć ciężar finału i choć nie jest to zakończenie o jakim marzyłem, ostatecznie polecam je wszystkim regularnie czytającym przygody Świruni. Jakby nie patrzeć, bez tej części nasza zwariowana kolekcja byłaby niepełna.

Ps. Kolejne tomy Harley Quinn (niewydane w Polsce) w miarę możliwości będę opisywał na Instagramie. Zapraszam Was tam gorąco. :-) 

Tytuł: Harley Quinn, tom 5 - Głosuj na Harley
Scenariusz: Amanda Conner, Jimmy Palmiotti
Rysunki: John Timms, Mirka Andolfo, Otto Schmidt, Bret Blevins, Chad Hardin
Przekład: Paulina Braiter 
Wydawnictwo: DC Comics/Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


RECENZJA: Siedem czarnych mieczy - Sam Sykes


Sal Kakofonia to niegdysiejsza magini, zdradzona i zostawiona na pastwę losu przez swych ówczesnych przyjaciół. Od tamtego czasu tylko jedna kwestia napędza jej wszelkie działanie. Jest nią okrutna zemsta. A w tej zemście towarzyszy jej jedyny prawdziwy przyjaciel - rewolwer z lufą w kształcie smoczego pyska. Nie jest to jednak zwyczajna broń. Kompan naszej bohaterki strzela pociskami z czarami, a na dodatek wydaje się być w jakiś nieokreślony, metafizyczny sposób związany ze swą właścicielką. Sam Sykes w Siedmiu czarnych mieczach zaprasza nas w podróż do odległych krain, gdzie walka o władzę pomiędzy Cesarstwem i Rewolucją nieustannie przybiera na sile, a niejacy Włóczędzy wykonują każdą niegodziwą pracę, jaka tylko nawinie im się w ręce. Kimś takim jest też Sal, uważająca się za najprawdziwszego łowcę głów. Z tą drobną różnicą, że jej aktualne działania napędza bardzo osobista kwestia.

Pierwszy tom Śmierci Imperiów to tego rodzaju fantasy, w którym autor stara się choć trochę przepisać zasady rządzące podobnymi światami. Podobnie jak w innych uniwersach, mamy tu krainy ogarnięte wojną, najróżniejsze zdeprawowane oraz szlachetne jednostki, a także magię, która wypełnia tę opowieść aż po same brzegi. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że sztuce czarodziejstwa twórca książki poświęcił naprawdę sporo miejsca. Nic w końcu dziwnego, wszak jest to opowieść o magach, ich relacjach, zdradach i zmaganiach. Podczas lektury wiele razy natknąłem się na rozwiązania nieobecne w innych tego typu tytułach. Z pewnością tę część powieści czytelnicy lubiący podobne klimaty uznają za bardzo udaną. Koniecznie trzeba też zaznaczyć, że wiele kwestii w Siedmiu czarnych mieczach jest inspirowane westernem. Od głównej bohaterki, poprzez formę zawiązywania akcji, aż po sam wątek bezpardonowej wendety - wszystko tu aż kipi dzikim, "magicznym" zachodem. Akcja dynamicznie płynie od jednego punktu do drugiego, dając wprost niezliczoną ilość okazji, aby Sal Kakofonia wykazała się pomysłowością i talentem bojowym.

Z tą sprawą wiąże się też pierwszy zgrzyt książki. Wszechobecna akcja zbyt mocno przechodzi od jednego punktu do drugiego, zupełnie jak w jakiejś nudnej grze komputerowej sprzed dwóch dekad. Odnosi się wrażenie, że nasza bohaterka idzie nieustannie przed siebie, co rusz napotykając jakieś problemy do rozwiązania. To, że Sal jest świetną pierwszoplanową bohaterką, nie ulega żadnej wątpliwości. Charakterna, wygadana, znająca swą wartość, a ponadto targana wewnętrznymi rozterkami, wydaje się być od początku do końca stworzona do prowadzenia tego cyklu. Tym bardziej, że w znacznej części jest ona również narratorem całej opowieści. W jej wspomnieniach przenosimy się do wcześniejszych wydarzeń, które Sal opowiada gubernator-bojowniczce Trettcie Srogiej, zamierzającej wykonać na niej wyrok śmierci. Dziewczyna ma więc niewiele czasu aby przedstawić swoją historię, skłaniając dowódczynię do ewentualnej zmiany zdania.

I tu przechodzimy do kolejnego mankamentu Siedmiu czarnych mieczy. Sal w swej narracji jest strasznie wszechwiedząca, ma informacje dotyczące dosłownie wszystkiego, co ma związek z książkowym uniwersum. Występuje tu trudne do przełknięcia przeciwieństwo zasady "pokaż, nie mów", pozbawiające czytelnika jakiejkolwiek interakcji z otoczeniem. Za każdym razem musimy wierzyć Sal na słowo (nie mogąc sprawdzić jej teorii w praktyce), podczas gdy ona sama w równym tempie przechodzi od jednego punktu fabularnego do drugiego. Przez coś takiego świat opisany w powieści wydaje się często straszliwie pusty, bo jako odbiorcy nie mamy okazji poczuć tego, o czym mówi nam narrator. Kolejnym niedociągnięciem autora jest zdolność Sal do szczęśliwego unikania tarapatów. Jej przeciwnicy mają w książce tyle realnych okazji aby wyeliminować ją z gry, że po pewnym czasie aż śmiech bierze, gdy nasza Włóczęga po raz kolejny umyka lub zabija kogoś (albo coś), co stronę wcześniej określiła jako absolutnie nie do pokonania.

Na szczęście powieść Sykesa zawiera sporo dobra, nie pozwalającego ani trochę nudzić się w czasie lektury. Dynamiczna akcja, sekret do poznania którego powoli, lecz nieuchronnie zbliża się bohaterka oraz ogólny kształt uniwersum naprawdę imponują podczas spotkania z fabułą. Ciekawie zostały przedstawione także postacie drugoplanowe, z których na moją sympatię najbardziej zasłużyła freemakerka Liette. Jej związek z Sal jest autentyczny, a motywacje postaci przemawiają do mnie zarówno w aspekcie podzielanej pasji, czy uczuć, jakie żywi ona do opętanej misją Sal. Siedem czarnych mieczy czyta się szybko (pomimo ponad sześciu setek stron), z kartki na kartkę dowiadując się więcej o głównej bohaterce, jak i okolicznościach, w których została zdradzona przez swych towarzyszy. Choć z początku ciężar tej stawki jest dość dziwnie wyważony (przez długi czas nie wiemy dokładnie dlaczego Sal pała taką chęcią zemsty), w połowie powieści autor wreszcie zastępuje go przez coś, z czym wreszcie możemy się identyfikować (chodzi tu o zbrodnię, jakiej zamierza dokonać jeden z czarnych charakterów). Powieść Sykesa jest więc dziełem dość kontrowersyjnym. Choć osobiście przypadł mi do gustu zaledwie na "pół gwizdka", wiem, że znajdą się osoby, które docenią charakterystyczny warsztat autora, dając się pochłonąć jego opowieści na sto procent. Oni również z pewnością będą czekać z wypiekami na dalszy ciąg serii Śmierć Imperiów. Jak pokazuje zakończenie tomu pierwszego, przygoda Sal Kakofonii nadal trwa w najlepsze. 


Tytuł: Siedem czarnych mieczy
Autor: Sam Sykes
Przekład: Mirosław P. Jabłoński
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 656
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 44,90 zł


Za udostępnienie powieści do recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis.


czwartek, 27 sierpnia 2020

Ahsoka Tano (The Clone Wars) w skali 1/6 od Hot Toys


STAR WARS: THE CLONE WARS™
AHSOKA TANO™
1/6TH SCALE COLLECTIBLE FIGURE

Togrutanka Ahsoka Tano, była uczennica (padawanka) Anakina Skywalkera i waleczna bohaterka Wojen Klonów. Przy boku swego Mistrza, z lekkomyślnej uczennicy wyrosła na prawdziwie dojrzałego i oddanego dowódcę. Niestety, przeznaczenie pchnęło ją na odmienną ścieżkę niż droga Jedi...

Hot Toys ma zaszczyt przedstawić swe nowe dzieło w historii Star Wars: The Clone Wars collectible series oddając w ręce fanów interpretację lubianej bohaterki w skali 1/6, dokładnie taką, jaką zapamiętaliśmy ją z finału uznanego, animowanego serialu ze świata Gwiezdnych wojen.




Wykonana z niezwykłą precyzją figurka oddaje w najdokładniejszy z możliwych sposobów charakterystykę wyglądu Ahsoki, zwracając uwagę na uzyskanie swobodnej artykulacji postaci (aż 28 punktów), jej ubioru (w tym dodatkowego płaszcza) czy broni - dwóch mieczy świetlnych. Dodatkiem do całości będzie siedem zmiennych dłoni, wymienne rozświetlone ostrza mieczy, trzy hologramy Mistrzów Jedi, termiczny detonator oraz specjalna podstawa do prezentacji figurki. Ten świetny gadżet będzie miał aż 29 cm wysokości, przy prawdziwie drobiazgowym, niezwykle dokładnym wykonaniu.


Premiera zapowiedziana jest na drugą połowę przyszłego roku (najpóźniej w styczniu 2022 r.). Cena produktu nie jest jeszcze znana, choć po cichu mówi się o kwocie w wysokości 260 $.


środa, 26 sierpnia 2020

Widowisko z dawna oczekiwane, czyli Nowi mutanci (2020)


Prawie dwa i pół roku trwało przekładanie premiery filmu Nowi mutanci w reżyserii Josha Boone'a. Przez ten czas produkcję trawiły wewnętrzne problemy studia dotyczące wykupu licencji, czasu trwania i ostatecznego kształtu opowieści, a nawet kategoryzacji wiekowej, jakiej miała podlegać. Pandemiczna sytuacja na świecie dodatkowo opóźniła premierę, lecz na szczęście, po wszystkich tych miesiącach możemy wreszcie usiąść na sali kinowej i na własne oczy przekonać się, co takiego wyszło z całego tego zamieszania. 

Otrzymaliśmy opowieść o młodej Czejence Danielle, która jako jedyna przeżyła atak potężnego tornada, które zabiło wszystkich jej bliskich, przy okazji niszcząc większą część indiańskiego rezerwatu. Dziewczyna trafia do specjalnego ośrodka badawczego na odludziu, gdzie w dojściu do formy pomaga jej niejaka doktor Reyes. Oprócz niej w klinice przebywa także czwórka innych nastolatków. W trakcie wspólnych sesji Danielle dowiaduje się, że za sprawą jej osobistej tragedii mogą stać moce, które uwalniają się w niektórych młodych ludziach w okresie dojrzewania. Jednym słowem, dziewczyna jest mutantem. Tak samo jak reszta obserwowanych w ośrodku dzieciaków. 

Nowi mutanci są filmem, który łączy w sobie cechy horroru, thrillera i typowo młodzieżowego filmu fantastycznego. Co ciekawe, ten mariaż wychodzi mu całkiem zgrabnie, pomimo wyraźnych zmian klimatu podczas przeskakiwania z jednej formy do drugiej. Tu i ówdzie widać zmianę pewnych elementów, które obecne były we wczesnych zwiastunach (np. cmentarz, czy twarze wychodzące ze ścian), na szczęście wymuszone zmiany dość dobrze przykryły wszystko co mniej istotne, uwypuklając wyłącznie to, co w tej historii było najważniejsze. Ogniwem spajającym wątek odkrywania mocy i tajemnicy placówki jest piątka głównych bohaterów. To oni przez cały czas stoją w centrum wydarzeń, które z każdą upływającą minutą seansu angażują widza w coraz większym stopniu. Choć nie wszystkie dzieciaki od razu zdobywają naszą sympatię, ostatecznie stajemy za nimi murem. Zastanawiamy się, jak potoczą się losy postaci wobec grożącego im niebezpieczeństwa oraz mrocznej zagadki, którą przyjdzie im rozwiązać.


Element tajemnicy i stopniowego ujawniania faktów jest jedną z mocniejszych stron produkcji. Nie od razu dowiadujemy się jakie moce mają poszczególni bohaterowie. Nasze zastanowienie wzbudza też wątek dziwnych zdarzeń, do których dochodzi w placówce. Na pewno w którymś momencie dla każdego widza stanie się jasne, że nie wszystko jest tak oczywiste jak wydaje się to na początku, ale nawet pewna przewidywalność historii nie psuje odbioru całości. Sceny rodem z horroru nie wykraczają poza pewne ramy, do których przyzwyczaiły nas wakacyjne produkcje typu Annabelle wraca do domu (2019). Na ich korzyść przemawia spora różnorodność, która często kojarzyła mi się z nową wersją filmu To (2017). Straszenie jest więc w Nowych mutantach dość pozorne, poza postaciami zwanymi "uśmiechniętymi" (świetny, rozbudzający wyobraźnię wątek zbuntowanej Illyany Rasputin) obraz będzie w stanie przerazić chyba jedynie kilkulatka.

Produkcja jest umieszczona we wszechświecie komiksowych X-Men, jednak twórcy postarali się, aby wydarzenia z filmu rozgrywały się nieco "na uboczu" tego uniwersum. Są tu oczywiście pewne nieśmiałe nawiązania, dotyczą one jednak ogólnego pojęcia mutantów jako bohaterów, niż konkretnych wydarzeń z ich udziałem. Podobnie jest z imionami głównych postaci. Większość zorientowanych w obrazkowych historiach fanów bez problemu rozpozna swoich ulubieńców, najważniejsze jednak jest to, że ksywki mutantów w filmie nie padają ani razu. Za sprawą zaangażowania widza w losy piątki nastolatków, w trzecim akcie reżyser interesująco podbija stawkę. Wyzwala to wiele pożądanych emocji, a co najważniejsze, daje szansę na naszą identyfikację z Danielle i resztą jej "paczki". Szczęśliwie, pozwala też lepiej przyswoić dość łopatologicznie wyłożony morał czy przewidywalny finał. 

Nowi mutanci okazują się być opowieścią o odwadze, która pozwala przynieść ratunek nam samym i związanym z nami osobom. Film Josha Boone'a odpowiednio stopniuje zainteresowanie widza postaciami obserwowanymi na wielkim ekranie, a także grozą, z którą przyjdzie im się zmierzyć. W moim odczuciu to taki film, na który nie czeka się tak bardzo jak na inne wielkie "blockbustery", ale ostatecznie okazuje się być nieco lepszy od części z nich. Na korzyść działa tu (oprócz kwestii wymienionych powyżej) mniejsza skala widowiska, co pozwoliło nieźle wybrzmieć elementom grozy oraz skupieniu uwagi na głównych postaciach. Jako młodzieżowo-komiksowe, letnie kino Nowi mutanci zdają egzamin na piątkę, będąc nie tylko czymś nowym w świecie komiksowych adaptacji, ale też całkiem niegłupią (oczywiście w ramach przyjętej konwencji) rozrywką dla każdego. 



Tytuł: Nowi mutanci (The New Mutants)
Scenariusz: Josh Boone, Knate Lee
Reżyseria: Josh Boone
Obsada: Maisie Williams, Anya Taylor-Joy, Charlie Heaton, Alice Braga, Blu Hunt, Henry Zaga, Adam Beach, Thomas Kee i inni
Wytwórnia: 20th Century Studios, Marvel Entertainment
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 28 sierpnia 2020 (USA), 26 sierpnia 2020 (Polska)
Czas trwania: 98 min.

niedziela, 16 sierpnia 2020

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 33 (Fraggle Rock, Wujek Sknerus i Kaczor Donald tom 3, Smerfy tom 27, Ekho tom 8)

W tym wydaniu proponuję odpoczynek od wszechobecnych, prężących swe muskuły superbohaterów, skupiając się na komiksach skierowanych (w większości) do młodego czytelnika. Wraz z Kate Leth i Jake Mylerem wspominam Fraglesy, pod czujnym okiem Dona Rosy wybieram się we wspólną podróż z Wujkiem Sknerusem i Donaldem, odwiedzam pogrążoną w wakacyjnym szaleństwie wioskę Smerfów, a na sam koniec pędzę do Ekho, aby zobaczyć co takiego czai się w kanalizacji pod Manhattanem. Wrażeń nie zabraknie, togo możecie być pewni. Z takimi tytułami to po prostu niemożliwe! :-)


Jim Henson's Fraggle Rock - Journey to the Everspring

Moje dzieciństwo było piękne. Najpierw poznałem The Muppet Show, a niedługo później zachwycałem się serialem Fraggle Rock (Fraglesi). Pisałem o tych wspaniałych czasach jakiś czas temu (patrz tutaj). Tytułem wstępu dodam jeszcze, że ten popularny, emitowany w połowie lat 80. ubiegłego stulecia serial, był jednym z najwspanialszych programów studia Jima Hensona, niezapomnianego twórcy lalkowych postaci, całkowicie odmieniających oblicze telewizji dla widzów w każdym wieku. Tak się złożyło, że marka Fraglesów z pewnymi przerwami trwa do dziś, a jej pokłosiem są także okazjonalne książki i komiksy, z których jeden wpadł niedawno w moje zachłanne rączki. Journey to the Everspring opowiada o klęsce żywiołowej, która nawiedziła podziemną krainę tych sympatycznych stworków. Pozbawieni wody Gobo, Red, Boober, Wembley i Mokey muszą wybrać się w daleką podróż do samego jej źródła, znajdującego się we wnętrzu tajemniczej kryształowej jaskini. Po drodze napotkają liczne, zamieszkujące niezbadane obszary istoty, ale kiedy dotrą wreszcie na miejsce, szybko okaże się, że stanęli przed znacznie poważniejszymi problemami.

Komiks do scenariusza Kate Leth to doskonała pozycja dla dzieciaków w wieku 7-12 lat, które opanowały w dobrym stopniu język angielski (niestety, jak na razie nie doczekaliśmy się wydania tego tytułu w Polsce). Na szczęście przeznaczony jest nie tylko dla nich, ponieważ z zasady może po niego sięgnąć każdy, kto tylko chciałby pounosić się przez chwilę na relaksującej fali nostalgii. Journey to the Everspring jest pozycją pozbawioną przemocy, mocno zabarwioną istotnym wątkiem ekologicznym oraz morałem, uzmysławiającym młodym czytelnikom wartość jednostki przy uwzględnieniu współpracy ogółu. Historię czyta się szybko, w czym pomaga doskonała znajomość serialowego pierwowzoru, opanowana zawczasu przez autorkę. Nie zapomniano o drugoplanowych postaciach (takich jak Gorgi czy wiedźma Trash Heap), z których największą rolę pełnią Doozersi, którzy mają niemały udział w całej tej przygodzie. Ważne są też piosenki, które w formie niewerbalnej wybrzmiewają na kartach komiksu kilkakrotnie. Na osobną uwagę zasługują przepiękne rysunki Jake'a Mylera, którego kreska idealnie łączy charakter lalek Hensona z komiksową formą przeznaczoną dla młodszych czytelników. Ogląda się to wspaniale, tym bardziej, że ilustracje są utrzymane w pięknych, wręcz tęczowych barwach. Co tu więcej pisać - jeśli na jakimś etapie swego życia pokochaliście Fraglesy, bez żadnych wątpliwości możecie sięgnąć po ten komiks. Pozytywne wrażenia są w pełni gwarantowane.

Tytuł: Jim Henson's Fraggle Rock - Journey to the Everspring
Scenariusz: Kate Leth
Rysunki: Jake Myler
Wydawnictwo: Archaia/BOOM! Studios
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 96
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 9,99 $


Wujek Sknerus i Kaczor Donald, tom 3 - Pod kopułą

Don Rosa to jeden z najbardziej znanych (i lubianych) twórców komiksów spod szyldu Kaczogrodu. Świetnie się więc złożyło, że wreszcie w naszym kraju pojawiła się kolekcja, prezentująca we właściwy sposób przygody lubianych Kaczek (a w szczególności tej najbogatszej oraz najbardziej niezdarnej) jego autorstwa. Wujek Sknerus i Kaczor Donald to obok serii przybliżającej prace Carla Barksa drugi tak kompleksowo zaplanowany cykl Disney'a. Trzeci tom - Pod kopułą, prezentuje prace Rosy, narysowane i wymyślone na samym początku lat 90. ubiegłego wieku dla duńskiego oddziału Egmontu. O kulisach tej pracy nie ma potrzeby wspominać w nadmiarze, powyższe wydanie zapewnia w tym względzie wszelkie wyczerpujące informacje. Na końcu komiksu znajdziemy bowiem ponad trzydzieści stron dodatków, uchylających rąbka tajemnicy wszelkich procesów kreatywnych autora. To wspaniała rzecz dla wiernych fanów Kaczek, choć trzeba przyznać otwarcie, że (choćby ze względu na potężną ilość informacji) raczej wyłącznie dla nich.

W wydanym tomie najważniejsze jednak pozostają same komiksy, które jak zwykle nie schodzą poniżej pewnego, stałego poziomu. Rosa potrafi z takim samym skutkiem bawić nas slapstickiem w wykonaniu Donalda, jak i awanturniczymi, przygodowymi wyprawami, na które zabiera swych bliskich Wujek Sknerus. W Pod kopułą znajdziemy więc śmiech, niebezpieczeństwa i tajemnice, a wszystko podane tak, że każda opowieść wyda się jednakowo atrakcyjna najmłodszym, jak i dorosłym (nawet tym najbardziej wiekowym) czytelnikom. Ja sam należę do grupy opowiadającej się za dobrym żartem, toteż moimi ulubionymi historiami z miejsca stały się Architekt krajobrazu oraz Kaczor, który spadł na Ziemię. To dwie z krótszych historyjek w tym tomie, ale jak widać na moim przykładzie, jedne z najlepszych (i autentycznie przezabawnych). Oprócz nich ciekawe wydają się też Siedem dni w Tybecie i Na wojennej ścieżce, które w swej konstrukcji są zaplanowane jako sequele oryginalnych historii Carla Barksa. Rysunki Rosy idealnie oddają klasyczną, dobrze znaną wszystkim "disneyowską" kreskę, choć na pewien sposób (jak twierdzi też sam autor) są aż za bardzo szczegółowe. Mimo wszystko nie powinno to zrazić do lektury żadnego z odbiorców. Tym bardziej, że pod względem prezentowanej problematyki, prace autora wydają się jeszcze bardziej atrakcyjne. Warto zwrócić uwagę na delikatny dydaktyzm większości opowieści, wraz z poruszanymi tu i ówdzie aspektami społecznymi (a nawet istotnym wątkiem ekologicznym). Gdy zbierzemy to wszystko do kupy, okaże się, że mamy przed sobą bardzo fajny, ciekawy i dobrze napisany komiks. Taki, który tylko po okładce można ocenić jako coś wyłącznie dla dzieci. Na szczęście już po kilku pierwszych stronach okazuje się, że to rzecz naprawdę wysokich lotów. Warto uzbierać całą (dziesięciotomową) kolekcję!

Tytuł: Wujek Sknerus i Kaczor Donald, tom 3 - Pod kopułą
Scenariusz i rysunki: Don Rosa
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 192
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


Smerfy, tom 27 - Smerfy na letnisku

Aż trudno uwierzyć, ale od śmierci legendarnego Peyo (czyli Pierre'a Culliforda) minęło już 28 długich lat. Czas leci nieubłaganie, tymczasem (i na szczęście) dziedzictwo autora trwa sobie w najlepsze. A że jest to dziedzictwo prawdziwie kultowe, chyba nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. Smerfy, bo o nich tu mowa, na stałe zadomowiły się w popkulturze rozrywkowej całego świata, bawiąc nas w filmach, serialach, czy komiksach. To ostatnie medium jest jednocześnie ich naturalnym domem, ponieważ to właśnie tam owe niebieskie, baśniowe skrzaty rozpoczęły swoją radosną egzystencję. W ręce polskich czytelników trafia właśnie jeden z nowszych tomików obrazkowej serii, zatytułowany Smerfy na letnisku i jak łatwo się domyślić, traktuje on o wakacjach i sposobach spędzania wolnego czasu. Smerf Pracuś jest mocno przemęczony ciągłymi prośbami swoich pobratymców, dotyczących napraw mocno eksploatowanego sprzętu. Za namową Papy Smerfa udaje się poza wioskę, w piękne okoliczności przyrody, aby tam skutecznie i beztrosko odpocząć. Jego rychły powrót spotyka się z wielkim zaciekawieniem niebieskiej braci, czego efektem są coraz częstsze wizyty Smerfów nad jeziorem w górach. Nic dziwnego, skoro Pracuś wysmerfował tam letniskowy domek, niewielką kuchnię i łódkę. Szybko jednak rodzą się kłopoty - teraz każdy Smerf będzie chciał spędzić czas w takim uroczym zakątku...

Od kiedy zabrakło oryginalnych pomysłów Peyo (ostatni komiks wykreowany przy współpracy z autorem to Smerf Finansista), popularna seria miewała swoje wyraźnie lepsze i gorsze chwile. Na szczęście, w moim odczuciu Smerfy na letnisku są jedną z najlepszych odsłon zaprezentowanych w ciągu minionych dekad. W tym komiksie otrzymujemy pojedynczą opowieść, korzystającą pełnymi garściami z tego, co twórca uczynił jej znakiem rozpoznawczym. Mamy więc ponadczasowy, radosny humor, nienachalny morał oraz sprytnie zakamuflowany aspekt techniczny, wyjaśniający najmłodszym specyficzne zasady rządzące kulisami wakacyjnych kurortów. Wszystko sprawnie połączono w taki sposób, że aż trudno oderwać się od czytania, znajdując całe tony zabawnych nawiązań do naszej codzienności. I w tym właśnie tkwi największy czar Smerfów - kiedy historyjki z nimi tak trafnie komentują prawdziwy, ludzki świat (Smerf Naczelnik). W Smerfach na letnisku dzieciaki znajdą aż dwa ważne morały. Pierwszy mówi o tym, że bez pracy nie ma kołaczy, a drugi przypomina, że nawet to co najlepsze, w zbyt wielkiej ilości może szybko stać się nudne. Do tego wszystkiego dochodzi wzbogacający treść komiksu śmieszny wątek Gargamela, choć w sumie jest on tu niepotrzebny. Smerfy wraz ze swoimi zwyczajami i śmiesznościami doskonale bronią się same. Świetną okazją do przeczytania powyższego tytułu jest również aktualna pora roku, skłaniająca do wyjazdów i beztroskiego korzystania z wolnego czasu. A jeśli dodatkowo zechcecie zabrać na urlop najnowszy komiks z niebieskimi ludzikami, na pewno ten czas stanie się jeszcze lepszy.

Tytuł: Smerfy, tom 27 - Smerfy na letnisku
Scenariusz: Alain Joist, Thierry Culliford
Rysunki: Pascal Garray
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Ekho, tom 8 - Syrena z Manhattanu

Dość długo, bo aż dwa lata kazał nam czekać polski wydawca na ósmy tom serii Ekho. Komiksowy cykl Scotcha Arlestona i Alessandro Barbucciego to nieco przewrotne, mocno fantastyczne spojrzenie na naszą rzeczywistość w zupełnie innym wymiarze. Miasta i państwa są tu niby takie same jak u nas, ale... nie do końca. Smoki, potwory, wszelkie dziwne stworzenia i tajemnicze Preshauny są tym, co można napotkać w Ekho dosłownie na każdym kroku. W takich właśnie realiach śledzimy przygody ponętnej Fourmille i nieco gapowatego Yuri'ego - dwójki przeniesionych do tego świata przyjaciół. Jest też mały problem z Fourmille - od czasu do czasu wstępują w nią duchy zmarłych osób, zmuszając dziewczynę i jej towarzysza do wyjaśniania okoliczności śmierci owych nieszczęśników. Tak też dzieje się i w Syrenie z Manhattanu. Tym razem sprawa dotyczy uduszonego sommeliera (taki rodzaj kelnera-kipera) z pewnej wytwornej restauracji. Ślady morderstwa poprowadzą naszych bohaterów na wielkie przyjęcie oraz do cuchnącej kanalizacji pod Nowym Jorkiem. Co łączy te dwa miejsca? Jak się okaże, całkiem sporo!

Seria Ekho na przestrzeni lat prezentowała dość różnorodny poziom, na szczęście nigdy nie schodząc poniżej pewnego, ogólnie akceptowanego pułapu. Tak jest i tym razem. Choć nie mogę nazwać Syreny z Manhattanu wyżynami artystycznymi Arlestona, scenarzysta znów stworzył komiks, który spełnia powierzoną mu, w pełni rozrywkową rolę. Akcja toczy się wartko, sekret śledztwa Fourmille i Yuri'ego przyciąga uwagę, a postacie działają na sympatię czytelnika tak samo jak dotychczas. Osobnym, bardzo mocnym aspektem cyklu jest oczywiście strona graficzna w wykonaniu Barbucciego. Artysta ten prezentuje kreskę, którą wprost uwielbiam w europejskich historiach obrazkowych. Łączy nieprzesadzony realizm z soczystą baśniowością, czyniąc świat Ekho rozpoznawalnym już przy pierwszym spojrzeniu. Niestety, widzę też, że w porównaniu do pierwszych tomów, seria nie posiada tak dobrze dopracowanych dalszych planów. Widać to szczególnie po postaciach, które rysowane w oddali, nie posiadają zbyt wielu detali. Razi to najbardziej, gdy zwraca się uwagę na obrazki przy kolejnym czytaniu, ale może Barbucci zwolni tempo tworzenia i wówczas powróci również jego dawna staranność. Skoro zacząłem narzekać, wspomnę jeszcze o zauważalnym braku humoru, tak ważnym w podobnych, awanturniczych historiach. Nie chcę wyjść na ponuraka, podczas lektury Syreny z Manhattanu zaśmiałem się dwa albo trzy razy, ale jak na komiks tego kalibru to troszkę za mało. Moja miłość do serii wbrew wszystkiemu trwa nadal, toteż pomimo wytknięcia kilku niedociągnięć, polecam wszystkim sympatykom Ekho również najnowszy tom. To świetna, niezobowiązująca rozrywka, która za sprawą przemyślanego scenariusza i wybornych ilustracji trafi do szerokiego grona odbiorców.

Tytuł: Ekho, tom 8 - Syrena z Manhattanu
Scenariusz: Scotch Arleston
Rysunki: Alessandro Barbucci
Przekład: Jakub Syty
Wydawnictwo: Taurus Media
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 38 zł


Komiksy z serii Smerfy oraz przygody Wujka Sknerusa i Kaczora Donalda znajdziecie na stronie Egmontu.


niedziela, 9 sierpnia 2020

Zabójczo błogi wypad do wynajętego domu w The Rental (2020)

Zastanawiałem się, czy film, który z założenia nie jest bezpośrednio powiązany z fantastyką, nadaje się do wspomnienia na blogu. Jednak biorąc pod uwagę jego przynależność gatunkową oraz to, jak rozegrane zostały w nim pewne fabularne tropy, ostatecznie postanowiłem wspomnieć o The Rental, pełnometrażowym debiucie reżyserskim Dave'a Franco. Jakby nie patrzeć, mamy tu do czynienia z rasowym horrorem, eksplorującym motywy w nieskończoność przetwarzane w slasherach. Całość zaczyna się strasznie sztampowo. Dwie pary (bracia oraz ich ukochane) wynajmują na weekend okazały dom nad morzem. Chwila odpoczynku wkrótce okaże się przepełnioną stresem oraz walką o przeżycie gonitwą, w której los ofiar zdaje się być od początku przesądzony.

Ileż już razy oglądaliśmy coś takiego...? Wydawać by się mogło, że The Rental nie będzie wychodził poza utarty schemat, tymczasem reżyser udowodnił, że ten rodzaj filmu grozy nie został jeszcze wyeksploatowany do cna. Choć początkowo wydawało się, że film zanudzi mnie na śmierć (pierwszy akt oraz połowa drugiego to bardzo wolne rozstawianie pionków na planszy), jego finał zaoferował coś, co pomimo pewnej dozy powtarzalności potrafiło zmusić mnie do zweryfikowania przedwczesnej opinii wyrobionej podczas seansu. O ile przy pewnej pobłażliwości pierwszą połowę The Rental można nazwać klimatyczną i dość gęstą pod względem budowania napięcia, to ostatni akt pokazuje ciekawy pomysł na to, co Franco miał w całej historii do powiedzenia.

A dzieje się tu sporo i nawet dość zaskakująco (szczególnie w samym finale), jednak powstrzymam się od podawania szczegółów fabuły, aby nie psuć nikomu przyjemności z oglądania. Muszę jednak nadmienić, że twórcy postawili w swym dziele na taki element straszenia, który rodzi zasadne pytania odnośnie naszego codziennego poczucia bezpieczeństwa. Nie wiem czy zainspirowały ich jakieś odnotowane w kronikach kryminalnych przypadki, czy po prostu siedząc na werandzie przed domem sami wpadli na tak złowrogą ideę - trzeba honorowo uznać tę pomysłowość oraz jej specyficzną prostotę. Biorąc pod uwagę jedną z głównych zasad slasherów, polegającą na ostatecznym ocaleniu głównego bohatera, The Rental to film, którego wiodącą postacią okazał się... pies. Los jego ludzkich towarzyszy, jakkolwiek naturalni czy sympatyczni by się nie wydawali, został ostatecznie przesądzony za sprawą jak zawsze brutalnego i zdeterminowanego mordercy. Choć jego motywacje pozostają ukryte, sam fakt możliwości odtworzenia podobnego scenariusza w rzeczywistości jest wystarczającym powodem do występującego po obejrzenia filmu uczucia niepokoju.

Dave Franco przygotował historię, która nie jest niczym odkrywczym i na pewno nie zdobędzie licznego grona fanów, ale pochwalić należy w niej elementy, na które zwróciłem uwagę powyżej. Gdyby pewne kwestie rozegrać bardziej dynamicznie, The Rental zyskałby na płynności, oferując znacznie lepszy aspekt rozrywkowy. Jeśli jesteście fanami horrorów, gotowymi spędzić półtorej godziny z obrazem, który specyficznym ograniem schematów wybija się nieco ponad przeciętność, polecam Wam poznać ten film. W innym przypadku możecie się nim zanudzić, stwierdzając, że była to wyjątkowa strata czasu. Tak czy inaczej czuję, że Franco może za jakiś czas mieć jeszcze coś do powiedzenia w temacie szeroko pojętego kina grozy, jeśli tylko postawi na lepsze uzyskanie klimatu lub dopracuje czysto rozrywkowe aspekty swoich produkcji.  


Tytuł: The Rental
Scenariusz: Dave Franco, Joe Swanberg
Reżyseria: Dave Franco
Obsada: Dan Stevens, Alison Brie, Sheila Vand, Jeremy Allen White, Toby Huss, Anthony Molinari i inni
Wytwórnia: Black Bear Pictures
Rok produkcji: 2020
Data premiery: 24 lipca 2020 (USA)
Czas trwania: 88 min.

sobota, 1 sierpnia 2020

RECENZJA: Festiwal strachu - Graham Masterton


Zachęcony przednią lekturą Dzieci zapomnianych przez Boga postanowiłem rzucić okiem na kolejną powieść Grahama Mastertona. Wybór padł na właśnie wznowiony tomik z opowiadaniami tego klasyka grozy, po raz pierwszy opublikowany kilkanaście lat temu. Po przeczytaniu Festiwalu strachu pojawił się w mojej głowie pewien zasadniczy problem - jak za jednym zamachem wyrazić swą opinię o każdym z zawartych tu, dziesięciu tekstów? Przecież każda historia traktuje o czym innym, różny jest poziom ich treści oraz ogólnej obszerności czy przekazu. Postanowiłem więc po krótce przyjrzeć się każdej z nich z osobna, dzieląc się po kolei swoimi wnioskami.

Sarkofag.
Opowiadanie otwierające Festiwal strachu jest najkrótszym w całym zbiorze. Powstało na rzecz zbiórki funduszy dla Charlesa Granta, trafiając bezpośrednio do antologii Zjadacze mięsa. Warunkiem publikacji była ilość znaków nie przekraczająca 500 znaków. Masterton wyszedł z tego zadania obronną ręką, prezentując prawdziwie króciutką historyjkę, będącą przestrogą przed nadmiernym odchudzaniem. Przeczytajcie sami i nie dajcie się zwieść nowatorskim metodom utraty wagi.

Burgery z Calais.
W sumie spore rozczarowanie. Główny bohater zatrudnia się w knajpie serwującej dania typu fast-food, odkrywając straszliwą prawdę o kulisach przygotowywania popularnych dań. Już na samym wstępie wyobraziłem sobie, że będzie tu chodziło o jedzenie ludzkiego mięsa i nie pomyliłem się ani trochę. Autor zaoferował mi zwrot akcji, godny pierwszej lepszej rozmowy z anty-zwolennikami śmieciowego jedzenia. Jeśli chciał w ten sposób zmienić moje nawyki żywieniowe, to poniósł srogą porażkę. Za chwilę jadę na obiad do Burger Kinga. ;-)

Bazgroła.
Całkiem niezłe ujęcie tematyki mitów miejskich (tzw. urban legends), zainspirowane napisem dostrzeżonym na stacji metra, który niegdyś wyrył się w pamięci Mastertonowi. Napięcie, niepewność i rozwiązanie zagadki skutkujące dalszą (osobistą) analizą tematu. Czy faktycznie istnieją siły, chcące pogrążyć nas w ciemności, obierając za cel niepewność jednostki i jej słabości? Jeśli tak, czuję, ze autor poznał je jak nikt inny.   

Epifania.
Jedno z trzech opowiadań z widocznym akcentem erotycznym, akurat w tym wypadku najsilniejszym. Tajemnicza wystawa fotograficzna i nieoczekiwane, zmysłowe odkrycie głównej bohaterki tej historii. Pełna namiętnych, ale też często dosadnych opisów najskrytszych seksualnych pragnień opowieść o tragedii, do jakiej może doprowadzić objawienie się kuszącej, demonicznej siły. Polecane szczególnie piękniejszej części czytelniczej braci.

Posocznica.
Mój osobisty faworyt. Pozorna opowieść o wielkiej miłości i chęci ciągłego przebywania razem, jednak sprytnie naładowana taką dozą obrzydliwości, że po lekturze zastanawiałem się, skąd w ogóle autor bierze takie (zdecydowanie chore) pomysły. Jest tu coś dla fanów zjadania rozkładających się zwłok oraz sympatyków dosadnych opisów w wykonaniu Mastertona. Co ciekawe, autorowi udało się przemycić tu nieco erotyki i sensualności (przynajmniej w pierwszej połowie historyjki). Gęsto, ohydnie i szokująco - czyli tak, jak na prawdziwe opowiadanie grozy przystało. Polecam! 

Sąsiedzi z piekła.
Rzecz o podświadomym wyparciu traumatycznych przeżyć z przeszłości. Historia straszy głównie przez wzgląd na to, że podobne kwestie są potwierdzone naukowo. Bohater doświadcza dziwnych słuchowych zwidów po tragicznej śmierci swojej babci. Prowadzi go to do odkrycia przerażającej, zapomnianej prawdy z własnego dzieciństwa. Autor udowadnia, że zapomniane tragedie tak naprawdę nie opuszczają nas do końca naszych dni.

Anty-Mikołaj.
To chyba moje drugie ulubione opowiadanie z tego zbioru. Choć końcówka nieco rozczarowuje, duże brawa dla twórcy, że pokusił się o tak kreatywną interpretację genezy Św. Mikołaja. Jeśli myślicie, że ten dobrotliwy, brodaty Gwiazdor od zawsze roznosił prezenty grzecznym dzieciom, to lepiej pomyślcie jeszcze raz. A co, jeśli aktualny patron Świąt niegdyś oferował rodzicom coś specjalnego, w zamian zbierając dziesięcinę, zaglądając do pokojów ich ukochanych maleństw...? Ze względu na tematykę, najbardziej polecane do czytania w grudniu. Tekst dostał nagrodę Tombstone Award od Horror Writers' Network za najlepsze długie opowiadanie.

Wizerunek zła.
Kolejny osobisty faworyt i jedno z dwóch obecnych tu opowiadań, zainspirowanych poematem The Lady of Shalott. Czy wykopane podczas prac archeologicznych lustro może być dowodem potwierdzającym prawdziwość legend o królu Arturze i królestwie Camelot? Czy wieża Shalott faktycznie istniała i co oznacza napis Lamia umieszczony bezpośrednio pod wiekowym zwierciadłem? Opowieść o wampirach, jakiej się nie spodziewacie! Napisana lekko, interesująco, a co najważniejsze zachęcająca do dalszej eksploracji tematu. Drobny błąd zmieniający drzewo wiśni za domem wynajętym przez trójkę badaczy w jabłoń, ani trochę nie psuje przyjemności z lektury. Polecane bezpośrednio przed snem.

Camelot.
Osadzona w typowo fantastycznej rzeczywistości, historia o osobach wciąganych przez lustra. Sporo erotyki i dziwaczności, okraszonej charakterystyczną dla Mastertona, gęstą obrazoburczością. To opowiadanie znów bardziej spodoba się paniom, męska część odbiorców może za to podziwiać ciekawe ujęcie wielkiego pożądania, zainspirowanego utworem poetyckim. Treść pokazuje dobitnie, jak różnorodnie autor potrafi obejść się z natchnieniem wobec dzieła innego twórcy.

Towarzystwo współczucia.
Mój czwarty faworyt, zamykający cały zbiór. Rzecz o głębokim cierpieniu po nagłej utracie ukochanej osoby. Bohater natyka się na ogłoszenie tytułowego towarzystwa po tragicznej śmierci swojej dziewczyny. Jak się wkrótce okaże, metody leczenia depresji po stracie najbliższych nie są tym, czego można by się spodziewać. Czy prawda o świecie, objawiona tuż przed śmiercią pozwoli znaleźć ukojenie? Masterton twierdzi, że tak. Dodatkowy plus za całą gamę sposobów uśmiercania bliźniego. ;-)

Jak widać z moich opisów, w Festiwalu strachu każdy znajdzie coś dla siebie. Niektóre opowiadania zrobiły na mnie spore wrażenie, inne zostawiły z uczuciem częściowego niedosytu. Jeśli maiłbym wskazać na jedną, nadrzędną wadę książki, byłby nią brak prawdziwej grozy w większości poszczególnych historii. Poza Posocznicą, niewiele było w nich naprawdę strasznych momentów (takich, które powodują, że budzimy się w środku nocy z poczuciem niepewności), dlatego też pomimo dobrze spędzonego czasu z książką, nie uznaję jej za największe objawienie autora. Być może zupełnie inny był też cel owego zbioru historii - większość z nich traktuje o miłości, pożądaniu i pragnieniach dotyczących związanych z bohaterami osób. Tym niemniej warto docenić takie ujęcie tematów poruszanych przez Mastertona. Pokazuje ono dobitnie, że jest twórcą pragnącym pokazywać także inne oblicze swojej kreatywności. Dlatego też polecam fanom horrorów Festiwal strachu. Tytułowego uczucia nie ma tu w nadmiarze, ale różnorodnych emocji otrzymujemy pełną gamę. W opowiadaniach grozy czasem i na takie podejście powinno znaleźć się miejsce.


Tytuł: Festiwal strachu
Autor: Graham Masterton
Przekład: Piotr Kuś
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 296
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 34,90 zł


Dziękuję wydawnictwu Rebis za podesłanie egzemplarza książki do recenzji.