środa, 28 kwietnia 2021

Flash goni Hitlera, czyli Justice Society: World War II (2021)


DC Comics i Warner Bros. Animation przedstawiają kolejną produkcję o superbohaterach. No dobrze - zapytacie, tylko czy naprawdę potrzebowaliśmy jeszcze jednego tego typu filmu, niemal identycznego jak wszystkie pozostałe? Może i nie, ale tym razem udało się wycisnąć z tematu coś w miarę nowego. Jeff Wamester w reżyserowanym przez siebie obrazie prezentuje dość unikalne i intrygujące podejście do tematu komiksowych herosów oraz szeroko eksploatowanej idei podróży w czasie. Zaintrygowani? No to zaczynamy!

W czasie nastrojowego pikniku w Metropolis, spokój Barry'ego Allena oraz Iris West zostaje zakłócony przez złowrogą inwazję robotów Brainiaca. Do walki z kosmitą natychmiast rzuca się Superman, Barry nie pozostaje w tyle i jako Flash również wkracza do akcji. Podczas próby zatrzymania pocisku z kryptonitu, skierowanego w stronę Człowieka ze Stali, Barry rozpędza się tak bardzo, że zostaje przeniesiony w czasie. Szkarłatny Sprinter ląduje nieoczekiwanie w latach 40. ubiegłego wieku we Francji, będąc świadkiem ataku nazistowskich wojsk na niewielkie miasteczko. Do walki z hitlerowskimi zbrodniarzami staje grupa dziwnych, nieznanych Flashowi superbohaterów.

W tak nieoczekiwanych okolicznościach przyrody poznajemy drużynę zwaną Justice Society of America (Amerykańskie Stowarzyszenie Sprawiedliwych), w której skład wchodzą Hourman, Jay Garrick (Flash), Black Canary, Hawkman oraz dowodząca nimi na polecenie prezydenta Roosevelta Wonder Woman. Tak w skrócie prezentuje się zarys nowej animowanej historii od DC, która pod kilkoma względami bardzo przypadła mi do gustu.

W Justice Society: World War II eksplorujemy rejony komiksowego uniwersum nieczęsto zgłębiane w animacjach. Dotyczy to samych postaci, jak i okoliczności czy ram czasowych ich prezentacji. Oczywiście, pomimo poruszania tematu II Wojny Światowej na jakąkolwiek zgodność historyczną nie mamy co liczyć, natomiast twórców nie zawiodło kilka dobrych pomysłów, na które wpadli podczas tworzenia scenariusza. Drobnym spoilerem będzie fakt, że Flash tak naprawdę trafia na zupełnie inną Ziemię w Multiwersum, co pozwoliło na liczne zabawy z alternatywną linią czasową. Zmiany te dotyczą jednak wyłącznie świata superbohaterów, jeśli czekacie na fajerwerki typowo historyczne, możecie się trochę zawieść.


Sama wojna jest w Justice Society: World War II trochę na marginesie, służąc autorom animacji do opowiedzenia dynamicznej i pełnej zwrotów akcji historii o tytułowej supergrupie. I pod tym względem film spełnia pokładane w nim nadzieje. Akcja płynie wartko, każdy z bohaterów dostaje swoje pięć minut, często zmienia się otoczenie i okoliczności fabularne opowieści. Przy sporej ilości postaci nie zawsze jest to pewniak, cieszę się jednak, że prawie wszystko udało się tu jak należy. Prawie, bo za swoisty minus uznać muszę wątek Steve'a Trevora i Diany. Jeśli naprawdę tak miały się między nimi sprawy, to ja nie dziwię się, że Wonder Woman stale odrzucała namolne zaloty swego wybranka. Warto dodać, że filmowy Flash (Barry, nie Jay) jest tu dopiero na początku swej drogi herosa. Nie wie jeszcze wszystkiego o swoich umiejętnościach, nie wspominając nawet o znajomości zasad Mocy Prędkości. Tak czy inaczej, podczas seansu możecie być pewni, że akcja filmu niejednokrotnie Was zaskoczy. 

Animacja nie jest może technicznie niczym nowym, natomiast warto zwrócić uwagę na samą stylistykę graficzną produkcji. To chyba pierwszy film rysunkowy od DC, w którym postacie tworzone są w bardziej komiksowym stylu. Widać to po grubszych i cieńszych liniach, jakimi zostali oni narysowani. Choć nie jest to może jakiś wielki krok do przodu, po obejrzeniu kilkudziesięciu produkcji w dotychczasowym (zajechanym do granic możliwości) stylu, nie mogę nie dostrzec lub nie docenić tej zmiany.            

Justice Society: World War II nie jest bynajmniej żadnym objawieniem we współczesnym, animowanym świecie, ale już sam pomysł na ten film zasługuje na uwagę widzów. Z korzyścią dla odbiorców przemawia dobra dynamika wydarzeń, udział mniej opatrzonych bohaterów (chwała za brak wszędobylskiego Batmana!), kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz niezbyt długi czas trwania produkcji. Całość uzupełnia nie najgorzej podany morał oraz ciekawy dubbing. Jeśli macie w zanadrzu jakieś ciekawsze filmy, nie krępujcie się, w innym przypadku polecam animację Wamestera na chwilowe zabicie czasu. Nie powinniście mieć poczucia żadnej straty, a w dzisiejszej zalewie bylejakości to już i tak spory sukces.


Tytuł: Stowarzyszenie Sprawiedliwych: II Wojna Światowa (Justice Society: World War II)
Scenariusz: Jeremy Adams, Meghan Fitzmartin
Reżyseria: Jeff Wamester
Obsada (dubbing): Matt Bromer, Stana Katic, Liam McIntrye, Matthew Mercer, Chris Diamantopoulos, Elysia Rotaru, Omid Abtahi, Geoffrey Arend i inni
Wytwórnia: Warner Bros. Animation, DC Comics
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 27 kwietnia 2021 (USA)
Czas trwania: 84 min.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Funko Falcon i Zimowy Bucky do winylowej gotowi są draki

W ostatnich latach częstym sposobem promocji stało się ujawnianie konkretnych gadżetów nie przed, ale dopiero po premierze danej produkcji. Nie inaczej jest w przypadku figurek Funko z serialu Falcon i Zimowy Żołnierz (2021) z kanału Disney+. Przyczyną takich działań marketingowych jest oczywiście chęć uniknięcia pewnych spoilerów, szczególnie kiedy mogą one dotyczyć finalnego wyglądu, charakteru, czy wręcz udziału pewnych postaci.

Skoro emisję wszystkich odcinków powyższego serialu mamy już za sobą, przyjrzyjmy się co Funko zapowiedziało dla zachwyconych serialem fanów. Przyznam, że z chęcią postawiłbym kilka z tych ludzików u siebie na półce... :-)






sobota, 24 kwietnia 2021

Falcon i Zimowy Żołnierz (2021), czyli opowieść o wewnętrznych kryzysach i sile przyjaźni


Jeszcze na dobre nie opadły emocje po zakończeniu pierwszego serialu Marvela emitowanego na Disney+ (WandaVision), a tu już pojawił się następny, opowiadający historię kolejnej pary drugoplanowych postaci z tego filmowego uniwersum. Falcon i Zimowy Żołnierz, bo o ten tytuł i tych bohaterów tu chodzi, rozgrywa się w kilka miesięcy po tzw. "blipie", czyli wstrząsającym wydarzeniu, które czasowo "wymazało" połowę istnień na naszej planecie (i przy okazji w całym kosmosie). Po szczegóły odsyłam do filmów Avengers: Infinity War (2018) oraz Avengers: Koniec gry (2019). Sam Wilson i Bucky Barnes zostają zmuszeni ruszyć ramię w ramię ku kolejnej globalnej przygodzie, która sprawdzi nie tylko ich siły, ale również pokaże, jakich poświęceń będzie wymagać od nich dalsze ratowanie świata. Stając na drodze pewnej wywrotowej organizacji, buntującej się przeciwko nowym rządowym planom, zwrócą się o pomoc do dawnego wroga Avengers, a ponadto poznają nowo mianowanego Kapitana Amerykę.  

Nie oszukujmy się - Falcon i Zimowy Żołnierz to utrzymane w klimacie szpiegowskiego thrillera, widowiskowe kino akcji. Jeśli tego właśnie oczekiwaliście po tym tytule, nie zawiedziecie się ani jedną chwilą spędzoną przed telewizorem. Ale to nie wszystko! Serial w reżyserii Kari Skogland wspaniale rozwija emocjonalne wątki pary bohaterów, dając im czas na przetrawienie własnych urazów i kryzysów. I to chyba najważniejszy plus produkcji. Z jednej strony oferuje nam całkiem sporo wizualnych atrakcji, jednocześnie ani na chwilę nie zapominając, że w całej tej feerii pościgów oraz szalonych zwrotów akcji chcemy oglądać postaci z krwi i kości. Zagłębiamy się więc w psychikę Sama i Bucky'ego, zaczynając rozumieć nie tylko ich traumę weteranów, ale też zyskując głębie, których na próżno było szukać w dotychczasowych, kinowych produkcjach z ich udziałem. Zyskuje na tym także wzajemna relacja ekranowa bohaterów, która może nie iskrzy chemią w każdym wspólnym dialogu, ale tworzy coś na kształt pełnej przyjaznego szacunku nici porozumienia. W końcu bez rozwoju tej kwestii na próżno poszłyby ich wszelkie ekranowe wysiłki, prawda?  


W serialu dobrze wybrzmiewa pokazanie pierwszoplanowego konfliktu, z którym będą zmuszeni zmierzyć się nasi bohaterowie. Problemy świata oraz zależności czerpiących z ucisku ludzi siatek terrorystycznych ukazano przystępnie i w całkiem zrozumiale. Tu też na prowadzenie wysuwają się kolejne postacie, wśród których prym wiedzie młoda Karli Morgenthau z organizacji Flag Samshers oraz John Walker, czyli nowo mianowany Kapitan Ameryka. O ile postać Karli zbudowano bez żadnych zbędnych dodatków, tak motywacje i cechy charakteru Walkera czynią z niego jedną z najciekawszych postaci całej historii. To jeden z tych antagonistów, którzy nie są od początku do końca jednowymiarowi, a ich decyzje (w oparciu o usposobienie i wcześniejsze przeżycia) ostatecznie skazują ich na taki lub inny los. Czekam na więcej Walkera w kolejnych serialach/filmach Marvela! Niewiele gorzej wypada w tym towarzystwie Baron Zemo, którego wreszcie możemy obserwować z innej strony niż w produkcji Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016). W serialu zyskuje nie tylko jego osobowość, ale też zdolności fizyczne czy historia dziedzictwa oraz liczne powiązania.  

Dość niespodziewanie Falcon i Zimowy Żołnierz rozliczył się z kontrowersyjnymi kwestiami rasowymi. Chylę czoła przed sposobem, w jaki w historię dwóch superbohaterów wpleciono wątki nieustannego prześladowania afroamerykanów czy innych kolorowych ras w USA (scena zatrzymania Sama i Bucky'ego przez patrol policyjny podczas sprzeczki na ulicy jest bezcenna!). Twórcom udało się połączyć tę problematykę z główną osią wydarzeń, docelowo czyniąc z niej podstawę części finału serialu. Najlepiej jednak z treścią historii koresponduje wątek Isaiaha Bradleya, byłego żołnierza, skazanego niegdyś na karę więzienia i poddawanego licznym eksperymentom. Duże brawa za taką wrażliwość i umiejętność bycia aktualnym w kontekście rasizmu i innych międzyludzkich uprzedzeń, wciąż pożerających nasz świat.   

O ile serial WandaVision (2021) nie sprostał w stu procentach moim oczekiwaniom, tak Falcon i Zimowy Żołnierz dobitnie pokazali, jaki potencjał drzemie w serialach Marvela. Oczywiście, obie te produkcje są od siebie dość odmienne (za co proszę o dodatkowe brawa), ale pod względem dynamiki opowieści i różnorodności motywacyjnej postaci powyższy tytuł zdobył wyścig o moje serce. Nie czułem aż takiego marginalizowania uniwersum jak w ostatnim przypadku, a serial jako całość wreszcie objawił swój wpływ na przyszłość tego świata (tak na wielkim, jak i małym ekranie). Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne odsłony serialowego MCU na Disney+ nadal będą oferować tak wiele widzom oczekującym wysokiej jakościowo rozrywki. I że szerokie spektrum tematyki nadal będzie przyciągać nas do lubianych (oraz tych mniej znanych) postaci. Przy takim podejściu może być tylko coraz lepiej!



Tytuł: Falcon i Zimowy Żołnierz (The Falcon and the Winter Soldier)
Scenariusz: Malcolm Spellman
Reżyseria: Kari Skogland
Obsada: Anthony Mackie, Sebastian Stan, Wyatt Russell, Erin Kellyman, Daniel Bruhl, Dani Deette, Desmond Chiam, Emily VanCamp, Florence Kasumba i inni
Wytwórnia: Marvel Studios/Walt Disney Company
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 19 marca 2021 (Disney+)
Sezon: 1
Ilość odcinków: 6
Czas trwania odcinka: około 55 min.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

RECENZJA: Elantris - Brandon Sanderson


J. R. R. Tolkien, Frank Herbert, George Lucas i... Brandon Sanderson. W mojej ocenie tylko tych czterech autorów może nosić miano wielkich światotwórców. Kreując własne uniwersa przełamywali schematy, dostarczali potężnych inspiracji, ale co najważniejsze - oddali odbiorcom tą nieuchwytną, świetlistą cząstkę siebie, która przepysznie i nieustannie karmi naszą wyobraźnię. Sanderson już w swej pierwszej książce powołał do życia świat, który z założenia nie był podobny do niczego, co stworzono wcześniej. Za sprawą niezwykle kreatywnego umysłu i talentu wymykającego się sztucznym klasyfikacjom zabrał nas do Elantris - niezwykłego miejsca, spowitego niewyjaśnioną i fascynującą tajemnicą. 

Elantris było niegdyś dumną stolicą Arelonu. Potężne, wręcz świetliste miasto, zamieszkiwane przez mądre i potężne istoty, cieszyło się wielką oraz w pełni zasłużoną estymą. Odmieniająca potęga Shaodu - zjawiska przekształcającego zwykłego człowieka w pełną niezwykłej mocy personę - mogła spłynąć na każdego. Wybrany opuszczał wówczas tereny Arelonu, kierując swe kroku ku miastu wybranych. Elantris emanowało świetnością przez wiele lat, lecz jak to często bywa w baśniach (i życiu), nic nie trwa wiecznie. Na metropolię padł cień zwany Reodem, czyniący z jego mieszkańców pozbawione mocy, podobne do trędowatych postacie, snujące się w nieustępującym bólu po pokrytych brudem ulicach. Los chciał, że dziesięć lat po tym przerażającym wydarzeniu także królewskiego syna Raodena dotknęła losowa przypadłość Shaodu. Coś, co wcześniej było chwałą i wybawieniem, teraz skazywało nieszczęśnika na natychmiastowe odcięcie od społeczeństwa poprzez porzucenie za murami upadłego miasta. 

W tych nieciekawych okolicznościach przyrody oprócz Raodena poznajemy także Sarene - jego narzeczoną, płynącą na zaaranżowany politycznie ślub oraz Hrathena - gyorna wyznania Jaddetha, fanatycznej religii z odległego Fjordenu. Jak przyznaje sam Sanderson w Postscriptum do swego dzieła, Elantris to "opowieść o mężczyźnie, który próbuje odbudować społeczeństwo wśród biedaków, kobiecie, która nie chce dać się zdefiniować przez role, jakie narzuca jej społeczeństwo i kapłanie przeżywającym kryzys wiary". I jest tak w istocie. W powieści otrzymujemy dwójkę protagonistów oraz jednego antagonistę (jednocześnie będącego najbardziej niejednoznaczną postacią w książce), których oczami będziemy poznawać tajemnice legendarnego miasta. I tak jak nasi bohaterowie przejdą oczywistą drogę ku finałowi powieści oraz koniecznej wewnętrznej przemiany, tak i my doświadczymy wielu emocji oraz wrażeń sprawiających, że słowa autora połączą się w niesamowitą, pełną przygód historię. Znajdą się tu również liczne, w pełni zaskakujące zwroty akcji, o nich jednak nie napiszę ani słowa - to trzeba koniecznie odkryć samemu! 

Nieczęsto debiutancka powieść okazuje się być tak godna uwagi, jak Elantris Sandersona. Za świetnym warsztatem autora stoją oczywiście lata wcześniejszej praktyki, jednak ta książka jest zwyczajnie tak dobra, jakby stworzył ją pisarz z wieloletnim doświadczeniem. Oczywiście, z czysto recenzyjnego obowiązku muszę zaznaczyć, że nie wszystko przebiegło podczas czytania idealne. Historia Raodena, Sarene i Hrathena rozwija się na bardzo wielu płaszczyznach, a jedną z nich jest podłoże polityczne dwóch sojuszniczych państw. To właśnie liczne dywagacje na temat sytuacji krajów, religii oraz dworskich intryg zabierały mi część frajdy z odkrywania sekretu tytułowego miasta. Jest ich po prostu zbyt wiele w stosunku do pozostałych elementów powieści. Na szczęście Sanderson przezornie zadbał o to, aby żaden wątek czy kwestia nie pozostała bez konkretnego znaczenia. W finale Elantris wszystkie elementy fabuły (w tym także te wymienione powyżej) znajdują swe satysfakcjonujące rozwiązanie i nawet coś tak prozaicznego jak nauka szermierki wśród kobiet odgrywa swoją rolę w finale (niewielkie, ale jednak!).  

Fani Sandersona nie od dziś wiedzą, że autor jest sympatykiem zasad działania magii oraz wszelkich związanych z nią zagadek. Tak jest również w Elantris, gdzie tajemnica klątwy miasta zajmuje czytelnika w niemniejszym stopniu jak samego księcia Raodena, który próbuje znaleźć sposób na wyrwanie się ze swego beznadziejnego stanu. Tu także możemy być spokojni - największe pytanie powieści zostaje w fantastyczny sposób rozwiązane w finale. Co ciekawe, kiedy już wszystkie elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca, spostrzegłem jak sprytnie autor rozgrywał tę kwestię od samego początku. Zainteresowanym zdradzę, że właściwe odpowiedzi zasugerował już w czwartym rozdziale książki oraz na jednej z map zamieszczonych w wydaniu (oczywiście pozostawiając kilka kart nieodkrytych, ale jednak!). Naprawdę sprytne i zaskakujące.

Elantris to rewelacyjna książka fantastyczna, oferująca wszystko co najlepsze sympatykom magii, religii, polityki oraz postaci godnych czytelniczego zaangażowania. Potrafi zafascynować, skłania do myślenia, ale też czaruje przygodą oraz delikatnym wątkiem romantycznym. Sanderson w swym debiucie stworzył historię nie będącą bezmyślną kalką innych dzieł fantasy, od samego początku budując świat oraz opowieść na własnych, bezkompromisowych warunkach. To podejście stało się zresztą jego znakiem rozpoznawczym na wiele nadchodzących lat (i trwa szczęśliwie do dziś). Warto sięgnąć po wznowione wydanie Elantris także ze względu na kilka scen usuniętych i dodatkowy epilog z postacią znaną fanom innych, osadzonych w uniwersum Cosmere powieści. W tym wszystkim satysfakcjonujące dla mnie jest także to, że Elantris jest (przynajmniej na obecną chwilę) samowystarczalną, w pełni zamknięta całością. Dobrze jest czasem przeczytać opowieść, która nie została zaplanowana na potężną liczbę odsłon, a jednocześnie potrafi skraść serce odbiorcy jak wielotomowa seria.

rys. Jessi Ochse
 
Tytuł: Elantris (Wydanie specjalne)
Autor: Brandon Sanderson
Przekład: Anna Studniarek
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 672
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49 zł

czwartek, 15 kwietnia 2021

Ruchomy chaos (2021), czyli niezły film na podstawie świetnej książki


Na ostrzu noża Patricka Nessa to jedna z fajniejszych książek, jakie miałem okazję przeczytać w zeszłym roku. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że w naszym kraju pojawił się właśnie drugi tom cyklu Ruchomy chaosPytanie i odpowiedź. Recenzując powyższe tytuły wspominałem, że w Hollywood szykuje się filmowa adaptacja serii Nessa z Tomem Hollandem i Daisy Ridley w rolach głównych. Tak się właśnie złożyło, że kilka dni temu miałem okazję zobaczyć rzeczoną produkcję. Ze względu na trwającą pandemię oraz wszelkie ograniczenia trudno stwierdzić, kiedy polskim widzom dane będzie ujrzeć Ruchomy chaos w kinach. Niech zatem moje wrażenia posłużą za wstępną wytyczną, czy w ogóle warto czekać nad Wisłą na ten tytuł.  

Reżyserii filmu podjął się Doug Liman, czyli facet, który przed laty podarował nam świetną komedię akcji Pan i pani Smith (2005). Aby zachować ducha książkowego pierwowzoru, do napisania scenariusza wraz z Christopherem Fordem, współtwórcą tekstu do Spider-Man: Daleko od domu (2019), zaproszono samego Patricka Nessa. Czy coś takiego mogło się nie udać? Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, nie dam rady obejść się bez licznych porównań do pierwszej książki z cyklu. Tak więc już teraz napiszę krótko i dosadnie: Ruchomy chaos to przykład, jak można bogatą fabularnie powieść spłycić do granic możliwości, ale w rezultacie otrzymać całkiem niezły film. No cóż, obraz Limana pokazuje sztandarowo, że język literacki i wymowa filmowa znacznie różnią się od siebie i aby zachować pożądany kształt całości, czasem należy dokonać drastycznych cięć. Tym bardziej wtedy, kiedy chce się sfilmować tylko pierwszą część serii (pozbawiając ją końcowego zwrotu akcji), celem uzyskania wyczerpującego i (raczej) zamkniętego finału.

Na szczęście udział Nessa w pracach nad scenariuszem sprawił, ze kastracja wątków odbyła się w miarę bezboleśnie, choć z pewnością każdy kto czytał Na ostrzu noża, podczas seansu złapie się za głowę na myśl o wątkach i faktach, których zabrakło w filmie. Ruchomy chaos stoi jednak twardo na własnych nogach, przynosząc widzom historię w pełni zrozumiałą bez znajomości książki (w sumie trudno, żeby było inaczej). Pewne skróty myślowe wymuszone rodzajem nośnika treści mocno zubożyły ten fantastyczny świat, jednak jego główne założenia pozostały bez zmian. Przenosimy się więc w czasie i przestrzeni do dość odległej przyszłości (2257 rok), na planetę zwaną Nowym Światem, gdzie ludzkość podjęła pierwszą w swej historii próbę kolonizacji. Niestety, specyfika globu wpłynęła na naszą fizjonomię, wywołując u osobników rodzaju męskiego kłopotliwe zjawisko zwane "szumem". Objawia się ono możliwością słyszenia własnych myśli, w nieprzerwanym potoku słów i mniej lub bardziej czytelnych obrazów. Naszym przewodnikiem po świecie przedstawionym jest Todd Hewitt, młody chłopak wychowywany w osadzie zamieszkanej wyłącznie przez mężczyzn. Jak jest mu tłumaczone, wszystkie kobiety (a w tym również jego matka) zostały zabite przez groźną rasę tubulców, zwanych Szpaklami. Wkrótce na drodze Todda staje jednak młoda dziewczyna Viola, ocalała z katastrofy statku zwiadowczego. Jej obecność oraz mroczna tajemnica z przeszłości sprawia, że dwójka bohaterów musi podjąć karkołomną i pełną niebezpieczeństw ucieczkę.


To, na co Ness miał odpowiednie miejsce i czas w książkach, w filmie musi być przedstawione w sposób znacznie bardziej skondensowany. Twórcy Ruchomego chaosu pozbawili więc widzów przyjemności odkrywania tajemnicy mężczyzn z osady zarządzanej przez burmistrza Prentissa, ograniczając ją do skrótowego i niezbędnego minimum. Ucierpiał na tym m.in. wątek szalonego kaznodziei Aarona, który w Na ostrzu noża był w moim odczuciu głównym przedstawicielem zła, uparcie ścigającego parę bohaterów. Podobny los podzielili również najróżniejsi przedstawiciele planetarnej fauny (co gorsza, zabrano im też niezwykle interesującą umiejętność mowy). Zapewne stało się tak za sprawą cięcia kosztów na efekty specjalne, które w głównej mierze skupiły się na wizualizacji "szumu". I trzeba tu przyznać, że wspomniany element wyszedł twórcom doskonale. Zjawisko jest nie tylko atrakcyjne dla oka, ale w znaczny sposób współgra też z elementami narracji. Po raz pierwszy otrzymaliśmy też możliwość ujrzenia na ekranie myśli bohaterów, a to przecież nie byle co!  

Pewnej zmianie i uproszczeniom uległ również główny bohater historii. Todd jest tu postacią inną niż w książce, struktura scenariusza pozbawiła go całkowicie wątku niewinności, tak istotnego w powieści. W zamian otrzymaliśmy więc dzielnego chłopaka, który bez większych problemów porusza się po nie do końca znanym mu świecie. W filmie jakoś to działa, stratę (i pewną niekonsekwencję) dostrzegamy dopiero przy porównaniu z literackim pierwowzorem. Viola nie utraciła wiele ze swej charyzmy, jest to nadal ta sama dziewczyna, która ze zlęknionej przybyszki stopniowo zmienia się w pełną wigoru uciekinierkę. Psi towarzysz Todda, Manczi jest takim samym, rezolutnym czworonogiem, choć odjęcie mu daru mowy zubożyło nieco jego ekspresyjny charakter.

Ruchomy chaos jest filmem, który w interesujący sposób przedstawia historię zawartą w książkach. Dla widza nieobeznanego z uniwersum Nessa to spotkanie przebiegnie w dość bezbolesny sposób, natomiast fanom prozy pisarza nie starczy palców u rąk, aby wyliczyć zmiany i skróty, jakich dokonano w fabule. Mimo wszystko oceniam seans jako całkiem udany. Podczas śledzenia ucieczki Todda i Violi bawiłem się świetnie, głównie za sprawą dobrego tempa filmu oraz ciekawego ujęcia efektu "szumu", który wcześniej wydawał mi się wręcz niemożliwy do ukazania. Aktorzy wypełnili swe zadanie zgodnie z oczekiwaniami. Postacie wywołują pożądane emocje, niosąc fabułę na własnych barkach. Pewnym minusem jest ubogie zobrazowanie świata przedstawionego, który w mało przekonujący sposób udaje obcą planetę. Produkcja Limana nie będzie raczej filmem roku, ale z nawiązką wynagradza prawie dwie godziny spędzone przed ekranem. Finał nie sugeruje jakiegokolwiek ciągu dalszego, ale jest na tyle otwarty, że gdyby film okazał się sukcesem, być może będzie jeszcze okazja wrócić do Nowego Świata i zobaczyć jak dalej potoczą się losy Todda i Violi. A jeśli nie, zawsze zostają doskonałe książki. Tam przygoda bohaterów trwa znacznie dłużej.      



Tytuł: Ruchomy chaos (Chaos Walking)
Scenariusz: Patrick Ness, Christopher Ford
Reżyseria: Doug Liman
Obsada: Tom Holland, Daisy Ridley, Mads Mikkelsen, David Oyelowo, Demian Bichir, Cynthia Erivo, Nick Jonas i inni
Wytwórnia: Lionsgate
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 5 marca 2021 (USA)
Czas trwania: 109 min.
 

sobota, 10 kwietnia 2021

Kolekcjonerskie minifigurki Lego Looney Tunes atakują!

Wszystko wskazuje na to, że to będzie bardzo dobry rok dla Królika Bugsa i spółki. Latem w kinach rozpocznie się kolejny Kosmiczny mecz: Nowa era, a już w maju bohaterowie popularnych kreskówek trafią na sklepowe półki w wersji Lego! Nowa kolekcja minufigurek, dedykowana Looney Tunes składać będzie się z 12 kultowych postaci - z Bugsem, Daffym i Sylwestrem na czele! 

Trzeba przyznać, że seria prezentuje się znakomicie, warto więc będzie postarać się zebrać ją w całości. Co prawda wśród radosnej gromadki brakuje Yosemite Sama czy Elmera Fudda, ale nie bądźmy drobiazgowi. W końcu już dawno nie dostaliśmy w serii minifigurek Lego czegoś naprawdę tak ciekawego. :-) 


środa, 7 kwietnia 2021

Bałagan fabularny, czyli Tom i Jerry (2021) zagubieni w rzeczywistości


Tom i Jerry to obok Myszki Miki, Kaczora Donalda oraz postaci z animacji Looney Tunes najpopularniejsi bohaterowie kreskówek dla najmłodszych. I chyba nie tylko ich, bo przecież radosne pościgi i zasadzki sprytnego Jerry'ego i upartego Toma od dekad śmieszą do łez także dorosłych. Para wciąż popularnych zwierzaków powraca w tym roku w dużym filmie, łączącym klasyczną animację z filmem fabularnym. Para zadziornych przeciwników idzie więc śladami długouchych kolegów po fachu - Bugsa (Kosmiczny mecz) oraz Rogera (Kto wrobił Królika Rogera?). I choć ta forma wizualnej kreacji jest już dziś nieco zapomniana, starają się jak mogą, aby zapewnić nas, że w całym tym przedsięwzięciu (a przede wszystkim w nich samych) jest jeszcze na tyle ognia, aby zapewnić widzom półtorej godziny godnej rozrywki. Tylko czy aby na pewno...?  

Fabuła Toma i Jerry jest dość prosta. Otóż w słynnym nowojorskim hotelu Royal Gate o pracę stara się niewykfalifikowana, choć dość zaradna życiowo Kayla. W tym samym czasie do miasta przybywają nasi animowani bohaterowie. Po kilku dość wybuchowych pościgach ich kroki kierują się do wyżej wymienionego przybytku. Niezauważony przez nikogo Jerry z powodzeniem lokuje się w wygospodarowanym dla siebie, malutkim apartamencie, natomiast niezbyt ogarnięty Tom wciąż stara się przeniknąć do środka. Kiedy Kayla za sprawą niegodnego pochwały podstępu zyskuje atrakcyjną posadę, jej głównym zadaniem staje się urządzenie przyjęcia weselnego pewnej niezwykle popularnej pary celebrytów. W tym celu będzie musiała zadbać o bezwypadkowy przebieg uroczystości. Tylko jak tego dokonać, skoro po tak znamienitym hotelu zaczęła biegać wszędobylska mysz? No cóż, najlepiej w pozbyciu się takiego dzikiego lokatora poprosić o pomoc jakiegoś kota. 


Za reżyserię Toma i Jerry'ego odpowiada sprawca dwóch filmów o Fantastycznej Czwórce, czyli Tim Story. Tak samo jak w przypadku tamtych produkcji, tutaj też nie popisał się on umiejętnością przygotowania dobrego, angażującego dla widza spektaklu. Ten film cierpi na wiele przypadłości, ale chyba największą jest fabularny i narracyjny bałagan, jaki panuje w nim od pierwszych scen. Nie zostaje wyjaśnione dlaczego Tom i Jerry przybywają do Nowego Jorku. Krótki wstęp do tego mogliśmy oglądać w zwiastunie - z niezrozumiałych przyczyn tej sceny zabrakło w samym filmie... Wątek tytułowej pary nie współgra z historią Kayli, sceny animowane oraz tradycyjne zdają się należeć do dwóch zupełnie innych produkcji. Nie zadbano, aby uściślić zasady przenikających się światów (animacji z rzeczywistością), przez co niektóre zwierzęta (a warto zaznaczyć, że wszystkie zwierzaki są tu narysowane) mówią, a niektóre nie. Wśród ludzkich bohaterów trudno znaleźć takich, których dałoby się polubić lub w jakikolwiek sposób się z nimi identyfikować. Aktorzy odgrywają swoje role w mocno przerysowany sposób (szczególnie Chloe Grace Moretz), tak jakby za wszelką cenę chcieli pokazać młodym widzom, że Tom i Jerry to film skierowany specjalnie dla nich. Słowem bajzel, w którym sceny potyczek tytułowych postaci przenikają się z mało angażującą historią młodej pracowniczki hotelu.

Na szczęście sprawy poprawiają się nieco w trzecim akcie filmu, co sprawia, że zakończenie opowieści jest na jakimś etapie strawny. Oczywiście nie ma tu cudów, tym razem obraz staje się standardową i zajeżdżoną do granic możliwości historyjką dla maluchów, w finale której wszyscy naprawiają swe błędy i wypaczenia, radośnie pędząc do mety. Niestety, po drodze nie obyło się bez głupich żarcików z wywołującego szereg dyskusji "genderu", nieśmiesznego przedrzeźniania nazw mediów społecznościowych oraz dowcipów z psią, śmierdzącą kupą w roli głównej. Naprawdę, szkoda potencjału, jaki niósł w sobie ten projekt. Być może za całe to zamieszanie z tempem i ogólnym bałaganem odpowiada montaż całości, ponieważ sama fabuła, którą przedstawiłem powyżej, nie nosi znamion aż takich komplikacji. Nawet gdybym bardzo chciał, nie polecam nikomu seansu z Tomem i Jerrym. To mocno chaotyczny, pozbawiony elementów atrakcyjnych dla widza gniot, w którym fajnie wypadają chyba jedynie pościgi pary głównych postaci (klasyka!) oraz przepełniona lekkimi, hiphopowymi beatami muzyka. Mimo wszystko, kot, mysz i ich widzowie zasłużyli na znacznie lepszy powrót w konwencji animowano-fabularnej. Dzieło pana Story wypadło w tej próbie bardzo mizernie, zachęcając odbiorców, aby jak najszybciej zapomnieli o tym męczącym seansie. A ci, którzy go nie widzieli, przynajmniej nie muszą liczyć straconych minut.    


  
Tytuł: Tom i Jerry (Tom and Jerry)
Scenariusz: Kevin Costello
Reżyseria: Tim Story
Obsada: Chloe Grace Moretz, Michael Pena, Jordan Bolger, Rob Delaney, Patsy Ferran, Pallavi Sharda, Colin Jost, Somi De Souza i inni
Wytwórnia: Warner Animation Group, Hanna Barbera Productions
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 26 lutego 2021 (USA/HBO Max)
Czas trwania: 101 min.

wtorek, 6 kwietnia 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 45 (Trolle z Troy tom 4, Lucky Luke tom 21, Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków, Ms Marvel tom 9, Przygody Żąbielka)

Sporo dobrych i różnorodnych rzeczy znalazło się w tym wydaniu naszego działu. Dominują historie polskie lub europejskie, stylistyka superhero jest tym razem lekko w odwrocie (zobaczymy jak to będzie w przyszłości) - na szczęście na straży pozostaje Ms Marvel! Cóż więcej dodać słowem wstępu? Chyba tylko życzyć Wam miłej lektury! :-)


Trolle z Troy - tom 4

Mam wrażenie, że Trolle z Troy to najbardziej rozrywkowa seria w cyklu wymyślonym przez Christophe Arlestona. Dziwię się więc trochę sam sobie, że czwarty tom zbiorczy jest pierwszym, o jakim w ogóle piszę na stronie. Powodem takiego stanu rzeczy jest rytm wydawania rzeczonych komiksów w naszym kraju. Moja domowa kolekcja zawiera tomy 1-12, czyli te, które pojedynczo wydawane były jeszcze na długo przed założeniem bloga. Najnowszy album zawiera oryginalne części 13-16, toteż ja sam oraz inni, nieco starsi czytelnicy mogą wreszcie (po dziesięciu latach!) poznać ciąg dalszy przygód tych "uroczych" stworzeń z osady Falomp. Trolle ze świata Troy są prawdziwie niezwykłymi istotami. Żyją w zorganizowanych wioskach, zakładają rodziny, polują (najchętniej na ludzi, ale nie pogardzą też smokiem), lubią ostro imprezować, ale ponad wszystko cenią sobie dobrą wyżerkę (najchętniej z ludzi). Boją się tylko jednego - wody (jeszcze tylko tego brakowało, żeby nagle stały się czyste!). W czwartym tomie zbiorczym otrzymujemy cztery albumy pełne ich absurdalnych, wesołych i bezkompromisowych przygód. Wraz z Tetramem, Wahą, Haigwepą, Profim oraz uroczymi maluchami Tyneth i Gnompomem śledzić będziemy ciąg dalszy historii rozpoczętej w albumie Trolle w szkole (Wojna żarłoków), zgłębimy tajemnicę adopcji Wahy (Historia Wahy) oraz poznamy niebezpieczeństwa i zalety wynikające z poddania się czarowi pomniejszania (Pomniejszenie i Kudłacze na smokach). 

Trolle z Troy cechuje nie tylko wspaniały, zadziorny humor, ale przede wszystkim niezwykła lekkość fabuły. Akcja pędzi do przodu, ale w centrum zainteresowania czytelnika nieustannie pozostają główne postacie, skutecznie budujące czar opowieści. To ich pełne żywiołowości i czasem dość brutalne zachowania kształtują ton historii oraz wszelkie przynależące do niej elementy. Zastanawiałem się nieraz, co czyni Trolle tak bliskimi odbiorcy i doszedłem do wniosku, że są one po prostu bardzo podobne do nas samych. Cenią te same przyjemności i w gruncie rzeczy wyznają bardzo podobny punkt widzenia (rodzina, rozrywka, swoboda w podejmowaniu decyzji). No, może jedzą tylko troszkę więcej od nas, ale przecież nikt nie jest doskonały... Najlepsza w powyższym wydaniu okazuje się być Historia Wahy, głównie ze względu na rozwiązania zastosowane w narracji albumu. Okoliczności przygarnięcia ludzkiego niemowlęcia przez żarłoczne i krwiożercze Trolle podane są za pomocą rozbrajających, kilkuplanszowych historyjek (Nauka latania wymiata!), powiązanych ze sobą motywem poszukiwań prowadzonych przez Czcigodnego Furiatu. Taka odmiana dobrze robi całej serii. Sukcesu Trolli z Troy należy również upatrywać w ilustracjach Jeana-Louise'a Mouriera. Artysta prezentuje kreskę komiksową należącą do tych, które upodobałem sobie najbardziej. Jego rysunki są niezwykle żywiołowe, do  bólu szczegółowe (co przy tego typu stylistyce nie jest zbyt częstym przypadkiem), a każdy kadr aż krzyczy nieskrępowaną radością tworzenia. Odbija się to pozytywnie na wizerunku całego uniwersum, kipiącego kreatywnymi pomysłami, których na próżno szukać w dziełach innych twórców. Nic więc dziwnego, że z aż taką estymą wypowiadam się o powyższym komiksie. Upust swej miłości do serii ze świata Troy dałem jakiś czas temu w zestawieniu 10 najlepszych komiksów (lub serii komiksowych), a na stronie możecie przeczytać jeszcze recenzję Zdobywców Troy. Jeśli jeszcze nie znacie uniwersum Arlestona, teraz jest do tego najlepsza okazja. Egmontowe wydania zbiorcze Lanfeusta z Troy, Odysei Lanfeusta czy poprzednie tomy Trolli z Troy to wyjątkowa gratka dla każdego fana dobrej, humorystyczno-przygodowej fantasy. Nic, tylko czytać i czytać!

Tytuł: Trolle z troy - tom 4
Scenariusz: Christophe Arleston
Rysunki: Jean-Louis Mourier
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 192
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Lucky Luke, tom 21 - Góry Czarne

Gdyby nie Lucky Luke, współczesna Ameryka na pewno nie wyglądałyby dziś tak samo... To oczywiście żart, wszak dzielny kowboj z Dzikiego Zachodu jest postacią typowo fikcyjną, tymczasem nie można przecenić jego wpływu na kształt szeroko rozumianej popkultury komiksowej (i nie tylko!). W ręce fanów kowboja strzelającego szybciej od własnego cienia trafia właśnie 21 album serii, oryginalnie wydany w 1963 roku. Scenariusz Gór Czarnych napisał niezastąpiony Rene Goscinny, a rysunki wykonał jedyny w swoim rodzaju Morris. Tym razem Luke otrzymuje ambitne i trudne zadanie poprowadzenia wyprawy naukowej poza tytułowe Góry Czarne, celem oceny przydatności terenów pod przyszłą kolonizację. Jak to bywa w przypadku przygód naszego rewolwerowca, niebezpieczeństwa czają się na każdym kroku, a dodatkową przeszkodą są zasadzki zastawiane przez bandytę Bulla Bulletsa, wynajętego przez pewnego nieuczciwego senatora. 

Jak zawsze przygody Lucky Luke'a aż kipią od przygód i dobrego humoru. Świetnym rozwiązaniem okazało się wprowadzenie do fabuły czterech nieco oderwanych od rzeczywistości naukowców, którzy stanowią przeciwwagę dla zmagań Luke'a z Bulletsem. Z kolei ten ostatni, oprócz roli głównego antagonisty pełni też funkcję komediową, szczególnie uwypukloną w drugiej połowie tomu (z początku udaje mu się uzyskiwać przewagę nad Lukiem, co zmienia się dramatycznie, gdy zaczyna odgrywać rolę podobną do Kojota w animacjach o Strusiu Pędziwiatrze). Wspomniani profesorowie nie są także wyłączną ozdobą służącą ukazaniu perypetii naszego kowboja. Są liczne chwile, kiedy za ich sprawą akcja zmienia swój bieg, a wydarzenia zaskakują swą nieprzewidywalnością. Czyta się to wszystko lekko i wesoło - i nic dziwnego, w końcu albumy pisane przed duet autorów (szczególnie w tamtym okresie) są od lat uważane za najlepsze w cyklu. Dodatkową atrakcją tomu jest obecność nieodzownego papierosa w ustach Lucky Luke'a, z którego zrezygnowano w późniejszym czasie w ramach kampanii antynikotynowej (o słuszności tego ruchu możemy spierać się w nieskończoność - w/g mnie był on jednak całkowicie niepotrzebny). Klasyka komiksu europejskiego wybrzmiewa w Górach Czarnych z całą swą siłą, a powyższe wydanie jest oczywistym "musisz-mieć" dla każdego fana dobrych historii obrazkowych. Polecam go zatem wszystkim sympatykom inteligentnie pisanych opowieści komediowych. Z dumą i zadowoleniem możecie postawić go na swojej półce.  

Tytuł: Lucky Luke, tom 21 - Góry Czarne
Scenariusz: Rene Goscinny
Rysunki: Morris
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków

Jak dziś pamiętam, gdy w 1987 roku po szkole poszliśmy wraz z kumplami do firmowej księgarni Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na ulicy Wilczej w Warszawie. Rankiem tego samego dnia dowiedzieliśmy się od kolegów ze starszej klasy, że właśnie ukazał się nowy, niepublikowany w Świecie Młodych komiks z przygodami Kajka i Kokosza. Jego tytuł brzmiał W krainie Borostworów. Kurczę, zapowiadało się co najmniej ciekawie! Podekscytowanie było wielkie, z poważnymi minami i w świetnych humorach stanęliśmy więc w dość długiej kolejce do wspomnianego przybytku, aby wycyganione od rodziców pieniądze przeznaczyć na najważniejszy komiks tamtego roku. I naprawdę było warto! Nowe dzieło Janusza Christy w ciągu kilku następnych tygodni zaczytałem tak bardzo, że na wyrywki umiałem cytować dialogi poszczególnych postaci. Po dziś dzień wracam do niego co jakiś czas, ponieważ tak samo jak pozostałe komiksy Mistrza, nie zestarzało się ani troszeczkę.

W krainie Borostworów było pierwszym wyłącznie albumowym wydaniem perypetii Kajka i Kokosza. W związku z tym zmienił się układ graficzny opowieści, który został podzielony na sześć rozdziałów, natomiast rysunki ułożono w nim nie w czterech, a trzech (powiększonych) rzędach. Była to zmiana jedynie kosmetyczna, mniejsza ilość obrazków przełożyła się w wypadku kunsztu Christy na jeszcze piękniejsze ilustracje, które w tym albumie wręcz oszałamiają (szczególnie działa to na przykładzie zobrazowanej przyrody, która wprost kipi od kolorów i szczegółów). Aby dziedzictwo autora nie zostało zapomniane, a Polacy mogli zaznajomić się z walorami języków regionalnych, Egmont wydał właśnie ową historię w wersji śląskiej, zatytułowanej We krajinie Borostraszków. To oczywiście nie pierwszy tego typu zabieg. W poprzednich latach ukazały się już komiksy z Kajkiem i Kokoszem w edycji góralskiej, kaszubskiej, francuskiej, a nawet esperanto. Każde takie wznowienie cieszy, pozwala bowiem lepiej zrozumieć i poznać język lub gwarę regionalną, tak charakterystyczne i ciekawe. Zamiast Zbójcerzy We krajinie Borostraszków dostajemy więc Chacharcerzy, zbój Łamignat nosi imię Kościoszczyrk, a jego powiedzonko to teraz "Jernika Piernika" ("Lelum Polelum"). W przypadku tej edycji zabrakło standardowego słowniczka wyrazów, który był obecny w poprzednich wersjach językowych. Nic straconego, gwara śląska jest na tyle czytelna, że bez większego problemu nawet mieszczuchy z centrum kraju zrozumieją prawie wszystkie występujące tu wyrazy. Kajko i Kokosz to prawdziwa legenda, nikogo chyba nie trzeba więc dodatkowo zachęcać do kolejnego sięgnięcia po ich przygody. Przeczytajcie zatem raz jeszcze opowieść o dwóch dzielnych wojach, którzy wybierają się aż do odległej siedziby Pani Przyrody, aby odzyskać wodę ze studni, utraconą za sprawą niecnej dywersji Zbójcerzy. Sprawdźcie jak pięknie wybrzmiewa tu wątek przyjaźni oraz ekologii i nie bójcie się tytułowych Borostraszków - choć są dość dziwne, potrafią być także bardzo sympatyczne.

Tytuł: Kajko i Kokosz - We krajinie Borostraszków
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Przekład: Grzegorz Buchalik
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 52
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Ms Marvel, tom 9 - Teenage Wasteland

Ms Marvel powraca! A nie, czekaj... Niezupełnie. Kamala Khan zniknęła i tak samo stało się z jej alter ego, czyli bohaterką Jersey City - Ms Marvel. Po ostatnich wydarzeniach, opisanych w tomiku Mekka, nasza heroska poczuła się nie do końca potrzebna, zaszywając się w odosobnieniu i dając sobie czas na zrozumienie pewnych, targających nią kwestii. W tym samym czasie jej rolę przejmuje odważnie grupa najbliższych przyjaciół, z różnorakim skutkiem próbująca zaprowadzić porządek w mieście. Niby proste zadanie, ale teraz, kiedy tytułowej bohaterki nie ma w pobliżu, nagle wszyscy zaczynają rozumieć jak wiele jej zawdzięczali. Sytuacja komplikuje się, kiedy na scenę wkracza dawny wróg Ms Marvel, planujący okrutną zemstę. A nie będzie to jedyny złol występujący w tej części! Nie obejdzie się więc bez wielkich powrotów, wyjaśniania trudnych życiowych kwestii oraz radosnej rozwałki - a wszystko to podane zostaje na talerzu przygotowanym dla młodszej grupy odbiorców, którzy oprócz świetnej treści w Teenage Wasteland otrzymają też coś, co pomoże im uporać się z ich własnymi problemami.

G. Willow Wilson świetnie rozumie umysły młodzieży, pisząc Ms Marvel tak, aby treść komiksu i poruszane w nim problemy świetnie korespondowały z ich codziennymi problemami. Przygody Kamali to komiks pisany lekką ręką, bardzo naturalny i nawet wszystko to, co jest w nim typowo "superbohaterskie", wychodzi autorce zupełnie bez przymusu (nawet ogromne, zagrażające miastu robo-gady). To chyba jego największa zaleta (druga to oswajanie z odmiennością obcych kultur - choć akurat ten aspekt w nowej części potraktowano dość marginalnie), sprawiająca, że komiks dobrze czyta się też osobom, które atrakcje dorastania dawno mają już za sobą. Dobrze jest jednak znów poczuć się młodym, toteż problematyka pierwszych porywów serca czy źle zinterpretowane poczucie odtrącenia przypomniały mi, jak to było ze mną samym te dwie, trzy dekady wstecz. Wszystkie te psychologiczne zabiegi pozwalają Wilson pchnąć do przodu nie tylko rozwój niezwykle sympatycznej, tytułowej bohaterki, ale również licznych postaci drugoplanowych, z którymi jako wierny czytelnik zdążyłem zżyć się mocno na przestrzeni ostatnich dziewięciu tomików. Rysunki do Teenage Wasteland wykonał powracający do ilustrowania przygód Ms Marvel Nico Leon. Strasznie brakowało mi jego bezkompromisowej zabawy dalszymi planami, choć akurat w tej odsłonie nie dostarczył mi aż tak wiele frajdy, jak oczekiwałem. Na szczęście sama fabuła komiksu wciągnęła mnie na tyle, że w trzy kwadranse rozprawiłem się z jego treścią, a teraz niecierpliwie wypatruję ciągu dalszego. Kontynuacja będzie niestety pożegnaniem z Wilson w roli scenarzystki - spodziewać się więc można domykania wielu wątków. Jakby nie patrzeć, na pewno będzie ciekawie!

Tytuł: Ms Marvel, tom 9 - Teenage Wasteland
Scenariusz: G. Willow Wilson
Rysunki: Nico Leon
Przekład: Anna Tatarska
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Przygody Żąbielka i inne opowieści

Szarlota Pawel należy do zacnego grona twórców komiksowych, których po dziś dzień cenię ponad miarę. Porwanie księżniczki to pierwszy komiks, który jako siedmiolatek przeczytałem w całości w Świecie Młodych, a z przygód Kubusia Piekielnego zaśmiewałem się przez całą szkołę podstawową. Swą estymę wobec autorki wyraziłem w moim prywatnym zestawieniu 10 najlepszych komiksów, gdzie przygody Jonki, Jonka i Kleksa znalazły się na w pełni zasłużonej, trzeciej pozycji. Nie zważając na ogrom ukazujących się obecnie komiksów, nieustannie wracam do prac Pawel, wspominając nie tylko swe najmłodsze lata, ale również dostrzegając jak (poza pewnymi aspektami) dzieła artystki niewiele się do dziś zestarzały. Dodatkowa okazja do celebracji talentu Szarloty Pawel nadarzyła się właśnie teraz, przy okazji wydania zbioru Przygody Żąbielka i innych opowieści, czyli komiksów nigdy wcześniej nie zebranych w wydaniu albumowym. Po upadku gazety harcerskiej Świat Młodych, Pawel znalazła swe miejsce w redakcji Uśmiechu Numeru, magazynu będącym w pewien sposób następcą tej popularnej gazety. To tam powstały historyjki oraz ilustracje z tytułowym bohaterem, z wyglądu jawiącym się jako przesympatyczny zajączko-kurczaczek z żądełkiem. W późniejszych latach artystka tworzyła serie dla Super ExpressuKomputer Świata, podręcznika do nauki jęz. angielskiego Magic Words, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów czy Centrum Onkologii w Warszawie. Wszystkie te prace znalazły się w powyższym albumie. Oprócz nich w Przygodach Żąbielka i innych opowieściach znajdziemy też kilka krótszych komiksów z lat 80. ubiegłego stulecia, tworzonych dla Świata Młodych, dotyczących bezpieczeństwa w szkole, na ulicy czy podwórku. Dodatkową atrakcją wydania są liczne plansze lub ilustracje wykonywane na przestrzeni całej kariery Pawel.

Przygody Żąbielka i inne opowieści ukazały się w dwóch wersjach - podstawowej i kolekcjonerskiej. Tę drugą wydawca zaopatrzył w odmienną okładkę, kilka kartek świątecznych oraz prawdziwy rarytas dla fanów - odręczny rysuneczek Żąbielka wykonany przez samą autorkę! Liczba egzemplarzy jest mocno ograniczona, warto więc spieszyć się z decyzją o zakupie albumu. Sądzę, że drugiej takiej okazji już raczej nie będzie. Szarloty Pawel od kilku lat nie ma z nami, a biorąc pod uwagę, co stało się jakiś czas temu z jej pracami oraz resztą dobytku zgromadzonego przed śmiercią, raczej nie odnajdą się żadne inne pamiątki, które fani mogliby umieścić w swoich kolekcjach. Pawel tworzyła komiksy z pasją, kierując ich większą część do najmłodszych. Tymczasem, za sprawą jej pełnego humoru podejścia do życia i celnej satyrze na rzeczywistość, często świetnie odnajdują się w nich także dorośli. W Przygodach Żąbielka i innych opowieściach jest całkiem sporo treści dla wszystkich, za przykład czego może posłużyć cykl Interfejs z ludzką twarzą, pouczające Zakupy z Maxem albo Kodeks zdrowego życia. Moimi ulubionymi historyjkami są Żąbiel story (absolutnie bezbłędne!), Miś na cały rok oraz Sopel i reszta. Dziś, kiedy autorki nie ma już wśród nas, szczególnie żałuję że nie powstało więcej pasków tego ostatniego tytułu. Rodzinka z psem Soplem, tak bardzo przypominająca kultowych już państwa Piekielnych zdecydowanie zasługuje na więcej, niż tylko dziesięć odcinków serii. Najnowszy zbiór komiksów Szarloty Pawel z biegu zyskuje status pozycji "musisz mieć". To prawdziwa gratka dla wszystkich fanów autorki, pozwalająca przyjrzeć się jej mniej znanym pracom, choć równie interesującym co te najbardziej podziwiane.

Tytuł: Przygody Żąbielka i inne opowieści
Scenariusz: Szarlota Pawel, Konrad T. Lewandowski
Rysunki: Szarlota Pawel
Wydawnictwo: Ongrys
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 216
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 89 zł (wersja podstawowa), 120 zł (wersja kolekcjonerska)


Komiksy z serii Trolle z Troy, Lucky Luke, Kajko i Kokosz oraz Ms Marvel 
znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


piątek, 2 kwietnia 2021

Garść plakatów do filmu Kosmiczny mecz: Nowa era (2021)

Lubicie koszykówkę? A Looney Tunes? Jeśli przynajmniej na jedno z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco (a tak było właśnie w moim przypadku) to zapewne ucieszy Was wiadomość, że już tego lata na ekranach kin (jeśli tylko pandemia pozwoli) pojawi się dłuuugo oczekiwana kontynuacja filmu Kosmiczny mecz (1996)! Bugs, Daffy, Tweety, Speedy i cała reszta wracają w towarzystwie niejakiego, mocno brodatego LeBrona Jamesa, aby znów bawić nas w nieco zapomnianym połączeniu filmu aktorskiego z animacją. O fabule produkcji Kosmiczny mecz: Nowa era jak na razie nie mówi się za wiele, ale za to mamy piękne plakaty z drużyną naszych prześmiesznych postaci. Podziwiajcie i szykujcie się na JAM!



czwartek, 1 kwietnia 2021

Godzilla vs. Kong (2021) vs. moje wrażenia


Nie jestem fanem poprzednich produkcji z Monsterverse, czyli uniwersum wielkich potworów. Jeśli czytaliście kilka lat temu moją recenzję filmu Kong: Wyspa Czaszki (2017), to wiecie doskonale, że oceniłem go dość chłodno. Natomiast zupełnie nie podszedł mi seans Godzilli: Króla potworów (2019). Na szczęście odbyłem go w domowym zaciszu, korzystając z jego obecności na Netflixie. Było to dzieło tak durne i puste, że czułem się obrażany przez twórców w każdej minucie spędzonej przed ekranem. Trochę lepiej było w przypadku pierwszej Godzilli (2014), która otwierała cały cykl, co na dłuższą metę i tak nie zmienia mojego stosunku do całości. Korzystając z obecności najnowszej, najbardziej wyczekiwanej (przez fanów) odsłony potwornej serii na platformie HBO Max, sięgnąłem po Godzillę vs. Kong w reżyserii Adama Wingarda. Ku swojemu zdumieniu bawiłem się na tym filmie wprost znakomicie!

Fabuła jest oczywiście szczątkowa i stanowi zaledwie pretekst do pojedynku dwójki Tytanów. Widzimy więc Konga znajdującego się pod kontrolą na Wyspie Czaszki oraz Godzillę, która niespodziewanie atakuje siedzibę firmy Apex na Florydzie. To właśnie tam prowadzone są badania nad uzyskaniem potężnej energii mogącej odmienić losy świata. Mając świadomość materiału z jakim mają do czynienia, twórcy odwołali się do tropów pozostawionych w poprzednich produkcjach, umiejętnie wykorzystując siłę rozwiniętych tam wątków oraz podbudowy uniwersum. Dlatego też Godzilla vs. Kong nie bawi się w niepotrzebne (czy też zbyt przydługie) wyjaśnienia, od razu wrzucając nas w wir akcji. Akcji, która siłą rzeczy nie jest obecna w każdej sekundzie filmu, pozostawiając pole do popisu postaciom ludzkim. Powracają bohaterowie z poprzednich odsłon Monsterverse, lecz główne skrzypce gra kilka zupełnie nowych osób. Dialogi obsady nie rażą głupotą tak bardzo jak w Godzili: Królu potworów. Wypowiadane przez nich kwestie są dość naturalne, a kilka wyszło nawet całkiem zabawnie. Proporcje czynnika ludzkiego zostały więc rozłożone tu bardzo zgrabnie (oczywiście pamiętajmy, że jest to tylko popcornowy blockbuster), a poszczególne postacie są naszymi przewodnikami po wydarzeniach rozgrywających się na ekranie. Fajnie wypadło też podzielenie bohaterów na dwie grupki (śmiało można ich nazwać drużyną Godzilli i teamem Konga), które przez cały film ani na chwilę nie spotykają się ze sobą.


"Creme de la creme" obrazu to oczywiście tytułowe starcie Tytanów i wypada ono nad wyraz poprawnie. Potyczki pomiędzy Kongiem i Godzillą budują napięcie, wywołują nieoczekiwane (ale jak najbardziej pożądane) emocje, a ich realizacja nie pozostawia zbyt wiele do życzenia. Efekty komputerowe tylko czasem wydają się być nienaturalne (Kong rozbryzgujący wodę na swojej wyspie lub w czasie posiłku rybami), dlatego film przez większość czasu daje naprawdę sporo frajdy. No i co najważniejsze, można bez problemu wybrać sobie swojego faworyta, któremu będzie się kibicować. Godzilla vs. Kong zdumiewa także tempem prowadzenia historii oraz ilości poszczególnych składników fabularnych, wprowadzonych w czasie trwania tego prawie dwugodzinnego filmu. Nieustannie przemieszczamy się więc z miejsca na miejsce i żadna ze scen nie zdaje się być niepotrzebna czy zmarnowana. Zyskuje też mitologia świata przedstawionego, oferująca nowe, wielce intrygujące elementy. Co ciekawe, druga połowa produkcji uwydatnia nieoczekiwany (i nienachalny) morał, mówiący o szacunku dla równowagi przyrody, a także o naszym niszczycielskim wpływie na nią (wynikającym oczywiście z pozornej chęci rozwoju technologicznego, lecz tak naprawdę z chciwości). Na tym tle konflikt Tytanów jest tylko i wyłącznie ludzką sprawką.

Po licznych narzekaniach na Monsterverse, otrzymałem wreszcie film, który bawił mnie jak żaden z dotychczasowych w tym cyklu. Godzilla vs. Kong to oczywiście produkcja w pełni świadoma swego charakteru i nie starająca się być czymś innym jak tylko zwykłą, odmóżdżającą zabawą. Nie obraża jednak inteligencji widza tak jak jej poprzednik, dając tyle frajdy, ile tylko może zaoferować tego typu kino. Jeśli ja jestem pod wrażeniem, nie mogę wyobrazić sobie, jak cieszyć będzie ten obraz fanów całej serii. Jest to chyba oczywiste, że film Wingarda stanowi idealne zwieńczenie kilku lat spędzonych z uniwersum potworów. Czasu, w większości uznanym przeze mnie za stracony, ale którego właśnie obejrzany finał ukontentował mnie ponad miarę. Mam więc nadzieję, że kolejne filmy z uniwersum będą równie atrakcyjne, jeszcze bardziej korzystając z otwartej mitologii świata i bawiąc nas tak dobrze jak powyższa produkcja. I choć nie zdradzę, który z dwójki potworów wygrał tytułowe starcie, napiszę, że moim faworytem po seansie jest Kong. Bo król może być tylko jeden! ;-) 



Tytuł: Godzilla vs. Kong (Godzilla vs. Kong)
Scenariusz: Eric Pearson, Max Borenstein
Reżyseria: Adam Wingard
Obsada: Alexander Skarsgard, Rebecca Hall, Millie Bobby Brown, Brian Tyree Henry, Shun Oguri, Kyle Chandler, Demian Bichir, Eiza Gonzalez i inni
Wytwórnia: Warner Bros., Legendary Entertainment
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 31 marca 2021 (USA, HBO Max)
Czas trwania: 113 min.